RSS
 

Archiwum - Luty, 2015

Walentynki: A to ci psikus.

13 lut

- George. Masz dla mnie chwilę?

- Tylko jeśli potraktujesz klientów Impedimentą.

- Tylko kusisz kusisz, a potem i tak nie dajesz.

- Może kiedyś wreszcie dam.

- Jak będę stara i siwa?

- Eliksir młodości „Cudka Młódka” nie pozwoli ci się zestarzeć – rzucił jej pękaty flakonik. – Wystarczy pięć kropli dziennie pod oczy. Posiada certyfikat…

- Nie jestem klientką.

- Wiem, jesteś moją cudowną partnerką.

- Partnerką?

- W biznesie, Ang. W biznesie – posłał jej całusa, pędząc na drugą stronę sklepu, złapać małych złodziei.

- Twoja partnerka potrzebuje wziąć trochę wolnego.

- Jasne, ile tylko chcesz. Godzinkę, dwie. Cały dzień?

- Więcej. Sporo więcej.

- Po co ci więcej ? – George zamarł, skupiając wreszcie na Angelinie całą uwagę.

- Wiesz, to nawet całkiem zabawna historia. Uśmiejesz się jak fretka, jak ci opowiem.

- No, dawaj.

- Wiesz… Może jak już zamkniemy. Nie chcę by coś cię rozpraszało.

- Myślisz, że nie zrozumiem dowcipu w takim hałasie?

- To tak nie do końca dowcip. Raczej niespodzianka, psikus.

- Mhm.

- Prosiem Pana. Prosiem Pana… – Dalszą rozmowę przerwał im mały chłopiec z wielkim pudłem Bombonierki Lesera w dłoniach. Przy kasie zresztą też ustawiła się już kolejka.

- Uf – George otarł pot z czoła, przekręcając zamek za ostatnim klientem. – Nareszcie, nienawidzę walentynek.

- Sądziłam, że lubisz wszystkie święta, które przynoszą dużo galeonów?

- Walentynki są takie słodkie i różowe – z odrazą popatrzył po różowych dekoracjach sklepu. – Przypominają mi o Lockharcie – wzdrygnął się wyraźnie i nie był to bynajmniej gest teatralny.

- Ja też jestem ubrana na różowo – uśmiechnęła się do niego odrobinę figlarnie.

- Uh. Wyglądasz okropnie.

- Ty to potrafisz powiedzieć kobiecie komplement – wywróciła oczami. – Mam to zdjąć?

- Jak chcesz. Dzięki za pomoc, leć do domu się wyspać.

- To nie zjemy kolacji? Ściągnęłam już chińszczyznę z tej fajnej mugolskiej knajpki.

- Skoro tak – zatarł ręce na myśl o smacznym jedzeniu. – To nie śmiem nawet protestować.

Ich posiłki – nie licząc tych, kiedy wychodzili na miasto – zazwyczaj przebiegały w ciszy, albo przy zdawkowej rozmowie biznesowej. Po całym dniu w sklepie żadne z nich nie miało siły na bezsensowne paplanie. Oboje myślami byli zazwyczaj w miękkich łóżkach pod ciepłą pierzyną.

- Chciałaś mi opowiedzieć coś śmiesznego? – George mruknął skupiony na wybieraniu małych marchewek pływających w sosie sechuańskim. – Coś o urlopie.

- No tak… Będę musiała wziąć długi urlop za jakiś czas.

- Jak długi?

- Kilka miesięcy? – Końcówkę tego zdania niemal wyszeptała.

- Ok… Historyjka jest faktycznie całkiem zabawna, a gdzie jest jej puenta? – Angelina zaczerpnęła głęboko powietrza.

- Jestem w ciąży! – Sama się zdziwiła z jaką euforią udało jej się wypowiedzieć te słowa.

- Moje gratulacje! – George podskoczył, mocno ściskając swoją przyjaciółkę – O przepraszam, nie za mocno? – Przestraszył się, że przesadził z euforią.

- Spokojnie, jeszcze jest jak fasolka – uśmiechnęła się ciepło. – Naprawdę się cieszysz?

- Oczywiście. Jakże mógłbym nie. Z takiej okazji to możesz wziąć tyle urlopu ile tylko zechcesz i kiedy zechcesz i jeszcze dostaniesz bonusa a potem wyszukuję małemu wystrzałową wyprawkę. Dosłownie – puścił do niej oko, uśmiechając się szeroko. – Któż jest szczęśliwym ojcem? – Spytał wreszcie.

- Ty – uśmiechała się, patrząc mu prosto w oczy. Oczy, które zrobiły się nagle dziwnie puste i nieobecne, twarz Georga poszarzała i cały zaczął przypominać marmurowy posąg, zaklęty na wieczność w jednej pozie. – George? – Spytała z obawą. – George, Georgi. Ej – popstrykała mu palcami przed twarzą. – George, jesteś tam? – Szarpnęła go mocno za ramię. – Cholera jasna, George! – Strzeliła go z liścia z taką siłą, że odgłos poniósł się zapewne przez pół Pokątnej, a ręka zapiekła ją jak włożona do żaru.

- Ja? Ja będę ojcem? – Wydukał osuwając się na krzesło – Ale jak, kiedy, przecież to… jak?

- Mam ci tłumaczyć jak się dzieci robi? – Spytała z niedowierzaniem ale i ironią. – Kiedy, to wybierz sobie dowolną okazję w przeciągu ostatnich kilku tygodni. Kino, łazienka w restauracji, komórka w Norze kiedy…

- Dobrze, dobrze, ale przecież się zabezpieczaliśmy – tylko wzruszyła ramionami. – Przecież my nie możemy wychowywać dziecka! – Wykrzyknął zdesperowany – Tu wszędzie są wybuchowe rzeczy i dziwne słodycze i sztuczne pająki i eliksiry. To jest poligon wojskowy, nie dom dla dziecka! Ja nie mogę mieć dziecka!! – Mówił coraz głośniej, coraz cieńszym głosem z narastającą histerią w głosie.

- Czemu?! – Zawołała zmarkotniała.

- Jestem rudy! – Nie wytrzymała. Wybuchnęła histerycznym śmiechem. Kiedy wreszcie się uspokoiła George siedział nadal na krześle mamrocząc coś pod nosem. Zamierzyła się na niego, sądząc że znowu odpłynął.

- Nie bij! – Zawył.

- Lepiej ci?

- Tak i wiesz co?

- Nom.

- Nasi rodzice będą w siódmym niebie – powiedział z samozadowoleniem. O tym nie pomyślała. Rodzice… Zemdlała ze strachu, osuwając się na podłogę.

- Ang, Angelino? – Głos dobiegał do niej z oddali, wokół było tak miękko. – Angelino, cholera. Słyszysz mnie? Mam sprowadzić lekarza? – Próbowała się odezwać, ale w pierwszej chwili udało jej się tylko westchnąć. Wystarczyło, by przykuć jego uwagę. – Wezwać lekarza?

- N, nie. Już mi lepiej – wychrypiała.

- Ani mi się waż wstać – Przycisnął ją z powrotem, zauważając co właśnie chciała zrobić.

- Wody.

- Accio butelka wody – delikatnie ją uniósł, by się nie zachłysnęła. Teraz dopiero się zorientowała, ze leży na jego łóżku.

- Dzięki – uśmiechnęła się, upijając łyk.

- Nieźle mnie nastraszyłaś.

- Już jest ok.

- Akurat. Można pomyśleć, że pomyliłaś mydło z wybielaczem. Jesteś blada jak prześcieradło. Co to za pomysły tak mdleć?

- To przez rodziców.

- Nie powiedziałaś im? – Pokręciła głową i poczuła jak ciało jej znowu sztywnieje. – Jak myślisz. Wyjdzie piegowaty białas z dredami, czy czarnoskóry rudzielec? – Szybko zmienił temat, by odciągnąć ją od złych myśli.

- Byle nie jednouchy pajac – odgryzła mu się odruchowo.

- Nie ma szans. Przy takich rodzicach nie może być normalne – zaśmiali się oboje. Ciśnienie już opadło.

Angelina została na noc. Czekała ich wielka operacja pod nazwą „Przyznanie się rodzicom” i musieli przygotować szczegółową strategię, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe scenariusze, zarówno w Norze, jak i w Southend on the Sea, u rodziców Ang. Szybko doszli do wniosku, że w Norze jedyne niebezpieczeństwo czyhało na nich ze strony Molly, która potrafiła być nieobliczalna.

- Pamiętasz, jak się cieszyła na wieść o ciąży Fleur? – Przypomniała mu Angelina. – Była w siódmym niebie. Jestem pewna, że z kolejnego wnuka też się ucieszy.

- Bill i Fleur byli po ślubie. I nie zapominaj historii zrujnowanego domu po jej spotkaniu z Harrym, a przecież poprosił tylko o pozwolenie na weekendowy wypad.

- Taaak. Szkoda, że tego nie widziałam. Myślisz, że Harry użyczyłby mi swoje wspomnienie? – oczy Angeliny zapłonęły niezdrowym pragnieniem. – Poza tym, Ginny to jej jedyna córka.

- A ja jestem jej jedynym bliźniakiem – nie zdążył ugryźć się w język. Ciężka gula stanęła mu w gardle.

- Potrzebujemy czegoś, co odwróci jej uwagę, czegoś, czegoś…. – zmarszczyła czoło wpatrując się w podtrzymującą sufit krokiew.

- Harry, Ginny. Nie macie może w planach powiedzieć mamie kiedy bierzenie ślub? – Reakcja była taka, że Harry omal się nie udławił, a Ginny zapomniała zamknąć usta, w które dopiero co włożyła sobie naleśnika.

- Pragniesz naszej śmierci? – Harry wyszeptał wreszcie.

- Życie ci niemiłe – Ginny poprawiła swojego nomen omen męża, wpatrując się w swojego brata.

George i Angelina podejmowali ich na bardzo wczesnym śniadaniu, w mieszkanku na poddaszu. Obecność Angeliny o poranku młodzi Potterowie przyjęli bez mrugnięcia okiem.

- Ja się tylko pytam, kiedy spełnicie największe marzenie naszej mamy – George wzruszył ramionami, udając że niczego nie zauważył.

- Może sam jej powiesz, kiedy wy bierzecie ślub? – auror zapytał ironicznie.

- Nic takiego nie planowaliśmy – Angelina wsparła rudzielca.

- Coś jednak knujecie – Ginny mierzyła gospodarzy podejrzliwym wzrokiem.

- Skąd. Tylko się pytamy, by nie przegapić takiego widowiska. Weźmiemy aparaty.

- I popcorn. Nie zapomnij o popcornie.

- I cichutko zajmiemy jakiś kącik. Może nawet rzucimy zaklęcie tarczy.

- A już myślałem, że to towarzyska wizyta – Harry odłożył widelec, wycierając usta serwetką. – Co zmalowaliście, że chcecie skupić uwagę Molly na nas?

- Nic a nic – George starał się zrobić oburzoną minę.

- A ja już wiem co zmalowali – Ginny niemal zaśpiewała z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

- Hę? – Harry spojrzał na nią skonsternowany.

- Oj proszę cię. Tak się skupiłeś na naparzaniu przestępców i rozwiązywaniu skomplikowanych intryg, że zapomniałeś najprostszych technik śledczych. Szczególnie dokładnej obserwacji? – Przesunęła ręką po stole i gospodarzach, którzy zamarli w napięciu. Harry ściągnął brwi wodząc wzrokiem i z każdą sekundą zdawał się być coraz bardziej nachmurzony nie rozumiejąc ani trochę. Nagle przyszło olśnienie, a jego twarz rozpromieniła się niczym słońce.

- To ja idę po popcorn, a ty zarezerwuj w Norze jakiś cichy kącik – powiedział do Ginny z uśmiechem tak radosnym, jakby właśnie odbywało się gwiazdkowe otwieranie prezentów. – Moje gratulacje!

- Musimy to oblać. Znaczy, ty nie możesz, ale my musimy – Ginny już wyczarowywała w powietrzu kieliszki i bardzo zakurzoną butelkę szampana z ich domowej piwniczki. Angelina kiwnęła głową, że rozumie.

- Chłopiec czy dziewczynka? – Harry zapytał znienacka.

- Jeszcze nie wiemy.

- Szkoda. Ciekawe, będę wujkiem czy ciocią – pozostała trójka wybuchnęła śmiechem.

- Nie wiem czym będziesz, ale i tak będę cię kochać – Ginny cmoknęła go w policzek – a co do was, to nawet nie liczcie na to, że odciągniemy od was uwagę. To będzie wasz wielki dzień, ale fakt faktem, mama robi się dziwnie rozkojarzona i zgrzyta zębami na widok Harrego, więc możemy wpaść.

- Dzięki siostrzyczko. Jesteś najlepsza.

- A żebyś wiedział, że jestem – odpowiedziała z dumą, pociągając łyk szampana. – Uh, stanowczo nie mój trunek – wzdrygnęła się malowniczo.

Nie mogąc liczyć na pomoc wyrodnej siostry i szwagra George i Angelina zaczęli powiedzenie o wszystkim rodzicom odwlekać tak długo, jak tylko się to dało. Nie wiadomo, jak długo by to trwało, jeśli mieszkaliby z dala od rodziców, może nawet całe dziewięć miesięcy po których wyskoczyli by z okrzykiem „Niespodzianka, to wasz wnuczek”. Niestety z dala od rodziców nie mieszkali, a Angelina jakoś nie mogła się przekonać do przeprowadzki do mieszkanka nad sklepem. Było ono małe, ciasne i znajdowało się stanowczo zbyt blisko pracy. Tak więc w końcu byli zmuszeni stanąć z rodzicami twarzą w twarz, kiedy historyjka Angeliny o zatruciu zaczynała robić się mocno naciągana.

Matka Angeliny zalała się łzami słysząc tą nowinę i były to jak najbardziej łzy szczęścia. Jakże odmienna była to reakcja od tej, jakiej spodziewali się po Molly. George stał dziwnie powyginany nie śmiąc się ruszyć, gdyż był pewien, że niedźwiedzi uścisk szczęśliwego dziadka złamał mu kilka kości i przemieścił bark. Uśmiechał się tylko z ulgą, że nikt na niego nie krzyczy i nie stara się wykopać za drzwi za to, co zrobił „naszej kochanej córeczce”. Po twarzy Angeliny także widać było ulgę. Najwyraźniej i ona grając hardą umierała tak naprawdę ze strachu.

Rodzice Angeliny wyprawili tego wieczoru huczną kolację, zupełnie jakby byli na nią gotowi od wielu dni, a pan Johnson uparł się chyba żeby spić Georga, bo co chwila polewał mu mugolskich trunków od których palenie w gardle było tylko początkiem. To było nie tylko nawet przyjemne spotkanie, ale wręcz całkiem przyjemne spotkanie, które zakończyło się późnym wieczorem. George odrobinę niepewnym krokiem wychodził z domku nad morzem, kiedy gwiazdy rozświetlały nieboskłon a księżyc przebył więcej aniżeli połowę swojej wędrówki po czarnym widnokręgu, opadając coraz niżej w kierunku horyzontu. Ostatnim aktem przed rozstaniem… choć nie. Przedostatnim aktem przed rozstaniem, bo ostatnim był pocałunek, było wysłanie patronusa do Potterów z prośbą, by zjawili się u Molly następnego dnia w okolicach obiadu. Odwlekanie spotkania przestawało mieć już jakikolwiek sens, zwłaszcza, że ich rodzice pewnie zechcą się poznać wcześniej aniżeli na chrzcie.

Była niedziela. Bardzo szara i deszczowa niedziela. Taka w którą człowiekowi nie chce się absolutnie nic. Idealna niedziela na wytłumaczenie się niezapowiedzianą wizytą na rodzinnym obiedzie.

George i Angelina przeskakiwali nad błotem i kałużami z kępki trawy na kępkę, by jak najmniej ubrudzić sobie ubrania. Śmiali się przy tym patrząc jak krople wody spływają po skutecznych zaklęciach bąblogłowy, jakie wyczarowali sobie dla ochrony przed deszczem.

- Cześć ma.. oj – George zorientował się, że jego głos brzmi, jakby siedział w pudełku. – Cześć mamo – poprawił się, wchodząc do kuchni.

- George! – Molly zawołała cicho. – Tak dawno cię nie było. – Stała na środku kuchni z małą Victorie na rękach.

- Wpadłem na niedzielny obiad, bo, ugh – prawie się przewrócił popchnięty do przodu przez przeskakującą próg Angelinę. – Bo ubrania wiszą już na mnie, jak na kołku – dokończył. – Zabrałem ze sobą Ang, jeśli nie masz nic przeciw.

- Dzień dobry – Angelina kiwnęła z niepewnym uśmiechem.

- Ależ skąd, skąd – Molly zagruchała, patrząc na wnuczkę. – Jakże babcia mogłaby mieć coś przeciw, prawda Viki? Prawda? – Podskakiwała śmiesznie z małą, której rodzice siedzieli za stołem, trzymając się za dłonie.

- Najwyraźniej nie my jedni postanowiliśmy zrobić ci dzisiaj niespodziankę – Bill powiedział wesoło, jednocześnie puszczając oko do Georga i Angeliny. Jego żonie zadrgały kąciki ust, ale nawet na sekundę nie spuściła oka ze swojej córki.

- No dobrze, skoro zrobiło się was tak dużo, pora chyba nakryć do stołu – Molly z niechęcią przekazała małą wprost w oczekujące na nią matczyne ramiona.

- Może chcesz ją potrzymać Żorż? – Fleur zapytała figlarnie, jak na dłoni było jednak widać, że nie zmierza się rozstawać z małą na więcej aniżeli to niezbędne.

- Dziękuję. Może innym razem – Jednouchy rudzielec odpowiedział jej z kamienną twarzą.

- Fajnie, że wpadliście. Przy was zawsze jest wesoło. Dobrze jest się tak pośmiać przy niedzielnym stole. Prawda mamo? – Bill zawołał w stronę kręcącej się przy garnkach Molly.

- Tak. Nie ma to jak rodzina. Jeszcze żeby tylko Percy z Audrey i Ginny się zjechali…

- z Harrym? – Bill podchwycił szybko. Metalowa chochla z potwornym zgrzytem pojechała po dnie gara.

- Tak. Jak najbardziej z Harrym – powiedziała niechętnie.

- Och rozrasta nam się ta rodzina. Tylko patrzeć kolejnych dzieci.

- Ginny jest za młoda! – Matka zaoponowała gwałtownie.

- Myślałem akurat o Percym. On już jest całkiem stary – Samozadowolenie Billa zaczynało denerwować Georga. – Przyznaj. Chciałabyś więcej wnuków?

- Jeszcze dobrze pamiętam, jak byłeś niewiele większy od Victorie i zasuwałeś po tej podłodze na czworaka. Ani cię było dogonić – Molly odpowiedziała z rozrzewnieniem, stawiając mu talerz. – Ale takich dwóch! – Oskarżycielsko wskazała ręką na Georga.

- No co!

- Daliście w kość bardziej niż cała reszta razem wzięta.

- Do usług mamo – George wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Cieszył się, że matka potrafi wreszcie mówić o nim i Fredzie, a właściwie o Fredzie, nie zalewając się przy tym łzami. – Powiedz Harremu – George syknął, pochylając się w stronę Billa, kiedy Molly zajęta była przy kuchni – że jak go spotkam, to zasunę mu takiego kopa w dupę, że mój but zostanie tam na zawsze. To on was nasłał?

- Uznał, że przy nas mama bardziej zmięknie – Bill potrząsnął przyjacielsko ramieniem brata. – ale Harremu oczywiście przekażę.

- Co przekażesz Harremu? – Molly spytała, nagle.

- Że George przesłał mu galeony na konto, jak zawsze – Bill zełgał po mistrzowsku.

- Nadal mu płacisz?

- Drobny procent od utargu.

- Po tylu latach mógłby ci już odpuścić.

- Właśnie dlatego proszę Billa by mu to powiedział. Harry zawsze mi robi awanturę, że nie chce tej kasy.

- Ten nasz Harry… Żyje skromnie, zarabia przeciętnie, wydaje jak bogacz, ale serce ma złote, jak galeony.

- Arry nie zna co to umiar, jak chodzi o przyjaciół albo Ginny – Fleur wtrąciła, przeczesując włosy córeczki. – On wyda majątek, jak będzie ojcem. Wystarczy patrzeć ile wydaje na Teddy’ego.

- Tak. Młody będzie najbardziej rozpieszczonym dzieckiem w Wielkiej Brytanii, jak nie przystopuje. Na ostatnie urodziny Teda zamówił u nas fajerwerki za tysiąc galeonów i to po cenie produkcji. Poprzednie takie zamówienie to był koncert Fatalnych Jędz na stadionie Armat.

- Harry po prostu chce dać Teddy’emu takie dzieciństwo, jakiego sam nie miał – Molly powiedziała łagodnie.

- To teraz pomyślcie, co będzie robił dla własnego dziecka – Bill pokręcił głową, pochylony nad miską zupy.

- Ginny go przypilnuje. Arry zawsze jej słucha.

- Pantofel – George zachichotał i od razu pożałował. Fleur wycelowała kopniakiem prosto w piszczel. Teraz to Angelina chichotała widząc łzy w oczach jednouchego.

- Zapominacie ile Ginny teraz zarabia. Jako gwiazda ma w obowiązku wydawać dużo. Niech pani nie fuka, pani Weasley – Angelina kontynuowała, niezrażona reakcją Molly. – Byłam dokładnie w tym samym miejscu, gdzie Ginny. Wręcz moim obowiązkiem było wydawać dużo i dobrze wyglądać, gdybym zaszła wtedy w ciążę to chcąc nie chcąc kupowałabym dziecku najdroższe rzeczy, a Ginny wchodzi na poziom, którego ja nigdy nie osiągnęłam. Jej dziecko będzie nie mniejszą gwiazdą od niej. Moje będzie miało spokój.

- Spokój? – Bill zaśmiał się krótko. – Całe dnie spędzacie w najbardziej szalonym miejscu w kraju i mówisz o spokoju – przewrócił oczami rozpierając się na krześle. George głośno zazgrzytał zębami, a Angelina spłonęła rumieńcem, który widoczny był mimo jej ciemnej karnacji.

- Billy, nie myślisz chyba, że Angelina będzie pracowała u Georga, kiedy zdecyduje się na tak ważny krok. Kobiety planują takie sprawy bardzo dokładnie. Prawda? – Molly przejechała wzrokiem od swojej synowej do Angeliny i z powrotem. George poczuł jak strużka potu spływa mu po skroni.

- No cóż, właściwie to prawda, pani Weasley – Angelina zaczęła niepewnie.

- Dziękuję ci moja droga.

- Ale takie rzeczy nie zawsze się planuje – dodała niemal szeptem.

George w tym momencie zaczął rozważać, czy nie rzucić na siebie jakiegoś zaklęcia, które pozwoli mu się zapaść pod ziemię. Zsunął się na zajmowanym krześle już tak nisko, że niemal znajdował się pod stołem, a i tak czuł się zbyt na widoku. Molly zamarła wpatrując się w dziewczynę.

- Spodziewasz się dziecka, moja droga? – Spytała wreszcie niepewnie. Angelina pokiwała tylko głową. – Kto jest szczęśliwym ojcem? – Spytała biorąc dziewczynę w objęcia. W tym momencie Bill podciął nogi i tak siedzącemu na skraju krzesła Georgowi, sprawiając, ze brat w akompaniamencie potężnego rumoru zwalił się na podłogę. Angelina odwróciła się do rudzielca patrząc nań z dezaprobatą, podczas gdy Bill zanosił się śmiechem, trzymając pod żebra.

- George? – Molly spytała zdziwiona. Ciężko było powiedzieć, czy chodzi jej o jego nagłe zachowanie, czy podejrzenie ojcostwa.

- Tak mamo? – Bąknął.

- Czy chciałbyś mi coś powiedzieć?

- Że cię kocham, mamo?

- Nie słódź mi tu! – Naburmuszyła się. – Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć, że zostanę babcią?!

- Dzisiaj?

- Pani Weasley…

- Mów mi Molly, Angelino, a ty zbieraj się szybciej z tej podłogi.

- Pożałujesz – George syknął bratu, siadając na powrót przy stole.

- Będę babcią. A to ci dopiero. Znowu będę babcią – Molly była cała w skowronkach. – Zamierzacie zamieszkać razem, czy będziesz mieszkała u rodziców? George jest teraz chyba najbogatszy w rodzinie więc może sprawić jakieś lokum dla was i dziecka, a my chętnie pomożemy. Musisz go tylko dobrze utemperować, bo póki co jest on ostatnim z Weasleyów, które nadaje się do posiadania dziecka.

- Nawet Ginny bardziej się nadaje? – Bill spytał zdziwiony.

- Ginny musi najpierw wziąć ślub.

- Formalnie rzecz biorąc wzięła.

- Prawdziwy ślub!

- Tylko patrzeć, jak mamau zacznie planować ślub dla was. Ja chętnie was uratuję – zaśpiewała Fleur.

- Ale jaki ślub? – Zdziwiła się Molly. – Nie żyjemy w średniowieczu. Ludzie nie muszą się żenić z powodu dziecka!

- Przypomnij mi kochanie, żebym powtórzył to mojej siostrze – Bill pocałował żonę w policzek.

- Ani mi się waż! Więc, planowaliście już mieszkanie? Rozmawialiście o imieniu? Chyba nie każesz jej nadal pracować u siebie w sklepie? Tam jest tak niebezpiecznie.

- Jeszcze nikt tam nie zginął – George spróbował zażartować.

- Och jaka jestem szczęśliwa! – Gdyby Molly miała skrzydła, fruwałaby pod sufitem.

Oczywiście młodzi Potterowie otrzymali relację z tego spotkania już następnego dnia. Pomysł Harrego, by wysłać do Molly Billa i Fleur był w swej prostocie genialny i młody auror cieszył się, że tak mu się udał. Ginny skupiła się bardziej na tym, że Angelina i George nie muszą brać ślubu – nie żeby im brać ślub kazała – skomentowała to jak zawsze kiedy chodziło o pomysły i poglądy matki „Podwójne standardy”. Zapowiadała się prawdziwa historia z Happy Endem.

 
 

  • RSS