RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Opowiadanie: Rok Dziesiąty’

Lepiej późno, niż wcale. (tytuł oryginalny: Dzień dobry, kocham cię).

06 lip

Rozdział ze specjalną dedykacją, dla mojej wiernej czytelniczki, przyjaciółki i korektorki, Nikitki.
Wychowuj nam kolejne pokolenie fanek HP :)

 

- No więc, kochanie. O czym rozmawiałeś z McGonagall? – Ginny stała boso na kamiennej podłodze kuchni przy Grimmauld Place 12 ubrana w samą podomkę. Od kiedy zakończył się sezon w amerykańskiej lidze quidditcha i całe dnie nie miała co robić, uparła się wstawać o poranku z Harrym, by zjeść z nim śniadanie, nim wyjdzie do pracy.

- O niczym konkretnym. Chciała podziękować, że zechciałem zrobić ten wykład dla OWUTEM’iaków.

- Kłamczuch.

- Nie kłamię. Przecież wiesz ile mnie namawiała, nim się zgodziłem

- Kłamiesz, a wiesz skąd wiem? Wiem bo masz taki długi nochal, taki długi, że zaczyna ci się tu.

- Tu mi się kończy – poprawił ją z uśmiechem, gdy stukała go w czubek nosa.

- Tu ci się zaczyna, a kończy ci się, on ci się kończy… w najgłębszych piwnicach Gringotta, Pinokio.

- Na bogato – uśmiechnął się jeszcze szerzej, odsłaniając przy tym wszystkie zęby.

- Nie chcesz to nie mów. Twoja wola, aurorze.

 

Harry w milczeniu przyglądał się, jak Ginny myje szklanki niczym rodowita mugolka. Twierdziła, że takie systematyczne, powtarzalne zajęcia relaksują ją i pozwalają się oderwać od rzeczywistości. Nie rzeczy rzeczywistość ją irytowała, czy męczyła. Czasami dobrze jest pozbyć we własnym świecie.

- Myślałaś może nad datą ślubu? – spytał po minucie milczenia. Wycierana właśnie do ucha szklanka wyśliznęła się z dłoni Ginny, odbiła od kantu zlewu i roztrzaskała na tysiące diamencików o kamienną podłogę.

- S s słucham? – Ginny wykrztusiła z siebie, patrząc na Harrego oczami wielkości Galleonów.

- Czy myślałaś nad datą naszego ślubu?

- Oczywiście, nie raz. Trudno nie myśleć o sylwestrze spędzonym na plaży Kiribati.

- Mam na myśli datę ślubu tutaj, obiecaliśmy twojej mamie.

- Daję fory Georgowi i Angelinie. Potem się pomyśli.

- Co byś powiedziała na pierwszy weekend lipca?

- Za tydzień! – Krzyknęła tak głośno, tonem tak wysokim, że Hektor zjeżył się i z głośnym prychnięciem czmychnął z kuchni, a śpiący w kącie Łapa poderwał się ujadając wściekle, gdyż obudzony z głębokiego snu nie wiedział jeszcze co się dzieje – Widzisz co narobiłeś! – Ginny warknęła na Harrego, jakby to była jego wina, że Łapa potrzebował teraz porządnego wygłaskania.

- Jego głaszczesz, a mnie nie pogłaszczesz – Harry mruknął znad kubka herbaty, przypominając sobie obrazek z jednej z mugolskich gazet.

- Nie za tydzień, tylko za rok.

- Skąd ci przyszła do głowy tak dokładna data aż za rok? To szmat czasu na załatwienie takiej sprawy.

- Bo niełatwo o dobrą salę weselną w krótszym terminie.

- Bill i Fleur brali ślub w ogródku Nory, nie powiesz mi, że mama każe sobie rezerwować termin wystawienia namiotu na rok do przodu.

- Mama nie, ale już np. Parvatti ma zajęte terminy u siebie w klubie nawet na dwa lata do przodu i nie udało mi się nic wynegocjować, a McGonagall potrzebuje kilku miesięcy na urobienie rady nadzorczej, by wydali odpowiednie pozwolenie. – Słowa Harrego nie od razu dotarły do umysłu Ginny. Przy całej swojej błyskotliwości potrzebowała kilku chwil, by przetrawić to, co właśnie usłyszała.

- Chcesz wziąć ślub w Hogwarcie?!

- Czemu by nie.

- Ale po co. Skąd ty nazbierasz tylu gości, nasi goście pomieszczą się z łatwością w Norze, może nawet w chatce Hagrida by się pomieścili.

- No nie wiem, nie wiem. Jedna z czołowych zawodniczek trzeciego zespołu ligi amerykańskiej. Nominowana do nagrody najładniejszej zawodniczki sezonu. Była Harpia. Była aurorka i członkini Gwardii Dumbledore’a. Ścigająca reprezentacji Gryffindoru. Myślę, że sporo osób zechce wpaść na twój ślub.

- Z aurorem Harrym Potterem, który każdego dnia czyni nasz świat bezpieczniejszym, był kapitanem reprezentacji Gryffindoru, zdobył tytuł najbardziej pożądanego kawalera magicznej Wielkiej Brytanii i w międzyczasie znalazł chwilę by pokonać Sam Wiesz Kogo i w dodatku jest przyjacielem ministra magii. To faktycznie może być spora lista gości.

- Czyli zgadzasz się na ten pierwszy weekend lipca?

- Może być, ale nie powiesz mi, że McGonagall zgodziła się na to, w zamian za jedno wystąpienie przed uczniami.

- Nie zupełnie – Harremu wyraźnie zrzedła mina. – Przez cały przyszły rok, co tydzień w środę będę prowadził w Hogwarcie pogadanki i klub pojedynków. – Ginny nie wytrzymała. Wybuchnęła histerycznym śmiechem.

- Przepraszam, ale wiem jak kochasz publiczne wystąpienia – wydyszała ocierając łzy.

- Dziękuję za wsparcie. Małżonko.

- Mów mi tak za rok. Najpierw muszę zdjąć zaklęcie zwodzące z pierścionka – wysunęła w jego stronę dłoń ze złotym pierścionkiem stylizowanym w smoka, który kupił dla niej jeszcze w Chinach – i poświecić nim odrobinę publicznie.

- Tyle razy dostałem różnymi zaklęciami, że pamięć może mnie zawodzić, ale zdaje się, że obiecałem Gregowi wyłączność na tą historię.

- Czyli moja rodzina dowie się o naszych zaręczynach i ślubie z artykułu w Playbooku?

- Bardziej zakładam, ze z jego okładki, ale spokojnie. Przecież oni już i tak wiedzą, że wzięliśmy ślub.

- Nie powtarzaj tego przy mamie i uciekaj.

- Bo rzuci na mnie zaklęcie?

- Bo się zaraz spóźnisz do pracy! – Wrzuciła do kominka odrobinę zielonego proszku. Faktycznie, była najwyższa pora, by poleciał do pracy. Nawet szef Zespołu Szybkiego Reagowania powinien od czasu do czasu pojawiać się w pracy o czasie i bywać na odprawach, a te domolubnemu Harremu zdarzało się omijać, kiedy Ginny była blisko.

 

Wystarczyło, by za Harrym zgasł ostatni ze szmaragdowych płomyczków, by pozostawiona sama sobie Ginny zjechała na podłogę siadając z głową między kolanami i oddychając głęboko. Do ślubu był ponad rok, a ona miała potężny atak paniki i powtarzanie sobie „co robisz głupia” w niczym nie pomagało. Miała 365 dni na kupienie sukni, zamówienie tortu, ułożenie listy gości, wymyślenie jaką chce fryzurę i kto ma zostać jej druhną. JA NIE ZDĄŻĘ!!!! tłukło jej się po głowie. Rok to stanowczo zbyt mało czasu na zorganizowanie wszystkiego. Kiedy tak siedziała starając się uspokoić walące serce i z całych sił powstrzymując łzy, coś coś miękkiego i obleśnie mokrego przejechało jej od ucha przez całe czoło aż po czubek głowy. Zazwyczaj by się wzdrygnęła, teraz jednak tylko zachichotała.

- Jak coś pójdzie nie tak, to ich wszystkich zjesz – odpowiedział jej krótki, rozbawiony szczek. Siedzenie na kamiennej podłodze niczego nie załatwi, co najwyżej mogła złapać wilka. Trzeba było się ubrać i ruszyć do miasta na łowy. Tylko najpierw potrzebowała małych konsultacji z mężatymi psiapsiułkami. Dzień zapowiadał się znacznie ciekawiej, aniżeli gdy wstawała. Wtedy mogła liczyć tylko na co nieco z Harrym. Teraz czekał ją dzień pełen zabaw. Zerwała się na równe nogi i popędziła się przebrać, po drodze przeskakując nad kotem, który uciekłszy z kuchni uznał, że spocznik schodów do najlepsze miejsce do spania, jakie znajdzie w całym domu.

 

W tym samym czasie Harry szedł przez wyludnioną salę kwatery głównej aurorów. Nigdzie nie było ani żywej duszy. Cisza, spokój, można było usłyszeć przelatującą muchę. Taki spokój nigdy nie zwiastował dobrze.

- No, jesteś wreszcie. Marietta syknęła na jego widok. Właśnie miałam do ciebie pisać. Już się zaczęło – podbiegła do niego i pociągnęła go za łokieć.

- Co się zaczęło?

- Odprawa.

- Wielkie mi co. Odprawy są codziennie i świat się od mojego spóźnienia jeszcze nie zawalił

- Dzisiaj może się zawalić. Chodź – pociągnęła go mocniej.

Sala odpraw po brzegi wypełniona była aurorami. Byli na niej chyba wszyscy oficerowie biura. Nawet ci, którzy mieli tego dnia wolne i ci, którzy na co dzień pełnili swoje funkcje w odległych zakątkach kraju wcale biura nie odwiedzając. Pomimo, że Marietta starała się by byli jak najciszej Urquhart i tak zauważył ich pojawienie się i zmierzył Harrego wzrokiem wściekłego jastrzębia. O dziwo to nie on prowadził odprawę.

- …. Ma w tej chwili około 40 członków. Na stałe w Wielkiej Brytanii rezyduje dwunastu. Pozostali przylatują w razie potrzeby z kwatery głównej. W ostatnich tygodniach przed moim odejściem zaczęły też działalność zagraniczne przybudówki.

- Zagraniczne przybudówki? – Harry zwrócił się do Marietty odrobinę głośniej, aniżeli zamierzał.

- Tak, Harry. Zagraniczne przybudówki – Ron przerwał swoją wypowiedź. – Wiedziałbyś o czym mowa, gdybyś raczył zjawić się na czas. To zresztą będzie twoje zadanie. Popytać swoich znajomych, co piszczy w trawie. Przynajmniej pierwsza część zadania

Ron jeszcze nigdy nie prowadził odprawy w sumie to rzadko zdarzało się, by poranną odprawę prowadził ktoś inny niż Urquhart, lub któryś z jego zastępców. Tylko raz prowadził ją Harry. Raz, bo nawet jeśli kroiła się jakaś grubsza akcja, to odprawy odbywały się wtedy w gronie oficerów biorących udział w operacji. Nie w obecności całego biura.

- Dlaczego nie podjęliśmy akcji zaraz po pańskim powrocie? – Padło pytanie od jednego z młodszych aurorów, młodszego nawet od Rona.

- Informację o położeniu bazy i liczbie przebywających tam terrorystów uzyskałem na dwa dni przed aresztowaniem mnie przez nierozgarniętych członków Patrolu Przestrzegania Prawa i jestem pewien, że jakkolwiek informacja o lokalizacji była prawdziwa, to samo jej przekazanie było zasadzką, mającą na celu sprawdzenie, czy nie jestem tym kim byłem, czyli wtyczką. Miałem zamiar przeczekać, aż sytuacja się uspokoi i stracą czujność. Niestety Patrol mnie zgarnął i nawet gdybym wrócił, moja przykrywka byłaby spalona. Ustaliliśmy z szefem biura i szefem departamentu, że przeczekamy, spokojnie zaplanujemy akcję i uderzymy, kiedy nie będą się tego spodziewać. W akcji weźmie udział całe biuro. Każdy jeden z was poleci i zaatakuje. – ruchem różdżki wyczarował mapę z rozrysowanym na niej planem otoczenia, jakiegoś budynku.

- Baza leży na przedmieściach. I należy założyć, że otaczające budynki mogą również być zajęte przez członków Mrocznej Ligii. Podzielmy się na pięć zespołów. Zespół pierwszy i drugi wylądują w miasteczku. Tu i tu i zaczną przesuwać się powoli w kierunku tych budynków, wskazał na mapie dwa podłużne kształty. Są to dwa trzypiętrowe mugolskie bloki mieszkalne, ale należy założyć że nie tylko. Zespół trzeci wyląduje około dwa kilometry na północ, za rzeką jest niewielki Park. Tam zaczekacie skryci pod drzewami w oczekiwaniu na sygnał. Zespół czwarty wyląduje na wschodzie. Mecie tam dość rzadki las. Przemieścicie się około pół kilometra od przeciwnika, w to miejsce – wyczarował różdżką czerwony X na mapie. Jest to wzgórze w lesie, położone mniej więcej dwa i pół kilometra od bazy. Będziecie mieli dobry ogląd na sytuację i mogli kontrolować, jeśli przeciwnik zechce się wycofywać, lub przebić w którąś ze stron.

- Czemu z tej strony nie nacieramy? – Ziva zapytała przytomnie.

- Od strony miasteczka mamy budynki, najbliższe z nich znajdują się około 150 metrów od bazy, więc zespoły będą ukryte do ostatniej chwili. Park jest niedaleko od bazy, za rzeką i otoczony gęstym parkanem. Ten zespół zaatakuje z opóźnieniem i będzie miał do pokonania relatywnie mały odcinek. Na wschód przez dwa kilometry jest czysta, otwarta przestrzeń, zero osłony zarówno dla nacierających jak i wycofujących się. Obie strony będą tam, jak kaczki.
Zakładam, że na bazę nałożone są zaklęcia antyaportacyjne, oraz jakiegoś rodzaju alarm o aportacji. Nie wiem, jaki mogą mieć zasięg, ale przy odrobinie szczęścia mniejszy niż odległość do parku. Piąty zespół wyląduje tutaj. Dwadzieścia metrów od budynku, bezpośrednio za płotem. Zadaniem tego zespołu będzie zainicjowanie konfrontacji i skupienie na sobie uwagi przeciwnika. Kiedy padną pierwsze zaklęcia, do akcji wchodzą zespoły jeden i dwa, a po nich trójka, która odczeka na rozdzielenie się walk. Zespół czwarty obserwuje i koordynuje. Od rozpoczęcia ataku przez piątkę macie dokładnie kwadrans. Jeśli nie uda wam się zdobyć w tym czasie zdobyć bazy przeciwnika deportujecie się. Bezwzględnie i bezdyskusyjnie opuszczacie teren.

- Mamy w piętnaście minut zdobyć obiekt? Przecież trzeci zespół musi przebiec pół kilometra.

- Trzeci zespół będzie miał około dziesięciu minut – Ron poprawił Pascala. – Proszę nie zapominać, że wkracza w trzeciej kolejności.

- Dlaczego mamy tylko tyle czasu?

- Bo zapewne nie dostaliśmy autoryzacji do tego ataku i musimy się wycofać, nim pojawią się miejscowe władze – Ziva odpowiedziała za Rona. – Gdzie jest ta baza?

- W Alcie. To północna Norwegia – po sali poniósł się szum.

- Kiedy wyruszamy? – Pascal indagował dalej

- Gdy tylko podzielimy się na zespoły. Jedynka i jedynka dwójka i czwórka powinny ruszyć góra za kwadrans. Trójka pięć minut później. Piątka deportuje się jako ostatnia, gdy tylko oczyścicie teren i od razu wkroczy do akcji. Jeśli ktoś zostanie ranny natychmiast deportuje się z powrotem, jeśli ktoś zostanie znokautowany najbliżej znajdujący się autor deportuje jego i siebie z powrotem. Nikogo nie zostawiamy za sobą.

- Dlaczego nie poczekamy z akcją do nocy?

- Harry, zechcesz na to odpowiedzieć? – Ron spojrzał na przyjaciela.

- O tej porze roku w północnej Norwegii noc nie zapada wcale. Jeśli chcielibyśmy czekać do nocy akcję trzeba by przeprowadzić pod koniec września.

- Dziękuję ci. Dowódców i skład zespołów jeden cztery wyznaczy Urquhart. Piątka. Harry, twój zespół jest piątką – Marietta ciężko przełknęła ślinę. Ramirez z Zivą uśmiechnęły się szeroko. Harry jedynie sztywno kiwną głową. Jeśli miał rację, czekała ich niezła jatka. Do roboty drodzy państwo – zaklaskał w dłonie. Do przodu wystąpił Urquhart, by podzielić aurorów na zespoły.

 

Łapa leżał cierpliwie, niczym czarny włochaty sfinks, podczas gdy dziewczynki wspinały się na niego, ciągnęły za ogon, uszy i wczepiały swoje małe paluszki w futro. Pozostawał niewzruszony, kiedy podnosząc mu chrapy, oglądały śnieżno białe, ostre niczym sztylety zęby. Hanna początkowo z niepokojem przyglądała się wyczynom swoich córek na kudłatym potworze, ale beztroski stosunek Ginny do takiego zachowania dziewczynek wkrótce udzielił się i ich matce.

- Więc, Harry postanowił się wreszcie z tobą ożenić i nawet wybrał już datę? – Hanna pociągnęła łyk kawy. Najwyraźniej dziewczynki nadal nie miały zamiaru dać jej się wyspać.

- Nie udawaj, że nie wiedziałaś – Ginny uśmiechnęła się krzywo, przewracając jednocześnie oczami. – Harry powiedział mi, że klub ma zajęte terminy na dwa lata do przodu, więc musiał pytać, a ta tu – skinęła na siedzącą na sofie Parvatti – która spaliła właśnie potężnego buraka. – O właśnie, o to i koronny dowód.

- No co, jakbyś chciała wiedzieć, to nie wiele się tutaj dzieje, więc każda plotka jest na wagę złota.

- Powiedziała ta, co całe noce spędza w najbardziej kontrowersyjnym klubie w kraju.

- Jaki kraj, takie kontrowersje – Parvatti wydęła usta.

- Nie zrozum mnie źle, Ginny. Cieszę się, że cię widzę, ale tak rzadko tutaj wpadasz, że muszę cię zapytać. W czym mogę ci pomóc?

- No wiesz.

- No wiem. Co takiego sprowadza cię do mnie? – Ginny otworzyła usta by zaoponować, ale po chwili zmieniła zdanie.

- Potrzebne będzie mi kobieca rada.

- Zakupy? – Oczy Hanny zapłonęły

- Zakupy – Ginny przyznała z delikatnym uśmiechem.

- No skoro masz być narzeczoną Harrego Pottera, to faktycznie przyda ci się trochę nowych ciuchów, no i trzeba o czymś białym dla ciebie pomyśleć – Parvatti była równie uradowana co Hanna.

 

Ludzie się dziwnie na nie patrzyli, gdy tak szły ulicą. Trzy młode kobiety i dwoje dzieci, prowadzone przez ogromnego psa. Był ostatni weekend czerwca. Ledwie dzień wcześniej zakończył się rok szkolny w Hogwarcie, a ulica Pokątna już tętniła życiem i huczała niczym wnętrze ogromnego ula, po brzegi wypełniona dziećmi i młodzieżą, które tylko sobie znanymi sposobami wykradły z domowych zapasów potężne porcje proszku Fiuuu przenosząc się wprost na tą pełną magicznych gadżetów ulicę.

Dawna lodziarnia Floriana Fortescue, teraz prowadzona przez jego córkę i zięcia wypełniona była po brzegi, zupełnie jak przed wojną. Goście zapełniali nie tylko jej wnętrze i wystawione na werandzie stoliki, ale i oblegali ulicę, racząc się najlepszymi lodami pełnymi magii. 35 stopni Celsjusza na termometrach służyło interesom.

Kilkunastu młodych chłopców przyklejało się do szyby sklepu z markowym sprzętem Quidditcha choć od czasu wciąż bajecznie drogiej Błyskawicy nie wymyślono niczego naprawdę rewolucyjnego. Chłopcy to jednak chłopcy i im takie rzeczy nigdy się nie nudziły.

Pomimo ostatniego roku spędzonego na grze za oceanem, Ginny nadal cieszyła się popularnością wśród kibiców Quidditcha, którzy chętnie zdobyliby jej autograf. Obecność ogromnego Łapy skutecznie odstraszała jednak większość z nich. Większość. Gdyż małe dzieci nie wiedzą co to strach i niebezpieczeństwo i bez chwili wahania przebiegały obok czarnego potwora do swojej idolki. Nie można powiedzieć, by młoda ścigająca miała coś przeciw takiemu zainteresowaniu, choć co chwila przerywało jej to rozmowę z przyjaciółkami.

Nie minął kwadrans, a zmęczone niesieniem dziewczynek kobiety, świadome że tak małe nóżki mogą wciąż nie podołać trudom długiego spaceru, usadziły małe Longbottomki na plecach psa, który bez trudu mógł im służyć za konia.

Upolowanie ładnego i modnego stroju na ulicy Pokątnej do zadań trudnych nie należało, choć z drugiej strony zakupy ubraniowe u kobiet nigdy do spraw szybkich i łatwych nie należą i to niezależnie od tego, czy są one mugolkami, czarodziejkami czy górskimi trolicami. Po obu stronach ulicy jeden przy drugim, niczym grzyby po deszczu powyrastały sklepy i butiki z ubraniami, przetkanie zakładami krawieckimi, w których można było zamówić najróżniejsze stroje i fasony. Madame Malkin dawno przestała już wyznaczać czaro-modowe trendy w Wielkiej Brytanii. Młode czarownice z coraz większą jednak rezerwą podchodziły do tradycyjnych strojów magików, z rosnącym zainteresowaniem spoglądając ku mugolskim sklepom za drzwiami Dziurawego Kotła. Niewątpliwie wielki wpływ na to miały mugolaki, które rok rocznie przyjeżdżając do Hogwartu mogły się pochwalić kolorowymi ubraniami w dziesiątkach wzorów i fasonów. Czymś, czego najbardziej nawet postępowy krawiec magiczny zaoferować nie mógł. Oczywiście takie zakupy do tanich nie należały, a gobliny z banku Gringotta z uciecha zacierały ręce licząc Galleony, które zostały im w kiesach, po każdej wymianie na funty. Nic dziwnego, że kolejnym, tłumnie obleganym miejscem na Pokątnej – tym razem niemal wyłącznie przez kobiety – był butik o wiele mówiącej nazwie „Muggle Me”. Nocy, wspaniały interes Dracona Malfoya.

Zostawiając psa przed drzwiami, uprzednio wyczarowawszy mu miskę z zimną wodą i spory parasol nad głową – mina Łapy wyrażała wielkie niezadowolenie, trudno jednak powiedzieć, czy było to związane z pozostawieniem na dworze, czy tęczowym parasolem nad głową – dziewczęta weszły do sklepu. Choć była tu po raz pierwszy, Ginny z miejsca poczuła się, jak w swoim ulubionym mugolskim sklepie odzieżowym w Londynie, gdzie po imieniu już była z ekspedientkami. Wszędzie stały obrotowe wieszaki zawieszone dziesiątkami bluzek, na ścianach wisiały długie rzędy spodni wykonanych z najróżniejszych materiałów, według dziesiątek kolorów i we wszystkich kolorach tęczy. Obok można było upolować przepiękne spódnice i sezonowe, idealne na tą pogodę zwiewne sukienki. Wszystko to zaś było w kosmicznych cenach, choć jak Ginny przeliczyła w pamięci i tak korzystniejszych, aniżeli te po kursie wymiany u Gringotta. Sądząc po liczbie dziewcząt krążących wewnątrz, większość nie przyszła jednak tu kupować, a po lansować się, gdyż „Muggle Me” było aktualnie na topie.

- W czym mogę pomóc trzem najbogatszym nastolatkom magicznej Anglii, z których wszystkie przyszło mi znać – był to głos nikogo innego, a samej Hermiony Granger.

- Nie jesteśmy najbogatszymi nastolatkami, chyba – Hanna zawahała się w swojej wypowiedzi.

- Powinnam ująć to inaczej. Trzem najbogatszym, które swoje pieniądze zawdzięczają ciężkiej pracy. Nie obraźcie się,tylko to był taki żart – Hermiona skapitulowała, widząc niewyraźne miny koleżanek. – Zapytałabym, co was sprowadza do „Muggle Me”, ale to byłoby raczej retoryczne pytanie, zapytam więc w szym mogę wam pomóc, drogie panie.

- Pracujesz tutaj? – Parvatti zapytała z lekkim niedowierzaniem.

- Tak się kończy rzucanie pracy w ministerstwie i uciekanie w siną dal. Głupia ja, ale nie narzekam – szybko machnęła różdżką w stronę kasy fiskalnej, gdzie zaczął się już ustawiać wężyk klientek, a druga ekspedientka najwyraźniej nie do końca dawała sobie radę. Kasa wybiła rachunek, należność wyfrunęła z dłoni klientki, a w przeciwnym kierunku poszybowała reszta. – Szukacie czegoś konkretnego, czy wpadłyście się tylko rozejrzeć?

- Ginny potrzebuje trochę nowych strojów, a i ja chętnie zobaczę, jakie trendy kreuje się teraz w modzie, nim przeczytam o tym w Playbooku.

- Czytasz Playbooka?! – Hanna niemal krzyknęła zszokowana, sprowadzając na nie wzrok części klientek.

- Co się dziwisz. Jako partnerka redaktora naczelnego zawsze mam dostęp do najświeższego numeru, a czasami kończy mi się kobieca prasa. Nie ukrywam też – powiedziała już bardzo ściszonym głosem – że oglądanie nagich kobiet potrafi być bardzo stymulujące.

Przyjaciółki przez chwilę milczały nie wiedząc, jak mają zareagować. Na pewno zaś żadna z nich nie chciała w tej chwili wyrażać swojej opinii w tym temacie.

- Ginny – Hermiona pierwsza wyrwała się z osłupienia. – Przyznam ci szczerze, choć powinnam nasz sklep nieustannie zachwalać, ale uważam, że masz lepszy styl i mugolskie ciuchy, niż my oferujemy.

- Wiesz, jakoś nie mam ani ochoty ani czasu chodzić po mugolskich sklepach. A tak, była przynajmniej okazja do spotkania się z dziewczynami.

- Dobrze, coś ci na pewno wybierzemy.

- Ale musi być świetne, bo Ginny będzie teraz bardzo fotografowana.

- Czemu.

- Bo za… – W tym momencie Parvatti została pociągnięta za swoje niesamowicie długie włosy – …auła.

- Ciszej – Ginny syknęła przez zęby. – Harry postanowił „oficjalnie” się oświadczyć – szepnęła do Hermiony, kładąc nacisk na słowo oficjalnie, jako że przyjaciółka doskonale wiedziała o ślubie na egzotycznej wyspie. Który przegapiła, przez łóżkowe igraszki z Ronem. W odpowiedzi mugolaczka klasnęła w dłonie, pociągając rudą przyjaciółkę w głąb sklepu.

Wybieranie stroju dla Ginny było proste. Młoda czarodziejka doskonale wiedziała, co jej się podoba, a czego nie założy na pewno, dokonując szybkiej selekcji asortymentu Dracona. Już wkrótce opuszczała butik z kilkoma papierowymi torbami strojów na każdą okazję i klimat. Najbardziej zaś zadowolona była, ze stroju, który Hermiona musiała jej początkowo wciskać niemal że przemocą fizyczną. Żarówiasto pomarańczowych jeansów rurek, długich czarnych botków na bardzo wysokim obcasie na całej długości wiązanych na srebrne haftki i jadowicie zielonego rozciągniętego topu z logiem Muggle Me, który akurat jej się podobał, a Hermiona dorzuciła gratisem, będąc niemal pewna, że Draco wcale to a wcale się nie obrazi, mimo że top ten kosztował ciężkie Galleony, jako symbol designu. Hermiona uparła się także, że musi odwiedzić garderobę przyjaciółki, bo gdy tylko zaczną o niej trąbić wszystkie magiczne media, butik musi mieć stroje, które pozwolą fankom na wzorowanie się na stylu Ginny.

Całe spotkanie z przyjaciółkami płynęło niezwykle szybko. Może nawet zbyt szybko, a już się żegnały musząc porzucić Ginny umykając do czekającej je pracy, tak że obiad mogła już spędzić u mamy.

Lato w Norze było przepiękne, jak zawsze i choć dom nie tętnił już życiem, jak przed laty, a wszystkie dzieci miały już własne życia, a nawet rodziny i opuściły rodzinne gniazdo, to wciąż dobrze było wracać do mamy. Ginny długo miała napięte stosunku ze swoją matką. Przez pewien czas nie miała ich z głowa wcale, za co ona obwiniała matkę, podczas gdy Molly uważała, że wszystkiemu winny jest Harry. Wolała jednak tej opinii nie wyrażać w obawie przed ponowną utratą córki, a i młodemu aurorowi wybaczyła jego – jak to nazywała – zapalczywość, która doprowadziła do wyprowadzki Ginny na Grimmauld Place. Jakby na to nie patrzeć, Harry spędził w latach szkolnych trochę czasu w tym domu i zawsze był taki grzeczny i dobrze wychowany. Przez otwarte okna kuchni do wnętrza domu przedostawał się cudowny trel dziesiątków ptaków kryjących się przed słońcem na gałęziach pobliskich drzew i pod krzewami. Kury gdakały z zadowoleniem, wygrzebując sobie z ziemi kolejne robaczki, a Łapa szczekał radośnie, zawzięcie uganiając się za gnomami.

- Jak tak dalej pójdzie, to twój pies tak przestraszy mi gnomy – Molly pociągnęła łyk mrożonej herbaty, że już nigdy nie będzie mi potrzebne odgnamianie.

- Musisz mu wybaczyć. Spacery po Londynie, choćby nawet najdłuższe, to za mało dla takiego psa, a ciągłe deportacje gdzieś za miasto, tylko po to by porzucać mu kijem potrafią być dobijające. Ile razy można rzucić ten sam kij i patrzeć, jak Łapa przynosi go z tą samą radością w oczach. Z jednej strony to zabawne. Z drugiej człowiek wraca i pada na łóżko nie zdejmując nawet butów.

- A mimo to nie odwiedzasz z nim starej matki, która spędza całe dnie na szydełkowaniu.

- Skończył się sezon, jestem codziennie w domu, będę cię odwiedzała o wiele częściej.

- Obiecujesz?

- Z ręką na sercu. Mamo. Poza tym, potrzebna będzie mi twoja pomoc.

- O proszę, a w czym to moja niezwykle samodzielna córka potrzebuje pomocy starej matki.

- Skończ z tą starością, bo uwierzyłabym, jakbyś nie miała wnuków i się w ten sposób o jednego upominała, ale wnuki masz…

- I potrafią mnie zamęczyć nie mniej, jak ciebie Łapa.

- Jestem w stanie w to uwierzyć. Wiem, jak męczący potrafi być Ted, a jest przecież starszy i rozumie, jak mówi mu się „dość”. O ile Harry w ogóle jest zdolny mu to powiedzieć, bo zazwyczaj ja wychodzę na wyrodną ciotkę.

- Harry daje Tedowi to, czego nie mógł

- Mu dać Syriusz. Tak wiem. Tym nie mniej. Rozpuszcza go i będzie miał potem problemy wychowawcze.

- Ja dałam radę zgrai własnych Weasleyów, to wy sobie poradzicie z jednym Lupinem od czasu, do czasu.

- Gorzej, jeśli nasze dzieci będzie rozpuszczał tak samo – na tą deklarację swojej córki Molly zachłysnęła się herbatą i rozkaszlała.

- Czy ty, wy? – Wychrypiała, oczy jej łzawiły, a twarz poczerwieniała, nie ze złości, a chwilowego bezdechu, jaki ją spotkał.

- Spokojnie, mamo. Mówię o przyszłości. Zresztą najpierw ślub.

- Jeśli kiedykolwiek go doczekam.

- Doczekasz. Datę ustaliliśmy na drugi weekend lipca.

- Na kiedy!!!! – Moly aż poderwała się z krzesła.

- Za rok! Mamo, za rok! – Ginny również się poderwała, w obawie, że matka zemdleje, albo co gorsza dostanie jakiegoś napadu. – Kurczę, muszę zacząć tą datę w inny sposób podawać.

- No chyba – pani Weasley ciężko opadła na krzesło. – Czyli ślub za rok. Tata będzie musiał zamówić namiot do ogrodu i będę musiała zawczasu ostrzec chłopców, że mają obowiązek wysprzątać dom na ślub siostry.

- Wstrzymaj się, mamo. Harry załatwił nam już lokal.

- Tak? A gdzie? – Molly wydawała się nie do końca zadowolona, że jej zięć planuje taką ekstrawagancję.

- Widzisz. Harry jest aurorem i to znanym i ma wielu przyjaciół, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i za granicą. Ja też jestem odrobinę rozpoznawana. Może być sporo gości.

- Nasz ogród pomieści wszystkich. Najwyżej zamówimy więcej namiotów. Nie musicie płacić za jakąś salę.

- Nie płacimy i nie za salę…. McGonagall załatwiła… Mamy zgodę na ślub w Hogwarcie – dokończyła szybko, na jednym wydechu.

- W Hogwarcie? W szkole? Ale przecież, nie to nie możliwe. McGonagall, tak, ale Rada Nadzorcza. To łamie z tuzin przepisów.

- Harry ma specjalne względy, jakby nie patrzeć. Poza tym McGonagall mocno się targowała.

- Czyli jednak płacicie?

- Harry i to raczej poświęcenie, jak zapłata. Przez cały przyszły rok Harry będzie musiał co tydzień prowadzić zajęcia z uczniami w Hogwarcie – Molly wybuchnęła niepohamowanym histerycznym śmiechem.

- Jak tak, to ja się zgadzam – wykrztusiła i śmiała się dalej. Doskonale wiedziała ile cierpienia przysporzy Harremu taki układ. Pamiętała, jak niezadowolony był – przynajmniej w relacjach jej dzieci – kiedy wyprosili go o nauczanie ich w piątej klasie.

- To nie jest zabawne.

- O nie, córeczko. To jest bardzo zabawne.

- No dobrze. To jest zabawne, ale nie wypada się tak z niego śmiać.

- Obiecaj mi, że zrobisz mu zdjęcia, jak będzie uczył te dzieciaki. To dlatego go nie ma? Postanowił w samotności przygotować się do tego psychicznie? Medytuje, czy siedzi w barze?

- Jest w pracy, mamo. Jest w pracy. O, o wilku mowa – Ginny poczuła, jak jej bransoletka lekko wibruje, stając się cięższa. Harry rzucił na nią taki sam czar proteusza, co na odznaki noszone przez jego zespół, by móc się komunikować z podległymi mu aurorkami, oraz swoją ukochaną. – Ginny patrzyła na kolejne zdania, które pojawiały się na srebrnej bransolecie, coraz mocniej marszcząc brwi.

- Co się stało, kochanie?

- To nie od Harrego, to od Ramirez… Musze lecieć! – Poderwała się z miejsca, w trzech skokach dopadając drzwi do ogrodu.

- Co się stało?! – Matka wykrzyknęła za biegnącą córką.

- Zaopiekuj się Łapą! – deportowała się za furtką, nim jej słowa przebrzmiały.

 

- Harry Potter? – Zapytała zdyszana, silnym szarpnięciem obracając ubraną na biało kobietę.

- Słucham? – Kobieta odpowiedziała zszokowana.

- Harry Potter. Szukam auro…

- Ginewro! – Z końca korytarza dobiegł ją gardłowy głos kobiety. Ziva dawała jej znak ręką. – Złap dwa oddechy – powiedziała, łapiąc ją za ramiona – bo Harry zabije Ramirez, jak zobaczy cię w takim stanie. Mówiłam, żeby do ciebie nie pisała.

- Gdzie jest Harry?

- W pokoju zabiegowym.

- Co mu jest?

- Jak na mój gust? Mocno poobijane ego. Pielęgniarka właśnie składa mu kości – dokończyła widząc krzywe spojrzenie – lada chwila wyjdzie psiocząc na czym świat stoi.

- Biliście się? Z kim?

- My z Mroczną Ligą. On się nie bił i dlatego ma poobijane ego.

- Ale jest połamany.

- Bo wpadł na małe stado reniferów, które uznało, że najlepsza droga na wolność prowadzi po Harrym.

- Piłaś? Czy dali ci jakieś prochy?

- Jeszcze nic, a prochów nie potrzebowałam. Na akcji, jak posypały się zaklęcia, stado reniferów przy którym wylądowaliśmy wpadło w panikę i przełamało zagrodę, wpadając prosto na Harrego. Paradoksalnie, gdyby nie te Renifery, to straty mogłyby być większe, a tak uważam je za akceptowalne. Harry był jednym z mocniej rannych, a renifery osłoniły największy oddział w chwili natarcia i szumowiny do końca nie wiedziały skąd nacieramy.

- A gdzie Ramirez i Marietta? To nie ty pisałaś do mnie i jakoś nie sądzę, by Harry tobie kazał na mnie czekać.

- Ramirez jest z Mariettą. Ona oberwała mocniej. Nacieraliśmy od frontu, jako zespół. Najbardziej doświadczeni. Najlepiej wyszkoleni. Mieliśmy skupić na sobie uwagę. Mięso armatnie, jak mawiają mugole. Marietta znalazła się na otwartej przestrzeni, oberwała bombardą – Ginny zbladła. Nie widziała jeszcze człowieka, który oberwałby tym zaklęciem, ale wątpiła, by miał wylądować w szpitalu. – niezbyt celną, na szczęście. – Ziva kontynuowała, nie zwróciwszy uwagi na reakcję byłej aurorki. – Nie wiem w co celował ten facet, ale trafiłam go krucjatusem, gdy kończył skandowanie. Czar trafił ją prosto w kolano. To cud, że nawet nogi jej nie urwało. Ramirez dopadła do niej i deportowała do szpitala, Ja zgarnęłam Harrego, bo natarcie i tak już szło z innych kierunków i nie byliśmy potrzebni. Zadowolony raczej nie będzie.

- A jak mam być do jasnej cholery zadowolony, kiedy moja podwładna pozbawia mnie przytomności i deportuje do szpitala, choć mogę walczyć – Harry wyszedł z sali, rękę trzymając na temblaku.

- Polecenie było jasne, nie zostawiamy nikogo za sobą, niezdolni do walki się deportują. Nie przytomnych zabierają partnerzy. Nikt nie zostaje w tyle – Ziva beztrosko wzruszyła ramionami.

- Ale ja byłem zdolny do walki, a ty nas wycofałaś pozostawiając flankę bez natarcia.

- Na naszej flance nie było już żadnego natarcia. Sama na nic bym tam nie natarła, to była patowa sytuacja.

- Nie sama, też tam byłem.

- Dobrze. W półtorej czarodzieja, bo na więcej niż pół się nie nadawałeś. Nie mieliśmy żadnej szansy na natarcie.

- Ale mogliśmy powstrzymać ich wycofanie się w tą stronę.

- Przeszli by po nas, jak po gnomach ogrodowych, a ty leżałeś bez osłony – Harry milczał chwilę.

- Uważam jednak.

- Więc uważaj, skoro musisz, bo i tak dostaniesz opier za to, że się nie wycofałeś. Co ci musieli składać.

- Strzaskane przedramię, trzy żebra i skręcona kostka – Ginny syknęła. – Nie przejmuj się. Nie takie rzeczy mi się zdarzały.

- Powiedział zdolny do walki. Teraz tylko wyrok na Mariettę. Ramirez powinna zaraz wyjść.

- Ramirez zostanie z Mariettą na noc. Zajrzałem do niej. Ma całkowicie rozwalone kolano, żeby mogła chodzić musieli usunąć jej wszystkie kości i podać sporą dawkę Szkiele-Wzro. Musi jej odrosnąć cała noga. Wygłuszyli salę, bo klnie jak szewc.

- Ja mam papierek, że mogę iść do domu – zamachał kawałkiem pergaminu. – Więc ty zdasz raport w imieniu oddziału. Postaraj się tylko nie wywołać międzynarodowej afery – Ziva zasalutowała komicznie, odchodząc korytarzem. – Na nas też już pora, kochanie – pociągnął Ginny w przeciwnym kierunku.

- Wyjście jest tam – niepewnie wyciągnęła rękę w kierunku, gdzie zniknęła Ziva.

- Byłem tu tyle razy, że znam skróty.

- To nie jest zabawne!

- Ale ja nie żartuję. Zobaczysz, że będziemy w sali wejściowej przed Zivą – pociągnął Ginny do sali zabiegowej, z niewielką kozetką. Ginny zawahała się na chwilę, nie wiedząc, czy sobie nie żartuje, prowadząc ją w tamtą stronę. Zauważył jej reakcję, ale odczytał opacznie. – Nie. Nie tym razem, ale to jest ciekawy pomysł na kiedy indziej – również zzezował na wąskie łóżko i pchnął kolejne drzwi, gdzie był kolejny gabinet, prowadzący ich wprost na korytarz.

- George! Co ty tu robisz – Ginny wykrzyknęła zszokowana, kiedy wychodząc na korytarz wpadli wprost na jej brata. Harry posłał jej sójkę w bok, wzrokiem zwracając uwagę na zawieszoną u sufitu tabliczkę „Oddział położniczo-noworodkowy szpitala świętego Munga. – Nie. Poważnie?

- Mhm – George mruknął, najwyraźniej nie będąc w stanie wydać z siebie więcej dźwięków i spojrzał na drzwi sali porodowej, gdzie była Angelina.

______________________________________________________________________________________

Obiecałem trzy notki, udało mi się napisać dwie. Szczęśliwych wakacji, moi drodzy i do zobaczenia 5 Września.

 

Po drugiej stronie biurka

23 maj

- Nie spróbowałeś ani jednego ciasteczka

- Mam tak ściśnięte gardło, że obawiam się by się nie udławić – odpowiedział, wsłuchując się w narastający szum os wlewających się strumieniem do pomieszczenia.

- A jak herbatka?

- Nie będę kłamał – mocniej zacisnął dłoń na glinianym kubku, by opanować jej drżenie. – Piłem już lepszą, Dedalusie – Dedalus Deagle wybuchnął jowialnym śmiechem.

- Przestań się tak denerwować. Świetnie ci pójdzie.

- Skąd ta pewność.

- Bo już to robiłeś.

- To nie było to samo.

- Niech pomyślę. Musiałeś stać naprzeciwko bandy niesubordynowanych nastolatków i starałeś się skupić ich uwagę na tym co masz im do przekazania. Tak, to zupełnie coś innego.

- Wtedy byłem jednym z tych nastolatków.

- A dzisiaj połowa z nich marzy, by być tobą – Dedalus był tak przekonany o swojej racji, że nawet gdyby wszechwiedzący Sfinks mistrz zagadek, albo wyrocznia w Tebach stanęli przed nim i powiedzieli jednym głosem że nie ma racji i tak upierałby się, że ją ma.

- Nie masz czegoś mocniejszego? – Płyn smętnie zabełtał w kubeczku.

- Nauczycielom nie wolno trzymać alkoholu w szkole.

- Od kiedy?!

- Od zawsze.

- Powiedz to Slughornowi.

- Już czas – Deagle wsłuchał się w głos dzwonu bijącego na wieży.

- Idę.

- Idź.

- Idę….. Dedalusie, naprawdę muszę?

- Obiecałeś.

- Minerva mogła zakazać mi wstępu, zamiast się obrażać.

- Powiesz jej to później.

- Po ptakach – podniósł się z krzesła, powoli ruszając ku obdrapanym drzwiom gabinetu nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. – A jak im się nie spodoba? Nie wiem co mam robić.

- Bądź sobą – drzwi otworzyły się same.

Najpierw był strumień oślepiającego światła, kiedy z pozbawionego okien gabineciku wchodził do skąpanej w wiosennym słońcu sali. Potem było głośne OCH i kilkanaście rozdziawionych ust i par oczu wielkich jak galeony, kiedy znalazł się w klasie pełnej OWUTEMiaków. Uśmiechnął się niepewnie, delikatnie odchrząkując zalegającą mu w gardle tremę.

- Dziewczęta, chłopcy, Ślizgoni. Czy zechcielibyście poświęcić mi kilka minut, by porozmawiać o Czarnej Magii? – Sala eksplodowała salwą dzikiego śmiechu, który rozładował całe napięcie. – Nazywam się Harry Potter i zabiorę was dzisiaj w niesamowitą podróż.

Jesteście OWUTEMiakami i już za kilka dni przyjdzie wam zdawać być może najtrudniejszy egzamin w swoim życiu. Sam nigdy go nie zdałem, więc już wkrótce możecie być mądrzejsi ode mnie. Na marginesie wam powiem, że to wcale nie taki wielki wyczyn, bo sam uczniem byłem raczej przeciętnym. Tym bardziej martwi mnie rola, jaką powierzyli mi Dedalus i pani dyrektor, najwyraźniej o stanie mojej edukacji zapominając. – Wypowiedź Harrego zakończyła kolejna salwa śmiechu zebranych na sali.

No, ale my tu gady gadu, a czarna magia sam się nie zwalczy.

Hydra – podjął nagle, po krótkiej chwili skupienia. – Mityczny potwór. Wąż, któremu po ucięciu jednej głowy w jej miejsce wyrastały dwie kolejne. Istota niemal nie do pokonania. Niemal… Tak samo, jak niemal nie do pokonania jest czarna magia. Kiedy pokona się jednego złoczyńcę, na jego miejsce wyrasta dwóch, czasem trzech kolejnych, mieniących się jego spadkobiercami i kontynuatorami. Kiedyś udaje się w końcu ich dopaść, ale pojmanie przywódcy, nie oznacza tego, że jego poplecznicy złożą broń i staną się przykładnymi obywatelami. Wprost przeciwnie. Stają się często jeszcze bardziej zajadli i mniej obliczalni. Czy to znaczy, że powinniśmy się poddać? Powinniśmy złożyć broń, wrócić do domów, siąść przed kominkami w kapciach, czytając gazetę? Nie sądzę. Lub mówiąc bardziej obrazowo, po moim trupie. Hydrę udało się w końcu pokonać. Uda się pokonać i czarną magię.

Niemal równo przed trzema laty, właśnie w tych, obróconych wtedy w guzy murach pokonałem jednego z najpotężniejszych czarodziejów wszech czasów. Czy dokonałem tego, bo jestem potężnym czarodziejem? Nie. Czy dokonałem tego, bo posiadłem jakąś tajemną moc? Nie. Dokonałem tego, gdyż on okazał się być ignorantem. Od chwili pokonania Voldemorta miałem przyjemność długo podróżować po świecie, poznać wielu wybitnych czarodziejów i dowiedzieć się o tym z jaką przyszło im się mierzyć czarną magią.

Niezależnie od tego, czy byłem we Francji, wraz z kilkudziesięcioma najzdolniejszymi czarodziejami naszego pokolenia, czy też byłem w Chinach przez wiele tygodni obserwując pracę tamtejszych stróżów prawa. Czy też, jak ostatnio uczestnicząc w konferencji w Kapsztadzie. Z tego miejsca chciałbym podziękować organizatorom konferencji w Kapsztadzie za danie mi możliwości uniknięcia uczestniczenia w kolejnych obchodach bitwy o Hogwart. Na marginesie powiem wam, że minister zagroził mi, że jeśli w przyszłym roku odmówię stawienia się na obchodach, to zostanę doprowadzony tu skuty i pod strażą – ta deklaracja wywołała kolejną salwę śmiechu, która przerwała panującą od dłuższej chwili grobową ciszę, której nie ośmieliła się przerwać choćby najmniejsza muszka. – Niezależnie od tego gdzie byłem i jak bardzo egzotyczna i odmienna od naszej była czarna magia, wszystkie one zawsze miały wspólną cechę. Strach i ignorancję. Strach, jaki budzili wśród czarodziejów i ich własną ignorancję, przez którą zostali pokonani.

Kiedy stajecie oko w oko z przestępcą, nie tylko czarnoksiężnikiem, ale przestępcą w ogóle, musicie pamiętać o pewnej bardzo ważnej rzeczy. Ich stroje. Czarne szaty, maski, symbole. Nazwy, jakie nadają swoim organizacjom. Śmierciożercy, czy bardziej współcześnie Mroczna Liga. Wreszcie ich imiona. Lord Voldemort, Książę Półkrwi,przydomki Wielki, Niegodziwy, Straszliwy. Nawet ich postawa, głos i gestykulacja. To wszystko jest gra mająca na celu wzbudzić w was strach. Tak naprawdę za tymi maskami, imionami i groźnymi słowami kryją się mali ludzie, którzy swoje kompleksy chcą budować na cudzym strachu.

Stając twarzą w twarz z takim zakompleksionym człowieczkiem, chowającym swoją twarz za maską, nie możecie okazać strachu. Powinniście stanąć dumni i wyprostowani, głośno mówiąc „Nie boję się ciebie”. Powinniście dobyć różdżki i jako, że jesteście OWUTEMiakami z Obrony Przed Czarną Magią, powinniście w niego wycelować i powiedzieć, że jeśli nie zniknie będzie to jego ostatni dzień na tej ziemi.

Jeśli stoicie w tłumie ludzi, którzy zaczynają panikować na widok przestępcy czy przestępców, musicie pamiętać o jednym. O psychologii tłumu. Jeśli jedna osoba wykaże się paniką, to inne pójdą w jej ślady, ale jeśli jedna osoba stanie i głośno wyrazi swój sprzeciw, to część z tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej panikowali, także sięgną po różdżki. Każdy z was jest silny z osobna, ale stając razem stajecie się niepokonani.

Kiedy służyłem jako stróż prawa w Chinach. Służyłem, bo bycie stróżem prawa to służba a nie praca. Miałem przyjemność pilnować przestrzegania prawa w Mieście Smoka. Miasto Smoka to miasto zamieszkane w całości przez czarodziejów, gnomy, rusałki, trolle i wiele innych magicznych stworzeń, a samych czarodziejów mieszka tam więcej, aniżeli w całej Wielkiej Brytanii. Kiedy na ulice Miasta Smoka wychodził któryś ze stróżów prawa, szedł dumnie z podniesioną głową. Choć w mieście mieszkały tysiące czarodziejów, trudno było trafić takiego, który odważyłby się podnieść rękę na stróża prawa. Trudno było znaleźć takiego, który odważyłby się podnieść rękę na zwykłego mieszkańca, obawiając się, że wszyscy w około staną przeciw niemu. Przestępcy byli, bo zawsze są jacyś przestępcy, ale skupiali się oni na walkach między sobą i jeśli nie mogę pokonać Hydry, to chcę ją sprowadzić do takiego poziomu na którym głowy będą kąsały siebie nawzajem nic nie czyniąc ludziom w około.

Drugim aspektem, który pozwala zwyciężyć, jest ignorancja jaką prezentują przestępcy. Tego nie uda wam się już dostrzec na pierwszy rzut oka. To jest nauka dla przyszłych aurorów i członków Patrolu Przestrzegania Prawa. Każdy czarnoksiężnik, każdy przestępca, a nawet każdy zwykły czarodziej wykazuje się ignorancją w jakiejś dziedzinie, dlatego dla pokonania takiego czarnoksiężnika czy przestępcy potrzebna jest wiedza szersza niż ta, którą on sam prezentuje. Oznacza to naukę, naukę i jeszcze raz naukę. Ciągnące się w nieskończoność treningi i godziny ślęczenia nad księgami. W każdym momencie, w którym wasza wiedza wykracza poza umiejętności przeciwnika. W każdym momencie, kiedy tą wiedzę potraficie wykorzystać, macie podanego go na widelcu. Wystarczy tylko go zjeść. Co prawda może to się wam odbić na niestrawności, ale czasami nagroda warta jest ryzyka.

Czarna magia nie jest potężniejsza od zwykłych czarów, zresztą i granica między tymi dwoma często jest mętna i zatarta. Czarna magia nie jest nawet szybsza, ani łatwiejsza. Jest bardziej pociągająca, gdyż oferuje brak reguł, brak zakazów, moralnej odpowiedzialności za własne czyny, oferuje dreszczyk emocji i adrenalinę. Tym jest właśnie czarna magia. Darmowym opium, do którego każdy ma dostęp. Czarna magia kusi i przyciąga, ale też niszczy. Nie mówię o zniszczeniach, jakie mogą poczynić na osobach czarnoksiężników aurorzy. Mówię o zwolnieniu z moralnej odpowiedzialności. Czarna magia może was zwolnić z moralnej odpowiedzialności za swoje czyny, ale nie może was uwolnić od moralności. Jeśli posiadacie moralność, jeśli czujecie wyrzuty sumienia za swoje czynyto nigdy, ale to nigdy nie próbujcie choć na krótką chwilę czarnej magii. Ona was zniszczy. Widziałem ludzi, którzy posiadali kręgosłup moralny, lecz postanowili spróbować czarnej magii. Ich życia kończyły się u podnóży wysokich klifów, na których chwilę wcześniej stali, w odmętach Azkabanu, wykrzykując coś niezrozumiale i na oddziale zamkniętym świętego Munga, gdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i do czego służy ubikacja. Czarna magia ich zniszczyła i wy nie popełnijcie tego błędu. Lepiej stańcie po stronie ludzi, którzy chcą uratować tych, którzy zbłądzili z właściwej drogi, aniżeli tych, którzy drogą zatracenia kroczą.

Cieszę się, że tylu spośród was postanowiło zdawać egzamin z Obrony Przed Czarną Magią. Daje mi to wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. Nie tylko własnego bezpieczeństwa, lecz przede wszystkim bezpieczeństwa wszystkich czarodziei Wielkiej Brytanii. Daje mi to poczucie, że jeśli nawet żadne z was nie zostanie aurorem ani członkiem Patrolu Przestrzegania Prawa, to w kryzysowej sytuacji nie zawahacie się sięgnąć po różdżkę i zrobić tego, co należy.

Na koniec chcę się zwrócić do tych spośród was, którzy chcieliby wstąpić do Biura Aurorów.

Musicie być świadomi, że nie łatwo się dostać do Biura. Egzaminy kwalifikacyjne są trudne. Nie łatwo się też w Biurze Aurorów utrzymać, gdyż jest to niekończąca się seria treningów i testów sprawdzających poziom waszych umiejętności. Jest to wreszcie niemal nieustająca nauka. Godziny ślęczenia nad księgami i w sali treningowej. Jest to tylko droga dla wytrwałych. Jest to wreszcie droga niebezpieczna i często też samotna. Nie wszystkim udaje się stworzyć, a tym bardziej wytrwać w związkach, kiedy nie ma się nigdy pewności, czy kolejnego wieczoru możesz pójść na romantyczną kolację, czy też trafisz w śmierdzący zaułek z różdżką w dłoni i z partnerem u boku. Mimo wszystkich tych przeciwności warto. Naprawdę warto jest zostać aurorem. Dla tych chwil radości po udanej akcji. Dla salw śmiechu, kiedy rozładowujemy napięcie opowiadając sobie żarty. Dla dumy, jaką czujemy mogąc kroczyć w galowym mundurze. Dla poczucia spełnienia, kiedy pomagamy ludziom. Dla tego wszystkiego warto być aurorem.

Pamiętajcie jednak, że aurorzy nie są jedynymi, którzy strzegą prawa i porządku. Pamiętajcie o Patrolu Przestrzegania Prawa. Kiedy po upadku Voldemorta ministerstwo zaczęło się odradzać, na służbie nie pozostał niemal żaden auror. Część straciła życie, inni wylądowali w Azkabanie i tylko dzięki Patrolowi Przestrzegania Prawa i jego Grupie Uderzeniowej w Wielkiej Brytanii nie nastał chaos. Wśród czarodziejów ukuło się krzywdzące pojęcie, że do Patrolu trafiają nieudacznicy, bo wystarczą SUMy by tam pracować, a ja wam powiem, że wolę stanąć z jednym członkiem Patrolu przeciw dziesięciu głoszącym takie opinie, aniżeli przeciw dziesięciu członkom Patrolu stojąc u boku stu, którzy nazywają Patrol nieudacznikami. Jeśli nie uda wam się zostać aurorem nie porzucajcie marzeń o bronieniu prawa. Spróbujcie swoich sił w Patrolu, możecie zrobić wiele dobrego, a kiedyś jako świetny członek Patrolu dostać propozycję zostania aurorem.

Czy są jakieś pytania?

Kiedy szedł pełnym dzieciaków korytarzem czuł, jak krew uderza mu do głowy wraz z każdym kołatnięciem serca i nie pomagały tu żadne z wyuczonych technik relaksacji, czy sposobówobniżenia pulsu. Czterdzieści pięć minut spędzone w klasie wykończyło go bardziej, aniżeli niejedna wielogodzinna walka. Jeśli kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości, teraz był już pewien. Nauczanie nie było jego domeną. Przez całe czterdzieści pięć minut zajęć żaden z uczniów nie pisnął choćby słowem przeszkadzając mu w przemowie i biorąc pod uwagę swoje wykończenie zastanawiał się, czy przy przeszkadzającej klasie musieliby go z sali wynosić, czy łatwiej byłoby zakopać go na miejscu z napisem, „Tu leży Harry Potter. Chłopiec którego pokonała banda bachorów.”

 

 

 

KacPotter

25 mar

 

­- Cześć wam! – Uderzenie zamykanych drzwi było niczym mała nuklearna eksplozja. Potem były coraz głośniejsze werble. Tylko kto odgrywa werble po, a nie przed wydarzeniem?

- Wróci… co do cholery! – Kiedy werble schodów ustały nastąpiła kolejna, znacznie bliższa eksplozja, kiedy worek podróżny upadł na podłogę. A jednak, werble były zapowiedzią.

 

- Ron! – Harry natychmiast pożałował podniesienia głosu. – Ron – powtórzył znacznie ciszej, podnosząc się do pionu. Tego również w tej samej chwili pożałował. Świat zawirował, a grawitacja ponownie sprowadziła go na podłogę. Dlaczego u diabła był na podłodze?!

- Ron! – Ginny powtórzyła za nim, zwinięta w kłębek na starym fotelu.

- Ron! – Neville zawtórował za dwójką przyjaciół.

- Szzz – Hanna niczym kocica przeciągnęła się po swoim mężu. – Obudzisz dziewczynki. Dziewczynki! – Wykrzyknęła, przypominając sobie o swoich córkach.

- Jak ktoś jeszcze raz krzyknie, to go przeklnę – Harry jęknął, słysząc dzwony Świętego Jana za każdym razem, gdy ktoś nazbyt podniósł głos.

- Popieram w całej rozciągłości – Nad oparciem kanapy pojawiła się głowa Draco Malfoya, a następnie reszta jego tułowia ubrana w srebrny frak z elegancką muchą pod szyją.

- Malfoy! – Szok na widok byłego Ślizgona dodał Harremu niespotykanego wigoru. – Co u diabła robisz w moim domu?! – Momentalnie uprzytomnił sobie gdzie się znajduje, a był to salonik, na pierwszym piętrze domu przy Grimmauld Place 12.

- Sam kazałeś nie krzyczeć – obok Malfoy’a pojawiła się jęcząca Hermiona.

- Ha ha ha, ale jaja, wzięli ślub! – George siedział na podłodze oparty głową o kominek w objęciach trzymając wysoki wazon pełen suszonych kwiatów. Wyciągniętą ręką wskazywał na welon na jej głowie.

- Co to ma być. Wy… Ty i on… – Ron wodził wzrokiem pomiędzy swoją byłą narzeczoną i śmiertelnym wrogiem. Wreszcie założył rece i robiąc groźną minę zażądał wyjaśnień – Co to niby ma być?!

- Sam chciałbym wiedzieć – Harry potarł skronie, odkrywając na jednej spory guz o dziwnym kształcie. – Ok, kto mi wytłumaczy, skąd to sie wzięło? – Zebrani jedynie wzruszyli bezradnie ramionami. No może nie wszyscy, bo przytulony do wazonu George wył z uciechy. – Zaraz, niech pomyślę, jak to było?

W Kanadzie mają jakieś święto i Ginny nie miała treningu – młody auror zaczął swoją opowieść. – Postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i wyskoczyć gdzieś razem z Hermioną. Skoro dziewczyny doszły już do jako takiego porozumienia, uczcić jej powrót. Mieliśmy kilka pomysłów, gdzie wyskoczyć. W końcu stanęło na Świńskim Łbie. Dawno nie widzieliśmy się z Aberforthem, więc okazja była idealna. Siedliśmy sobie przy zwyczajowym stoliku w kącie sali, gdzie nikt nam nie przeszkadzał. Zamówiliśmy po kilka piw kremowych i wymienialiśmy się plotkami. Hermiona nadal jest trochę do tyłu z najnowszymi wiadomościami z magicznej Wielkiej Brytanii. Sam wiesz, a no tak. Nie wiesz.

Hermiona podróżowała przez większość czasu po Europie i nie prenumerowała Proroka Codziennego przez ten czas. Zresztą, to dość długa historia i jestem pewien, że ci ją opowie. Z drugiej strony ona opowiadała nam jak wygląda magiczna Europa. Wiesz, mam sporo znajomości w całym świecie, ale nie wiem, jak wygląda codzienne życie zwykłych czarodziejów. Włosi jak się okazuje non stop chodzą naprani cienkim winem i wsuwają makaron. To pewnie przez to są tacy grubi i bełkoczą w każdym języku.

- Ty też bełkoczesz i jesteś naprany – Ron zwrócił mu uwagę.

- Dobra mniejsza o to, jak skończyło się kremowe, to wzięliśmy sobie butelkę nomen omen wina właśnie. Aberforth przejął piwniczkę z winem Severusa Snapa. Nie powiem, facet miał najlepsze wina skrzatów, jakie piłem w życiu. Robiło się całkiem wesoło, choć lokal powoli pustoszał. Sądziłem, że bywalcy Świńskiego Łba dłużej siedzą w barach. Pamiętam, że butelka nieźle nam szła i…. Skąd ty się na Merlina tutaj wziąłeś? – Spojrzał na Malfoy’a.

 

- Wszedł do karczmy – Ginny mruknęła z głębi fotela. – Widziałyśmy jak gada z jakimiś typkami. Wyglądali na szemrane towarzystwo. Bardzo szemrane. Wszyscy ogorzali i nieogoleni, Każdy jeden na czarno. Tyle razy zarzekał się, że zrobił się święty, a tu proszę, jak na dłoni widać było, że coś kręci. Byłam trochę zdziwiona, że nie wyrwałeś się ich aresztować, a przynajmniej przepytać, ale teraz już rozumiem. Zwyczajnie odleciałeś. Postanowiliśmy sobie z niego zakpić. Byłeś na to bardzo chętny. Mieliśmy go spić i zrobić trochę ciekawych fotek. Hermiona miała jakimś cudem w torebce aparat.

Zamówiłam dla nas jeszcze po kuflu mugolskiego piwa, ale zanim je przyniosłam dosypałam mu trochę destylowanej Datury. – Draco zawarczał w tle niczym wściekły pies.

- Skąd ty masz destylowaną Daturę? – Zaciekawił się Harry.

- Tabletki przeciwbólowe w razie wypadku na treningu. W Ameryce robią je na bazie Datury. Nigdy ci o tym nie mówiłam? W małych ilościach jest niegroźna. W połączeniu z alkoholem wzmaga jego działanie.

Zacząłeś go najpierw ciągnąć za język, czy nikt więcej mu nie groził. Niezbyt chętnie gadał i przestraszyłyśmy się, że się spłoszy, więc zasunęłam ci kopa pod stołem…

- To dlatego mnie piszczel boli!

- I zmieniłyśmy temat na jego butik. Znacznie chętniej gadał o swoim asortymencie i modzie – mówiła, jakby Draco wcale nie było obok. – Zdarzają mu się modowe wpadki, ale co się dziwić, jak jest czarodziejem i na chybił trafił wybiera ciuchy w sklepach dla mugolek. Z drugiej strony Hermiona jest jakby trochę bezrobotną mugolaczką i zaproponowałyśmy, że Hermiona może dla niego zostać taką researczerką modową. Chodziłaby po Londynie i wybierała dla niego ciekawe ciuchy. Zapalił się na ten pomysł. Myślę, że musi mu kiepsko iść, albo przynajmniej gorzej niż by chciał.

Zamówił dla nas całą butelkę wina i zaczął nawet ustalać warunki kontraktu z Hermioną. Szkoda, że nie widziałeś swojej miny. Siedziałeś taaaki nadąsany, że nie możesz włączyć się do rozmowy, bo o damskich ciuchach wiesz tyle, co jak mnie z nich rozebrać – odchrząknęła, cała się czerwieniąc. Jeszcze nigdy nie mówili o swoich relacjach w tak licznym gronie. – Hermiona zaczęła się targować o to ile zarobi. W pewnym momencie doszli do miliona galeonów za godzinę. Oczywiście żarty sobie stroili. Draco nawet się zgadzał, pod warunkiem, że będzie w pracy nosiła portorykańskie bikini. Hermiona się zgodziła, wznieśliśmy toast za sukces negocjacji – w tym momencie się zacięła, wodząc wzrokiem po zebranych.

 

- Chwilę potem, Malfoy powiedział wam co to jest portorykańskie bikini i zarobił od Hermiony siarczystego liścia. Nadal masz czerwony ślad – Neville dźgnął Dracona palcem w policzek. Młody Malfoy przewieszał się przez oparcie kanapy na której leżeli Longbottomowie, miał więc blisko. Na twarzy blondyna faktycznie widniał ślad po spotkaniu ze zgrabną dłonią.

- Od liścia do ślubu, a ja sądziłem, że kto się czubi ten się lubi to tylko takie powiedzenie – George ani myślał puszczać swojego wazonu.

- Rżeliście tak, że bałem się, że Aberforth zaraz wezwie Patrol żeby was uspokoili. Z Trzech Mioteł by was już dawno wyrzucili. – dokończył Neville.

- Co ty robiłeś w Świńskim Łbie w piątek w środku nocy?

- To nie był środek nocy. Byliście pijani w sztok o ósmej wieczór! No może wpół do dziewiątej. Właśnie wracałem do domu, tylko potrzebowałem złożyć zamówienie na zielarstwo, a pewne rośliny da się zdobyć tylko przez Aberfotha. Jak mnie zobaczyłeś, to ryknąłeś na całą karczmę „Ze starym kumplem się nie napijesz?” – Harry zawstydzony spuścił głowę, nie wierząc w to co właśnie o sobie słyszy.

- Aberforth dał mi kufel piwa, zastrzegając żebym nie pił tego od was. Dolał wam nektaru z szaleju do piwa.

- O żesz…

- Sukin…

- Ahaaa…

- No, to wiele wyjaśnia – pijący po kolei wyrazili swoją dezaprobatę. – Ale przynajmniej wiem, że mam najmocniejszą głowę z was wszystkich – Malfoy dumnie wypiął pierś, nadal klęcząc za kanapą.

- Tak konkretnie to Hermiona ma – poprawił go Neville. – Destylowana Datura neutralizuje szalej. Piłeś cienkosza.

- Możesz mi powiedzieć, czemu ten skubaniec to zrobił, nim go oskarżę o próbę otrucia pracownika ministerstwa? – Harry spytał, podtrzymując swoją niezwykle ciężką głowę.

- Bo mu wystraszyliście masę klientów. Pijany auror i jego znana z temperamentu dziewczyna nie wróżą najlepiej. Wypiłem z wami parę łyków, żebyś przestał się wydzierać. Dziewczyny zresztą też były w niezgorszych humorkach. Ty się upijasz na smutno, Malfoy. Potem wysłałem patronusa do Hanny, bo sam tylu pijanych bym nie deportował.

 

- Tak po prawdzie to nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie was zabrać, a na środku Pokątnej czworga pijanych czarodziejów, w tym byłego śmierciożercy i sławnego aurora zostawić nie mogliśmy. Tak właśnie wylądowaliście w Dziurawym Kotle.

- Gdzie jak widać, nie jesteśmy – burknęła Ginny.

- Mieliśmy was odesłać do domów. Pomijając fakt, że nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie mieszkasz, Draco. Upierałeś się, że nie powiesz i będziesz spał u siebie w sklepie.

- Bo tam miałem najbliżej i jest wygodna kanapa z czarnej skóry dla klientek czekających na zwolnienie się przymierzalni. Wbrew pozorom byłem trzeźwy.

- Byłeś pijany jak zając w kapuście.

- Ale film mi się nie urwał.

- Gratuluję sukcesu.

- Mi też się nie urwał film, tylko wszystko jest jakieś takie rozmyte. Pamiętam, że tam staliśmy i się kłóciliśmy co zrobić dalej. Zdaje się, że nie miałam ochoty wracać do domu….Przynajmniej nie pijana. Rodzice dostaliby furii. No i wylądowaliśmy tutaj. Tylko czemu mam ten welon?

- Czyli i tobie urwał się film – Hanna powiedziała z satysfakcją. – Zanim wylądowaliśmy tutaj wpadliśmy jeszcze do klubu. Pod Dziurawym Kotłem było już otwarte.

- Chcesz mi wmówić, że będąc pijanymi w trupa uparliśmy się iść jeszcze do klubu?

- Mhm.

- Barnaba nas wpuścił? – Ginny przyjrzała się Longbottomom spod ściągniętych brwi.

- To chyba moja wina.

- Możesz wreszcie puścić ten wazon?

- Ale jak go puszczam to cały świat się kołysze. To moja wina. Skończyłem akurat załatwiać sprawy z Parvati. Jakby nie patrzeć, ja jestem właścicielem, a ci państwo tylko mnie reprezentują w zarządzaniu tamtym przybytkiem. Wieki się nie widzieliśmy, a przynajmniej nie towarzysko, więc nie było takiej opcji, żebym was wypuścił, nie wypiwszy przynajmniej jednego głębszego.

- I ty się na to zgodziłaś? – Ginny spytała Hannę.

- A czemu nie. Też wieki z Nevillem nie wychodziliśmy. Lepsze wyjście do własnych piwnic niż żadne.

- A dziewczynki?

- Babcia sądziła, że wrócimy za pięć minut – Neville uśmiechnął się złośliwie.

- Parvati była na tyle miła, że wyczarowała nawet dla nas stolik w kącie sali i kazała Romildzie nie chrzcić nam alkoholu.

- Zaczynam widzieć pewną prawidłowość. Czemu nie ma ich tutaj z nami?

- Bo one dwie są grzecznymi dziewczynkami i nie piją w pracy – George skwitował sprawę.

- Jak śmiesz nazywać mnie grzeczną dziewczynką! – A jednak Romilda tam była, tylko nawet czubek głowy nie wystawał jej spod zasłony, nim się nie odezwała.

- No to co było dalej – Hermiona usiadła na podłodze, tak że nawet czubek głowy nie wystawał jej nad oparciem.

- Nie lubię Draco, mierzi mnie, ale nie powiem, ma facet smykałkę do interesów, więc rozmawialiśmy sobie o biznesie. Państwo Longbottomowie nie bardzo się włączali. Naprawdę musiało wam brakować wyjść bo tylko wcinaliście te solone orzeszki i zapijaliście piwem.

- To były bardzo dobre orzeszki – zaprotestował Neville.

- Tak jakbym ja ciebie kochał kłapouchy – sarknął Malfoy. – Ale nie powiem, ten twój pomysł z dowcipnymi ciuchami może przynieść sporo kasy, ale trzeba to obgadać.

- Jakimi dowcipnymi ciuchami? Co wy znowu kombinujecie? – zaciekawił się Harry. Jeśli tak skrajnie nieodpowiedzialna osoba jak George łączyła siły z kimś tak niegodnym zaufania jak Malfoy we wspólnym biznesie, to Harremu zapalała się ostrzegawcza lampka w głowie, nawet mimo dudniących w niej dzwonów.

- Chodzi o takie ciuchy, które wyglądają jak normalne ciuchy, ale są zaczarowane i dajesz je komuś w prezencie np. a one się kurczą, albo rozciągają, zmieniają barwę, albo na plecach pojawia ci się napis w stylu „Kopnij mnie w zadek” który znika, jak tylko tam patrzysz – wytłumaczył George.

- Tak to by się zgadzało i idealnie do was pasowało. Co było dalej?

- Nie pamiętam – George przyznał szczerze.

- Na mnie nie patrz – Malfoy wzruszył ramionami.

- Urządziliście sobie picie sportowe. Idioci – Wyjaśniła im uprzejmie Hanna.

- I co, tak się spiłem, że wziąłem z nią ślub? Nie wciśniesz mi takich kitów!

- Nie wiem. Neville?

- Ja ostatnie co pamiętam, to zejście na niższy poziom klubu.

- A no tak, Fleur i Bill… – Mruknęła Hanna.

- Ja wiem rocznicę czego świętowali, ale wam nie powiem – George powiedział z dumą.

- Skąd wiesz?

- Bo spotkałem ich tam wcześniej – uśmiechnął się szeroko. Zresztą, niech sami wam opowiedzą. – Hermiona, albo Malfoy, weź ich ktoś kopnij. Ileż można spać.

Na zdjętych z kanapy i foteli poduchach spali w objęciach młodzi państwo Weasleyowie.

- C..co jest – Bill poderwał się, budząc przy okazji swoją żonę. To jego Hermiona wybrała za cel kopniaka.

- Co się działo, po tym jak zeszliśmy do was na dół?

- Nic specjalnego. Posiedzieliśmy sobie przy drinkach. Trochę tańczyliśmy, bo była fajna muzyka i wyszliśmy, jak zamykali lokal.

- Harry postanowił, że wszyscy śpimy u niego, żeby nikt nie musiał się deportować. Było już mocno po północy, więc postanowiliśmy sobie urządzić spacer. Romilda się przyłączyła, twierdząc, że mieszka niedaleko i może przejść się z nami.

- Middlecross Street 15 – padło zza zasłony.

- Na mieście ruch był całkiem spory, jak na taką porę, ale w sumie piątek to noc imprezowa i ludzie w około nie byli wcale mniej pijani od nas. Można powiedzieć, że generalnie nie rzucaliśmy się w oczy. Tylko George machając do przejeżdżającego radiowozu raz potknął się o śmietnik i wpadł do środka. – Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem.

- To nie jest zabawne!

- Jak to się stało, że nas nie aresztowali? – Spytał Harry i natychmiast poczuł na sobie wymowne spojrzenie Fleur. – Co zrobiłem? – Jęknął zrezygnowany.

- Rzuciłeś na nich czar zapomnienia – Bill odpowiedział rzeczowo.

- Ktoś tu będzie miał kłopoty – zaśpiewała Ginny. Oczywiście, że będzie miał kłopoty, był aurorem, który zaczarował mugolskich policjantów i to po pijaku.

- Dobra. Chrzanić to co zrobił Harry. Dlaczego mam welon na głowie?! Czy wy może też nie potraficie mi na to odpowiedzieć?

- Bo byłaś na weselu, ‚Ermiono – Odpowiedziała Fleur.

- Tego się domyślam. Pytanie, czy było ono moje! – Twarz Hermiony poczerwieniała do odcienia karmazynu. Aż dziw, że z jej uszu nie zaczęły wydobywać się kłęby pary. Zza zasłony wydobyło się prychnięcie. – Cicho tam!

- Nie. Nie było twoje – Bill rozwiał wątpliwości, powodując głośne westchnienie ulgi Hermiony i kilku innych osób. – W mijanej restauracji odbywało się wesele. Draco uparł się, żeby na nie wpaść i nie chciał słyszeć odmowy. No to w końcu daliśmy się tam zaciągnąć.

- W takich strojach? – George miał poważne wątpliwości.

- Ja wyglądam nienagannie – Malfoy pogładził swój frak i wyprostował muszkę.

- Zdziwisz się Harry, ale niejeden z weselników wyglądał o wiele gorzej od nas. Zarówno jeśli chodzi o strój, jak i poziom alkoholu w organiźmie. Zupełnie nikt nie zwrócił uwagi na to że się tam zjawiliśmy.

- Ty nawet zalecałeś się do druhny, która wzięła cię za drużbę w tym fraku – Fleur skomentowała strój Dracona.

- Ja się przystawiałem do mugolki?

- I to skutecznie. Mieliśmy już wychodzić, ale trzeba było na ciebie czekać, bo przepadłeś z nią na piętrze – Romilda zachichotała. – Na odchodnym zwinęliście jeszcze ten welon i bukiet. Wręczyłaś go jakiemuś chłopakowi na ulicy – dodała, wyplątując się z długiej zasłony. – A skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, to czemu do cholery jestem w samej bieliźnie! – Faktycznie. Prócz kozaków miała na sobie tylko skąpe majtki i stanik w misie.

- Bo jak was znalazłam byliście w zamkniętym klubie nocnym uskuteczniając taniec na rurze – Stojącego w drzwiach Rona minęła Angelina, lewitując przed sobą tacę kubków z kawą. – W razie gdyby cię wylali z aurorstwa, Harry, rozważ taniec na rurze jako ścieżkę kariery, masz do tego talent. Cześć Ronald.

- Jak nas znalazłaś?

- Rzuciłam czar namiaru na ten durny kolczyk, który sobie wsadziłeś w jedyne ucho – Angelina odpowiedziała z rezygnacją.

- Piłaś? – Spytał ją podejrzliwie.

- Nie bądź niemądry bardziej niż jesteś.

- Sprowadziłam was z tego klubu wprost tutaj.

- Mogłaś przynajmniej dać mi założyć ubranie!

- Raz, że nigdzie nie mogłam go znaleźć. Dwa, nie jestem twoją matką, Romildo, a klub był dwie ulice stąd. Więc wstydzić się musisz tylko połowy dzielnicy, nie więcej.

- Ale wiecie co… Chyba mi brakuje jednego zęba – wyszczerzył się Malfoy, prezentując dziurę w miejscu górnej dwójki, prez którą teraz wystawał mu język. Angelina wzniosła oczy ku niebu.

- Tak, tak, chwaliłeś się tym całą drogę z klubu. Harry za to ma dodatkową bliznę na głowie, dziwnie pasującą do twojego sygnetu.

- Chyba muszę się napić – Ron jęknął, zjeżdżając po futrynie i siadając na swoim worku.

- Żadnego picia! Prohibicja, aż zmądrzejecie. Rozkaz ciężarnej – Zagroziła mu.

 

 

Jest wiele historii, które przeżyli Harry Potter i jego przyjaciele, Niemal każdą z nich poznały ich dzieci, zanudzane przydługimi opowieściami swoich rodziców. Tej jednej nigdy nikomu nie opowiedzieli.

 

 

Opowieść Hermiony

07 mar

Powitanie Ginny nie było takie, jakiego się spodziewała, było ono jednak dokładnie takie, jakiego spodziewać się powinna. Stali z Harrym w holu domu przy Grimmauld Place 12 w Londynie. Ze schodów po jego przeciwnej stronie dobiegał tupot zbiegającej osoby. Przez chwilę serce zabiło jej mocniej, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej, potem naszła jednak refleksja. Kroki były zbyt lekkie, stopy ledwie muskały podłogę.

- Hm! – Ginny fuknęła krótko, stając u stóp schodów. – Twoje szczęście, że Łapa już jest nakarmiony. Kochanie, lecę na trening. Do zobaczenia w nocy – dokończyła, przenosząc wzrok na Harrego i spłynęła do ukrytej w piwnicach kuchni.

- O co chodziło z tym Łapą? – Hermiona otrząsnęła się z szoku.

- O kochana. Myślę, że tą sprawę musicie załatwić same – Harry uśmiechnął się smutno do przyjaciółki.

 

Wiele godzin później, kiedy w Londynie był środek ciemnej nocy, a w Kanadzie właśnie skończył się trening Rysi, Harry i jego najlepsza przyjaciółka nadal siedzieli w wyliniałych fotelach przy kominku niewielkiego saloniku, przy Grimmauld Place 12. Opowieść Hermiony właśnie dobiegła końca. Wiele z niej Harry znał, ale z chęcią wysłuchał motywów jakie kierowały krokami Hermiony.

- A gdzie jest Ron? Przeprowadził się z powrotem do Nory? – Hermiona spytała znienacka.

- No proszę. Tyle godzin siedzi i wreszcie przypomniała sobie o moim bracie – Ginny stała w drzwiach ze skrzyżowanymi rękoma. – Dla twojej wiadomości Ron odszedł po tym jak go zostawiłaś bez słowa pożegnania i nikt nie wie gdzie jest.

- Ron jest na misji – Harry odpowiedział na pytanie Hermiony,

- Kochanie. Ty masz chyba inne miejsce, w którym teraz powinieneś być – Ginny położyła Harremu dłoń na ramieniu. Młody mężczyzna momentalnie ulotnił się z pokoju, bez słowa pożegnania.

- No więc. Skoro mojego męża już nie ma – Machnęła różdżką zamykając za sobą drzwi. – COŚ TY SOBIE NAJLEPSZEGO MYŚLAŁA! CO TO WOGÓLE MIAŁO BYĆ?! WYMYŚLIŁAM TYSIĄC KLĄTW NA TWOJĄ OSOBĘ I POŁOWA Z NICH WSADZIŁA BY MNIE DO AZKABANU A TO I TAK ZA MAŁO! JAK MOGŁAŚ TO ZROBIĆ, MI, SWOJEJ NAJLEPSZEJ PRZYJACIÓŁCE! ODEJŚĆ BEZ POŻEGNANIA, BEZ SŁOWA, BEZ LISTU?!

- Zostawiłam list…

- HARREMU, TYLKO DLA JEGO OCZU! – Ginny krzyczała jeszcze długo. Krzyczała póki nie straciła zupełnie głosu, a potem jeszcze próbowała krzyczeć aż zupełnie opadła z sił. Osunęła się wreszcie na fotel. Ostatnim co udało jej się wychrypieć były słowa.

- Gdzieś ty w ogóle była?

- No więc… – Hermiona zaczęła powoli, upewniając się, że nie jest to pytanie retoryczne. – Najpierw kręciłam się trochę bez celu. Tak naprawdę to nie wiedziałam dokąd chcę pojechać i w ogóle czego chcę od życia. Naprawdę muszę ci to opowiadać? Opowiedziałam już Harremu.

- Opowiadaj – Warknęła Ginny.

- No więc zrozumiałam, że boję się ruszyć naprzód bo nie wiem czego w tej przyszłości chcę, kim tak naprawdę jestem.

Do tej pory spora część mojego życia toczyła się wokół Sama-Wiesz-Kogo. Jak go pokonać, jak przeżyć, jak pomóc przeżyć Harremu. Toczyła się zawsze wokół naszej trójki. Harry, Ron i ja. Tak naprawdę nie miałam szansy żyć dla siebie. Poznać siebie. Rozumiesz mnie? – Ginny ściągnęła jedynie brwi. – Eh. Ty byłaś zawsze trochę z boku tego wszystkiego. Miałaś własne życie. Ty orbitowałaś wokół Harrego, my wokół Sama-Wiesz-Kogo. Ty miałaś okazję odkryć, że kochasz grę w quidditcha, że jesteś w tym dobra, że chcesz to robić. Ja przez wszystkie te lata byłam dobra tylko w nauce. W niczym więcej nie miałam okazji się sprawdzić. Harry znalazł czas by odkryć w sobie powołanie do bycia aurorem. Ron byłby świetny współpracując z Georgem, ale i jako auror daje sobie radę i chce to robić, a ja nie wiem czego chcę.

- Więc uciekłaś.

- Ruszyłam w podróż. Chciałam zobaczyć, gdzie popełniłam błąd. Co zrobiłam nie tak. Co powinnam poprawić, jeśli oczywiście się da. Oczywiście nie robiłam tego od razu. Tak jak ci powiedziałam, najpierw błądziłam, sama nie wiedząc jeszcze czego chcę. Tak samo jak nie wiedziałam czego chcę będąc w domu, czy w pracy. Tak samo nie wiedziałam czego chcę, kiedy znalazłam się już… No kiedy nie byłam już tutaj. Byłam chyba w stu miejscach w tysiącu miejsc w Wielkiej Brytanii. Miałam nadzieję, że jak już będę w „tym” miejscu, to odkryję, że właśnie tam zawsze chciałam być, że to jest moje miejsce… Ale nigdzie nie czułam się, że to tu. Nigdzie nie czułam się u siebie. Inaczej, nigdzie nie czułam się na miejscu. Wszędzie byłam jakaś obca. Nigdzie nie odnajdywałam siebie. W końcu zrozumiałam, że coś jest nie tak z moim życiem. Gdzieś skręciłam nie w tą uliczkę, wypadłam z torów. Postanowiłam więc odtworzyć swoje życie. Krok po kroku cofałam się po swojej historii. Swoim życiu.

Wszystkie te miejsca, które odwiedziłam z Harrym i Ronem kiedy polowaliśmy na Horkruksy. No prawie wszystkie. Notabene to wtedy Harry wpadł na mój trop. Jak byłam w Forest of Dean. Najwyraźniej rzucił jakieś zaklęcie na miejsce pochowania oka Szalonookiego. To swoją drogą fascynujące, jak taktowny potrafi być, ten twój Harry. Uciekłam. Znalazł mnie, ale nigdy, aż do ostatniej chwili nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności. Był jak taki Anioł Stróż, który zawsze jest gdzieś za tobą ale go nie widzisz, póki nie wyciągnie cię sprzed pędzącego autobusu. Zresztą nie ważne.

Odtwarzałam swoje kroki. Wszystkie miejsca, w których byłam, w których coś się dla mnie zmieniło i te w których pozornie nie zmieniło się nic. Kiedy skończyła mi się Wielka Brytania wylądowałam we Francji. Spędzaliśmy tam z rodzicami wakacje i ferie, więc uznałam, że to logiczne, że ten kraj mógł coś zmienić w moim życiu. Byłam pod Lyonem, gdy dotarła do mnie sowa z zaproszeniem od Kruma. Pomyślałam, „czemu nie, taka impreza” kiedy tylko się tam zjawiłam, poczułam, że to jednak nie to miejsce w którym chciałabym być. Ulotniłam się. Zresztą wiesz. Byłaś tam z Harrym.

Potem wpadłam na kilka dni do Hiszpanii i Włoch. Właściwie to nie chodziło o coś konkretnego. Zwyczajnie zaczynałam się gubić. Nie wiedziałam gdzie jeszcze mogłabym pojechać… Przynajmniej trochę się opaliłam – zaśmiała się nieśmiało. Mina Ginny szybko sprowadziła ją do rzeczywistości. – Tak czy siak już miałam wrócić do domu. Ale pomyślałam, że skoro poniosłam porażkę i moje życie jest najwyraźniej nieodwracalnie skrzywione, to przynajmniej jeszcze chwilę odetchnę miejscem, które polubiłam. Wróciłam więc do Francji. Byłam w Alpach. Tam gdzie spędzaliśmy z rodzicami wakacje na nartach. Skąd przyjechałam do was tutaj, do Londynu, na piątym roku i byłam w Dijon. Tam wszystko się popaprało.

Czułam się samotna. Czułam się opuszczona. Tak wiem, że to ja wszystkich opuściłam, ale tak się czułam. Byłam na krawędzi, tylko nie wiedziałam krawędzi czego i wtedy go spotkałam. Szarmancki. Przystojny. Trochę starszy od nas, to prawda, ale taki pociągający. Był w nim jakiś magnetyzm. Dymitry – uśmiechnęła się mimowolnie. – Taki bogaty. Uprzejmy i inteligentny. Nigdy nie wierz Rosjanom, Ginny. No przynajmniej nie wszystkim.

To trwało kilka, kilkanaście dni, ale dla mnie było jak ciągnąca się w nieskończoność bajka. Nawet wtedy, w ostatniej chwili to nadal była bajka.

Nie mam pojęcia, jak spotkaliśmy się w Dijon. Nie patrz tak. Naprawdę nie wiem. Znaczy wiem gdzie, ale nie wiem skąd wiedział, że jestem czarownicą. Wychodziłam sobie z kawiarni i wiatr porwał mi szalik, a on po prostu szedł sobie chodnikiem i go złapał. No może bardziej szalik wpadł mu prosto na twarz, ale to w sumie to samo. Zaśmiał się, podał mi go i tyle. Poszedł sobie dalej ze swoimi ochroniarzami.

Potem spotkałam go jeszcze tego samego dnia jak jadłam kolację. W Dijon jest taka restauracja, w której podają wspaniałe… Nie ważne, kiedyś ci powiem, w razie jak byście się wybierali do Francji. Siedział tam – wyciągnęła rękę w kierunku pustego salonu, zupełnie jakby go właśnie widziała. – Musiał przyjść przede mną, bo był już w trakcie kolacji. Był sam. Uśmiechnęłam się po prostu, jak na mnie spojrzał, a on skinął na kelnera i już po chwili był przy moim stoliku, razem ze swoją kolacją i winem. Potem zaprosił mnie na drinka i śniadanie też zjadłam już u niego. Ja naprawdę czułam się wtedy samotna – jęknęła błagalnie. – Wtedy dowiedziałam się że jest czarodziejem, jak różdżką zgasił światła i zdjął mi… Wyjechaliśmy do takiej niewielkiej miejscowości, na narty. Nie przepadam za nartami, jak pamiętasz, ale z nim było to przyjemne, aż któregoś dnia powiedział mi, że musimy natychmiast się zbierać. Nie było przy nim wtedy jego ochroniarzy i już żadnego z nich nie zobaczyłam od tamtej pory. Nie, widziałam jednego. Przez chwilę. Ostatniego dnia.

Zabrał mnie do Rosji. Miał tam niewielką willę z pięknym ogrodem. Parkiem tak właściwie. Nie zabronił mi wychodzić do miasta, ale i nie miałam ochoty. Jakoś nie wyglądało ono zachęcająco. Rozkoszowałam się spokojem willi i jego towarzystwem. Dymitry.

Któregoś dnia, to było przy śniadaniu, przyszedł jakiś starszy facet. Powiedział, że mają problem, ale nie ma się czego obawiać. Dymitry poprosił mnie, żebym wyszła do ogrodu, ale udało mi się jeszcze usłyszeć, jak tamten mówi, że jego ludzie obstawili teren i się nie prześliźnie. Wtedy oczywiście nie wiedziałam o kogo chodzi. Następnego dnia wyjechaliśmy, to było jak lekkie deja vu. Wylądowaliśmy u ojca Zivy. Na początku oczywiście o tym nie wiedziałam. Dowiedziałam się po pewnym czasie, a właściwie wydedukowałam to sama, bo nikt nie raczył mnie przedstawić. Byliśmy tam trochę jak w areszcie domowym. Mieliśmy do swojej dyspozycji całe piętro, ale wszędzie byli ludzie Dymitriego, a na parterze też kilu ludzi dyrektora Davida i sam dyrektor wieczorami, bo to był jego prywatny dom. Był jak twierdza. Można się było z niego deportować, ale aportacja do wnętrza już możliwa nie była. Nie byłam tam więźniem, ale wystarczyła jedna opowieść Dymitriego – za każdym razem kiedy wypowiadała to imię jej oczy stawały się na chwile nieobecne – bym nawet nie myślała o odejściu. Opowiedział mi, że ktoś go ściga, że stracił już połowę swoich ludzi, a każda osoba, która miała z nami kontakt we Francji została dosłownie zmasakrowana.

- Harry nikogo tam nie zmasakrował! – Ginny warknęła wściekle.

- Wiem, już mi opowiedział. Ja ci powtarzam co usłyszałam od niego. Każdy kto miał z nami kontakt miał zostać zlikwidowany. Ten ktoś chciał się do niego dostać po trupach. Teraz wiem, że Harry chciał się do mnie dostać po trupach. Oczywiście w przenośni, ale jednak.

Czytałam sobie książkę. „Przygody Guliwera”, muszę ci kiedyś pożyczyć. Akurat tego ranka w Tel Awiwie spadł śnieg. Dzieci bawiły się na dworze, bo nie często go widują. Może raz na kilka lat.

Do dziś nie wiem, czemu nie zwróciłam uwagi na pierwszą eksplozję. Była potężna. Wstrząsnęła domem. Może to był szok, a może pewność Davida, że nikt tam nie wejdzie. Dopiero po drugiej zareagowałam. Zareagowałam bardzo gwałtownie i z tego co zrobiłam zdałam sobie sprawę, jak już było po wszystkim. Jednym ruchem różdżki wyczarowałam walizkę na środku łóżka, do której natychmiast zaczęły wpadać wszystkie moje rzeczy. Rozumiesz, jednym ruchem. Nie wiem w jakim tempie zaklęcia musiały mi się przewinąć przez mózg. Adrenalina, chyba.

Harry powiedział, że przejrzał w myślodsiewni swoje wspomnienia i wyszło mu, że od chwili wejścia do domu do zobaczenia mojej deportacji minęło 33 sekundy. Byłam szybka, nie ma co. On zresztą też. Widział mnie, jak deportowałam, ja jego zresztą też.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego u ciężkiego licha nie wróciłaś od razu do nas?!

- Nie mogę. Znaczy chcę ale nie potrafię. Po części to był strach. Strach przed powrotem do was. Strach przed Dymitrym, bo jak już uciekłam to dopiero wtedy zrozumiałam, że uciekłam od niego i że on nie lubi, jak ktoś nie robi tego co on chce. Nie zabronił mi uciekać, ale i nie zostałam z nim. Poza tym, cała ta sytuacja dodała mi kopa. Pokazała mi, że Harry opiekując się tobą, domem, całą Anglią nadal miał czas, by przelecieć pół świata i mnie odnaleźć. Harry jest niesamowity i to dało mi siły. Postanowiłam dokończyć swoją podróż.

Spotkałam się z nim przy karuzeli. Przychodziłam tam z ciocią, jak miałam kilka lat. Dalej mogłam cofnąć się już tylko na salę porodową. Czekał tam na mnie. Zapytał czemu to tak długo trwało. Myślę że odkrył gdzie skończy się moja podróż, do czego zmierzam, jeszcze zanim ja to odkryłam.

Kiedy tam z nim stałam, zrozumiałam że nigdzie nie popełniłam błędu. Moje życie jest dokładnie takie, jakie miało być. Nie jest ważne co będę w nim robiła. Będę pracować w sklepie, przekładać papiery w ministerstwie, walczyć z przestępcami, czy uczyć w szkole. To nie jest ważne, bo jestem tak mądra, że we wszystkim tym się jakoś odnajdę. Moją rolą jest być oparciem dla Harrego. Być zawsze wtedy, kiedy będzie mnie potrzebował.

- Mój mąż – Ginny położyła niezwykły nacisk, na to słowo. – Może liczyć na oparcie we mnie. Zawsze i wszędzie, kiedy tylko będzie go potrzebował, niezależnie od sytuacji.

- Tak, wiem że ma ciebie i może na ciebie liczyć i nie chcę się z tobą ścigać o miejsce u jego boku, ale on jest zawsze, kiedy go potrzebuję. Kiedy ktokolwiek go potrzebuje i ja muszę tak być dla niego. Jako najlepsza przyjaciółka. Rozumiesz to?

- Nie – skłamała – i teraz co? Wróciłaś i co dalej? Zamierzasz zostać, udawać że nic się nie stało. Mieszkać tutaj, jakby nigdy nic?

- Poszukam sobie mieszkania. Na razie wyprowadzę się do rodziców, a potem, jak znajdę pracę, to znajdę sobie i mieszkanie. Nie będę siedziała wam na głowie.

- Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Ten dom jest duży. Chodzi mi o to, co zrobiłaś mojemu bratu. Co zrobiłaś nam wszystkim.

- Właśnie. Możesz mi wytłumaczyć, co się stało z Ronem?

- Ron odszedł. Wiem tylko tyle, że zniknął. Ziva mówi, że dostał chyba jakąś misję, bo Harry, Ron i Urquhart spotkali się razem w gabinecie i potem Harry miał wymazaną pamięć. Wszystkie wspomnienia z tego spotkania. Oczywiście on tego nie mówi. Mówi, że Urquhart wezwał go, by zdał raport z prac zespołu i Rona tam nie było.

- Czyli nie wiecie gdzie jest, ani kiedy wróci.

- Nie wiem absolutnie nic, co się dzieje z moim bratem i jest to wyłącznie twoja wina, ale wiesz co? Jak się tak zastanowić, to się nawet cieszę, że wróciłaś.

- Ja też się cieszę, że wróciłam.

- Skoro już jesteś, to mama będzie miała na kogo być wściekła za odejście Rona i Harry przestanie być wreszcie najbardziej znienawidzoną osobą w rodzinie. Muszę tylko zadbać, by twoje imię wypływało możliwe często w rozmowie.

- Dzięki – Hermiona skrzywiła się wyraźnie.

- Idź odpocząć. Czekają cię ciężkie dni, a ja też muszę się wyyyyyyyspać na trening – ziewnęła przeciągle.

 

Walentynki: A to ci psikus.

13 lut

- George. Masz dla mnie chwilę?

- Tylko jeśli potraktujesz klientów Impedimentą.

- Tylko kusisz kusisz, a potem i tak nie dajesz.

- Może kiedyś wreszcie dam.

- Jak będę stara i siwa?

- Eliksir młodości „Cudka Młódka” nie pozwoli ci się zestarzeć – rzucił jej pękaty flakonik. – Wystarczy pięć kropli dziennie pod oczy. Posiada certyfikat…

- Nie jestem klientką.

- Wiem, jesteś moją cudowną partnerką.

- Partnerką?

- W biznesie, Ang. W biznesie – posłał jej całusa, pędząc na drugą stronę sklepu, złapać małych złodziei.

- Twoja partnerka potrzebuje wziąć trochę wolnego.

- Jasne, ile tylko chcesz. Godzinkę, dwie. Cały dzień?

- Więcej. Sporo więcej.

- Po co ci więcej ? – George zamarł, skupiając wreszcie na Angelinie całą uwagę.

- Wiesz, to nawet całkiem zabawna historia. Uśmiejesz się jak fretka, jak ci opowiem.

- No, dawaj.

- Wiesz… Może jak już zamkniemy. Nie chcę by coś cię rozpraszało.

- Myślisz, że nie zrozumiem dowcipu w takim hałasie?

- To tak nie do końca dowcip. Raczej niespodzianka, psikus.

- Mhm.

- Prosiem Pana. Prosiem Pana… – Dalszą rozmowę przerwał im mały chłopiec z wielkim pudłem Bombonierki Lesera w dłoniach. Przy kasie zresztą też ustawiła się już kolejka.

- Uf – George otarł pot z czoła, przekręcając zamek za ostatnim klientem. – Nareszcie, nienawidzę walentynek.

- Sądziłam, że lubisz wszystkie święta, które przynoszą dużo galeonów?

- Walentynki są takie słodkie i różowe – z odrazą popatrzył po różowych dekoracjach sklepu. – Przypominają mi o Lockharcie – wzdrygnął się wyraźnie i nie był to bynajmniej gest teatralny.

- Ja też jestem ubrana na różowo – uśmiechnęła się do niego odrobinę figlarnie.

- Uh. Wyglądasz okropnie.

- Ty to potrafisz powiedzieć kobiecie komplement – wywróciła oczami. – Mam to zdjąć?

- Jak chcesz. Dzięki za pomoc, leć do domu się wyspać.

- To nie zjemy kolacji? Ściągnęłam już chińszczyznę z tej fajnej mugolskiej knajpki.

- Skoro tak – zatarł ręce na myśl o smacznym jedzeniu. – To nie śmiem nawet protestować.

Ich posiłki – nie licząc tych, kiedy wychodzili na miasto – zazwyczaj przebiegały w ciszy, albo przy zdawkowej rozmowie biznesowej. Po całym dniu w sklepie żadne z nich nie miało siły na bezsensowne paplanie. Oboje myślami byli zazwyczaj w miękkich łóżkach pod ciepłą pierzyną.

- Chciałaś mi opowiedzieć coś śmiesznego? – George mruknął skupiony na wybieraniu małych marchewek pływających w sosie sechuańskim. – Coś o urlopie.

- No tak… Będę musiała wziąć długi urlop za jakiś czas.

- Jak długi?

- Kilka miesięcy? – Końcówkę tego zdania niemal wyszeptała.

- Ok… Historyjka jest faktycznie całkiem zabawna, a gdzie jest jej puenta? – Angelina zaczerpnęła głęboko powietrza.

- Jestem w ciąży! – Sama się zdziwiła z jaką euforią udało jej się wypowiedzieć te słowa.

- Moje gratulacje! – George podskoczył, mocno ściskając swoją przyjaciółkę – O przepraszam, nie za mocno? – Przestraszył się, że przesadził z euforią.

- Spokojnie, jeszcze jest jak fasolka – uśmiechnęła się ciepło. – Naprawdę się cieszysz?

- Oczywiście. Jakże mógłbym nie. Z takiej okazji to możesz wziąć tyle urlopu ile tylko zechcesz i kiedy zechcesz i jeszcze dostaniesz bonusa a potem wyszukuję małemu wystrzałową wyprawkę. Dosłownie – puścił do niej oko, uśmiechając się szeroko. – Któż jest szczęśliwym ojcem? – Spytał wreszcie.

- Ty – uśmiechała się, patrząc mu prosto w oczy. Oczy, które zrobiły się nagle dziwnie puste i nieobecne, twarz Georga poszarzała i cały zaczął przypominać marmurowy posąg, zaklęty na wieczność w jednej pozie. – George? – Spytała z obawą. – George, Georgi. Ej – popstrykała mu palcami przed twarzą. – George, jesteś tam? – Szarpnęła go mocno za ramię. – Cholera jasna, George! – Strzeliła go z liścia z taką siłą, że odgłos poniósł się zapewne przez pół Pokątnej, a ręka zapiekła ją jak włożona do żaru.

- Ja? Ja będę ojcem? – Wydukał osuwając się na krzesło – Ale jak, kiedy, przecież to… jak?

- Mam ci tłumaczyć jak się dzieci robi? – Spytała z niedowierzaniem ale i ironią. – Kiedy, to wybierz sobie dowolną okazję w przeciągu ostatnich kilku tygodni. Kino, łazienka w restauracji, komórka w Norze kiedy…

- Dobrze, dobrze, ale przecież się zabezpieczaliśmy – tylko wzruszyła ramionami. – Przecież my nie możemy wychowywać dziecka! – Wykrzyknął zdesperowany – Tu wszędzie są wybuchowe rzeczy i dziwne słodycze i sztuczne pająki i eliksiry. To jest poligon wojskowy, nie dom dla dziecka! Ja nie mogę mieć dziecka!! – Mówił coraz głośniej, coraz cieńszym głosem z narastającą histerią w głosie.

- Czemu?! – Zawołała zmarkotniała.

- Jestem rudy! – Nie wytrzymała. Wybuchnęła histerycznym śmiechem. Kiedy wreszcie się uspokoiła George siedział nadal na krześle mamrocząc coś pod nosem. Zamierzyła się na niego, sądząc że znowu odpłynął.

- Nie bij! – Zawył.

- Lepiej ci?

- Tak i wiesz co?

- Nom.

- Nasi rodzice będą w siódmym niebie – powiedział z samozadowoleniem. O tym nie pomyślała. Rodzice… Zemdlała ze strachu, osuwając się na podłogę.

- Ang, Angelino? – Głos dobiegał do niej z oddali, wokół było tak miękko. – Angelino, cholera. Słyszysz mnie? Mam sprowadzić lekarza? – Próbowała się odezwać, ale w pierwszej chwili udało jej się tylko westchnąć. Wystarczyło, by przykuć jego uwagę. – Wezwać lekarza?

- N, nie. Już mi lepiej – wychrypiała.

- Ani mi się waż wstać – Przycisnął ją z powrotem, zauważając co właśnie chciała zrobić.

- Wody.

- Accio butelka wody – delikatnie ją uniósł, by się nie zachłysnęła. Teraz dopiero się zorientowała, ze leży na jego łóżku.

- Dzięki – uśmiechnęła się, upijając łyk.

- Nieźle mnie nastraszyłaś.

- Już jest ok.

- Akurat. Można pomyśleć, że pomyliłaś mydło z wybielaczem. Jesteś blada jak prześcieradło. Co to za pomysły tak mdleć?

- To przez rodziców.

- Nie powiedziałaś im? – Pokręciła głową i poczuła jak ciało jej znowu sztywnieje. – Jak myślisz. Wyjdzie piegowaty białas z dredami, czy czarnoskóry rudzielec? – Szybko zmienił temat, by odciągnąć ją od złych myśli.

- Byle nie jednouchy pajac – odgryzła mu się odruchowo.

- Nie ma szans. Przy takich rodzicach nie może być normalne – zaśmiali się oboje. Ciśnienie już opadło.

Angelina została na noc. Czekała ich wielka operacja pod nazwą „Przyznanie się rodzicom” i musieli przygotować szczegółową strategię, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe scenariusze, zarówno w Norze, jak i w Southend on the Sea, u rodziców Ang. Szybko doszli do wniosku, że w Norze jedyne niebezpieczeństwo czyhało na nich ze strony Molly, która potrafiła być nieobliczalna.

- Pamiętasz, jak się cieszyła na wieść o ciąży Fleur? – Przypomniała mu Angelina. – Była w siódmym niebie. Jestem pewna, że z kolejnego wnuka też się ucieszy.

- Bill i Fleur byli po ślubie. I nie zapominaj historii zrujnowanego domu po jej spotkaniu z Harrym, a przecież poprosił tylko o pozwolenie na weekendowy wypad.

- Taaak. Szkoda, że tego nie widziałam. Myślisz, że Harry użyczyłby mi swoje wspomnienie? – oczy Angeliny zapłonęły niezdrowym pragnieniem. – Poza tym, Ginny to jej jedyna córka.

- A ja jestem jej jedynym bliźniakiem – nie zdążył ugryźć się w język. Ciężka gula stanęła mu w gardle.

- Potrzebujemy czegoś, co odwróci jej uwagę, czegoś, czegoś…. – zmarszczyła czoło wpatrując się w podtrzymującą sufit krokiew.

- Harry, Ginny. Nie macie może w planach powiedzieć mamie kiedy bierzenie ślub? – Reakcja była taka, że Harry omal się nie udławił, a Ginny zapomniała zamknąć usta, w które dopiero co włożyła sobie naleśnika.

- Pragniesz naszej śmierci? – Harry wyszeptał wreszcie.

- Życie ci niemiłe – Ginny poprawiła swojego nomen omen męża, wpatrując się w swojego brata.

George i Angelina podejmowali ich na bardzo wczesnym śniadaniu, w mieszkanku na poddaszu. Obecność Angeliny o poranku młodzi Potterowie przyjęli bez mrugnięcia okiem.

- Ja się tylko pytam, kiedy spełnicie największe marzenie naszej mamy – George wzruszył ramionami, udając że niczego nie zauważył.

- Może sam jej powiesz, kiedy wy bierzecie ślub? – auror zapytał ironicznie.

- Nic takiego nie planowaliśmy – Angelina wsparła rudzielca.

- Coś jednak knujecie – Ginny mierzyła gospodarzy podejrzliwym wzrokiem.

- Skąd. Tylko się pytamy, by nie przegapić takiego widowiska. Weźmiemy aparaty.

- I popcorn. Nie zapomnij o popcornie.

- I cichutko zajmiemy jakiś kącik. Może nawet rzucimy zaklęcie tarczy.

- A już myślałem, że to towarzyska wizyta – Harry odłożył widelec, wycierając usta serwetką. – Co zmalowaliście, że chcecie skupić uwagę Molly na nas?

- Nic a nic – George starał się zrobić oburzoną minę.

- A ja już wiem co zmalowali – Ginny niemal zaśpiewała z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

- Hę? – Harry spojrzał na nią skonsternowany.

- Oj proszę cię. Tak się skupiłeś na naparzaniu przestępców i rozwiązywaniu skomplikowanych intryg, że zapomniałeś najprostszych technik śledczych. Szczególnie dokładnej obserwacji? – Przesunęła ręką po stole i gospodarzach, którzy zamarli w napięciu. Harry ściągnął brwi wodząc wzrokiem i z każdą sekundą zdawał się być coraz bardziej nachmurzony nie rozumiejąc ani trochę. Nagle przyszło olśnienie, a jego twarz rozpromieniła się niczym słońce.

- To ja idę po popcorn, a ty zarezerwuj w Norze jakiś cichy kącik – powiedział do Ginny z uśmiechem tak radosnym, jakby właśnie odbywało się gwiazdkowe otwieranie prezentów. – Moje gratulacje!

- Musimy to oblać. Znaczy, ty nie możesz, ale my musimy – Ginny już wyczarowywała w powietrzu kieliszki i bardzo zakurzoną butelkę szampana z ich domowej piwniczki. Angelina kiwnęła głową, że rozumie.

- Chłopiec czy dziewczynka? – Harry zapytał znienacka.

- Jeszcze nie wiemy.

- Szkoda. Ciekawe, będę wujkiem czy ciocią – pozostała trójka wybuchnęła śmiechem.

- Nie wiem czym będziesz, ale i tak będę cię kochać – Ginny cmoknęła go w policzek – a co do was, to nawet nie liczcie na to, że odciągniemy od was uwagę. To będzie wasz wielki dzień, ale fakt faktem, mama robi się dziwnie rozkojarzona i zgrzyta zębami na widok Harrego, więc możemy wpaść.

- Dzięki siostrzyczko. Jesteś najlepsza.

- A żebyś wiedział, że jestem – odpowiedziała z dumą, pociągając łyk szampana. – Uh, stanowczo nie mój trunek – wzdrygnęła się malowniczo.

Nie mogąc liczyć na pomoc wyrodnej siostry i szwagra George i Angelina zaczęli powiedzenie o wszystkim rodzicom odwlekać tak długo, jak tylko się to dało. Nie wiadomo, jak długo by to trwało, jeśli mieszkaliby z dala od rodziców, może nawet całe dziewięć miesięcy po których wyskoczyli by z okrzykiem „Niespodzianka, to wasz wnuczek”. Niestety z dala od rodziców nie mieszkali, a Angelina jakoś nie mogła się przekonać do przeprowadzki do mieszkanka nad sklepem. Było ono małe, ciasne i znajdowało się stanowczo zbyt blisko pracy. Tak więc w końcu byli zmuszeni stanąć z rodzicami twarzą w twarz, kiedy historyjka Angeliny o zatruciu zaczynała robić się mocno naciągana.

Matka Angeliny zalała się łzami słysząc tą nowinę i były to jak najbardziej łzy szczęścia. Jakże odmienna była to reakcja od tej, jakiej spodziewali się po Molly. George stał dziwnie powyginany nie śmiąc się ruszyć, gdyż był pewien, że niedźwiedzi uścisk szczęśliwego dziadka złamał mu kilka kości i przemieścił bark. Uśmiechał się tylko z ulgą, że nikt na niego nie krzyczy i nie stara się wykopać za drzwi za to, co zrobił „naszej kochanej córeczce”. Po twarzy Angeliny także widać było ulgę. Najwyraźniej i ona grając hardą umierała tak naprawdę ze strachu.

Rodzice Angeliny wyprawili tego wieczoru huczną kolację, zupełnie jakby byli na nią gotowi od wielu dni, a pan Johnson uparł się chyba żeby spić Georga, bo co chwila polewał mu mugolskich trunków od których palenie w gardle było tylko początkiem. To było nie tylko nawet przyjemne spotkanie, ale wręcz całkiem przyjemne spotkanie, które zakończyło się późnym wieczorem. George odrobinę niepewnym krokiem wychodził z domku nad morzem, kiedy gwiazdy rozświetlały nieboskłon a księżyc przebył więcej aniżeli połowę swojej wędrówki po czarnym widnokręgu, opadając coraz niżej w kierunku horyzontu. Ostatnim aktem przed rozstaniem… choć nie. Przedostatnim aktem przed rozstaniem, bo ostatnim był pocałunek, było wysłanie patronusa do Potterów z prośbą, by zjawili się u Molly następnego dnia w okolicach obiadu. Odwlekanie spotkania przestawało mieć już jakikolwiek sens, zwłaszcza, że ich rodzice pewnie zechcą się poznać wcześniej aniżeli na chrzcie.

Była niedziela. Bardzo szara i deszczowa niedziela. Taka w którą człowiekowi nie chce się absolutnie nic. Idealna niedziela na wytłumaczenie się niezapowiedzianą wizytą na rodzinnym obiedzie.

George i Angelina przeskakiwali nad błotem i kałużami z kępki trawy na kępkę, by jak najmniej ubrudzić sobie ubrania. Śmiali się przy tym patrząc jak krople wody spływają po skutecznych zaklęciach bąblogłowy, jakie wyczarowali sobie dla ochrony przed deszczem.

- Cześć ma.. oj – George zorientował się, że jego głos brzmi, jakby siedział w pudełku. – Cześć mamo – poprawił się, wchodząc do kuchni.

- George! – Molly zawołała cicho. – Tak dawno cię nie było. – Stała na środku kuchni z małą Victorie na rękach.

- Wpadłem na niedzielny obiad, bo, ugh – prawie się przewrócił popchnięty do przodu przez przeskakującą próg Angelinę. – Bo ubrania wiszą już na mnie, jak na kołku – dokończył. – Zabrałem ze sobą Ang, jeśli nie masz nic przeciw.

- Dzień dobry – Angelina kiwnęła z niepewnym uśmiechem.

- Ależ skąd, skąd – Molly zagruchała, patrząc na wnuczkę. – Jakże babcia mogłaby mieć coś przeciw, prawda Viki? Prawda? – Podskakiwała śmiesznie z małą, której rodzice siedzieli za stołem, trzymając się za dłonie.

- Najwyraźniej nie my jedni postanowiliśmy zrobić ci dzisiaj niespodziankę – Bill powiedział wesoło, jednocześnie puszczając oko do Georga i Angeliny. Jego żonie zadrgały kąciki ust, ale nawet na sekundę nie spuściła oka ze swojej córki.

- No dobrze, skoro zrobiło się was tak dużo, pora chyba nakryć do stołu – Molly z niechęcią przekazała małą wprost w oczekujące na nią matczyne ramiona.

- Może chcesz ją potrzymać Żorż? – Fleur zapytała figlarnie, jak na dłoni było jednak widać, że nie zmierza się rozstawać z małą na więcej aniżeli to niezbędne.

- Dziękuję. Może innym razem – Jednouchy rudzielec odpowiedział jej z kamienną twarzą.

- Fajnie, że wpadliście. Przy was zawsze jest wesoło. Dobrze jest się tak pośmiać przy niedzielnym stole. Prawda mamo? – Bill zawołał w stronę kręcącej się przy garnkach Molly.

- Tak. Nie ma to jak rodzina. Jeszcze żeby tylko Percy z Audrey i Ginny się zjechali…

- z Harrym? – Bill podchwycił szybko. Metalowa chochla z potwornym zgrzytem pojechała po dnie gara.

- Tak. Jak najbardziej z Harrym – powiedziała niechętnie.

- Och rozrasta nam się ta rodzina. Tylko patrzeć kolejnych dzieci.

- Ginny jest za młoda! – Matka zaoponowała gwałtownie.

- Myślałem akurat o Percym. On już jest całkiem stary – Samozadowolenie Billa zaczynało denerwować Georga. – Przyznaj. Chciałabyś więcej wnuków?

- Jeszcze dobrze pamiętam, jak byłeś niewiele większy od Victorie i zasuwałeś po tej podłodze na czworaka. Ani cię było dogonić – Molly odpowiedziała z rozrzewnieniem, stawiając mu talerz. – Ale takich dwóch! – Oskarżycielsko wskazała ręką na Georga.

- No co!

- Daliście w kość bardziej niż cała reszta razem wzięta.

- Do usług mamo – George wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Cieszył się, że matka potrafi wreszcie mówić o nim i Fredzie, a właściwie o Fredzie, nie zalewając się przy tym łzami. – Powiedz Harremu – George syknął, pochylając się w stronę Billa, kiedy Molly zajęta była przy kuchni – że jak go spotkam, to zasunę mu takiego kopa w dupę, że mój but zostanie tam na zawsze. To on was nasłał?

- Uznał, że przy nas mama bardziej zmięknie – Bill potrząsnął przyjacielsko ramieniem brata. – ale Harremu oczywiście przekażę.

- Co przekażesz Harremu? – Molly spytała, nagle.

- Że George przesłał mu galeony na konto, jak zawsze – Bill zełgał po mistrzowsku.

- Nadal mu płacisz?

- Drobny procent od utargu.

- Po tylu latach mógłby ci już odpuścić.

- Właśnie dlatego proszę Billa by mu to powiedział. Harry zawsze mi robi awanturę, że nie chce tej kasy.

- Ten nasz Harry… Żyje skromnie, zarabia przeciętnie, wydaje jak bogacz, ale serce ma złote, jak galeony.

- Arry nie zna co to umiar, jak chodzi o przyjaciół albo Ginny – Fleur wtrąciła, przeczesując włosy córeczki. – On wyda majątek, jak będzie ojcem. Wystarczy patrzeć ile wydaje na Teddy’ego.

- Tak. Młody będzie najbardziej rozpieszczonym dzieckiem w Wielkiej Brytanii, jak nie przystopuje. Na ostatnie urodziny Teda zamówił u nas fajerwerki za tysiąc galeonów i to po cenie produkcji. Poprzednie takie zamówienie to był koncert Fatalnych Jędz na stadionie Armat.

- Harry po prostu chce dać Teddy’emu takie dzieciństwo, jakiego sam nie miał – Molly powiedziała łagodnie.

- To teraz pomyślcie, co będzie robił dla własnego dziecka – Bill pokręcił głową, pochylony nad miską zupy.

- Ginny go przypilnuje. Arry zawsze jej słucha.

- Pantofel – George zachichotał i od razu pożałował. Fleur wycelowała kopniakiem prosto w piszczel. Teraz to Angelina chichotała widząc łzy w oczach jednouchego.

- Zapominacie ile Ginny teraz zarabia. Jako gwiazda ma w obowiązku wydawać dużo. Niech pani nie fuka, pani Weasley – Angelina kontynuowała, niezrażona reakcją Molly. – Byłam dokładnie w tym samym miejscu, gdzie Ginny. Wręcz moim obowiązkiem było wydawać dużo i dobrze wyglądać, gdybym zaszła wtedy w ciążę to chcąc nie chcąc kupowałabym dziecku najdroższe rzeczy, a Ginny wchodzi na poziom, którego ja nigdy nie osiągnęłam. Jej dziecko będzie nie mniejszą gwiazdą od niej. Moje będzie miało spokój.

- Spokój? – Bill zaśmiał się krótko. – Całe dnie spędzacie w najbardziej szalonym miejscu w kraju i mówisz o spokoju – przewrócił oczami rozpierając się na krześle. George głośno zazgrzytał zębami, a Angelina spłonęła rumieńcem, który widoczny był mimo jej ciemnej karnacji.

- Billy, nie myślisz chyba, że Angelina będzie pracowała u Georga, kiedy zdecyduje się na tak ważny krok. Kobiety planują takie sprawy bardzo dokładnie. Prawda? – Molly przejechała wzrokiem od swojej synowej do Angeliny i z powrotem. George poczuł jak strużka potu spływa mu po skroni.

- No cóż, właściwie to prawda, pani Weasley – Angelina zaczęła niepewnie.

- Dziękuję ci moja droga.

- Ale takie rzeczy nie zawsze się planuje – dodała niemal szeptem.

George w tym momencie zaczął rozważać, czy nie rzucić na siebie jakiegoś zaklęcia, które pozwoli mu się zapaść pod ziemię. Zsunął się na zajmowanym krześle już tak nisko, że niemal znajdował się pod stołem, a i tak czuł się zbyt na widoku. Molly zamarła wpatrując się w dziewczynę.

- Spodziewasz się dziecka, moja droga? – Spytała wreszcie niepewnie. Angelina pokiwała tylko głową. – Kto jest szczęśliwym ojcem? – Spytała biorąc dziewczynę w objęcia. W tym momencie Bill podciął nogi i tak siedzącemu na skraju krzesła Georgowi, sprawiając, ze brat w akompaniamencie potężnego rumoru zwalił się na podłogę. Angelina odwróciła się do rudzielca patrząc nań z dezaprobatą, podczas gdy Bill zanosił się śmiechem, trzymając pod żebra.

- George? – Molly spytała zdziwiona. Ciężko było powiedzieć, czy chodzi jej o jego nagłe zachowanie, czy podejrzenie ojcostwa.

- Tak mamo? – Bąknął.

- Czy chciałbyś mi coś powiedzieć?

- Że cię kocham, mamo?

- Nie słódź mi tu! – Naburmuszyła się. – Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć, że zostanę babcią?!

- Dzisiaj?

- Pani Weasley…

- Mów mi Molly, Angelino, a ty zbieraj się szybciej z tej podłogi.

- Pożałujesz – George syknął bratu, siadając na powrót przy stole.

- Będę babcią. A to ci dopiero. Znowu będę babcią – Molly była cała w skowronkach. – Zamierzacie zamieszkać razem, czy będziesz mieszkała u rodziców? George jest teraz chyba najbogatszy w rodzinie więc może sprawić jakieś lokum dla was i dziecka, a my chętnie pomożemy. Musisz go tylko dobrze utemperować, bo póki co jest on ostatnim z Weasleyów, które nadaje się do posiadania dziecka.

- Nawet Ginny bardziej się nadaje? – Bill spytał zdziwiony.

- Ginny musi najpierw wziąć ślub.

- Formalnie rzecz biorąc wzięła.

- Prawdziwy ślub!

- Tylko patrzeć, jak mamau zacznie planować ślub dla was. Ja chętnie was uratuję – zaśpiewała Fleur.

- Ale jaki ślub? – Zdziwiła się Molly. – Nie żyjemy w średniowieczu. Ludzie nie muszą się żenić z powodu dziecka!

- Przypomnij mi kochanie, żebym powtórzył to mojej siostrze – Bill pocałował żonę w policzek.

- Ani mi się waż! Więc, planowaliście już mieszkanie? Rozmawialiście o imieniu? Chyba nie każesz jej nadal pracować u siebie w sklepie? Tam jest tak niebezpiecznie.

- Jeszcze nikt tam nie zginął – George spróbował zażartować.

- Och jaka jestem szczęśliwa! – Gdyby Molly miała skrzydła, fruwałaby pod sufitem.

Oczywiście młodzi Potterowie otrzymali relację z tego spotkania już następnego dnia. Pomysł Harrego, by wysłać do Molly Billa i Fleur był w swej prostocie genialny i młody auror cieszył się, że tak mu się udał. Ginny skupiła się bardziej na tym, że Angelina i George nie muszą brać ślubu – nie żeby im brać ślub kazała – skomentowała to jak zawsze kiedy chodziło o pomysły i poglądy matki „Podwójne standardy”. Zapowiadała się prawdziwa historia z Happy Endem.

 
 

  • RSS