RSS
 

Archiwum - Marzec, 2015

KacPotter

25 mar

 

­- Cześć wam! – Uderzenie zamykanych drzwi było niczym mała nuklearna eksplozja. Potem były coraz głośniejsze werble. Tylko kto odgrywa werble po, a nie przed wydarzeniem?

- Wróci… co do cholery! – Kiedy werble schodów ustały nastąpiła kolejna, znacznie bliższa eksplozja, kiedy worek podróżny upadł na podłogę. A jednak, werble były zapowiedzią.

 

- Ron! – Harry natychmiast pożałował podniesienia głosu. – Ron – powtórzył znacznie ciszej, podnosząc się do pionu. Tego również w tej samej chwili pożałował. Świat zawirował, a grawitacja ponownie sprowadziła go na podłogę. Dlaczego u diabła był na podłodze?!

- Ron! – Ginny powtórzyła za nim, zwinięta w kłębek na starym fotelu.

- Ron! – Neville zawtórował za dwójką przyjaciół.

- Szzz – Hanna niczym kocica przeciągnęła się po swoim mężu. – Obudzisz dziewczynki. Dziewczynki! – Wykrzyknęła, przypominając sobie o swoich córkach.

- Jak ktoś jeszcze raz krzyknie, to go przeklnę – Harry jęknął, słysząc dzwony Świętego Jana za każdym razem, gdy ktoś nazbyt podniósł głos.

- Popieram w całej rozciągłości – Nad oparciem kanapy pojawiła się głowa Draco Malfoya, a następnie reszta jego tułowia ubrana w srebrny frak z elegancką muchą pod szyją.

- Malfoy! – Szok na widok byłego Ślizgona dodał Harremu niespotykanego wigoru. – Co u diabła robisz w moim domu?! – Momentalnie uprzytomnił sobie gdzie się znajduje, a był to salonik, na pierwszym piętrze domu przy Grimmauld Place 12.

- Sam kazałeś nie krzyczeć – obok Malfoy’a pojawiła się jęcząca Hermiona.

- Ha ha ha, ale jaja, wzięli ślub! – George siedział na podłodze oparty głową o kominek w objęciach trzymając wysoki wazon pełen suszonych kwiatów. Wyciągniętą ręką wskazywał na welon na jej głowie.

- Co to ma być. Wy… Ty i on… – Ron wodził wzrokiem pomiędzy swoją byłą narzeczoną i śmiertelnym wrogiem. Wreszcie założył rece i robiąc groźną minę zażądał wyjaśnień – Co to niby ma być?!

- Sam chciałbym wiedzieć – Harry potarł skronie, odkrywając na jednej spory guz o dziwnym kształcie. – Ok, kto mi wytłumaczy, skąd to sie wzięło? – Zebrani jedynie wzruszyli bezradnie ramionami. No może nie wszyscy, bo przytulony do wazonu George wył z uciechy. – Zaraz, niech pomyślę, jak to było?

W Kanadzie mają jakieś święto i Ginny nie miała treningu – młody auror zaczął swoją opowieść. – Postanowiliśmy więc skorzystać z okazji i wyskoczyć gdzieś razem z Hermioną. Skoro dziewczyny doszły już do jako takiego porozumienia, uczcić jej powrót. Mieliśmy kilka pomysłów, gdzie wyskoczyć. W końcu stanęło na Świńskim Łbie. Dawno nie widzieliśmy się z Aberforthem, więc okazja była idealna. Siedliśmy sobie przy zwyczajowym stoliku w kącie sali, gdzie nikt nam nie przeszkadzał. Zamówiliśmy po kilka piw kremowych i wymienialiśmy się plotkami. Hermiona nadal jest trochę do tyłu z najnowszymi wiadomościami z magicznej Wielkiej Brytanii. Sam wiesz, a no tak. Nie wiesz.

Hermiona podróżowała przez większość czasu po Europie i nie prenumerowała Proroka Codziennego przez ten czas. Zresztą, to dość długa historia i jestem pewien, że ci ją opowie. Z drugiej strony ona opowiadała nam jak wygląda magiczna Europa. Wiesz, mam sporo znajomości w całym świecie, ale nie wiem, jak wygląda codzienne życie zwykłych czarodziejów. Włosi jak się okazuje non stop chodzą naprani cienkim winem i wsuwają makaron. To pewnie przez to są tacy grubi i bełkoczą w każdym języku.

- Ty też bełkoczesz i jesteś naprany – Ron zwrócił mu uwagę.

- Dobra mniejsza o to, jak skończyło się kremowe, to wzięliśmy sobie butelkę nomen omen wina właśnie. Aberforth przejął piwniczkę z winem Severusa Snapa. Nie powiem, facet miał najlepsze wina skrzatów, jakie piłem w życiu. Robiło się całkiem wesoło, choć lokal powoli pustoszał. Sądziłem, że bywalcy Świńskiego Łba dłużej siedzą w barach. Pamiętam, że butelka nieźle nam szła i…. Skąd ty się na Merlina tutaj wziąłeś? – Spojrzał na Malfoy’a.

 

- Wszedł do karczmy – Ginny mruknęła z głębi fotela. – Widziałyśmy jak gada z jakimiś typkami. Wyglądali na szemrane towarzystwo. Bardzo szemrane. Wszyscy ogorzali i nieogoleni, Każdy jeden na czarno. Tyle razy zarzekał się, że zrobił się święty, a tu proszę, jak na dłoni widać było, że coś kręci. Byłam trochę zdziwiona, że nie wyrwałeś się ich aresztować, a przynajmniej przepytać, ale teraz już rozumiem. Zwyczajnie odleciałeś. Postanowiliśmy sobie z niego zakpić. Byłeś na to bardzo chętny. Mieliśmy go spić i zrobić trochę ciekawych fotek. Hermiona miała jakimś cudem w torebce aparat.

Zamówiłam dla nas jeszcze po kuflu mugolskiego piwa, ale zanim je przyniosłam dosypałam mu trochę destylowanej Datury. – Draco zawarczał w tle niczym wściekły pies.

- Skąd ty masz destylowaną Daturę? – Zaciekawił się Harry.

- Tabletki przeciwbólowe w razie wypadku na treningu. W Ameryce robią je na bazie Datury. Nigdy ci o tym nie mówiłam? W małych ilościach jest niegroźna. W połączeniu z alkoholem wzmaga jego działanie.

Zacząłeś go najpierw ciągnąć za język, czy nikt więcej mu nie groził. Niezbyt chętnie gadał i przestraszyłyśmy się, że się spłoszy, więc zasunęłam ci kopa pod stołem…

- To dlatego mnie piszczel boli!

- I zmieniłyśmy temat na jego butik. Znacznie chętniej gadał o swoim asortymencie i modzie – mówiła, jakby Draco wcale nie było obok. – Zdarzają mu się modowe wpadki, ale co się dziwić, jak jest czarodziejem i na chybił trafił wybiera ciuchy w sklepach dla mugolek. Z drugiej strony Hermiona jest jakby trochę bezrobotną mugolaczką i zaproponowałyśmy, że Hermiona może dla niego zostać taką researczerką modową. Chodziłaby po Londynie i wybierała dla niego ciekawe ciuchy. Zapalił się na ten pomysł. Myślę, że musi mu kiepsko iść, albo przynajmniej gorzej niż by chciał.

Zamówił dla nas całą butelkę wina i zaczął nawet ustalać warunki kontraktu z Hermioną. Szkoda, że nie widziałeś swojej miny. Siedziałeś taaaki nadąsany, że nie możesz włączyć się do rozmowy, bo o damskich ciuchach wiesz tyle, co jak mnie z nich rozebrać – odchrząknęła, cała się czerwieniąc. Jeszcze nigdy nie mówili o swoich relacjach w tak licznym gronie. – Hermiona zaczęła się targować o to ile zarobi. W pewnym momencie doszli do miliona galeonów za godzinę. Oczywiście żarty sobie stroili. Draco nawet się zgadzał, pod warunkiem, że będzie w pracy nosiła portorykańskie bikini. Hermiona się zgodziła, wznieśliśmy toast za sukces negocjacji – w tym momencie się zacięła, wodząc wzrokiem po zebranych.

 

- Chwilę potem, Malfoy powiedział wam co to jest portorykańskie bikini i zarobił od Hermiony siarczystego liścia. Nadal masz czerwony ślad – Neville dźgnął Dracona palcem w policzek. Młody Malfoy przewieszał się przez oparcie kanapy na której leżeli Longbottomowie, miał więc blisko. Na twarzy blondyna faktycznie widniał ślad po spotkaniu ze zgrabną dłonią.

- Od liścia do ślubu, a ja sądziłem, że kto się czubi ten się lubi to tylko takie powiedzenie – George ani myślał puszczać swojego wazonu.

- Rżeliście tak, że bałem się, że Aberforth zaraz wezwie Patrol żeby was uspokoili. Z Trzech Mioteł by was już dawno wyrzucili. – dokończył Neville.

- Co ty robiłeś w Świńskim Łbie w piątek w środku nocy?

- To nie był środek nocy. Byliście pijani w sztok o ósmej wieczór! No może wpół do dziewiątej. Właśnie wracałem do domu, tylko potrzebowałem złożyć zamówienie na zielarstwo, a pewne rośliny da się zdobyć tylko przez Aberfotha. Jak mnie zobaczyłeś, to ryknąłeś na całą karczmę „Ze starym kumplem się nie napijesz?” – Harry zawstydzony spuścił głowę, nie wierząc w to co właśnie o sobie słyszy.

- Aberforth dał mi kufel piwa, zastrzegając żebym nie pił tego od was. Dolał wam nektaru z szaleju do piwa.

- O żesz…

- Sukin…

- Ahaaa…

- No, to wiele wyjaśnia – pijący po kolei wyrazili swoją dezaprobatę. – Ale przynajmniej wiem, że mam najmocniejszą głowę z was wszystkich – Malfoy dumnie wypiął pierś, nadal klęcząc za kanapą.

- Tak konkretnie to Hermiona ma – poprawił go Neville. – Destylowana Datura neutralizuje szalej. Piłeś cienkosza.

- Możesz mi powiedzieć, czemu ten skubaniec to zrobił, nim go oskarżę o próbę otrucia pracownika ministerstwa? – Harry spytał, podtrzymując swoją niezwykle ciężką głowę.

- Bo mu wystraszyliście masę klientów. Pijany auror i jego znana z temperamentu dziewczyna nie wróżą najlepiej. Wypiłem z wami parę łyków, żebyś przestał się wydzierać. Dziewczyny zresztą też były w niezgorszych humorkach. Ty się upijasz na smutno, Malfoy. Potem wysłałem patronusa do Hanny, bo sam tylu pijanych bym nie deportował.

 

- Tak po prawdzie to nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie was zabrać, a na środku Pokątnej czworga pijanych czarodziejów, w tym byłego śmierciożercy i sławnego aurora zostawić nie mogliśmy. Tak właśnie wylądowaliście w Dziurawym Kotle.

- Gdzie jak widać, nie jesteśmy – burknęła Ginny.

- Mieliśmy was odesłać do domów. Pomijając fakt, że nie mieliśmy bladego pojęcia, gdzie mieszkasz, Draco. Upierałeś się, że nie powiesz i będziesz spał u siebie w sklepie.

- Bo tam miałem najbliżej i jest wygodna kanapa z czarnej skóry dla klientek czekających na zwolnienie się przymierzalni. Wbrew pozorom byłem trzeźwy.

- Byłeś pijany jak zając w kapuście.

- Ale film mi się nie urwał.

- Gratuluję sukcesu.

- Mi też się nie urwał film, tylko wszystko jest jakieś takie rozmyte. Pamiętam, że tam staliśmy i się kłóciliśmy co zrobić dalej. Zdaje się, że nie miałam ochoty wracać do domu….Przynajmniej nie pijana. Rodzice dostaliby furii. No i wylądowaliśmy tutaj. Tylko czemu mam ten welon?

- Czyli i tobie urwał się film – Hanna powiedziała z satysfakcją. – Zanim wylądowaliśmy tutaj wpadliśmy jeszcze do klubu. Pod Dziurawym Kotłem było już otwarte.

- Chcesz mi wmówić, że będąc pijanymi w trupa uparliśmy się iść jeszcze do klubu?

- Mhm.

- Barnaba nas wpuścił? – Ginny przyjrzała się Longbottomom spod ściągniętych brwi.

- To chyba moja wina.

- Możesz wreszcie puścić ten wazon?

- Ale jak go puszczam to cały świat się kołysze. To moja wina. Skończyłem akurat załatwiać sprawy z Parvati. Jakby nie patrzeć, ja jestem właścicielem, a ci państwo tylko mnie reprezentują w zarządzaniu tamtym przybytkiem. Wieki się nie widzieliśmy, a przynajmniej nie towarzysko, więc nie było takiej opcji, żebym was wypuścił, nie wypiwszy przynajmniej jednego głębszego.

- I ty się na to zgodziłaś? – Ginny spytała Hannę.

- A czemu nie. Też wieki z Nevillem nie wychodziliśmy. Lepsze wyjście do własnych piwnic niż żadne.

- A dziewczynki?

- Babcia sądziła, że wrócimy za pięć minut – Neville uśmiechnął się złośliwie.

- Parvati była na tyle miła, że wyczarowała nawet dla nas stolik w kącie sali i kazała Romildzie nie chrzcić nam alkoholu.

- Zaczynam widzieć pewną prawidłowość. Czemu nie ma ich tutaj z nami?

- Bo one dwie są grzecznymi dziewczynkami i nie piją w pracy – George skwitował sprawę.

- Jak śmiesz nazywać mnie grzeczną dziewczynką! – A jednak Romilda tam była, tylko nawet czubek głowy nie wystawał jej spod zasłony, nim się nie odezwała.

- No to co było dalej – Hermiona usiadła na podłodze, tak że nawet czubek głowy nie wystawał jej nad oparciem.

- Nie lubię Draco, mierzi mnie, ale nie powiem, ma facet smykałkę do interesów, więc rozmawialiśmy sobie o biznesie. Państwo Longbottomowie nie bardzo się włączali. Naprawdę musiało wam brakować wyjść bo tylko wcinaliście te solone orzeszki i zapijaliście piwem.

- To były bardzo dobre orzeszki – zaprotestował Neville.

- Tak jakbym ja ciebie kochał kłapouchy – sarknął Malfoy. – Ale nie powiem, ten twój pomysł z dowcipnymi ciuchami może przynieść sporo kasy, ale trzeba to obgadać.

- Jakimi dowcipnymi ciuchami? Co wy znowu kombinujecie? – zaciekawił się Harry. Jeśli tak skrajnie nieodpowiedzialna osoba jak George łączyła siły z kimś tak niegodnym zaufania jak Malfoy we wspólnym biznesie, to Harremu zapalała się ostrzegawcza lampka w głowie, nawet mimo dudniących w niej dzwonów.

- Chodzi o takie ciuchy, które wyglądają jak normalne ciuchy, ale są zaczarowane i dajesz je komuś w prezencie np. a one się kurczą, albo rozciągają, zmieniają barwę, albo na plecach pojawia ci się napis w stylu „Kopnij mnie w zadek” który znika, jak tylko tam patrzysz – wytłumaczył George.

- Tak to by się zgadzało i idealnie do was pasowało. Co było dalej?

- Nie pamiętam – George przyznał szczerze.

- Na mnie nie patrz – Malfoy wzruszył ramionami.

- Urządziliście sobie picie sportowe. Idioci – Wyjaśniła im uprzejmie Hanna.

- I co, tak się spiłem, że wziąłem z nią ślub? Nie wciśniesz mi takich kitów!

- Nie wiem. Neville?

- Ja ostatnie co pamiętam, to zejście na niższy poziom klubu.

- A no tak, Fleur i Bill… – Mruknęła Hanna.

- Ja wiem rocznicę czego świętowali, ale wam nie powiem – George powiedział z dumą.

- Skąd wiesz?

- Bo spotkałem ich tam wcześniej – uśmiechnął się szeroko. Zresztą, niech sami wam opowiedzą. – Hermiona, albo Malfoy, weź ich ktoś kopnij. Ileż można spać.

Na zdjętych z kanapy i foteli poduchach spali w objęciach młodzi państwo Weasleyowie.

- C..co jest – Bill poderwał się, budząc przy okazji swoją żonę. To jego Hermiona wybrała za cel kopniaka.

- Co się działo, po tym jak zeszliśmy do was na dół?

- Nic specjalnego. Posiedzieliśmy sobie przy drinkach. Trochę tańczyliśmy, bo była fajna muzyka i wyszliśmy, jak zamykali lokal.

- Harry postanowił, że wszyscy śpimy u niego, żeby nikt nie musiał się deportować. Było już mocno po północy, więc postanowiliśmy sobie urządzić spacer. Romilda się przyłączyła, twierdząc, że mieszka niedaleko i może przejść się z nami.

- Middlecross Street 15 – padło zza zasłony.

- Na mieście ruch był całkiem spory, jak na taką porę, ale w sumie piątek to noc imprezowa i ludzie w około nie byli wcale mniej pijani od nas. Można powiedzieć, że generalnie nie rzucaliśmy się w oczy. Tylko George machając do przejeżdżającego radiowozu raz potknął się o śmietnik i wpadł do środka. – Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem.

- To nie jest zabawne!

- Jak to się stało, że nas nie aresztowali? – Spytał Harry i natychmiast poczuł na sobie wymowne spojrzenie Fleur. – Co zrobiłem? – Jęknął zrezygnowany.

- Rzuciłeś na nich czar zapomnienia – Bill odpowiedział rzeczowo.

- Ktoś tu będzie miał kłopoty – zaśpiewała Ginny. Oczywiście, że będzie miał kłopoty, był aurorem, który zaczarował mugolskich policjantów i to po pijaku.

- Dobra. Chrzanić to co zrobił Harry. Dlaczego mam welon na głowie?! Czy wy może też nie potraficie mi na to odpowiedzieć?

- Bo byłaś na weselu, ‚Ermiono – Odpowiedziała Fleur.

- Tego się domyślam. Pytanie, czy było ono moje! – Twarz Hermiony poczerwieniała do odcienia karmazynu. Aż dziw, że z jej uszu nie zaczęły wydobywać się kłęby pary. Zza zasłony wydobyło się prychnięcie. – Cicho tam!

- Nie. Nie było twoje – Bill rozwiał wątpliwości, powodując głośne westchnienie ulgi Hermiony i kilku innych osób. – W mijanej restauracji odbywało się wesele. Draco uparł się, żeby na nie wpaść i nie chciał słyszeć odmowy. No to w końcu daliśmy się tam zaciągnąć.

- W takich strojach? – George miał poważne wątpliwości.

- Ja wyglądam nienagannie – Malfoy pogładził swój frak i wyprostował muszkę.

- Zdziwisz się Harry, ale niejeden z weselników wyglądał o wiele gorzej od nas. Zarówno jeśli chodzi o strój, jak i poziom alkoholu w organiźmie. Zupełnie nikt nie zwrócił uwagi na to że się tam zjawiliśmy.

- Ty nawet zalecałeś się do druhny, która wzięła cię za drużbę w tym fraku – Fleur skomentowała strój Dracona.

- Ja się przystawiałem do mugolki?

- I to skutecznie. Mieliśmy już wychodzić, ale trzeba było na ciebie czekać, bo przepadłeś z nią na piętrze – Romilda zachichotała. – Na odchodnym zwinęliście jeszcze ten welon i bukiet. Wręczyłaś go jakiemuś chłopakowi na ulicy – dodała, wyplątując się z długiej zasłony. – A skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, to czemu do cholery jestem w samej bieliźnie! – Faktycznie. Prócz kozaków miała na sobie tylko skąpe majtki i stanik w misie.

- Bo jak was znalazłam byliście w zamkniętym klubie nocnym uskuteczniając taniec na rurze – Stojącego w drzwiach Rona minęła Angelina, lewitując przed sobą tacę kubków z kawą. – W razie gdyby cię wylali z aurorstwa, Harry, rozważ taniec na rurze jako ścieżkę kariery, masz do tego talent. Cześć Ronald.

- Jak nas znalazłaś?

- Rzuciłam czar namiaru na ten durny kolczyk, który sobie wsadziłeś w jedyne ucho – Angelina odpowiedziała z rezygnacją.

- Piłaś? – Spytał ją podejrzliwie.

- Nie bądź niemądry bardziej niż jesteś.

- Sprowadziłam was z tego klubu wprost tutaj.

- Mogłaś przynajmniej dać mi założyć ubranie!

- Raz, że nigdzie nie mogłam go znaleźć. Dwa, nie jestem twoją matką, Romildo, a klub był dwie ulice stąd. Więc wstydzić się musisz tylko połowy dzielnicy, nie więcej.

- Ale wiecie co… Chyba mi brakuje jednego zęba – wyszczerzył się Malfoy, prezentując dziurę w miejscu górnej dwójki, prez którą teraz wystawał mu język. Angelina wzniosła oczy ku niebu.

- Tak, tak, chwaliłeś się tym całą drogę z klubu. Harry za to ma dodatkową bliznę na głowie, dziwnie pasującą do twojego sygnetu.

- Chyba muszę się napić – Ron jęknął, zjeżdżając po futrynie i siadając na swoim worku.

- Żadnego picia! Prohibicja, aż zmądrzejecie. Rozkaz ciężarnej – Zagroziła mu.

 

 

Jest wiele historii, które przeżyli Harry Potter i jego przyjaciele, Niemal każdą z nich poznały ich dzieci, zanudzane przydługimi opowieściami swoich rodziców. Tej jednej nigdy nikomu nie opowiedzieli.

 

 

Opowieść Hermiony

07 mar

Powitanie Ginny nie było takie, jakiego się spodziewała, było ono jednak dokładnie takie, jakiego spodziewać się powinna. Stali z Harrym w holu domu przy Grimmauld Place 12 w Londynie. Ze schodów po jego przeciwnej stronie dobiegał tupot zbiegającej osoby. Przez chwilę serce zabiło jej mocniej, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej, potem naszła jednak refleksja. Kroki były zbyt lekkie, stopy ledwie muskały podłogę.

- Hm! – Ginny fuknęła krótko, stając u stóp schodów. – Twoje szczęście, że Łapa już jest nakarmiony. Kochanie, lecę na trening. Do zobaczenia w nocy – dokończyła, przenosząc wzrok na Harrego i spłynęła do ukrytej w piwnicach kuchni.

- O co chodziło z tym Łapą? – Hermiona otrząsnęła się z szoku.

- O kochana. Myślę, że tą sprawę musicie załatwić same – Harry uśmiechnął się smutno do przyjaciółki.

 

Wiele godzin później, kiedy w Londynie był środek ciemnej nocy, a w Kanadzie właśnie skończył się trening Rysi, Harry i jego najlepsza przyjaciółka nadal siedzieli w wyliniałych fotelach przy kominku niewielkiego saloniku, przy Grimmauld Place 12. Opowieść Hermiony właśnie dobiegła końca. Wiele z niej Harry znał, ale z chęcią wysłuchał motywów jakie kierowały krokami Hermiony.

- A gdzie jest Ron? Przeprowadził się z powrotem do Nory? – Hermiona spytała znienacka.

- No proszę. Tyle godzin siedzi i wreszcie przypomniała sobie o moim bracie – Ginny stała w drzwiach ze skrzyżowanymi rękoma. – Dla twojej wiadomości Ron odszedł po tym jak go zostawiłaś bez słowa pożegnania i nikt nie wie gdzie jest.

- Ron jest na misji – Harry odpowiedział na pytanie Hermiony,

- Kochanie. Ty masz chyba inne miejsce, w którym teraz powinieneś być – Ginny położyła Harremu dłoń na ramieniu. Młody mężczyzna momentalnie ulotnił się z pokoju, bez słowa pożegnania.

- No więc. Skoro mojego męża już nie ma – Machnęła różdżką zamykając za sobą drzwi. – COŚ TY SOBIE NAJLEPSZEGO MYŚLAŁA! CO TO WOGÓLE MIAŁO BYĆ?! WYMYŚLIŁAM TYSIĄC KLĄTW NA TWOJĄ OSOBĘ I POŁOWA Z NICH WSADZIŁA BY MNIE DO AZKABANU A TO I TAK ZA MAŁO! JAK MOGŁAŚ TO ZROBIĆ, MI, SWOJEJ NAJLEPSZEJ PRZYJACIÓŁCE! ODEJŚĆ BEZ POŻEGNANIA, BEZ SŁOWA, BEZ LISTU?!

- Zostawiłam list…

- HARREMU, TYLKO DLA JEGO OCZU! – Ginny krzyczała jeszcze długo. Krzyczała póki nie straciła zupełnie głosu, a potem jeszcze próbowała krzyczeć aż zupełnie opadła z sił. Osunęła się wreszcie na fotel. Ostatnim co udało jej się wychrypieć były słowa.

- Gdzieś ty w ogóle była?

- No więc… – Hermiona zaczęła powoli, upewniając się, że nie jest to pytanie retoryczne. – Najpierw kręciłam się trochę bez celu. Tak naprawdę to nie wiedziałam dokąd chcę pojechać i w ogóle czego chcę od życia. Naprawdę muszę ci to opowiadać? Opowiedziałam już Harremu.

- Opowiadaj – Warknęła Ginny.

- No więc zrozumiałam, że boję się ruszyć naprzód bo nie wiem czego w tej przyszłości chcę, kim tak naprawdę jestem.

Do tej pory spora część mojego życia toczyła się wokół Sama-Wiesz-Kogo. Jak go pokonać, jak przeżyć, jak pomóc przeżyć Harremu. Toczyła się zawsze wokół naszej trójki. Harry, Ron i ja. Tak naprawdę nie miałam szansy żyć dla siebie. Poznać siebie. Rozumiesz mnie? – Ginny ściągnęła jedynie brwi. – Eh. Ty byłaś zawsze trochę z boku tego wszystkiego. Miałaś własne życie. Ty orbitowałaś wokół Harrego, my wokół Sama-Wiesz-Kogo. Ty miałaś okazję odkryć, że kochasz grę w quidditcha, że jesteś w tym dobra, że chcesz to robić. Ja przez wszystkie te lata byłam dobra tylko w nauce. W niczym więcej nie miałam okazji się sprawdzić. Harry znalazł czas by odkryć w sobie powołanie do bycia aurorem. Ron byłby świetny współpracując z Georgem, ale i jako auror daje sobie radę i chce to robić, a ja nie wiem czego chcę.

- Więc uciekłaś.

- Ruszyłam w podróż. Chciałam zobaczyć, gdzie popełniłam błąd. Co zrobiłam nie tak. Co powinnam poprawić, jeśli oczywiście się da. Oczywiście nie robiłam tego od razu. Tak jak ci powiedziałam, najpierw błądziłam, sama nie wiedząc jeszcze czego chcę. Tak samo jak nie wiedziałam czego chcę będąc w domu, czy w pracy. Tak samo nie wiedziałam czego chcę, kiedy znalazłam się już… No kiedy nie byłam już tutaj. Byłam chyba w stu miejscach w tysiącu miejsc w Wielkiej Brytanii. Miałam nadzieję, że jak już będę w „tym” miejscu, to odkryję, że właśnie tam zawsze chciałam być, że to jest moje miejsce… Ale nigdzie nie czułam się, że to tu. Nigdzie nie czułam się u siebie. Inaczej, nigdzie nie czułam się na miejscu. Wszędzie byłam jakaś obca. Nigdzie nie odnajdywałam siebie. W końcu zrozumiałam, że coś jest nie tak z moim życiem. Gdzieś skręciłam nie w tą uliczkę, wypadłam z torów. Postanowiłam więc odtworzyć swoje życie. Krok po kroku cofałam się po swojej historii. Swoim życiu.

Wszystkie te miejsca, które odwiedziłam z Harrym i Ronem kiedy polowaliśmy na Horkruksy. No prawie wszystkie. Notabene to wtedy Harry wpadł na mój trop. Jak byłam w Forest of Dean. Najwyraźniej rzucił jakieś zaklęcie na miejsce pochowania oka Szalonookiego. To swoją drogą fascynujące, jak taktowny potrafi być, ten twój Harry. Uciekłam. Znalazł mnie, ale nigdy, aż do ostatniej chwili nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności. Był jak taki Anioł Stróż, który zawsze jest gdzieś za tobą ale go nie widzisz, póki nie wyciągnie cię sprzed pędzącego autobusu. Zresztą nie ważne.

Odtwarzałam swoje kroki. Wszystkie miejsca, w których byłam, w których coś się dla mnie zmieniło i te w których pozornie nie zmieniło się nic. Kiedy skończyła mi się Wielka Brytania wylądowałam we Francji. Spędzaliśmy tam z rodzicami wakacje i ferie, więc uznałam, że to logiczne, że ten kraj mógł coś zmienić w moim życiu. Byłam pod Lyonem, gdy dotarła do mnie sowa z zaproszeniem od Kruma. Pomyślałam, „czemu nie, taka impreza” kiedy tylko się tam zjawiłam, poczułam, że to jednak nie to miejsce w którym chciałabym być. Ulotniłam się. Zresztą wiesz. Byłaś tam z Harrym.

Potem wpadłam na kilka dni do Hiszpanii i Włoch. Właściwie to nie chodziło o coś konkretnego. Zwyczajnie zaczynałam się gubić. Nie wiedziałam gdzie jeszcze mogłabym pojechać… Przynajmniej trochę się opaliłam – zaśmiała się nieśmiało. Mina Ginny szybko sprowadziła ją do rzeczywistości. – Tak czy siak już miałam wrócić do domu. Ale pomyślałam, że skoro poniosłam porażkę i moje życie jest najwyraźniej nieodwracalnie skrzywione, to przynajmniej jeszcze chwilę odetchnę miejscem, które polubiłam. Wróciłam więc do Francji. Byłam w Alpach. Tam gdzie spędzaliśmy z rodzicami wakacje na nartach. Skąd przyjechałam do was tutaj, do Londynu, na piątym roku i byłam w Dijon. Tam wszystko się popaprało.

Czułam się samotna. Czułam się opuszczona. Tak wiem, że to ja wszystkich opuściłam, ale tak się czułam. Byłam na krawędzi, tylko nie wiedziałam krawędzi czego i wtedy go spotkałam. Szarmancki. Przystojny. Trochę starszy od nas, to prawda, ale taki pociągający. Był w nim jakiś magnetyzm. Dymitry – uśmiechnęła się mimowolnie. – Taki bogaty. Uprzejmy i inteligentny. Nigdy nie wierz Rosjanom, Ginny. No przynajmniej nie wszystkim.

To trwało kilka, kilkanaście dni, ale dla mnie było jak ciągnąca się w nieskończoność bajka. Nawet wtedy, w ostatniej chwili to nadal była bajka.

Nie mam pojęcia, jak spotkaliśmy się w Dijon. Nie patrz tak. Naprawdę nie wiem. Znaczy wiem gdzie, ale nie wiem skąd wiedział, że jestem czarownicą. Wychodziłam sobie z kawiarni i wiatr porwał mi szalik, a on po prostu szedł sobie chodnikiem i go złapał. No może bardziej szalik wpadł mu prosto na twarz, ale to w sumie to samo. Zaśmiał się, podał mi go i tyle. Poszedł sobie dalej ze swoimi ochroniarzami.

Potem spotkałam go jeszcze tego samego dnia jak jadłam kolację. W Dijon jest taka restauracja, w której podają wspaniałe… Nie ważne, kiedyś ci powiem, w razie jak byście się wybierali do Francji. Siedział tam – wyciągnęła rękę w kierunku pustego salonu, zupełnie jakby go właśnie widziała. – Musiał przyjść przede mną, bo był już w trakcie kolacji. Był sam. Uśmiechnęłam się po prostu, jak na mnie spojrzał, a on skinął na kelnera i już po chwili był przy moim stoliku, razem ze swoją kolacją i winem. Potem zaprosił mnie na drinka i śniadanie też zjadłam już u niego. Ja naprawdę czułam się wtedy samotna – jęknęła błagalnie. – Wtedy dowiedziałam się że jest czarodziejem, jak różdżką zgasił światła i zdjął mi… Wyjechaliśmy do takiej niewielkiej miejscowości, na narty. Nie przepadam za nartami, jak pamiętasz, ale z nim było to przyjemne, aż któregoś dnia powiedział mi, że musimy natychmiast się zbierać. Nie było przy nim wtedy jego ochroniarzy i już żadnego z nich nie zobaczyłam od tamtej pory. Nie, widziałam jednego. Przez chwilę. Ostatniego dnia.

Zabrał mnie do Rosji. Miał tam niewielką willę z pięknym ogrodem. Parkiem tak właściwie. Nie zabronił mi wychodzić do miasta, ale i nie miałam ochoty. Jakoś nie wyglądało ono zachęcająco. Rozkoszowałam się spokojem willi i jego towarzystwem. Dymitry.

Któregoś dnia, to było przy śniadaniu, przyszedł jakiś starszy facet. Powiedział, że mają problem, ale nie ma się czego obawiać. Dymitry poprosił mnie, żebym wyszła do ogrodu, ale udało mi się jeszcze usłyszeć, jak tamten mówi, że jego ludzie obstawili teren i się nie prześliźnie. Wtedy oczywiście nie wiedziałam o kogo chodzi. Następnego dnia wyjechaliśmy, to było jak lekkie deja vu. Wylądowaliśmy u ojca Zivy. Na początku oczywiście o tym nie wiedziałam. Dowiedziałam się po pewnym czasie, a właściwie wydedukowałam to sama, bo nikt nie raczył mnie przedstawić. Byliśmy tam trochę jak w areszcie domowym. Mieliśmy do swojej dyspozycji całe piętro, ale wszędzie byli ludzie Dymitriego, a na parterze też kilu ludzi dyrektora Davida i sam dyrektor wieczorami, bo to był jego prywatny dom. Był jak twierdza. Można się było z niego deportować, ale aportacja do wnętrza już możliwa nie była. Nie byłam tam więźniem, ale wystarczyła jedna opowieść Dymitriego – za każdym razem kiedy wypowiadała to imię jej oczy stawały się na chwile nieobecne – bym nawet nie myślała o odejściu. Opowiedział mi, że ktoś go ściga, że stracił już połowę swoich ludzi, a każda osoba, która miała z nami kontakt we Francji została dosłownie zmasakrowana.

- Harry nikogo tam nie zmasakrował! – Ginny warknęła wściekle.

- Wiem, już mi opowiedział. Ja ci powtarzam co usłyszałam od niego. Każdy kto miał z nami kontakt miał zostać zlikwidowany. Ten ktoś chciał się do niego dostać po trupach. Teraz wiem, że Harry chciał się do mnie dostać po trupach. Oczywiście w przenośni, ale jednak.

Czytałam sobie książkę. „Przygody Guliwera”, muszę ci kiedyś pożyczyć. Akurat tego ranka w Tel Awiwie spadł śnieg. Dzieci bawiły się na dworze, bo nie często go widują. Może raz na kilka lat.

Do dziś nie wiem, czemu nie zwróciłam uwagi na pierwszą eksplozję. Była potężna. Wstrząsnęła domem. Może to był szok, a może pewność Davida, że nikt tam nie wejdzie. Dopiero po drugiej zareagowałam. Zareagowałam bardzo gwałtownie i z tego co zrobiłam zdałam sobie sprawę, jak już było po wszystkim. Jednym ruchem różdżki wyczarowałam walizkę na środku łóżka, do której natychmiast zaczęły wpadać wszystkie moje rzeczy. Rozumiesz, jednym ruchem. Nie wiem w jakim tempie zaklęcia musiały mi się przewinąć przez mózg. Adrenalina, chyba.

Harry powiedział, że przejrzał w myślodsiewni swoje wspomnienia i wyszło mu, że od chwili wejścia do domu do zobaczenia mojej deportacji minęło 33 sekundy. Byłam szybka, nie ma co. On zresztą też. Widział mnie, jak deportowałam, ja jego zresztą też.

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego u ciężkiego licha nie wróciłaś od razu do nas?!

- Nie mogę. Znaczy chcę ale nie potrafię. Po części to był strach. Strach przed powrotem do was. Strach przed Dymitrym, bo jak już uciekłam to dopiero wtedy zrozumiałam, że uciekłam od niego i że on nie lubi, jak ktoś nie robi tego co on chce. Nie zabronił mi uciekać, ale i nie zostałam z nim. Poza tym, cała ta sytuacja dodała mi kopa. Pokazała mi, że Harry opiekując się tobą, domem, całą Anglią nadal miał czas, by przelecieć pół świata i mnie odnaleźć. Harry jest niesamowity i to dało mi siły. Postanowiłam dokończyć swoją podróż.

Spotkałam się z nim przy karuzeli. Przychodziłam tam z ciocią, jak miałam kilka lat. Dalej mogłam cofnąć się już tylko na salę porodową. Czekał tam na mnie. Zapytał czemu to tak długo trwało. Myślę że odkrył gdzie skończy się moja podróż, do czego zmierzam, jeszcze zanim ja to odkryłam.

Kiedy tam z nim stałam, zrozumiałam że nigdzie nie popełniłam błędu. Moje życie jest dokładnie takie, jakie miało być. Nie jest ważne co będę w nim robiła. Będę pracować w sklepie, przekładać papiery w ministerstwie, walczyć z przestępcami, czy uczyć w szkole. To nie jest ważne, bo jestem tak mądra, że we wszystkim tym się jakoś odnajdę. Moją rolą jest być oparciem dla Harrego. Być zawsze wtedy, kiedy będzie mnie potrzebował.

- Mój mąż – Ginny położyła niezwykły nacisk, na to słowo. – Może liczyć na oparcie we mnie. Zawsze i wszędzie, kiedy tylko będzie go potrzebował, niezależnie od sytuacji.

- Tak, wiem że ma ciebie i może na ciebie liczyć i nie chcę się z tobą ścigać o miejsce u jego boku, ale on jest zawsze, kiedy go potrzebuję. Kiedy ktokolwiek go potrzebuje i ja muszę tak być dla niego. Jako najlepsza przyjaciółka. Rozumiesz to?

- Nie – skłamała – i teraz co? Wróciłaś i co dalej? Zamierzasz zostać, udawać że nic się nie stało. Mieszkać tutaj, jakby nigdy nic?

- Poszukam sobie mieszkania. Na razie wyprowadzę się do rodziców, a potem, jak znajdę pracę, to znajdę sobie i mieszkanie. Nie będę siedziała wam na głowie.

- Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Ten dom jest duży. Chodzi mi o to, co zrobiłaś mojemu bratu. Co zrobiłaś nam wszystkim.

- Właśnie. Możesz mi wytłumaczyć, co się stało z Ronem?

- Ron odszedł. Wiem tylko tyle, że zniknął. Ziva mówi, że dostał chyba jakąś misję, bo Harry, Ron i Urquhart spotkali się razem w gabinecie i potem Harry miał wymazaną pamięć. Wszystkie wspomnienia z tego spotkania. Oczywiście on tego nie mówi. Mówi, że Urquhart wezwał go, by zdał raport z prac zespołu i Rona tam nie było.

- Czyli nie wiecie gdzie jest, ani kiedy wróci.

- Nie wiem absolutnie nic, co się dzieje z moim bratem i jest to wyłącznie twoja wina, ale wiesz co? Jak się tak zastanowić, to się nawet cieszę, że wróciłaś.

- Ja też się cieszę, że wróciłam.

- Skoro już jesteś, to mama będzie miała na kogo być wściekła za odejście Rona i Harry przestanie być wreszcie najbardziej znienawidzoną osobą w rodzinie. Muszę tylko zadbać, by twoje imię wypływało możliwe często w rozmowie.

- Dzięki – Hermiona skrzywiła się wyraźnie.

- Idź odpocząć. Czekają cię ciężkie dni, a ja też muszę się wyyyyyyyspać na trening – ziewnęła przeciągle.

 
 

  • RSS