RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2015

Kłopoty? Znajdują mnie same.

27 gru

Muszę iść do biura – Harry mruknął chwytając leżące na podłodze spodnie.

- Wcale nie musisz – Ginny mruknęła zdegustowana. – Nawet cię nie wzywają.

- Ale zaraz wezwą.

- Skąd wiesz, że w ogóle będą cię tam potrzebować.

- Ginny. Widziałaś co się stało w mieście, jeśli kiedykolwiek aurorzy byliby niezbędni, to właśnie teraz.

- To może wcale nie dotyczyć naszego świata. Zostań – przylgnęła do niego ciepłym ciałem.

- Nie mogę. Wrócę nim się obejrzysz.

- Już się obejrzałam, a ty nawet nie zdążyłeś wyjść – uśmiechnęła się szelmowsko.

- Lecę – pocałował ją w biegu. Zdegustowana czarownica opadłą na fotel.

Nie chcąc tracić czasu Harry aportował się wprost do sali aportacyjnej Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Był to strzał w dziesiątkę. W atrium ministerstwa panował taki chaos, że średni czas oczekiwania na windę, nawet dla osób tak priorytetowych jak autorzy wynosił piętnaście minut. Przekonali się o tym na własnej skórze aurorzy, którzy nie pomyśleli o sali aportacyjnej, albo nie mieli uprawnień do korzystania z niej. W kwaterze głównej biura aurorów panował rozgardiasz. Wszyscy się przekrzykiwali, potrącali, wchodzili sobie w drogę i potykali o biurka.

- Ramirez? – rzucił wchodząc między biurka zespołu.

- Nie mam pojęcia. Jedni mówią, że to jakiś zmasowany atak inni, że wyleciało w powietrze pół pokątnej. Podobno ktoś szturmuje szkołę.

- Figę, a nie szturmuje. Już bym o tym wiedział.

- Mówiłam ci! – Ziva odpowiedziała zwycięsko. – W Hogsmeade też pewnie spokój.

- Gdzie Urquhart?

- U Ministra. Razem z szefem Patrolu i szefem departamentu.

- Są jakieś rozkazy.

- Żadnych.

- To co oni wszyscy wyrabiają? – Kiwną brodą w kierunku biegających aurorów. Dziewczyny tylko wzruszyły ramionami.

- Szlag – Harry wskoczył na swoje biurko. – Cisza, Cisza! CISZA! – kiedy ostry gwizd również nie przyniósł efektu, puścił zaklęcie hukowe, aż wszystkim zadzwoniło w uszach, a połowa aurorów przypadła do ziemi. – Cisza! Ostatni raz takie zachowanie widziałem u pierwszoroczniaków, gdy do szkoły dostał się troll górski! Wstyd, panowie i panie. Jesteście Aurorami, nie pierwszakami w Hogwarcie. Uporządkujcie ten burdel i w ciszy wracajcie do swoich zajęć. Za chwilę możemy wszyscy zostać wezwani na akcję i macie być wszyscy gotowi i skupieni tak, by każdy z nas wrócił wieczorem do swojego domu. Do swoich rodzin! No co tak stoicie? Jak ktoś nie ma nic do roboty, to na salę, trenować. Chętnie pomogę – porozrzucane po biurze papiery w sekundzie znalazły się znów na swoich miejscach, a aurorzy zniknęli przy biurkach.

- To takie odprężające, kiedy krzyczy na kogoś innego – Marietta powiedziała z rozrzewnieniem, ale umilkła pod ostrym spojrzeniem szefa.

- To co robimy?

- Tak jak powiedziałem. Siedzimy, albo idziemy na salę trenować.

- Na pewno nie siedzicie – Urquhart wskoczył na biurko Zivy w akompaniamencie oburzonego „Hej!” – Aurorzy!oburzonego – Wszyscy wstali jak na komendę. – Dzisiaj, o godzinie piętnastej doszło do ataku na Bank Gringotta – na sali zapanowała martwa cisza. – Budynek jest całkowicie zniszczony. Gobliny nie dopuszczają nikogo w pobliże, nie wiemy ile osób było wewnątrz, czy byli tam czarodzieje, ale z całą pewnością są ofiary. Minister prowadzi rozmowy z władzami banku, by dopuścili czarodziei do akcji ratunkowej. Znacznie uszkodzona jest ulica Pokątna. Szpital Świętego Munga informuje, że zgłasza się do nich coraz więcej czarodziejów z różnego rodzaju obrażeniami. Głównie uszkodzenia słuchu w wyniku eksplozji. Członkowie Patrolu już są na ulicach i pilnują porządku.

- Wkraczamy do akcji? – Zapytał ktoś z sali.

- Nie. Nie mamy uprawnień do pilnowania porządku, a wypadek dotyczy budynku prywatnego.

- Kto ich zaatakował.

- Nie mamy jak na razie dowodów na udział organizacji przestępczej. Nikt się też do tego nie przyznał.

- Więc co robimy?

- Czekamy, pozostajemy w gotowości i jeśli minister nas wezwie, to ruszymy do akcji. Jakakolwiek by ona nie była. Harry, dziewczyny, chodźcie ze mną – dokończył, zeskoczywszy z biurka.

- Głębokie bagno? – Harry zapytał wprost, gdy zamknęły się za nimi drzwi.

- Nie wystają nam nawet uszy. To, co zrobiliście w banku wtedy, ze smokiem, to pikuś. Kilku specjalistów z Departamentu Tajemnic pobieżnie rzuciło na to okiem. Mówią, że eksplozja, czymkolwiek była, miała miejsce pod ziemią. Budynek nie wybuchł, jak trafiony bombardą, dla przykładu. On się zapadł w dziurę, jaka powstała po wybuchu.

- Ikh baren. Nie ważne, kontynuuj – Ziva zreflektowała się, gdy wszystkie oczy zwróciły się na nią.

- Nie mam pojęcia ile osób zginęło, ale wątpię, by ktoś przeżył ten wybuch.

- Była piętnasta, w niedzielę o tej porze jest młyn na Pokątnej – Marietta zauważyła przytomnie.

- Ludzie zaczynają szturmować gruzy, ale Gobliny postawiły tam kordon ochrony złożony z trolli. Może zrobić się kiepsko, jeśli się wkurzą. Członkowie patrolu pilnują też porządku na ulicy. Część sklepów zamknęło się w obawie przed szabrowaniem.

- Mówiłeś, że Kingsley negocjuje z władzami banku dostęp do gruzowiska.

- Tak, jak tylko mu się uda twój zespół wchodzi do akcji. Zaczynamy śledztwo i wprowadzamy ratowników do odgruzowywania.

- Poważnie nie ma tropów, nikt się nie przyznał?

- Jest lepiej. Przyszło kilka listów, w których przestępcy się tego wypierają. Nie wygląda to za ciekawie.

- Mogło być gorzej.

- Niby jak? – Urquhart spojrzał zszokowany na Mariettę.

- W piątek wszyscy pracownicy ministerstwa dostali pensje z premią świąteczną. Jak znam życie, to już je wypłacili, ale jeszcze nie wydali. Sklepy też mają pełne kasy przed świętami, więc Galleonów nie powinno nam zbytnio zabraknąć.

- Coś w tym jest – zgodził się ich szef. – Tak czy siak, póki co siedzimy na tyłkach i lepiej powiadomcie rodziny, że nie wrócicie na noc do domów.

- Całe biuro?

- Tylko wasza czwórka.

- To się Ginny ucieszy – Harry warknął niezadowolony.

Kolejne godziny przywodziły na myśl słowa piosenki „Kiedy sytuacja coraz gorsza robi się ze złej…”. Na ulicy pokątnej i w Hogsmeade dochodziło do szturmów na sklepy. Czarodzieje próbowali siłą i za pomocą zaklęć dostać się do zgliszcz banku by wydostać swoje oszczędności, lub, jak w przypadku Mundungusa, zwyczajnie szabrować. Ostatecznie, o godzinie 19.00 Minister zwołał konferencję prasową w atrium, a udział w niej wziąć mogli wszyscy mieszkańcy magicznego świata. Stawił się prawdziwy tłum, a o zapewnienie porządku poproszenie zostali aurorzy. Harry stał na podwyższeniu, trzy kroki za Kingsleyem, słuchając, jak wygłasza oświadczenie.

Minister swoim dekretem wprowadzał stan wyjątkowy, co dawało aurorom prawo do wyjścia na ulice, co część z nich już uczyniła. Ogłosił również wprowadzenie na ulicy Pokątnej i w Hogsmeade godziny policyjnej. Poprosił wszystkich mieszkańców o zachowanie spokoju, a media o nie sianie paniki nonsensownymi wiadomościami, jak wojna z Egiptem. Aurorzy otrzymali wreszcie pozwolenie na rozpoczęcie śledztwa w gruzowisku, a ekipy ratunkowe do przeczesywania go w poszukiwaniu ocalałych. Wstępne dane mówiły o śmierci co najmniej dziesięciu czarodziejów i około setki goblinów. Nie to jednak wywołało największą burzę. Okrzyki oburzenia podniosły się, kiedy Kingsley ogłosił zamrożenie cen produktów na poziomie z dnia wczorajszego, oraz zwrot różnicy, jaką nadpłacili dzisiejsi klienci po natychmiastowym skoku cen. Zebrani sprzedawcy zaczęli wykrzykiwać w stronę Kinga malownicze obelgi, a kilku próbowało rzucić się na niego z gołymi rękoma, jako że przy wejściu odebrano im różdżki. Harry w końcu nie zdzierżył.

- Ale o co ten krzyk! Panie Gentlewood – zwrócił się do otyłego mężczyzny, który próbował przedrzeć się przez kordon aurorów. – Pan prowadzi sklep z przyprawami, prawda? – Mężczyzna zamrugał nerwowo. – Czy od wczoraj wzrosły koszty importu soli? A może cały cukier na świecie zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach dzisiejszego ranka?

Pan Gentlewood zdawał się kurczyć w sobie i jakby znikać wyraźnie speszony znajomością Harrego.

- Niemal codziennie odwiedzam pana robiąc drobne zakupy, robią to też moje koleżanki z biura. Jeśli boi się pan odpływu klientów, proszę się nie obawiać, powiemy wszystkim aurorom, by robili zakupy właśnie u pana. Codziennie będzie miał pan klientów. Mogę nawet poprosić o to kolegów z Patroli Przestrzegania Prawa. W całym departamencie przestrzegania prawa pracuje ponad trzysta osób. Będzie miał pan klientów aż nadto.

Mężczyzna miał ochotę zapaść się pod ziemię, a jego cera była trupio blada.

- A pan, panie Fliss. Coś nie tak z piekarnią? Młynarz się rozwodzi i podniósł panu cenę mąki, by mieć na alimenty, a może kury zastrajkowały i żądają dwa galleony za jajko? Z kurami nie ma żartów. One nie podporządkują się ministerstwu. Oj, nie nie.

Purpurowy na twarzy piekarz zaczął się wycofywać, potykając o stojące za nim osoby.

- Powinniście się obaj panowie wstydzić. Sprzedajecie produkty najbardziej potrzebne i chcecie się wzbogacić na nieszczęściu innych, ale jesteście przy tym na tyle głupi, że nie rozumiecie podstawowej rzeczy. Jak sami podniesiecie ceny to zrobią to i inni i nic nie będziecie z tego mieli. W trudnych chwilach najważniejsza jest współpraca. Porozumienie. Wzajemny szacunek i dobra wola, a nie własna kiesa! Ja zostałem z pięcioma galleonami w kieszeni. Reszta moich pieniędzy leży pod gruzami i za te pięć galleonów muszę zorganizować święta, a panowie ile macie galleonów? – Mężczyźni w milczeniu zniknęli w tłumie wśród szeptów i wytykań palcami.

- Nie myślałeś o karierze polityka? – Kingsley zapytał Harrego, gdy wraz z innymi obecnymi na konferencji szli korytarzami departamentu przestrzegania prawa.

- Ugryź mnie – Harry warknął półgębkiem.

- Ale nadawałbyś się do tego. Masz podejście, posłuch i temperament.

- Wiem, że zbliżają się wybory, a ty nie masz ochoty startować, ale mnie na pewno w to nie wrobisz. Nie zamierzam rządzić i kropka.

- To bardzo dziwne, ale tak już jest, że ci, którzy najbardziej się nadają do sprawowania władzy, nigdy jej nie pragną. Ci, którym tak jak tobie narzuca się przewodnictwo, a oni godzą się na to, bo muszą, i ku swojemu zdumieniu stwierdzają, że bardzo dobrze im to wychodzi.

- Nie cytuj mi tu Albusa, King.

- Ależ ja cytuję ciebie, nie Albusa. Powiedziałeś mi to w dniu, w którym przekonałeś do kandydowania.

- I mam tą satysfakcję, że poparłem odpowiedniego człowieka – Harry klepnął w plecy czarnoskórego mężczyznę na chwilę przed tym, gdy wraz z członkami swojego zespołu zniknął w akompaniamencie trzasku w sali aportacyjnej.

Pomimo panującej w magicznym Londynie godziny policyjnej na ulicy Pokątnej było pełno ludzi. W zamkniętych sklepach koczowali ich właściciele chroniąc swoje towary przed potencjalnymi szabrownikami. Właściciele punktów gastronomicznych liczyli zyski z ciekawskich czarodziei, którzy uznali, że mogą sobie pozwolić na wydanie kilku Galleonów na ciastko i kawę, by podziwiać przedstawienie dziejące się w zgliszczach, a mimo ciemności było co podziwiać.

- Harry Potter, Biuro Aurorów. – Harry machnął legitymacją przed oczami trolla. Ten się zmarszczył, nachmurzył, burknął groźnie kilka razy, ale widząc, że nie robi to na młodym czarodzieju najmniejszego wrażenia sapnął i ustąpił, przepuszczając go do rumowiska na którym pracował już mały zespół czarodziei z ministerstwa obserwowanych z nadzieją, prze pracowników Św. Munga.

- Tak, wiem – Postawny czarodziej po sześćdziesiątce odezwał się, uprzedzając mającego się przedstawić Harrego.

- Jak postępy?

- A jak mają być. Zanim się dokopiemy do dna, minie kilka miesięcy. Czujne oko gapiów też nie pomaga, dwa razy omsknął się nam ten czy inny gzyms, to narobili rabanu że szok. Próbowali też szturmować blokadę i się tutaj dostać.

- Kto tam pracuje?

- Odgruzowują to pracownicy służb porządkowych ministerstwa.

- Sprzątacze do gruzów – mruknęła Ramirez.

- A nadzorują ich chłopcy z departamentu tajemni…

W tej właśnie chwili jeden z porządkujących gruzowisko czarodziejów krzyknął przeraźliwie i zniknął pod ziemią. Harry puścił się pędem w tamtą stronę.

- Nic mi nie jest, nic mi nie jest – dochodziło cicho spod ziemi. Złamałem nogę, ale nic mi nie jest, już się deportuję – i po chwili siedział na gruzie między nimi, a magomedycy rzucali czar spajający kości.

- Pan już dzisiaj nie pracuje – Harry powiedział spokojnie.

- To nic, po prostu jest ciemno i się potknąłem.

- Jutro rano pan wróci. Jeszcze tutaj będziemy. ILUMINATI! – Harry wyskandował celując różdżką w niebo. Wysoko nad gruzowiskiem rozlała się po niebie niczym mleko błyszcząca srebrzyście poświata. Na zgliszczach banku zrobiło się jaśniej niż w słoneczny dzień. – Teraz możecie pracować.

- Wiesz, że jako auror nie powinieneś stosować zaklęć nie zaaprobowanych przez ministerstwo, szczególnie w obecności niewymownych?

- Och na litość boską…

- No co? – ale Harry nie mówił do niej.

- DEKRETEM MINISTRA MAGII NA ULICY POKĄTNEJ, NOKTURNIE, ORAZ HOGSMEADE WPROWADZONA ZOSTAŁA GODZINA POLICYJNA. WSZYSCY CZARODZIEJE, KTÓRZY NATYCHMIAST NIE OPUSZCZĄ ULICY ZOSTANĄ ARESZTOWANI. AURORZY, PATROL – wykonał dłonią nieokreślony gest, który skłonił stróżów prawa, do rozpoczęcia przeganiania tłumu.

Prace na gruzowisku trwały powoli. Usuwane kamienia deportowane były na łąkę, gdzie przed laty stał stadion pamiętnych finałów Quidditcha. Co jakiś czas czarodzieje się zatrzymywali i nasłuchiwali, ale z dołu nie dochodziły ich żadne nawoływania, okrzyki, czy choćby najcichsze jęki. Trudno było w takiej chwili nie porzucić nadziei. Harry Potter nauczył się przez lata wielu rzeczy, ale najważniejszą nauką, która teraz miała być dla niego świętością było, że nadzieja nigdy nie umiera i w najciemniejszej godzinie zawsze można spodziewać się iskierki szczęścia.

- Harry! Musisz to zobaczyć!

 

Nowy wpis po weekendzie.

18 gru

Hej.

Nowy rozdział będzie po weekendzie. Nie zdążyłem skończyć, a jutro głowę zaprzątać będą mi bardziej miecze świetlne nisz magiczne różdżki.

Pozdrawiam ciepło.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Zwyczajny dzień Harrego.

13 gru

Harry siedział na drewnianym stołku w kuchni domu przy Grimmauld Place przyciskając pokaźnych rozmiarów stek do policzka. Ginny krzątała się wokół, ale minę miała niepewną.

- Dobrze się czujesz, skarbie? – spytała nie patrząc mu w oczy. Usta zaciskała tak, że tworzyły jej się zmarszczki mimiczne wokół nich.

- Bawi cię to? – Warknął zza kotleta.

- Skąd! Martwię się o ciebie.

- Tak, masz tak strasznie strapioną minę, że zaraz eksplodujesz od tego, tłumionego śmiechu.

- No bo wyglądasz jak idiota – Ginny w końcu nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Siedzisz w mundurze Aurora z kotletem na twarzy i na kuchennym stołku. Pójdź rzesz do magomedyka.

- To był ognisty pocałunek! Żaden eliksir nie pomoże.

- Kotlet też.

- Przynajmniej chłodzi.

- Jak w ogóle mogłeś do tego dopuścić, „Aurorze”?

- Zawsze była dla mnie za szybka.

- To było jej nie podpuszczać.

- Łatwo ci powiedzieć.

Tego poranka Harry znowu był w Hogwarcie, by poprowadzić z uczniami kolejne spotkanie klubu pojedynków.

Po śniadaniu stoły zostały usunięte, a na środku pojawił się zwyczajowy już podest, na którym prezentowane miały być pojedynki. Tego dnia Marietta i Ziva postanowiły, że należy im się od czasu do czasu wolny weekend i pozostawiły Harrego z perspektywą samodzielnego prowadzenia zajęć. Na szczęście zawsze można liczyć na przyjaciół i tak oto pomocną dłoń wyciągnęli do niego Neville i Hermiona. Wyciągnął ją również Ron, ale pomimo jego niewątpliwych sukcesów jako auror przyjaciele powiedzieli mu chórem „bądź poważny”. Tak więc poważny Ron spędzał dzień w sklepie z niepoważnymi gadżetami, do którego wrócił w ostatnich dniach, porzuciwszy definitywnie pracę dla ministerstwa, a pozostałą trójka poprawiała ułożenie dłoni i wymawianie zaklęć.

Wszystko toczyło się jak po maśle do chwili, gdy Harry postanowił nauczyć młodych adeptów kilku nowych czarów. Wydawało się, że nie ma nic prostszego niż nauczyć nowego czaru, a przynajmniej jak dotąd nie było nic prostszego. Stawało się przed uczniami. Machało różdżką wypowiadając formułkę. Powtarzało się ten manewr kilka razy, a potem sprawdzało czy uczniowie są zdolnymi papużkami. Tym razem Harry popełnił jednak błąd nie przewidując Hermiony.

Hermiona nie była by sobą, gdyby przy tej okazji nie zrobiła uczniom wykładu na temat historii zaklęcia, teorii jego stosowania i wszystkich obostrzeń, jakie obowiązują ich przy stosowaniu i niestosowaniu zaklęcia. Uczniowie zaczynali powoli wyglądać jak na zajęciach profesora Binnsa, więc Harry niewiele myśląc – i to jest kluczem do całej historii – użył za jej plecami zaklęcia Jęzlep. Hermiona zacharczała, zakrztusiła się, a cała sala wybuchła śmiechem. Błędem Harrego było, że zamiast od razu postawić zaklęcie tarczy zaczął się śmiać z innymi. Hermiona, która dzierżyła w dłoni różdżkę, jako pomoc naukową przy tłumaczeniu teorii (jakikolwiek miałoby to mieć sens, skoro nie czarowała), w sekundzie stała przodem do niego puszczając zaklęcie niewerbalne. Widząc szkarłatny grot Harry zdążył jedynie zrobić niezgrabny unik, ale jego policzek i tak rozdarł piekący ból. W pierwszej chwili na sali wybuchła wrzawa i gwizdy zachwytu. Ale była to tylko chwila. Nim świetlisty grot rozpłynął się w powietrzu uderzając o ścianę za Harrym drugi już mknął w jej kierunku. To co w ciągu kolejnych kilkunastu minut oglądali uczniowie było jednym z najbardziej zajadłych pojedynków, by nie powiedzieć starć, jakie widział Hogwart.

Prawdopodobnie tylko przytomny umysł Nevilla, który przeczuwając co się wydarzy zdążył postawić tarczę pomiędzy walczącymi a uczniami uchronił szkołę od „strat w ludziach”, jeśli można to tak nazwać. Harry jeszcze nigdy nie pojedynkował się na serio z Hermioną i nie pamiętał, by którąkolwiek z ich poprzednich potyczek wygrał, teraz jednak dał upust wszystkim swoim frustracjom i momentom historii, w których miał ochotę zdzielić ją jakimś zaklęciem, ale się powstrzymywał,. Rudowłosa przyjaciółka nie pozostawała mu dłużna. Eksplozje w dziesiątkach kolorów i setkach ich odcieni oślepiały, a ich dźwięki ogłuszały zebranych.

W jednej chwili wszystko ustało. Przyjaciele bynajmniej nie zaprzestali walki. Zwyczajnie trwali w bezruchu niczym zaklęci w kamień.

- Dziękujemy państwu za ten pokaz. Był niewątpliwie wielce pouczający – McGonagall wkroczyła na podwyższenie. Lekkim ruchem różdżki „odmrażając” walczących. – Pan, panie Potter powinien, jak sądzę udać się do skrzydła szpitalnego.

- To nie będzie konieczne.

- A pani, panno Granger… proszę doprowadzić się do porządku, bo wygląda pani, jak kocmołuch – McGonagall dokończyła nie zważając na opinię Harrego. – Uczniowie mogą się już rozejść. Czas dzisiejszych zajęć już upłynął!

Uczniowie ociągając się i marudząc opuścili Wielką Salę, co jakiś czas oglądają się, czy bitwa aby nie rozgorzeje na nowo. W szkole dawno nie działy się takie atrakcje, jak starcie sławnego Harrego Pottera z równie sławną Hermioną Granger. Do późnych godzin nocnych w szkolnych dormitoriach trwały dysputy o to, kto wygrałby to starcie i kto jest lepszym czarodziejem. Przytaczano wiele argumentów. Począwszy od pochodzenia, przez stopnie w szkole, to kto zabił więcej czarnoksiężników, a na kolorze włosów kończąc, wszak wszyscy wiedzą, że kasztanowy, to kolor prawdziwej wiedźmy (oczywiście kolorem tym jest rudy, ale kto by o tym pamiętał w takiej chwili), tyle że zielone oczy, też świadczyły o czarodziejstwie. Nauczyciele kilkakrotnie przychodzili uciszać swoich podopiecznych, aż ostatecznie dali sobie spokój, zwłaszcza że materia ta rozpalała i ich umysły. Nawet pracująca w zamkowej kuchni Mrużka na chwilę otrząsnęła się z wiecznej rozpaczy, by wyrazić swoją opinię w tej materii mówiąc: „Harry Potter i Hermiona Granger to wielcy czarodzieje, ale mój biedny pan Crouch był najlepszy z nich i nie poradził sobie bez swojej biednej Mrużki.” wybuchając po tych słowach płaczem.

Harry zbyt długo był aurorem i zbyt wiele razy oberwał zaklęciem, by wiedzieć, że wizyta u Pani Pomfrey nic nie da. Przeszywający policzek ból trzeba było zwyczajnie przeczekać, dbając by był chłodny.

Tak oto właśnie Harry Potter znalazł się w domowej kuchni z kotletem przytkniętym do twarzy i rozbawioną Ginny.

- To ma swoje plusy.

- Jakie?! – Harry zawołał szczerze zadziwiony.

- Żaden z uczniów nie będzie mógł powiedzieć, że zajęcia są nudne i będziesz miał za tydzień komplet na sali.

- Za tydzień nie zabieram Hermiony, więc obędzie się bez takich numerów. Będzie cicha i spokojna lekcja z rozsądną pomocą Zivy i Ramirez.

- Poproszę Zivę, żeby się ze mną zamieniła, mam straszą ochotę przetrzepać ci skórę na oczach tylu osób.

- Ha, ha. Bo uwierzę.

- Uwierz, uwierz. Już dawno nie wzięłam cię porządnie w obroty, mój prywatny aurorze – Ginny usiadła Harremu na kolanach – Jak tak dalej pójdzie, to wyjdziesz z formy – pocałowała go delikatnie. Kotlet już dawno leżał odrzucony na podłodze, obserwowany przez Łapę i Hektora.

- To może ja przyjdę później – niezdecydowany głos oderwał ich od siebie. Ginny spojrzała ponad ramieniem ukochanego, gdzie w drzwiach stała Hermiona z wielkim bukietem kwiatów.

- Daj spokój. Wchodź – zaprosiła przyjaciółkę, raz jeszcze całując Harrego, nim zeszła z jego kolan – i nie rób min, jakbyś w życiu nie widziała obściskujących się ludzi. Wszyscy jesteśmy dorośli.

- Tak, ten…

- Poza tym, właśnie mi dokopałaś – Harry odwrócił się do niej. Pisnęła widząc napuchnięty policzek. – Te kwiaty to dla mnie?

- Ten, tak. Przepraszam cię, ja…

- Daj spokój. Będę mógł opowiadać dzieciom, że jedną bliznę zrobił mi Lord Voldemort, a drugą Hermiona Granger.

- Jakbyś postawił tarczę… Skąd miałam wiedzieć, że zamiast postawić głupią tarczę, włączy ci się instynkt aurora i zrobisz unik! Nikt normalny nie robi uników trzymając różdżkę w dłoni! – Wreszcie wybuchła, wyrzucając z siebie napięcie narosłe od poranka. – Nawet Ron postawiłby tarczę!

- Jak już skończysz, to powiedz, czy chcesz herbatkę.

- Jesteś bezmyślny i nieodpowiedzialny. Mogłam cię przez przypadek zabić i tak. Poproszę herbatkę – odetchnęła głęboko.

- Nie mogę sobie darować, że nie widziałam jak go załatwiłaś – Ginny postawiła parujący kubek, który przygotowała nie czekając na decyzję przyjaciółki.

- Nie załatwiłam go, tylko McGonagall nas spetryfikowała na chwilę.

- Jak dla mnie, każdy kto może się poszczycić tym że wyszedł z pojedynku z Harrym o własnych siłach i z różdżką, może uważać się za zwycięzcę.

- Nie wiem, czy mam podziękować za komplement, czy się obrazić.

- Podziękuj, lepiej na tym wyjdziesz – Hermiona uśmiechnęła się niepewnie.

- A skąd możesz to wiedzieć?

- Jestem kobietą. Zaufaj mi.

- Dziękuję?

- Ależ proszę skarbie. Byłaś u mojego brata? – Ginny zmieniła temat na mniej drażliwy.

- Tak, ale nie miał czasu porozmawiać, jako że skończył się nasz pokaz, to zwaliło się do niego pół szkoły. Na marginesie, kazał ci przekazać, Harry, że George jest bardzo niezadowolony z twoich zajęć bo spadły mu obroty w Hogsmeade przez to że uczniowie przychodzą tylko na pół dnia.

- I tak zarabia więcej niż połowa czarodziei w Anglii. Jak zbiednieje o kilka galeonów to nic mu się nie stanie.

- Tylko ci przekazuję.

- Nadal się dziwię, że Ron zrezygnował z bycia Aurorem. Tak dobrze mu szło. Był na fali.

- Tak, dostawał kolejne odznaczenia. Z tego co mówił miał dostać własny zespół i nagle odszedł – Hermiona poparła przyjaciółkę. – Jak go o to pytam, to mówi, że uznał, że tak powinien zrobić, albo mnie zbywa.

- Harry, masz coś do dodania – Ginny zapytała widząc, że jej druga połówka najchętniej stałaby się niewidzialna.

- Ron podjął decyzję – powiedział w końcu. – Nie ma się nad czym rozwodzić.

- Ale dlaczego podjął taką decyzję?

- Zapytaj Rona.

- Ale mówił ci coś, jesteś jego najlepszym przyjacielem i aurorem. Musisz wiedzieć, co go skłoniło.

- Tak, muszę. Tak się składa, że nawet jak czegoś nie chcę wiedzieć, to jakimś sposobem informacje i tak do mnie docierają. Jestem jakby magazynem plotek z całego ministerstwa.

- To dlatego, że omotałeś tam tyle czarownic, które się zapłaczą po naszym ślubie – Ginny puściła do niego oko.

- Może i tak – uspokoił się trochę. – Słuchajcie obie. Nie naciskajcie na Rona. Sam zdecydował, by odejść, podał ku temu bardo dobre powody. Nie cieszy mnie to, że odszedł, bo uważam że mógł jeszcze wiele zdziałać, ale zdecydował inaczej i ja go w tym wspieram, wy też powinnyście.

- Wspieram go wspieram – Hermiona przytaknęła skwapliwie.

- Taaa. Moja mama mówi, że wspierają się niemal co noc – Ginny wypaliła powodując potężny rumieniec na twarzy Hermiony.

- To, ja już pójdę – Hermiona bąknęła, jakoś nie mogąc uspokoić rumieńca i bicia serca na wspomnienie ostatniej nocy.

- Tak sobie myślę, że po takich obrażeniach, ja też potrzebuję wsparcia – Harry powiedział z rozbrajającym uśmiechem.

- Jeszcze nie ma nocy.

- Ale my nie mieszkamy z Molly.

Kiedy tylko młodzi czarodzieje opuścili kuchnię, rozpętała się w niej prawdziwa wojna. Łapa, a tym bardziej Hektor nie zamierzali się dzielić kotletem i wyrywali go sobie nawzajem robiąc przy tym spory rumor. Zgodnie z powiedzeniem; „gdzie dwóch się bije…” pojedynek wygrał Stworek, który magią znaną tylko skrzatom przemieścił kotlet wprost na patelnię, gdzie w kilka krótkich chwil upiekł go sobie na chrupko.

Młodzi czarodzieje zaszyli się tymczasem w jasnej i przestronnej bibliotece, pełnej wysiedzianych foteli, małych stolików i drabinek dzięki którym można było zdejmować książki z półek. Uwielbiali to miejsce nie tylko ze względu na potężny zasób księgozbioru, a może przede wszystkim nie z tego powodu, gdyż na czytanie zawsze jakoś brakło im czasu. Biblioteka dawała o wiele więcej możliwości, którym właśnie się oddawali, skupiając tylko i wyłącznie na sobie.

Zabawa trwała już dobre dwa kwadranse i nieuchronnie zbliżała się ku końcowi, który odczuwali oboje. Ostatnie głębokie spojrzenia, trochę nazbyt agresywne szarpnięcia za włosy i świat nagle eksplodował.

Oboje spodziewali się tej eksplozji. Nie mogli się jej wręcz doczekać, ale żadne z nich nie spodziewało się, że prócz ich ciał wybuchnął – i to całkiem dosłownie – wszystkie okna w domu, a uszy wypełni im nieprzyjemne dzwonienie.

Nie zważając na nie do końca kompletny strój oboje podbiegli do wiejących pustką framug. W całym Londynie, jak okiem sięgnąć, nie pozostała nienaruszona żadna szklana powierzchnia…

 
 

Kolejny rozdział..

11 gru

Kolejny rozdział pojawi się na blogu w Niedzielę po godzinie 18. Jego tytuł to: „Kłopoty? Znajdują mnie same.”

Mam nadzieję, że wam się spodoba, bo mi się go naprawdę dobrze pisze. Odnalazłem przyjemność pisania Harrego Pottera na nowo :)

Do zobaczenia.

 

Preludnium…

05 gru

Eksplozja wstrząsa Londynem

Potężne zniszczenia na ulicy Pokątnej

Bank Gringotta w ruinie.

Są zabici. Ilu?

Zarząd banku odmawia komentarza.

Oddziały trolli bronią zgliszcz przed tłumem.

Czarodzieje pozbawieni środków do życia.

Ludzie szturmują sklepy.

Ministerstwo wprowadza stan nadzwyczajny

Patrole Przestrzegania Prawa na ulicach.

Godzina policyjna w Londynie i Hogsmeade.

Czy grozi nam wojna z Egiptem?

Kto to zrobił?

Kolejni przestępcy zaprzeczają udziału.

Czy to koniec?

Aurorzy wkraczają do akcji!

Harry Potter zupełnie inaczej zapamiętał ten dzień…

 
 

  • RSS