RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Opowiadanie: Rok Jedenasty’

Marudna panna Weasley

30 kwi

Harry przeżył wiele ciężkich chwil w swoim życiu. Nie raz przechodził przez coś, co zwykły czarodziej mógłby nazwać piekłem, nic więc dziwnego, że zastanawiał się, gdzie jest jego własne, prywatne piekło na Ziemi. Chyba wreszcie je znalazł w najmniej spodziewanym miejscu i czasie.

Stał z rozpostartymi ramionami niczym ukrzyżowany, zastanawiając się czym sobie zasłużył na ten los. Był miłym i raczej uczynnym facetem, który w dodatku szaleńczo kochał swoją wybrankę i to właśnie z jej strony cierpiał katusze. Doprawdy nie przypominał sobie, by kiedykolwiek w swym życiu zrobił coś, co zasługiwało na męczenie go wielogodzinnymi przymierzaniami garniturów.

Niepomna na jego prośby i coraz mocniej poirytowana sarkaniami Ginny ciągała go po czarodziejskich i mugolskich sklepach w poszukiwaniu idealnego garnituru na ich, zbliżający się wielkimi krokami, ślub. Oficjalny ślub, bo ten pierwszy i prawdziwy mieli w pewną sylwestrową noc na Kiribati. Do tej pory zdążył zmierzyć ze dwa tuziny czarnych garniturów, kilka niebieskich a nawet jeden złoty. Przymierzał te bez kamizelki i z kamizelką, białą, srebrną bordową, czarną, sam już nie wiedział jaką. Miał na sobie nawet frak w którym czuł się jak odrobinę przerośnięty pingwin. Może lepiej byłoby pójść do ołtarza nago? Harry przeżywał swoje prywatne piekło na Ziemi.

Harry stał więc z rozpostartymi ramionami w sklepie przy magicznej uliczce w Marsylii w oczekiwaniu, aż przemiła młoda krawcowa zdejmie z niego wszystkie miary. Co też robiła bardzo pospiesznie pod czujnym okiem Ginny.

- Wiem! – Harry wykrzyknął tak nagle, że obie kobiety aż podskoczyły. – Wiem – powtórzył ciszej nadwyraz zadowolony z siebie.

- Co takiego wiesz? – Ginny spytała z nieskrywanym zdziwieniem.

- Artykuł sto dwadzieścia cztery, paragraf siedem, punkt „c” ustawy o Ministerstwie Magii aktualizacja z końca XVIII wieku. Każdy funkcjonariusz publiczny ma obowiązek, jeśli tylko jest to możliwe w miejscach publicznych oraz w czasie uroczystości nosić strój służbowy… Muszę wziąć ślub w mundurze – dokończył z dumą, po krótkiej pauzie.

Ginny wyglądała niczym wulkan, który za chwilę ma wybuchnąć, by zmieść z powierzchni Ziemi wszystko co żywe. Gdyby tylko było to możliwe dym wyleciałby z jej uszu, błyskawice z oczu a spomiędzy zębów leciałyby iskry, gdy nimi zgrzytała. Właściwie to wszystko to było możliwe, w końcu Ginny była rasową czarownicą. Potrafiła się jednak powstrzymać przed tak widowiskowymi popisami.

- Możesz mi powiedzieć, czemu mówisz mi to dopiero teraz? – Wycedziła przez zęby.

- Teraz dopiero sobie przypomniałem.

- Przypomniałeś sobie i to dokładnie co do paragrafu? Bo uwierzę.

- W kryzysowych sytuacjach myślę o wiele szybciej.

- Uważasz więc że mamy kryzysową sytuację?!

- Odrobinę?

- Sytuacja to dopiero może zrobić się kryzysowa – wycedziła celując palcem w jego nos. – Do domu! – Padła ostra komenda.

Dopiero kiedy oboje deportowali się z ulicy młoda krawcowa odważyła się wybuchnąć śmiechem na wspomnienie miny, jaką Harry miał wychodząc.

Ginny nie była tak naprawdę zła na to że Harry wymyślił ślub w mundurze. Widziała go już nie raz w galowym mundurze i prezentował się w nim znakomicie. Była wściekła, bo sama nie znalazła sobie jeszcze sukni, a wystąpienie w stroju do Quidditha raczej nie wchodziło w grę. Nikt by go nie potraktował w kategoriach munduru, ani nawet eleganckiego stroju na taką okazję. Jej również przeszło raz przez myśl, by pójść do ślubu nago i oszczędzić sobie szukania sukni z której i tak nie będzie zapewne zadowolona.

- Cześć! – Ginny powiedziała to z taką pasją w głosie, że Hermiona poczuła jak jej kasztanowe włosy siwieją nagle w zastraszającym tempie. Hanna wcale nie wyglądała na osobę, która ma odwagę odpowiedzieć na to powitanie, a orientalnie piękna Parvatti zaczęła nagle przypominać karnacją przeciętnego Fina z dalekiej północy.

- Cz.. cześć – wydusiła wreszcie z siebie Parvatti.

Niezrażona reakcją swoich przyjaciółek Ginny już zdejmowała płaszcz rozsiadając się na skrzypiącym krześle. Jednym z mebli które obrosły taką legendą, żę Hanna nie odważyła się ich wyrzucić z dziurawego kotła z obawy o reakcję klientów. Ktoś, kiedyś siedział na tym krześle. Ktoś inny spał na jakimś stole, albo omawiał plany napadu na Gringotta i to wystarczyło by mebel stał się zabytkiem. O takich sprzętach na które sławny czarodziej zwymiotował piętnasty kieliszek whiskey, albo co gorsza umarł wolała nawet nie myśleć.

- Sytuacja jest kryzysowa – Ginny przywołała sobie zza lady małą butelką miodu i kufel.

- To będzie dwa Galleony i trzy sykle – Hanna wtrąciła nieśmiało.

- Potrzebuję waszej pomocy i to natychmiast – Monety zadzwoniły na stole. – Harry postanowił pójść do ślubu w mundurze, a ja wciąż nie mam sukni.

- Też pójdź w mundurze – Parvatti wypaliła bez namysłu.

- Nie jestem już aurorką.

- To się zaciągnij… – odpowiedziało jej tylko krzywe spojrzenie.

- Neville ma nadal przyjaciół w Patrolu… – Hanna zaczęła niepewnie.

- Bądźcie poważne – Ginny sarknęła z niechęcią.

- Raczej ty wyluzuj, Ginny – Hermiona podgrzewała sobie różdżką kubek herbaty. – Teraz przeraziłabyś bazyliszka.

- Bo sprawa jest poważna!

- Nie jest. Przynajmniej biorąc pod uwagę, że to ślub twój i Harrego.

- Przecież wiesz ile zleci się prasy. Będziemy w połowie gazet w Anglii.

- Raczej w Europie, ale zawsze możecie dać nogę i wziąć ślub, bo ja wiem. Na Kiribati? – Hermiona uśmiechnęła się odrobinę ironicznie.

- Mamy dwa miesiące do ślubu Ginny. Ja suknię znalazłam sobie w tydzień – Hanna spróbowała uspokoić płomiennowłosą kapitan Harpii.

- Ty nie byłaś nią – Hermiona rozparła się w krześle nie kryjąc już rozbawienia sytuacją.

- Dzięki za pomoc – Ginny warknęła piorunując ją wzrokiem.

- Ginny. Nie widziałyśmy się od miesięcy, a ty zamiast powiedzieć „Cześć. Co słychać, jak interes, co u dziewczynek” Ty wpadasz oznajmiając, że sytuacja jest kryzysowa. Sytuacja byłą kryzysowa jak wyleciał w powietrze bank Gringotta i nadal jest, choć akurat właścicielki barów nie mogą chyba narzekać, bo w kryzysowych sytuacjach ludzie jak nigdy chcą się napić – Hanna z Parvatti pokiwały głowami. – Ron też nie narzeka, bo reszta społeczeństwa dla odmiany chce się trochę rozerwać, więc i sklepy Georga mają niezłą passę. To co spotkało ciebie to nie jest kryzysowa sytuacja, tylko drobny problem, który można rozwiązać mając uporządkowany umysł.

- To raczej niewykonalne w moim wypadku.

- Właśnie od tego masz nas – Przyjaciółki uśmiechnęły się jednocześnie.

Zorganizowany umysł nie był tym, co było potrzebne przy zakupie sukni ślubnej dla Ginny. Przede wszystkim potrzebne były anielska cierpliwość. Gigantyczne ilości melisy i nieograniczona ilość wolnego czasu. Młoda Weasleyówna była prawdopodobnie najbardziej marudną przyszłą panną młodą w historii magicznego i mugolskiego świata razem wziętych.

Dziewczęta odwiedziły dziesiątki salonów sukien w Wielkiej Brytanii, a nawet północnej części Francji i Irlandii. Zwiedziłyby ich pewnie więcej, ale wszystkie zmieniacze czasu uległy zniszczeniu. Giiny nie potrafili zadowolić ani czarodziejscy ani mugolscy sprzedawcy białych sukienek jednorazowego użytku, jak zaczęła je nazywać Parvatti późnym wieczorem drugiego dnia poszukiwań.

Kiedy w poniedziałkowe popołudnie Ginny opuściła kolejny salon ledwie przekroczywszy jego próg Hermiona nie wytrzymała.

- Chodź! Wiem gdzie znajdziemy twoją sukienkę.

Po tych słowach zaciągnęła Ginny do znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy mugolskiego sklepu papierniczego. Pół godziny później uzbrojona w blok papieru i kredki Ginny rysowała swoją wymarzoną suknię ślubną, a uradowane dziewczęta popijały mrożoną kawę plotkując w najlepsze.

Zdejmujący z Ginny miarę krawiec w londyńskim salonie musiał przyznać, że projekt opinającej ciało białej sukni bez ramiączek z pięknym trenem i srebrną szarfą był wcale udany i musiał wzbudzić zazdrość niejednej dziewczyny.

Ginewra Weasley była niemal gotowa do ślubu.

 

Wielka Rada Smoków

19 mar

Niewielu w tych i w przeszłych czasach było wśród brytyjskich czarodziejów takich, którzy wierzyli, że smoki to coś więcej niż ziejące ogniem bestie. Niewielu było takich, którzy wierzyli w smoczą inteligencję, ale smoki miały inteligencję, a w tych dniach najinteligentniejsze z najinteligentniejszych spośród nich zebrały się w zacisznej dolinie wśród niedostępnych śnieżnych gór Norwegii, by radzić na Wielkiej Radzie Smoków.

Kiedy pomyśleć o smokach, to wszystko kojarzy się ogniste. Oddechy są ogniste, temperamenty są ogniste, miłość jest ognista, ale rada, pomimo buchających z nozdrzy kłębów pary i dymu była nader spokojna. Stary, biały smok o zasnutych już wieczną mgłą oczach opowiadał przybyłym z całego świata braciom o swoim życiu.

Opowiadał o bólu, cierpieniu i zniewoleniu. O latach życia bez możliwości lotu, bez oddechu świeżym powietrzem, bez dotyku promieni słońca na łuskach. Mówił tak i mówił całymi dniami, bo język smoków należy do pradawnych i niespiesznych dialektów, a bracia go słuchali. Bracia z Rumuni, bracia z Ameryki i wspaniali chińscy bracia. Prawdziwe wolne smoki na Ziemi.

Stary biały smok się uwolnił, wzleciał ku niebu, ogrzał się w promieniach słońca, ale wiedział, że wiele smoków, o wiele więcej niż zdawali sobie z tego sprawę czarodzieje, pozostało w podziemiach banku.

Przez kolejne lata, jakie minęły od ucieczki białego smoka uwolnionego przez Harrego Pottera i jego przyjaciół w zamkniętych pod ziemią smokach narastał bunt. Pragnęły wolności, pragnęły słońca, ale ponad wszystko pragnęły cierpienia swoich oprawców. Narastająca w nich złość i pragnienie doprowadziło w końcu do wybuchu.

Wielka Rada Smoków w przeciwieństwie do czarodziejów doskonale wiedziała co się stało. Wiedziała, co się dzieje kiedy w Smokach narasta gniew, który nie może znaleźć ujścia. Smoki nie zieją ogniem dla zabawy, robią to, by nie rozsadziła ich wściekłość. Ludzie jednak tego nie rozumieją i nazywają je bezmyślnymi bestiami. Teraz potrzeba było mądrości, co zrobić, nim wieść o tym wydarzeniu dotrze do innych więzionych smoków.

Smocza mowa jest powolna i pełna mądrości, kiedy Wielka Rada Smoków skryta w górskiej dolinie rozważała co zrobić dalej poza norweskimi górami przemijały miesiące i zmieniła się pora roku.

Ziemia zaczynała kwitnąć. Pierwsze pąki pojawiały się na drzewach, ptaki zaczynały śpiewać wijąc swoje gniazdka, a czarodziejki zmieniły ciężkie zimowe płaszcze na spódnice i sweterki. Świat budził się z zimowego odrętwienia a Harry Potter kręcił się w miejscu w swoim śledztwie w Banku Gringotta, który na nowo zaczął piąć się w górę przy ulicy Pokątnej. Dobrze, że przynajmniej inni przestępcy zrobili sobie urlop wiosenny. W wolnych chwilach, kiedy nie musiał zaprzątać sobie głowy pracą, Harry spędzał czas ze swoją narzeczoną i ucząc dzieciaki w szkolnym klubie pojedynków, gdzie właśnie przebywał.

- Byliście dzisiaj świetni – powiedział, kiedy padły ostatnie czary. – Niedługo minie pół roku od kiedy się spotykamy na tej sali. Niedługo się wam znudzę, a zaraz potem pojedziecie na wymarzone wakacje. Zanim to jednak nastąpi przed nami jeszcze kilka spotkań, na których zakończenie wymyśliłem coś ekstra. Wielki turniej na błoniach zamku, na który będziecie mogli zaprosić swoje rodziny i przyjaciół spoza szkoły – Harry mówił siedząc na stole i machając nogami, co nijak nie przystawało do jego aurorskiej godności. Salę ogarną szum podnieconych głosów. – Zanim się rozejdziecie do swoich dormitorów chciałbym powiedzieć jeszcze kilka słów do tych z was, którzy właśnie szykują się do OWUTEMów i tych, którzy będą zdawać SUMy. Przez spędzone razem miesiące udało mi się was poznać. Niektórych lepiej, niektórych słabiej, a jeszcze innych nie tak bardzo jak bym tego chciał. Tym co was łączy jest fakt, że każdy z was jest wyjątkową, zdolną, wspaniałą osobą. Każdy z was może osiągnąć wymarzony cel. Dlaczego wam to mówię teraz, zamiast na ostatnim naszym spotkaniu przed wakacjami. Zbliżają się wasze egzaminy, możecie myśleć, że nie są ważne. Szczególnie SUMy. Chcę wam jednak powiedzieć, że nigdy nie jest za wcześnie, by myśleć o przyszłości. Nie zapominajcie się dobrze bawić, ale pamiętajcie także o przyszłości. Przygotowując się do SUMów wiedziałem, że chcę nosić mundur, który właśnie mam na sobie. Dzisiaj widzę przed sobą wiele zdolnych osób, Każde z was ma zdolności wystarczające, by przystąpić do egzaminów wstępnych do Biura Aurorów. Są wśród was osoby, które z chęcią zaprosiłbym do Zespołu Szybkiego Reagowania. Możecie wybrać karierę aurora, możecie wybrać karierę jaką tylko sobie wymarzycie. Świat stoi przed wami otworem, ale wybierzcie mądrze. Teraz zmykajcie już do dormitoriów.

- Brawou, brawou – Ginny zaczęła klaskać teatralnie, gdy odeszły ostatnie fanki usatysfakcjonowane autografem w zeszycie. – Piękna przemowa panie Potter. Gdybym wiedziała, że takie mądre rzeczy mówisz, już dawno bym zaczęła z tobą przychodzić.

- Prosiłem cię nie raz, byś przyszła.

- Ale zawsze miałam treningi – dała mu buziaka.

- To teraz może jakaś romantyczna kolacja, w Bristolu, albo Paryżu?

- O nie, nie, nie panie Potter. Teraz to my lecimy wybierać dla pana frak.

Harry miał cichą nadzieję, że Ginny zapomni o wypadzie po jego ślubne ciuchy. Zupełnie nie rozumiał o co jej chodzi. Do ślubu zostało jeszcze tyle miesięcy, a ona świrowała, jakby to miało być jutro, a nawet nie był to ich pierwszy ślub.

W chwili, gdy młodzi czarodzieje deportowali się na poszukiwania ślubnego fraka dla Harrego przez odległe góry Norwegii przetoczył się potężny ryk. Zakończyła się Wielka Rada Smoków.

Nadchodził czas by gobliny poniosły karę….

 
 

Co powie Charlie

20 lut

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, mogło sobie w tamtych dniach powiedzieć wielu czarodziejów, a przynajmniej ci mniej materialni z nich.

Trzeba było czekać długie trzy dni, by z gruzowiska, które niegdyś zwało się Bankiem Gringotta, a teraz zwane było najdroższą dziurą w ziemi zaczęły dochodzić dobre wiadomości.

Najpierw odgruzowujący przestrzeń pracownicy ministerstwa wyciągnęli ciotkę Muriel i jak sami później przysięgali zanim jeszcze nadbiegli magomedycy mieli już ochotę zasypać tą zrzędliwą staruchę jeszcze głębiej i na wieki. Potem radosne wiadomości posypały się lawinowo. Kilku czarodziejów zdążyło wyciągnąć swoje różdżki i ochronić siebie, oraz znajdujące się obok osoby przed zasypaniem. Niektórzy magicy pospiesznie wskoczyli do skarbców, które okazały się niejednokrotnie wytrzymalsze od reszty banku. Nie byli to oczywiście wszyscy i magiczny świat siadając do świątecznych stołów pamiętał o panującej żałobie i cieniu tragedii przesłaniającej pierwszą gwiazdkę.

Pomijając jednak te nieliczne przypadki tragedii święta tamtego roku można było uznać za najbardziej udane od wielu lat. Pozbawieni większości środków do życia czarodzieje zebrali się ze swoimi rodzinami i przyjaciółmi organizując ogromne przyjęcia świąteczne, dla tych zaś, którym zbrakło przyjaciół Ministerstwo Magii przygotowało wspaniały świąteczny obiad na przykrytym namiotem rynku Hogsmeade, pod którym zebrało się ponad 300 magów z Wielkiej Brytanii i nie tylko.

Harry Potter i jego przyjaciele również mieli radosne święta. Tego dni, wokół przepięknej jodły, w saloniku Nory zebrało się ponad 20 osób. Czarodziei i mugoli. Harry i Hermiona w tajemnicy przed Molly użyli zaklęć powiększających, by wszyscy mogli się wygodnie rozsiąść nie stukając co chwilę łokciami i nie potykając o własne nogi. Wśród wszystkich Weasleyów, Longbottomów, Tonksów, a nawet Lovegoodów zasiędli również Grangerowie, którzy wiedząc od swej córki o tragedii, jaka dotknęła magiczny świat, a jednocześnie chcąc lepiej poznać prawdopodobnie przyszłych teściów swej córki, zrezygnowali z tradycyjnego alpejskiego wypadu na narty. Wątpliwe także było, by sama Hermiona po swoich nie tak znowu dawnych przygodach miała ochotę na oglądanie Alp jeszcze kiedykolwiek.

- …. się wcale nie interesuje. Dam sobie głowę obciąć, że będzie trzeba go wyciągać z jakiejś dziury.

- No coś ty, o takiej rzeczy nie zapomni.

- Zakład? Zupełnie nie wie co się w tym temacie dzieje.

- Harry zawsze wie to co powinien – wtrącił się Ron.

Na dźwięk swojego imienia, Harry natychmiast skupił się na rozmowie prowadzonej w odległej części pokoju.

- Zakład? – Ginny spytała pewna siebie. – Harry, i tak wiem, że podsłuchujesz, kiedy bierzemy ślub?

- W Lipcu – Harry odpowiedział z łagodnym uśmiechem.

- Kiedy w Lipcu? – Rudowłosa narzeczona skrzyżowała ramiona.

Jeszcze przed chwilą rozmawiające z nią Hermiona i Fleur zrobiły odruchowo krok w tył. Ron wręcz rozpłynął się w powietrzu. Prędzej zgodziłby się na opiekę nad młodymi Sklątkami tylnowybuchowymi, niż stanął na potencjalnej linii czarów pomiędzy swoją siostrą i jej drugą połówką.

- W weekend – Harry zaczynał tracić grunt pod nogami.

- Który, kochanie.

- Czy to ważne. Na pewno mi przypomnisz, że mam się stawić – uśmiechnął się szeroko.

- To pamiętaj jedno. Jeśli będę musiała cię ściągać na nasz ślub z jakiejś akcji, to ci obiecuję, że koledzy aurorzy zamiast pić na weselu będą prowadzili śledztwo w sprawie morderstwa na twojej osobie.

- Ale zamordujesz mnie przed, czy po sakramentalnym tak?

- Przed, a potem wezmę ślub z twoim inferiusem, a potem z powrotem go ukatrupię – Ginny powiedziała najswobodniej w świecie.

Cały przysłuchujący się temu pokój – bo nie sposób było nie przysłuchiwać się zawsze, kiedy Harry i Ginny wymieniali groźby – wybuchnął gromkim śmiechem.

Nie było tajemnicą zarówno dla rodziny, jak i ogółu czarodziejskiej opinii publicznej, że auror Harry Potter i gwiazda Harpii Ginevra Weasley przygotowują się do ślubu. Jako, że dla wielu Harry Potter był czarodziejem numer dwa w Wielkiej Brytanii, zaraz po samym Ministrze Magii, to przyjęcie zapowiadało się na towarzyskie wydarzenie sezonu. Młodzi nie rozesłali jeszcze co prawda zaproszeń i nie wiadomo było kto dokładnie je otrzyma, ale gdy tylko gruchnęła plotka, że ślub odbędzie się w samym zamku w Hogwarcie plotkarzy dopadła biała gorączka. Tajemnicą natomiast i to znaną jedynie najbliższym było, że Harry i Ginny od dawna byli już małżeństwem, a swój ślub wzięli w pewną sylwestrową noc na Kiribati. To jednak wiedzieli jedynie ich najbliżsi.

Tak więc wszyscy szykowali się do wielkiego ślubu, tylko nie Harry. Harry uważał za stosowne po prostu się na nim stawić, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Tego magicznego, świątecznego dnia, nawet ciotka Muriel przemawiała ludzkim głosem na równi z pozostałymi Weasleyami. Taki był ten magiczny czas świąt tamtego roku. Praca dopadła Harrego jednak jeszcze nim się skończył.

Późnym wieczorem, kiedy dzieci leżały już w łózkach, a dorośli słuchali radia przy lampce brandy, lub ajerkoniaku Harry zamknąwszy oczy odpłynął w otchłań myśli i wspomnień. Nie słuchał tego co dzieje się w około, choć cichy szmer rozmów sprawiał dziwną przyjemność jego skupionemu na tysiącu innych rzeczy umysłowi. Ginny obserwowała go przez chwilę. Znała ten stan swojego ukochanego. Nie raz widziała go wieczorem w starym fotelu przy cicho włączonym radiu, jak rozwiązywał sobie tylko znane zagadki, lub walczył z nękającymi go demonami. Czasami był wtedy nachmurzony, albo ze złości i wysiłku występowała ma żyłka na czole. Dzisiaj jednak zdawał się być uśmiechnięty. Nigdy nie powiedział jej co w takich chwilach dokładnie myśli, ale lubiła sobie wyobrażać, że wędruje gdzieś po zielonych łąkach wsłuchany w śpiew ptaków, ogrzewany promieniami słońca. Z dala od trosk i niepowodzeń. Każdemu, zwłaszcza Harremu Potterowi potrzebny był taki inaczej magiczny świat.

- Co tam masz Harry? – Siedzący obok Charlie sięgną po lśniący czernią przedmiot, którym bawił się od niechcenia młody auror. – Wiesz co to jest? – Spytał, obróciwszy go kilkukrotnie w dłoniach.

- Miałem nadzieję, że ty mi powiesz – Harry nie otworzył nawet oczu.

Ginny zmarszczyła brwi. Doskonale wiedziała, że Harry wie, a przynajmniej podejżewa czym się bawi. Zaskakujące było to, że to właśnie Charliego, z którym widywał się tak rzadko, sprowokował do zainteresowania się przedmiotem.

- To smocze szkło – Rudzielec powiedział odrobinę zbyt głośno. Wywołując zainteresowanie połowy domowników.

- Naprawdę? Ciekawe skąd się wziął w mojej kieszeni – Harry delikatnie odebrał przedmiot chowając go do aksamitnego woreczka z emblematem departamentu

Oczy Ginny zwęziły się do małych szparek.

W czasie, kiedy mieszkańcy Anglii świętowali nadejście nowego roku, na północy, wśród niedostępnych gór odległej Norwegii z jednej z dolin buchały płomienie. Jeśli komuś udało by się podejść niezauważonym wystarczająco blisko, zobaczyłby dwie setki smoków przeróżnych ras siedzących w idealnym okręgu Buchając raz po raz ogniami z pysków…

 

Kłopoty? Znajdują mnie same.

27 gru

Muszę iść do biura – Harry mruknął chwytając leżące na podłodze spodnie.

- Wcale nie musisz – Ginny mruknęła zdegustowana. – Nawet cię nie wzywają.

- Ale zaraz wezwą.

- Skąd wiesz, że w ogóle będą cię tam potrzebować.

- Ginny. Widziałaś co się stało w mieście, jeśli kiedykolwiek aurorzy byliby niezbędni, to właśnie teraz.

- To może wcale nie dotyczyć naszego świata. Zostań – przylgnęła do niego ciepłym ciałem.

- Nie mogę. Wrócę nim się obejrzysz.

- Już się obejrzałam, a ty nawet nie zdążyłeś wyjść – uśmiechnęła się szelmowsko.

- Lecę – pocałował ją w biegu. Zdegustowana czarownica opadłą na fotel.

Nie chcąc tracić czasu Harry aportował się wprost do sali aportacyjnej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Był to strzał w dziesiątkę. W atrium ministerstwa panował taki chaos, że średni czas oczekiwania na windę, nawet dla osób tak priorytetowych jak autorzy wynosił piętnaście minut. Przekonali się o tym na własnej skórze aurorzy, którzy nie pomyśleli o sali aportacyjnej, albo nie mieli uprawnień do korzystania z niej. W kwaterze głównej biura aurorów panował rozgardiasz. Wszyscy się przekrzykiwali, potrącali, wchodzili sobie w drogę i potykali o biurka.

- Ramirez? – rzucił wchodząc między biurka zespołu.

- Nie mam pojęcia. Jedni mówią, że to jakiś zmasowany atak inni, że wyleciało w powietrze pół pokątnej. Podobno ktoś szturmuje szkołę.

- Figę, a nie szturmuje. Już bym o tym wiedział.

- Mówiłam ci! – Ziva odpowiedziała zwycięsko. – W Hogsmeade też pewnie spokój.

- Gdzie Urquhart?

- U Ministra. Razem z szefem Patrolu i szefem departamentu.

- Są jakieś rozkazy.

- Żadnych.

- To co oni wszyscy wyrabiają? – Kiwną brodą w kierunku biegających aurorów. Dziewczyny tylko wzruszyły ramionami.

- Szlag – Harry wskoczył na swoje biurko. – Cisza, Cisza! CISZA! – kiedy ostry gwizd również nie przyniósł efektu, puścił zaklęcie hukowe, aż wszystkim zadzwoniło w uszach, a połowa aurorów przypadła do ziemi. – Cisza! Ostatni raz takie zachowanie widziałem u pierwszoroczniaków, gdy do szkoły dostał się troll górski! Wstyd, panowie i panie. Jesteście Aurorami, nie pierwszakami w Hogwarcie. Uporządkujcie ten burdel i w ciszy wracajcie do swoich zajęć. Za chwilę możemy wszyscy zostać wezwani na akcję i macie być wszyscy gotowi i skupieni tak, by każdy z nas wrócił wieczorem do swojego domu. Do swoich rodzin! No co tak stoicie? Jak ktoś nie ma nic do roboty, to na salę, trenować. Chętnie pomogę – porozrzucane po biurze papiery w sekundzie znalazły się znów na swoich miejscach, a aurorzy zniknęli przy biurkach.

- To takie odprężające, kiedy krzyczy na kogoś innego – Marietta powiedziała z rozrzewnieniem, ale umilkła pod ostrym spojrzeniem szefa.

- To co robimy?

- Tak jak powiedziałem. Siedzimy, albo idziemy na salę trenować.

- Na pewno nie siedzicie – Urquhart wskoczył na biurko Zivy w akompaniamencie oburzonego „Hej!” – Aurorzy!oburzonego – Wszyscy wstali jak na komendę. – Dzisiaj, o godzinie piętnastej doszło do ataku na Bank Gringotta – na sali zapanowała martwa cisza. – Budynek jest całkowicie zniszczony. Gobliny nie dopuszczają nikogo w pobliże, nie wiemy ile osób było wewnątrz, czy byli tam czarodzieje, ale z całą pewnością są ofiary. Minister prowadzi rozmowy z władzami banku, by dopuścili czarodziei do akcji ratunkowej. Znacznie uszkodzona jest ulica Pokątna. Szpital Świętego Munga informuje, że zgłasza się do nich coraz więcej czarodziejów z różnego rodzaju obrażeniami. Głównie uszkodzenia słuchu w wyniku eksplozji. Członkowie Patrolu już są na ulicach i pilnują porządku.

- Wkraczamy do akcji? – Zapytał ktoś z sali.

- Nie. Nie mamy uprawnień do pilnowania porządku, a wypadek dotyczy budynku prywatnego.

- Kto ich zaatakował.

- Nie mamy jak na razie dowodów na udział organizacji przestępczej. Nikt się też do tego nie przyznał.

- Więc co robimy?

- Czekamy, pozostajemy w gotowości i jeśli minister nas wezwie, to ruszymy do akcji. Jakakolwiek by ona nie była. Harry, dziewczyny, chodźcie ze mną – dokończył, zeskoczywszy z biurka.

- Głębokie bagno? – Harry zapytał wprost, gdy zamknęły się za nimi drzwi.

- Nie wystają nam nawet uszy. To, co zrobiliście w banku wtedy, ze smokiem, to pikuś. Kilku specjalistów z Departamentu Tajemnic pobieżnie rzuciło na to okiem. Mówią, że eksplozja, czymkolwiek była, miała miejsce pod ziemią. Budynek nie wybuchł, jak trafiony bombardą, dla przykładu. On się zapadł w dziurę, jaka powstała po wybuchu.

- Ikh baren. Nie ważne, kontynuuj – Ziva zreflektowała się, gdy wszystkie oczy zwróciły się na nią.

- Nie mam pojęcia ile osób zginęło, ale wątpię, by ktoś przeżył ten wybuch.

- Była piętnasta, w niedzielę o tej porze jest młyn na Pokątnej – Marietta zauważyła przytomnie.

- Ludzie zaczynają szturmować gruzy, ale Gobliny postawiły tam kordon ochrony złożony z trolli. Może zrobić się kiepsko, jeśli się wkurzą. Członkowie patrolu pilnują też porządku na ulicy. Część sklepów zamknęło się w obawie przed szabrowaniem.

- Mówiłeś, że Kingsley negocjuje z władzami banku dostęp do gruzowiska.

- Tak, jak tylko mu się uda twój zespół wchodzi do akcji. Zaczynamy śledztwo i wprowadzamy ratowników do odgruzowywania.

- Poważnie nie ma tropów, nikt się nie przyznał?

- Jest lepiej. Przyszło kilka listów, w których przestępcy się tego wypierają. Nie wygląda to za ciekawie.

- Mogło być gorzej.

- Niby jak? – Urquhart spojrzał zszokowany na Mariettę.

- W piątek wszyscy pracownicy ministerstwa dostali pensje z premią świąteczną. Jak znam życie, to już je wypłacili, ale jeszcze nie wydali. Sklepy też mają pełne kasy przed świętami, więc Galleonów nie powinno nam zbytnio zabraknąć.

- Coś w tym jest – zgodził się ich szef. – Tak czy siak, póki co siedzimy na tyłkach i lepiej powiadomcie rodziny, że nie wrócicie na noc do domów.

- Całe biuro?

- Tylko wasza czwórka.

- To się Ginny ucieszy – Harry warknął niezadowolony.

Kolejne godziny przywodziły na myśl słowa piosenki „Kiedy sytuacja coraz gorsza robi się ze złej…”. Na ulicy pokątnej i w Hogsmeade dochodziło do szturmów na sklepy. Czarodzieje próbowali siłą i za pomocą zaklęć dostać się do zgliszcz banku by wydostać swoje oszczędności, lub, jak w przypadku Mundungusa, zwyczajnie szabrować. Ostatecznie, o godzinie 19.00 Minister zwołał konferencję prasową w atrium, a udział w niej wziąć mogli wszyscy mieszkańcy magicznego świata. Stawił się prawdziwy tłum, a o zapewnienie porządku poproszenie zostali aurorzy. Harry stał na podwyższeniu, trzy kroki za Kingsleyem, słuchając, jak wygłasza oświadczenie.

Minister swoim dekretem wprowadzał stan wyjątkowy, co dawało aurorom prawo do wyjścia na ulice, co część z nich już uczyniła. Ogłosił również wprowadzenie na ulicy Pokątnej i w Hogsmeade godziny policyjnej. Poprosił wszystkich mieszkańców o zachowanie spokoju, a media o nie sianie paniki nonsensownymi wiadomościami, jak wojna z Egiptem. Aurorzy otrzymali wreszcie pozwolenie na rozpoczęcie śledztwa w gruzowisku, a ekipy ratunkowe do przeczesywania go w poszukiwaniu ocalałych. Wstępne dane mówiły o śmierci co najmniej dziesięciu czarodziejów i około setki goblinów. Nie to jednak wywołało największą burzę. Okrzyki oburzenia podniosły się, kiedy Kingsley ogłosił zamrożenie cen produktów na poziomie z dnia wczorajszego, oraz zwrot różnicy, jaką nadpłacili dzisiejsi klienci po natychmiastowym skoku cen. Zebrani sprzedawcy zaczęli wykrzykiwać w stronę Kinga malownicze obelgi, a kilku próbowało rzucić się na niego z gołymi rękoma, jako że przy wejściu odebrano im różdżki. Harry w końcu nie zdzierżył.

- Ale o co ten krzyk! Panie Gentlewood – zwrócił się do otyłego mężczyzny, który próbował przedrzeć się przez kordon aurorów. – Pan prowadzi sklep z przyprawami, prawda? – Mężczyzna zamrugał nerwowo. – Czy od wczoraj wzrosły koszty importu soli? A może cały cukier na świecie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach dzisiejszego ranka?

Pan Gentlewood zdawał się kurczyć w sobie i jakby znikać wyraźnie speszony znajomością Harrego.

- Niemal codziennie odwiedzam pana robiąc drobne zakupy, robią to też moje koleżanki z biura. Jeśli boi się pan odpływu klientów, proszę się nie obawiać, powiemy wszystkim aurorom, by robili zakupy właśnie u pana. Codziennie będzie miał pan klientów. Mogę nawet poprosić o to kolegów z Patroli Przestrzegania Prawa. W całym departamencie przestrzegania prawa pracuje ponad trzysta osób. Będzie miał pan klientów aż nadto.

Mężczyzna miał ochotę zapaść się pod ziemię, a jego cera była trupio blada.

- A pan, panie Fliss. Coś nie tak z piekarnią? Młynarz się rozwodzi i podniósł panu cenę mąki, by mieć na alimenty, a może kury zastrajkowały i żądają dwa galleony za jajko? Z kurami nie ma żartów. One nie podporządkują się ministerstwu. Oj, nie nie.

Purpurowy na twarzy piekarz zaczął się wycofywać, potykając o stojące za nim osoby.

- Powinniście się obaj panowie wstydzić. Sprzedajecie produkty najbardziej potrzebne i chcecie się wzbogacić na nieszczęściu innych, ale jesteście przy tym na tyle głupi, że nie rozumiecie podstawowej rzeczy. Jak sami podniesiecie ceny to zrobią to i inni i nic nie będziecie z tego mieli. W trudnych chwilach najważniejsza jest współpraca. Porozumienie. Wzajemny szacunek i dobra wola, a nie własna kiesa! Ja zostałem z pięcioma galleonami w kieszeni. Reszta moich pieniędzy leży pod gruzami i za te pięć galleonów muszę zorganizować święta, a panowie ile macie galleonów? – Mężczyźni w milczeniu zniknęli w tłumie wśród szeptów i wytykań palcami.

- Nie myślałeś o karierze polityka? – Kingsley zapytał Harrego, gdy wraz z innymi obecnymi na konferencji szli korytarzami departamentu przestrzegania prawa.

- Ugryź mnie – Harry warknął półgębkiem.

- Ale nadawałbyś się do tego. Masz podejście, posłuch i temperament.

- Wiem, że zbliżają się wybory, a ty nie masz ochoty startować, ale mnie na pewno w to nie wrobisz. Nie zamierzam rządzić i kropka.

- To bardzo dziwne, ale tak już jest, że ci, którzy najbardziej się nadają do sprawowania władzy, nigdy jej nie pragną. Ci, którym tak jak tobie narzuca się przewodnictwo, a oni godzą się na to, bo muszą, i ku swojemu zdumieniu stwierdzają, że bardzo dobrze im to wychodzi.

- Nie cytuj mi tu Albusa, King.

- Ależ ja cytuję ciebie, nie Albusa. Powiedziałeś mi to w dniu, w którym przekonałeś do kandydowania.

- I mam tą satysfakcję, że poparłem odpowiedniego człowieka – Harry klepnął w plecy czarnoskórego mężczyznę na chwilę przed tym, gdy wraz z członkami swojego zespołu zniknął w akompaniamencie trzasku w sali aportacyjnej.

Pomimo panującej w magicznym Londynie godziny policyjnej na ulicy Pokątnej było pełno ludzi. W zamkniętych sklepach koczowali ich właściciele chroniąc swoje towary przed potencjalnymi szabrownikami. Właściciele punktów gastronomicznych liczyli zyski z ciekawskich czarodziei, którzy uznali, że mogą sobie pozwolić na wydanie kilku Galleonów na ciastko i kawę, by podziwiać przedstawienie dziejące się w zgliszczach, a mimo ciemności było co podziwiać.

- Harry Potter, Biuro Aurorów. – Harry machnął legitymacją przed oczami trolla. Ten się zmarszczył, nachmurzył, burknął groźnie kilka razy, ale widząc, że nie robi to na młodym czarodzieju najmniejszego wrażenia sapnął i ustąpił, przepuszczając go do rumowiska na którym pracował już mały zespół czarodziei z ministerstwa obserwowanych z nadzieją, prze pracowników Św. Munga.

- Tak, wiem – Postawny czarodziej po sześćdziesiątce odezwał się, uprzedzając mającego się przedstawić Harrego.

- Jak postępy?

- A jak mają być. Zanim się dokopiemy do dna, minie kilka miesięcy. Czujne oko gapiów też nie pomaga, dwa razy omsknął się nam ten czy inny gzyms, to narobili rabanu że szok. Próbowali też szturmować blokadę i się tutaj dostać.

- Kto tam pracuje?

- Odgruzowują to pracownicy służb porządkowych ministerstwa.

- Sprzątacze do gruzów – mruknęła Ramirez.

- A nadzorują ich chłopcy z departamentu tajemni…

W tej właśnie chwili jeden z porządkujących gruzowisko czarodziejów krzyknął przeraźliwie i zniknął pod ziemią. Harry puścił się pędem w tamtą stronę.

- Nic mi nie jest, nic mi nie jest – dochodziło cicho spod ziemi. Złamałem nogę, ale nic mi nie jest, już się deportuję – i po chwili siedział na gruzie między nimi, a magomedycy rzucali czar spajający kości.

- Pan już dzisiaj nie pracuje – Harry powiedział spokojnie.

- To nic, po prostu jest ciemno i się potknąłem.

- Jutro rano pan wróci. Jeszcze tutaj będziemy. ILUMINATI! – Harry wyskandował celując różdżką w niebo. Wysoko nad gruzowiskiem rozlała się po niebie niczym mleko błyszcząca srebrzyście poświata. Na zgliszczach banku zrobiło się jaśniej niż w słoneczny dzień. – Teraz możecie pracować.

- Wiesz, że jako auror nie powinieneś stosować zaklęć nie zaaprobowanych przez ministerstwo, szczególnie w obecności niewymownych?

- Och na litość boską…

- No co? – ale Harry nie mówił do niej.

- DEKRETEM MINISTRA MAGII NA ULICY POKĄTNEJ, NOKTURNIE, ORAZ HOGSMEADE WPROWADZONA ZOSTAŁA GODZINA POLICYJNA. WSZYSCY CZARODZIEJE, KTÓRZY NATYCHMIAST NIE OPUSZCZĄ ULICY ZOSTANĄ ARESZTOWANI. AURORZY, PATROL – wykonał dłonią nieokreślony gest, który skłonił stróżów prawa, do rozpoczęcia przeganiania tłumu.

Prace na gruzowisku trwały powoli. Usuwane kamienia deportowane były na łąkę, gdzie przed laty stał stadion pamiętnych finałów Quidditcha. Co jakiś czas czarodzieje się zatrzymywali i nasłuchiwali, ale z dołu nie dochodziły ich żadne nawoływania, okrzyki, czy choćby najcichsze jęki. Trudno było w takiej chwili nie porzucić nadziei. Harry Potter nauczył się przez lata wielu rzeczy, ale najważniejszą nauką, która teraz miała być dla niego świętością było, że nadzieja nigdy nie umiera i w najciemniejszej godzinie zawsze można spodziewać się iskierki szczęścia.

- Harry! Musisz to zobaczyć!

 

Zwyczajny dzień Harrego.

13 gru

Harry siedział na drewnianym stołku w kuchni domu przy Grimmauld Place przyciskając pokaźnych rozmiarów stek do policzka. Ginny krzątała się wokół, ale minę miała niepewną.

- Dobrze się czujesz, skarbie? – spytała nie patrząc mu w oczy. Usta zaciskała tak, że tworzyły jej się zmarszczki mimiczne wokół nich.

- Bawi cię to? – Warknął zza kotleta.

- Skąd! Martwię się o ciebie.

- Tak, masz tak strasznie strapioną minę, że zaraz eksplodujesz od tego, tłumionego śmiechu.

- No bo wyglądasz jak idiota – Ginny w końcu nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Siedzisz w mundurze Aurora z kotletem na twarzy i na kuchennym stołku. Pójdź rzesz do magomedyka.

- To był ognisty pocałunek! Żaden eliksir nie pomoże.

- Kotlet też.

- Przynajmniej chłodzi.

- Jak w ogóle mogłeś do tego dopuścić, „Aurorze”?

- Zawsze była dla mnie za szybka.

- To było jej nie podpuszczać.

- Łatwo ci powiedzieć.

Tego poranka Harry znowu był w Hogwarcie, by poprowadzić z uczniami kolejne spotkanie klubu pojedynków.

Po śniadaniu stoły zostały usunięte, a na środku pojawił się zwyczajowy już podest, na którym prezentowane miały być pojedynki. Tego dnia Marietta i Ziva postanowiły, że należy im się od czasu do czasu wolny weekend i pozostawiły Harrego z perspektywą samodzielnego prowadzenia zajęć. Na szczęście zawsze można liczyć na przyjaciół i tak oto pomocną dłoń wyciągnęli do niego Neville i Hermiona. Wyciągnął ją również Ron, ale pomimo jego niewątpliwych sukcesów jako auror przyjaciele powiedzieli mu chórem „bądź poważny”. Tak więc poważny Ron spędzał dzień w sklepie z niepoważnymi gadżetami, do którego wrócił w ostatnich dniach, porzuciwszy definitywnie pracę dla ministerstwa, a pozostałą trójka poprawiała ułożenie dłoni i wymawianie zaklęć.

Wszystko toczyło się jak po maśle do chwili, gdy Harry postanowił nauczyć młodych adeptów kilku nowych czarów. Wydawało się, że nie ma nic prostszego niż nauczyć nowego czaru, a przynajmniej jak dotąd nie było nic prostszego. Stawało się przed uczniami. Machało różdżką wypowiadając formułkę. Powtarzało się ten manewr kilka razy, a potem sprawdzało czy uczniowie są zdolnymi papużkami. Tym razem Harry popełnił jednak błąd nie przewidując Hermiony.

Hermiona nie była by sobą, gdyby przy tej okazji nie zrobiła uczniom wykładu na temat historii zaklęcia, teorii jego stosowania i wszystkich obostrzeń, jakie obowiązują ich przy stosowaniu i niestosowaniu zaklęcia. Uczniowie zaczynali powoli wyglądać jak na zajęciach profesora Binnsa, więc Harry niewiele myśląc – i to jest kluczem do całej historii – użył za jej plecami zaklęcia Jęzlep. Hermiona zacharczała, zakrztusiła się, a cała sala wybuchła śmiechem. Błędem Harrego było, że zamiast od razu postawić zaklęcie tarczy zaczął się śmiać z innymi. Hermiona, która dzierżyła w dłoni różdżkę, jako pomoc naukową przy tłumaczeniu teorii (jakikolwiek miałoby to mieć sens, skoro nie czarowała), w sekundzie stała przodem do niego puszczając zaklęcie niewerbalne. Widząc szkarłatny grot Harry zdążył jedynie zrobić niezgrabny unik, ale jego policzek i tak rozdarł piekący ból. W pierwszej chwili na sali wybuchła wrzawa i gwizdy zachwytu. Ale była to tylko chwila. Nim świetlisty grot rozpłynął się w powietrzu uderzając o ścianę za Harrym drugi już mknął w jej kierunku. To co w ciągu kolejnych kilkunastu minut oglądali uczniowie było jednym z najbardziej zajadłych pojedynków, by nie powiedzieć starć, jakie widział Hogwart.

Prawdopodobnie tylko przytomny umysł Nevilla, który przeczuwając co się wydarzy zdążył postawić tarczę pomiędzy walczącymi a uczniami uchronił szkołę od „strat w ludziach”, jeśli można to tak nazwać. Harry jeszcze nigdy nie pojedynkował się na serio z Hermioną i nie pamiętał, by którąkolwiek z ich poprzednich potyczek wygrał, teraz jednak dał upust wszystkim swoim frustracjom i momentom historii, w których miał ochotę zdzielić ją jakimś zaklęciem, ale się powstrzymywał,. Rudowłosa przyjaciółka nie pozostawała mu dłużna. Eksplozje w dziesiątkach kolorów i setkach ich odcieni oślepiały, a ich dźwięki ogłuszały zebranych.

W jednej chwili wszystko ustało. Przyjaciele bynajmniej nie zaprzestali walki. Zwyczajnie trwali w bezruchu niczym zaklęci w kamień.

- Dziękujemy państwu za ten pokaz. Był niewątpliwie wielce pouczający – McGonagall wkroczyła na podwyższenie. Lekkim ruchem różdżki „odmrażając” walczących. – Pan, panie Potter powinien, jak sądzę udać się do skrzydła szpitalnego.

- To nie będzie konieczne.

- A pani, panno Granger… proszę doprowadzić się do porządku, bo wygląda pani, jak kocmołuch – McGonagall dokończyła nie zważając na opinię Harrego. – Uczniowie mogą się już rozejść. Czas dzisiejszych zajęć już upłynął!

Uczniowie ociągając się i marudząc opuścili Wielką Salę, co jakiś czas oglądają się, czy bitwa aby nie rozgorzeje na nowo. W szkole dawno nie działy się takie atrakcje, jak starcie sławnego Harrego Pottera z równie sławną Hermioną Granger. Do późnych godzin nocnych w szkolnych dormitoriach trwały dysputy o to, kto wygrałby to starcie i kto jest lepszym czarodziejem. Przytaczano wiele argumentów. Począwszy od pochodzenia, przez stopnie w szkole, to kto zabił więcej czarnoksiężników, a na kolorze włosów kończąc, wszak wszyscy wiedzą, że kasztanowy, to kolor prawdziwej wiedźmy (oczywiście kolorem tym jest rudy, ale kto by o tym pamiętał w takiej chwili), tyle że zielone oczy, też świadczyły o czarodziejstwie. Nauczyciele kilkakrotnie przychodzili uciszać swoich podopiecznych, aż ostatecznie dali sobie spokój, zwłaszcza że materia ta rozpalała i ich umysły. Nawet pracująca w zamkowej kuchni Mrużka na chwilę otrząsnęła się z wiecznej rozpaczy, by wyrazić swoją opinię w tej materii mówiąc: „Harry Potter i Hermiona Granger to wielcy czarodzieje, ale mój biedny pan Crouch był najlepszy z nich i nie poradził sobie bez swojej biednej Mrużki.” wybuchając po tych słowach płaczem.

Harry zbyt długo był aurorem i zbyt wiele razy oberwał zaklęciem, by wiedzieć, że wizyta u Pani Pomfrey nic nie da. Przeszywający policzek ból trzeba było zwyczajnie przeczekać, dbając by był chłodny.

Tak oto właśnie Harry Potter znalazł się w domowej kuchni z kotletem przytkniętym do twarzy i rozbawioną Ginny.

- To ma swoje plusy.

- Jakie?! – Harry zawołał szczerze zadziwiony.

- Żaden z uczniów nie będzie mógł powiedzieć, że zajęcia są nudne i będziesz miał za tydzień komplet na sali.

- Za tydzień nie zabieram Hermiony, więc obędzie się bez takich numerów. Będzie cicha i spokojna lekcja z rozsądną pomocą Zivy i Ramirez.

- Poproszę Zivę, żeby się ze mną zamieniła, mam straszą ochotę przetrzepać ci skórę na oczach tylu osób.

- Ha, ha. Bo uwierzę.

- Uwierz, uwierz. Już dawno nie wzięłam cię porządnie w obroty, mój prywatny aurorze – Ginny usiadła Harremu na kolanach – Jak tak dalej pójdzie, to wyjdziesz z formy – pocałowała go delikatnie. Kotlet już dawno leżał odrzucony na podłodze, obserwowany przez Łapę i Hektora.

- To może ja przyjdę później – niezdecydowany głos oderwał ich od siebie. Ginny spojrzała ponad ramieniem ukochanego, gdzie w drzwiach stała Hermiona z wielkim bukietem kwiatów.

- Daj spokój. Wchodź – zaprosiła przyjaciółkę, raz jeszcze całując Harrego, nim zeszła z jego kolan – i nie rób min, jakbyś w życiu nie widziała obściskujących się ludzi. Wszyscy jesteśmy dorośli.

- Tak, ten…

- Poza tym, właśnie mi dokopałaś – Harry odwrócił się do niej. Pisnęła widząc napuchnięty policzek. – Te kwiaty to dla mnie?

- Ten, tak. Przepraszam cię, ja…

- Daj spokój. Będę mógł opowiadać dzieciom, że jedną bliznę zrobił mi Lord Voldemort, a drugą Hermiona Granger.

- Jakbyś postawił tarczę… Skąd miałam wiedzieć, że zamiast postawić głupią tarczę, włączy ci się instynkt aurora i zrobisz unik! Nikt normalny nie robi uników trzymając różdżkę w dłoni! – Wreszcie wybuchła, wyrzucając z siebie napięcie narosłe od poranka. – Nawet Ron postawiłby tarczę!

- Jak już skończysz, to powiedz, czy chcesz herbatkę.

- Jesteś bezmyślny i nieodpowiedzialny. Mogłam cię przez przypadek zabić i tak. Poproszę herbatkę – odetchnęła głęboko.

- Nie mogę sobie darować, że nie widziałam jak go załatwiłaś – Ginny postawiła parujący kubek, który przygotowała nie czekając na decyzję przyjaciółki.

- Nie załatwiłam go, tylko McGonagall nas spetryfikowała na chwilę.

- Jak dla mnie, każdy kto może się poszczycić tym że wyszedł z pojedynku z Harrym o własnych siłach i z różdżką, może uważać się za zwycięzcę.

- Nie wiem, czy mam podziękować za komplement, czy się obrazić.

- Podziękuj, lepiej na tym wyjdziesz – Hermiona uśmiechnęła się niepewnie.

- A skąd możesz to wiedzieć?

- Jestem kobietą. Zaufaj mi.

- Dziękuję?

- Ależ proszę skarbie. Byłaś u mojego brata? – Ginny zmieniła temat na mniej drażliwy.

- Tak, ale nie miał czasu porozmawiać, jako że skończył się nasz pokaz, to zwaliło się do niego pół szkoły. Na marginesie, kazał ci przekazać, Harry, że George jest bardzo niezadowolony z twoich zajęć bo spadły mu obroty w Hogsmeade przez to że uczniowie przychodzą tylko na pół dnia.

- I tak zarabia więcej niż połowa czarodziei w Anglii. Jak zbiednieje o kilka galeonów to nic mu się nie stanie.

- Tylko ci przekazuję.

- Nadal się dziwię, że Ron zrezygnował z bycia Aurorem. Tak dobrze mu szło. Był na fali.

- Tak, dostawał kolejne odznaczenia. Z tego co mówił miał dostać własny zespół i nagle odszedł – Hermiona poparła przyjaciółkę. – Jak go o to pytam, to mówi, że uznał, że tak powinien zrobić, albo mnie zbywa.

- Harry, masz coś do dodania – Ginny zapytała widząc, że jej druga połówka najchętniej stałaby się niewidzialna.

- Ron podjął decyzję – powiedział w końcu. – Nie ma się nad czym rozwodzić.

- Ale dlaczego podjął taką decyzję?

- Zapytaj Rona.

- Ale mówił ci coś, jesteś jego najlepszym przyjacielem i aurorem. Musisz wiedzieć, co go skłoniło.

- Tak, muszę. Tak się składa, że nawet jak czegoś nie chcę wiedzieć, to jakimś sposobem informacje i tak do mnie docierają. Jestem jakby magazynem plotek z całego ministerstwa.

- To dlatego, że omotałeś tam tyle czarownic, które się zapłaczą po naszym ślubie – Ginny puściła do niego oko.

- Może i tak – uspokoił się trochę. – Słuchajcie obie. Nie naciskajcie na Rona. Sam zdecydował, by odejść, podał ku temu bardo dobre powody. Nie cieszy mnie to, że odszedł, bo uważam że mógł jeszcze wiele zdziałać, ale zdecydował inaczej i ja go w tym wspieram, wy też powinnyście.

- Wspieram go wspieram – Hermiona przytaknęła skwapliwie.

- Taaa. Moja mama mówi, że wspierają się niemal co noc – Ginny wypaliła powodując potężny rumieniec na twarzy Hermiony.

- To, ja już pójdę – Hermiona bąknęła, jakoś nie mogąc uspokoić rumieńca i bicia serca na wspomnienie ostatniej nocy.

- Tak sobie myślę, że po takich obrażeniach, ja też potrzebuję wsparcia – Harry powiedział z rozbrajającym uśmiechem.

- Jeszcze nie ma nocy.

- Ale my nie mieszkamy z Molly.

Kiedy tylko młodzi czarodzieje opuścili kuchnię, rozpętała się w niej prawdziwa wojna. Łapa, a tym bardziej Hektor nie zamierzali się dzielić kotletem i wyrywali go sobie nawzajem robiąc przy tym spory rumor. Zgodnie z powiedzeniem; „gdzie dwóch się bije…” pojedynek wygrał Stworek, który magią znaną tylko skrzatom przemieścił kotlet wprost na patelnię, gdzie w kilka krótkich chwil upiekł go sobie na chrupko.

Młodzi czarodzieje zaszyli się tymczasem w jasnej i przestronnej bibliotece, pełnej wysiedzianych foteli, małych stolików i drabinek dzięki którym można było zdejmować książki z półek. Uwielbiali to miejsce nie tylko ze względu na potężny zasób księgozbioru, a może przede wszystkim nie z tego powodu, gdyż na czytanie zawsze jakoś brakło im czasu. Biblioteka dawała o wiele więcej możliwości, którym właśnie się oddawali, skupiając tylko i wyłącznie na sobie.

Zabawa trwała już dobre dwa kwadranse i nieuchronnie zbliżała się ku końcowi, który odczuwali oboje. Ostatnie głębokie spojrzenia, trochę nazbyt agresywne szarpnięcia za włosy i świat nagle eksplodował.

Oboje spodziewali się tej eksplozji. Nie mogli się jej wręcz doczekać, ale żadne z nich nie spodziewało się, że prócz ich ciał wybuchnął – i to całkiem dosłownie – wszystkie okna w domu, a uszy wypełni im nieprzyjemne dzwonienie.

Nie zważając na nie do końca kompletny strój oboje podbiegli do wiejących pustką framug. W całym Londynie, jak okiem sięgnąć, nie pozostała nienaruszona żadna szklana powierzchnia…

 
 
 

  • RSS