RSS
 

14 mar

…. Nikt jednak nie podszedł do tej doliny i nie opowiedział o Wielkiej Radzie Smoków…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Co powie Charlie

20 lut

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, mogło sobie w tamtych dniach powiedzieć wielu czarodziejów, a przynajmniej ci mniej materialni z nich.

Trzeba było czekać długie trzy dni, by z gruzowiska, które niegdyś zwało się Bankiem Gringotta, a teraz zwane było najdroższą dziurą w ziemi zaczęły dochodzić dobre wiadomości.

Najpierw odgruzowujący przestrzeń pracownicy ministerstwa wyciągnęli ciotkę Muriel i jak sami później przysięgali zanim jeszcze nadbiegli magomedycy mieli już ochotę zasypać tą zrzędliwą staruchę jeszcze głębiej i na wieki. Potem radosne wiadomości posypały się lawinowo. Kilku czarodziejów zdążyło wyciągnąć swoje różdżki i ochronić siebie, oraz znajdujące się obok osoby przed zasypaniem. Niektórzy magicy pospiesznie wskoczyli do skarbców, które okazały się niejednokrotnie wytrzymalsze od reszty banku. Nie byli to oczywiście wszyscy i magiczny świat siadając do świątecznych stołów pamiętał o panującej żałobie i cieniu tragedii przesłaniającej pierwszą gwiazdkę.

Pomijając jednak te nieliczne przypadki tragedii święta tamtego roku można było uznać za najbardziej udane od wielu lat. Pozbawieni większości środków do życia czarodzieje zebrali się ze swoimi rodzinami i przyjaciółmi organizując ogromne przyjęcia świąteczne, dla tych zaś, którym zbrakło przyjaciół Ministerstwo Magii przygotowało wspaniały świąteczny obiad na przykrytym namiotem rynku Hogsmeade, pod którym zebrało się ponad 300 magów z Wielkiej Brytanii i nie tylko.

Harry Potter i jego przyjaciele również mieli radosne święta. Tego dni, wokół przepięknej jodły, w saloniku Nory zebrało się ponad 20 osób. Czarodziei i mugoli. Harry i Hermiona w tajemnicy przed Molly użyli zaklęć powiększających, by wszyscy mogli się wygodnie rozsiąść nie stukając co chwilę łokciami i nie potykając o własne nogi. Wśród wszystkich Weasleyów, Longbottomów, Tonksów, a nawet Lovegoodów zasiędli również Grangerowie, którzy wiedząc od swej córki o tragedii, jaka dotknęła magiczny świat, a jednocześnie chcąc lepiej poznać prawdopodobnie przyszłych teściów swej córki, zrezygnowali z tradycyjnego alpejskiego wypadu na narty. Wątpliwe także było, by sama Hermiona po swoich nie tak znowu dawnych przygodach miała ochotę na oglądanie Alp jeszcze kiedykolwiek.

- …. się wcale nie interesuje. Dam sobie głowę obciąć, że będzie trzeba go wyciągać z jakiejś dziury.

- No coś ty, o takiej rzeczy nie zapomni.

- Zakład? Zupełnie nie wie co się w tym temacie dzieje.

- Harry zawsze wie to co powinien – wtrącił się Ron.

Na dźwięk swojego imienia, Harry natychmiast skupił się na rozmowie prowadzonej w odległej części pokoju.

- Zakład? – Ginny spytała pewna siebie. – Harry, i tak wiem, że podsłuchujesz, kiedy bierzemy ślub?

- W Lipcu – Harry odpowiedział z łagodnym uśmiechem.

- Kiedy w Lipcu? – Rudowłosa narzeczona skrzyżowała ramiona.

Jeszcze przed chwilą rozmawiające z nią Hermiona i Fleur zrobiły odruchowo krok w tył. Ron wręcz rozpłynął się w powietrzu. Prędzej zgodziłby się na opiekę nad młodymi Sklątkami tylnowybuchowymi, niż stanął na potencjalnej linii czarów pomiędzy swoją siostrą i jej drugą połówką.

- W weekend – Harry zaczynał tracić grunt pod nogami.

- Który, kochanie.

- Czy to ważne. Na pewno mi przypomnisz, że mam się stawić – uśmiechnął się szeroko.

- To pamiętaj jedno. Jeśli będę musiała cię ściągać na nasz ślub z jakiejś akcji, to ci obiecuję, że koledzy aurorzy zamiast pić na weselu będą prowadzili śledztwo w sprawie morderstwa na twojej osobie.

- Ale zamordujesz mnie przed, czy po sakramentalnym tak?

- Przed, a potem wezmę ślub z twoim inferiusem, a potem z powrotem go ukatrupię – Ginny powiedziała najswobodniej w świecie.

Cały przysłuchujący się temu pokój – bo nie sposób było nie przysłuchiwać się zawsze, kiedy Harry i Ginny wymieniali groźby – wybuchnął gromkim śmiechem.

Nie było tajemnicą zarówno dla rodziny, jak i ogółu czarodziejskiej opinii publicznej, że auror Harry Potter i gwiazda Harpii Ginevra Weasley przygotowują się do ślubu. Jako, że dla wielu Harry Potter był czarodziejem numer dwa w Wielkiej Brytanii, zaraz po samym Ministrze Magii, to przyjęcie zapowiadało się na towarzyskie wydarzenie sezonu. Młodzi nie rozesłali jeszcze co prawda zaproszeń i nie wiadomo było kto dokładnie je otrzyma, ale gdy tylko gruchnęła plotka, że ślub odbędzie się w samym zamku w Hogwarcie plotkarzy dopadła biała gorączka. Tajemnicą natomiast i to znaną jedynie najbliższym było, że Harry i Ginny od dawna byli już małżeństwem, a swój ślub wzięli w pewną sylwestrową noc na Kiribati. To jednak wiedzieli jedynie ich najbliżsi.

Tak więc wszyscy szykowali się do wielkiego ślubu, tylko nie Harry. Harry uważał za stosowne po prostu się na nim stawić, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Tego magicznego, świątecznego dnia, nawet ciotka Muriel przemawiała ludzkim głosem na równi z pozostałymi Weasleyami. Taki był ten magiczny czas świąt tamtego roku. Praca dopadła Harrego jednak jeszcze nim się skończył.

Późnym wieczorem, kiedy dzieci leżały już w łózkach, a dorośli słuchali radia przy lampce brandy, lub ajerkoniaku Harry zamknąwszy oczy odpłynął w otchłań myśli i wspomnień. Nie słuchał tego co dzieje się w około, choć cichy szmer rozmów sprawiał dziwną przyjemność jego skupionemu na tysiącu innych rzeczy umysłowi. Ginny obserwowała go przez chwilę. Znała ten stan swojego ukochanego. Nie raz widziała go wieczorem w starym fotelu przy cicho włączonym radiu, jak rozwiązywał sobie tylko znane zagadki, lub walczył z nękającymi go demonami. Czasami był wtedy nachmurzony, albo ze złości i wysiłku występowała ma żyłka na czole. Dzisiaj jednak zdawał się być uśmiechnięty. Nigdy nie powiedział jej co w takich chwilach dokładnie myśli, ale lubiła sobie wyobrażać, że wędruje gdzieś po zielonych łąkach wsłuchany w śpiew ptaków, ogrzewany promieniami słońca. Z dala od trosk i niepowodzeń. Każdemu, zwłaszcza Harremu Potterowi potrzebny był taki inaczej magiczny świat.

- Co tam masz Harry? – Siedzący obok Charlie sięgną po lśniący czernią przedmiot, którym bawił się od niechcenia młody auror. – Wiesz co to jest? – Spytał, obróciwszy go kilkukrotnie w dłoniach.

- Miałem nadzieję, że ty mi powiesz – Harry nie otworzył nawet oczu.

Ginny zmarszczyła brwi. Doskonale wiedziała, że Harry wie, a przynajmniej podejżewa czym się bawi. Zaskakujące było to, że to właśnie Charliego, z którym widywał się tak rzadko, sprowokował do zainteresowania się przedmiotem.

- To smocze szkło – Rudzielec powiedział odrobinę zbyt głośno. Wywołując zainteresowanie połowy domowników.

- Naprawdę? Ciekawe skąd się wziął w mojej kieszeni – Harry delikatnie odebrał przedmiot chowając go do aksamitnego woreczka z emblematem departamentu

Oczy Ginny zwęziły się do małych szparek.

W czasie, kiedy mieszkańcy Anglii świętowali nadejście nowego roku, na północy, wśród niedostępnych gór odległej Norwegii z jednej z dolin buchały płomienie. Jeśli komuś udało by się podejść niezauważonym wystarczająco blisko, zobaczyłby dwie setki smoków przeróżnych ras siedzących w idealnym okręgu Buchając raz po raz ogniami z pysków…

 

Każda przygoda kiedyś się kończy.

31 sty

Kochani.

Bardzo chciałem napisać dla was kolejny rozdział. Bardzo chciałem kontynuować przygodę Harrego zwłaszcza że to ważny dla niego rok. Czasami jednak przygoda musi ustąpić miejsca codzienności.

Nadszedł dla mnie taki czas, że pracuję po 16 godzin dziennie i sztuką jest dla mnie wygospodarować czas dla bliskich i rodziny. Siadam raz po raz do pisania, ale przygoda posuwa się o zdanie i ponownie zatrzymuje na kilka dni.

Chciałem zakończyć ten rok wielkim finałem. Wielkim ślubem Harrego i Ginny i tak zrobię. Przeczytacie o tym wielkim ślubie na tym blogu, ale prócz tego nie mogę wam obiecać wiele. Nie zamykam bloga. Nie kończę na zawsze tej przygody. Co jakiś czas będę wam wstawiał jakąś małą opowiastkę, nie będą to jednak rozdziały, jakie pisałem do tej pory. Na nie brak mi czasu. Będą to raczej krótkie opowiastki zajmujące dwie, czasem trzy strony.

Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i jeszcze się spotkamy.

Pozdrawiam.

Kontynuator.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Alan Rickam

14 sty

AlanRickman

Chciałbym się z wami podzielić dzisiaj nowym rozdziałem. Zamiast tego muszę pogrążony w smutku pożegnać Alana Rickmana. Niezapomnianego Snape’a, ale też Pułkownika Brandona z Rozważnej i Romantycznej, czy Szeryfa z Nottingham.

Na zawsze pozostanie w moim sercu.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Kłopoty? Znajdują mnie same.

27 gru

Muszę iść do biura – Harry mruknął chwytając leżące na podłodze spodnie.

- Wcale nie musisz – Ginny mruknęła zdegustowana. – Nawet cię nie wzywają.

- Ale zaraz wezwą.

- Skąd wiesz, że w ogóle będą cię tam potrzebować.

- Ginny. Widziałaś co się stało w mieście, jeśli kiedykolwiek aurorzy byliby niezbędni, to właśnie teraz.

- To może wcale nie dotyczyć naszego świata. Zostań – przylgnęła do niego ciepłym ciałem.

- Nie mogę. Wrócę nim się obejrzysz.

- Już się obejrzałam, a ty nawet nie zdążyłeś wyjść – uśmiechnęła się szelmowsko.

- Lecę – pocałował ją w biegu. Zdegustowana czarownica opadłą na fotel.

Nie chcąc tracić czasu Harry aportował się wprost do sali aportacyjnej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Był to strzał w dziesiątkę. W atrium ministerstwa panował taki chaos, że średni czas oczekiwania na windę, nawet dla osób tak priorytetowych jak autorzy wynosił piętnaście minut. Przekonali się o tym na własnej skórze aurorzy, którzy nie pomyśleli o sali aportacyjnej, albo nie mieli uprawnień do korzystania z niej. W kwaterze głównej biura aurorów panował rozgardiasz. Wszyscy się przekrzykiwali, potrącali, wchodzili sobie w drogę i potykali o biurka.

- Ramirez? – rzucił wchodząc między biurka zespołu.

- Nie mam pojęcia. Jedni mówią, że to jakiś zmasowany atak inni, że wyleciało w powietrze pół pokątnej. Podobno ktoś szturmuje szkołę.

- Figę, a nie szturmuje. Już bym o tym wiedział.

- Mówiłam ci! – Ziva odpowiedziała zwycięsko. – W Hogsmeade też pewnie spokój.

- Gdzie Urquhart?

- U Ministra. Razem z szefem Patrolu i szefem departamentu.

- Są jakieś rozkazy.

- Żadnych.

- To co oni wszyscy wyrabiają? – Kiwną brodą w kierunku biegających aurorów. Dziewczyny tylko wzruszyły ramionami.

- Szlag – Harry wskoczył na swoje biurko. – Cisza, Cisza! CISZA! – kiedy ostry gwizd również nie przyniósł efektu, puścił zaklęcie hukowe, aż wszystkim zadzwoniło w uszach, a połowa aurorów przypadła do ziemi. – Cisza! Ostatni raz takie zachowanie widziałem u pierwszoroczniaków, gdy do szkoły dostał się troll górski! Wstyd, panowie i panie. Jesteście Aurorami, nie pierwszakami w Hogwarcie. Uporządkujcie ten burdel i w ciszy wracajcie do swoich zajęć. Za chwilę możemy wszyscy zostać wezwani na akcję i macie być wszyscy gotowi i skupieni tak, by każdy z nas wrócił wieczorem do swojego domu. Do swoich rodzin! No co tak stoicie? Jak ktoś nie ma nic do roboty, to na salę, trenować. Chętnie pomogę – porozrzucane po biurze papiery w sekundzie znalazły się znów na swoich miejscach, a aurorzy zniknęli przy biurkach.

- To takie odprężające, kiedy krzyczy na kogoś innego – Marietta powiedziała z rozrzewnieniem, ale umilkła pod ostrym spojrzeniem szefa.

- To co robimy?

- Tak jak powiedziałem. Siedzimy, albo idziemy na salę trenować.

- Na pewno nie siedzicie – Urquhart wskoczył na biurko Zivy w akompaniamencie oburzonego „Hej!” – Aurorzy!oburzonego – Wszyscy wstali jak na komendę. – Dzisiaj, o godzinie piętnastej doszło do ataku na Bank Gringotta – na sali zapanowała martwa cisza. – Budynek jest całkowicie zniszczony. Gobliny nie dopuszczają nikogo w pobliże, nie wiemy ile osób było wewnątrz, czy byli tam czarodzieje, ale z całą pewnością są ofiary. Minister prowadzi rozmowy z władzami banku, by dopuścili czarodziei do akcji ratunkowej. Znacznie uszkodzona jest ulica Pokątna. Szpital Świętego Munga informuje, że zgłasza się do nich coraz więcej czarodziejów z różnego rodzaju obrażeniami. Głównie uszkodzenia słuchu w wyniku eksplozji. Członkowie Patrolu już są na ulicach i pilnują porządku.

- Wkraczamy do akcji? – Zapytał ktoś z sali.

- Nie. Nie mamy uprawnień do pilnowania porządku, a wypadek dotyczy budynku prywatnego.

- Kto ich zaatakował.

- Nie mamy jak na razie dowodów na udział organizacji przestępczej. Nikt się też do tego nie przyznał.

- Więc co robimy?

- Czekamy, pozostajemy w gotowości i jeśli minister nas wezwie, to ruszymy do akcji. Jakakolwiek by ona nie była. Harry, dziewczyny, chodźcie ze mną – dokończył, zeskoczywszy z biurka.

- Głębokie bagno? – Harry zapytał wprost, gdy zamknęły się za nimi drzwi.

- Nie wystają nam nawet uszy. To, co zrobiliście w banku wtedy, ze smokiem, to pikuś. Kilku specjalistów z Departamentu Tajemnic pobieżnie rzuciło na to okiem. Mówią, że eksplozja, czymkolwiek była, miała miejsce pod ziemią. Budynek nie wybuchł, jak trafiony bombardą, dla przykładu. On się zapadł w dziurę, jaka powstała po wybuchu.

- Ikh baren. Nie ważne, kontynuuj – Ziva zreflektowała się, gdy wszystkie oczy zwróciły się na nią.

- Nie mam pojęcia ile osób zginęło, ale wątpię, by ktoś przeżył ten wybuch.

- Była piętnasta, w niedzielę o tej porze jest młyn na Pokątnej – Marietta zauważyła przytomnie.

- Ludzie zaczynają szturmować gruzy, ale Gobliny postawiły tam kordon ochrony złożony z trolli. Może zrobić się kiepsko, jeśli się wkurzą. Członkowie patrolu pilnują też porządku na ulicy. Część sklepów zamknęło się w obawie przed szabrowaniem.

- Mówiłeś, że Kingsley negocjuje z władzami banku dostęp do gruzowiska.

- Tak, jak tylko mu się uda twój zespół wchodzi do akcji. Zaczynamy śledztwo i wprowadzamy ratowników do odgruzowywania.

- Poważnie nie ma tropów, nikt się nie przyznał?

- Jest lepiej. Przyszło kilka listów, w których przestępcy się tego wypierają. Nie wygląda to za ciekawie.

- Mogło być gorzej.

- Niby jak? – Urquhart spojrzał zszokowany na Mariettę.

- W piątek wszyscy pracownicy ministerstwa dostali pensje z premią świąteczną. Jak znam życie, to już je wypłacili, ale jeszcze nie wydali. Sklepy też mają pełne kasy przed świętami, więc Galleonów nie powinno nam zbytnio zabraknąć.

- Coś w tym jest – zgodził się ich szef. – Tak czy siak, póki co siedzimy na tyłkach i lepiej powiadomcie rodziny, że nie wrócicie na noc do domów.

- Całe biuro?

- Tylko wasza czwórka.

- To się Ginny ucieszy – Harry warknął niezadowolony.

Kolejne godziny przywodziły na myśl słowa piosenki „Kiedy sytuacja coraz gorsza robi się ze złej…”. Na ulicy pokątnej i w Hogsmeade dochodziło do szturmów na sklepy. Czarodzieje próbowali siłą i za pomocą zaklęć dostać się do zgliszcz banku by wydostać swoje oszczędności, lub, jak w przypadku Mundungusa, zwyczajnie szabrować. Ostatecznie, o godzinie 19.00 Minister zwołał konferencję prasową w atrium, a udział w niej wziąć mogli wszyscy mieszkańcy magicznego świata. Stawił się prawdziwy tłum, a o zapewnienie porządku poproszenie zostali aurorzy. Harry stał na podwyższeniu, trzy kroki za Kingsleyem, słuchając, jak wygłasza oświadczenie.

Minister swoim dekretem wprowadzał stan wyjątkowy, co dawało aurorom prawo do wyjścia na ulice, co część z nich już uczyniła. Ogłosił również wprowadzenie na ulicy Pokątnej i w Hogsmeade godziny policyjnej. Poprosił wszystkich mieszkańców o zachowanie spokoju, a media o nie sianie paniki nonsensownymi wiadomościami, jak wojna z Egiptem. Aurorzy otrzymali wreszcie pozwolenie na rozpoczęcie śledztwa w gruzowisku, a ekipy ratunkowe do przeczesywania go w poszukiwaniu ocalałych. Wstępne dane mówiły o śmierci co najmniej dziesięciu czarodziejów i około setki goblinów. Nie to jednak wywołało największą burzę. Okrzyki oburzenia podniosły się, kiedy Kingsley ogłosił zamrożenie cen produktów na poziomie z dnia wczorajszego, oraz zwrot różnicy, jaką nadpłacili dzisiejsi klienci po natychmiastowym skoku cen. Zebrani sprzedawcy zaczęli wykrzykiwać w stronę Kinga malownicze obelgi, a kilku próbowało rzucić się na niego z gołymi rękoma, jako że przy wejściu odebrano im różdżki. Harry w końcu nie zdzierżył.

- Ale o co ten krzyk! Panie Gentlewood – zwrócił się do otyłego mężczyzny, który próbował przedrzeć się przez kordon aurorów. – Pan prowadzi sklep z przyprawami, prawda? – Mężczyzna zamrugał nerwowo. – Czy od wczoraj wzrosły koszty importu soli? A może cały cukier na świecie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach dzisiejszego ranka?

Pan Gentlewood zdawał się kurczyć w sobie i jakby znikać wyraźnie speszony znajomością Harrego.

- Niemal codziennie odwiedzam pana robiąc drobne zakupy, robią to też moje koleżanki z biura. Jeśli boi się pan odpływu klientów, proszę się nie obawiać, powiemy wszystkim aurorom, by robili zakupy właśnie u pana. Codziennie będzie miał pan klientów. Mogę nawet poprosić o to kolegów z Patroli Przestrzegania Prawa. W całym departamencie przestrzegania prawa pracuje ponad trzysta osób. Będzie miał pan klientów aż nadto.

Mężczyzna miał ochotę zapaść się pod ziemię, a jego cera była trupio blada.

- A pan, panie Fliss. Coś nie tak z piekarnią? Młynarz się rozwodzi i podniósł panu cenę mąki, by mieć na alimenty, a może kury zastrajkowały i żądają dwa galleony za jajko? Z kurami nie ma żartów. One nie podporządkują się ministerstwu. Oj, nie nie.

Purpurowy na twarzy piekarz zaczął się wycofywać, potykając o stojące za nim osoby.

- Powinniście się obaj panowie wstydzić. Sprzedajecie produkty najbardziej potrzebne i chcecie się wzbogacić na nieszczęściu innych, ale jesteście przy tym na tyle głupi, że nie rozumiecie podstawowej rzeczy. Jak sami podniesiecie ceny to zrobią to i inni i nic nie będziecie z tego mieli. W trudnych chwilach najważniejsza jest współpraca. Porozumienie. Wzajemny szacunek i dobra wola, a nie własna kiesa! Ja zostałem z pięcioma galleonami w kieszeni. Reszta moich pieniędzy leży pod gruzami i za te pięć galleonów muszę zorganizować święta, a panowie ile macie galleonów? – Mężczyźni w milczeniu zniknęli w tłumie wśród szeptów i wytykań palcami.

- Nie myślałeś o karierze polityka? – Kingsley zapytał Harrego, gdy wraz z innymi obecnymi na konferencji szli korytarzami departamentu przestrzegania prawa.

- Ugryź mnie – Harry warknął półgębkiem.

- Ale nadawałbyś się do tego. Masz podejście, posłuch i temperament.

- Wiem, że zbliżają się wybory, a ty nie masz ochoty startować, ale mnie na pewno w to nie wrobisz. Nie zamierzam rządzić i kropka.

- To bardzo dziwne, ale tak już jest, że ci, którzy najbardziej się nadają do sprawowania władzy, nigdy jej nie pragną. Ci, którym tak jak tobie narzuca się przewodnictwo, a oni godzą się na to, bo muszą, i ku swojemu zdumieniu stwierdzają, że bardzo dobrze im to wychodzi.

- Nie cytuj mi tu Albusa, King.

- Ależ ja cytuję ciebie, nie Albusa. Powiedziałeś mi to w dniu, w którym przekonałeś do kandydowania.

- I mam tą satysfakcję, że poparłem odpowiedniego człowieka – Harry klepnął w plecy czarnoskórego mężczyznę na chwilę przed tym, gdy wraz z członkami swojego zespołu zniknął w akompaniamencie trzasku w sali aportacyjnej.

Pomimo panującej w magicznym Londynie godziny policyjnej na ulicy Pokątnej było pełno ludzi. W zamkniętych sklepach koczowali ich właściciele chroniąc swoje towary przed potencjalnymi szabrownikami. Właściciele punktów gastronomicznych liczyli zyski z ciekawskich czarodziei, którzy uznali, że mogą sobie pozwolić na wydanie kilku Galleonów na ciastko i kawę, by podziwiać przedstawienie dziejące się w zgliszczach, a mimo ciemności było co podziwiać.

- Harry Potter, Biuro Aurorów. – Harry machnął legitymacją przed oczami trolla. Ten się zmarszczył, nachmurzył, burknął groźnie kilka razy, ale widząc, że nie robi to na młodym czarodzieju najmniejszego wrażenia sapnął i ustąpił, przepuszczając go do rumowiska na którym pracował już mały zespół czarodziei z ministerstwa obserwowanych z nadzieją, prze pracowników Św. Munga.

- Tak, wiem – Postawny czarodziej po sześćdziesiątce odezwał się, uprzedzając mającego się przedstawić Harrego.

- Jak postępy?

- A jak mają być. Zanim się dokopiemy do dna, minie kilka miesięcy. Czujne oko gapiów też nie pomaga, dwa razy omsknął się nam ten czy inny gzyms, to narobili rabanu że szok. Próbowali też szturmować blokadę i się tutaj dostać.

- Kto tam pracuje?

- Odgruzowują to pracownicy służb porządkowych ministerstwa.

- Sprzątacze do gruzów – mruknęła Ramirez.

- A nadzorują ich chłopcy z departamentu tajemni…

W tej właśnie chwili jeden z porządkujących gruzowisko czarodziejów krzyknął przeraźliwie i zniknął pod ziemią. Harry puścił się pędem w tamtą stronę.

- Nic mi nie jest, nic mi nie jest – dochodziło cicho spod ziemi. Złamałem nogę, ale nic mi nie jest, już się deportuję – i po chwili siedział na gruzie między nimi, a magomedycy rzucali czar spajający kości.

- Pan już dzisiaj nie pracuje – Harry powiedział spokojnie.

- To nic, po prostu jest ciemno i się potknąłem.

- Jutro rano pan wróci. Jeszcze tutaj będziemy. ILUMINATI! – Harry wyskandował celując różdżką w niebo. Wysoko nad gruzowiskiem rozlała się po niebie niczym mleko błyszcząca srebrzyście poświata. Na zgliszczach banku zrobiło się jaśniej niż w słoneczny dzień. – Teraz możecie pracować.

- Wiesz, że jako auror nie powinieneś stosować zaklęć nie zaaprobowanych przez ministerstwo, szczególnie w obecności niewymownych?

- Och na litość boską…

- No co? – ale Harry nie mówił do niej.

- DEKRETEM MINISTRA MAGII NA ULICY POKĄTNEJ, NOKTURNIE, ORAZ HOGSMEADE WPROWADZONA ZOSTAŁA GODZINA POLICYJNA. WSZYSCY CZARODZIEJE, KTÓRZY NATYCHMIAST NIE OPUSZCZĄ ULICY ZOSTANĄ ARESZTOWANI. AURORZY, PATROL – wykonał dłonią nieokreślony gest, który skłonił stróżów prawa, do rozpoczęcia przeganiania tłumu.

Prace na gruzowisku trwały powoli. Usuwane kamienia deportowane były na łąkę, gdzie przed laty stał stadion pamiętnych finałów Quidditcha. Co jakiś czas czarodzieje się zatrzymywali i nasłuchiwali, ale z dołu nie dochodziły ich żadne nawoływania, okrzyki, czy choćby najcichsze jęki. Trudno było w takiej chwili nie porzucić nadziei. Harry Potter nauczył się przez lata wielu rzeczy, ale najważniejszą nauką, która teraz miała być dla niego świętością było, że nadzieja nigdy nie umiera i w najciemniejszej godzinie zawsze można spodziewać się iskierki szczęścia.

- Harry! Musisz to zobaczyć!

 
 

  • RSS