RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2015

Przyjaciele są na zawsze Cz.2

25 sty

- Nie pozwolę ci go tak po prostu dopaść.

- Nie zamierzam pytać cię o pozwolenie.

- Napaść na mugola jest u nas traktowana jak ciężkie przestępstwo.

- Najpierw musiałbym jej dokonać, a potem musielibyście mnie jeszcze złapać. Tak w ogóle, to jak mnie tu znalazłeś i skąd wiesz kogo szukasz? – Harry zapytał, odwracając się wreszcie od mugolskich ksiąg meldunkowych.

- Tobie się wydaje, że jesteś taki sprytny, a my mamy całe wieki doświadczenia w śledzeniu naszych obywateli, maładziec – zacmokał z dezaprobatą.

- Nadal, byłem lepszy od ciebie na szkoleniu, Michaił – Harry uśmiechnął się szeroko, przytulając przyjaciela. – Przytyłeś – poklepał go po brzuchu.

- A ty się zrobiłeś bardziej wyszczekany. Kto ci podpadł tym razem? Znowu jakiś barman?

- Kto ci powiedział?!

- Jak się prosi pół świata o szpiegowanie, to nie ma się co dziwić, ze szpiedzy się komunikują. Gabrielle mówiła jak zmasakrowałeś tamtego barmana i o co go pytałeś. Tak na marginesie, dwóch osiłków było Rosjanami.

- Ale pobiłem ich we Francji, więc nie twoja sprawa.

- Jaki mądry. To kogo szukasz?

- Dymitry Rostov.

- Mugol?

- Nie jestem nawet pewien, czy Rosjanin – Michaił zaśmiał się głucho, słysząc tą odpowiedź.

- Takie coś, to tylko od ciebie mogłem usłyszeć. Rozróba we Francji. Paniczna ucieczka ukraińskiego pasera z Wiednia. Zrujnowana destylarnia eliksirów pod Mińskiem. Zmasakrowana banda trolli górskich w okolicach Łysej Góry to też ty?

- Nie.

- Tak myślałem. To była zbyt paskudna robota, jak na ciebie. Ale przegonić pół Europy w poszukiwaniu kogoś, kto nie musi być Rosjaninem, a tym bardziej czarodziejem – zaśmiał się jeszcze donioślej.

- W Rosji też zamierzasz tak rozrabiać?

- Jeśli pomożesz mi znaleźć Rostova, to nie będzie potrzeby.

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo twoja prywatna wendetta, to nie jest sprawa Magicznej Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

- Proszę ciebie prywatnie.

- U nas nie ma takiego pojęcia, jak prywatnie.

- A jakby popełnił w Rosji przestępstwo?

- Wtedy też się tym nie zajmę.

- Dlaczego?

- Harry. Odpuść go sobie. Wracaj do Anglii. Do żony.

- Wiedziałeś kogo szukam, zanim ci powiedziałem – Harry stwierdził, odwracając się ponownie do ksiąg.

- Odpuść sobie. W Rosji i tak go nie znajdziesz.

 

Harry rady oczywiście nie posłuchał. Nie byłby Harrym gdyby odpuścił. Siedział nad księgami meldunkowymi przez kolejne trzy dni nie niepokojony więcej przez Michaiła, ani jego kolegów. Kiedy zaś wstał od ksiąg, kolejne pięć dni spędził siedząc w krzakach w jednym miejscu, obserwując innych siedzących w krzakach. Agenci FSB wiedzieli, że on gdzieś w nich siedzi, a on doskonale wiedział, że oni to wiedzą i wiedział również gdzie siedzą oni. Próbowali go wziąć na przeczekanie i zmęczenie, licząc na to, że w końcu będzie musiał sobie odpuścić, albo z niewyspania popełni jakiś błąd. To, o czym nie wiedzieli, to peleryna niewidka, pod którą Harry przesypiał po kilka godzin dziennie, nie zaprzątając sobie nawet głowy rzucaniem czarów. Peleryna wystarczała mu za całe ukrycie. Była to magia tak potężna, że nie potrafiły go wywęszyć nawet psy tropiące, kiedy znajdował się pod nią.

Wreszcie szóstego dnia o poranku, Harry przeciągnął się leniwie, po raz ostatni wyglądając przez szczelinę między gałęziami. Absolutnie nic się nie zmieniło w otoczeniu. No może agenci FSB kamuflowali się mniej starannie. Wszak czar zwodzący nie pomoże na to że mąci się harmonię roślin swoją niewidzialną osobą. Powoli, tak by nie zdradzić swojej pozycji, szerokim łukiem Harry wycofał się ze swej kryjówki, dbając by nie nie naruszyć najmniejszej gałązki.

Kiedy tylko stanął na otwartej przestrzeni mugolskiej ulicy, której powierzchnia miała więcej ubytków aniżeli całego asfaltu, zobaczył jednego z agentów, który w stroju niezdarnie imitującym mugolski – nawet jak na standardy mudolskich strojów w Rosji – dłubał sobie w nosie, oparty o latarnię. Harrego naszła ogromna ochota, by podejść i trzepnąć niezdarę w ucho. Recytując sobie jednak w myślach swoją własną zasadę „zawsze obserwuj obserwującego”, uznał, że ktoś może obserwować tego niezdarę. Swobodnym krokiem omijając wszystkie posterunki agentów FSB, którzy mieli powstrzymać go od zrobienia czegoś głupiego, a w ich rozumieniu niezgodnego z prawem, zrobił dokładnie coś takiego. Szybkim susem przeskoczył nad niewysokim parkanem, broniącym dostępu do frontu rozłożystego domu.

Przy skoku okrywająca go peleryna zafalowała i był pewien, że przynajmniej jeden z agentów go zobaczył. Najpierw poczuł drgania magii, kiedy kilka metrów od niego przeleciało puszczone na ślepo zaklęcie, a po chwili uderzyła go fala gorąca z zaklęcia lokalizującego, przeczesującego teren. Oczywiście, jak to przed laty miało miejsce w Hogsmeade, peleryna nawet nie drgnęła na jego osobie, a on mógł bez większych przeszkód ruszyć naprzód. Jeszcze jedno zaklęcie lokalizujące pomknęło w jego stronę, nim pięciu agentów wróciło na swoje stanowiska. Teraz przynajmniej wiedział, gdzie jest część z nich. Każdemu krokowi jaki stawiał, towarzyszyło przedziwne mrowienie w stopach. Niby nic wielkiego, a potwornie irytowało. Pochylił się do ziemi, urywając kilka źdźbeł trawy, kiedy przytknął je do nosa poczuł ozon. Uśmiechnął się, dobrze że postanowił zabawić się w mugola. Zaklęcie antyaportacyjne działało i wolał nawet nie pytać, gdzie by wylądował „za karę”.

Okno na parterze, to od wschodniej strony, było na oścież otwarte i już wiedział, że jego starania poszły na marne. Nawet największy głupiec od razu wyczułby pułapkę, a Harry Potter do głupców nie należał. Z drugiej strony może na to właśnie liczyli. Liczyli, że będzie węszył pułapkę. Położył na parapecie trzy detonatory pozorujące Georga, których mały zapas zawsze nosił przy sobie i oparty o fasadę z uśmiechem nasłuchiwał, co też będzie się działo dalej. Minęło kilka minut nim pierwszy wybuch oderwał go od oglądania paznokci. Kolejny dobiegł już po sekundzie, gdzieś z głębi domu i wtedy rozpętało się piekło. Harry usłyszał zaklęcia skandowane głosami co najmniej tuzina osób i kolejne eksplozje, powodowane już nie tylko przez mnożące się detonatory pozorujące, ale i odbijające się od ścian i przedmiotów zaklęcia.

Wkrótce powietrze wypełniło się zapachem ozonu, prochu strzelniczego i pyłu sypiącego się ze ścian, a Harry tylko stał oparty o dom i chichotał pod swoją peleryną niewidką. Cała afera trwałą może pięć, a może dziesięć minut, w czasie których agenci FSB przytomnie czekali na zewnątrz, by nie dostać się pod ostrzał skołowanych mieszkańców domu.

Gdy emocje już opadły, a po wielkiej bitwie został tylko kurz, rosyjscy stróże prawa wkroczyli do środka. Harry bynajmniej nie spieszył za nimi. Wiedział, że nie ma się do czego śpieszyć. Najważniejsza w takich chwilach była zimna głowa i czekanie na błąd przeciwnika. Uśmiechnął się szerzej, kiedy po kilku minutach przed furtką zmaterializował się Michaił w towarzystwie starszego i mocno kanciasto-głowego mężczyzny. Mężczyźni szybkim krokiem ruszyli ku domowi, choć Harry wyraźnie widział, jak ich oczy przeczesują cały teren, w poszukiwaniu czającego się zagrożenia. Kiedy tylko przekroczyli próg, wśliznął się za nimi. Była najwyższa pora, by ocenić efekty wywołanego przez siebie zamieszania.

Wnętrze wyglądało bardziej imponująco aniżeli się spodziewał, a właściwie, bardziej imponujące były zniszczenia. Odłupane fragmenty tynku leżały wszędzie. Drewniana balustrada poszła w drzazgi a w samych schodach widniała spora wyrwa. Przez cały czas musiał uważać by nieopatrznie nie kaszlnąć, kiedy unoszący się w powietrzu pył kręcił go w nosie. Musiał też uważać, by nie pozostawić na posadzce śladów, świadczących o jego skrytej obecności. Nic nie byłoby tak głupie, jak zdradzenie się nieuważnym stawianiem kroków.

Wyłączenie jednego ze zmysłów wyostrza pozostałe, zamknąwszy więc oczy Harry nasłuchiwał, jak jeden z oficerów raportuje do starszego towarzysza Michałowa tytułując mężczyznę „Pułkownikiem”. Jak się okazało w budynku było piętnaście osób, które na dźwięk eksplozji zaczęły strzelać we wszystkich kierunkach spodziewając się ukrytego przeciwnika. Żeby było śmieszniej, nie wiedząc przy tym gdzie znajdują się ich towarzysze poczęli się ostrzeliwać nawzajem. Skończyło się na tym, że jeden z nich zginął, a sześciu było rannych, w tym trzech ciężko. Dom, co widać było na pierwszy rzut oka był zrujnowany.

- Mieszkańcy usłyszeli eksplozję w korytarzu na parterze. Wybiegli zobaczyć co się stało i w unoszącym się dymie ci z góry, uznali tych z dołu za napastników – relacjonował mężczyzna. – Potem nastąpił kolejny wybuch. Tym razem w jadalni i jeszcze jeden na piętrze. Wtedy zupełnie stracili głowę.

- A podobno Rostov wynajmował najlepszą ochronę we wschodniej europie – mruknął pułkownik. – Strach pomyśleć, co by było, gdyby miał słabszą.

- Może właśnie to był problem. Są tak skuteczni, że walą do wszystkiego co się rusza – Mchałow zauważył przytomnie. – Dobrze, że Rostova nie było w domu.

- Miał facet nosa, żeby się wynieść. Pomyśleć, że mu nie wierzyłem, jak wiał przed tym Potterem.

- Nadal nie mam pewności, czy to sprawka Harrego. Rostov nigdy nie wymienił jego nazwiska.

- Potter szukał Rostova, tak? Pobił barmana we Francji, tak? Zmasakrował trolle w Polsce…

- To akurat nie był on – Michaił wtrącił szybko.

- Potter siedzi w tym po uszy, ale Eljaha Rostova nie dostanie.

„Założymy się?” Harremu przemknęło przez myśl. Z uśmiechem położył na ziemi ostatni detonator. Wybuch wstrząsnął domem, kiedy wychodził przez furtkę.

 

Bliski Wschód kojarzy się ludziom – zarówno mugolom, jak i czarodziejom – z niezliczoną liczbą mniej lub bardziej egzotycznych rzeczy. Nie kojarzy się na pewno z jednym. Ze śniegiem.

Ale to śnieg był właśnie tym, co w pierwszej kolejności witało ludzi, którzy wysiedli z samolotów na lotnisku w Tel-Avivie. Śnieg, chłód i stłuczki na niemal każdym skrzyżowaniu, powodowane przez nieprzywykłych do śliskiej nawierzchni kierowców, których samochody nie słyszały nawet o czymś takim, jak zimowe opony. Podczas kiedy dorośli przeklinali na czym świat stoi, lub przynajmniej utyskiwali nad swoją niedolą w taką pogodę, dzieci były w swoim żywiole. Mając śnieg zaledwie przez kilka dni i to bynajmniej nie każdego roku, wykorzystywały okazję do zabawy do granic możliwości. W niemal każdym ogródku, niczym grzyby po deszczu wyrastały bałwany śniegowe, a wszędzie wokoło panowała nieustająca wojna na śnieżki, której przypadkowymi ofiarami padali często niewinni przechodnie. Jedna z takich zabłąkanych kul śniegowych przemknęła właśnie w pobliżu idącego szybkim krokiem młodzieńca w długim płaszczu z kapturem. Uderzenia twardym, mokrym i zimnym pociskiem uniknął dosłownie w ostatniej chwili, popisując się nieprawdopodobnym wprost refleksem. Uczestnicy śniegowej wojny natychmiast rozpłynęli się jak kamfora, w strachu przed reakcją niedoszłej ofiary. On jednak nawet nie zareagował, idąc wprost ku położonemu na końcu ulicy domowi.

W okolicy tej domy można było podzielić na dwie zasadnicze grupy i nie chodziło tutaj bynajmniej o podział na domki jednorodzinne i bloki, a na domy nieogrodzone i te ukryte za grubymi i wysokimi murami. Ten wybrany, stojący na końcu ulicy należał o dziwo do domów nieogrodzonych. Mężczyzny obserwacja ta wcale nie ucieszyła, bo dom pozornie nie chroniony zawsze wydawał mu się tym najbardziej podejrzanym w całej okolicy. Czasu na rozważanie tej kwestii miał jednak niewiele. Ścigał się z czasem i wyraźnie czuł na plecach jego gorący oddech. Mógł jedynie mieć nadzieję, że jego podróż była szybsza aniżeli magiczny sposób komunikacji, jakim dysponował jego przeciwnik.

Na chwilę stracił równowagę skręcając na chodnik prowadzący do drzwi wejściowych. Niemal wybiło go to z rytmu, ale w dwie sekundy opanował swój oddech, nie zwalniając nawet na moment. Drzwi wyleciały z futryn potraktowane mocnym kopniakiem ciężkich butów wojskowych. Młody mężczyzna wyskoczył na korytarz zobaczyć co się stało i przeleciał przez całą długość domu, wylatując przez okno na jego tyły. Drugi padł nieprzytomny na kanapę, na której przed chwilą oglądał telewizję. Trzeciemu udało się rzucić zaklęcie, które rozdarło szatę Harrego, delikatnie osmalając mu bok, nic więcej nie zdołał jednak zrobić, gdyż zwaliła się na niego ciężka krokiew, wraz z fragmentem stropu na niej wspartym i fotelem z pokoju wyżej. Piekło rozpętało się dopiero na drugim biegu schodów, kiedy trzech mężczyzn zaczęło ostrzeliwać Harrego z wąskiego otworu na szczycie. Nie spodziewali się jednak, że zamiast się pojedynkować, mężczyzna twardo ruszy naprzód, odbijając tylko ich zaklęcia. Potem poczuli już tylko pięści i kopniaki sypiące się gradem na ich ciała, a potem nastała ciemność. Dwóch kolejnych mężczyzn wyskoczyło z pokoju na końcu korytarza i uderzyło o sufit, bezwładnie opadając na podłogę. Harry wiedział już gdzie znajduje się mężczyzna, na którego polował. Ciężkie buty dudniły o podłogę kiedy zbliżał się do drzwi i tylko wrodzona przezorność, która kazała Harremu przy samych drzwiach odskoczyć pod ścianę, uratowała mu życie. Rostov nie zamierzał tanio sprzedać skóry i posłał na korytarz jedno z najsilniejszych Expulso, jakie Harry widział w życiu. Mógł jedynie mieć nadzieję, że na tym kończył się repertuar muzyczny. Wrzucił do wnętrza pomieszczenia garść Peruwiańskiego Proszku Natychmiastowej Ciemności i przypadłszy do podłogi zasypał pomieszczenie ogłuszaczami. Poprzez huk zaklęć usłyszał przeciągły krzyk i towarzyszący mu dźwięk deportacji. Potem nastała cisza. Miał jeszcze chwilę czasu, nim spowodowany przez proszek mrok miał się rozpłynąć. Wstał więc otrzepując swoje ubrania, w oczekiwaniu co zobaczy za chwilę. W domu panowała cisza przerywana jedynie cichymi jękami dobiegającymi od powoli budzących się czarodziejów przy schodach i…. rumorem w pokoju za jego plecami. Wyważenie kolejnych drzwi było już niczym rutyna. Zobaczył przerażenie w oczach i krótkie blond włosy deportującej się osoby. Na podłodze leżała szuflada zbyt mocno wyszarpnięta z komody, a na łóżku walizka, której nie skończono pakować. Teraz ważniejszy był Rostov. Niestety, szczęście mu nie sprzyjało tym razem. Po mężczyźnie pozostał jedynie leżący na podłodze nos, niemy dowód nieudanej deportacji. W domu narastał tupot wezwanych na pomoc osób.

- Sorry za zniszczenia, panie David – mruknął, nim się deportował.

 

- Żebyśmy się dobrze zrozumieli – siedziała na jego biurku świdrując go wzrokiem. – Zdemolowałeś mój dom. Powaliłeś co najmniej ośmiu znajdujących się w nim czarodziejów. Prawdopodobnie osobistą ochronę mojego ojca, urwałeś nos temu całemu Rostov’owi i wyszedłeś z tego tylko z dziurą w płaszczu?! Czemu do jasnej cholery nie zaprosiłeś mnie na tą imprezę!

- To była moja prywatna sprawa.

- Jesteśmy zespołem! – Ramirez przyłączyła się do Zivy. – Nigdy nie wystawiaj partnera z zespołu. Zawsze pracuj, jako zespół. Sam nas tego nauczyłeś. Już zapomniałeś o własnych zasadach?

- Nie chciałem was w to wciągać – Harry wzruszył ramionami.

- Jesteśmy wciągnięci we wszystko co dotyczy naszego życia od pierwszego dnia, kiedy zostaliśmy zespołem. Ja poszłabym za ciebie w ogień.

- Każda z nas by poszła – poprawiła ją Marietta. – Wystawiłeś nas Harry.

- To była moja decyzja i liczyłem się z konsekwencjami. Również tymi z waszej strony.

- Nie. To nie była twoja decyzja i masz rację. Doczekasz się konsekwencji i będą one surowe – Ramirez powiedziała mściwym tonem.

- Teraz będziesz nas potrzebował, jak nigdy wcześniej. Mój ojciec ci nie odpuści – Ziva powiedziała spokojnie. – Będzie cię ścigał niezależnie od kosztów, a i Rosjanie łatwo ci nie popuszczą, jak sądzę.

- Liczę więc, że raz jeszcze uratujesz mi życie, Zivo.

- Ratowanie ci życia zaczyna wyglądać jak praca na pełen etat.

- Wierzę, że wam się uda ta sztuka – powiedział podnosząc się z miejsca. – Teraz przepraszam, ale w domu jest ktoś, kogo dawno nie widziałem.

- Nie łudź się, Ginewra też złoi ci skórę! – Marietta krzyknęła za nim.

Bycie złojonym przez Ginny nie wydawało się wcale takie straszne.

 

Kilka tygodni później

 

- Zastanawiałem się, kiedy tutaj dotrzesz – drgnęła, nie spodziewając się kogoś spotkać, a przynajmniej nie spodziewając się spotkać kogoś znajomego. – To ta sama karuzela?

- Tak. Ta sama na którą zabierała mnie ciocia. Te same różowe słonie – Spojrzała. Stał pochylony, jak gdyby nigdy nic opierając się o barierkę. Oglądał wirującą karuzelę pełną piszczących z radości dzieci.

- Miałaś pięć lat.

- Potem nie miałam już po co przyjeżdżać. Jak mnie tu znalazłeś? – Nagle zmieniła temat.

- Miałaś pięć lat i to zapamiętałaś – Nadal patrzył w wirujące urządzenie, jakby go zahipnotyzowało. – Ludzki umysł to fascynujące narzędzie.

- Ty mnie nigdy nie zgubiłeś. Od samego początku wiedziałeś gdzie jestem, prawda?

- Wiedziałem gdzie byłaś. Zaskoczyłaś mnie wtedy u Wiktora – Odwrócił się wreszcie do niej, tracąc zainteresowanie karuzelą. – Nie spodziewałem się ciebie.

- Jest przyjacielem – Hermiona wpatrywała się prosto w oczy Harrego, jakby chciała z nich wyczytać całą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. – Potrzebuję ciebie.

- Przecież jestem.

- Potrzebuję twojej pomocy.

- Dla ciebie zawsze.

- Kiedy byłam w Alpach, poznałam pewnego Rosjanina. Nazywa się…

- Dymitry Rostov – Słysząc to nazwisko, płynące z jego ust, poczuła jak łzy same cisną jej się do oczu. Harry miał spokojny głos. Zbyt spokojny. Skoro wiedział o Rostovie, musiał wiedzieć wszystko i wolałaby żeby się zdenerwował. Nakrzyczał na nią, zwymyślał, może nawet spoliczkował. Chciałaby usłyszeć w jego głosie ton dezaprobaty, albo zawodu. Wszystko byłoby lepsze niż jego spokój.

- Czyli wiesz o Dymitrym – Niemal wyszeptała.

- Wiem – Jego głos nadal był spokojny. Spoglądał na Hermionę jakby z zaciekawieniem. – Podoba mi się twoja fryzura.

- Dziękuję – Odruchowo pogładziła się po swoich włosach, które były teraz krótkie, postrzępione i niesymetrycznie obcięte, tak że zakrywały tylko jedno ucho i to nie całkiem. Przede wszystkim zaś miały barwę jasnego blond. – Potrzebuję twojej pomocy. Dymitry… nie był człowiekiem, za którego go uważałam.

- Nie musisz się nim już przejmować.

- On nie odpuści tak łatwo – Hermiona rozejrzała się trwożnie dookoła, jakby spodziewała się zobaczyć idącego go w jej stronę.

- Jesteś tutaj bezpieczna.

- Harry, on jest niebezpieczny. Musisz to zrozumieć, jest bardzo niebezpieczny – starała się przekazać przyjacielowi wszystkie emocje, które teraz nią targały. Przelać je na niego, by zrozumiał choćby ułamek tego, co czuje ona.

- On jest już nieistotny, Hermiono. Już nie musisz się nim przejmować – Hermiona długo wpatrywała się w Harrego, nim ponownie przemówiła.

- Jak ja ci się odwdzięczę.

- To był mój obowiązek – przygarnął ją do siebie. – Ale ja nie wypłacę się z twoich przysług, do końca życia.

- Jesteś kochany.

- Wiem. A teraz łap się – uchwycił jej dłoń i deportował wprost na schody domu przy numerze dwunastym Grimmauld Place.

- A zasady tajności! – Wykrzyknęła, aż zadzwoniło mu w uszach.

- Rzuciłem na siebie zaklęcie zwodzące, wystarczyło więc, że mnie dotknęłaś, a przeszło na ciebie.

- Czyli przez cały ten czas wyglądałam jak idiotka rozmawiająca ze sobą?!

- Mniej więcej – pchnął drzwi, przepuszczając ją w progu.

 

To inno opowiadanie :)

13 sty

Jako, że jeszcze chwilę potrzymam was w niepewności co do dalszych losów Harrego, jak i poniekąd wywołany do tablicy, zamieszczam 3 rozdział mojego opowiadania Tajemnica Redwood.
http://kmm-autorsko.blog.pl/2015/01/13/iii/

Dobrej zabawy.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Specjal Sylwestrowo Noworoczny.

01 sty

Obiecałem dodać ten rozdział przed końcem roku, ale wyjście na sylwestrową imprezę zastało mnie nad ostatnimi zdaniami. Wstawiam więc dziś, zaraz po obudzeniu się.
Szczęśliwego nowego roku i wiele cierpliwości i pobłażliwości dla mojej osoby. Życzę wam i sobie :)

________________________________________________________________________________________

Wywiad dla Playbooka

 

Playbook: Niewiele jest na świecie czarodziejek, które odmówiły wystąpienia na łamach Playbooka, żadna z nich nie robiła to też tyle razy, z tak daleko idącym uporem. Dzisiaj wreszcie zmieniła zdanie i możecie Państwo, podziwiać jeszcze nie sesję zdjęciową z jej udziałem, lecz wywiad, jakiego nam udzieliła. Ginewra Weasley.

Ginewra: Witam Państwa.

Playbook: Muszę przyznać, ze przyszła pani z imponującą ochroną.

G: Och, Harry nie jest tutaj służbowo, choć przed laty nazwał siebie moim prywatnym aurorem.

P: Naszym czytelnikom wyjaśnię, że w redakcyjnej kawiarni zasiada z nami nie kto inny, a sam Harry Potter. Najpotężniejszy czarodziej swojego pokolenia.

Harry Potter: Nieprawda.

P: Nie zasiada Pan?

G: „Najpotężniejszy czarodziej, to tylko suma potęgi jego sojuszników pomniejszona o siłę przeciwnika.” Harry nigdy nie przyzna, że jest potężny.

HP: Bo ty mogłabyś pokonać mnie w każdej chwili.

G: Bo boisz się podnieść na mnie różdżki

P: To może ja rzucę na siebie Protego, nim sytuacja wymknie się spod kontroli?

HP: Wątpię, by uchroniło cię przed jej czarami, to była aurorka i ma charakterek.

G: Ja mam charakterek? Mam ci przypomnieć, co zrobiłeś wczoraj, a właściwie dzisiaj?

HP: To nie ja szafuję Upiorogackami.

G: Oooo chcesz porozmawiać o czarach? Dobrze, panie „nie charakterny”. Kto potraktował potężnym zaklęciem kolegę po fachu, tylko dlatego, że stał między tobą a czarnoksiężnikiem?

HP: To przynajmniej było w godzinach pracy. Ty o mało nie zdemolowałaś ze znajomymi połowy Hogsmade, bo popiliście sobie w nagrodę za ukończenie szkoły.

G: A pamiętasz jak to się skończyło. Może mam ci przypomnieć, że… ekhm. To na czym to my staliśmy?

P: Ja na spisywaniu tego, co państwo mówicie i szczerze powiedziawszy zaczęła mnie już boleć ręka, ale chyba zapisałem wszystko. Nie przeszkadzajcie sobie Państwo.

HP: Nie ma obawy, dokończymy to później.

G: Groźba czy obietnica?

HP: Zgadnij.

G: Obietnica.

P: Państwo zawsze się tak zachowujecie, kiedy się spotkacie?

HP: Od kiedy odeszła z Biura Aurorów, znacznie mniej.

G: Harremu strasznie nie podobało się, że pracujemy razem.

P: Może stała Pani między nim, a innymi czarownicami w biurze?

G: Ja? Harry pracuje teraz z aż trzema czarownicami i ani jednym mężczyzną. Wątpię, bym miała mu w tym przeszkadzać.

P: Pani natomiast pracuje w głównej mierze z mężczyznami.

G: Taki zawód. Quidditch to twarda gra, jak mawiał mój brat. Nic dziwnego, że większość moich szefów i kolegów to mężczyźni.

P: Ale nie zawsze tak było.

G: To prawda.

P: Harpie.

G: Rzeczpospolita babska (śmiech). Byłam pewna, że będę tam grała do końca mojej kariery. Dziewczyny były wspaniałe, a trener Gwenog zawsze była i na zawsze pozostanie moją idolką i wzorem do naśladowania.

P: Ach ta jej łacina podwórkowa.

G: Akurat nie to miałam na myśli (śmiech).

P: Jednak Pani odeszła.

G: Umówmy się na jedno. Ja mogę i potrafię pracować bardzo ciężko. Nie jednokrotnie zostawiałam na boisku nie tylko pot czy łzy, ale i krew, a zdarzały się nawet części ciała. Wymagam za to odrobiny szacunku.

P: Koleżanki nie szanowały Pani poświęcenia?
G: Teraz jestem Rysicą i mogę powiedzieć to wprost. Prezes Harpii to był kawał szowinistycznej pały.

P: Panie Potter, proszę się nie udławić tym sokiem, to by była niepowetowana strata i uszczerbek na reputacji producenta.

HP: Przepraszam, ale pierwszy raz słyszę, by Ginny nazywała kogoś szowinistyczną pałą.

G: Jakbym ci to powiedziała wcześniej, to byś poleciał i zrobił awanturę na pół kraju, a tak skończyłam z lepszym kontraktem w Kanadzie.

HP: Zarabiasz teraz lepiej ode mnie.

P: Pan Potter zrobiłby awanturę na pół kraju?

G: Przecież mówiłam, że ma charakterek.

P: Skąd takie mniemanie o prezesie Harpii?

G: Czy wie Pan, że zespół ma w tej chwili status półprofesjonalnym, tylko po to, by prezes jako jedyny mógł pobierać comiesięczną pensję i to całkiem niezłą.

P: Nie powinny mieć takiego statusu?

G: Według statutu Brytyjskiej Ligii Quidditcha, poziom finansowania kwalifikuje klub do bycia amatorskim, ale wtedy prezes działa społecznie, nic nie zarabiając.

P: Wróćmy do Pani. Sprawa pani kontraktu to cała epopeja.

G: Nie szczególnie.

P: Harpie bez wytchnienia wysyłały Pani kolejne kontrakty, które Pani odrzucała w iście widowiskowy sposób. Pod koniec kolejne propozycje przysyłane były do Pani właściwie codziennie. Podobno jedna z nich opiewała na kwotę wyższą, aniżeli cały ubiegłoroczny budżet Harpii.

G: Podobno. Nie czytałam tych ofert.

P: Ani jednej?

G: Pierwszą, którą otrzymałam jeszcze przed wylotem do Rosji.

P: Czemu kolejnych już Pani nie czytała?
G: Mówiłam. Prezes Angels okazał się szowinistyczną pałą. Harry, naprawdę się nie udław.

P: Potem była Pani przymierzana do połowy największych klubów w Europie. Niemal podpisała Pani kontrakt z Monaco.

G: Nieprawda. Monaco nigdy nie było tematem.

P: Plotki nie wzięły się z powietrza.

G: Raz wspomniałam o tym klubie w obecności dziennikarzy. Notabene było to na imprezie organizowanej właśnie przez Playbooka, a wszystkie media dostały szału. Monaco szukało doświadczonych, klasowych zawodników, ja byłam nieopierzonym podlotkiem z mlekiem pod nosem i miotłą pod pachą. Gdzie mi było do takiego zespołu.

P: Ale już pozostałe zespoły to nie był wymysł dziennikarski. Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy, Rosja, Chiny, USA, Wielka Brytania.

G: Ciężko mi to zweryfikować. Nie czytałam za wiele prasy w tamtym okresie. Szczególnie tej sportowej. Rzeczywiście, na tapecie były kluby francuskie i podobno zainteresowanie zgłosił jeden z klubów chińskich. Chiny nie były jednak w tamtym okresie tematem. Były zwyczajnie za daleko. Gdybym tylko chciała mogłabym pracować w Rosji.

P: Były oferty?

G: Były możliwości. Ostatecznie pojawiły się dwie oferty. Jeden z niemieckich drugoligowców i Rysie.

P: Niektóre kluby z brytyjskiej ligi twierdzą, że też składały Pani oferty.

G: Stawiałam jeden warunek. Chciałam grać. Brytyjskie kluby oferowały mi miejsce w rezerwach.

P: Może nie uważały Pani za wystarczająco dobrą, by grać w pierwszym składzie.

G: Miałam lepsze statystyki od połowy zawodników w lidze.

P: Mój kolega z działu sportowego…

HP: To Playbook ma dział sportowy?
P: Ten dowcip jest już oklepany. Mój kolega z działu sportowego mawia, że „to nie statystyki stanowią o zawodniku”.
G: To prawda, dlatego nie mam żalu do tych zespołów. Robił to, co uważały za najkorzystniejsze dla siebie. Ja widziałam siebie gdzie indziej.

P: W Rysiach też zdarza się siedzieć Pani na ławce. Nie żałuje Pani, że nie wybrała Niemiec?
G: Nie. Miałam pełną świadomość, że Rysie rotują składem i mogę lądować na ławce. Zespół postawił zresztą sprawę jasno już na pierwszym spotkaniu. Ważne było dla mnie to, że dawano mi możliwość trenowania z zawodnikami pierwszego składu i szansę gry, jeśli się sprawdzę. W Niemczech pewnie grałabym regularnie, ale wybrałam inaczej.

P: Rysie były skłonne sięgnąć głębiej do kieszeni?

G: Kwestie finansowe ustaliliśmy już na pierwszym spotkaniu. Pieniądze nigdy nie stanowiły tematu.

P: Grałaby Pani za darmo?

G: Nie.

P: Przeczy Pani sobie samej.

G: Pieniądze nie są dla mnie istotne, ale nie jestem już w szkole i gra w Quidditcha to nie tylko rozrywka, ale i praca. Jestem dorosła i muszę zarabiać na swoje utrzymanie. Nie mieszkam już u mamy.

P: Gdzie pani mieszka, gdy nie ma pani w Kanadzie. Korespondencja leci do domu pani rodziców, ale pani tam nie ma, prawda?
G: Prawda. Mamy z Harrym piękny dom. Co prawda nie ma on ogrodu, ale okolica jest wspaniała.

P: Gdzie Państwo mieszkacie.

HP: To tajemnica, którą zna tylko kilku najbliższych przyjaciół.

P: Dolina Godryka?

G: Do Doliny Harry nawet nigdy mnie nie zabrał.

HP: Tam już nikt, nigdy nie zamieszka. Pozostanie taki jakim jest jako przypomnienie i przestroga na przyszłość.

P: Mieszkacie Państwo razem. To dlatego państwo razem przyszliście?

HP: Tak. Poważnie porozmawialiśmy i uznaliśmy, że pora na Coming Out.

P: Jesteście Państwo parą?
G: Nie zupełnie. Od pewnego czasu jesteśmy zaręczeni. Oto pierścionek, prawda że śliczny.

P: Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

HP: Prędko nie zobaczysz. Wytwórca sam nie wierzył, że sprzedaje. Sądził, że zachowa go na zawsze, jako świadectwo swego kunsztu i zdolności.

P: Zdajecie sobie Państwo sprawę, że wielu czytelników rozważa właśnie wypicie trucizny z rozpaczy.

G: Czemu?

P: Byliście Państwo na wszystkich listach najbardziej pożądanych singli w kraju. Co prawda Playbook nie prowadzi listy najbardziej pożądanych kawalerów, ale pan Potter wygrał w naszym plebiscycie na „Czarodzieja Wartego Naśladowania”.

HP: Konkurencja musiała być niesamowicie słaba.

P: Zdziwiłby się Pan. Skoro już wiemy, że jesteście państwo parą. Czy pan Potter nie szaleje na co dzień z zazdrości?
G: Czemu miałby to robić?

P: Jest pani młoda i atrakcyjna. Nie spotyka się Pani na co dzień z adorowaniem ze strony kolegów z zespołu? Wielu z nich pozostaje w stanie wolnym.

G: Podchodzimy do siebie w bardzo profesjonalny sposób. W zespole panuje zasada, że pozostajemy ze sobą w bardzo bliskich stosunkach, ale w żadnym momencie nie przekraczają one granic, nazwijmy to, intymności.

P: Nie zawsze jesteście Państwo jednak na stadionie, pod kontrolą trenera i zarządu.

G: To zasady, które ustalili zawodnicy, nie władze klubu.

P: Jednak Jonathan Jefferson i Linda West pozostają w związku.

G: Związek to coś zupełnie innego niż krótki romans.

P: I nikt nie proponował Pani związku?

G: (śmiech) Nigdy nie byliśmy na tym etapie. Po pierwszym dniu treningów zawodnicy zaprosili mnie wieczorem do baru. Poszliśmy całą drużyną, taka forma zapoznania. Ile mam lat, czy mam rodzeństwo, jaki jest mój ulubiony kolor. Padło też pytanie czy kogoś mam. Oczywiście odpowiedziałam, że jestem w związku.

P: Jak zareagowali koledzy z drużyny?

G: To nie tylko koledzy. Każdy coś odpowiedział. Czasami gratulowali, czasami mieli więcej pytań o Harrego. Najbardziej zapadła mi jedna odpowiedź.

P: Jaka?

G: „Przykro mi”.

P: Kto tak odpowiedział?

G: Czy to ważne. Więcej nie wróciliśmy do tego tematu.

P: Podziwu godna powściągliwość pani kolegów zważywszy na to, jakie budzi Pani za oceanem emocje. Zapytaliśmy o panią naszych kolegów z amerykańskiej redakcji. Chce Pani usłyszeć, co odpowiedzieli?

G: Zważywszy, że dwa razy już im odmówiłam, zapewne nie jest to nic pochlebnego.

P: Zacytuję „Płomienne włosy panny Weasley pozwalają jedynie marzyć o tym, jaki drzemie w ich właścicielce temperament, zaś jej brytyjski akcent przyprawia o dreszcze niezależnie od tego, czy stoi się z nią twarzą w twarz, czy tylko słyszy w radio.” Co Pani na to?

G: Zdaje się, że Harry oblicza właśnie ile zajęłaby mu podróż do Ameryki (śmiech)

HP: Skąd, już wyczerpałem limit głupich rzeczy na ten rok. Z uwagą słucham wszystkiego co mówisz.

P: Dziękuję Państwu bardzo, za poświęcony nam czas.

G: Było mi bardzo miło.

P: To może jednak sesja zdjęciowa?
G: Ten widok jest tylko dla oczu Harrego.
P: No cóż. W takim razie gratuluję i zazdroszczę, panie Potter. Dziękuję, że zechciał pan poświęcić nam czas.

HP: To był najprzyjemniejszy wywiad w jakim brałem udział.

P: Naprawdę? Dlaczegóż to?
HP: Prawie nie musiałem się odzywać.

P: Raz jeszcze dziękuję państwu za przybycie.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS