RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2015

Wilk z Redwood :))))

16 lip

wilk z redwood_okladka

Czy wiecie, że podobno Powieści fantasy dla nastolatków częściej piszą kobiety, niż mężczyźni. Szczególnie, jeśli bohaterami są nastolatkowie?

Dlatego właśnie będę autorem publikującym pod pseudonimem, Ann Lee.
„Wilk z Redwood” pojawi się w księgarniach jako ebook jeszcze w lipcu. Jak tylko się to wydarzy od razu was poinformuję. Fragmenty tej książki mieliście już okazję czytać, gdyż jest on pierwszym tomem Tajemnicy Redwood, której wyrywki publikowałem na blogu.

W tej chwili pracuję nad „Dziewczyną w Czerwieni”, czyli drugim tomem Tajemnicy Redwood, oraz powieścią klimatem zbliżoną do trylogii „Niezgodna” i „Igrzyska Śmierci”. Czyli lekkie SF dla nastolatków osadzone w świecie postapokaliptycznym.

Mam nadzieję, że skusicie się na moją powieść, mimo że to na chwilę obecną tylko ebook. Gdy tylko się ukaże podrzucę link do księgarni.

Pozdrawiam was Pottermaniakowo.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Lepiej późno, niż wcale. (tytuł oryginalny: Dzień dobry, kocham cię).

06 lip

Rozdział ze specjalną dedykacją, dla mojej wiernej czytelniczki, przyjaciółki i korektorki, Nikitki.
Wychowuj nam kolejne pokolenie fanek HP :)

 

- No więc, kochanie. O czym rozmawiałeś z McGonagall? – Ginny stała boso na kamiennej podłodze kuchni przy Grimmauld Place 12 ubrana w samą podomkę. Od kiedy zakończył się sezon w amerykańskiej lidze quidditcha i całe dnie nie miała co robić, uparła się wstawać o poranku z Harrym, by zjeść z nim śniadanie, nim wyjdzie do pracy.

- O niczym konkretnym. Chciała podziękować, że zechciałem zrobić ten wykład dla OWUTEM’iaków.

- Kłamczuch.

- Nie kłamię. Przecież wiesz ile mnie namawiała, nim się zgodziłem

- Kłamiesz, a wiesz skąd wiem? Wiem bo masz taki długi nochal, taki długi, że zaczyna ci się tu.

- Tu mi się kończy – poprawił ją z uśmiechem, gdy stukała go w czubek nosa.

- Tu ci się zaczyna, a kończy ci się, on ci się kończy… w najgłębszych piwnicach Gringotta, Pinokio.

- Na bogato – uśmiechnął się jeszcze szerzej, odsłaniając przy tym wszystkie zęby.

- Nie chcesz to nie mów. Twoja wola, aurorze.

 

Harry w milczeniu przyglądał się, jak Ginny myje szklanki niczym rodowita mugolka. Twierdziła, że takie systematyczne, powtarzalne zajęcia relaksują ją i pozwalają się oderwać od rzeczywistości. Nie rzeczy rzeczywistość ją irytowała, czy męczyła. Czasami dobrze jest pozbyć we własnym świecie.

- Myślałaś może nad datą ślubu? – spytał po minucie milczenia. Wycierana właśnie do ucha szklanka wyśliznęła się z dłoni Ginny, odbiła od kantu zlewu i roztrzaskała na tysiące diamencików o kamienną podłogę.

- S s słucham? – Ginny wykrztusiła z siebie, patrząc na Harrego oczami wielkości Galleonów.

- Czy myślałaś nad datą naszego ślubu?

- Oczywiście, nie raz. Trudno nie myśleć o sylwestrze spędzonym na plaży Kiribati.

- Mam na myśli datę ślubu tutaj, obiecaliśmy twojej mamie.

- Daję fory Georgowi i Angelinie. Potem się pomyśli.

- Co byś powiedziała na pierwszy weekend lipca?

- Za tydzień! – Krzyknęła tak głośno, tonem tak wysokim, że Hektor zjeżył się i z głośnym prychnięciem czmychnął z kuchni, a śpiący w kącie Łapa poderwał się ujadając wściekle, gdyż obudzony z głębokiego snu nie wiedział jeszcze co się dzieje – Widzisz co narobiłeś! – Ginny warknęła na Harrego, jakby to była jego wina, że Łapa potrzebował teraz porządnego wygłaskania.

- Jego głaszczesz, a mnie nie pogłaszczesz – Harry mruknął znad kubka herbaty, przypominając sobie obrazek z jednej z mugolskich gazet.

- Nie za tydzień, tylko za rok.

- Skąd ci przyszła do głowy tak dokładna data aż za rok? To szmat czasu na załatwienie takiej sprawy.

- Bo niełatwo o dobrą salę weselną w krótszym terminie.

- Bill i Fleur brali ślub w ogródku Nory, nie powiesz mi, że mama każe sobie rezerwować termin wystawienia namiotu na rok do przodu.

- Mama nie, ale już np. Parvatti ma zajęte terminy u siebie w klubie nawet na dwa lata do przodu i nie udało mi się nic wynegocjować, a McGonagall potrzebuje kilku miesięcy na urobienie rady nadzorczej, by wydali odpowiednie pozwolenie. – Słowa Harrego nie od razu dotarły do umysłu Ginny. Przy całej swojej błyskotliwości potrzebowała kilku chwil, by przetrawić to, co właśnie usłyszała.

- Chcesz wziąć ślub w Hogwarcie?!

- Czemu by nie.

- Ale po co. Skąd ty nazbierasz tylu gości, nasi goście pomieszczą się z łatwością w Norze, może nawet w chatce Hagrida by się pomieścili.

- No nie wiem, nie wiem. Jedna z czołowych zawodniczek trzeciego zespołu ligi amerykańskiej. Nominowana do nagrody najładniejszej zawodniczki sezonu. Była Harpia. Była aurorka i członkini Gwardii Dumbledore’a. Ścigająca reprezentacji Gryffindoru. Myślę, że sporo osób zechce wpaść na twój ślub.

- Z aurorem Harrym Potterem, który każdego dnia czyni nasz świat bezpieczniejszym, był kapitanem reprezentacji Gryffindoru, zdobył tytuł najbardziej pożądanego kawalera magicznej Wielkiej Brytanii i w międzyczasie znalazł chwilę by pokonać Sam Wiesz Kogo i w dodatku jest przyjacielem ministra magii. To faktycznie może być spora lista gości.

- Czyli zgadzasz się na ten pierwszy weekend lipca?

- Może być, ale nie powiesz mi, że McGonagall zgodziła się na to, w zamian za jedno wystąpienie przed uczniami.

- Nie zupełnie – Harremu wyraźnie zrzedła mina. – Przez cały przyszły rok, co tydzień w środę będę prowadził w Hogwarcie pogadanki i klub pojedynków. – Ginny nie wytrzymała. Wybuchnęła histerycznym śmiechem.

- Przepraszam, ale wiem jak kochasz publiczne wystąpienia – wydyszała ocierając łzy.

- Dziękuję za wsparcie. Małżonko.

- Mów mi tak za rok. Najpierw muszę zdjąć zaklęcie zwodzące z pierścionka – wysunęła w jego stronę dłoń ze złotym pierścionkiem stylizowanym w smoka, który kupił dla niej jeszcze w Chinach – i poświecić nim odrobinę publicznie.

- Tyle razy dostałem różnymi zaklęciami, że pamięć może mnie zawodzić, ale zdaje się, że obiecałem Gregowi wyłączność na tą historię.

- Czyli moja rodzina dowie się o naszych zaręczynach i ślubie z artykułu w Playbooku?

- Bardziej zakładam, ze z jego okładki, ale spokojnie. Przecież oni już i tak wiedzą, że wzięliśmy ślub.

- Nie powtarzaj tego przy mamie i uciekaj.

- Bo rzuci na mnie zaklęcie?

- Bo się zaraz spóźnisz do pracy! – Wrzuciła do kominka odrobinę zielonego proszku. Faktycznie, była najwyższa pora, by poleciał do pracy. Nawet szef Zespołu Szybkiego Reagowania powinien od czasu do czasu pojawiać się w pracy o czasie i bywać na odprawach, a te domolubnemu Harremu zdarzało się omijać, kiedy Ginny była blisko.

 

Wystarczyło, by za Harrym zgasł ostatni ze szmaragdowych płomyczków, by pozostawiona sama sobie Ginny zjechała na podłogę siadając z głową między kolanami i oddychając głęboko. Do ślubu był ponad rok, a ona miała potężny atak paniki i powtarzanie sobie „co robisz głupia” w niczym nie pomagało. Miała 365 dni na kupienie sukni, zamówienie tortu, ułożenie listy gości, wymyślenie jaką chce fryzurę i kto ma zostać jej druhną. JA NIE ZDĄŻĘ!!!! tłukło jej się po głowie. Rok to stanowczo zbyt mało czasu na zorganizowanie wszystkiego. Kiedy tak siedziała starając się uspokoić walące serce i z całych sił powstrzymując łzy, coś coś miękkiego i obleśnie mokrego przejechało jej od ucha przez całe czoło aż po czubek głowy. Zazwyczaj by się wzdrygnęła, teraz jednak tylko zachichotała.

- Jak coś pójdzie nie tak, to ich wszystkich zjesz – odpowiedział jej krótki, rozbawiony szczek. Siedzenie na kamiennej podłodze niczego nie załatwi, co najwyżej mogła złapać wilka. Trzeba było się ubrać i ruszyć do miasta na łowy. Tylko najpierw potrzebowała małych konsultacji z mężatymi psiapsiułkami. Dzień zapowiadał się znacznie ciekawiej, aniżeli gdy wstawała. Wtedy mogła liczyć tylko na co nieco z Harrym. Teraz czekał ją dzień pełen zabaw. Zerwała się na równe nogi i popędziła się przebrać, po drodze przeskakując nad kotem, który uciekłszy z kuchni uznał, że spocznik schodów do najlepsze miejsce do spania, jakie znajdzie w całym domu.

 

W tym samym czasie Harry szedł przez wyludnioną salę kwatery głównej aurorów. Nigdzie nie było ani żywej duszy. Cisza, spokój, można było usłyszeć przelatującą muchę. Taki spokój nigdy nie zwiastował dobrze.

- No, jesteś wreszcie. Marietta syknęła na jego widok. Właśnie miałam do ciebie pisać. Już się zaczęło – podbiegła do niego i pociągnęła go za łokieć.

- Co się zaczęło?

- Odprawa.

- Wielkie mi co. Odprawy są codziennie i świat się od mojego spóźnienia jeszcze nie zawalił

- Dzisiaj może się zawalić. Chodź – pociągnęła go mocniej.

Sala odpraw po brzegi wypełniona była aurorami. Byli na niej chyba wszyscy oficerowie biura. Nawet ci, którzy mieli tego dnia wolne i ci, którzy na co dzień pełnili swoje funkcje w odległych zakątkach kraju wcale biura nie odwiedzając. Pomimo, że Marietta starała się by byli jak najciszej Urquhart i tak zauważył ich pojawienie się i zmierzył Harrego wzrokiem wściekłego jastrzębia. O dziwo to nie on prowadził odprawę.

- …. Ma w tej chwili około 40 członków. Na stałe w Wielkiej Brytanii rezyduje dwunastu. Pozostali przylatują w razie potrzeby z kwatery głównej. W ostatnich tygodniach przed moim odejściem zaczęły też działalność zagraniczne przybudówki.

- Zagraniczne przybudówki? – Harry zwrócił się do Marietty odrobinę głośniej, aniżeli zamierzał.

- Tak, Harry. Zagraniczne przybudówki – Ron przerwał swoją wypowiedź. – Wiedziałbyś o czym mowa, gdybyś raczył zjawić się na czas. To zresztą będzie twoje zadanie. Popytać swoich znajomych, co piszczy w trawie. Przynajmniej pierwsza część zadania

Ron jeszcze nigdy nie prowadził odprawy w sumie to rzadko zdarzało się, by poranną odprawę prowadził ktoś inny niż Urquhart, lub któryś z jego zastępców. Tylko raz prowadził ją Harry. Raz, bo nawet jeśli kroiła się jakaś grubsza akcja, to odprawy odbywały się wtedy w gronie oficerów biorących udział w operacji. Nie w obecności całego biura.

- Dlaczego nie podjęliśmy akcji zaraz po pańskim powrocie? – Padło pytanie od jednego z młodszych aurorów, młodszego nawet od Rona.

- Informację o położeniu bazy i liczbie przebywających tam terrorystów uzyskałem na dwa dni przed aresztowaniem mnie przez nierozgarniętych członków Patrolu Przestrzegania Prawa i jestem pewien, że jakkolwiek informacja o lokalizacji była prawdziwa, to samo jej przekazanie było zasadzką, mającą na celu sprawdzenie, czy nie jestem tym kim byłem, czyli wtyczką. Miałem zamiar przeczekać, aż sytuacja się uspokoi i stracą czujność. Niestety Patrol mnie zgarnął i nawet gdybym wrócił, moja przykrywka byłaby spalona. Ustaliliśmy z szefem biura i szefem departamentu, że przeczekamy, spokojnie zaplanujemy akcję i uderzymy, kiedy nie będą się tego spodziewać. W akcji weźmie udział całe biuro. Każdy jeden z was poleci i zaatakuje. – ruchem różdżki wyczarował mapę z rozrysowanym na niej planem otoczenia, jakiegoś budynku.

- Baza leży na przedmieściach. I należy założyć, że otaczające budynki mogą również być zajęte przez członków Mrocznej Ligii. Podzielmy się na pięć zespołów. Zespół pierwszy i drugi wylądują w miasteczku. Tu i tu i zaczną przesuwać się powoli w kierunku tych budynków, wskazał na mapie dwa podłużne kształty. Są to dwa trzypiętrowe mugolskie bloki mieszkalne, ale należy założyć że nie tylko. Zespół trzeci wyląduje około dwa kilometry na północ, za rzeką jest niewielki Park. Tam zaczekacie skryci pod drzewami w oczekiwaniu na sygnał. Zespół czwarty wyląduje na wschodzie. Mecie tam dość rzadki las. Przemieścicie się około pół kilometra od przeciwnika, w to miejsce – wyczarował różdżką czerwony X na mapie. Jest to wzgórze w lesie, położone mniej więcej dwa i pół kilometra od bazy. Będziecie mieli dobry ogląd na sytuację i mogli kontrolować, jeśli przeciwnik zechce się wycofywać, lub przebić w którąś ze stron.

- Czemu z tej strony nie nacieramy? – Ziva zapytała przytomnie.

- Od strony miasteczka mamy budynki, najbliższe z nich znajdują się około 150 metrów od bazy, więc zespoły będą ukryte do ostatniej chwili. Park jest niedaleko od bazy, za rzeką i otoczony gęstym parkanem. Ten zespół zaatakuje z opóźnieniem i będzie miał do pokonania relatywnie mały odcinek. Na wschód przez dwa kilometry jest czysta, otwarta przestrzeń, zero osłony zarówno dla nacierających jak i wycofujących się. Obie strony będą tam, jak kaczki.
Zakładam, że na bazę nałożone są zaklęcia antyaportacyjne, oraz jakiegoś rodzaju alarm o aportacji. Nie wiem, jaki mogą mieć zasięg, ale przy odrobinie szczęścia mniejszy niż odległość do parku. Piąty zespół wyląduje tutaj. Dwadzieścia metrów od budynku, bezpośrednio za płotem. Zadaniem tego zespołu będzie zainicjowanie konfrontacji i skupienie na sobie uwagi przeciwnika. Kiedy padną pierwsze zaklęcia, do akcji wchodzą zespoły jeden i dwa, a po nich trójka, która odczeka na rozdzielenie się walk. Zespół czwarty obserwuje i koordynuje. Od rozpoczęcia ataku przez piątkę macie dokładnie kwadrans. Jeśli nie uda wam się zdobyć w tym czasie zdobyć bazy przeciwnika deportujecie się. Bezwzględnie i bezdyskusyjnie opuszczacie teren.

- Mamy w piętnaście minut zdobyć obiekt? Przecież trzeci zespół musi przebiec pół kilometra.

- Trzeci zespół będzie miał około dziesięciu minut – Ron poprawił Pascala. – Proszę nie zapominać, że wkracza w trzeciej kolejności.

- Dlaczego mamy tylko tyle czasu?

- Bo zapewne nie dostaliśmy autoryzacji do tego ataku i musimy się wycofać, nim pojawią się miejscowe władze – Ziva odpowiedziała za Rona. – Gdzie jest ta baza?

- W Alcie. To północna Norwegia – po sali poniósł się szum.

- Kiedy wyruszamy? – Pascal indagował dalej

- Gdy tylko podzielimy się na zespoły. Jedynka i jedynka dwójka i czwórka powinny ruszyć góra za kwadrans. Trójka pięć minut później. Piątka deportuje się jako ostatnia, gdy tylko oczyścicie teren i od razu wkroczy do akcji. Jeśli ktoś zostanie ranny natychmiast deportuje się z powrotem, jeśli ktoś zostanie znokautowany najbliżej znajdujący się autor deportuje jego i siebie z powrotem. Nikogo nie zostawiamy za sobą.

- Dlaczego nie poczekamy z akcją do nocy?

- Harry, zechcesz na to odpowiedzieć? – Ron spojrzał na przyjaciela.

- O tej porze roku w północnej Norwegii noc nie zapada wcale. Jeśli chcielibyśmy czekać do nocy akcję trzeba by przeprowadzić pod koniec września.

- Dziękuję ci. Dowódców i skład zespołów jeden cztery wyznaczy Urquhart. Piątka. Harry, twój zespół jest piątką – Marietta ciężko przełknęła ślinę. Ramirez z Zivą uśmiechnęły się szeroko. Harry jedynie sztywno kiwną głową. Jeśli miał rację, czekała ich niezła jatka. Do roboty drodzy państwo – zaklaskał w dłonie. Do przodu wystąpił Urquhart, by podzielić aurorów na zespoły.

 

Łapa leżał cierpliwie, niczym czarny włochaty sfinks, podczas gdy dziewczynki wspinały się na niego, ciągnęły za ogon, uszy i wczepiały swoje małe paluszki w futro. Pozostawał niewzruszony, kiedy podnosząc mu chrapy, oglądały śnieżno białe, ostre niczym sztylety zęby. Hanna początkowo z niepokojem przyglądała się wyczynom swoich córek na kudłatym potworze, ale beztroski stosunek Ginny do takiego zachowania dziewczynek wkrótce udzielił się i ich matce.

- Więc, Harry postanowił się wreszcie z tobą ożenić i nawet wybrał już datę? – Hanna pociągnęła łyk kawy. Najwyraźniej dziewczynki nadal nie miały zamiaru dać jej się wyspać.

- Nie udawaj, że nie wiedziałaś – Ginny uśmiechnęła się krzywo, przewracając jednocześnie oczami. – Harry powiedział mi, że klub ma zajęte terminy na dwa lata do przodu, więc musiał pytać, a ta tu – skinęła na siedzącą na sofie Parvatti – która spaliła właśnie potężnego buraka. – O właśnie, o to i koronny dowód.

- No co, jakbyś chciała wiedzieć, to nie wiele się tutaj dzieje, więc każda plotka jest na wagę złota.

- Powiedziała ta, co całe noce spędza w najbardziej kontrowersyjnym klubie w kraju.

- Jaki kraj, takie kontrowersje – Parvatti wydęła usta.

- Nie zrozum mnie źle, Ginny. Cieszę się, że cię widzę, ale tak rzadko tutaj wpadasz, że muszę cię zapytać. W czym mogę ci pomóc?

- No wiesz.

- No wiem. Co takiego sprowadza cię do mnie? – Ginny otworzyła usta by zaoponować, ale po chwili zmieniła zdanie.

- Potrzebne będzie mi kobieca rada.

- Zakupy? – Oczy Hanny zapłonęły

- Zakupy – Ginny przyznała z delikatnym uśmiechem.

- No skoro masz być narzeczoną Harrego Pottera, to faktycznie przyda ci się trochę nowych ciuchów, no i trzeba o czymś białym dla ciebie pomyśleć – Parvatti była równie uradowana co Hanna.

 

Ludzie się dziwnie na nie patrzyli, gdy tak szły ulicą. Trzy młode kobiety i dwoje dzieci, prowadzone przez ogromnego psa. Był ostatni weekend czerwca. Ledwie dzień wcześniej zakończył się rok szkolny w Hogwarcie, a ulica Pokątna już tętniła życiem i huczała niczym wnętrze ogromnego ula, po brzegi wypełniona dziećmi i młodzieżą, które tylko sobie znanymi sposobami wykradły z domowych zapasów potężne porcje proszku Fiuuu przenosząc się wprost na tą pełną magicznych gadżetów ulicę.

Dawna lodziarnia Floriana Fortescue, teraz prowadzona przez jego córkę i zięcia wypełniona była po brzegi, zupełnie jak przed wojną. Goście zapełniali nie tylko jej wnętrze i wystawione na werandzie stoliki, ale i oblegali ulicę, racząc się najlepszymi lodami pełnymi magii. 35 stopni Celsjusza na termometrach służyło interesom.

Kilkunastu młodych chłopców przyklejało się do szyby sklepu z markowym sprzętem Quidditcha choć od czasu wciąż bajecznie drogiej Błyskawicy nie wymyślono niczego naprawdę rewolucyjnego. Chłopcy to jednak chłopcy i im takie rzeczy nigdy się nie nudziły.

Pomimo ostatniego roku spędzonego na grze za oceanem, Ginny nadal cieszyła się popularnością wśród kibiców Quidditcha, którzy chętnie zdobyliby jej autograf. Obecność ogromnego Łapy skutecznie odstraszała jednak większość z nich. Większość. Gdyż małe dzieci nie wiedzą co to strach i niebezpieczeństwo i bez chwili wahania przebiegały obok czarnego potwora do swojej idolki. Nie można powiedzieć, by młoda ścigająca miała coś przeciw takiemu zainteresowaniu, choć co chwila przerywało jej to rozmowę z przyjaciółkami.

Nie minął kwadrans, a zmęczone niesieniem dziewczynek kobiety, świadome że tak małe nóżki mogą wciąż nie podołać trudom długiego spaceru, usadziły małe Longbottomki na plecach psa, który bez trudu mógł im służyć za konia.

Upolowanie ładnego i modnego stroju na ulicy Pokątnej do zadań trudnych nie należało, choć z drugiej strony zakupy ubraniowe u kobiet nigdy do spraw szybkich i łatwych nie należą i to niezależnie od tego, czy są one mugolkami, czarodziejkami czy górskimi trolicami. Po obu stronach ulicy jeden przy drugim, niczym grzyby po deszczu powyrastały sklepy i butiki z ubraniami, przetkanie zakładami krawieckimi, w których można było zamówić najróżniejsze stroje i fasony. Madame Malkin dawno przestała już wyznaczać czaro-modowe trendy w Wielkiej Brytanii. Młode czarownice z coraz większą jednak rezerwą podchodziły do tradycyjnych strojów magików, z rosnącym zainteresowaniem spoglądając ku mugolskim sklepom za drzwiami Dziurawego Kotła. Niewątpliwie wielki wpływ na to miały mugolaki, które rok rocznie przyjeżdżając do Hogwartu mogły się pochwalić kolorowymi ubraniami w dziesiątkach wzorów i fasonów. Czymś, czego najbardziej nawet postępowy krawiec magiczny zaoferować nie mógł. Oczywiście takie zakupy do tanich nie należały, a gobliny z banku Gringotta z uciecha zacierały ręce licząc Galleony, które zostały im w kiesach, po każdej wymianie na funty. Nic dziwnego, że kolejnym, tłumnie obleganym miejscem na Pokątnej – tym razem niemal wyłącznie przez kobiety – był butik o wiele mówiącej nazwie „Muggle Me”. Nocy, wspaniały interes Dracona Malfoya.

Zostawiając psa przed drzwiami, uprzednio wyczarowawszy mu miskę z zimną wodą i spory parasol nad głową – mina Łapy wyrażała wielkie niezadowolenie, trudno jednak powiedzieć, czy było to związane z pozostawieniem na dworze, czy tęczowym parasolem nad głową – dziewczęta weszły do sklepu. Choć była tu po raz pierwszy, Ginny z miejsca poczuła się, jak w swoim ulubionym mugolskim sklepie odzieżowym w Londynie, gdzie po imieniu już była z ekspedientkami. Wszędzie stały obrotowe wieszaki zawieszone dziesiątkami bluzek, na ścianach wisiały długie rzędy spodni wykonanych z najróżniejszych materiałów, według dziesiątek kolorów i we wszystkich kolorach tęczy. Obok można było upolować przepiękne spódnice i sezonowe, idealne na tą pogodę zwiewne sukienki. Wszystko to zaś było w kosmicznych cenach, choć jak Ginny przeliczyła w pamięci i tak korzystniejszych, aniżeli te po kursie wymiany u Gringotta. Sądząc po liczbie dziewcząt krążących wewnątrz, większość nie przyszła jednak tu kupować, a po lansować się, gdyż „Muggle Me” było aktualnie na topie.

- W czym mogę pomóc trzem najbogatszym nastolatkom magicznej Anglii, z których wszystkie przyszło mi znać – był to głos nikogo innego, a samej Hermiony Granger.

- Nie jesteśmy najbogatszymi nastolatkami, chyba – Hanna zawahała się w swojej wypowiedzi.

- Powinnam ująć to inaczej. Trzem najbogatszym, które swoje pieniądze zawdzięczają ciężkiej pracy. Nie obraźcie się,tylko to był taki żart – Hermiona skapitulowała, widząc niewyraźne miny koleżanek. – Zapytałabym, co was sprowadza do „Muggle Me”, ale to byłoby raczej retoryczne pytanie, zapytam więc w szym mogę wam pomóc, drogie panie.

- Pracujesz tutaj? – Parvatti zapytała z lekkim niedowierzaniem.

- Tak się kończy rzucanie pracy w ministerstwie i uciekanie w siną dal. Głupia ja, ale nie narzekam – szybko machnęła różdżką w stronę kasy fiskalnej, gdzie zaczął się już ustawiać wężyk klientek, a druga ekspedientka najwyraźniej nie do końca dawała sobie radę. Kasa wybiła rachunek, należność wyfrunęła z dłoni klientki, a w przeciwnym kierunku poszybowała reszta. – Szukacie czegoś konkretnego, czy wpadłyście się tylko rozejrzeć?

- Ginny potrzebuje trochę nowych strojów, a i ja chętnie zobaczę, jakie trendy kreuje się teraz w modzie, nim przeczytam o tym w Playbooku.

- Czytasz Playbooka?! – Hanna niemal krzyknęła zszokowana, sprowadzając na nie wzrok części klientek.

- Co się dziwisz. Jako partnerka redaktora naczelnego zawsze mam dostęp do najświeższego numeru, a czasami kończy mi się kobieca prasa. Nie ukrywam też – powiedziała już bardzo ściszonym głosem – że oglądanie nagich kobiet potrafi być bardzo stymulujące.

Przyjaciółki przez chwilę milczały nie wiedząc, jak mają zareagować. Na pewno zaś żadna z nich nie chciała w tej chwili wyrażać swojej opinii w tym temacie.

- Ginny – Hermiona pierwsza wyrwała się z osłupienia. – Przyznam ci szczerze, choć powinnam nasz sklep nieustannie zachwalać, ale uważam, że masz lepszy styl i mugolskie ciuchy, niż my oferujemy.

- Wiesz, jakoś nie mam ani ochoty ani czasu chodzić po mugolskich sklepach. A tak, była przynajmniej okazja do spotkania się z dziewczynami.

- Dobrze, coś ci na pewno wybierzemy.

- Ale musi być świetne, bo Ginny będzie teraz bardzo fotografowana.

- Czemu.

- Bo za… – W tym momencie Parvatti została pociągnięta za swoje niesamowicie długie włosy – …auła.

- Ciszej – Ginny syknęła przez zęby. – Harry postanowił „oficjalnie” się oświadczyć – szepnęła do Hermiony, kładąc nacisk na słowo oficjalnie, jako że przyjaciółka doskonale wiedziała o ślubie na egzotycznej wyspie. Który przegapiła, przez łóżkowe igraszki z Ronem. W odpowiedzi mugolaczka klasnęła w dłonie, pociągając rudą przyjaciółkę w głąb sklepu.

Wybieranie stroju dla Ginny było proste. Młoda czarodziejka doskonale wiedziała, co jej się podoba, a czego nie założy na pewno, dokonując szybkiej selekcji asortymentu Dracona. Już wkrótce opuszczała butik z kilkoma papierowymi torbami strojów na każdą okazję i klimat. Najbardziej zaś zadowolona była, ze stroju, który Hermiona musiała jej początkowo wciskać niemal że przemocą fizyczną. Żarówiasto pomarańczowych jeansów rurek, długich czarnych botków na bardzo wysokim obcasie na całej długości wiązanych na srebrne haftki i jadowicie zielonego rozciągniętego topu z logiem Muggle Me, który akurat jej się podobał, a Hermiona dorzuciła gratisem, będąc niemal pewna, że Draco wcale to a wcale się nie obrazi, mimo że top ten kosztował ciężkie Galleony, jako symbol designu. Hermiona uparła się także, że musi odwiedzić garderobę przyjaciółki, bo gdy tylko zaczną o niej trąbić wszystkie magiczne media, butik musi mieć stroje, które pozwolą fankom na wzorowanie się na stylu Ginny.

Całe spotkanie z przyjaciółkami płynęło niezwykle szybko. Może nawet zbyt szybko, a już się żegnały musząc porzucić Ginny umykając do czekającej je pracy, tak że obiad mogła już spędzić u mamy.

Lato w Norze było przepiękne, jak zawsze i choć dom nie tętnił już życiem, jak przed laty, a wszystkie dzieci miały już własne życia, a nawet rodziny i opuściły rodzinne gniazdo, to wciąż dobrze było wracać do mamy. Ginny długo miała napięte stosunku ze swoją matką. Przez pewien czas nie miała ich z głowa wcale, za co ona obwiniała matkę, podczas gdy Molly uważała, że wszystkiemu winny jest Harry. Wolała jednak tej opinii nie wyrażać w obawie przed ponowną utratą córki, a i młodemu aurorowi wybaczyła jego – jak to nazywała – zapalczywość, która doprowadziła do wyprowadzki Ginny na Grimmauld Place. Jakby na to nie patrzeć, Harry spędził w latach szkolnych trochę czasu w tym domu i zawsze był taki grzeczny i dobrze wychowany. Przez otwarte okna kuchni do wnętrza domu przedostawał się cudowny trel dziesiątków ptaków kryjących się przed słońcem na gałęziach pobliskich drzew i pod krzewami. Kury gdakały z zadowoleniem, wygrzebując sobie z ziemi kolejne robaczki, a Łapa szczekał radośnie, zawzięcie uganiając się za gnomami.

- Jak tak dalej pójdzie, to twój pies tak przestraszy mi gnomy – Molly pociągnęła łyk mrożonej herbaty, że już nigdy nie będzie mi potrzebne odgnamianie.

- Musisz mu wybaczyć. Spacery po Londynie, choćby nawet najdłuższe, to za mało dla takiego psa, a ciągłe deportacje gdzieś za miasto, tylko po to by porzucać mu kijem potrafią być dobijające. Ile razy można rzucić ten sam kij i patrzeć, jak Łapa przynosi go z tą samą radością w oczach. Z jednej strony to zabawne. Z drugiej człowiek wraca i pada na łóżko nie zdejmując nawet butów.

- A mimo to nie odwiedzasz z nim starej matki, która spędza całe dnie na szydełkowaniu.

- Skończył się sezon, jestem codziennie w domu, będę cię odwiedzała o wiele częściej.

- Obiecujesz?

- Z ręką na sercu. Mamo. Poza tym, potrzebna będzie mi twoja pomoc.

- O proszę, a w czym to moja niezwykle samodzielna córka potrzebuje pomocy starej matki.

- Skończ z tą starością, bo uwierzyłabym, jakbyś nie miała wnuków i się w ten sposób o jednego upominała, ale wnuki masz…

- I potrafią mnie zamęczyć nie mniej, jak ciebie Łapa.

- Jestem w stanie w to uwierzyć. Wiem, jak męczący potrafi być Ted, a jest przecież starszy i rozumie, jak mówi mu się „dość”. O ile Harry w ogóle jest zdolny mu to powiedzieć, bo zazwyczaj ja wychodzę na wyrodną ciotkę.

- Harry daje Tedowi to, czego nie mógł

- Mu dać Syriusz. Tak wiem. Tym nie mniej. Rozpuszcza go i będzie miał potem problemy wychowawcze.

- Ja dałam radę zgrai własnych Weasleyów, to wy sobie poradzicie z jednym Lupinem od czasu, do czasu.

- Gorzej, jeśli nasze dzieci będzie rozpuszczał tak samo – na tą deklarację swojej córki Molly zachłysnęła się herbatą i rozkaszlała.

- Czy ty, wy? – Wychrypiała, oczy jej łzawiły, a twarz poczerwieniała, nie ze złości, a chwilowego bezdechu, jaki ją spotkał.

- Spokojnie, mamo. Mówię o przyszłości. Zresztą najpierw ślub.

- Jeśli kiedykolwiek go doczekam.

- Doczekasz. Datę ustaliliśmy na drugi weekend lipca.

- Na kiedy!!!! – Moly aż poderwała się z krzesła.

- Za rok! Mamo, za rok! – Ginny również się poderwała, w obawie, że matka zemdleje, albo co gorsza dostanie jakiegoś napadu. – Kurczę, muszę zacząć tą datę w inny sposób podawać.

- No chyba – pani Weasley ciężko opadła na krzesło. – Czyli ślub za rok. Tata będzie musiał zamówić namiot do ogrodu i będę musiała zawczasu ostrzec chłopców, że mają obowiązek wysprzątać dom na ślub siostry.

- Wstrzymaj się, mamo. Harry załatwił nam już lokal.

- Tak? A gdzie? – Molly wydawała się nie do końca zadowolona, że jej zięć planuje taką ekstrawagancję.

- Widzisz. Harry jest aurorem i to znanym i ma wielu przyjaciół, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i za granicą. Ja też jestem odrobinę rozpoznawana. Może być sporo gości.

- Nasz ogród pomieści wszystkich. Najwyżej zamówimy więcej namiotów. Nie musicie płacić za jakąś salę.

- Nie płacimy i nie za salę…. McGonagall załatwiła… Mamy zgodę na ślub w Hogwarcie – dokończyła szybko, na jednym wydechu.

- W Hogwarcie? W szkole? Ale przecież, nie to nie możliwe. McGonagall, tak, ale Rada Nadzorcza. To łamie z tuzin przepisów.

- Harry ma specjalne względy, jakby nie patrzeć. Poza tym McGonagall mocno się targowała.

- Czyli jednak płacicie?

- Harry i to raczej poświęcenie, jak zapłata. Przez cały przyszły rok Harry będzie musiał co tydzień prowadzić zajęcia z uczniami w Hogwarcie – Molly wybuchnęła niepohamowanym histerycznym śmiechem.

- Jak tak, to ja się zgadzam – wykrztusiła i śmiała się dalej. Doskonale wiedziała ile cierpienia przysporzy Harremu taki układ. Pamiętała, jak niezadowolony był – przynajmniej w relacjach jej dzieci – kiedy wyprosili go o nauczanie ich w piątej klasie.

- To nie jest zabawne.

- O nie, córeczko. To jest bardzo zabawne.

- No dobrze. To jest zabawne, ale nie wypada się tak z niego śmiać.

- Obiecaj mi, że zrobisz mu zdjęcia, jak będzie uczył te dzieciaki. To dlatego go nie ma? Postanowił w samotności przygotować się do tego psychicznie? Medytuje, czy siedzi w barze?

- Jest w pracy, mamo. Jest w pracy. O, o wilku mowa – Ginny poczuła, jak jej bransoletka lekko wibruje, stając się cięższa. Harry rzucił na nią taki sam czar proteusza, co na odznaki noszone przez jego zespół, by móc się komunikować z podległymi mu aurorkami, oraz swoją ukochaną. – Ginny patrzyła na kolejne zdania, które pojawiały się na srebrnej bransolecie, coraz mocniej marszcząc brwi.

- Co się stało, kochanie?

- To nie od Harrego, to od Ramirez… Musze lecieć! – Poderwała się z miejsca, w trzech skokach dopadając drzwi do ogrodu.

- Co się stało?! – Matka wykrzyknęła za biegnącą córką.

- Zaopiekuj się Łapą! – deportowała się za furtką, nim jej słowa przebrzmiały.

 

- Harry Potter? – Zapytała zdyszana, silnym szarpnięciem obracając ubraną na biało kobietę.

- Słucham? – Kobieta odpowiedziała zszokowana.

- Harry Potter. Szukam auro…

- Ginewro! – Z końca korytarza dobiegł ją gardłowy głos kobiety. Ziva dawała jej znak ręką. – Złap dwa oddechy – powiedziała, łapiąc ją za ramiona – bo Harry zabije Ramirez, jak zobaczy cię w takim stanie. Mówiłam, żeby do ciebie nie pisała.

- Gdzie jest Harry?

- W pokoju zabiegowym.

- Co mu jest?

- Jak na mój gust? Mocno poobijane ego. Pielęgniarka właśnie składa mu kości – dokończyła widząc krzywe spojrzenie – lada chwila wyjdzie psiocząc na czym świat stoi.

- Biliście się? Z kim?

- My z Mroczną Ligą. On się nie bił i dlatego ma poobijane ego.

- Ale jest połamany.

- Bo wpadł na małe stado reniferów, które uznało, że najlepsza droga na wolność prowadzi po Harrym.

- Piłaś? Czy dali ci jakieś prochy?

- Jeszcze nic, a prochów nie potrzebowałam. Na akcji, jak posypały się zaklęcia, stado reniferów przy którym wylądowaliśmy wpadło w panikę i przełamało zagrodę, wpadając prosto na Harrego. Paradoksalnie, gdyby nie te Renifery, to straty mogłyby być większe, a tak uważam je za akceptowalne. Harry był jednym z mocniej rannych, a renifery osłoniły największy oddział w chwili natarcia i szumowiny do końca nie wiedziały skąd nacieramy.

- A gdzie Ramirez i Marietta? To nie ty pisałaś do mnie i jakoś nie sądzę, by Harry tobie kazał na mnie czekać.

- Ramirez jest z Mariettą. Ona oberwała mocniej. Nacieraliśmy od frontu, jako zespół. Najbardziej doświadczeni. Najlepiej wyszkoleni. Mieliśmy skupić na sobie uwagę. Mięso armatnie, jak mawiają mugole. Marietta znalazła się na otwartej przestrzeni, oberwała bombardą – Ginny zbladła. Nie widziała jeszcze człowieka, który oberwałby tym zaklęciem, ale wątpiła, by miał wylądować w szpitalu. – niezbyt celną, na szczęście. – Ziva kontynuowała, nie zwróciwszy uwagi na reakcję byłej aurorki. – Nie wiem w co celował ten facet, ale trafiłam go krucjatusem, gdy kończył skandowanie. Czar trafił ją prosto w kolano. To cud, że nawet nogi jej nie urwało. Ramirez dopadła do niej i deportowała do szpitala, Ja zgarnęłam Harrego, bo natarcie i tak już szło z innych kierunków i nie byliśmy potrzebni. Zadowolony raczej nie będzie.

- A jak mam być do jasnej cholery zadowolony, kiedy moja podwładna pozbawia mnie przytomności i deportuje do szpitala, choć mogę walczyć – Harry wyszedł z sali, rękę trzymając na temblaku.

- Polecenie było jasne, nie zostawiamy nikogo za sobą, niezdolni do walki się deportują. Nie przytomnych zabierają partnerzy. Nikt nie zostaje w tyle – Ziva beztrosko wzruszyła ramionami.

- Ale ja byłem zdolny do walki, a ty nas wycofałaś pozostawiając flankę bez natarcia.

- Na naszej flance nie było już żadnego natarcia. Sama na nic bym tam nie natarła, to była patowa sytuacja.

- Nie sama, też tam byłem.

- Dobrze. W półtorej czarodzieja, bo na więcej niż pół się nie nadawałeś. Nie mieliśmy żadnej szansy na natarcie.

- Ale mogliśmy powstrzymać ich wycofanie się w tą stronę.

- Przeszli by po nas, jak po gnomach ogrodowych, a ty leżałeś bez osłony – Harry milczał chwilę.

- Uważam jednak.

- Więc uważaj, skoro musisz, bo i tak dostaniesz opier za to, że się nie wycofałeś. Co ci musieli składać.

- Strzaskane przedramię, trzy żebra i skręcona kostka – Ginny syknęła. – Nie przejmuj się. Nie takie rzeczy mi się zdarzały.

- Powiedział zdolny do walki. Teraz tylko wyrok na Mariettę. Ramirez powinna zaraz wyjść.

- Ramirez zostanie z Mariettą na noc. Zajrzałem do niej. Ma całkowicie rozwalone kolano, żeby mogła chodzić musieli usunąć jej wszystkie kości i podać sporą dawkę Szkiele-Wzro. Musi jej odrosnąć cała noga. Wygłuszyli salę, bo klnie jak szewc.

- Ja mam papierek, że mogę iść do domu – zamachał kawałkiem pergaminu. – Więc ty zdasz raport w imieniu oddziału. Postaraj się tylko nie wywołać międzynarodowej afery – Ziva zasalutowała komicznie, odchodząc korytarzem. – Na nas też już pora, kochanie – pociągnął Ginny w przeciwnym kierunku.

- Wyjście jest tam – niepewnie wyciągnęła rękę w kierunku, gdzie zniknęła Ziva.

- Byłem tu tyle razy, że znam skróty.

- To nie jest zabawne!

- Ale ja nie żartuję. Zobaczysz, że będziemy w sali wejściowej przed Zivą – pociągnął Ginny do sali zabiegowej, z niewielką kozetką. Ginny zawahała się na chwilę, nie wiedząc, czy sobie nie żartuje, prowadząc ją w tamtą stronę. Zauważył jej reakcję, ale odczytał opacznie. – Nie. Nie tym razem, ale to jest ciekawy pomysł na kiedy indziej – również zzezował na wąskie łóżko i pchnął kolejne drzwi, gdzie był kolejny gabinet, prowadzący ich wprost na korytarz.

- George! Co ty tu robisz – Ginny wykrzyknęła zszokowana, kiedy wychodząc na korytarz wpadli wprost na jej brata. Harry posłał jej sójkę w bok, wzrokiem zwracając uwagę na zawieszoną u sufitu tabliczkę „Oddział położniczo-noworodkowy szpitala świętego Munga. – Nie. Poważnie?

- Mhm – George mruknął, najwyraźniej nie będąc w stanie wydać z siebie więcej dźwięków i spojrzał na drzwi sali porodowej, gdzie była Angelina.

______________________________________________________________________________________

Obiecałem trzy notki, udało mi się napisać dwie. Szczęśliwych wakacji, moi drodzy i do zobaczenia 5 Września.

 
 

  • RSS