RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2015

Grypa u kontynuatora

28 wrz

Wiem, że jesteście wściekli i macie prawo, ale obiecuję, że jak tylko pokonam grypę, dostaniecie kolejną notkę, chwilowo doszedłem do tego, jak się nazywam, więc myślenie twórcze zdaje się wracać.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

1. Nowe początki

05 wrz

Trzech mężczyzn stało w równym rzędzie z boku sceny, prowadząc niemą walkę łokciami o to, który ma wyjść na mównicę, pod którą tłoczyli się dziennikarze i pół ministerstwa magii. Każdy gotów był sprzedać własną różdżkę, by tego nie robić. W końcu szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Timothy Roy, oraz Minister Magii Kingsley Shacklebolt wypchnęli stojącego między nimi Harrego Pottera przed szereg, nieomal powodując jego wywrotkę.

Harry przeklął pod nosem, posłał im nienawistne spojrzenie, ale uratował się przed upadkiem w sposób godny i delikatnie poprawiając swój galowy mundur podszedł do podwyższenia dla mówcy.

- Spotykamy się tutaj tak często, że właściwie mogli byśmy mówić już sobie po imieniu. Prawda Rito? Jak zdrówko i kogo szantażowałaś by odzyskać licencję na wstęp do ministerstwa?

- Ugryź mnie.

- Nie gustuję, no i Cuffe mógłby się obrazić. Cześć Jimm, Rebeko. Czuję się, jak na wielkim zjeździe rodzinnym. Może zaśpiewamy Cumba Ya my Lord? – Sala wybuchła śmiechem. – Dobrze, a teraz na poważnie, bo ani nie lubię być, ani nie jestem dzisiaj gwiazdą wieczoru. Za każdym sławnym nazwiskiem stoi człowiek i nie chodzi mi o tego, kto to nazwisko nosi, ale kogoś, o kim wiedzą jedynie najbardziej wtajemniczeni, a jest on kluczowy dla historii – Harry zrobił pauzę, oglądając się na chwilę, gdzieś, poza scenę. – Wszyscy znacie moje nazwisko i setki razy odmienialiście je przez każdy z przypadków, niewiele jednak wiecie o dwójce wspaniałych osób, bez których z całą pewnością nie rozmawialibyśmy dzisiaj. Trudno uwierzyć, że znam ich już pół życia, a jego poznałem jeszcze po mugolskiej stronie dworca Kings Cross, jedenaście lat temu i od tamtej pory jesteśmy niemal nie rozłączni, gdyż nawet gdy nie ma nas obok siebie, to zawsze chcemy do siebie wrócić i zawsze znajdujemy na to sposób. Raz już odmówił przyjęcia tego odznaczenia, twierdząc, że nie może przyjąć nagrody za coś, czego ja dokonałem. Uprzejmie przy tym zapomniał, że bez jego pomocy straciłbym życie w niezwykle nielegendarny sposób zabity przez Sami Wiecie Kogo.

Tym razem nie może wykręcić się od odznaczenia, gdyż cała zasługa spoczywa tylko na nim i nie sądzę, bym dorównał jego dokonaniom jeszcze przez wiele lat. Proszę Państwa, mam zaszczyt i przedstawić Państwu człowieka, który przez rok w skrytości i tajemnicy infiltrował największą organizację czarnoksięską europy od czasów Śmierciożerców, a potem sam rozbił ich w pył, przez ostatnie trzy miesiące aresztując jednego po drugim. To najdzielniejszy auror jakiego miałem honor poznać, a przede wszystkim mój wielki przyjaciel. Ronald Weasley! – Strzeliły flesze, a po sali poniosły się brawa zebranych, przeplatane okrzykami reporterów, kiedy Ronald Weasley wkraczał na scenę ubrany w biały, najbardziej odświętny z aurorskich mundurów.

 

- No wyduś to z siebie – Harry opadł ciężko na fotel przy swoim biurku w kwaterze głównej aurorów.

- Ale co?

- Ile my się znamy, Ron?

- Od pierwszego roku w Hogwarcie – Ron odpowiedział, przyglądając się wiszącemu na jego piersi Orderowi Merlina I klasy.

- Od pierwszego roku w Hogwarcie – Harry powoli obracał w dłoni wypełnioną złocistym płynem szklankę. Jedną z tych, które wyciągnął z szuflady. – Od wczoraj każdego dnia znam cię dłużej, niż trwało moje życie przed naszym spotkaniem, Ron.

- Nie pomyślałem o tym – rudzielec odpowiedział szczerze zaskoczony. – To faktycznie jest powód do wypicia.

- Jedenaście długich lat, a ty mi kit wciskasz i myślisz, że ci uwierzę – Gdyby ktoś czytał te słowa zapisane na papierze, pomyślał by pewnie, że Harry właśnie wstał, krzyknął i uderzył szklanką w stół rozlewając jej zawartość, a przyjaciela wprowadzając w stan szoku. Nic takiego się nie stało. Harry wypowiedział te słowa cicho i spokojnie. W zamyśleniu i nadal wpatrzony w trzymane szkło – Ron milczał. – No wyduś to z siebie – czarnowłosy auror powtórzył beznamiętnie.

- Odchodzę

- To wiem. Czekam na wyjaśnienia.

- Wiesz? – Ron zamrugał oczami zdziwiony.

- Wystarczy na ciebie spojrzeć, by to wiedzieć. Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego.

- To co powiedziałeś tam, na scenie, że za każdym sławnym nazwiskiem stoi człowiek, o którym wiedzą nieliczni. Zawsze byłem w cieniu Harrego Pottera, niewielu mnie zauważało, ale ty mogłeś na mnie liczyć i to mi wystarczało.

- Tak, szczególnie na czwartym roku.

- Każdemu ma prawo chwilowo odwalić, a jak pokazały Horkruksy, do najstabilniejszych osó nie należę, ale zrozumiałem wreszcie, że pasuje mi bycie przyjacielem Harrego Pottera, a bycie sławnym Ronaldem Weasleyem.

- Zjadła cię trema.

- To nie trema, nie dotarło to do mnie dzisiaj, ani wczoraj. To narastało od dawna. Ty jesteś cholernie zdolnym czarodziejem, może nie tak zdolnym, jak Hermiona, ale masz cholerne wyczucie tego, co się może stać i jak zareagować. Pokazujesz to nieustannie od jedenastu lat. Dzień po dniu dokonujesz czegoś imponującego, nawet jeśli nie jest to widowiskowe. A czego ja dokonałem? Wyciągnąłem cię ze stawu, to mój największy sukces. Wyciągnięcie cię ze stawu.

- Rozbiłeś siatkę czarnoksiężników, zniszczyłeś Horkruksa, wszedłeś do komnaty tajemnic po kły bazyliszka, dzięki czemu Hermiona zniszczyła kolejnego. Powiedziałeś mi o smokach. Uratowałeś mnie z tysiąc razy, nawet jeśli nie w tak oczywisty sposób, jak wyciąganie za kołnierz ze stawu.

- Zrobiłem to wszystko po cichu, a teraz trafiłem przed szereg dostając Order Merlina. Już nic więcej w życiu nie osiągnę. Ty będziesz awansował, pewnie zostaniesz Ministrem Magii, a ja będę przez resztę życia aurorem, który dostał Order Merlina I klasy.

- No tak, bo przecież rozdają je na lewo i prawo. Zresztą, Urquhart chce ci dać drugi zespół do pokierowania.

- Wiem. Powiedział mi, ale odmówiłem. Nie chcę przez resztę życia tkwić za jednym biurkiem, odcinając kupony i za 30 lat odejść na emeryturę, jako auror, któremu kiedyś udało się zdobyć jakiś order.

- Nie możesz wiedzieć, czy tak będzie.

- Teraz ty nie wciskaj mi kitu, Harry.

- Całe nasze pokolenie pozbawione młodości – Harry podjął smutno. – Naznaczone wojną. Chore. Straciliśmy całe pokolenie i już go nie odzyskamy, a nasze demony będą wisiały nad głowami naszych dzieci, by je straszyć. Neville, Ginny, Ty, Ja zostaliśmy aurorami. Fred zginął, Levander nie żyje, Teddy będzie wychowywał się bez rodziców.

- Ma ciebie i Ginny – Ron wtrącił.

- Hermiona uciekła, Luna od miesięcy tkwi w ostępach Mongolii. Malfoy….. Zauważyłeś jak łatwo nam to robić?

- Co robić?

- Wychodzić z domu. Polować na ludzi, osaczać ich, obezwładniać, łamać, nie okazywać współczucia, czasami zabijać, a potem wracać do domu, z uśmiechem witać się z rodziną i czytać gazetę jakby nigdy nic. To nie jest normalne, żeby dwudziestoletnia dziewczyna nie bała się iść w środku nocy przez nokturn, bo przeżyła tyle, że nic gorszego jej już nie spotka i to nie jest normalne by bywalcy nokturnu bali się zaczepić taką dziewczynę wiedząc do czego jest zdolna. Nasze dzieci będą płacić tego cenę, Ron – Jednym haustem opróżnił szklankę. Jego przyjacielowi odechciało się pić. Wyszedł bez słowa.

 

Charakterystyczne pyknięcie jak zawsze obwieszczało pojawienie się czarodzieja. Czasami było głośne, niczym wystrzał z dubeltówki, kiedy czarodziej aportował się niechlujnie, lub brak mu było doświadczenia, czasem zaś niemal niesłyszalne i pełne elegancji, jak pękająca bańka mydlana. To pyknięcie również było ciche, ale o człowieku, który pojawił się na zielonej trawie nie można było powiedzieć, by był przykładem elegancji. Ubrany w trampki, kraciaste bermudy, hawajską koszulę i olbrzymie okulary ze starych filmów o amerykańskich policjantach Harry Potter wpatrywał się w zielony trawnik Nory. Przydługie włosy związane miał tęczową frotką.

Było samo południe, więc mimo walających się wszędzie zabawek i przykrytego seledynowym obrusem stołu gwar głosów dobiegał z wnętrza domu, gdzie wszyscy skryli się przed lejącym się z nieba żarem. Harry ruszył ku kuchennym drzwiom pogwizdując z rękami schowanymi w kieszeniach. To był błąd. Potężny pocisk uderzył go w brzuch i zwalił ze schodów, nim zdołał wyjąć ręce z kieszeni.

- Jeśli taki refleks ma czołowy auror ministerstwa, to ja się boję o nasze bezpieczeństwo – Ginny powiedziała kpiąco, podczas gdy Teddy siedział na Harrym w triumfalnej pozie.

- Jeśli mam się spodziewać ataku w domu, to już nigdzie nie znajdę spokoju – odparł, łaskocząc Teddyego po boczkach, by sprowokować malca do zeskoczenia z niego. Plan się powiódł, gdyż malca w sekundzie nie było nigdzie w zasięgu rąk. – Cześć skarbie – pocałował Ginny w usta. – Widzę, że dorobiliśmy się nowego dziecka. Tylko jakieś do mnie nie podobne – jego wzrok spoczął na śpiącego w ramionach Ginny bobasa.

- Wszyscy uważają, że potrzebny jest nam trening – Ginny przekazała mu słodki ciężar. Wchodząc do domu.

- Macie najpiękniejsze dziecko, jakie widziałem w życiu – Harry przywitał się z Angeliną i Georgem. Śpiący w jego rękach Freddy miał po mamusi czekoladową cerę i kręcone włoski w marchewkowym kolorze Weasleyów.

- Sprzedany! – George zakrzyknął cicho, uśmiechając się szeroko. Podkrążone oczy wskazywały na potężną libację, albo jeszcze potężniejsze niewyspanie.

- Ten żart przestał być śmieszny po pierwszym razie – zrugała go Angelina.

- Ależ Ang, ja wcale nie żartuję.

- Nie kupuję, ale mogę na trochę wynająć – Harry postanowił uratować rudzielca przed poważną awanturą.

- Dobre i to – Fred pociągnął łyk kawy, głębiej zapadając się w kanapę.

- A gdzie mój brat? – Bill zapytał z drugiego pokoju, gdzie razem z Fleur pilnowali, by ich stepująca córeczka nie weszła do kominka, przenosząc się na ulicę „uełguałaga” niezabezpieczoną siecią Fiuu.

- Ron nie przepada za przyjęciami niespodziankami, więc poszedł coś załatwić. Prawdę mówiąc, sądziłem, że wyrobi się przede mną.

- Bo ty strawiłeś masę czasu na ubranie się możliwie, jak najcudaczniej – Ginny popatrzyła na niego z niesmakiem.

- Jest gorąco. Ubrałem się na gorąco – powiedział odpinając jeden guzik koszuli hawajskiej, by udowodnić, że ta jest najwygodniejsza na takie upały.

- Tak, a ta frotka ma nałożony czar chłodzący może? Ginny ściągnęła mu wątpliwą ozdobę z głowy.

- A żebyś wiedziała, że ma.

- Kiedyś byłeś takim grzecznym chłopcem, a teraz twoje kombinacje ze strojem rosną wprost proporcjonalnie do robionych ci zdjęć.

- A to już twoja wina. Nikt by mi zdjęć nie robił i chodziłbym grzecznie w mundurze, gdybym się nie zaręczył z gwiazdą odradzających się Harpii.

- O bu hu, tak mi przykro – Ginny udała smutną minę, ale efekt prysł po sekundzie w perlistym śmiechu Victorie, który był reakcją na kwiatuszka wręczonego jej przez Teddyego.

- Wcześnie zaczyna. Widzę, że rośnie ci zięć, Bill – George wyszczerzył zęby w uśmiechu. Bill pokazał mu język, a Fleur łypnęła złowrogo.

- A gdzie mój syn?! – Pani Weasley zawołała z oburzeniem, wchodząc z panią Tonks

- Tutaj! – odkrzyknęli jednocześnie Bill z Georgem, budząc małego Freddyego, który zamrugał sennie oczkami.

Harry odruchowo zaczął kołysać malca, nucąc mu jakąś melodię. Bobas o dziwo usnął nim Angelina zdążyła przejąć go od wujka, a przecież trwało to ledwie sekundę.

- Ron musi coś załatwić i się trochę spóźni – Harry wyśpiewał delikatnie w rytm tej samej melodii, którą nucił małemu. Wszyscy patrzyli jak urzeczeni.

- Śpiew nie jest twoim powołaniem, stary – czar prysł. W drzwiach stał Ron, a obok niego Hermiona.

- To jest ta sprawa, którą miał załatwić? – George spytał Harrego.

Młodzi trzymali się za ręce. Harry widział, by Ron i Hermiona trzymali się za ręce po raz pierwszy od jej ucieczki. Dziewczyna nie wyglądała zbyt pewnie, jakby nie była przekonana, czy jest tu dla niej miejsce.

- Witaj w domu, Hermiono – Molly wciągnęła dziewczynę do środka, przytulając po madczynemu.

- Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy wszystko jest wreszcie tak, jak powinno – Ginny szepnęła cicho. Harry delikatnie ścisnął jej dłoń.

A potem było wesoło. Wszyscy się witali i był tort z wielkim lukrowym Orderem Merlina na przodzie i podśmiechujki z Rona, że teraz trzeba będzie mu się w pas kłaniać. Hermiona po raz pierwszy oglądała małego Freddyego, komentując każdy aspekt jego i zalewając potokiem słów o genetyce która stworzyła to dziecko każdego, kto chciał ją słuchać. W tym czasie bobas bawił się kołyszącymi się nad nim kasztanowymi lokami nowego gościa.

- Wujek, wujek, wujek, wujek, wujek – pocisk imieniem Teddy wystrzelił przez pokój w kierunku Harrego, który odruchowo zasłonił trzymane dziecko, w obawie przed nagłym uderzeniem. Młodzian wyhamował jednak, jedynie klepiąc wujka w kolana. – A dlaczego ty się wcale ze mną nie bawisz, wujek?

- Jak to się z tobą nie bawię? Wczoraj cały dzień się bawiliśmy szkrabie – Harrego przeszły ciarki, jak sobie przypomniał, że cały wolny dzień poświęcił temu nigdy nie męczącemu się dziecku, a jeszcze dziś rano rozdeptał bosą stopą plastikowy klocek, który ukrył się w puszystym dywanie salonu przy Grimmauld Place 12. – Ale dzisiaj się wcale ze mną nie bawisz – włoski małego Lupina, z różowych, jak jego mamy zrobiły się nagle czerwone tak, że wyglądał, jakby się palił.

- Mama już odpoczęła, zresztą mały dziwnie długo nie chce am – Angelina powiedziała, zabierając syna z ramion Harrego – a wujek marsz do zabawy.

- Więc w co chcesz się pobawić, Teddy? – Harry wstał z wygodnego fotela.

- Chcę polatać na miotełce! – chłopczyk krzyknął, puszczając się pędem na dwór.

- Idź, idź – Ginny w żartach dała Harremu lekkiego kopniaka na rozpęd. – Przyda ci się, jak trochę pooddychasz świeżym powietrzem.

Oddychanie świeżym powietrzem, to jedno, a bieganie po trawniku za latającą pięć stóp nad ziemią miotełką z trzylatkiem na niej, to drugie.

Mały Lupin śmigał nad trawnikiem, rozganiając kury i gnomy zaśmiewając się wniebogłosy, kiedy udało mu się przewrócić jednego w kałużę wylanej z konewki wody. Harry stał na środku, tylko wodząc wzrokiem za swoim małym chrześniakiem. Widział w nim samego siebie i chciał dać jak najszczęśliwsze dzieciństwo. Zwłaszcza teraz, kiedy chłopiec był na tyle duży, by mogły się w nim formować radosne wspomnienia na resztę życia, starał się spędzać z nim jak najwięcej czasu.

Całe szczęście, że Ginny to rozumiała i nie stroiła fochów że jest zaniedbywana, tylko bawiła się razem z, jak ich nazywała, swoimi małymi mężczyznami. Dzielnie broniła przy tym Harrego, gdy ten wpadł na „genialny” pomysł i zamiast, jak umawiał się z panią Tonks, bawić się z małym w parku na Grimmauld Place, polecieli we troje do Eurodisneylandu pod Paryżem we Francji. Teddy miał na pamiątkę zdjęcie z Pluto i czapkę z wielkimi uszami.

Harry przygryzł dolną wargę, jak zawsze, kiedy zastanawiał się nad zrobieniem czegoś, co napyta mu biedy u Ginny.

- Ted! – Chłopczyk grzecznie wylądował przed nim, choć minę miał nietęgą.

- Ja chcę jeszcze polatać – bąknął wpatrzony w stopy, najwyraźniej pewien, że wujek zakomenderuje koniec zabawy.

- Ja też – Harry przyznał z uśmiechem. – Mówiłem ci, że grałem kiedyś w reprezentacji Gryfonów i byłem ich najmłodszym i najlepszym szukającym w historii?

- Ale to ciocia gra dla Harpii, a ty jesteś aurorem.

- Ciocia była ścigającą, kiedy ja byłem kapitanem i słuchała mnie, jak ma grać.

- Naprawdę? – oczy malca już dawno stały się większe niż Galleony.

- Naprawdę, a teraz, jeśli będziesz cicho, to pożyczymy sobie od kogoś miotłę.

- Pod drzewem jest Zmiataczka wujka Georga!

- Hmmmm, mam lepszy pomysł. Accio Błyskawica Ginny! – Harry szepnął, wyjmując różdżkę z głębokiej kieszeni.

Coś zadudniło, zawiasy w drzwiach szopy zaterkotały i puściły, uwalniając piękną miotłę, którą Harry sprezentował swojej ukochanej przed laty. Rączka pięknie lśniła, dokładnie wypolerowana, witki spięte złotymi spinkami, były proste i gładkie, ani jedna nie była złamana. Młoda ścigająca nie tylko potrafiła latać, ale i zadbać o swoją miotłę, by była idealna.

- A teraz wsiadaj. Latałeś już na prawdziwej miotle?

- Babcia nie pozwala, bo boi się ze spadnę.

- Augusta Longbottom numer dwa. Trzymaj się więc mocno i nic się nie bój, cały czas cie asekuruję. Polecimy wysoko i szybko, zgoda? – Chłopiec kiwnął sztywno głową. Strach walczył w nim z ekscytacją. – Uwaga, trzy, dwa, jeden…

Wystrzelili w górę. Teddy trzymał się dzielnie, rozglądając się na boki, podczas gdy lecieli w kierunku białego obłoku. Od pędu i wysokości robiło się coraz chłodniej, ale po panujących przy ziemi upałach była to miła odmiana.

- Trzymasz się?! – Harry przekrzyknął świst powietrza, robiąc zwrot przez plecy i wystrzeliwując w ziemię.

Teddy pisnął z ekscytacji i przerażenia, gdy zbyt gruba dla niego rączka miotły, zaczęła się wyślizgiwać z jego małych dłoni. Wzmocnił uścisk, kręcąc z niedowierzaniem głową. Harry uśmiechnął się, jeszcze nim wystartowali przykleił malca do miotły.

Krzyk ekscytacji w ustach malca narastał wraz ze zbliżaniem się do ziemi. Harry odczekał i poderwał miotłę przy samej ziemi. Trochę zbyt mocno przeorawszy trawę trampkami. Źle wyliczył ciężar i poderwał ich o ułamek sekundy później niż zamierzał. Malec oczywiście nic nie zauważył, skupiając się na śmigających mu przed wzrokiem oknach, kiedy w ciasnym skręcie okrążali Norę, by klepnąwszy metalowego kura na dachu, wystrzelić ponownie w niebo.

- Harry Potter! – Usłyszał krzyk z ziemi.

Przed domem stała Ginny z pięściami wspartymi pod boki.

- Teraz będzie wesoło – Harry szepnął małemu do ucha.

- Babcia…. – jęknął chłopczyk, najwyraźniej bojąc się, co kobieta powie, gdy dowie się o tej zabawie.

Harry ponownie wystrzelił w ziemię, w pędzie minął Ginny wpadając przez otwarte drzwi do Nory i wyhamowując gładko w salonie, tuż obok tacy z kanapkami. Kilka osób krzyknęło przestraszonych nagłym pojawieniem się miotły.

- Żałosne – Ginny powiedziała zniesmaczona. – Ja wleciałabym przez okno szczytowe, zleciała korkociągiem po schodach, wylądowała na fotelu, a cały ten czas jedlibyśmy z Teddym bezy.

- TAKKKK!!!! – zapiał chłopiec.

- NIE! – Molly krzyknęła gwałtownie, a w całym domu zaczęły trzaskać zamykające się drzwi i okna.

Uniesiona w powietrze różdżka sypała iskry ze swego końca.

- Innym razem – Ginny pocałowała malca w czoło.

- Dobrze, ciociu.

 

Kiedy późnym wieczorem z ministerstwa przylecieli pan Weasley i Percy z Audrey zrobiło się jeszcze bardziej wesoło, gdyż mężczyźni zaczęli opowiadać, przekrzykując siebie nawzajem, przebieg wręczenia Ronowi orderu, zdziwieni że jeszcze nikt tego nie opowiedział. Nieomieszkali oczywiście rozpocząć opowieści od tego, jak minister z szefem departamentu omal nie przewrócili Harrego. On sam jednak tego nie słyszał.

Dziwna para spacerowała poza kręgiem światła rzucanego przez okna. Od niechcenia niby to sprawdzali, czy rzucone na Norę zaklęcia ochronne działają jak należy.

- Więc? – Harry przerwał panującą między nimi ciszę

- Nie wiem.

- A jak czujesz?

- Czuję, że nie powinnam – Hermiona wyrzuciła z siebie. – Czuję, że absolutnie nie powinnam, bo on nie jest dla mnie i nie będę z nim szczęśliwa….

- Nie patrz na mnie.

- Dzisiaj przyszedł do mnie. Wystrojony w mundur, z orderem na piersi i przeprosił i ja przeprosiłam i rozmawialiśmy długo. Przyleciałam tutaj, ale nie wiem, jak jest.

- Jesteś wśród rodziny. Tu gdzie twoje miejsce – Harry przytulił ją czule.

- Nie powinnam za niego wychodzić…

- Nie, nie powinnaś – Harry przyznał szczerze.

- Powinnam wyjść za ciebie…

- Myślę, że Ginny mogłaby mieć na ten temat inne zdanie. Poza tym. Poligamia jest prawnie zakazana.

- A on jest…

- ….chamem. Jest zwyczajnym chamem, ale czy to znaczy, że go nie kochasz?

- To nie ma sensu. Nie wiem czy będziemy szczęśliwi…

- Nie będziecie, nie teraz. Jestem przyjacielem was obojga i wiem, że jeśli ty będziesz szczęśliwa, to on będzie nieszczęśliwy. Jeśli on będzie szczęśliwy, będzie to znaczyć, że ty postanowiłaś się poświęcić.

- Mam poczekać? Może w końcu dorośnie.

- Oświadczył ci się znowu?

- Nie. Jeszcze nie.

- Nie będę cię okłamywał. Nawet jeśli się oświadczy, nie będzie gotowy na bycie twoim mężem. Nigdy nie będzie gotowy, bo zamiast siebie zmienić, kiedy natrafia na problem, ucieka zamiast go rozwiązać. Obraził się na mnie, zamiast wyjaśnić co go boli, kiedy wplątali mnie w Turniej Trójmagiczny. Uciekał, kiedy nie szło mu w Quidditcha. Uciekł, kiedy Horkruks namieszał mu w głowie i uciekł, kiedy ty uciekłaś. Teraz ucieka z biura przed sukcesem. Nigdy nie wyciągnął wniosków. Zupełnie jak ty.

- Ja?

- Taka mądra z ciebie czarownica, ale kiedy zaczyna się temat Rona, kompletnie tracisz głowę.

- Nie wiem co mam zrobić

- Uciec. Sprawić, by on uciekł. Albo zmienić go tak, by nadawał się na twojego męża.

- Niby jak….

- Po mugolsku – Harry podał jej mały fragment pergaminu z wykaligrafowanym nazwiskiem. – Będzie czekał na ciebie w poniedziałek o trzynastej.

- Kto to jest?

-Terapeuta. Zajmuje się pomocą aurorom i członkom patrolu, którym siadły nerwy. Gotów jest jednak podjąć się terapii przedmałżeńskiej.

- Powinnam była wyjść za ciebie.

- Trzeba było myśleć o tym każdego dnia od wigilii i wizyty w Dolinie Godryka. Nie teraz.

- Wtedy sądziłam, że popełniliśmy błąd.

- Dlatego dzisiaj jesteś moja najlepszą przyjaciółką, która musi przepracować pewne sprawy ze swoim potencjalnym przyszłym narzeczonym – skierował ich kroki z powrotem do domu.

 

 

 

 

Za chwilę zaczynamy….

01 wrz

Witajcie po wakacyjnej przerwie. Przyznam szczerze, że stęskniłem się za wami i za Harrym.

Na wstępie chcę was przeprosić za poważny błąd czasowy, jaki popełniłem pod koniec tamtego roku, gdy mały Freddy (Syn Georga i Angeliny) urodził się po 7 miesiącach. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Sam opis wyglądu chłopca, jakkolwiek będzie niesamowity, to jak najbardziej autentyczny, gdyż w swoim życiu spotkałem dokładnie tak wyglądające dziecko – sami się przekonacie „jak wyglądające”.

Czas płynie i na świecie pojawia się coraz więcej dzieci, które nie poznały okrucieństwa wojny. Dorasta nam też Teddy, który będzie potrzebował kogoś więcej niż tylko babcia i będzie nie raz pytał, czemu Victorie i Freddy mają rodziców i gdzie jego mama i tata.

Największe zło zostało pokonane i magiczny świat łapie wreszcie oddech i zaczyna się bawić, więc i my będziemy się w tym roku bardziej bawić. Wrócimy trochę do korzeni opowieści, gdzie wszystko było kolorowe i radosne, a czarnoksiężnicy byli tylko wspomnieniem.

Będzie więcej Teddyego, więcej Quidditcha, Nory, dzieci, Niespodzianek Weasleyów i przygotowań do największego ślubu dziesięciolecia, a mniej aurorstwa, śledztw i walk. Mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić.

Chcę też skupić się trochę na jeszcze nieopowiedzianych przeze mnie, a często szokujących historiach jakie co jakiś czas serwuje nam J.K Rowling. Niektóre z nich sprawiają, że moje opowiadanie staje się niezgodne z jej wizją dalszych wydarzeń (np. losy Malfoyów), którym według JKR na zawsze wybaczono. Są jednak i takie historie, które mogę i będę włączał w opowieść, jak choćby to, że małżeństwo Hermiony i Rona było trudne i nieudane i Hermiona powinna była poślubić Harrego, ale jak wierzy JKR z pomocą terapeuty Ron z Hermioną mogą przepracować swoje problemy i wyjść na prostą. Inną historią jest sugestia pewnego dziennikarza, że między Harrym i Hermioną podczas szukania Horkruksów mogło do czegoś dojść gdy nie było Rona. JKR powiedziała, że to możliwe i nie wykluczone, więc i ja nie zamierzam tego wykluczać ;)

Jest wiele innych historii, które Rowling opowiedziała nam, szczególnie w ostatnim czasie, a ja zamierzam je opowiedzieć wam. Tak więc za chwilę zaczynamy :)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS