RSS
 

Archiwum - Listopad, 2014

Gdzie auror nie może, tam kobietę pośle.

30 lis

Życie przy Grimmauld Place toczyło się własnym rytmem. Pies szczekał na kota, starając się zmusić go do zabawy. Kot miał psa w nosie, śpiąc na okapie kuchennego paleniska. Pufek pigmejski Arnold wydawał z siebie delikatne „puuuurrrrr”, zamknięty w złotej klatce, a Harry uprawiał poranną gimnastykę, czekając na przygotowywane przez Stworka śniadanie.

- Dziewięćdziesiąt sześć, dziewięćdziesiąt siedem. Jak się udała impreza? – Spytał słysząc płomienie buchające z paleniska i prych niezadowolenia Hektora. – dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć.

- Jestem wykończona.

- Sto – Harry zwinnie podniósł się z podłogi, by spojrzeć na siedzącą przy stole Ginny. – Za sześć godzin masz świstoklik powrotny. Trzeba już było zostać w Ameryce, teraz nie masz szans żeby się wyspać.

- Mam większe szanse, niż gdybyś spał ze mną. Wtedy na pewno bym się nie wyspała, kochanie – Harry uśmiechnął się, jednocześnie czując, jak robi mu się gorąco.

- Ale nie jesteś zły, że nie wróciłam?

- Przecież sam ci powiedziałem żebyś wyskoczyła gdzieś ze znajomymi z drużyny od czasu do czasu.

- Nie niepokoiłeś się o mnie, że nie wróciłam? – Spytała, mrużąc oczy.

- Ja zawsze się niepokoję, kiedy nie ma cię w pobliżu.

- Mógłby mnie uwieść jakiś przystojny zawodnik. Mamy kilku takich w zespole – jej wzrok zrobił się rozmarzony.

- Nie ma tak przystojnych zawodników, jak ja. Dziękuję Stworku – zabrał się za postawioną przed nim jajecznicę. Ginny wybuchnęła histerycznym śmiechem, tracąc oddech i omal nie spadając z zajmowanego krzesła. – Stworku, przygotuj też coś dla Ginny.

- Dobrze, paniczu Harry.

- Nie. Nie – Ginny starała się złapać choćby odrobinę powietrza, pomiędzy napadami śmiechu. – Dziękuję. Piłam – wychrypiała wreszcie.

- To dobrze, że przyleciałaś siecią Fiuuu. Aportując się, ostatnio wylądowałaś w oceanie, a byłaś wtedy zupełnie trzeźwa.

- Aportowałam się, ale tym razem poleciałam przez Grenlandię i Islandię. Krótsze skoki, ale potwornie męczące, więc wskoczyłam do kominka, ledwie trafiłam na pierwszy magiczny bar w Irlandii.

- To uciekaj już spać. Musisz być rześka na treningu, bo przestaniesz być gwiazdą.

- Orzeźwię się pod prysznicem. Wiesz, że na niektórych stadionach prysznice są koedukacyjne?

- Wiesz, że jestem panem Czarnej Różdżki?

- Uuuuu powiało chłodem.

- Ile ty wypiłaś, że gadasz takie głupoty? No i to na tyle w kwestii śniadania i rozmowy – mruknął, kiedy jego odznaka zaczęła wydawać z siebie coś na wzór krzyku Szyszymory. NATYCHMIAST głosił komunikat wysłany przez Mariettę.

Harry nie miał pewności, czy płomienie w kominku w holu ministerstwa wygasły zanim wsiadł do złotej windy. Pędził przez pomieszczenie jak wicher, mogły więc w tym czasie zgasnąć nie zdążyć. Zwykle to Ramirez wysyłała mu komunikaty na odznakę, szczególnie te ponaglające. Taki alert ze strony Marietty był więc nader niepokojącym. Kiedy wysiadał z windy na piętrze Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, odznaka odezwała się drugi raz. Tym razem to Urquhart wzywał go do siebie. Do kwatery głównej wpadł w pełnym biegu, przez zapomnienie rzucając torbę na swoje dawne biurko, zajmowane przez Mariettę.

- U szefa…

- Wiem! – Odkrzyknął, nim dokończyła mówić.

Kiedy wpadł do biura Urquharta, ten nadal trzymał w dłoni odznakę którą wysłał Harremu komunikat, a ten ostatni pożałował, że nie pozwolił dokończyć Mariettcie tego co chciała powiedzieć. W rogu pokoju stała Ziva, a na krześle przed nią siedziała postać z głową zakutą w żelazną maskę. To ostatnie omal nie przyprawiło Harrego o wybuch histerycznego śmiechu.

- Człowiek w żelaznej masce. Nowy więzień Azkabanu – Powiedział, zamknąwszy za sobą drzwi.

- Teraz przyjmiesz mnie do zespołu? – Ziva zapytała, klepiąc skutego więźnia w czubek kasku.

- Nie, ale dziękuję ci za prezent, choć do Gwiazdki zostało nam jeszcze trochę czasu.

- Muszę przyznać, że nie doceniałem Zivy, Harry – Urquhart wygodniej rozparł się w swoim fotelu. – Myślałem, że wymknął się nam na zawsze.

- Jak Ziva mówi że coś zrobi, to dotrzyma słowa, choćby oznaczało to ściągnięcie kogoś zza grobu.

- A ty nadal nie chcesz wziąć mnie do zespołu – Izraelka sarknęła w odpowiedzi.

- Jakbym teraz wziął cię do zespołu, to tak, jakbym przyjął łapówkę.

- Przecież nikt by się nie dowiedział. Ja nikomu nie powiem – uśmiechnęła się uroczo. – A ty, Urquhart. Ty też chyba nikomu nie powiesz – Szef niespokojnie spojrzał na Harrego, jakby szukał odpowiedzi, czy ta kobieta mówi serio, czy tylko żartuje.

- Co mu zrobiłaś? – Harry podszedł do siedzącej na krześle postaci. – Zakneblowałaś go? Ogłuszyłaś? Potraktowałaś jakimś urokiem, czy maska jest dźwiękoszczelna?

- Nie jest, a co?

- Bo to nie do pomyślenia, żeby ta zakuta pała siedziała cicho tyle czasu. Harry Potter do zakutej pały – postukał knykciem w metalowy kask. – Lucjusz, jesteś tam?

- Strzelił focha i się nie odzywa od samego Marakeshu.

- Lucjuszu, Lucku drogi. Nie bądź taki. Powiedz coś do mnie – młody auror kucnął naprzeciw więźnia. Tak, że ten mógł go obserwować przez szparki w masce. – Ściągnij mu to z głowy – poprosił, spoglądając na przyjaciółkę. Izraelka machnęła różdżką, trzymaną w rękawie tą samą modłą, na którą trzymał ją i Harry. Stalowy kask zamienił się w mgłę i rozpłynął. – Koszerna dieta ci służy. Lucjuszu – Harry powiedział wstając.

Przed nim siedział niewątpliwie Lucjusz Malfoy. Nie był to jednak Lucjusz, jakiego Harry widział przed kilkoma miesiącami. Kiedy widzieli się ostatnio Lucjusz jakkolwiek zarozumiały jak zawsze, swym wyglądem nadal podnosił się ze sromoty ostatnich rządów Voldemorta, które rozpoczął od wizyty w Azkabanie, by później zostać uwięzionym w swoim własnym domu pod czujnym okiem Czarnego pana i szalonej siostry swojej żony.

Po tych traumatycznych przeżyciach Lucjusz Malfoy był wychudzony, by nie powiedzieć zapadnięty w sobie, a jego rysy stały się wyraźniejsze aniżeli kiedykolwiek wcześniej. Jego blond włosy były wypłowiałe i opadały mu niemal do połowy pleców.

Teraz Harry miał przed sobą Lucjusza z włosami przystrzyżonymi odrobinę powyżej ramion, puszystymi i lśniącymi swym odcieniem blondu sięgającym niemal do białości. Mężczyzna zapuścił sobie nawet szpiczastą kozią bródkę, a jego twarz stała się jakby pucułowata. Harry starał się sięgnąć pamięcią o wiele lat wstecz, jeszcze do drugiego roku nauki w Hogwarcie, kiedy spotkał Lucjusza Malfoya po raz pierwszy, w czasie jego najlepszych dni, by nie powiedzieć dni chwały. Zdawało mu się przez mgłę wspomnień, że mężczyzna nawet wtedy nie wyglądał tak zdrowo, jak teraz.

- Wiesz Lucjuszu – Harry ciągnął, uważnie przyglądając się więźniowi. – Byłem ostatnio w twojej posiadłości. Zostały z niej zdjęte wszystkie zaklęcia i każdy może ją zobaczyć i do niej wejść. Dom stracił trochę okien i zdaje się, że pomieszkują w nim teraz mugolscy bezdomni. Tak wnioskuję po zapachu, bo wszyscy zdążyli uciec – Były śmierciożerca rzucił mu gniewne spojrzenie, nim na powrót wpatrzył się tępo w ścianę przed sobą. – Dziwię się tylko, że dałeś dyla bez żony. Zawsze to rodzina była dla ciebie najważniejsza zaraz po władzy. Rozumiem, że zostawiłeś syna. Zaczął żyć uczciwie więc przestał do ciebie pasować, ale Narcyza? Lucjuszu, naprawdę się na tobie zawiodłem.

- Chyba będziemy musieli mu coś podać, żeby zaczął wreszcie mówić – Urquhart podrapał się w czubek głowy.

- Ale po co? – Zdziwił się Harry. – Milczący Lucjusz Malfoy, to naprawdę miła odmiana.

- Popieram. Musiałam słuchać jego gadania przez całą kolację u mojego ojca – Ziva aż się wzdrygnęła.

- Wyrok już wydano zaocznie, więc nie ma potrzeby by się do nas odzywał. A właśnie. Jak wykradłaś go swojemu ojcu?

- Całkiem zwyczajnie. Ojciec nie spodziewał się, że po pół butelki wina będę szybsza od niego w czarach. Żebyś widział jego minę, kiedy go ogłuszałam – jej oczy zalśniły, kiedy o tym mówiła.

- Generalnie sprowadza się to do tego, że dyrektor David będzie się wściekał? – Szef biura spytał grobowym tonem.

- Delikatnie mówiąc. Myślę, że wysłał już za mną psy gończe z poleceniem sprowadzenia do domu żywej, lub martwej. Raczej martwej – powiedziała to z tak daleko idącym lekceważeniem, że obu mężczyznom zjeżył się włos na głowie.

- Nie znam cię tak dobrze, jak Harry. Czy jednak nie powinnaś się obawiać choć trochę? Możemy ci zapewnić bezpieczny dom opatrzony zaklęciem Fideliusa, ewentualnie jakąś ochronę – na to ostatnie Harry i Ziva wybuchnęli śmiechem.

- Nie obrażaj się – Ziva zaczęła, patrząc na Urquharta – ale bez problemu położyłabym każdego z twoich aurorów. Możliwe, że położyłabym Harrego, ale wolę się nie upewniać, bo mogę się zdziwić. Mój ojciec i jego ludzie nie mogli mnie znaleźć przez wiele tygodni, a wystarczyło jedno słowo Harrego i byłam wolna. Dzięki Harremu jestem wolna od roku, a ojciec i jego ludzie zobaczyli mnie ledwie kilka tygodni temu, gdy sama się u nich zjawiłam. Mój ojciec ma w Wielkiej Brytanii swoich ludzi, ale prędzej ściągnie ich do siebie, niż wyśle za mną ryzykując dekonspirację. Tym nie mniej bezpiecznym mieszkaniem nie wzgardzę, wolę nie zostać napadnięta w środku nocy, w swoim łóżku, bez majtek – Urquhart lekko się zaczerwienił, podczas gdy na Harrym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wiedział, że była to gra na zmieszanie i rozkojarzenie rozmówcy. – Pozostaje jeszcze kwestia obiecanego członkostwa w zespole Harrego.

- Ładna próba, ale mówiłem, że cię nie wezmę.

- Tylko sprawdzałam. Tym nie mniej, stanowisko w Biurze Aurorów mi obiecaliście.

- Też nie obiecaliśmy – Urquhart nie dał się złapać w pułapkę. – Jednakże porozmawiam z szefem departamentu. Przydasz nam się w tej, czy innej formie.

- To zabrzmiało, jakbyś chciał ją przerobić na mebel – Harry zarechotał. W tej właśnie chwili stało się coś, czego żadno z nich się nie spodziewało. Ich uszu dobiegło sapnięcie dezaprobaty. – Witamy po tej stronie tęczy – Harry spojrzał na przewracającego oczami Malfoya.

- No właśnie. My tu gadu gadu, a nasz gość się niecierpliwi. Już dawno powinniśmy byli odesłać go do Azkabanu. Harry, czyń honory.

- To ja pójdę z nim.

- Nie ma nawet takiej możliwości żebyś udała się do Azkabanu inaczej, jak tylko jako więzień.

Po raz kolejny Harry płynął małą łódką przez sine morze. Wraz z nim płynęły jego dwie podwładne i nowy rezydent Azkabanu, Lucjusz Malfoy. W więzieniu przebywała już jego żona, a organizacja terrorystyczna wydała wyrok na jego syna, który łamiąc rodzinną tradycję postanowił żyć uczciwie, skoro tylko dawne przewiny zostały mu odpuszczone. Uznali, że krzywd wyrządzonych przez rodzinę Malfoyów nie można zapomnieć i pod niemożność dopadnięcia jego rodziców, Dracon miał zapłacić za winy całej rodziny. Harry sam nie mógł w to uwierzyć, ale tak w sumie, to żal mu było Dracona.

Przed nimi w oczach rosła ledwie wystająca ponad poziom wody niewielka skała, ze stojącym na jej środku jeszcze mniejszym, drewnianym domkiem, w którym przed laty Dursleyowie skryli się – skądinąd nieskutecznie – przed czarodziejami. Ku wielkiemu zdziwieniu Harrego, kominek tego samego domku okazał się być jedynym połączeniem Fiuuu pomiędzy światem zewnętrznym, a Azkabanem. Jeśli oczywiście nie chciało się całej drogi płynąć łodzią.

Chatka przywoływała wspomnienia i o dziwo były to jedne z pierwszych radosnych wspomnień w jego życiu, a przynajmniej tych, które potrafił przywołać w pamięci bez obawy, że są wymyślone.

Nie był to jednak czas na wspominki. Harry wrzucił do kominka odrobinę proszku Fiuu i bez wypowiadania miejsca podróży wepchnął do niego Lucjusza.

- Nokturn! – Krzyknął blondwłosy mężczyzna. Nim zawirował, zobaczyli jeszcze jego triumfalny uśmiech.

Harry powiódł po dziewczynach wzrokiem, wzruszając ramionami. Szmaragdowe płomienie otoczyły jego ciało delikatnie łaskocząc. Poczuł się jak mocno nakręcony bąk i zrobił krok naprzód. Stał przed paleniskiem niewielkiego kamiennego budyneczku, niewiele większego aniżeli komórka na miotły w Hogwarcie. Dach budynku zapadł się już niemal w całości, pozwalając strugom słonych kropel lać się do środka. W framugach wybitych okien i zbutwiałych, leżących na ziemi drzwi hulał wiatr. Lucjusz Malfoy leżał na kamiennej podłodze, wypluty z kominka, który przenosił tylko w jedno miejsce.

- Wstawaj – podciągnął Malfoy’a za wciąż skute ręce. – Ciężki jesteś. Naprawdę dobrze cię karmili. No i popatrz na siebie. Już się wybrudziłeś – z dezaprobatą popatrzył na szatę mężczyzny, która na brzuchu wymazana była szlamem pokrywającym podłogę. Z kominka wyskoczyły Ramirez z Mariettą.

- Witamy w domku łez. Z każdym dniem jest coraz piękniejszy – Ramirez odezwała się, oglądając pomieszczenie.

- Czemu domku łez?

- Bo jeszcze żaden skazany nie wyszedł stąd nie płacząc – Harry odpowiedział, prowadząc więźnia ku drzwiom, czyli całkiem niedługi kawałek. – Oczywiście byli tacy co nie płakali. Bellatrix nawet się śmiała, ale stąd nikt nie wyszedł z suchymi oczami. No już, Lucjuszu. Bądź jak swoja szwagierka – Harry mocniej pociągnął mężczyznę, który nagle zaczął się szarpać i zapierać, niemal na progu domku. – Bądź dumny. Jesteś Malfoyem! – Mężczyzna bezgłośnie poruszył ustami. – Niedosłyszałem?

- Zabijcie mnie. Ja nie chcę! ZABIJCIE MNIE, JA NIE CHĘ! – Zawył z z ogarniającej go rozpaczy, choć mogło to mieć coś wspólnego z Mariettą, która dźgnęła go różdżką w tyłek.

- No i się rozpłakał – Ramirez mruknęła z odrazą.

Kiedy już opuścili domek, dalsza droga poszła nad podziw sprawnie. Lucjusz, nawet jeśli nie pogodzony ze swoim losem, to zrozpaczony położeniem szedł jak potulny baranek otoczony przez wilki. Wąska ścieżka była jak zawsze śliska i trzeba było uważać by się nie potknąć i nie zwalić po ostrych kamieniach w odmęty wzburzonego morza. Harry nie słyszał, by w tym miejscu panowała kiedykolwiek ładna pogoda i nie kojarzyła takiej sytuacji Ramirez, ani nawet Urquhart, kiedy go o to zapytał. Mogły to być specjalnie tak nałożone czary, albo wpływ obecności dementorów. Nie wykluczone jednak, że to miejsce było po prostu pechowe. Wejście do więzienia było jak zawsze wąskie, ciasne i ciemne, a po drugiej stronie jak zawsze czekało kilku dementorów. Jak zawsze też, dementorzy wykazywali większe zainteresowanie Harrym, aniżeli kimkolwiek innym – wliczając w to więźnia – a Harry mimo tylu z nimi spotkań, wciąż czuł się nieswojo.

- Panowie – zdobył się na możliwie opanowany głos. – Możecie zająć się więźniem, albo też nadal interesować się mną, a wtedy powtórzymy zabawę w ganianego z Patronusem – Dementorzy najwyraźniej doskonale pamiętali ostatnie spotkanie z Harrym w Azkabanie. Wykazali wtedy bardzo niezdrowe zainteresowanie jego osobą i mocno tego pożałowali. Dementorzy najwyraźniej pamiętali tą przygodę, albo znali ją od swych pobratymców (Harry absolutnie nie rozróżniał tych stworów, ani nie wiedział jak długo żyją), gdyż niezwłocznie zajęli się oni Lucjuszem, który był już zupełnie omdlały.

Troje aurorów poszło za ciągnącymi Malfoya dementorami, a iść przyszło im nad podziw długo. Więzienie było strzelistą wieżą, wznoszącą się wysoko, ponad wzburzoną powierzchnię oceanu. Harry nie miał jednak pojęcia, jak głęboko sięgały fundamenty tego budynku. Zdawał sobie sprawę, ze na pierwszych dwóch poziomach znajdowały się kwatery dementorów i składy spleśniałego chleba i zaczynającej żyć własnym życiem kaszy, którą podawano przebywającym tutaj skazańcom. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że więzienie sięgało znacznie głębiej, możliwe że do samej podstawy skały. Po minach dziewcząt wnioskował, że i one nie miały o tym pojęcia. Z każdym pokonywanym zakrętem odgłosy morza stawały się coraz cichsze, bardziej odległe i niewyraźne, aż zupełnie ustały zastąpione ciszą od której dzwoniło w uszach. Na początku mijali stalowe i drewniane drzwi umiejscowione w skalistych ścianach. Niektóre z nich posiadały kraty, inne zasuwkę lub judasza, przez które można było podglądać skazańców. Potem drzwi stawały się coraz rzadsze, a kamienne ściany zaczęły ustępować czemuś, co wyglądało jak mieszanka skał i głazów, najwyraźniej znajdowali się już wewnątrz skały, na której zbudowano Azkaban. Gdy minęli kolejny zakręt, skończyły się pochodnie na ścianach, z różdżek aurorów wystrzeliły więc świetliste kule, które wisząc za ich głowami, tak by nie oślepiać właścicieli, oświetliły im dalszą drogę przez mrok. Na końcu korytarza, w miejscu z którego niżej zejść się nie dało, był koniec drogi dla każdego, kto zapuścił się w odmęty tej skały.

- To zbyt nieludzkie, nawet jeśli wziąć pod uwagę całe ostatnie 20 lat, albo i więcej – Harry szepnął z niedowierzaniem przyglądając się celi, którą wskazał dla Lucjusza Wizengamot.

- Chyba postanowili, że zapłaci za wszystkie winy, wszystkich dotąd nieujętych czarnoksiężników, łącznie z Voldemortem.

- Zdaje się, że to się nazywało sądem kapturowym, co mu zrobili – szepnęła Marietta.

- Podpisz przejęcie więźnia. Chcę już stąd odlecieć – Harry wyciągnął podkładkę z pergaminem do dementora, którzy przejechał po niej długim paznokciem, składając swój podpis.

Nie zostawali w więzieniu, nie zamierzali nawet robić inspekcji. Chcieli jak najszybciej dostać się do normalnego świata, z dala od tego strasznego miejsca i z dala od poczucia niesprawiedliwości, jaka spotkała Malfoy’a. Spieszyli się tak bardzo, że deportowali się ledwie znaleźli się poza czarem chroniącym domek na skale. Nim jeszcze ich łódź dobiła do nabrzeża.

Nawet kiedy znaleźli się na powrót w departamencie, nie poprawiły im się nastroje i wszyscy troje, wzajemnie się nie namawiając, poszli do Roy’a wnioskując o przeniesienie Lucjusza Malfoya.

Jak przystało na dobrego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a wcześniej Szefa Biura Służb Administracyjnych Wizengamotu Timothy Roy doskonale znał wszystkie niuanse i kruczki prawne. Szczególnie te dotyczące najwyższej instancji sądowniczej w magicznej Wielkiej Brytanii. Niestety, nie miał on dla nich dobrych informacji. Decyzji Wizengamotu nie mógł zmienić on, ani nawet sam Kingsley Shacklebolt.

Lucjusz Malfoy był skazany na dożywocie w podziemnej samotni.

Członkowie Zespołu Szybkiego Reagowania wracali do swych biurek jak niepyszni. Rzadko kiedy chełpili się swoimi sukcesami, za to bardzo brali do siebie wszelkie porażki, a pozostawienie Malfoy’a w tamtej ciemnicy uważali z jakiegoś powodu, za swoją największą porażkę. Niby był przestępcą, niby nie uczył się na swoich błędach, ciągle popełniając te same, pchając palce między zatrzaskujące się drzwi.

Harry miał świadomość, że będzie musiał stanąć twarzą w twarz z Draco i powiedzieć mu co się stało z jego ojcem i wziąć to zapewne na siebie i wcale mu się to nie uśmiechało. Chłopak zaczynał wychodzić na prostą, choć Harry wciąż mu nie dowierzał, a sytuacja z ojcem mogła na powrót pchnąć go w ciemność.

- Co tutaj robisz, Zivo? – Spytał mijając biurko do niedawna jeszcze należące do Nevilla, za którym siedziała teraz Izraelka.

- Szef kazał mi wybrać sobie wolne biurko i zająć dla siebie.

- W kwaterze masz wiele pustych biurek.

- Ale to wydaje się najwygodniejsze i ma ciekawe towarzystwo.

- Zdajesz sobie sprawę, że nadal nie należysz do zespołu.

- Tak.

- I że będziesz się musiała przenieść, kiedy tylko znajdę czwartego członka.

- Tak.

- No to rozpakowuj swoje graty. Witamy w Biurze Aurorów.

 

Marietta z Ramirez uśmiechnęły się. One już wiedziały, jak to się skończy

 

Muggle Me Cz.2

13 lis

Ucho wciąż go piekło i było czerwone w miejscu, w którym zacisnęły się palce Parvati, kiedy tarmosiła jego i Ginny warcząc, że nie są u siebie w sypialni.

Była godzina duchów i zebrani na Halloweenowej imprezie w klubie „Pod Dziurawym Kotłem” mogli podziwiać dziejący się ponad ich głowami, jak i wokół nich spektakl urządzony przez srebrzyste duchy zaproszone przez samą Parvati. Wieczne istoty urządzały sobie szalone gonitwy wśród lamp, by nagle wpaść w sufit lub podłogę, znajdując się na innym poziomie klubu. Grały w polo głową jednego ze swych kompanów, wykradzioną mu wcześniej wprost z dłoni. Niejedna czarownica wydała z siebie pisk, kiedy taka głowa przeleciała wprost przez jej własną głowę, powodując nieprzyjemnie zimno. Jeden mężczyzna był zaś na tyle zuchwały, by stanąć w szermiercze szranki z jednym z umarłych. Za szpadę służył mu kufel z piwem i przyznać trzeba, że poczynał sobie całkiem zgrabnie, do chwili kiedy, gdy lodowate ostrze przebiło jego ciało, a on sam udając swoją śmierć przewrócił się na ziemię, wylewając całą zawartość kufla na swoją twarz i szatę. Za pojedynek ten obaj, duch i pokonany otrzymali gromkie oklaski.

Harremu znudziło się wkrótce oglądanie pokazu duchów, którego namiastkę widział przed laty w Hogwarcie, a zajął się znacznie ciekawszą rzeczą, jaką była szyja Ginny, która oparta o niego plecami wciąż podziwiała srebrzysty pokaz ponad ich głowami. Pierwszy pocałunek był delikatnym muśnięciem, danym jakby od niechcenia, ze znudzenia, na wskroś jednak prowokującym. W drugim było więcej czułości. Harry zastygł w nim z ustami wciąż na jej szyi, jakby nie wiedział, co ma robić dalej, jakby zapomniał, że pocałunek kończy się oderwaniem ust od ciała. Nim to wreszcie zrobił, dotknął językiem skrytego pod ustami ciała. Poczuł jak zadrżała. Uśmiechnął się delikatnie, składając kolejne pocałunki na jej szyi, gdy głowę złożyła na jego torsie wyginając się w pałąk, jego dłonie wędrowały jednocześnie w górę, delikatnie przesuwając się po jej talii. Poczuł jej delikatne dłonie na swoich udach, pomiędzy którymi stała, podczas gdy on wciąż pozostawał na barowym stołku. Czuł, jak je przesuwa i już wkrótce będzie musiała się odwrócić, by sięgnąć dalej. Jej dłonie spoczywały mu już na biodrach, podczas gdy on zdążył sięgnąć znacznie wyżej, kiedy ucho zapiekło go potwornie. Kątem oka zobaczył drugą dłoń, która ponad jego ramieniem sięgnęła do ucha Ginny, powodując natychmiastowe „ała”. Przez lśniący kontuar baru przewieszała się ku nim Parvati.

- Nie myślcie, że będziecie pierwszymi, których wywalę dzisiaj z klubu za nieobyczajne zachowanie – syknęła im do uszu. – Ja rozumiem przytulanie się, całowanie i nic przeciw nie mam, nawet jeśli dzieją się na środku sali, ale nie jesteście u siebie w sypialni i publicznego seksu tolerować nie będę, nawet gdyby była to impreza Playbooka.

- Przecież to nie był…

- Bez dyskusji, Harry.

- My się tylko przytulaliśmy!

- Nie mi takie bajki Ginny – skarciła rudowłosą „dynię”. – Wystarczy na was spojrzeć, żeby wiedzieć co się kroi. Idźcie się ogarnąć. Nie, nie do łazienki – przytrzymała ich za ramię. Obie zajęte i stoi kolejka. Znowu głupota mogłaby się wam przytrafić. Na zapleczu mam gabinet z lustrem i zimną wodą, a tego wam potrzeba – Krótkim szarpnięciem skierowała ich do zawieszonych lustrem drzwi za barem. Pomieszczenie było niewielkie i niemal całe zastawione pudłami z butelkami i kieliszkami z małą przestrzenią wydzieloną na biurko Parvatti.

Hinduska chyba nie przemyślała dobrze pomysłu wysłania ich właśnie tam.

Potterowie bawili się „Pod Dziurawym Kotłem” do białego rana jeszcze mniej ogarnięci aniżeli przed posłaniem ich na zaplecze baru. Już dawno nie bawili się tak dobrze. Nawet kiedy przed dwoma miesiącami zostali niemal siłą sprowadzeni do klubu i przyznali później, że było warto, zabawa nie wciągnęła ich aż tak bardzo. Nie mieli jeszcze nawet trzydziestu lat, ba! Ginny nie miała jeszcze nawet dwudziestu, a zachowywali się jakby każde z nich dawno minęło już czterdziestkę, swój czas dzieląc nieustannie pomiędzy dom i pracę. Zupełnie, jakby wraz z zakończeniem Hogwartu skończyła się dla nich młodość, a przecież nie wisiała już nad nimi wieczna groźba. Ginny nie nosiła nawet na swoich barkach tego brzemienia, które miał Harry. Wbrew temu co czuli i twierdzili, w magicznym świecie nie byli nawet małżeństwem. Byli zwyczajnie najnudniejszymi trochę starszymi nastolatkami w Wielkiej Brytanii i Merlin jeden raczy wiedzieć ile postawionych wokół siebie murów musieliby zburzyć, aby to zmienić.

Inna sprawa, że nie spodziewali się jak szybko dokonają tej zmiany. Słońce stało już na niebie, kiedy jako ostatni wychodzili z podziemi, niejako wyganiani przez idącą za nimi Parvati. Było już na tyle późno, że Dziurawy Kocioł nie tylko przyjmował już klientów, ale był nieźle zapełniony.

- Będę musiała przez was od nowa meblować sobie biuro, a tak lubiłam to biurko – Parvatti sarknęła za ich plecami.

- Oj tam, oj tam. Zrzędzisz, jakbyście z Gregiem nie używali go do niczego innego, jak pisanie – Ginny odpowiedziała jej kręcąc głową z rezygnacją. – Poważnie!? Nigdy nie wpadliście na to? – Potknęła się na schodach, odwracając do przyjaciółki, która odpowiedziała jej milczeniem. – Nigdy? Nawet raz?

- Do widzenia państwu – Parvati z przyjacielskim uśmiechem zamknęła za nimi wrota piwnicy. Harry i Ginny stali wpatrując się w nie w osłupieniu.

- Może śniadanko? – Barman zawołał w ich stronę, podając klientowi jajecznicę z grzankami.

- Dzięki, ale jedzenie nie jest chyba w tej chwili najlepszym pomysłem – Harry dopiero teraz poczuł efekt połączenia alkoholu, oraz kilku godzin tańca i innych zajęć.

- Spokojnie. J.J przygotował mugolskie śniadanie na pierwszego kaca. Czerwony barszczyk z krokiecikami. Nie będziecie państwo pierwszymi, którzy go dostaną i jeszcze nikt spośród zamawiających nie puścił pawia. Co innego ci, którzy chcieli jajecznicę, albo klina. Po nich już sprzątaliśmy kilka razy.

- W takim razie barszczyk z krokietami.

Podany im w sporych kubasach gorący napój rozgrzewał ciało i rozjaśniał umysł, rozbudzając ich po całonocnej zabawie. I tak świetny humor z jakim opuścili podziemia poprawił im się jeszcze bardziej, już po pierwszych kęsach mugolskiego śniadania.

- O której masz trening, moja ty seksowna dynio? – Harry popatrzył na sukienkę swojej piękniejszej połowy.

- Nie mamy. Właściciele klubu nie chcieli nas męczyć na kacu. Choć sądzę, że chodziło im raczej o to, że sami musieliby się fatygować na stadion z bólem głowy, ale ty pracę masz.

- Mnie dziewczyny zawsze mogą wezwać – pokazał jej wiszącą na szyi odznakę. – Zresztą zaraz się przekonamy. – Mocniej ścisnął odznakę, a ta po kilku sekundach zawibrowała. Na jej odwrocie widniała odpowiedź. „Witamy wśród żywych. U nas spokój. Urquhart się pienił, że cię nie ma, ale powiedziałam mu, żeby zajął się swoim cyrkiem a twój zostawił w spokoju. Nawet nie myśl się dzisiaj pojawiać. Ramirez.”

- Tylko ona mogła powiedzieć Urquhartowi, że są twoim cyrkiem – Ginny prychnęła w kubek.

- Cieszę się, że humory wam dopisują. Zabawa musiała być udana – Hanna pojawiła się przy nich, z niechcącą usnąć córeczką w ramionach.

- O tak i to bardzo – Ginny przytaknęła ochoczo. – Przysięgamy wpadać znacznie częściej.

- Nie przysięgaj, nim nie przeczytasz porannej prasy – podała Ginny zwiniętą w rulon gazetę. – Zawsze uważałam, ze najlepiej, jeśli złe informacje przekazuje przyjaciel. Harry od razu poznał papier, na jakim drukowany był Prorok Codzienny.

- „Seksparty w piwnicach Dziurawego Kotła” – Ginny cicho przeczytała tytuł na pierwszej stronie gazety. – „ Wczorajszej nocy w piwnicach najsłynniejszego brytyjskiego baru, które szumnie nazywane są klubem pod przykrywką zabawy Halloweenowej zorganizowana została impreza dla wielbicieli zabaw z przygodnymi partnerami…”

- Czytaj od połowy drugiej kolumny – Hanna ułatwiła Ginny zadanie.

- „Nie tak dawno zadawaliśmy na naszych łamach pytanie „Co przystoi młodym gwiazdom?”, na które oczywiście nie doczekaliśmy się odpowiedzi, a już pan Potter i panna Weasley dają kolejny powód do jego zadania, sami przebijając swoje wcześniejsze zachowanie. Na oczach zebranych w klubie gapiów pokazali wszystko to, co zarezerwowane powinno być jedynie dla ścian małżeńskiej sypialni.” Dobra, dalej czytać mi się nie chce – Ginny odłożyła gazetę. – A ty z czego się szczerzysz? – Groźnie popatrzyła na Harrego.

- Z małżeńskiej sypialni – cała trójka parsknęła śmiechem.

Jimmy oczywiście również przypałętał się za Ginny z Ameryki i czytał gazetę. Na nim nie zrobiła ona wcale większego wrażenia aniżeli na bohaterach artykułu. „Przynajmniej gazety się na panią odobraziły na dobre” powiedział, odnosząc się do focha, jakiego strzeliła prasa po procesie, który Jimmy wytoczył w imieniu swojej klientki jednej z gazet.

W związku z tym, że większość czarodziei jeśli nie była w klubie osobiście, to przynajmniej znała kogoś kto tam był i wiedział jak wyglądała cala impreza, rewelacje „Proroka” nie zrobiły na opinii publicznej większego wrażenia. Nawet najstarsi z czarodziejów wypowiadali się o artykule z równym niesmakiem, co o zabawach młodzieży w dzisiejszych czasach. Co ciekawe najwięcej do powiedzenia w tej sprawie miały inne gazety, czując się w obowiązku stanąć w obronie „Proroka”, do którego rewelacji nikt nie przykładał wagi. Najdziwniejsze zaś było zachowanie „Prawdy”, na którą artykuł w „Proroku” podziałał niczym płachta na byka.

Artykuł „Prawdy” ukazał się w dzień po Halloweenowym przyjęciu, w wydanym w południe dodatku specjalnym, przygotowanym kiedy już wszystkie czasopisma w kraju stały po stronie „Proroka”.

„Zdawać by się mogło, że Orson West jako dziennikarz powinien być człowiekiem światłym” – Przeczytać można było już w pierwszym zdaniu artykułu. – „Najwyraźniej światłość, nie mówiąc nawet o otwartości nie stanowi wartości, których wymaga Cuffe od swoich dziennikarzy. Pan West pomimo że ma niewiele ponad czterdzieści lat zachowuje się niczym relikt średniowiecznej inkwizycji. Przyznać musimy kolokwialnie, że „omal z naszych krzeseł nie spadliśmy” czytając jego rewelacje odnośnie zachowań niemoralnych. Sytuacja stała się bardziej jasna, gdy przyjrzeliśmy się osobie pana Westa, który nadal mieszka ze swoją matką, a jego zdjęcie sugeruje, że nie tylko nie uprawiał miłości poza sypialnią ale nie robił tego wcale!

Panie West, na wstępie pragniemy pana poinformować, że odpowiednio przygotowany roztwór z Czyrakobulwy na pewno zaradzi na pryszcze na pańskiej twarzy. Wiedziałby pan o tym od trzynastego roku życia, gdyby tylko uważał na Zielarstwie. Odnosząc się zaś do pańskich rewelacji moralnych. Mamy, panie West, dwudziesty pierwszy wiek i dawno już nie stosuje się pasów cnoty, w spotkaniach towarzyskich nie uczestniczą przyzwoitki, a seks nie jest zarezerwowany dla małżonków, a tym bardziej nie jest on związany z sypialnią.

Nasz reporter, podobnie jak pan znajdował się na wspomnianej imprezie Halloweenowej i pomimo zazwyczaj krytycznej postawy, jaką prezentujemy wobec przekraczania norm dobrego smaku i sprzeciwianiu się tradycjom magicznego świata musimy powiedzieć stanowcze NIE pańskim rewelacjom.

Nic spośród wydarzeń, jakie miały miejsce w klubie „Pod Dziurawym Kotłem” nie przekraczało norm dobrego smaku, a zachowania, które pan określa jako niemoralne i niestosowne były niczym więcej, jak okazywaniem sobie uczuć i to bynajmniej nie przez obce sobie osoby. Powiemy więcej, panie West. Parvati Patil, która jest osobą zarządzającą klubem, wraz ze swoimi pracownikami cały czas pilnowała, by nikt nie przekraczał norm dobrego smaku i usuwała z lokalu osoby pijane lub siejące zgorszenie natychmiast i nie oczekując wyjaśnień.

Historia młodego aurora, o którym nigdy nie możemy pisać i byłej ścigającej Harpii, która robi obecnie karierę za oceanem, rozpala wyobraźnię niejednego czarodzieja. Oboje są piękni, młodzi, sławni i bogaci. Niejeden młody czarodziej patrzy na nich jako wzór do naśladowania. Jakkolwiek często krytykujemy młodego aurora za jego poczynania w pracy, zaglądanie pod ubranie jego, oraz panny Weasley, czy jak pan woli „do ich sypialni” uważamy za niestosowne pogwałcenie prawa do prywatności. Zarówno rzeczony auror, jak i panna Weasley mają prawo zarówno do pozostawania w związkach, jak i do przygodnych romansów, a prasy nie powinno to interesować w najmniejszym stopniu.

Życzymy panu, oraz całej redakcji, aby „Prorok Codzienny” i „Prorok Wieczorny”, stały się źródłem cennych dla społeczeństwa informacji, nie zaś tubą propagandową inkwizycji, która czytelników jedynie bawi”

Harry bardzo długo pozostawał w szoku wobec obrony, jaką w stosunku do jego osoby wystosowała „Prawda”. Nawet jeśli był to zwyczajowy sprzeciw wobec tez głoszonych przez „Proroka”, to ton w jakim utrzymany był cały artykuł był niezwykle ostry, a treść krytyczna wobec postawy „Proroka” i jego redakcji nawet jak na standardy „Prawdy”. Wolał sobie jednak nie zaprzątać teraz głowy takimi sprawami. Śledztwo szło kiepsko. Zarówno to w sprawie usiłowania zabójstwa Malfoy’a, jak i sprawa Milicji. Zatrzymany powtarzał jak mantrę, że wyrok na Malfoy’a wydała Milicja, za zdradę tradycji i ideałów magicznej Wielkiej Brytanii, jednocześnie nie chcąc podać nazwisk swoich wspólników, jeśli takowych miał.

Urquhart wściekał się, że nie są w stanie wycisnąć więcej zeznań z faceta. Roy stawał okoniem, ze mężczyzna zatrzymany jest w związku z próbą morderstwa, a nie przynależnością do organizacji przestępczej, a skoro się przyznał, to podstaw do użycia Veritaserum nie ma. Harry wściekły poczłapał nawet do Kingsley’a z którym nie widział się od dobrych kilku tygodni, ale ten również rozłożył dłonie.

- Szlag mnie zaraz trafi! – Harry rzucił gazetę na biurko, przy okazji strącając z niego kubek z herbatą, który roztrzaskał się na tysiąc częśći.

- Reparo. Jak ci jadą to źle, jak bronią też niedobrze. Vingardium Leviosa – Marietta zwróciła mu jego własność, ale już bez zawartości.

- Nie chodzi mi o gazetę. Mamy tego faceta. Siedzi w naszej celi, na tym piętrze. Niemalże pod ręką, a nasi ludzie zamiast łapać przestępców muszą pilnować Malfoy’a, bo ten frajer nie chce wydać swoich szefów! – Ostatnią część zdania wykrzykrzyczał, z ręką wycelowaną gdzieś w ścianę, za którą, wiele pomieszczeń dalej znajdował się areszt.

- Spokojnie, ciśnienie ci skoczy, pikawa wysiądzie, a Ginewra pretensje będzie miała do nas.

- Mało śmieszne, Ramirez.

- Nie miało być.

- Jeśli trzeba. Mogę raz jeszcze zająć się przesłuchaniem – Marietta powiedziała cicho. – Tylko nikt nie może mi przeszkadzać przez dłuższy czas. Absolutnie nikt.

- Róbcie co chcecie. Ja muszę coś załatwić.

- Mordowanie dziennikarzy to nie rozwiązanie! – Ramirez zawołała za nim.

- Coś, nie kogoś, Ramirez, a poza tym. Skoro Marietta będzie przesłuchiwać, to ty sio na miasto. Nie ma obijania.

- Tak jest – Latynoska zasalutowała bez entuzjazmu.

Pojawienie się Aurora nigdy nie zwiastuje nic dobrego i pomimo że Urquhart nie ustawał w wysiłkach ocieplenia wizerunku aurorów, którzy mieli przestać kojarzyć się z formacją bojową, a stać strażnikami prawa, aurorzy w miejscu innym niż ulice, po których włóczyli się bez celu, nadal przyprawiało wszystkich o ciarki.

- Dzień dobry. Chciałbym rozmawiać z Gregiem Mastersem.

- Czy był pan umówiony? – Młoda recepcjonistka zapytała z uśmiechem trzpiotki idiotki.

- Nie.

- W takim razie proszę umówić się na spotkanie. Pan Masters jest niezwykle zajętą osobą. Może pana przyjąć…. – zaczęła przekładać kartki średniej wielkości kalendarza spotkań. – Czy przyszła środa panu odpowiada?

- Słonko – Harry łagodnym ruchem zamknął trzymany przez kobietę kalendarz. – Buro aurorów nie musi się umawiać na spotkanie. Idź powiedz panu Mastersowi, że czekam.

- Ale…

- No już, już – popędził ją cicho z uśmiechem. Dziewczyna zdezorientowana podreptała w głąb korytarza.

Pod nieobecność recepcjonistki Harry rozglądał się po przestronnym, nowoczesnym hallu, jakie spotyka się jedynie w drogich, mugolskich biurowcach. Wszędzie wokoło królowała prostota i elegancja. Podłogi i ściany wyłożone były granitem w kolorach czerni, bieli i odcieniach szarości. Z podłogi wyrastały ogromne tafle szkła, tworząc ledwie widoczne przeszkody i przepierzenia.

- Mniejszy na zewnątrz. Większy w środku – Harry mruknął, wodząc wzrokiem po szklanej fasadzie, za którą widoczne były tereny zielone, których nie było przed budynkiem. Ministerstwo miało swoje magiczne okna, Playbook miał magiczną ściankę, za którą kryła się ceglana ściana kamienicy z podwójnymi, dębowymi drzwiami w mosiężnych okuciach. Prawdziwe wejście do siedziby magazynu.

- Proszę za mną – Dziewczyna pojawiła się w wylocie wąskiego korytarza, oczekując by Harry podążył za nią.

- Biuro pana Mastersa znajduje się na parterze?

- Pan Masters przyjmie pana w pracowni.

Harry spodziewał się, że dalsza część siedziby Playbooka, zwłaszcza ta nieprzeznaczona dla ciekawskich i interesantów straci swą elegancję, podobnie jak skarbce Gringotta. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie tylko wąski korytarz, którym szli z hallu, ale i otwarta przestrzeń w jakiej znaleźli się po dwuminutowym spacerze była równie elegancka, choć urządzona w odmiennym stylu. Harry zobaczył najbardziej oryginalne pomieszczenie w swoim życiu. Była to duża, otwarta przestrzeń, na której stały biurka, kanapy, stoły kreślarskie, tła do robienia zdjęć, potężne lampy i aparaty. Podłoga wyłożona była jasnymi, świeżo heblowanymi deskami sosnowymi. Ściany świeciły czerwienią desek i bielą cementowych fug między nimi, obdarte z tapet i tynków aż do nagości. Podobnie nagi był sufit, na którym podziwiać można było każdą z potężnych belek wspierających podłogę wyższego piętra.

- Panie Redaktorze – kobieta odezwała się cichym, acz pewnym siebie tonem. Amerykanin stał to nich tyłem, pochylony nad jednym z grafików, kreślącym różdżką po czyimś zdjęciu w ogromnym powiększeniu.

- Sekundę – odpowiedział nie odwracając się do nich. – Tą linię trzeba poprawić. Bardziej ją wypełnić, teraz zbyt zlewa się z resztą. Już jestem. Pan Harry Potter z Biura Aurorów Departamentu Przestrzegania Prawa Brytyjskiego Ministerstwa Magii – powiedział uprzejmie, odwróciwszy się do nich wreszcie. – Rozumiem, że Biuro Aurorów chce jedynie uzyskać informację ogólną, skoro nie przychodzi pan z nakazem. Gdyby wizyta odbywała się w sprawie przestępstwa, weszlibyście państwo większą grupą, z nakazem i najpewniej zaprosili mnie na rozmowę do departamentu. Nie wygląda pan także na osobę, której się spieszy, więc sprawa zapewne nie nagli – przez cały ten czas nie podał Harremu ręki.

- Nie przychodzę w sprawie służbowej, tylko biznesowej.

- W takim razie, proszę umówić się na spotkanie w wolnym terminie. Dziękuję, Mercy – skinął na dziewczynę przy Harrym, ponownie zwracając się do grafika.

- Wbrew pozorom sprawa jest nader pilna.

- I zapewne mi się to opłaci? – Redaktor odpowiedział odwrócony plecami, wodząc wzrokiem po pracy swojego grafika.

- Jest pan Redaktorem Naczelnym i otrzymuje stałą pensję, więc moja propozycja nie będzie miała większego znaczenia dla pana. Może jednak wpłynąć korzystnie na sprzedaż jednego z numerów pisma, a tym samym jego zyski – rzeczowa odpowiedź Harrego wzbudziła zainteresowanie w Gregu Mastersie. – Zajmę tylko trzy minuty.

- Trzy minuty – Greg wyciągnął trzy palce – ale zapraszam tam – przeszli do niewielkiego boksu, odgrodzonego od reszty piętra szklanymi ścianami. Jedynek zamkniętej przestrzeni w całym pomieszczeniu. – Słucham oferty biznesowej

- W ostatnim czasie w prasie pojawiło się sporo zdjęć i artykułów dotyczących mojego zwiążku z Ginny.

- Playbooka nie interesują plotki. Publikujemy tylko artykuły i wywiady sprawdzone i rzeczowe, plus materiały fotograficzne oczywiście. Nie napisaliśmy ani słowa, na temat państwa domniemanego związku, aczkolwiek usłyszeliśmy dwie odmowy od agenta Ginewry Weasley w sprawie sesji zdjęciowych.

- No ja myślę, że usłyszeliście. Wiem, że Palybook nie publikuje plotek, dlatego też przychodzę z propozycją wywiadu.

- Z panem?

- Ze mną i z Ginny.

- Przypomnę w tym miejscu, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska – Greg siadł wreszcie za stołem, wskazując Harremu miejsce naprzeciw siebie.

- Nazwijmy to Comming Outem. Proponuję artykuł, w którym opowiemy z Ginny o naszym związku.

- Czy agent panny Weasley wie o tej propozycji?

- Nie, ale sądzę, że się zgodzi, albo raczej nie pozostawimy mu większego wyboru, jak się zgodzić.

- Powiem tak. Ten artykuł może się świetnie sprzedać zarówno w naszym wydaniu, jak i w USA, gdzie młoda Rysica robi coraz więcej zamieszania. Jeśli uda się panu namówić pannę Weasley do wywiadu, to państwa ozłocę.

- Tutaj nie chodzi o złoto.

- Tym niemniej. To faktycznie może być całkiem niezły Comming Out.

 
 

Muggle meCz.I

04 lis

Oddaję w wasze dłonie, a może oczy… Nie istotne. Oddaję wam fragment kolejnego rozdziału, z którym się tak bardzo spóźniam. Reszta ukaże się kiedy tylko ją ukończę. Miłego czytania :)

________________________________________________________________________________________

- Możesz mi powiedzieć, co tutaj robimy? – Spytał, poirytowany.

- Patrolujemy ulice, jak sam nam zresztą kazałeś.

- Ale co my robimy tutaj – rozejrzał się po zebranym na ulicy średniej wielkości tłumie gapiów, w większości kobiet.

- Pilnujemy dużego nieformalnego zgromadzenia na środku ulicy. Idealnego celu do ataku.

- Tłum czarodziei w samo południe na środku Pokątnej, to najgorszy cel do ataku. Oni wszyscy mają różdżki.

- Mają też brak rozumu.

- Dziękuję za naukową opinię.

- Uspokój się. Pamiętaj, że mam nosa, a mój nos podpowiada mi, że to jest miejsce, w którym powinniśmy być.

- Czystym zrządzeniem losu jest to miejsce otwarcia nowego butiku z ciuchami dla kobiet?

- Nos wie co robi.

- To będzie długi dzień – pokręcił głową z rezygnacją.

- Nie zrzędź, nie zrzędź. Spodoba ci się – poklepała go po ramieniu. Miał jej jeszcze coś odpowiedzieć, ale przerwało mu rozpoczęcie niezwykłego pokazu.

Najpierw rozbrzmiał niepokojący dźwięk bębnów dziwnie zgrywający się z rytmem serca i z każdym kolejnym uderzeniem przyspieszający aż do tempa niemożliwie wręcz szybkich werbli. Kiedy wszystko umilkło, serca zebranych nadal łopotały pompując krew w ich ciałach. Kiedy wszyscy zaczęli z rozczarowaniem podejrzewać że to już koniec, powoli, niezwykle cicho, jakby z głębi ziemi zaczęły dobiegać odgłosy dyskotekowej muzyki, stając się coraz głośniejszymi i otaczając zgromadzonych. Gdy nie słyszało się już własnych myśli ogromna płachta z reklamą sklepu, który miał się znajdować w skrytej za nią kamienicy eksplodowała, zamieniając się w chmurę dymu podświetloną dziesiątkami barw, które pulsowały w rytm muzyki. Część gapiów wyrażała głośnie ach i och. Inni zaczynali podrygiwać do grającej muzyki, czasami w jej rytm trafiając, czasami ani trochę.

Kiedy mgła zaczęła się rozwiewać, z wnętrza budynku wyłoniły się długonogie, ubrane w idealnie dobrane mugolskie ubrania, kobiety. Stojącym gdzieniegdzie mężczyznom wyrwało się z ust głośne „och”, a jeden nawet zagwizdał, patrząc jak kobiety z niesamowitą gracją ustawiają się na niewielkim wybiegu.

- Wile – pokręcił głową, widząc nawet kilka znajomych mu twarzy.

- Dzień dobry państwu! – Wreszcie ukazał się i sam sprawca całego zamieszania. – Miło mi państwa powitać i dziękuję za tak liczne przybycie!

- W życiu nie widziałem go tak zadowolonego z siebie, a oglądałem go nie raz.

- Ciii.

- Poproszę o brawa dla moich cudownych dziewcząt. Dziękuję wam – skinął na Wile, które jedna po drugiej zniknęły we wnętrzu sklepu. Dziękuję również Georgowi Weasley’owi za tą wspaniałą oprawę. Magiczne Dowcipy Weasley’ów znajdziecie państwo kawałek dalej, tuż za zakrętem.

- Przynajmniej lizusostwo mu nie przeszło.

- Przymknij się wreszcie – dała mu pod żebra.

- Mógłbym stać tu z państwem godzinami, mówiąc jak dumny jestem z tego, że jesteśmy tutaj razem. Myślę jednak, że nie na to państwo czekacie. Zapraszam państwa do sklepu!

- Draconie Malfoy! – Męski głos poniósł się po ulicy, nim ktokolwiek z zebranych zdołał zrobić choć krok. – Za skalanie statusu czarodzieja, działania na szkodę społeczności czarodziejskiej, niszczenie jej tradycji i wieloletnie unikanie Azkabanu, władzą nadaną mi przez Milicję skazuję cię na śmierć! Avada…

- Och zamknij się – mężczyzna wylądował na ziemi, zanim zdołał wypowiedzieć choćby połowę inkantacji.

- Biuro Aurorów. Dla odmiany my, na mocy uprawnień nadanych nam przez Ministerstwo Magii aresztujemy tego idiotę i prosimy nie przeszkadzać sobie w zakupach – Ramirez powiedziała głośno, uprzejmym tonem, pilnie rozglądając się po zebranych w poszukiwaniu kolejnych napastników. Draco Malfoy stał na schodach swojego sklepu wpatrując się w leżącego na ziemi napastnika.

- Chyba skrócę cię o nos, Marietta – Harry mruknął, pochylając się nad mężczyzną.

- Gdyby nie mój nos, Malfoy byłby skrócony o głowę.

- Proszę o brawa dla przedstawicieli Biura Aurorów za wspaniały pokaz swoich umiejętności i zapraszam do środka. Dziewczęta już czekają, by służyć państwu pomocą.

- Znasz go?

- Można tak powiedzieć – Draco z niesmakiem popatrzył na spetryfikowanego chłopaka, którego Harry właśnie przekręcił na plecy. – To Serpenheart, Ślizgon. Był niżej, może właśnie skończył szkołę, choć sądzę że nadal powinien w niej być.

- Kiepsko z tobą skoro nawet Ślizgoni chcą cię mordować, choć z drugiej strony to chyba trochę ich wkurzyłeś, zdradzając Voldemorta.

- Jest czystej krwi, ale jego starzy twierdzili, że Czarny Pan prowadzi do upadku czarodziejów. Nie było to mądre – Harry zrozumiał, jak skończyli rodzice Serpenhearta.

- Będziesz musiał wpaść do departamentu, złożyć zeznania.

- Może później. Teraz mam sklep do otwarcia.

- Czekam na ciebie do siedemnastej trzydzieści, potem wyślę po ciebie chłopaków.

- Będę, będę i Potter. Dzięki – Malfoy zniknął we wnętrzu sklepu.

- Czy ja właśnie słyszałam dziękującego ci Malfoy’a? – Ramirez podeszła do Harrego, który właśnie wiązał pojmanego.

- Zabieramy go na dołek – Auror wylewitował chłopaka w powietrze.

 

 

Po objęciu dowództwa nad Zespołem Szybkiego Reagowania, Harry wziął się za porządki. Nie chodziło bynajmniej o nieskuteczność systemu, jaki w ciągu ostatniego roku stworzył Urquhart, bo takowa nieskuteczność nie miała miejsca. Chodziło bardziej o szerszą, międzynarodową perspektywę, jaka stała się udziałem Harrego dzięki międzynarodowym wyjazdom. Młody auror pomimo krótkiego stażu zawodowego uważał, że ma pomysły na kilka istotnych zmian. Wbrew wszelkim przesłankom, do zmian tych nie należała karuzela oficerów zasiadających na gorącym stołku czwartego członka zespołu, który to stołek zwolnił się wraz z odejściem Nevilla. Chodziło raczej o codzienne treningi, na które sarkali jego podwładni, przebranie członków zespołu w specjalnie dla nich zaprojektowane mundury, oraz działania prewencyjno-psychologiczne wobec potencjalnych przestępców. Może najlepiej będzie rozpocząć od nowych mundurów. Harry niemal od pierwszej chwili miał wiele zastrzeżeń do „mundurów polowych” noszonych na co dzień przez aurorów. Uważał je za niewygodne, niepraktyczne i nazbyt rzucające się w oczy. Jak praktycznym i wygodnym mogło być dla kobiety noszenie w czasie walki żakietu, spódnicy w kolano i podwyższanych butów, a dla mężczyzny ciasnych spodni i pantofli z długimi czubami. Głupota totalna. Tak więc przy pierwszej nadarzającej się okazji zadbał o to, by wszyscy członkowie jego drużyny przestali je nosić. Nie nosili także ubrań czarodziejskich, lub mugolskich. Harry wymyślił, jak powinien wyglądać mundur przystosowany do pola walki i spędził z Georgem nad jego projektem naprawdę długie godziny, sprawdzając przeróżne kroje i rzucając zaklęcia ochronne. Niemal co wieczór towarzyszyła im również Angelina. Początkowo sama się zaoferowała z pomocą przy projektowaniu, twierdząc że ma lepsze, kobiece oko, po kilku dniach zaczęła ich jednak przeklinać, gdyż traktowali ją jak laleczkę, którą można ubierać, przebierać, okręcać w miejscu, wyginać, rozciągać i komentować jej wygląd. W końcu jednak męczarnie Angeliny zaowocowały mundurem idealnym: wojskowymi butami z czubami wzmacnianymi metalem, luźnymi spodniami, przylegającym do ciała golfem i długim, skórzanym płaszczem z czterema sięgającymi pasa rozcięciami. Wszystko w kolorze czarnym. Członkowie zespołu mogli biegać, skakać, bić, kopać i czarować. Stali się doskonałymi maszynami do pokonywania czarnoksiężników, strasząc zarówno skutecznością jak i wyglądem.

Co się zaś tyczy działań prewencyjnych i psychologicznych. Harry niemal zupełnie zrezygnował z wykorzystywania sali aportacyjnej w Departamencie Przestrzegania Prawa, jako sposobu na powrót do ministerstwa. Niemal zawsze – chyba że niezwykle im się spieszyło – członkowie zespołu wracali do Ministerstwa Magii wejściem umieszczonym w toaletach, lub też siecią Fiuu. Szli przez atrium ministerstwa równym krokiem, dudniąc o podłogę ciężkimi butami, a że zazwyczaj powrotom takim towarzyszyło skrajne zmęczenie, nie musieli przybierać groźnych min, by zasępionym wyrazem twarzy budzić niepokój. Kiedy wracali rozgadani i radośni, budzili jeszcze większy niepokój. Tego samego wejścia używali również i to mimo licznych protestów wszystkich swoich szefów, kiedy transportowali zatrzymanego przestępcę. Harry uważał, że pomimo przeprowadzonej przez Kingsleya lustracji, nadal wielu pracowników Ministerstwa niejedno ma na sumieniu, w związku z czym postanowił przypominać że ma ich na oku, tak często jak to możliwe. Nie wiedział, czy działanie to było skuteczne, ale często udawało mu się wychwycić osoby, które w takich chwilach za nic nie chciały spojrzeć im w oczy.

W tej właśnie chwili trójka aurorów i pojmany przez nich czarodziej przemieszczali się powoli w kierunku złotych wind, odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami pracowników ministerstwa.

- Prawda! – Harry odwrócił się na okrzyk nadbiegającej czarownicy.

- Tak, widzę – skinął na zawieszoną na szyi kobiety przepustkę prasową.

- Ministerialne Gestapo prowadzi kolejną ofiarę swoich działań? – Młoda dziennikarka zaatakowała bez zbędnych w jej przekonaniu wstępów.

- To już nie jesteśmy Specnazem? – Ramirez spytała z żalem.

- Czy sprzeczka na środku ulicy Pokątnej jest wystarczającą podstawą do poturbowania i uprowadzenia przypadkowego obywatela?

- Będąc jak widzę początkującym korespondentem, zapewnie pani nie wie – Harry odpowiedział kobiecie z uśmiechem, przytaczając w pamięci widniejącą na przepustce datę wystawienia z dnia poprzedniego – że nie może pani wykorzystać wypowiedzianych teraz przez nas słów w swojej relacji. Proszę się zgłosić do Biura Prasowego w celu uzyskania stosownego oświadczenia w temacie i wierząc w profesjonalizm „Prawdy”, nawet jeśli skupia się ona jedynie na krytykowaniu działań Ministerstwa liczę, że nie zapomnicie państwo wspomnieć, o zaklęciu niewybaczalnym, jakiego próbował użyć ten jegomość. Oczywiście nie może mnie pani zacytować.

- Ministerstwo jak zawsze unika odpowiedzi na trudne pytania! Ucieka się do gwałcenia praw obywateli! Zastraszania i uciszania swoich oponentów.

- Mogę ją uciszyć, skoto już o tym mówi, ale tak skutecznie?

- Ramirez. Idź w ślady Marietty i olej ją.

- Ja jej nie olewam. Zajmę się sprawą po godzinach – Marietta odpowiedziała na tyle cicho, by usłyszeli ją tylko Harry i Marietta.

- Zabraniam.

- Nie możesz mi zabraniać po godzinach.

- Ale znam kogoś, kto może.

- O nie. To cios poniżej pasa! – Marietta niemal krzyknęła, kiedy wciskali się do windy.

Czarodziejskie windy w ministerstwie miały wiele magicznych właściwości, ale jedną, szczególnie irytującą, była zdolność do ustawicznej ciasnoty. Nie ważne czy do windy weszła jedna, cztery, czy dwadzieścia osób. Zawsze wszyscy się mieścili i zawsze było im ciasno, tak, że musieli przepychać się między sobą łokciami.

 

- Harry! Szef cię szuka! – Nie pozwolono mu spokojnie przejść nawet dziesięciu kroków korytarzem departamentu.

- Który?

- Nasz szef i mówi, że to pilne.

- On zawsze mówi, że to pilne, kiedy chce widzieć właśnie mnie – Harry pokręcił głową zmieniając kierunek w którym szedł. – Dziewczyny, zabierzcie naszego kolegę na małe przesłuchanko, a ja sprawdzę co się znowu Urquhartowi urodziło.

- Spokojna głowa. Nauczymy skowronka śpiewać – Marietta uśmiechnęła się szeroko. Nie zareagował. Zawsze go tak straszyła, a kończyło się na zwykłej pogawędce.

 

Może były na świecie, a przynajmniej w magicznej Wielkiej Brytanii osoby, które nie wiedziały, że Biuro Aurorów ma nowego szefa, choć trudno było sobie to wyobrazić (istnienie takich ludzi, nie wybranie nowego szefa). Jeśli osoby takie były, doznałyby nie lada szoku zbliżając się do biura. Dostępu do niego nie broniły już stare i podrapane drzwi ze złuszczoną, w wielu miejscach odpadającą zgniłozieloną farbą.

Teraz drzwi te były gładkie, eleganckie i starannie odmalowane na kolor, który dziewczyny określały jako chabrowy. Harry czuł, że nie zna się na kolorach wystarczająco dobrze, by określać barwę tych drzwi. Ważne, że za drzwiami siedział szef niesamowicie zatroskany losami zespołu, którym do niedawna kierował. Jego troska była do tego stopnia irytująca, że momentami Harry miał Urquharta dość bardziej, aniżeli Robardsa, a to był nie lada wyczyn.

- Wejść! – Usłyszał przytłumiony głos szefa, kiedy zapukał do biura.

- Ziva wróciła? – Spytał cicho, wchodząc do pozbawionego okien pomieszczenia.

- Nie. Czemu tak sądzisz?

- Zamknąłeś drzwi.

- Bo omawiam sprawy tajne – teraz dopiero Harry spojrzał, kto siedzi w przeciwległym kącie pokoju. Niedopuszczalna nieostrożność.

- Cześć Harry – w ustawionym pod ścianą fotelu zasiadał wysoki rudzielec. Ostatni przedstawiciel rodziny Weasley’ów w Biurze Aurorów. Nie trzeba było oklumencji, by wiedzieć, że Ron nadal boczy się na Harrego za niepowiedzenie o Monako. Jego twarz zdradzała wszystko.

- Czołem. Więc czym mogę ci służyć? – spytał Harry szefa.

- Nie ma postępów w sprawie niedobitków Ligii i w wyśledzeniu Milicji.

- Właśnie zatrzymaliśmy jednego członka rzekomej Milicji – Harry wskazał kciukiem za drzwi. – Poza tym, prowadzenie tych śledztw nie leży w zakresie naszych obowiązków. Wydzieliłeś do tego oddzielne zespoły. Pretensje kieruj do nich.

- Kieruję i zmieniam taktykę. Przenikniemy do ich struktur i wysadzimy od środka.

- Chcesz wprowadzić tam agenta? Ale chyba nie Rona?!

- A co. Uważasz, że do tego też jestem za słaby?!

- Jestem przekonany, że świetnie sobie poradzisz z tym zadaniem, tyle że jesteś równie dobrze rozpoznawany co ja. Każdy czarodziej zna twoją twarz.

- Zrobimy mu mugolską operację plastyczną.

- Ojjj mam złe przeczucia – Harry jęknął, kręcąc głową.

- Nie oczekuję od ciebie aprobaty, tylko przekazania Ronaldowi całej posiadanej wiedzy.

- Dobrze szefie.

- I jeszcze jedno, Harry, Nikt oprócz mnie i Ronalda nie może wiedzieć o tej sprawie.

- Nikomu nie przekażę tej wiedzy.

- Nie to miałem na myśli.

 

Siedział, tępo wpatrując się w litery, które nie składały się w żadną logiczną całość. Nie musiały się składać, bo i tak znał całą treść na pamięć.

„„Być Harpią to zaszczyt, nie praca” – Mówi prezes Angels, licząc swoją pensję i każąc zawodniczkom grać za darmo.”

Ginny już dawno powiedziała mu, że Angels to kawał sukinsyna, ale zrobienie z Harpii zespołu półamatorskiego to była już gruba przesada. Nawet Gwenog Jones nie dostawała pensji i jako trener utrzymywała się z pisanych dla „Prawdy” felietonów pod wspólnym tytułem „Harpie prezesa Anioła”. Właściwie to teraz utrzymywała się już tylko w ten sposób, bo po kilku pierwszych tekstach Angels wyrzucił ją z klubu. Harry pytany dlaczego wciąż kupuje „Prawdę”, mógł teraz z czystym sumieniem mówić, że jest w niej coś wartego przeczytania.

- Odłóż wreszcie tą gazetę, bo wyczytasz w niej dziurę – Ramirez wyrwała mu z rąk egzemplarz Prawdy. – Co chciał stary?

- Co? – Harry spytał, nieprzytomnie spoglądając na koleżankę i podwładną zarazem.

- Urquhart, co chciał Urquhart.

- Urquhart… – Harry zmierzwił swoje włosy. – Chciał raport na temat postępów w śledztwie przeciw Lidze i tej niby Milicji.

- Przecież to nie nasza sprawa! Wyznaczył do tego zespoły.

- To samo mu powiedziałem – wzruszył ramionami.

- Nie było cię prawie dwie godziny – Marietta patrzyła na niego przymrużonymi oczami.

- Naprawdę? Cholernie długo mi zeszło w takim razie – sam był zdziwiony ile czasu zmarnował u szefa.

- Tiaaa – dziewczyna nie wydawała się przekonana.

- Chciałeś ze mną rozmawiać – chłodny głos wtrącił się do ich rozmowy.

- Jest pięć po szóstej.

- Zdążyłeś już wysłać po mnie zastępy dementorów? – Draco Malfoy uśmiechnął się ironicznie.

- Byłem zbyt zajęty czytaniem gazety. Zapraszam – wyszedł zza swojego biurka.

- Do sali przesłuchań?

- Masz złe odruchy Draconie. Tym razem jesteś ofiarą, nie podejrzanym. Sala konferencyjna. Trzecie drzwi na prawo – wskazał blondynowi drogę.

 

- Więc.

- Dziękuję, za pomoc.

- Podziękuj dziewczynom. To one mnie tam zaciągnęły.

- Nie omieszkam wysłać kwiaty i dać rabat na produkty z mojego nowego butiku, którego otwarcie zaszczyciły swoją obecnością.

- Przestań chrzanić, Draco. Jesteśmy tutaj sami – Harry rozłożył przed sobą teczkę z danymi zatrzymanego, którą zgarnął po drodze z biurka Marietty. – Potwierdziło się to co powiedziałeś, przynajmniej raz, Bartolomeo Serpenheart. Ślizgon, który po zdaniu Sumów w ubiegłym roku rzucił szkołę i zaczął pracować jako sprzątacz u Gringotta. Jego rodzice zostali zamordowani przez śmierciożerców w Noc Duchów. Pewnie uznali taką datę za zabawną – Harry zamknął teczkę. – Nie pytam się ciebie, dlaczego ktoś chce cię zabić, bo to mnie nie akurat nie dziwi. Wedle wszelkiej mojej wiedzy chce cię zabić każdy pozostający na wolności śmierciożerca, ale czemu chce cię zabić ten koleś pozostaje zagadką, którą dla mnie rozwiążesz.

- Nie mam pojęcia.

- Nie masz pojęcia dlaczego ktoś chciał cię zabić? Weź mi bzdur nie opowiadaj.

- Chcą mnie zabić śmierciożercy, szmalcownicy i parę innych osób, bo moja matka siedzi, ojciec się ulotnił i jestem jedynym dostępnym celem. Częściowo jest to zresztą twoja zasługa, ale akurat temu kolesiowi niczym się naraziłem.

- Nie poturbowałeś go w szkole, nie groziłeś mu. Może traktowałeś jak smocze łajno na podeszwie buta.

- Daj spokój, za takie coś, to mogłoby na mnie polować większość Ślizgonów i cała reszta mieszkańców Hogwartu.

- Draco. Daj mi coś. Cokolwiek, z czym mógłbym pójśc do tego chłopaka, bo szef mi nie da pozwolenia na Veritaserum, póki ktoś cię naprawdę nie zabije.

- Dzięki za uprzejmość, ale ja naprawdę nie potrafię ci pomóc.

- A ten twój sklep.

- Butik.

- Kogo wykopałeś z lokalu? Kto będzie miał do ciebie żal?

- Nikt. Dobrze opłaciłem odkupienie. Wszystko było uczciwie.

- Uczciwie?

- Uczciwie, Potter. Żadne ze starych nie może już mieszać w moim życiu, więc pracuję i zarabiam na swoje utrzymanie.

- To by cię czyniło pierwszym Malfoyem w historii, który uczciwie zarabia na życie i to w dodatku pracując.

- Dałeś mi czystą kartę, Potter. Matka siedzi. Ojciec zniknął. Mogę robić co chcę.

- Więc zostałeś sklepikarzem.

- Biznesmenem, który znalazł niszę w rynku.

- Ślizgon i śmierciożerca, który sprzedaje mugolskie ciuchy?

- Były śmierciożerca i oportunista. Kiedy widzę okazję to z niej korzystam.

- Wiesz co, a ja myślę, że kiedy widzisz okazję, by kogoś naciągnąć to korzystasz i ktoś naciągnięty wreszcie się wkurzył.

- Ty jesteś śledczym, czy rzecznikiem przestępcy Potter?!

- Tylko bez krzyków, Draco. Bez krzyków. Ja staram ci się pomóc, bo nie uśmiecha mi się zeskrobywanie cię z ulicy, ale i ty musisz pomóc mi. Co zrobiłeś takiego, że chcą cię zabić nieśmieciożercy?

- Sam go słyszałeś, tam na ulicy, Potter. To ta cała Milicja. Nie podoba im się, że nie siedzę z matką, nie podoba im się, że sprzedaję nie czarodziejskie ciuchy. Robią za jakąś świętą inkwizycję, czy coś, a wy ciągle nie możecie ich znaleźć.

- Widzisz i tutaj masz pecha, bo trafiłeś na jedyną osobę w całym biurze, która w istnienie jakiejś tam Milicji nie wierzy.

- To jak wytłumaczysz ten atak?

- Już ci mówiłem. Bardzo mocno kogoś wkurzyłeś, Draco. Tak, czy inaczej. Dzięki za przybycie – Harry wstał z zajmowanego miejsca, gotów opuścić salę.

- Domagam się przydzielenia ochrony! – Młody Malfoy zawołał za aurorem.

- Mhm.

- Co mhm?

- Mhm, dostaniesz ochronę.

- Upiera się, że to ta cała Milicja na niego poluje, bo wywinął się od więzienia i sprzedaje mugolskie ciuchy – Harry dosłownie wpadł na czekającą pod drzwiami Mariettę, wychodząc z sali konferencyjnej.

- Też bym na jego miejscu trzymała taką linię obrony. Do widzenia, panie Malfoy. Wspaniałe otwarcie.

- Dziękuję, macie panie z koleżanką dożywotnie zniżki. Do widzenia – Draco skłonił się Marietcie. – Potter.

- Draco. Marietto, idź jeszcze raz przesłuchać naszego „gościa” – wcisnął w jej dłonie teczkę z dokumentami, grubszą o jego notatki z rozmowy z Draco.

- Za chwilę. Chodź ze mną – Pociągnęła go za sobą, wciskając do załomu w ścianie, w którym stał kamienny posąg mężczyzny z ogromną lupą w dłoni.

- Jakbym nie wiedział, pomyślałbym, że chcesz…

- Zamknij się – syknęła. – Co robiłeś u Urquharta – przysunęła się do niego tak blisko, że nie widział niczego, prócz jej płonących przedziwnym blaskiem oczu.

- Składałem raport z postępów w śledzeniu Ligii i Milicji.

- To nie my prowadzimy to śledztwo.

- Też mu to powiedziałem.

- Więc co robiłeś u Urquharta?

- Mówię ci składałem raport. Coś ty się do mnie przyczepiła. Dałem ci zadanie do wykonania. Masz przesłuchać więźnia.

- Czemu ty składałeś ten raport? – Marietta nie dawała mu się ruszyć na centymetr, wciąż świdrując go wzrokiem.

- Nie wiem. Uparł się, że skoro jesteśmy zawsze pierwsi na miejscu, to zrobię to lepiej od śledczych. Wiesz, jak mu odwala na punkcie zespołu. Wkurza mnie czasami bardziej jak Robards.

- To jeszcze nie powód, żeby modyfikować ci pamięć.

- Jesteś pewna? – Harry starał się nie być zaskoczony tą rewelacją.

- Bez powodu mnie nie zatrudniłeś, ale lepiej z tym do niego nie idź. Dwie modyfikacje pamięci pod rząd mogą uszkodzić nawet tak popaprany mózg, jak twój.

- Tak, wiem. Zabieraj się do roboty.

Przez resztę dnia Harry starał się oczyścić umysł i nie myśleć o rewelacji, jaką było wyczyszczenie mu pamięci przez szefa. We wszystkich znanych mu przypadkach, próba przypomnienia sobie, co zostało wyczyszczone z pamięci, kończyła się w Mungu.

Najgorzej zapowiadała się jednak noc. Pomimo, że Harry użył chyba wszystkich swoich kontaktów i obiecał wyświadczyć przysługę połowie kobiecej kadry co najmniej dwóch departamentów, by wystarać się dla Ginny o stały świstoklik dwukierunkowy, który przenosiłby ją co rano do Stanów, a wieczorem sprowadzał do domu, ta noc zapowiadała się samotnie.

Właśnie tego dnia wypadała Noc Duchów. Jedyna w roku noc, w którą Harry dałby wszystko, by nie być sam. To właśnie w Noc Duchów dopadały go wszystkie demony przeszłości, wszystkie mroczne chwile jakich doznał w życiu. Wiedział, że nie musi być tej nocy sam. Każdy spośród wiernych przyjaciół przyjąłby go z otwartymi ramionami, cóż z tego, skoro oni wszyscy zamierzali się bawić, a on stanowiłby najsmutniejszego na świecie kompana.

 

Samotna postać siedziała w kucki na kominie karczmy na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Poły czarnego płaszcza łopotały, rozwiewane gwałtownymi podmuchami lodowatego wiatru, niosącego ze sobą iskierki deszczu. Chmury pędziły po ciemnym niebie niczym pchane ku klifom fale na targanym sztormem morzu. Nisko, po bruku ulicy przemykali ludzie, chroniąc się przed bezwzględną naturą za wysokimi kołnierzami swych szat. Na siedzącej na kominie postaci żywioł zdawał się nie sprawiać najmniejszego wrażenia, choć narażona była na jego siłę po tysiąckroć mocniej aniżeli ludzie na ulicy. Zamarła w bezruchu wyglądała niczym gargulec lub ogromny nietoperz, bestia która nieustannie wypatruje swej kolejnej ofiary.

Przechadzający się po gzymsie sąsiedniej kamienicy kot zatrzymał się na chwilę, przypatrując niezwykłemu towarzystwu. Jego widzące w nocy oczy dostrzegały nieustanny ruch źrenic przeczesujących ulice, okna, dachy i niebo. Szukające czegoś, co dla kota pozostawało niedostrzegalne. Kot swoimi kocimi oczami widział głowę lekko przechyloną w nasłuchiwaniu któregoś z dźwięków, które docierały również do kocich uszu.

Gołąb zagruchał spłoszony pojawieniem się kota, który idąc wciąż obserwował komin. Postać spojrzała wprost w kocie ślepia. Po dachach poniósł się suchy trzask. Kot uciekł, a na sąsiednim kominie pojawiła się druga postać, równie czarna, równie nietoperza, jak pierwsza. Tym razem jednak nie tak odporna na pogodę.

- Na galopujące gargulce, ale żeś sobie wymyślił miejsce, na nasiadówkę. Zimno jak w psiarni. Wieje, jakby wszyscy Dementorzy kichali naraz.

- I może jeszcze pada, jakby sikało stado centaurów?

- Weź, bo zwalę się z tego komina, jak będziesz takie głupoty gadał – Ramirez skarciła go rechocząc.

- W czym mogę ci pomóc w tak paskudną noc? – Nawet nie zamierzał pytać, jak go tutaj znalazła. Obie jego podwładne miały niezwykły dar do znajdowania go w najdziwniejszych nawet miejscach. Czasami zastanawiał się nawet, czy nie nałożyły na niego namiaru.

- Przyszłam zabrać cię w cieplejsze miejsce.

- Wolę być na miejscu, jak zacznie się jakaś rozróba.

- Zamierzasz interweniować w przypadku pijackich burd? Czy to nie jest praca dla patrolu?

- Może się wydarzyć coś poważniejszego, niż pijacka burda.

- Uwierz mi. To jest tak oczywista noc na popełnienie przestępstwa, że na pewno nikt go nie popełni. Zbierajmy się stąd zanim zamarznę na kość. Zapraszam na szklaneczkę do Kotła.

- Czasami myślę, że to wy z Mariettą organizujecie wszystkie te przestępstwa. Zawsze doskonale wiecie kiedy i gdzie się pojawić – Obrócił się i zniknął z trzaskiem.

- Czasami za dużo myślisz, Harry – Latynoska również zniknęła z komina.

Bury kot zjeżył sierść, obserwując to wszystko zza spadzistej facjaty.

 

Mimo późnej pory Dziurawy Kocioł pełen był ludzi. Jedni stali w kolejce w oczekiwaniu na wpuszczenie do klubu w podziemiach, inni popijali drinki przy barze, poddawszy się w próbach dostania się do podziemi. Wszyscy nosili mniej lub bardziej wymyślne przebrania. Przed wejściem do środka Ramirez uparła się, że Harry również musi się przebrać w strój bardziej Halloween’owy. Zaczarowała mu więc twarz i dłonie, by wyglądały jak u kościotrupa i pozwoliła zostać w mundurze, uznając że wszyscy pomyślą, że jest on częścią przebrania. Sama założyła powłóczysty płaszcz cały w ruszających się pająkach i nietoperzach, na twarzy doprawiając sobie haczykowaty nos z potężną kurzajką. Harry podśmiewał się, że wreszcie jej wygląd pasuje do charakteru.

- Elena Ramirez i Harry Potter – zwróciła się do stojącego przy klubowych drzwiach ochroniarza.

- Wmanewrowałaś mnie – warknął.

- Będziesz mi dziękował, zgredzie.

- Pani Ramirez – Barnaba znalazł Latynoskę na liście – i pan Potter oczywiście, ale lepiej sprawdzę – przejechał po nich różdżką. – Koszmar z tym balem przebierańców. Ktoś się przedstawia, a i tak nie idzie go poznać. Muszę rzucać czar rozpoznania, a on się obraża że o oszustwo podejrzewam, ale muszę, bo wpuszczę nie tego co trzeba i mi szefowe dadzą popalić. Rozumiecie państwo.

- Rozumiemy i się nie obrażamy – Ramirez klepnęła mężczyznę w ramię, jednocześnie wpychając Harrego do środka tak, że musiał ratować się przed upadkiem z wysokich schodów.

Wewnątrz tłum był gęsty i kolorowy, wszędzie królowały wiedźmy, wróżki, miniaturowe górskie trolle, znalazło się tam nawet kilku Harrych Potterów.

- Nieprawdopodobne. Wiszę Georgowi sporo kasy – Neville kręcił głową z niedowierzaniem. – W życiu bym nie uwierzył, że uda ci się go tutaj ściągnąć – Więc nie był to kolejny szalony pomysł Ramirez, a zbiorowy spisek jego przyjaciół.

- Czy ty nie powinieneś aby być na uczcie w szkole?

- Wszystkie dzieci już dawno śpią. Jest po dziesiątej i najwyższy czas, by dorośli zaczęli się bawić.

- Parvati właśnie przegoniła z klubu jedną parę za dorosłe zabawy – Hanna podała mu szklaneczkę rubinowego napoju.

- Myślisz, że nie miałaby litości dla właścicieli?

- Wolę poczekać do powrotu na górę, niż się przekonywać.

- Czy nie macie aby babci na górze?

- Babcia zrobi puff i zniknie, kiedy tylko wrócimy.

 

Do klubu „Pod Dziurawym Kotłem” zwaliło się najwyraźniej połowę czarodziejów z kraju, bo pomimo usunięcia stołów do bilarda i stolików na pierwszym poziomie ciężko było się poruszać. Nawet drugi poziom, na który jak zawsze prowadzona była dodatkowa selekcja był wypełniony po brzegi czarodziejami przebranymi w stroje tak szalone, że przekraczały często granice wyobraźni osób postronnych. Harremu bardzo dobrze było samotnie na targanym mroźnym wiatrem kominie. Tutaj przyjaciele nie pozwolili mu, by się świetnie nie bawił. Ciągle wpadał na kogoś znajomego, a swój dług wobec połowy dziewczyn z ministerstwa spłacił na parkiecie, choć uparcie powtarzał że nie tańczy, bo nie potrafi.

Nie miał pojęcia, która była godzina, gdy siedział wykończony przy barze marząc o tym, by uciąć sobie obolałe nogi.

- Zatańczysz? – Głos ledwie przebijał się przez gwar rozmów i kolejne, płynące z wielkich głośników takty.

- Nie tańczę.

- Może jednak zrobisz dla mnie wyjątek – powiedziała mu do ucha. Jak zawsze pachniała polnymi kwiatami.

- Mówiłaś, że zostaniesz w Stanach – zdziwienie niemal odebrało mu głos, który nagle stał się nagle niezwykle ochrypły

- A ty mówiłeś, że trudno ciebie zwieść i okłamać.

- Masz wyjątkowe zdolności i powiedz, za kogo się przebrałaś?

- Za dynię. Nie poznajesz? – Zawirowała przed nim z gracją. Miała na sobie jadowicie zielone szpilki, pomarańczową sukienkę w pionowe prążki sięgającą ledwie za pupę i pozbawioną ramiączek. Jak zawsze płomiennorude włosy przetkane były zielonymi pasemkami i upięte w dwa kucyki, jakie noszą uczennice.

- Od dzisiaj dynia stanie się moim ulubionym warzywem, kochanie – pocałował ją w odsłonięty bark, uśmiechając się gdy delikatnie zadrżała.

- Uspokój się, bo Parvati nas stąd wywali.

- Jestem aurorem. Nie odważy się. Poza tym. Bez ryzyka nie ma zabawy – Pocałował ją raz jeszcze przyciągając do siebie. Wtuliła się w niego.

Zegar na banku wybił północ. Godzina duchów właśnie się zaczynała.

 

W odpowiedzi na komentarze

02 lis

Pozwólcie, że choć raz się wkurzę.

Piszę tego bloga od ponad dwóch lat. Robię to może bardziej dla was, jak dla siebie. Staram się wnieść dla was odrobinę rozrywki, sprawić choć trochę przyjemności. Staram się też pisać tak często, jak to możliwe, więc wybaczcie mi proszę.

Wybaczcie, że mam pracę, że mam dodatkowe zajęcia, wreszcie że mam rodzinę, żonę, której staram się poświęcić jak najwięcej czasu. Wybaczcie, że czasami może mi się zepsuć komputer i mimo, że jestem informatykiem tracę wtedy znacznie więcej, aniżeli ten blog, czy moja książka. Rzeczy bardzo ważne. Wybaczcie, że muszę czekać aż przyślą mi nowy komputer, że nie mogę go pójść i kupić, jak bułki w sklepie.

Wybaczcie mi więc, że po komentarzach, „czemu tak mało”, „chcemy więcej”, „skoro to rok dziesiąty to spodziewałem się że będzie jeszcze więcej”, czy pretensjach o niedotrzymanie terminu odechciewa mi się dalszego pisania.

Cztery rozdziały tego bloga często przekraczają swoją objętością cały pierwszy tom przygód Harrego. To nie jest coś, co pojawia się  pięć minut, nawet jeśli wie się, co napisać.

Nie zwracam się tutaj do nikogo w szczególności i kocham was wszystkich, ale czasami życie to więcej niż tylko pisanie bloga, jakkolwiek wielkiej nie niosłoby to frajdy.

Rozdział się pojawi, ale chcę by był fajny, a nie napisany na siłę, bo mam dotrzymać jakiegoś terminu.

Pozdrawiam.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS