RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2014

Przyjaciele są na zawsze

30 gru

Dzień w biurze aurorów zapowiadał się jak co dzień. Zewsząd unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy i ciepłych maślanych bułeczek, niemiłosiernie drażniąc tych, którzy dopiero zabierali się za swoje śniadania, lub co gorsza, śpiesząc się do pracy zapomnieli ich spakować i niemal płacząc z bezsilności bezsensownie przegrzebywali swoje torby. Jeden Harry Potter nie poddawał się gastronomicznemu szaleństwu. Zdawał się wcale nie dostrzegać panującej wokół atmosfery. Bezgranicznie pochłonięty czytaniem listu, nie wykazywał zainteresowania nawet pięknie pachnącymi croissantami, które spoczywały na talerzyku tuż obok niego. To ostatnie można jednak było wytłumaczyć w prosty sposób. croissanty podsunęła mu Ziva, a Harry nadal nie był przekonany co do tego, czy Izraelka nie zechce go otruć z mniej lub bardziej śmiertelnym skutkiem, chociażby dlatego, że mogło to wydać się jej zabawnym.

Członkowie zespołu, choć właściwiej byłoby powiedzieć członkinie zespołu, przywykły już że niemal codziennie, przed udaniem się na poranną zaprawę na sali ćwiczeń, Harry spędzał kwadrans na czytaniu i analizowaniu listu, który następnie chował albo niszczył. Był to taki mały rytuał, nie jedyny i nie najdziwniejszy z tych, które codziennie odprawiali. Tego dnia jednak czas spędzony przez Harrego nad listem przeciągał się tak, że gdyby nie zżerająca je ciekawość co też w liście może się znajdować, zapewne wykazałyby daleko idące zniecierpliwienie. To już dobre pół godziny Harry analizował każde słowo znajdujące się w zajmującym ledwie jedną stronicę liście. Trapił się przy tym tak, że ponad jego oczami przypominającymi w tej chwili ślepia jastrzębia, wyryła się już pionowa zmarszczka, tak głęboka, że trudno było sobie wyobrazić by miała kiedykolwiek zniknąć. Wśród wielu zasad, jakie Harry wprowadził w życie od początku swojej służby, a od chwili przejęcia dowodzenia bezwzględnie niemal egzekwował była zasada dwudziesta druga: „Nigdy, przenigdy nie przeszkadzaj Harremu w prowadzeniu śledztwa”. Nie wiedziały oczywiście, czy Harry prowadzi właśnie śledztwo, ale ostrożności nigdy za wiele.

Wreszcie nadeszła ta wyczekiwana chwila, kiedy Harry sprężystym ruchem poderwał się z miejsca. Dziewczęta szybko poszły w jego ślady, gotowe na dźwięk słów „drużyna do ćwiczeń” popędzić na salę treningową, ale ku ich ogromnemu zdziwieniu Harry nie popędził ich na trening, a zamiast tego sam szybkim krokiem udał się w głąb biura. Ziva gestem wprawnego kieszonkowca zwinęła pozostawiony na biurku list. Nie znosiła „nie wiedzieć”.

Nie spieszył się zbytnio, dając sobie jeszcze czas do przemyślenia całej sprawy, więc wzbudził swoim przejściem dość spore zainteresowanie wśród nielicznych, widzących go aurorów. Współpracownicy z biura przywykli, że Harry pędzi zawsze niczym wicher, trzaskając każdymi napotkanymi drzwiami, niezależnie od tego, czy aktualnie jest wkurzony, czy też idzie na zwykły spacer.

Drzwi ledwie kliknęły, kiedy je otwierał, a następnie zamykał za sobą. Za oknem świeciło słońce, odbijając się od szklanych wieżowców Londynu.

 

- Co się urodziło tym razem? – Urquhart zainteresował się swoim gościem dopiero, kiedy odznaka z nazwiskiem Harrego spoczęła na jego biurku. Wiedząc, kto do niego wchodzi zapewne zainteresowałby się gościem znacznie wcześniej.

- Składam odznakę – Harry odpowiedział swobodnym tonem, jakby właśnie rozmawiali o uprawie pelargonii.

- To widzę, ale po co? – Czytany przed chwilą dokument spoczął na biurku, musiał jednak poczekać na swoją kolej.

- Muszę zrobić coś nieregulaminowo.

- A czy ty kiedykolwiek zrobiłeś coś regulaminowo? – Kąciki ust zadrgały zwierzchnikowi wszystkich aurorów.

- Tym razem mówię całkiem serio i nie chcę, by biuro aurorów było w to zamieszane. Muszę zejść naprawdę nisko.

- Dobra – Urquhart szybkim ruchem wrzucił odznakę do szuflady.

- Tylko tyle?

- A co, spodziewałeś się kwiatów i czekoladek? Facet musi czasami zrobić to co musi i lepiej wtedy wiedzieć jak najmniej.

- Dzięki szefie – Harry uśmiechnął się zdawkowo, ruszając do drzwi.

- Pamiętaj tylko, gdzie masz przyjaciół, Harry.

- Pamiętam.

 

Dopadła go, kiedy mijał ich biurka, w drodze do magicznych wind, w dłoni wciąż trzymała jego list.

- Czy w Izraelu nie ma kary za czytanie cudzej korespondencji? – Spytał zrezygnowanym głosem.

- Na takich ludzi czeka specjalny krąg w piekle. Za życia, wiedza to podstawa.

- Opowiedz mi o tym kręgu, to ci go zgotuję za życia.

- Dokąd lecimy szefie? – Ramirez z Mariettą dogoniły ich wpół drogi, miały już na sobie płaszcze i ekwipunek polowy.

- My do nikąd, ja muszę załatwić pewną sprawę.

- Zasada numer 7 Nigdy nie pogrywaj ze swoim partnerem.

- I 15 Zawsze pracuj w zespole – wtrąciła Marietta.

- Dobrze, je wyszkoliłeś – Ziva powiedziała do niego z uśmiechem. – Może za dobrze?

- Posłuchajcie mnie uważnie – Zatrzymał się wreszcie.

- Zawsze cię słuchamy.

- Więc mnie posłuchajcie – przybliżył się o krok. – Nie mieszajcie się do tego.

Ziva nie dała mu spokoju, doganiając go, kiedy już złote kraty się zasuwały. Wśliznęła się do kabiny. Zjechali do lobby w ciszy. Stała nonszalancko oparta o tył kabiny,

- Jest jeszcze jedna, niewypowiadalna zasada – odezwał się wychodząc.

- Niewypowiadalna? Jaka niewypowiadalna?! – Zawołała za nim. – Jak mam znać, skoro jest niewypowiadalna! – Nie odwrócił się do niej.

 

W domu panował półmrok i cisza którą mąciły jedynie ciężkie oddechy śpiących w saloniku pupili. Ginny także spała, a Harry nie zamierzał jej budzić. Jak zawsze wróciła do domu po północy i jeszcze długo nie szli spać. Teraz musiała porządnie się wyspać przed czekającym ją za kilka godzin świstoklikiem do Kanady i długim dniem treningów. Teraz, kiedy rozpoczął się sezon zasadniczy, trener wyciskał z nich ostatnie poty na treningach, a weekendy zajmowały im ligowe mecze, Ginny skarżyła się, że nigdy jeszcze nie dostawała tak w kość i jednocześnie promieniała ze szczęścia. Nie jeden raz Harry zastanawiał się czyja praca była trudniejsza, jego, czy jej. Zwierzaki nie zwróciły nawet uwagi na jego pojawienie się w saloniku. No może Łapa nie zauważył, bo Hektor został podniesiony z zajmowanego fotela, na który chrapkę miał teraz Harry i przeniesiony na kolana swego właściciela łypał na niego złym okiem, niezdecydowany czy ma spać, czy pokazać swoje niezadowolenie. Harry odrobinę automatycznym ruchem głaskał kota po czarnym futerku, delikatne drżenie które narastało wraz z mruczeniem zwierzęcia pozwalało mu skupić myśli nad tym co ma zaraz zrobić i wprowadzało go w swoisty trans.

Harry Potter tak jak niegdyś nie był zwyczajnym chłopcem, teraz nie był zwyczajnym mężczyzną. Życie dodało mu lat, których nie miał w swojej metryce i zmusiło go do powstrzymywania się od szaleństw młodości w imię ochrony nie siebie, a przede wszystkim swoich bliskich. Wieczne zagrożenie już minęło, ale on nie potrafił stać się zwyczajnym mężczyzną w swoim wieku. Miał gorące serce, którym potrafił kochać jak nikt inny i poświęcić się całym sobą, ale jego umysł pozostawał zimny i logiczny. Może to dlatego był tak dobry w tym co robił. Serce podsuwało mu odpowiedzi, a umysł odnajdywał sposób na rozwiązanie problemu. Właśnie teraz, głaszcząc starego kota, pozwalał pracować swojemu umysłowi na najwyższych obrotach.

Zeszła cicho. Łapa pierwszy podniósł głowę, słysząc odgłos jej bosych stóp na drewnianych stopniach schodów. Jedynie kątem oka łypnął na Harrego siadając wyprostowany i dostojny niczym starożytny posąg.

- Harry! – Wykrzyknęła na cały dom, absolutnie nie kryjąc szoku. Jej okrzyk sprowadził do saloniku Stworka, który najwyraźniej nie był świadom obecności swego pana w domu.

- Panicz Harry? Stworek przeprasza, Stworek… – Harry uniósł dłoń, uśmiechając się pobłażliwie. Nie miał za złe staremu skrzatowi, że temu zdarzyło się przespać jego cichy powrót. Zatrzymał go bardziej dlatego, że skrzat odczuwał potrzebę przebywania w tym domu, aniżeli z potrzeby posiadania sługi.

- Co ty tutaj robisz? – Ginny powoli podeszła do zajmowanego przez niego fotela. Hektor łypnął teraz złym okiem na nią, obawiając się że będzie musiał ustąpić miejsca na kolanach, gdzie zdążyło mu się zrobić wygodnie. Ku jego nieopisanej radości, Ginny przysiadła na oparciu fotela.

- Przyszedłem pomyśleć i porozmawiać.

- Coś się stało? – Spytała. W jej głosie nie było niepokoju, przywykła już, że Harry rzadko wraca z radosnymi nowinami.

- Muszę wyjechać na kilka dni, albo tygodni. Sam jeszcze nie wiem.

- Kingsley znowu cię gdzieś wysyła, albo wyciąga w charakterze swojej ochrony – Stwierdziła z niesmakiem.

- To nie ma związku z pracą. Muszę pomóc przyjacielowi i nie wiem jak to zrobić.

- Mogę jakoś pomóc?

- Kocham cię wiedźmo, ale nie sądzę. Tym razem to ty musisz być gwiazdą, a ja tym który broi.

- Przecież ty nie wiesz nawet, jak się broi! – Wypaliła z oburzeniem. – Muszę zrobić ci przyśpieszony kurs jak broić, a przynajmniej, jak być niegrzecznym chłopcem.

- Dopiero co wstałaś – jęknął.

- Ale ma ciebie nie być przez kilka tygodni – Jej oburzenie sięgało zenitu.- Sio, Hektor. Twoje posłanie jest w kuchni. Łapa, pokaż mu drogę.

Drzwi saloniku zatrzasnęły się, kiedy zostali sami.

 

Sala aportacyjna w siedzibie Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów wyglądała dokładnie tak, jak zapamiętał ją z czasów swego międzynarodowego szkolenia, na które wyjechał na chwilę, a wrócił po całych tygodniach, zahaczając przy okazji o Chiny. Za kontuarem stał nawet ten sam chłopak.

- Autoryzowany świstoklik z Wielkiej Brytanii. Pan Harry Potter. Witamy w siedzibie głównej Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. Potrzebuje pan pokoju na czas pobytu?

- Dziękuję, ja tylko przelotem.

- Świstoklik powrotny?

- Jeszcze nie wiem, dokąd udam się potem. Do widzenia – odebrał swoją przepustkę, upoważniającą go do poruszania się po kompleksie. Był wdzięczny Kigsleyowi, który wyświadczył mu przysługę, nadając jego przelotowi rangę podróży państwowej, choć nie wiedział co też mu chodzi po głowie.

Harry jedynie przemknął przez główny hall „Konfederacji” już w typowym dla siebie stylu niczym wicher wypadając na dziedziniec, zakończony wysokim murem z drzwiami w kolorze złota, tak potężnymi, że wydawać się mogło, że tylko troll górski mógłby je otworzyć. Harry bez zastanowienia pchnął jedno ze skrzydeł, wychodząc wprost na szeroką aleję, otoczoną przepięknymi budynkami z białego kamienia. Z błękitnego nieba spoglądało na niego złociste słońce ogrzewając świat do przyjemnych szesnastu stopni, mimo że w kalendarzu panowała zima. Był tu tylko raz, więc szedł rozglądając się ciekawie i starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów z najdłuższej we Francji alei, tętniącej jedynie magicznym życiem. Miejscu nie tylko wypełnionym sklepami i kawiarniami, ale i pełnym zielonych skwerów w głębi których kryły się rozłożyste budynki Francuskiego Ministerstwa Magii i innych ważnych instytucji. Jego nie interesował jednak rozłożysty pałacyk Ministerstwa, jakiego nie powstydziłaby się brytyjska rodzina królewska, a stojący kawałek dalej wysoki i ponury gmach zajmowany przez Żandarmerię. Z całą pewnością wygląd tego budynku nie zachęcał do odwiedzin w celach towarzyskich czy turystycznych.

- Wydział śledczy, pokój 106 – powiedział do żandarma stojącego za kontuarem, tuż przy blokującej dalsze wejście kracie.

- Imię nazwisko i cel wizyty – żandarm zanurzył gęsie pióro w kałamarzu.

- Harry Potter. Wizyta czysto towarzyska – Harry położył na ladzie dowód osobisty, jaki dostawali wszyscy pełnoletni czarodzieje w Wielkiej Brytanii.

- Proszę się tutaj podpisać – przed nosem młodego brytyjczyka wylądowała gruba księga w drewnianej oprawie z pożółkłymi ze starości kartami. – Dziękuję. Może pan wejść. Pierwsze piętro – kraty rozsunęły się z cichym szczękiem.

 

Nigdzie nie było ani śladu wind, Harry cieszył się więc, że idzie na pierwsze piętro, nie zaś ostatnie. Niezależnie od tego, jak dobrą ma się kondycję, schody zawsze powodują zasapanie się i wystąpienie kropelek potu na czoło.

Schody były ładne, szerokie, wykonane z marmuru. Ich stopnie były długie i czarne, podczas gdy poręcze lśniły marmurem różowym, całkowicie pozbawionym zdobień. Cały budynek zresztą pozbawiony był jakichkolwiek zdobień.

Cały budynek był jak przesłanie, że prawo ma być egzekwowane w sposób jasny i skuteczny, nie piękny i z finezją, a przestępca od pierwszej chwili ma wiedzieć gdzie jest i jakie jest jego miejsce.

Drzwi pokoju 106 były drewniane, pokryte brązową i białą farbą olejną, z szybą z mlecznego, karbowanego szkła zajmującą niemal dwie trzecie ich powierzchni. Wewnątrz siedziały dwie młode kobiety.

- Harry Potter, Bel Ami – Powitała go tonem, właściwym przy spotkaniu z kimś oczekiwanym, acz bardzo spóźnionym, robiąc dłuższą pauzę po każdym ze słów. – Oto człowiek, który pokonał smoka, latał na smoku, uratował mi życie, wygrał Turniej Trójmagiczny, zabił największego czarnoksiężnika w swoim kraju, został drugim najlepszym młodym czarodziejem na świecie, nigdy nie próbował mnie uwieść i nigdy uwieść się nie dał.

- Zapomniałaś dodać, że całowałem się z twoją siostrą – wtrącił z zawadiackim uśmiechem. – Witaj Gabrielle.

- ‚Arry – wpadła mu w objęcia, a może to on utonął w jej, bo była już niemal o głowę wyższa od niego. Zupełnie jak swoja siostra. – To jest Fiona – powiedziała, odsuwając się od niego.

- Fiona, to jest ‚Arry Potter, o którym ci tyle opowiadałam.

- Bardzo mi miło – dziewczyna podała mu rękę.

- Nie wierz w ani jedno jej słow, póki tego nie potwierdzę. Straszna z niej kłamczucha – odwzajemnił uścisk, jednocześnie dostając ryzą papieru w kark.

- Nie jestem kłamczucha – Nachmurzyła się.

- Jesteś, jesteś – mrugnął do niej.

- Wiem po co tu jesteś, ‚Arry – odpowiedziała mu zupełnie innym tonem. – Nie mogę ci powiedzieć więcej, niż napisałam w liście i pokazać żadnych dokumentów, których nawet nie mam – rozłożyła ręce w geście bezsilności – ale zapraszam cię do kafejki tuż za rogiem na wspaniałe croissanty. Lubisz croissanty Harry? – Gabrielle sięgnęła po leżącą obok biurka torebkę

- Lubię.

- Fiona, czy tobie przynieść kilka?

- Dziękuję, ale trzymam linię. Ups, upadł moje pióro – Fiona zanurkowała pod swoje biurko

- Ok, to my już pójdziemy.

- Idźcie, idźcie.

- Napewno nic ci nie kupić?

- Na pewno, nie martwcie się o mnie.

- Miło było cię poznać, Fiona – Harry pożegnał się wychodząc przez drzwi.

- Tak, ciebie też – dobiegło spod biurka.

 

Pomimo godzin pracy, w kawiarni panował ścisk. Każdy, kto tylko mógł wykorzystywał głód by wyrwać się z pracy na wcześniejsze drugie śniadanie i zaznać ciepłych promieni słonecznych. Harry uśmiechnął się, łapiąc się na przeczesywaniu tłumu w poszukiwaniu szczupłego mężczyzny z pokaźnymi wąsami w koszuli pasiaku i czarnym berecie z antenką, trzymającego pod pachą bagietkę. Postaci z obrazka, jaki niedawno widział w jednej z angielskich gazet.

- Coś cię rozbawiło? – Gabrelle zapytała przyglądając mu się uważnie.

- Taka tam bratnia „miłość” naszych narodów – uśmiechnął się raz jeszcze, tym razem już do niej. – Jak ci się podoba staż w Żandarmerii? – Spytał zmieniając temat.

- Od kiedy zrobiłeś ze mnie swojego szpiega? – Spytała z namysłem. – Podoba mi się bardziej. Przekładanie papierków było strasznie nudne. – Kelner postawił na ich stoliku dwie filiżanki kawy i koszyk francuskich rogali.

- Nie zrobiłem z ciebie swojego szpiega – zaoponował szybko.

- Ale ja się przecież nie skarżę!

- Tym niemniej.

- Tym niemniej jest mi bardzo miło, bo mogłeś o to poprosić kogoś innego. Choćby kolegę z tamtej konferencji.

- Okazał się nieużytym gnojkiem. – Harry warknął, wsysając łyk kawy przez zaciśnięte usta.

- To kawa, nie trucizna – zaśmiała się perliście.

- Dla mnie to to samo.

- Fascynujący z ciebie człowiek. Z każdą spędzoną wspólnie chwilą twoja osoba pociąga coraz bardziej i w końcu nie można się od ciebie uwolnić.

- Nie próbuj na mnie swoich czarów. Fleur nauczyła mnie, jak się bronić przed urokiem Wil.

- Nawet bym nie śmiała tego robić, zresztą. W takim ścisku, prędzej któryś z tych idiotów, którzy teraz na mnie się gapią by się zauroczył, niż ty.

- Jeśli nie chciałaś, by się tylu facetów na ciebie gapiło, trzeba było wybrać bardziej ustronne miejsce.

- W tłumie najłatwiej się ukryć – wyciągnęła z torebki cieniutką teczkę która przypadkiem wylądowała w jej torebce, gdy Fiona szukała pióra pod biurkiem.

- O co chodzi z tym „nie mogę ci powiedzieć więcej”?

- Sprawa jest kwestią bezpieczeństwa państwa.

- Od kiedy to jest to kwestia bezpieczeństwa państwa, co?

- Od kiedy wmieszał się w to ten człowiek – Gabrielle przesunęła do niego fotografię. Zrobione niewątpliwie z ukrycia mugolskie zdjęcie przedstawiało krótko obciętą blondynkę w towarzystwie nieznanego mu mężczyzny. – Nie mamy pojęcia kto to, ani jak się nazywa, ale wszędzie gdzie się pojawia giną czarodzieje.

- Nie wpadliście na to, żeby go zatrzymać – Harry żachnął się.

- Gdyby to było takie proste. Facet jest jak kamfora. Kiedy tylko Żandarmeria go osacza on – pstryknęła teatralnie palcami – i znika jak kamfora.

- To się nazywa aportacja.

- To jest mugol, Harry – popatrzyła na niego z niesmakiem.

- No to gdzie jest teraz ten mugol?

- Kamfora – Gabielle pstryknęła palcami.

- A gdzie był?

- To zdjęcie wykonano w Chaux-Neuve – pokazała mu mapę z zakreślonym na czerwono okręgiem.

- Blisko Dijon – Harry odparł w zamyśleniu, przyglądając się niewielkiej mapie.

- Tam też był, ale nie w tym samym czasie – pokręciła energicznie głową.

-No dobrze, to mam ostatnie pytanie. Jak nazywa się ten bar, w którym zrobiono to zdjęcie.

- .2:0.0.0.0.0″>.2:0.0.0.0.0.0″>.2:0.0.0.0.0.0.$end:0:$0:0″>Fou Boiteux.

- Żartujesz?

- Nie. Bar nazywa się Kulawy Głupiec.

 

Bar faktycznie nazywał się Kulawy Głupiec i stał przy głównej ulicy niewielkiej, podgórskiej miejscowości. Ulicą w obu kierunkach sunęły sznury samochodów, pomiędzy którymi przeciskali się pieszy pragnący dotrzeć do zatłoczonego chodnika. Wielu przechodniów paradowało w strojach i butach narciarskich, jakby chcieli się pochwalić, po co tu przybyli. Inni targali ze sobą również sprzęt. Kije, narty, deski do snowboardingu. Dzieci ciągnęły drewniane sanki. Miejsce to było mekką dla ludzi pragnących nauczyć się jeździć, nim znajdą się w prawdziwych Alpach, które przy dobrej pogodzie można było ujrzeć na horyzoncie.

Harry pchnął drzwi baru, choć właściwie to nie był to już Harry. Do środka wchodził błękitnooki blondyn, o obciętych na jeża włosach i pociągłej twarzy. Porządna dawka zaklęć kamuflujących zrobiła swoje. Co zaś najważniejsze, pomimo że łatwiejsza do wykrycia przy pomocy czarów, nie wymagała popijania co chwila eliksiru wielosokowego.

Wnętrze lokalu było ciepłe i przytulne. Wszędzie unosił się zapach goździków z gorącego piwa korzennego i grzanego wina. Nie trzeba było pić, by popaść w błogi nastrój, ale trudno było się nie napić, w tak kuszącej atmosferze.

- Grzane wino, poproszę – położył na kontuar kilka euro, zasiadając na wysokim stołku. Kufel pojawił się przed nim po kilku chwilach, w których swoje zamówienia odbierali klienci przybyli wcześniej. Dało mu to czas do spokojnego rozejrzenia się po lokalu.

Wąski ale długi, z piętrem na którym znajdowała się drewniana antresola, cała zajęta przez stoliki. Urządzony nowocześnie z lustrami za kontuarem i umieszczonymi w antyramach zdjęciami okolicy na ścianach. Wśród gości przeważały osoby, które dopiero co zeszły ze stoku, nie udając się nawet do swoich hoteli w celu przebrania się. Tacy, jakich widział już na ulicy. Najwyraźniej tak wyglądał szczyt sezonu w miejscowościach narciarskich.

- Odwiedzają pana sami narciarze – odezwał się po francusku, kiedy napór klientów odrobinę zelżał.

- Oni? – Barman omiótł wzrokiem pół sali. – Wątpię, by choć widzieli stok, jeśli okno ich pokoju akurat na niego nie wychodzi.

- Poważnie? – Harry zdziwił się, widząc wokoło co najmniej kilkanaście osób w strojach, które wydawały się niezwykle profesjonalne i zapewne bardzo drogie w zakupie.

- Większość hoteli jest wpół drogi między stokami a moją kawiarnią. Wątpię, by mieli problem z przebraniem się.

- To po co tyle zachodu – pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Dla szpanu – słowo to w ustach barmana, który lata szczeniackie miał już dawno za sobą brzmiało co najmniej dziwnie. – Zrobić sobie kilka zdjęć, pochwalić się przed kolegami w pracy.

- Skoro już wspomniał pan o zdjęciach – Harry ucieszył się, że tak szybko doszli do sedna sprawy. – Przydałaby mi się pańska pomoc w tej materii.

- Szuka pan najlepszych miejsc do zrobienia zdjęć? Proponuję Jelenią Polanę, albo Świerkowe Hale.

- Niezupełnie. Już mam zdjęcie – wyjął z wewnętrznej kieszeni zdjęcie otrzymane wcześniej od Gabrielle, przesuwając je do barmana, który zmierzył je wzrokiem.

- Jak już powiedziałem policji, nie znam tego człowieka – barman odpowiedział spokojnie.

- Tyle, że ja nie jestem z policji i mam gdzieś tego człowieka – Harry nie wykazał cienia irytacji, czy zniechęcenia. – Szukam siostry – wskazał palcem na towarzyszącą mężczyźnie blondynkę.

- Przykro mi, ale pańskiej siostry także nigdy nie widziałem.

- Myślę, że pan kłamie – Harry pociągnął łyk parującego wina, czując jak gorący płyn rozgrzewa go, jakby mieszając się z krwią i wypełniając całe ciało. – Bo widzi pan, to zdjęcie zostało zrobione właśnie w tym barze, a tu w rogu – wskazał palcem na niewielki element na zdjęciu. – To jest głowa barmana i wygląda cholernie podobnie do pańskiej.

- No dobrze – Barman stanął przy samym kontuarze. – Przychodzi pan do mojej kawiarni. Zaczyna wypytywać o jakąś lalę i oskarża o kłamstwo, nawet nie pozdrowiwszy mnie od wspólnych przyjaciół. Wynocha, póki jestem uprzejmy.

Goście usłyszeli cztery uderzenia potężnego, sędziowskiego młotka, po których pomieszczenie wypełniła cisza. Barman słyszał tylko przeraźliwe dzwonienie w uszach, kiedy jego głowa odegrała rolę młotka uderzającego o blat. Nie pamiętał chwili, w której Harry złapał go za głowę, w tej chwili nie był nawet pewien co tak właściwie się stało i dlaczego z jego złamanego w kilku miejscach nosa tryskają fontanny krwi, a ucho potwornie piecze przygniatane do blatu.

- Teraz posłucha pan mnie, póki jestem uprzejmy. Gdzie ona jest.

- Nie wiem.

- To gdzie jest ten facet – jego głos był nadal uprzejmy. W tle słyszał już wciskane klawisze na telefonach klientów. To samo robiła kucharka wyglądająca z zaplecza, kręcąc tarczą firmowego telefonu zawieszonego na ścianie.

- Też nie wiem – barman poczuł, jak jego głowa podrywa się do góry, by ponownie huknąć uchem o blat.

- Gdzie – uderzenie o blat – ich – kolejne uderzenie – znajdę? – Ostatnie uderzenie sprawiło, że wypadła mu plomba umieszczona w prawej siódemce.

- Nie… Nie pamiętam. Naprawdę nie pamiętam – facet wysapał w blat.

- To lepiej sobie przypomnij, bo jutro tutaj wrócę i już nie będę uprzejmy. – Harry puścił mężczyznę, wstając ze stołka. – Wino było całkiem niezłe, choć wolę bardziej cierpkie gatunki – miłego dnia.

- Sp…laj – barman warknął, chowając nos w szmatkę.

Radiowozy pędziły już ulicą, rozdzierając sielską atmosferę wyciem syren. Harry spokojnym krokiem ruszył przed siebie, na równi z innymi przechodniami przyglądając się całej sytuacji. Udało mu się nawet przejść przez jezdnię przed samą maską jednego z biało błękitnych peugeotów z napisem „Police” zmuszając go do nagłej zmiany kierunku jazdy, oraz użycia klaksonu i bogatej wiązanki przekleństw połączonej z wygrażaniem pięścią. Wszystkie pojazdy zatrzymały się z lekkim poślizgiem przed barem. „Jak oni chcą kogokolwiek złapać, skoro robią przy tym tyle hałasu, że można zjeść śniadanie i jeszcze wyjść przed ich przyjazdem” pomyślał, przewracając oczami kiedy tuzin mężczyzn, w większości z brzuszkiem i wąsami wpadł do wnętrza lokalu. Przyglądał się całej scenie jeszcze przez kilka minut, ale że migające kogutami radiowozy nie przedstawiały ciekawego widoku, a z wnętrza nikt nie wychodził, postanowił zająć się innymi sprawami. Był oczywiście odrobinę zawiedziony, że nie uzyskał informacji na stawiane pytania, a przede wszystkim nie wiedział, gdzie ma szukać swojej zguby, dowiedział się jednak przynajmniej, że barman coś wie, ale nie chce śpiewać. Inaczej nie wstawiałby starego powiedzonka o pozdrawianiu od wspólnych przyjaciół. Mógł tam wrócić za kilka godzin, zaraz po wyjeździe policjantów. Wolał jednak zobaczyć co się wydarzy do jutra. Jeden dzień może go nie zbawi, a może być zabawnie.

Wszedł do stojącego na rogu sąsiedniej ulicy, niemal naprzeciwko „Kulawego Głupca” hoteliku.

- Dzień dobry. Mówi pani po angielsku? – Spytał dziewczynę za kontuarem. Nie był pewien, czy miała choćby osiemnaście lat.

- Oczywiście. W czym mogę pomóc? – Uśmiechnęła się do niego uroczo.

- Potrzebuję pokoju.

- Dla ilu osób?

- Wypoczywam samotnie.

- Rozumiem… Na długo pan u nas zagości?

- To zależy, jak dobrze będę się bawił. – Harry przewiesił swoją kurtkę, w której było mu zbyt gorąco, przez ramię.

- Myślę, że w piątce będzie panu wygodnie. Poproszę jakiś…. – resztę wypowiedzi przerwało jej wtargniecie grubiutkiego policjanta z potężnymi wąsami, który sapał jak parowóz.

- Szukamy postawnego blondyna mówiącego z obcym akcentem, facet może zachowywać się agresywnie. Może widziała pani kogoś takiego? – Słysząc opis dziewczyna spojrzała na Harrego, który oparty o ladę, ze ściągniętymi brwiami przyglądał się policjantowi.

- Nie, raczej nie. – Odpowiedziała w końcu, widząc, że policjant zdaje się nie zwracać uwagi na stojącego obok niego blondyna.

- A może pan widział taką osobę? – Policjant zwrócił się do niego.

- Przepraszam, ale nie mówię po francusku – Harry odparł z przepraszającym wyrazem twarzy.

- Pan oficer pyta, czy nie widział pan postawnego blondyna mówiącego z obcym akcentem – dziewczyna przetłumaczyła Harremu zdanie, które doskonale zrozumiał już wcześniej.

- Innego niż ja? – Harry zaśmiał się gardłowo. – Na dworze wszyscy mieli czapki. Więc trudno mi odpowiedzieć.

- Mój gość mówi, że na dworze wszyscy nosili czapki, więc nie potrafi odpowiedzieć. Oczywiście widział siebie, jeśli jest to pomocne.

- Nie, to nie pani klienta szukamy, nie zgadza się z opisem. Proszę mieć oczy szeroko otwarte. To groźny człowiek – Policjant wypadł, by prowadzić dalsze poszukiwania.

- Czy mogę prosić lusterko? – Harry zapytał dziewczynę, kiedy drzwi zamknęły się za mężczyzną.

- Oczywiście, tylko po co?

- Ostatnio jak się widziałem, to wyglądałem jak człowiek z opisu.

- Nadal tak pan wygląda – przerwała poszukiwania lusterka.

- Wasi policjanci nie są zbyt mądrzy? – Odpowiedział mu wybuch perlistego śmiechu z ust dziewczyny.

- Poproszę jakiś dowód tożsamości – powiedziała wreszcie, ocierając łzy. – Pan Vernon Dudley – Przeczytała z jego mugolskiej fałszywki. – Piątka już na pana czeka. Po schodach na drugie piętro, okno ma pan od ulicy Głównej.

- Będę mógł pooglądać radiowozy, jeśli jeszcze się nie rozjechały.

- Ciekawe co tam się stało?

- Wpadł postawny blondyn, tego możemy być pewni – zaśmiali się oboje.

- Kolację podajemy od wpół do szóstej.

- Dziękuję.

 

Z pokoiku faktycznie roztaczał się świetny widok na ulicę, wciąż jeszcze zatarasowaną mrugającymi radiowozami. Nie mógł uwierzyć, że mugolscy policjanci mogą być tak głupi, że raz omal go nie przejechali, a potem stojąc z nim twarzą w twarz wcale nie wzbudził zainteresowania. Nie potrzebował krzty magii. Zaklęcia zwodzącego, wymazywania pamięci, Mógł sobie spokojnie stać, patrząc jak jest poszukiwany. Mógł się zapewne przyłączyć do poszukiwań i nie zostać znaleziony. Najłatwiej jest się ukryć na widoku.

Minęło jeszcze dobre pół godziny, nim radiowozy wreszcie się rozjechały i nie trzeba było długo czekać, by zapadła noc. Harry siedział po turecku na łóżku, raz jeszcze przeglądając wszystkie listy i starając się znaleźć związek. Znaleźć miejsce, w którym pojawił się ten facet. Facet, który tak, jak i ona był w Dijon. Ledwie kilkadziesiąt kilometrów stąd.

- Nie ma czegoś takiego, jak zbieg okoliczności – w duchu przeklinał siebie za niedopatrzenie, jakim było niezapytanie Gabrielle, kiedy ten mężczyzna był w Dijon.

Miał jeszcze ochotę zjeść coś w hotelowej restauracji, albo wezwać Stworka, by ten przyniósł mu kanapkę. To ostatnie mogłoby być nawet całkiem zabawne, jednak kiedy zgasił lampkę, obudził się o piątej rano i to nie dlatego, że obudzić się chciał, tylko dlatego, że obudzić kazał mu się instynkt. Leżał chwilę wsłuchując się w mrok i starając wyłowić ten element rzeczywistości, który wyrwał go ze snu bez snów. Po chwili usłyszał przytłumione głosy dochodzące z ulicy.

Wyglądając przez okno zobaczył grupę mężczyzn stojących pod drzwiami „Kulawego Głupca” oraz starego miniwana z klekocącym silnikiem, z którego rury wydechowej wydobywały się czarne kłęby dymu. Zachichotał na myśl o tym, co powiedziałby wuj Vernon widząc samochód w takim stanie.

- Ten złom złapie niedługo kichę – mruknął, kręcąc głową i obserwując jak mężczyźni rozpierzchają się w różnych kierunkach, a część z nich wchodzi do wnętrza lokalu. Kiedy na chodniku nie został już nikt, dyrygujący grupą mężczyzna poklepał karoserię furgonetki, a ta odjechała rycząc donośnie. – Słychać was bardziej niż policjantów, a myślałem, że nie będzie fajnie – Postanowił zająć się poranną toaletą. Szczotkując zęby nie mógł się nadziwić, że ten mało spodziewany i nader nagły wypad sprawia mu aż tyle frajdy. Stateczny pan Potter zaczynał łapać wiatr w żagle. Może uda mu się jeszcze zrobić coś, za co nawet George go pochwali.

 

Kiedy wyszedł na ulicę nie pragnął niczego innego, jak powiedzieć, że jest rześki poranek. Ciężko jednak było mówić o rześkości, kiedy na dworze wiało jak na dachu Azkabanu, a termometry wskazywały piętnaście kresek poniżej zera.

Zobaczył ich niemal od razu. Stali skuleni, wciśnięci we framugi drzwi, jeden po przeciwnej stronie ulicy obejmował się ramionami przeskakując z nogi na nogę. Dwaj, których mijał Harry, skuleni popalali papierosy trzymane w drżących dłoniach.

- Szkoda tak marznąć – Harry zagaił po angielsku, mijając mężczyzn. – U „Kulawego Głupca” dają świetne grzańce. Ja stawiam.

- Może innym razem – mruknął jeden z nich, podczas gdy drugi odwrócił się do Harrego plecami. Ich kolega z przeciwnej strony ulicy ledwie omiótł ich wzrokiem. Wszystko poszło tak, jak sobie zaplanował. Teraz nie wzbudzi ich zainteresowania. Może nie wzbudzi nawet zainteresowania tych, którzy mogą się kryć gdzieś, gdzie ich przeoczył.

Z uśmiechem na ustach pchnął drzwi wejściowe baru.

- Obiecałem, oto jestem – powiedział z radością w głosie, szybkim krokiem idąc do barmana. Mężczyzna zamrugał kilka razy, jakby myślał że ma omamy. – Poprawiła się panu pamięć od ostatniego spotkania?

- Nie trzeba było tu przyłazić – Usłyszał za sobą niski głos mężczyzny silącego się na francuski. – Trzeba było być mądrym. Wyjechać.

- Tak, no cóż – Harry odwrócił się twarzą do pięciu umięśnionych drabów z których najniższy był dwa razy tak szeroki jak on i przerastał go o głowę. – Mam kiepską opinię, jeśli chodzi o mądrość. Ty pierwszy – wskazał na czarnoskórego o małych oczkach, który osaczał go od prawej. Szarpnął mężczyznę za ramię i posłał prosto w drewniany stolik, po drodze potrącając draba, który miał za zadanie odciąć mu drogę ucieczki. Potem wszystko potoczyło się już jak to zawsze toczyło się, kiedy dochodziło do walki. Harry podczas pobytu w Chinach przeszedł intensywny kurs wschodnich sztuk walki, a i w Anglii nie próżnował, wciąż ćwicząc swoje umiejętności i szukając nowych, skutecznych rozwiązań i systemów walki. Dość powiedzieć, że pokonanie pięciu przeciwników zajęło mu coś ponad minutę, a kiedy się odwrócił na powrót do barmana, zobaczył czubek czarnej lufy sześciostrzałowego rewolwera skierowany w jego głowę.

- Jeśli ktoś myśli, że ma cię w garści. Złam mu rękę – spokojnie wyrecytował kolejną ze swoich zasad, szybkim ruchem łamiąc barmanowi łokieć. Mężczyzna nie zdążył nawet wystrzelić.

- Przypomniałeś sobie, gdzie mogę ją znaleźć? – Harry ponownie wskazał na dziewczynę z fotografii.

- Nie wiem. Cholera, złamałeś mi rękę.

- Ręka się zrośnie. Będzie oczywiście sztywna bo to łokieć, ale da się żyć, ale jak ci przestrzelę kolano, to już sobie nie pobiegasz – przysunął do siebie rewolwer barmana. – No to gdzie ją znajdę.

- Nie wiem, kurde, nie wiem. To nie pierwsza lala, jaką tutaj sprowadził. Może znalazł ją na ulicy, może w burdelu, a może w hallu jakiegoś hotelu. Nie ona pierwsza i nie ostatnia.

- Czyli nie pierwszy raz go tu widziałeś – mężczyzna zagryzł wargi rozumiejąc swój błąd. – Kto to jest? KTO TO JEST! – Powtórzył głośniej, łapiąc barmana za złamany łokieć. – I gdzie go znajdę?

- Rostov! Dymitry Rostov! – Barman zapiał, zalewając się łzami. – Ale nie wiem, gdzie go znaleźć.

- Ja wiem – Harry puścił mężczyznę. – Zadzwoń po pogotowie, przyda się i im i tobie. Aha. Jakby Rostov, albo ktoś z jego przyjaciół się tutaj pojawił, nie zapomnij im powiedzieć co zrobiłem i pozdrów ich od wspólnych przyjaciół.

Harry Potter wyszedł w śnieżną zadymkę. Czekała go daleka podróż, na końcu której był już więcej, aniżeli jeden przyjaciel.

 

Koniec Części Pierwszej.

 

Magicznych Świąt

24 gru

Chcę wam życzyć magicznych, szczęśliwych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, może ktoś z was ma w te święta nawet odrobinę śniegu. Święta to magiczny czas i mam nadzieję, że czujecie choć odrobinę tej magii.

Z mojej strony mogę wam obiecać, że po wielu perturbacjach, które nie pozwalały mi czasem nawet na sekundę siąść do pisania kolejnego rozdziału, na ukończeniu mam aż dwa i oba pojawią się jeszcze przed końcem roku. Może nawet jeszcze w czasie świąt.

Wszystkiego magicznego, kochani.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Już wkrótce

19 gru

Harry Potter is going deep, and very, very bad….

Stay tuned, for next chapter.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS