RSS
 

Archiwum - Październik, 2015

Miotły, duchy i takie tam inne

31 paź

- Wujek, a gdzie jest ciocia?

- Ciocia jest tam na dole.

- A czemu ciocia nie lata? Ja chcę żeby latała i robiła ziuuuu – przy tych słowach Teddy wykręcił ciasną pętlę trzymanym w dłoniach małym modelem Błyskawicy.

- Mówiłem ci, smyku. Ciocia musi z koleżankami uzgodnić co będą dzisiaj trenować. Dawno ze sobą nie latały i muszą się sporo nauczyć.

- Ciocia nie musi się uczyć. Ciocia jest najlepszą miotłą na świecie!

- Tak, tu się z tobą zgodzę – Harry parsknął śmiechem. – Ciocia jest najlepszą miotłą na świecie.

- A wiesz co, wujek?

- Co?

- Jak będę duży to też będę latał dla Harpii.

- Nie, Teddy, nie będziesz.

- Będę! – włosy chłopczyka zrobiły się wściekle czerwone a twarz dziwnie wyciągać w dziób.

- Dobrze, już dobrze. Będziesz latał dla Harpii – Harry pogładził chrześniaka po głowie.

- Kiedy ciocia będzie latać? CIOCIA LATAJ! – Teddy krzyknął swym dziecięcym głosikiem, wychylając się z trybun.

 

Ginny odwróciła się i pomachała swoim, siedzącym po przeciwnej stronie stadionu, mężczyznom.

- Weasley, skup się na mnie – warknęła Gwenog Jones.

- Już się skupiam.

- Syn twój może? – stojąca obok, o głowę wyższa blondynka zapytała gardłowo.

- Tak, mój syn mówi do mnie ciocia – Ginny skrzywiła się z dezaprobatą.

- Przepraszam, ja nie wszystko jeszcze rozumiem po angielsku.

- Gruber i Weasley! – Jones krzyknęła, aż im w uszach zadzwoniło. – Skupcie się na tym co mówię, bo potem nie będziecie wiedziały co się dzieje – Gwenog zaczynała właśnie przeklinać w duchu, że zgodziła się wrócić na stanowisko trenerki Harpii. Próba utemperowania zawodniczek była orką na ugorze. Równie dobrze mogła uczyć pufki pigmejskie latać.

- Jak się jeszcze bardziej skupimy, to zmienimy swój stan skupienia, pani trener – Green puściła oko do Ginny.

- Tak, no więc tak. Co ja mówiłam…

- … że mamy się skupić?

- Tak. Skupcie się. Zespół jest odbudowywany od podstaw. Przez prawie rok nie grałyśmy wcale, a przynajmniej Harpie wcale nie grały. Ze starego składu mamy tylko was dwie – przejechała palcem od Green do Ginny. – Reszta dziewczyn nie zna siebie nawzajem, nie zna naszej ligii, a nawet nie do końca zna język – spojrzała na niemkę, która tylko wzruszyła ramionami.- Chodzi mi o to, że musimy wszystkiego nauczyć się od podstaw, a tylko o umiejętnościach was dwóch mam jakieś pojęcie i to na was oprę grę.

- Pani trener? – obie zawodniczki spytały jednocześnie.

- Ty Weasley będziesz ciągnęła dziewczyny do przodu, jako rozgrywająca, a ty Green będziesz organizowała je od tyłu i Weasley. Ty będziesz kapitanem.

- Pani trener? – Ginny niemal bezgłośnie poruszyła ustami. – Tak jest, Pani trener! – Dokończyła już głośno.

- Nie żebym coś… Ale dlaczego ona? – zapytała obcesowo wysoka brunetka po trzydziestce. – Praktycznie wszystkie jesteśmy bardziej doświadczone od niej. Kapitan musi mieć doświadczenie i umiejętności, jak ja.

- Ponieważ, Grant, kapitanem Harpii może być tylko Harpia, a Harpiami tutaj są Weasley i Green.

- A my to co, turystki?!

- Tak, tak też to można ująć. Harpiami to będziecie może za rok, czy dwa, jak wykażecie się wiernością dla drużyny.

- Ona przecież odeszła.

- Ale wróciła nim jeszcze zdążyłam ją poprosić i nie zapytała o pozycję w zespole ani tym bardziej pensję, a ty nie omieszkałaś się o obie handryczyć.

- A Green?!

- Mnie do tego nie mieszajcie, ja jestem za Ginny.

- Słuchajcie! – Ginny stanęła obok trener Jones. – Nie prosiłam o tą posadę i trzymać się jej na siłę nie zamierzam i jak któraś z was pokaże, że lepiej nadaje się na kapitana to ustąpię w sekundzie, ale póki ja tu dowodzę demokracji nie będzie. Każda z was ma się słuchać na boisku moich poleceń i jak wam się to nie podoba, to wyjście ze stadionu jest tam – wyciągnęła dłoń w stosownym kierunku. – Nikt nie wychodzi? Dobrze, to może weźmiemy się wreszcie do latania, co? – Gwenog Jones była pod niemałym wrażeniem krótkiej przemowy. Nie sądziła, że tak szybko przekona się o wybraniu odpowiedniej miotły dla reszty zawodniczek. Ginevra Weasley, dzięki sezonowi spędzonemu w Ameryce, z nowicjuszki zmieniła się w twardą i ostrą zawodniczkę. Pozostało sprawdzić, czy pamięta, jak się lata.

 

Już po chwili siedem złotych smug zaczęło krążyć po niebie nad stadionem w Hollyhead, gdy zawodniczki Harpii rozpoczęły przygotowania do nadchodzącego sezonu.

Harry z zapartym tchem przyglądał się widowisku. Dawno nie widział tyle skupienia i determinacji na twarzy Ginny i starał się nie stracić jej z oczu nawet na sekundę, co nie było proste, gdyż Teddy wiercił się na jego kolanach i wił, jakby chciał polecieć do cioci samym machaniem rączkami. Piszczał przy tym wniebogłosy przy każdym zagraniu, które wydawało mu się choć trochę bardziej widowiskowe. Nie trzeba było długo czekać, by ten entuzjazm udzielił się również i Harremu, który nabrał nieziemskiej ochoty, by także poderwać się w powietrze.

Przez cały trening Ginny była ostoją spokoju na boisku, czego nie można było powiedzieć o trener Jones, która przebiegła po boisku więcej kilometrów aniżeli na niebie przeleciały wszystkie zawodniczki razem wzięte. Gestykulowała przy tym i wykrzykiwała takie wiązanki, jakby przez wakacje przerobiła kurs „1001 przekleństw na każdą okazję”. Całe szczęście, że Teddy nie rozumiał z tego niemal nic ponad: „Ta pani jest smutna, wujku?”

Harry pamiętał Gwenog z czasów, kiedy była zawodniczką, potem z nieszczęśliwego wydarzenia, któro sprowadziło ją przed jego oblicze w sali przesłuchań Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i wreszcie z czasów, kiedy była trenerką Harpii. We wszystkich tych wspomnieniach Gwenog Jones miała pazur i ostry język. Wszystko wskazywało na to, że przez ostatni rok nie zmieniła się na jotę.

Kilka razy serce Harrego zamarło, a różdżka niemal wylądowała w dłoni, kiedy wredny tłuczek przeleciał milimetry od głowy Ginny. Co najgorsze, właśnie te sytuacje najbardziej podobały się małemu Teddy’emu. Ach ci mali chłopcy i ich uwielbienie adrenaliny…

Kiedy trening dobiegł końca, Ginny wylądowała obok swoich dwóch mężczyzn na trybunach. Oddychała ciężko, policzki miała zaróżowione, a włosy zupełnie potargane przez wiatr, ale uśmiechała się szeroko.

- To co, Teddy. Wujek pokazał ci, jak latają nudziarze. Chcesz się naprawdę przelecieć na miotle?

- Nie! – Harry krzyknął, ale jego głos utonął w głośnym „TAK!” Teddy’ego, który już gramolił się na miotłę Ginny. Młoda zawodniczka pokazała swojemu ukochanemu język i mocno odbiła się od drewnianego podestu. Harremu przeszło jeszcze przez myśl, by złapać witki jej miotły, ale nim się zdecydował, była już dwadzieścia stóp wyżej, mówiąc coś do ucha małemu.

To trwało tylko chwilę. Ginny delikatnie wyrównała lot i skierowała miotłę ku bliższym pętlom, lecąc po obwodzie boiska. Prędkość jej miotły rosła z każdą sekundą, wkrótce rozmazując sylwetki siedzących na niej osób w niewyraźną smugę. Początkowy śmiech i pisk radości chłopca przerodził się po chwili w krzyk przerażenia, gdy Ginny rozwinęła prędkość z jaką sam Harry nigdy nawet nie latał – tak przynajmniej był przekonany. Kiedy Ginny ponownie wylądowała na trybunach, Teddy siedział na miotle z całych sił ściskając kij rączkami, a oczka mając tak zaciśnięte, że trudno było sobie wyobrazić, że kiedykolwiek zdoła je otworzyć. Włoski zrobiły mu się zupełnie białe. Po kilku chwilach podniósł delikatnie jedną powiekę rozglądając się ostrożnie. Potem podniósł drugą, pokręcił głową, tupnął dwa razy nóżką, upewniając się, że ziemia pod nim jest prawdziwa, spojrzał na uśmiechającą się do niego Ginny, przybrał jej kolor włosów i krzyknął.

- Ja chcę jeszcze raz!!!! – Harry w rozpaczy uderzył się dłonią w twarz, brudząc i strącając sobie okulary, a Ginny wybuchnęła śmiechem.

- Następnym razem, smyku – poczochrała chłopca po rudej w tej chwili czuprynce. – Wujek miał dość wrażeń na dziś. Poza tym, obiecaliśmy babci, że nie spędzimy całego dnia na stadionie.

- Babcia jest nuuuuudnnnnnaaaa.

- Ale cię kocha i mogłaby nam wygarbować skóry, jeśli coś by ci się stało, albo nie daj Merlinie wróciłbyś głodny – Ginny delikatnie stuknęła różdżką w swoją Błyskawicę, odsyłając ją do komórki na miotły w Norze.

- Idziemy zbierać cukierki! – Teddy przypomniał sobie nagle, powodując kolejną salwę śmiechu u Ginny.

- To bez dwóch zdań jest syn huncwota i twój chrześniak. Lecimy? – Nie czekając na odpowiedź, aportowała ich ze stadionu wprost do głośnego centrum Londynu.

Przed nimi, za drzewami skwerku na którym się aportowali, widniał wielki pałac. Wokół kręciło się mnóstwo mugoli.

- Wiesz, że to nie było zbyt mądre? – Harry szepnął Ginny do ucha.

- Ale co? – spytała niewinnie.

- Aportowanie nas w tłum ludzi.

- Przecież rzuciłam na nas zaklęcie zwodzące, poza tym, nie byłoby to nic, czego sam nie robiłeś, np. w Rio.

- To było co innego.

- Sam jesteś co innego – pokazała mu język. – Teddy, niech wujek opowie ci o tym wielkim domu.

- Wujek, powiedzzzzzzz!!!!

- Ech – Harry podłapał się w znów przydługie kudły. – Widzisz Teddy. Mugole mają też takiego jakby ministra, który rządzi nimi do śmierci, nazywa się królem.

- Wujek Kingsley jest Królem!

- Nie, wujka Kingsleya tylko tak nazywamy. Król mugolski, a właściwie królowa, bo teraz królem jest kobieta, mieszka sobie w tym pałacu. Czasami wyjdzie na balkon pomachać do ludzi. Czasami przejedzie się karetą i pomacha. Właściwie to niewiele robi, ale wszyscy ją poważają i kochają.

- A ty wujek znasz tą panią?

- Raz spotkałem ją z wujkiem Kingsleyem. Miła starsza pani.

- Jak babcia?

- Starsza.

- Jak ciocia Molly.

- Starsza.

- Nie ma tak starych ludzi – Teddy stwierdził z determinacją w twarzy.

- Są, są, Teddy – wyszli z parku na ruchliwą ulicę wypełnioną turystami w bluzach z napisem I „serce” London. Dopiero wtedy Harry przypomniał sobie, że ich szaty nie są zbytnio mugolskie, jednak w tym wielkim mieście kręciło się tylu cudaków, że w długich, czarodziejskich szatach nie odstawali zbytnio od innych przechodniów. W dodatku wiele osób już chodziło w swoich kostiumach, mimo że do Nocy Duchów zostało jeszcze kilka godzin.

- Pani królowa musi lubić zabawę w ganianego.

- Czemu? – Harry stanął jak wryty słysząc deklarację chrześniaka.

- A czemu mieszkałaby w tak wielkim domu, jeśli by nie lubiła?

- W sumie….. to chyba masz rację Teddy. – Ginny ocierała łzy płynące jej z oczu, kiedy zaciskała szczęki, by nie wybuchnąć śmiechem. Obserwując Harrego bez trudu mogła sobie wyobrazić, jak świetnym mógłby być ojcem, ale też, jak rozpuszczone byłyby jego dzieci.

- Panowie, myślę, że czas coś zjeść.

- Cukierki?!

- Cukierki będą wieczorem.

- Ale będą? Bo babcia mówiła, że mogę brać tylko jabłuszka i inne owoce, bo cukierki są niezdrowe i popsują mi się od nich ząbki.

- To cukierki będziesz zbierał dla mnie. Strasznie je lubię, a jestem już na to za duży.

- A rodzice cioci Hermiony są czarodziejami od zębów.

- Wróżkami zębuszkami?!

- Nie, wróżka zębuszka zabiera ci ząbki, a oni je naprawiają.

- Superrrrrr!!! To ja mogę jeść cukierki!

- Ale dopiero po obiedzie – przypomniała mu Ginny.

- Nie lubię obiadów, są nudne.

- Ale musisz je jeść – Teddy wydął usta i zmienił kolor włosów na czarny, szukając ratunku u Harrego. Ten szybko rozejrzał się na boki, ale jakimś cudem nikt nie zwrócił na to uwagi. – Nie wolno tak robić wśród mugoli, Teddy – upomniała go Ginny.

- No dobrze, smyku. Co babcia daje ci na obiad?

- Ziemniaczki, warzywka, mięsko, warzywka – Teddy zaczął wyginać sobie rączkę, jakby wyliczał na palcach.

- Już mówiłeś o warzywkach.

- Ale ja ich dostaję naprawdę dużoooooo. Ble.

- Dobra Teddy. Umówmy się tak. Zjesz na obiad warzywka mięsko i ziemniaczki, a ja ci obiecuję, że będzie ci smakować.

- Nie będzie.

- Czy ja cię kiedyś okłamałem, Teddy? Zjesz obiad prawdziwego aurora.

- Noooo, dooooobrze wujek!

 

- To nie jest definicja zdrowego obiadu – Ginny mruknęła patrząc, jak Teddy wcina hamburgera z frytkami.

- Ma mięso, warzywa, ziemniaczki, a do tego jeszcze pieczywko i dostał jabłuszko – Harry wskazał na deser leżący na tacy.

- Nadal jednak….

- Dobrze dobrze, następnym razem zabiorę go na kebaba – Ginny syknęła ostrzegawczo.

- Wujek, ja chcę częściej obiad aurora!

- Dobrze smyku. Jak zostaniesz aurorem, możesz jeść taki codziennie.

- To ja chcę być aurorem.

- Jak skończysz szkołę, to porozmawiamy na ten temat – Teddy posmutniał.

- Ale ja jeszcze nawet nie chodzę do szkoły….

- Znając wujka i tak co jakiś czas zabierze cię na taki obiad – Ginny pokręciła głową.

- Suuuupeeeeer!!! Szkoda, że babcia nie robi takich dobrych warzywek.

- Najedzony?

- Tak – chłopiec przyznał skwapliwie.

- No to czas do domu i szykować się na wieczór.

- Już? – zdziwił się.

- A no już.

- Fajnie!

 

- Wyglądasz głupio, wujek – Teddy nacisnął ponownie na czerwony nos Harrego, który zapiszczał, jak klakson. – Bardzo głupio – Harry przebrał się za bardzo grubego klauna, przez co, przy swoim wzroście, wyglądał jak ogromna piłka plażowa.

- Powiedział chłopiec przebrany za dynię – Teddy zachichotał przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze.

Z sąsiedniego pokoju zdrowo huknęło. Śpiący na dywaniku Hektor podniósł znudzone oko, sprawdzając co tam się wyrabia, po czym zwinąwszy się w ciaśniejszy kłębek, poszedł dalej spać. Do zajmowanego przez dwóch mężczyzn, a właściwie klauna i dynię saloniku weszła czarownica. Nie była to jednak byle jakaś czarownica, których wiele kręciło się po magicznym świecie. Była to najprawdziwsza z najprawdziwych czarownic. Taka, jakie spotkać możecie tylko na kartach książek dla dzieci. Miała długą, czarną, podszywaną zielonym aksamitem szatę. W uszach miała wielkie złote kolczyki, a na rękach lśniła i dzwoniła niezliczona liczba bransolet i pierścieni.

- Ciocia? – Teddy zrobił krok w tył. – Ciocia! Wyglądasz SUPER!!!!! Wujek, czemu ty nie wyglądasz jak ciocia?!

- Armata wiedźmy Ronaldiny? – Harry spytał patrząc na pokrytą kurzajkami twarz z długim, haczykowatym nosem. Mimo, że upłynęło już trzy lata od chwili, gdy razem z Georgem i Ronem wynaleźli ten gadżet, wciąż miał w pamięci efekty jego działania, które utrzymywały się przez wiele godzin.

 

W kilka godzin później Harry i Ginny spacerowali ulicami Hogsmeade, patrząc jak mały Teddy w otoczeniu innych dzieci puka do kolejnych drzwi dostając cukierki, batoniki, jabłuszka i inne mniej lub bardziej magiczne smakołyki. Chłopiec, pomimo że nie miał jeszcze nawet czterech lat, był bardziej rezolutny od niejednego starszego dziecka, które było odprowadzane pod same drzwi przez swojego opiekuna.

Z uśmiechem przyglądali się, jak rozpromieniony i dumny z siebie drepcze z wielkim (przynajmniej w porównaniu z dzieckiem w jego wieku) workiem i Łapą kręcącym się wokół niego i co chwile poszturchującym go nosem, albo ogonem. Pies był większy od niego i początkowo młodzi Potterowie rozważali, czy nie przebrać Teddyego za rycerza, na wiernym rumaku. Łapa zjadł jednak swój koński kostium już podczas pierwszej przymiarki, robiąc w ich stronę niewybredną minę.

- Myślisz, że Lunatyk i Tonks byliby szczęśliwi widząc teraz Teddyego? – Harry zapytał, drapiąc Hektora za uchem.

Ginny wzięła ze sobą Hektora, by wyglądać jeszcze bardziej czarownicowato – lub jak to określił Harry, zarabiając upiorogacka, jędzowato – niż już wyglądała w swoim kostiumie. Nie przewidziała jednak, że kot trochę się spasł na domowym jedzeniu i jakkolwiek wyglądał prześlicznie ze swoim lśniącym, czarnym futrem, to też swoje ważył. Musicie wiedzieć, że koty to jedne z najbardziej magicznych stworzeń na świecie, są nawet bardziej magiczne niż ogromne smoki, hipogryfy, czy gumochłony. Każde z tych zwierząt z większym lub mniejszym skutkiem możesz zahipnotyzować, transmutować, albo jak to miało miejsce w przypadku smoka oślepić. Kota możesz co najwyżej wkurzyć. Nie imają się tych zwierząt absolutnie żadne czary, a w dodatku same potrafią hipnotyzować swoim spojrzeniem, tak więc mało przewidująca tym razem Ginny po kilkunastu minutach spaceru miała w ramionach futrzaną kulę, która nie robiła się wcale lżejsza. Próba rzucenia na zwierzę czaru zmniejszenia wagi poskutkowała jedynie napuszeniem futra i obrażonym spojrzeniem kocich oczu. W ten oto sposób zwierzę trafiło na ręce Harrego.

- Myślę, że uznaliby, że podjęli dobrą decyzję, wybierając mu ojca chrzestnego.

- Dziękuję – Harry pocałował ją w policzek. Dostępu do ust bronił haczykowaty nos.

- A łe, fuj – wykrzyknął Teddy, wyrastając przed nimi, jak spod ziemi. – Ble.

- Co smyku, zudziło ci się?

- Nieeeee!!! Bolą mnie nóżki – dokończył smutno. – Mogę na Łapę? – pies sapnął zdegustowany, wiedząc co go zaraz czeka. Czasami był zbyt mądry jak na psa.

Każdy, kto tylko znalazł się wtedy w ich pobliżu, nie mógł się powstrzymać, by nie odwrócić głowy widząc wiedźmę, grubego klauna z czarnym kotem w ramionach i małą dynię jadącą na ogromnym psie. Harry był nawet przekonany, że kilka razy usłyszał strzał flesha. Następnego dnia miał się przekonać, że dobrze słyszał i wylądowali na okładkach aż trzech gazet, przy czym żadna z nich ich nie rozpoznała. To było jednak następnego dnia, a teraz był wieczór Nocy Duchów.

- Wujeeeek – Teddy wykręcił się na Łapie.

- Tak, smyku.

- A ja jestem dynia?

- Tak, smyku.

- A ty jesteś śmieszny, a ciocia czarownica?

- Tak.

- A czemu tamten chłopiec jest kośćmi i tamten i tamten – wskazywał na najczęściej powtarzający się motyw kostiumu.

- Bo to jest Noc Duchów, smyku.

- A nie noc cukierków i potworów.

- Nie smyku, to jest noc duchów, a ludzie tylko przebierają się za potwory i rozdają cukierki.

- Nie rozumiem – zasępił się.

- Teddy – Ginny uklękła przy siedzącym na psie chłopcu. – Halloween to noc duchów i wszyscy przebierają się i jedzą słodkości, żeby przestraszyć złe duchy i świętować z tymi dobrymi.

- Tęsknią, za duchami?

- Kiedy ktoś umiera, Teddy, to zamienia się w ducha i idzie do nieba gdzie jest szczęśliwy, jest mu dobrze i może sobie na nas patrzeć.

- Tak jak mamusia i tatuś?

- Tak, Teddy. Tak jak twoi mamusia i tatuś, ale są też złe duchy, które chcą przeszkodzić tym dobrym i my się przebieramy, by je nastraszyć.

- Duchy się boją?

- Jeśli wiesz, jak je przestraszyć, to tak.

- Powiedz mi o mamusi i tatusiu, ciocia.

- Mamusia i tatuś byli bardzo, bardzo dzielnymi ludźmi i bardzo, bardzo cię kochali.

- To mówi babcia. Ja chcę więcej – włoski małej dyni zrobiły się szkarłatne. Ginny bezradnie popatrzyła na Harrego.

- Co babcia ci mówiła o rodzicach, Teddy? – teraz i on klęczał przy chłopcu.

- Że mnie kochali i są w niebie, u Bozi.

- A zabrała cię kiedyś do nich?

- Do nieba?!

- Nie, Teddy. Ludzie po śmierci nie cali idą do nieba – mówiąc to nie patrzył jednak na chłopca, a na stojącą obok czarownicę.

- Zabiorę futrzaki do domu, pewnie zechcą się już wygrzać przed kominkiem – Ginny odpowiedziała na nieme pytanie.

 

Ulice Doliny Godryka pełne były roześmianych dzieci, jednak tutaj, na starym cmentarzu za niewielkim kamiennym kościółkiem panowała niczym nie zmącona, rzec by można grobowa, cisza. Harry prowadził Teddyego za rękę wąską alejką. Obaj ubrani byli już w tradycyjne czarodziejskie szaty, jakie Harry wyczarował im w miejsce Halloweenowych kostiumów. Niektóre z pomników ozdobione były dziesiątkami lampek, inne kryły się w ciemności. Na tym konkretnym, do którego zmierzali, paliła się niewielka lampka, najpewniej zostawiona tutaj przez Andromedę. Eleganckim ruchem różdżki Harry wyczarował wieniec z ostrokrzewu, układając go przy płycie z wyrytymi imionami rodziców Teddyego i datami ich brutalnie przerwanego życia.

- Kiedy ludzie idą do nieba, Teddy, to nie potrzebują już swoich ciał. Te ciała zostają z nami, żebyśmy mogli je odwiedzać i pamiętać o ich właścicielach. Tutaj pochowaliśmy twoich mamusię i tatusia. Więc, co chcesz wiedzieć, smyku?

- Wszystko!!!

- Tutaj nie wolno krzyczeć, Teddy.

- Wszystko – chłopiec powtórzył szeptem.

- Na początek musisz wiedzieć, że mamusia i tatuś bardzo cię kochali.

- Babcia to mówi, ja chcę więcej.

- To dobrze, że mówi, bo to jest bardzo ważne, byś mógł zrozumieć resztę. Mamusia i tatuś bardzo cię kochali i chcieli byś mógł rosnąć szczęśliwy. Dawno temu, był bardzo zły czarodziej, gorszy niż najgorszy i nazywał się Voldemort. Postanowił on, że zniszczy całą miłość na świecie, zabije wszystkich, którzy go nie słuchają i będzie rządził. Miłość jest bardzo ważna, Teddy, więc postanowiliśmy mu na to nie pozwolić. Ja, ciocia Ginny, wujek Ron, wujek Kingsley, ciocia Hermiona i ciocia Molly, nawet wujek Neville i wielu innych. Wszyscy przyjaciele twoich rodziców. Stanęliśmy naprzeciwko niemu, by walczyć. Mogliśmy wygrać, albo przegrać, ale nie mogliśmy pozwolić, by zabronił dzieciom się uśmiechać. Twoi rodzice mogli się ukryć razem z tobą. Nie prosiliśmy ich, by nam pomogli, ale mieli wielkie serca i nie potrafiliby żyć wiedząc, że nie pomogli swoim przyjaciołom. Jeśli byśmy wygrali, musieliby spotykać się z nami i pamiętać, że się schowali i choć my nigdy byśmy nie byli na nich za to źli, to oni byli odważni i byliby źli na siebie. Jeślibyśmy przegrali, do końca życia byliby smutni myśląc, czy gdyby nam pomogli to byśmy wygrali. Zostawili cię więc pod opieką babci, gdzie byłeś bezpieczny i przylecieli do nas. Wygraliśmy, ale oni i wujek Fred i wielu innych nie mogli się cieszyć tym zwycięstwem z nami. Myślę, że cieszą się nim w niebie.

- Mamusia i tatuś mnie zostawili?

- Nie, Teddy. Teraz tego nie zrozumiesz, ale twoi rodzice postanowili zrobić wszystko, byś mógł być szczęśliwy i wiedzieli, że jeśli nawet im się nie uda, to będziesz miał dobrą opiekę. Zrobili to, bo cię bardzo mocno kochali.

- Skąd wiesz, wujek?

- Widzisz tamten grób? Ten z wielkim wieńcem i świecami?

- Taaaaakkkkk.

- Moi rodzice zrobili to samo dla mnie i teraz są tam – pomnik państwa Potterów ozdabiał przepiękny wieniec z bordową szarfą. Hermiona musiała już tutaj być i był jej za to wdzięczny.

- Powiedzieć ci więcej o twoich rodzicach?

- Taaak!!!

- Prosiłem, nie krzycz.

- Przepraszam.

- Twojego tatę poznałem, gdy byłem w szkole. Byłem wtedy niewiele większy niż ty teraz – wiele Harry nie przesadził biorąc pod uwagę jego nadal niezbyt pokaźny wzrost. – Twój tata był najlepszym przyjacielem mojego taty i mojej mamy i bardzo mądrym i odważnym człowiekiem. Wilkołakiem….

Gdyby ktoś zajrzał tego wieczora na cmentarz w Dolinie Godryka zobaczyłby siedzącego na niewielkim kamieniu chłopca o popielato-fioletowych włosach i pochylonego nad nim mężczyznę. Obaj pogrążeni byli w rozmowie, jaką może prowadzić bardzo mądry dorosły, z bardzo małym chłopcem. Nikt jednak nie zajrzał tam tego wieczora i scena pozostała znana tylko im dwóm, oraz samotnemu duchowi na dzwonnicy kościoła.

 
 

Następna notka.

20 paź

Jako, że dostaję pytania, kiedy następna notka, kiedy następna notka. Kochani! Nigdy – poza początkowymi niezwykle krótkimi rozdziałami ponad trzy lata temu – nie dodawałem notek co tydzień. Dodawałem co dwa, ale teraz już niestety ale nawał prac mi nie pozwala. Miałem dodać notkę 24 października, mam już mocny zarys, który wypełniam treścią i będzie to coś zupełnie innego. Myślę, że się uśmiechniecie czytając ją. Jeśli jednak dodam tą notkę 24, nie wyrobię się absolutnie na notkę Halloweenową 31 października, a bardzo mi zależy. Więc, by uciąć pytania.

Notka będzie 31 Października!!!

 

Pozdrawiam

Kontynuator.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

2. Powroty

13 paź

Wielka Sala Hogwartu pękała w szwach. Wyglądało na to, że uczniowie postanowili nagle, że tego właśnie dnia śniadanie będzie powtórką wielkiej uczty powitalnej sprzed miesiąca. Co innego wszak niż przepyszne śniadanie mogłoby zgonić wszystkich uczniów w niedzielny poranek o godzinie siódmej do Wielkiej Sali. Przepyszne śniadanie zdawało się być świetnym powodem, tylko że nikt go nie jadł, a we wszystkich zakątkach sali prowadzona zamiast tego podekscytowane rozmowy wypełniając ją buczeniem na wzór wnętrza ula. Wszyscy też spoglądali na stół nauczycielski, na którego środku, w wielkim puchatym fotelu, jaki pojawił się w miejsce dostojnego dyrektorskiego tronu, który bardzo uwierał dyrektor McGonagall w tyłek – do czego sama się przyznawała – siedziała taż właśnie dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jednak to nie jej obecność wzbudzała takie poruszenie, a osoba towarzyszącego jej gościa.

Na krześle po jej lewicy, zajmowanym zazwyczaj przez profesora Flitwicka, zasiadał nie kto inny, a Harry Potter. Ubrany w czarny mundur Zespołu Szybkiego Reagowania Biura Aurorów Harry Potter.

Aurorzy już dawno przestali budzić jednoznaczne skojarzenie z kłopotami i podświadomy strach u osób, które akurat znalazły się w ich pobliżu, nawet jeśli były zupełnie niewinne czegokolwiek, o co mogłyby zostać oskarżone. Sam zaś Harry Potter strachu u osób niewinnych nie budził wcale. Budził za to niesłabnące zainteresowanie, ciekawość i fascynację. Wszystko po trochu i wymieszane w jedno doznanie.

Gość zdawał się w najmniejszym nawet stopniu nie dostrzegać panującego w sali poruszenia. Z zadziwiającym apetytem jadł szkolne śniadanie, swobodnie konwersując sobie z dyrektorką, profesorem i profesorem Flitwickiem. Od czasu do czasu odpowiadał cicho na rzucane mu z przeciwnej strony uwagi Hagrida. Jedynie on spośród całego grona pedagogicznego zdawał się uznawać tą wizytę, za coś niezwykłego. No może jednak nie tylko on. Slughorn także siedział jak na szpilkach. Był jednak zbyt dystyngowany, by wykrzykiwać do Harrego. Niecierpliwie więc czekał na okazję, by zawłaszczyć tylko dla siebie osobę sławnego aurora.

Jeśli nawet ktoś wierzył w to, że wszystko co działo się w Wielkiej Sali Hogwartu było zwykłym śniadaniowym rozgardiaszem stracił złudzenia, gdy Harry wstał z miejsca. Ten nagły, niezapowiedziany i niczym nie poprzedzony ruch podziałał jak nie ma Impedimenta rzucona na wszystkich obecnych. Pieczone kiełbaski zamarły w pół drogi między talerzami, a oczekującymi na nie ustami. Tłuszcz i keczup ściekały na szaty uczniów, którzy nie tylko zapomnieli o zjedzeniu zawartości widelca, ale nawet zamknięciu ust. Fragmenty pizz zwisały w dłoniach, lub tkwiły na wpół przegryzione w ustach osób, które nie śmiały przełknąć, by nie przegapić choćby sekundy tego, co się miało wydarzyć. W sali panowała nieprzenikniona cisza. Jedynie trel ostatnich, jesiennych ptaków za oknem dawał nadzieję, że przemożne wrażenie nie oznacza nagłej głuchoty.

- Szkolne śniadania musiały się niezwykle poprawić od moich czasów, skoro tak licznie się na nich pojawiacie – Harry odezwał się swobodnie. – Nie przypuszczam, by pani dyrektor odmawiała wam kolacji?

Pojedyncze śmiechy zabrzmiały w głębi sali, by zamilknąć nagle.

- Nauczanie jest dość nisko na liście moich pragnień, obejmującej światowy pokój i dobrobyt, wyborne wina i słoneczne wakacje, a zaczynającej się od płonącego kominka, ciepłych kapci, dobrej książki i świętego spokoju w wyliniałym fotelu w moim salonie, by kontemplować tą książkę przy ogniu i w kapciach.

Tym razem śmiechy były śmielsze niż poprzednie.

- Nauczać ani nie mam ochoty, ani osobiście uważam, że się do tego nie nadaję. Pani dyrektor uznała jednak, że to godziwa zapłata z mojej strony.

Dyrektorka chrząknęła niezadowolona, nerwowo poruszywszy się w fotelu.

- Minerwa uznała, że dobrze wam zrobi, jeśli raz na jakiś czas. Właściwie to dość często wpadnę i poopowiadam wam o zagrożeniach, jakie czekają na was poza szkołą. Niebezpiecznych stworzeniach. Czarnej magii i czarodziejach, którzy za cel wzięli sobie sianie zamętu. Tylko, że… o tym wszystkim możecie przeczytać w gazetach. Trzeba czytać prasę, moi drodzy, trzeba czytać prasę. Jestem pewien że profesor Diggle, jako członek Zakonu Feniksa i osoba, która nie z jednego kociołka magiczne wywary piła doskonale sam uczy was o wszystkich zagrożeniach i czarach, dzięki którym możecie się im przeciwstawiać. Po co więc Harry Potter miałby was zanudzać swoimi niekończącymi się opowieściami o walkach z dwugłowym czarnoksiężnikiem, pokonaniu setek ogromnych pająków, zabiciu bazyliszka, czy ujarzmieniu smoka, a właściwie to dwóch smoków. Każdy może przecież to zrobić. Dajmy na to taki Gilderoy Lockchart.

Na sali znowu wybuchło kilka delikatnych śmiechów, zwłaszcza wśród tych starszych uczniów, którzy jeszcze słyszeli o Lockharcie, mimo że ten siedział już na oddziale zamkniętym Św. Munga.

- Co jednak obiecałem, to nie odobiecam, zwłaszcza, że jak nigdy mi zależy… Wymyśliłem więc, że i to będzie zaskoczenie również dla pani dyrektor, Klub Pojedynków uważam za otwarty!

Po sali poniosło się przeciągłe „Ooooooch!”, a następnie wybuchła nieprzeciętna wrzawa.

- Wszystkich zainteresowanych udziałem zapraszam do Wielkiej Sali o godzinie trzeciej po południu – po tych słowach usiadł, a na sali wybuchła prawdziwa wrzawa.

Sala pustoszała z wolna, opuszczana przez uczniów rozprawiających o niezwykłej deklaracji Harrego Pottera. Po cichu zza swojego stołu ulatniali się również kolejni nauczyciele. W końcu pozostali już tylko Harry i pani dyrektor, której wyjątkowo mocno się tego dnia nie spieszyło.

- Powiedz mi, Potter – zaczęła powoli, kiedy za ostatnim z uczniów zamknęły się drzwi. – Cóż to za pomysły ci przychodzą do głowy? Klub pojedynków? Nie pamiętasz już co się stało, gdy ostatnio został zwołany.

- Dowiedziałem się, że znam mowę wężów a Snape dał popalić Lockhartowi – Młody mężczyzna wzruszył ramionami uśmiechając się przy tym szeroko. – To były czasy.

- Umawialiśmy się, że w zamian za udostępnienie ci szkoły dla zorganizowania ślubu, ty będziesz prowadził wykłady o czarnej magii. Bardzo się namęczyłam, by wymóc od rady nadzorczej, to pozwolenie i powiem szczerze, że ze względu na dawne czasy chciałabym by tego pozwolenia nie cofnęli, ale nie ułatwiasz mi tej sprawy.

- Jakim nauczycielem jest Dedalus?

- Co? E, dobrym, mogłabym rzec bardzo dobrym.

- Tak właśnie sądziłem. Dedalus od trzech lat przekazuje im całą swoją wiedzę i wiedzę podręcznikową o czarnej magii i niebezpiecznych stworzeniach. Przynajmniej niebezpiecznych podręcznikowo, bo zakładam, że Hagrid pokazuje im znacznie więcej znacznie niebezpiecznych pupili.

Dyrektorka poruszyła się niespokojnie, mając zdaje się pojęcie o metodach nauczania stosowanych przez Hagrida.

- Oni nie potrzebują pogadanek o zagrożeniach jakie na nich czekają, bo wiedzą o nich aż za dobrze. Potrzebują, by im pokazać, jak się przed tymi zagrożeniami bronić.

- No dobrze dobrze, Potter, ale….

- Ale tu nie ma „ale”, pani profesor. Tak będzie dla nich najlepiej. Będą zadowoleni, a teraz pozwoli Pani, że udam się na mecz.

Szkolne mecze Quidditcha było to coś, czego brakowało mu chyba najbardziej. Zawsze, kiedy tylko miał okazję chodził na mecze Ginny. Teraz, kiedy wróciła by grać znów dla Harpii tym łatwiej było mu znaleźć chwilę choćby po to by wpaść na jeden z przedsezonowych treningów. Nie było to jednak to samo co w szkole. Nie te emocje, nie ta chęć walki. Zawodnicy drużyn ligowych dawali z siebie wszystko, bo była to ich praca. Zawodnicy zespołów szkolnych walczyli dla chwały swojego domu i to było wspaniałe. Poza tym, sezon ligowy miał zacząć się za trzy tygodnie, a w Hogwarcie już zaczynali.

Mecz otwarcia sezonu grali ze sobą niezbyt tradycyjnie, Ravenclow z Hufflepuffem. Sędziowała oczywiście pani Hooch.

Kiedy Harry zjawił się na trybunach pierwszy gwizdek meczu już dawno rozbrzmiał i każdy z zespołów zdążył zdobyć po kilka goli. Oparty o drewnianą konstrukcję trybun przyglądał się z zachwytem śmigającym postaciom i samemu stadionowi. Nie był to ten sam stadion na którym on rozgrywał swoje mecze. Tamten spłonął w czasie ostatniej bitwy o Hogwart. Harry odnosił jednak przemożne wrażenie, które nie mogło być prawdziwym, że obecny stadion jakoś się skurczył. Boisko był krótsze, było węższe i Harry nie mógł sobie wyobrazić, jak można było się na nim rozpędzić nie wpadając na trybuny, a przecież sam się na nim tyle razy rozpędzał i widział jak rozpędzali się inni. Po kilku sezonach oglądania Ginny na wielkich stadionach wypełnionych po brzegi tysiącami widzów boisko w Hogwarcie wydawało się takie małe, staroświeckie, ale jednocześnie tak niesamowicie swojskie i przytulne. Harry otarł spływającą mu po policzku łzę.

- Wróciłem do domu, Hagridzie – powiedział, kiedy rozmawiali w małej chatce po wygranym przez Hufflepuff meczu.- Wreszcie wróciłem do domu.

- Co ty opowiadasz stary!? – Huknął olbrzym. – A gdzie ty byłeś niby przez cały ten czas.

- Tam to nie dom, nie taki dom. Tutaj jest mój pierwszy dom, Hagridzie. Pierwszy prawdziwy dom, jaki pamiętam i wreszcie do niego wróciłem.

- Oj chłopie, czegoś się napiłeś. Nie raz tu byłeś i nie dwa od skończenia szkoły, a teraz ci się na powroty zebrało. Rozklejasz się nam na starość, czy jak.

- To nie to Hagridzie. Szkoła wygląda wreszcie jak dawniej, wszystkie pomieszczenia odbudowane, wszystkie balustrady naprawione. Wyłapaliśmy śmierciożerców i szmalcowników. Ron wsadził większość innych czarnoksiężników. Nasz świat od dawna nie był tak bezpieczny, może nawet jest najbezpieczniejszy w swojej historii. Historycy będą o naszych czasach pisać książki. Czasach kiedy te dzieciaki mogą być szczęśliwe, a twoje ciastka są smaczne jak zawsze – zakończył niemal łamiąc sobie zęba na kolejnym herbatniku.

- A ty chłopie zostałeś nauczycielem.

- O nie, nie, nie. Nauczycielem to jest Neville, ja tu tylko występuję gościnnie.

- I tak dobrze, że wróciłeś. Bez was dzieciaki szkoła nie jest już taka sama.

- Masz nowych uczniów Hagridzie. Nie jesteśmy niezastąpieni.

- Takich jak Weasleyowie i Potterowie to więcej nie ma.

- Uważaj uważaj, jeśli czegoś się nauczyłem przez ostatnie lata. To nie twierdzić, że nie ma kogoś gorszego. Zawsze się wtedy taki trafi.

- Tu jest Hogwart, tu nam nic nie grozi – Hargid pociągnął łyk herbaty i niemal się zakrztusił słysząc łomotanie do drzwi. Harry uniósł jedynie brwi w niemym „a nie mówiłem”.

Za drzwiami stały otulone w płaszcze z wysoko postawionymi kołnierzami płaszcze. Wiatr targał ich ubraniem.

- Pani dyrektor nas tu skierowała. Szukamy Harrego Pottera.

- A czego od niego chcecie – Hagrid warknął niepewnie.

- Spokojnie Hagridzie. To przyjaciółki.

- No chyba przyjaciele – Ziva niemal szczeknęła wpychając się do środka – Zimno tam jak na biegunie. Dajcie coś mocnego do picia – roztarła ręce nad kominkiem.

- Zakładam, że jak zawsze na trzeciej półce kredensu – Ramirez bez ogródek dobrała się do zapasów Hagida również przeciskając się koło olbrzyma.

- Pamiętasz Elenę Ramirez, Hagridzie? – Harry wskazał an dziewczynę z flaszką w dłoni.

- Nie przepadałam za Zakazanym Lasem w szkolnych czasach, bardziej interesował mnie quidditch, więc ja widziałam Hagrida często na trybunach, on mnie raczej nie bardzo.

- A ja jestem Ziva i zdecydowanie się nie znamy – dziewczyna mocno potrząsnęła ręką olbrzyma, a przynajmniej taki miała plan, gdyż nie łatwo jest poruszyć ręką kogoś takiego, jak Hagrid. Z równym entuzjazmem i skutkiem mogłaby drapać posąg gargulca za uchem licząc na to że zacznie się śmiać.

- Pijesz z nami, Harry? – Ramirez wymamrotała wyciągając korek z butelki zębami.

- Nie, nie piję i wy nie pijecie. Mamy tutaj uczyć dzieci.

- Tylko jednego, tfu – wypluła wreszcie korek. – Tylko jednego na rozgrzewkę. Wiesz jak tam jest zimno?

- Wystarczyło rzucić czar rozgrzewający. Na nas pora. Musimy przygotować salę – Harry podniósł się z zajmowanego krzesła, choć właściwszym było powiedzieć, że się z niego zsuną. Mimo dwudziestu lat na karku, nadal był zbyt mały dla krzeseł dopasowanych dla rozmiarów Hagrida. – Koniecznie musisz wpaść i popatrzyć – klepną przyjaciela w okolice łokcia. Czyli jedno z wyższych miejsc, do jakich mógł dostać bez podskakiwania i wyszedł na wietrzne październikowe po południe.

Gdy wybiła umówiona godzina trzecia po południu uczniowie zaczęli tłumnie schodzić się do wielkiej sali. Niektórzy, co bardziej niecierpliwi, szczególnie najmłodsi z uczniów, stali pod nią już od dobrych kilkunastu minut czekając na bicie zegara, by móc się wśliznąć do środka.

Wielka Sala nie przypominała tej, w której jedli dzisiejsze śniadanie i obiad. Przez jej środek biegł długi, wysoki na półtorej metra, pokryty aksamitnym materiałem pomost, przypominając wybieg dla modelek prezentujących nowomodne ubrania. W drzwiach wchodzących witał profesor Diggle kierując ich na wyczarowane pod ścianami wysokie trybuny, mogące pomieścić wszystkich uczniów szkoły. Harry Potter stał przy drzwiach do komnaty schowanymi zwykle za stołem nauczycielskim po którym nie było śladu. Rozmawiał cicho z dwiema ubranymi w płaszcze kobietami, które uczniowie widzieli pierwszy raz na oczy. Gdy wreszcie po kilkukrotnych prośbach Dedalusa uczniowie się uciszyli Harry wyszedł na pomost.

- Kiedy pierwszy raz, zaraz po moim przybyciu do szkoły, poszedłem na zajęcia z transmutacji profesor McGonagall powiedziała, że ten kto będzie rozrabiał opuści tą salę i więcej do niej nie wróci. Następnie zamieniła biurko w prosiaka, a prosiaka w biurko – uczniowie wybuchnęli śmiechem, najwidoczniej mając podobne wspomnienia. – Ja nie mam ani biurka, ani prosiaka. Zostaliście jednak ostrzeżeni.

Jego słowa zabrzmiały tak poważnie, że wszyscy w sekundzie zamilkli nie chcąc przegapić niczego z tego niezwykłego i niespodziewanego spotkania.

- Pomost, który widzicie przede mną będzie nam służył do pokazowych walk, kiedy będziemy prezentować wam nowe czary, tłumaczyć, jak się je rzuca i jak się przed nimi bronić. Wy będziecie ćwiczyć poniżej. Kiedy zlikwidujemy trybuny będzie dość miejsca. To co widzicie za mną – Odwrócił się, by pokazać szeroką część podestu, połączoną z podwyższeniem dla nauczycieli. – To mata treningowa aurorów.

Na trybunach zapanowało lekkie poruszenie. Wszyscy chcieli dokładnie się przyjrzeć wyrysowanemu na ziemi okręgowi, w który wpisane były dwa kolejne okręgi, każdy we wnętrzu poprzedniego dotykając się ścianami. Ostatni okrąg był na tyle mały, że stojąca w nim osoba mogła się jedynie obracać w miejscu nie robiąc kroku w tył, ani przód.

- Na takiej macie ćwiczymy czasami nawet każdego dnia. Pomagać będą mi dzisiaj dwie koleżanki – dziewczyny wreszcie zrzuciły płaszcze stając o trzy kroki za Harrym w dobrze podkreślających figurę bojowych mundurach zespołu szybkiego reagowania.

Obie były młode, smukłe, wysportowane i posiadały urodę, którą uznać można było za orientalną. Kilku starszych chłopaków nieelegancko przełknęło ślinę, inni wpatrywali się w nie jak oczarowani póki dziewczyny nie zdzieliły ich po głowach torbami.

- Ellena Ramirez – Harry wskazał na starszą z dziewczyn. – Moja zastępczyni w zespole szybkiego reagowania i niezwykle doświadczona aurorka.

Dedalu Diggle skłonił część uczniów do klaskania.

- Oraz Ziva David. Według wyników szkolenia, jakie przeszliśmy w siedzibie Międzynarodowej Konferencji Magów, Ziva jest najlepszym młodym oficerem służb bezpieczeństwa na świecie. Oficerem Izraelskich Magicznych Służb Bezpieczeństwa, czyli MagMOSADu. Mam tą przyjemność, że mogę nazywać ją mianem przyjaciółki

- I podwładnej – Ziva dokończyła za jego plecami.

Tym razem mimo klaskania Dedalusa nikt nawet nie drgną na trybunach będąc pod wrażeniem osiągnięć Zivy.

- Chcę się zwrócić w tym miejscu do wszystkich dziewczyn, które teraz się nam przyglądają. To, że Ramirez pomimo ponad dziesięciu spędzonych w biurze aurorów lat, oraz Ziva zajmując pierwsze miejsce, podczas gdy ja byłem drugi, są obie moimi podwładnymi, to nie jest wybór, ani decyzja odgórna ministerstwa, departamentu, czy szefów naszego biura. Każda z nich mogłaby prowadzić własny oddział jeśli tylko by o to poprosiły. To że nimi dowodzę to był tylko i wyłącznie ich wybór. Dowódcą oddziału miała zostać Ramirez, ale uparła się, że mam to być ja. Zivy wcale nie chciałem w zespole…

- Dzięki szefie – sarknęła Izraelka.

- Tak właściwie, co ty robisz w moim zespole. Miałaś być to czasu znalezienia ci innego biurka.

- Brak siadłam na chwilę, zostałam na dłużej. Brak biurek w departamencie.

- Nie ważne. Chcę wam powiedzieć, dziewczyny. Że nie jesteście i nie dajcie sobie tego wmówić w czymkolwiek gorsze od mężczyzn, jeśli chodzi o magię. Możecie dokładnie tyle samo, a czasami więcej od mężczyzn i każda z was może kiedyś zastąpić mnie na stanowisku. Oczywiście najpierw musi rozprawić się z nimi dwiema. Jeśli potrzebujecie dowodu na moje słowa wiedzcie, że obie zgodziły się poświecić swoją wolną niedzielę, by tu ze mną przyjść, bo oznacza to, że będą mogły dokopać mi publicznie.

- Harry oczywiście zapomniał wam wspomnieć, że możecie zabrać ze sobą aparaty? – Ramirez dokończyła wymijając swojego dowódcę. – Dobra, dość gadania. Nim zaczniecie trenować pojedynki pokażemy wam, jak wygląda prawdziwa walka. Harry i Ziva zmierzą się na macie treningowej. Każdy jej coraz mniejszy okrąg oznacza postępy, jakie wykonuje auror w swoim treningu. Mistrz w pojedynkowaniu się powinien pokonać krążącego wokół niego przeciwnika nie ruszając się małego okręgu na środku. Dzisiaj ma być jednak widowiskowo. Nic się nie bójcie. Będę ich ekranowała. Gotowi? – Ostatnie słowa skierowała do swoich przyjaciół z zespołu. Ziva uśmiechnęła się szelmowsko, strzelając stawami, aż echo poniosło się po sali. Harry wszedł powoli w okrąg, stając na jego skraju, naprzeciw koleżanki. Ramirez machnęła w ich stronę różdżką, lecz wbrew nadziejom młodszych uczniów nic widowiskowego się nie stało.

Przez chwilę dwójka aurorów stała naprzeciw siebie w zupełnym bezruchu. Nie dobywając nawet różdżek. Ziva uważnie przyglądała się Harremu, jakby przyczajona do skoku. On stał z luźno opuszczonymi rękoma. Głowę miał spuszczoną ku ziemi i zamknięte oczy. Sekundy upływały i co niektórzy uczniowie zaczęli się niecierpliwić, czy zobaczą jakikolwiek pojedynek. Zaczęli się nawet wymieniać na ten temat uwagami gdy nagle nastąpiła potężna eksplozja. Każdy kto patrzył na aurorów przez kilka następnych sekund widział przed oczami jedynie białą plamę. Co strachliwsi zaczęli się nawet obawiać, czy aby pani Pomfrey nie będzie musiała przywracać im wypalonego światłem wzroku. Byłoby to wielce nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, gdyż nie mogli by kontynuować uczestniczenia w dzisiejszym spotkaniu. Kiedy już wzrok wrócił im jako tako. Najpierw w formie rozmazanych różnokolorowych plam, by wyostrzać się z każdą chwilą, zobaczyli dwójkę aurorów krążących po macie. Z ich różdżek płynęły nieustannie różnokolorowe snopy światła mijając ich o cale i rozbijając się o stworzoną przez Ellenę Ramirez osłonę. Wyglądało to, jakby ktoś włożył do szklanej kuli cały zapas sztucznych ogni Weasleyów i odpalił je wszystkie jednocześnie. Smugi latały, odbijały się, od osłony i eksplodowały ferią barw. Zderzały się ze sobą i plątały. Dwoje czarodziejów zdawało się nie zwracać najmniejszej uwagi na latające wokół nich świetlne pociski. Za wszelką cenę jedno próbowało dopaść drugiego. Padali, uskakiwali, wykonywali podskoki, salta, fikołki i piruety, uderzając raz z góry to znów z dołu. Celowali w głowę w tułów i nogi przeciwnika. Wszystko to jednak na nic się nie zdawało. Pojedynek było coraz szybszy i bardziej zażarty. Strugi potu spływały po twarzach i rękach obojga aurorów, a ich długie włosy lepiły się już do głowy, jakby ktoś wylał na nich wiadro wody. Kilka razy udało im się nawet osmalić swoje rękawy. Z trybun coraz częściej okrzyki zachwytu „Och”, „Ach”, „Nie!”, „Tak!”, „Asch”, „Ouu”, „Ajć”. „Dawaj” zachęcali swojego faworyta kim kolwiek był kibice. Nawet dziewczęta, które zazwyczaj nie podniecały się za bardzo sportem, szczególnie tym brutalnym stały teraz na trybunach, odruchowo markując ciosy, jakby na dole trwała walka na pięści. Kilka pocisków zderzyło się ze sobą w locie powodując potężne eksplozje od których jeszcze przez kilka minut uczniom dzwoniła w uszach, szyby zadrżały, a Kieł zawył żałośnie u Hargida w chatce.

- STOP! – Ramirez powiedziała magicznie wzmocnionym głosem. Pojedynkujący się aurorzy natychmiast zamarli – Jeszcze chwila i wysadzilibyście moją osłonę.

- Trochę za bardzo się wczuliśmy – Harry usprawiedliwił się, czyszcząc sobie czarami ubranie i susząc włosy. Ziva parsknęła śmiechem. Również układając sobie fryzurę. – Tak wygląda prawdziwy pojedynek – Harry zwrócił się do uczniów. – Nie będziemy was go uczyć.

Po sali poniósł się jęk zawodu.

- Chcieliśmy żebyście zobaczyli, jak wygląda prawdziwa walka, jakiej mam nadzieję nie będziecie musieli stoczyć nigdy w życiu. My nauczymy was jak pojedynkują się damy i dżentelmeni – Ziva oparła się nonszalancko łokciem o ramię Harrego.

- Po co? – Krzykną ktoś z sali.

- Co po co? – Ziva spytała, bez problemu lokalizując krzykacza, który teraz palił buraka.

- Po co mamy się uczyć, jak pojedynkują się dżentelmeni, skoro przestępcy walczą tak – wydukał już mniej pewny siebie.

- Bo od walki z przestępcami jesteśmy my – Ziva postukała swoją odznakę.

- Kiedy Voldemort się odrodził – Harry zaczął głośno, powodując dreszcz u większości uczniów. W dniu w którym zginą Cedrik musiałem z nim walczyć. Voldemort nie rzucił się na mnie, jak dzikie zwierze. Oddał mi moją różdżkę. Odszedł na odpowiednią odległość, skłonił się i rozpoczął pojedynek. Gdybym zginął tamtej nocy, na tamtym cmentarzu, moja płyta nagrobna głosiłaby zginął w honorowym pojedynku z Czarnym Panem. Nigdy nie wiecie kiedy przyjdzie wam zachować konwenanse i przestrzegać zasad. Nawet przy spotkaniu z czarnoksiężnikiem. Te zasady i konwenanse odróżniają nas od drobnych przestępców. Miernot, którzy potrafią wyrażać siebie tylko przez chamstwo i jak im się wydaje siłę. Jeśli w obliczu spotkania z nimi będziecie spokojni, pewni siebie i w pełni skoncentrowani, to wytrącicie im z ręki ich główny atut, zastraszenie was. Czarna magia nie jest ani potężniejsza, ani tym bardziej łatwiejsza, od białej magii, ale opiera się ona na sile i poczuciu władzy. Obalcie to poczucie w przeciwniku, a jesteście na jak najlepszej drodze do wygrania. Jak więc wygląda prawdziwy pojedynek? Ramirez. Zaprezentujesz?

- Stajecie do siebie z przeciwnikiem plecami – latynoska przemówiła, kiedy znaleźli się z Harrym w połowie długiego podestu. – Dobywacie różdżek i odliczacie dwadzieścia kroków. – Oddalili się od siebie z Harrym oboje głośno licząc do dwudziestu. – Odwracacie się przez prawą nogę. Kłaniacie się sobie i przyjmujecie pozycję do pojedynku. Prawa noga z przodu, lekko ugięta, lewa noga wyprostowana do tyłu. Lewa ręka uniesiona i zagięta w półksiężyc za głową, palcami ku przodowi. Różdżka w wyciągniętej do przodu prawej ręce. Oczywiście osoby leworęczne przybierają postawę odwrotną. Pierwsza osoba rzuca czar, druga plokuje go zaklęciem tarczy, potem następuje zmiana. Tak wygląda pojedynek czarodziejów. Harry, gotów?

- Gotów.

- Impedimenta!

- Protego!

Impedimenta Ramirez poszybowała w sufit.

- Gotowa?

- Pokaż co potrafisz.

- Expulso!

- Protego! – Ramirez skończyła skandować zaklęcie tarczy niemal jednocześnie z Harrym. Nie uchroniło jej to jednak od przelecenia w powietrzu dobrych dziesięciu metrów.

- Nie trzeba było tego mówić – zaśmiała się Ziva, pomagając wstać koleżance.

- Wiem, że Protego jest zaklęciem, którego uczycie się dopiero na czwartym roku swojej nauki i nie jest to zaklęcie proste, ale kiedy byłem w szóstej klasie w szkole działała tajna organizacja uczniowska. Nazywała się Gwardią Dumbledore’a i każdy jej członek wam powie, a byli tam również bardzo młodzi uczniowie, że odpowiedni nauczyciel nauczy was Protego z łatwością. Ja nauczyłem ich wielu wielu zaklęć. Nie tylko protego. Dzisiaj poświęcimy resztę spotkania na uczenie się, a w przypadku uczniów starszych doskonalenie Protego.

Reszta spotkania, które przeciągnęło się do późnego wieczoru i zostało rozpędzone dopiero przez nauczycieli, chcących zjeść wreszcie kolację upłynęło na pojedynkowaniu się par, które ćwiczyły na na swoich partnerach zaklęcie tarczy. Dedalus krążył cały czas pomiędzy pierwszakami, które większość zaklęć znały dopiero w teorii i pilnował by się odpowiednio sobie pokłonili, a następnie postarali się wyczarować tarczę. Po godzinie, czy dwóch niektóre z ich tarcz mogły już zatrzymać lecącą muchę, to niezwykle dekoncentrowało wykonujących je uczniów, przez co tarcze opadały a mucha leciała dalej. Aurorzy krążyli pomiędzy pozostałymi uczniami, którzy radzili sobie z zaklęciem coraz lepiej, nawet jeśli dopiero je poznawali, jak uczniowie drugiego i trzeciego roku. Siódmoklasiści próbowali się nawet popisywać swoimi umiejętnościami powodując widowiskowe eksplozje czarów rzucanych w ich tarcze. Dwie aurorki szybko jednak sprowadziły ich na ziemię w przenośni i dosłownie, bez trudu przebijając stawiane przez nich tarcze.

Harry wrócił do domu zmęczony, ale zadowolony z siebie, a w domu czekała już na niego Ginny i przypomniał sobie, że Hogwart to dom, ale już nie jedyny, jaki ma.

 

Nowa notka nadchodzi

11 paź

Już za chwilę, no może nie za chwilę, ale już jutro będzie nowa notka na blogu. Wracamy niemal do samych początków naszej przygody z magią. Niemal, bo nie będzie to Privet Drive.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS