RSS
 

Archiwum - Październik, 2014

Miara sukcesu ;)

22 paź

Jeśli „miarą sukcesu” jest w dzisiejszych czasach ilość spamu, jaki trzeba usuwać z bloga, to odniosłem sukces!
(Oczywiście piszę to wszystko z przymrużeniem oka)
Następna notka jest „in progres”

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

… albo nie być

12 paź

- Ginny! – Usłyszała głos matki, kręcąc na swojej Błyskawicy piruety po przeciwnej stronie domu, wśród starych jabłonek. Szarpnęła miotłę ostro, wznosząc się ponad metalowego kura zamontowanego na szczycie dachu Nory. Nie musiała pytać matki o co chodzi. Przy bramie stała Liv Sheppard, wiceprezes Harpii, otoczona wianuszkiem dziennikarzy. Jimmiego nie było nigdzie w pobliżu. Pokręciła z rezygnacją głową, gwałtownie opadając w ich stronę. Zeskoczyła z miotły metr od nich, podrywając z ziemi lekki tuman kurzu i powodując nagłe cofnięcie się co bardziej strachliwych reporterów. Już widziała te nagłówki: „Ginewra Weasley chciała rozlecieć dziennikarzy”.

- Dzień dobry, Ginewro – kobieta wyciągnęła dłoń na powitanie.

- Witaj, Liv – z uśmiechem odwzajemniła gest. Wśród reporterów po raz kolejny strzeliło kilka fleszy, choć wyglądali na raczej znudzonych tą sytuacją. Ginny widziała wyraźnie, że jest to raczej drugi garnitur pracowników magicznych mediów. – Co cię do mnie sprowadza?

- Chciałam ci przedstawić nowy kontrakt, jaki chce ci zaoferować zespół.

- Zgaduję, że jest to propozycja stricte od prezesa Angela?

- W wakacje trudno byłoby, aby obradował cały zarząd, sama rozumiesz.

- Rozumiem i bardzo mi przykro, że prezes ściągnął ciebie z wakacji byś do mnie przyleciała, obawiając się że z nim nie będę chciała rozmawiać. Zgaduję, że przysłanie z tobą reporterów to również był jego pomysł?

- Podpisanie kontraktu z naszą najlepszą zawodniczką jest odpowiednim wydarzeniem do zaproszenia prasy.

- Mogę się nie znać, ale poprzednio kontrakt podpisywałam w sali konferencyjnej na stadionie Harpii, nie na swoim podwórku. Tylko że ponownie. Tam musiałby się spotkać ze mną prezes.

- Prezes jest człowiekiem bardzo zajętym i doszliśmy do wniosku, że moja osoba jest wystarczającą do tego zadania, czy moglibyśmy więc przejść w jakieś…

- Pan prezes miał wiele wolnego czasu, kiedy poprzednio oferował mi kontrakt. Mogę powiedzieć, że miał go zaskakująco wiele, jak na człowieka posiadającego rodzinę. Szanuję ciebie i twój czas, Liv, proszę więc byś nie fatygowała się więcej. Jeśli prezes zdecyduje się na przesłanie kolejnych ofert, możecie wykorzystać do tego sowę, gdyż potraktuję je w dokładnie taki sam sposób ja tą – różdżkę trzymała w rękawie, tak jak Harry. Nie minęła więc sekunda, gdy dotknąwszy nią pergaminu z kontraktem spopieliła go rękach Liv.

- Nie zapoznałaś się nawet z ofertą.

- Jestem pewna, że była ona interesująca, jednak rozmawiam w tej chwili z ludźmi, którzy traktują mnie w bardzo partnerski sposób, uzgodniliśmy że jesteśmy sobą zainteresowani i doprowadzimy nasze rozmowy do finału. Chcę być uczciwa tak, jak oni są uczciwi wobec mnie i prędzej zakończę rozmowy fiaskiem, wiążąc swoją przyszłość z czymś innym, aniżeli podpiszę kontrakt z innym klubem. Niezależnie od jego wartości.

- Ginewro, to była oferta opiewająca na…

- Mogła opiewać na milion galeonów za każdy zdobyty punkt. Nie jestem zainteresowana. Życzę ci miłego dnia.

- Wzajemnie – kobiety raz jeszcze uścisnęły sobie dłoń, nim Liv Sheppard deportowała się sprzed bramki.

- Brawou, brawou – rozległo się teatralne klaskanie, kiedy deportowali się ostatni z dziennikarzy.

- Za co ja ci płacę?

- Milion galeonów za punkt. Byłbym kurczę bogaty – Ginny spojrzała na niego wilkiem. – Prezes załatwił to tak, że dowiedziałem się, jak już byli u pani – wyjaśnił już zupełnie innym tonem. – Mogłem wpaść w połowie konferencji, ale uznałem, że lepiej będzie jeśli poczekam z boku. Już pani pokazała, że jest cięta na prezesa. Co więcej mogło się stać? A ten manewr ze spaleniem kontraktu. Genialne! Jasno też dała pani do zrozumienia, że interesuje panią już tylko jeden zespół i ten tekst o partnerstwie i uczciwości. W jednym wywiadzie jeszcze bardziej pogłębiła pani przepaść między sobą a zarządem Harpii, za co biadoliłem ostatnio i jednocześnie pokazała pozytywny stosunek do Rysi, o co bałem się również ostatnio. Jeszcze będę miał z pani pożytek – gadał idąc za nią do Nory.

- Dzień dobry pani – skłonił się przed Molly, od razu ładując się za stół kuchenny.

- Dużo gada, dużo je i mało z niego pożytku – Ginny pokrótce scharakteryzowała swojego agenta.

- Zupełnie jak twoi bracia.

- Tak, coś w tym jest – Ginny przytaknęła z zastanowieniem.

Wbrew oczekiwaniom, Ginny nie doczekała się tytułu w stylu „Chciała ich rozlecieć”, i tak jednak trafiła ponownie na szpalty gazet, tym razem zajmując jednak dalsze strony, gdzieś w środku działów sportowych. Cała sytuacja zaczynała jednak przypominać tanią komedię.

- Masz jakieś plany na najbliższy weekend? – Harry zapytał prosto z mostu, wróciwszy z pracy.

- Tak – odpowiedziała zdawkowo. Tak, nie, może, nie wiem. To były jej standardowe odpowiedzi w ramach obrażenia na jego osobę.

- Trochę mało. Mogę prosić pełniejszą odpowiedź? – Jedynie uniosła brwi.

- Moja uparta Wiedźma – pokręcił głową w geście bezsilności. – Dostałem list – z wewnętrznej kieszeni wyjął kremowej barwy kopertę. – Wiktor zaprasza nas na urodziny.

- Krum? A co to znowu za pomysł? – Wypaliła zdziwiona.

- Aha! Wiedziałem, że się odezwiesz – triumfował.

- Podszedłeś mnie! To się nie liczy. To nie było ani trochę zabawne! Co jest w tej kopercie?

- List od Kruma.

- Żartujesz.

- Przeczytaj sama – podał jej kopertę, z której wystawała złożona na pół kartka.

Sz.P. Harry Potter

Chciałbym uprzejmie zaprosić pana (wraz z osobą towarzyszącą) do wzięcia udziału w przyjęciu, jakie organizuję z okazji moich urodzin, w najbliższą sobotę, o godzinie 18 w moim nowym mieszkaniu w Monaco.

Z poważaniem

Wiktor Krum.

- Ale co mu przyszło do głowy? – Ginny zachodziła w głowę, nie mogąc zrozumieć.

- Przeniósł się do dobrego klubu, kupił sobie mieszkanko w słonecznym zakątku, więc chce zaszaleć. Tak myślę – Harry wzruszył ramionami.

- Lecisz?

- Jeśli ty polecisz. Załatwiłem sobie dwa dni urlopu. Możemy szaleć od czwartku.

- No to chyba muszę się na ciebie odobrazić. Masz już jakiś plan, gdzie się zatrzymamy?

- Spokojny hotelik na przedmieściach Monaco.

Oczywiście, jak to u Harrego, spokojny hotelik okazał się mugolskim hotelem z pięcioma złotymi gwiazdkami na ścianie. Pomyśleć, że ledwie przed jej wyjazdem drapał się po głowie, jak utrzymać dom, a wątpiła, by podwyżka po objęciu stanowiska była aż tak pokaźna. Harry miał przedziwny zwyczaj życia na co dzień skromnie, by potem nagle wydać fortunę na coś ekstrawaganckiego. Póki co, szczególnie po wyprowadzce Rona i Hermiony, wydawało się, że budżet udawało się zrównoważyć.

Dni spędzone w Monaco przypomniały jej krótki wypad do Rio, jaki zorganizował dla niej w ramach walentynek, kiedy jeszcze była uczennicą Hogwartu. Teraz też wylegiwali się na gorącej plaży, anonimowi pośród dziesiątek mugoli, popijali kolorowe drinki w eleganckich kafejkach z widokiem na przystań jachtową i zajadali się pucharami lodów ozdobionych niezliczonymi owocami. Cudownie było się znowu odprężyć, z dala od domu, w towarzystwie „swojego prywatnego aurora”. Uśmiechnęła się na wspomnienie tego, jak się kiedyś podpisywał w listach do niej.

Monaco było niezwykłym miastem. Przypominało jej trochę domek z kart, albo wieżę z klocków. Miało też w sobie coś z Nory. O wiele większej, eleganckiej i pełnej przepychu Nory. Wznosząc się po dość stromym wzgórzu kolejne budynki wyglądały, jakby były wybudowane na dachach tych poniżej, albo były posklejane z sąsiednimi. Wszystkie znajdowały się w pozornym nieładzie, a jednak wiele było w tym harmonii.

Nocą miasto tętniło życiem, bardziej aniżeli w środku dnia. Mugole przemieszczali się we wszystkich kierunkach, spacerując urokliwymi uliczkami, przesiadując w kafejkach i restauracjach, przy kieliszku wina wpatrzeni w swe oczy, zakochani. Dźwięk muzyki i brzęk monet dochodziły z wnętrz eleganckich kasyn. Gdzieś pośród nich przemykali zapewne i czarodzieje, lecz byli oni równie anonimowi co Ginny i Harry. Monaco nie miało dzielnicy, ulicy, ani nawet skweru tylko dla czarodziei. Było to idealne miasto, jeśli chciało się zniknąć i zgubić, najwyraźniej nie tylko oni tak pomyśleli.

Niełatwo było zamieszkać w Monaco. Miasto było jednym z najgęściej zaludnionych w Europie, dodatkowo nie mogąc się rozrastać, ograniczone z trzech stron granicami Francji, a z czwartej lazurowym w swej barwie morzem. Aby tutaj zamieszkać potrzebne było osobiste zaproszenie od księcia, które dostawali jedynie najsłynniejsi i najznamienitsi. Czarodzieje oczywiście mieli jednak swoje sposoby i każdy zawodnik Monaco Quidditch Team otrzymywał eleganckie mieszkanie z pięknym widokiem.

Wiktor mieszkał na czwartym piętrze w pięknej dziewiętnastowiecznej kamienicy, z której rozpościerał się widok na Marinę, a przez kilka dni w roku pod jego oknami ścigać się miały głośne, mugolskie bolidy.

Kiedy Potterowie, złożywszy życzenia solenizantowi i wręczywszy mu butelkę drogiego wina (bułgarskiego, bo jakże by inaczej) dostali się do środka, wpadli w gęsty międzynarodowy tłum gości, rozmawiających między sobą po angielsku, francusku, rosyjsku i bułgarsku, by wymienić tylko te języki, które udało im się usłyszeć i rozpoznać. Niełatwo było odnaleźć tam znajome twarze. Harry miał wielu znajomych na świecie, ale byli to w znakomitej większości przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości i politycy, nie osobistości medialne. Zajęty pracą, Harry nie miał czasu śledzić ostatnich wydarzeń w świecie Quidditcha baczniej, aniżeli skupiając się na poczynaniach Harpii. O śledzeniu kolumn rozrywkowych i plotkarskich nie mogło nawet być mowy. Ginny raz po raz wskazywała mu jakiegoś gościa pokrótce opisując kim jest, z czego jest znany i jeśli był zawodnikiem albo trenerem, to z którym klubem był związany. Nawet ona musiała jednak przyznać, że większość gości pozostawała dla niej zagadką, choć spotkała dwie twarze, których obecność ją zaskoczyła. Pierwszą osobą był zawodnik Niedźwiedzi Petersburg, którego potraktowała kopniakiem w krocze po mało wybrednym żarcie. Chłopak odrobinę zbladł na jej widok, widocznie ściskając kolana, ale szybko się opanował podając jej rękę i jednocześnie kątem oka obserwując Harrego, który tym razem trzymał się w cieniu lepiej obeznanej i rozpoznawanej w tej grupie Ginny. Przemieszczanie się po mieszkaniu przypominało pływanie w wodzie, wypełnionej rybami do granic możliwości. Kiedy już wydawało im się, że przeszli kilka kroków, nagle okazywało się, że falujący tłum tak naprawdę cofnął ich jeszcze bardziej, niczym prąd rwącej rzeki. Ginny nie wiedziała już, gdzie są drzwi a gdzie okna wychodzące na Marinę, choć podejrzewała, że rosnące zagęszczenie tłumu musi wskazywać na piękne widoki przez okno, taras, lub wyjątkowo dobrze zaopatrzony barek.

- Zdrastwujtie – Usłyszała okrzyk, który mogłbyć skierowany do kogokolwiek, miała jednak przeczucie, że skierowany był właśnie do niej. W ich stronę przedzierał się postawny człowiek w srebrnym garniturze.

- Pan Ivanovic?! – Ginny niemal wykrzyknęła, sama dziwiąc się swojemu uradowaniu na widok właściciela Niedźwiedzi. – Harry, to jest pan Ivanovic. Właściciel Niedźwiedzi z Petersburga. Pozwoli pan, Harry Potter.

- Musi być pan być człowiekiem niezwykłego ducha, jeśli potrafi pan okiełznać kobietę o iście rosyjskim charakterze – Ivanovic podał dłoń Harremu. Mówił przy tym czystą angielszczyzną.

- Przyznam panu szczerze, że czasami sam się zastanawiam, kto tu kogo okiełznał i wcale nie postawił bym na siebie zbyt wielu galeonów – Ivanovic zaśmiał się w głos, słysząc taką odpowiedź.

- Jakbym słuchał o moim małżeństwie – Rosjanin przeczesał włosy. – Ach te kobiety. Żyć bez nich się nie da, a z nimi też trudno.

- Jest pan żonaty? – Ginny postanowiła włączyć się do rozmowy, która zaczęła przybierać obrót, który wybitnie jej się nie podobał.

- Byłem i to dwukrotnie. W obu wypadkach nieszczęśliwie.

- Przykro mi, coś się stało?

- Tak. Pierwsza żona ode mnie odeszła, a druga nie – tym razem to Harry nie wytrzymał i wybuchnął niepohamowanym śmiechem, którego nie zdołał ugasić nawet piorunujący wzrok Ginny.

- Harry, kochanie – powiedziała słodkim głosem, a przynajmniej słodkim dla osoby postronnej. – Może rozejrzałbyś się za Billem i Fleur? Muszą gdzieś tu być – Harry zrozumiał aluzję i pożegnawszy się, odszedł ocierając łzy.

- Nie spodziewałem się pani tutaj zobaczyć, panno Weasley. Zwłaszcza w przededniu podpisania kontraktu, kiedy wciąż poszukuje pani pracy. Można by powiedzieć, w gorącym okresie. Czy zawsze pani pali kontrakty, którymi nie jest zainteresowana?

- Tylko jeśli pochodzą od prezesa Harpii, a jestem tutaj, jako osoba towarzysząca Harrego. Są z Wiktorem Krumem, można by rzec, znajomymi. Tak, to chyba najlepsze określenie.

- Tylko tyle? Nie kryje się za tym nic więcej? Na przykład gra w Monaco. Jak zobaczyłem panią, witającą się w Wiktorem pomyślałem, „Oho, nowa ścigająca Monaco!”

- Nic z tych rzeczy panie Ivanovic. Nawet nie byłam w pobliżu stadionu.

- Więc pan Krum nie wprowadza pani do zespołu?

- Nic z tych rzeczy.

- Dziwne. Byłem przekonany, że Żarenko ściągnie panią bez względu na koszty. Ja bym tak zrobił.

- Gdyby tylko posiadał pan zespół, w którym mogą grać kobiety. Tak, pamiętam – Ginny dokończyła za Rosjanina, mając w pamięci rozmowę, którą przeprowadzili po meczu w Rosji.

- No tak. Czyli nie zagra pani w Monaco? Niechęć do Rosjan, czy do Monaco?

- Ani jedno, ani drugie. Jakbym była niechętna Rosjanom, to bym z panem nie rozmawiała, a Monaco to bardzo ładne miasto.

- To ja już nic nie rozumiem – Ivan Ivanovic przyznał z zasępioną miną.

- Teraz już mogę to panu powiedzieć. To proste. Monaco nigdy nie było tematem.

- No tak, mogłem się domyślić – mężczyzna pokiwał głową. – „Harpia leci do USA. Gra psychologiczna, czy Monaco powinno zacząć się obawiać?” Sztuczka magiczna polega na tym, by ludzie patrzyli w inną stronę.

- Mhm – Ginny przyznała z zadowoleniem.

- Ta impreza także ma odwracać uwagę?

- Nie. Tutaj przyjechałam na prośbę Harrego, ale już nasza rozmowa… – Odwróciła wzrok, by spojrzeć wprost na czających się w rogu sali fotoreporterów, co chwila strzelających komuś zdjęcia.

- Miłego dnia, panno Weasley – Ivanovic odszedł pospiesznie, nawet na jotę nie wyglądając na urażonego takim wykorzystaniem. Ginny z drugiej strony dostrzegła reporterów na kilka sekund przed wypowiedzeniem swych słów.

Teraz rozglądała się intensywnie w poszukiwaniu Harrego, który rozpłynął się jak kamfora. Pomiędzy głowami innych gości, na chwilę błysnęły jej srebrzyste włosy z towarzyszącą im czarną czupryną. To była ta chwila, w której wydawało jej się, że Harry stoi z jej bratową, Fleur. Była to jednocześnie chwila bardzo krótka, jak to mają w zwyczaju chwile, gdyż bezpośrednio po niej nastąpiło nagłe olśnienie, że te włosy wcale nie należą do Fleur, choć czupryna oczywiście była Harrego. Jej wybranek towarzyszył właśnie Gabrielle i kilku innym młodym czarownicom. Wszystkie wyglądały na wyraźnie oczarowane. Ginny poczuła jak krew gotuje jej się w żyłach, postanowiła jednak, że scenę zrobi mu dopiero kiedy będą sami. Przemieszczała się po sali obserwując zebranych gości i przyznawała w duchu, że nie odnajduje tutaj żadnego klucza, według jakiego byli dobierani. Z jednej strony byli tu sławni gracze quidditcha, właściciele klubów (widziała co najmniej dwóch) i trenerzy (sztuk co najmniej jeden), z drugiej zaś były osoby znane jej z gazet, choć nie do końca wiadomym było co prócz pojawiania się w gazetach robiły, był też auror, Harry Potter i jej bratowa, która sławna już zupełnie nie była. To zaproszenie mogła sobie oczywiście wytłumaczyć odwzajemnieniem zaproszenia przez Fleur na ślub. No i była Gabrielle. Srebrnowłosa, mała Gabrielle. Milutka Gabrielle. Ginny zgrzytnęła zębami. Już żaden gość nie mógł jej tutaj zaskoczyć… A jednak.

- Ermionina! – Usłyszała głos Kruma, ledwie przebijający się przez gwar tłumu. Omal nie skręciła sobie karku, rozglądając się za solenizantem. W końcu odnalazła go wzrokiem przy drzwiach wejściowych. Stał z niewielką paczuszką w dłoniach, wsłuchując się w słowa swojego gościa. Ginny przeszła kilka kroków, z szyją wyciągniętą jak żyrafa, byle tylko zobaczyć jego rozmówcę. Zobaczyła ją, kiedy podskoczyła by ucałować policzki Kruma. Ginny w pierwszej chwili nie była pewna, czy to ona. Na wszelki wypadek wystrzeliła jednak do przodu z wyciągniętą ku górze dłonią i okrzykiem

- Her… – W tym momencie poczuła szarpnięcie za ramię. Uścisk zatrzymał ją w miejscu – …miona – dokończyła cicho, jakby z pytaniem. – Hej! – Warknęła na Harrego, który trzymał ją w stalowym uścisku. – Tam jest! – Chciała mu powiedzieć, kogo widzi pod drzwiami, ale było to zbędne. Harry patrzył wprost na gościa, stojącego już zaledwie kilka metrów od nich. Zobaczyła jego delikatne skinienie głową. Hermiona odpowiedziała mu takim samym, zdawkowym gestem. W jej twarzy nie widać było choćby cienia radości z zobaczenia swoich przyjaciół, ale nie było w nich też szoku, strachu, czy też zwyczajnego zdziwienia. Ot, zwykłe spotkanie dwóch znających się osób. – Harry. Puszczaj mnie w tej chwili.-  Ginny jednocześnie próbowała się uwolnić i nie robić sceny, więc jedynym co przyszło jej do głowy było uporczywe drapanie i wbijanie paznokci w dłoń Harrego, który pozostawał tym niewzruszony, pomimo małej plamki krwi, która powstała w jednym z miejsc, w które wbiły się paznokcie. Hermiona wymieniła jeszcze kilka cichych zdań z Krumem, po czym, raz jeszcze obcałowawszy mu policzki wycofała się z mieszkania, deportując się bezpośrednio za progiem.

- Mówiłem ci, że nic jej nie jest – Harry puścił ją dopiero, kiedy Wiktor zamknął drzwi.

- Miałeś z nią kontakt?! – Głos Ginny był niczym syk żmii, która szykuje się do ataku.

- Nie miałem.

- Wiedziałeś, że tu będzie!? – Kobieta absolutnie nie dawała wiary jego zapewnieniom.

- Nie, ale tak podejrzewałem – cały czas miał spokojny głos. Można by rzec, niepokojąco spokojny.

- Niby czemu?

- Bo są przyjaciółmi – wzruszył ramionami, wodząc wzrokiem po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jakiejkolwiek oznaki czyjegoś zainteresowania sceną, która miała miejsce przed kilkoma chwilami.

- Wracamy do domu. Masz się z czego tłumaczyć.

- Zostańmy jeszcze trochę, dopiero co przyszliśmy.

- Już! – Warknęła. Przewrócił oczami, widząc że kłótnia teraz jest bezcelowa.

Nie wrócili oczywiście do swojego domu przy Grimmauld Place. Coś takiego, jak wisząca w powietrzu awantura, nawet jeśli jej powodem było zniknięcie, a właściwie chwilowe objawienie się Hermiony, nie mogło skrócić jej weekendowego odpoczynku, którego tak potrzebowała. Tak więc już następnego dnia ponownie wylegiwali się na gorącym piasku. Wcześniej jednak była awantura.

- WIEDZIAŁEŚ, ŻE TUTAJ BĘDZIE!

- Nie wiedziałem.

- KŁAMIESZ!

- Mogę ci złożyć wieczystą przysięgę.

- OCH, JAKIŚ TY MELODRAMATYCZNY SIĘ ZROBIŁEŚ! HERMIONA ZNIKNĘŁA! TY NIE CHCESZ JEJ SZUKAĆ. MAŁO TEGO, UPIERASZ SIĘ, BY NIKT JEJ NIE SZUKAŁ, A KIEDY WRESZCIE NA NIĄ WPADAMY, NIE DAJESZ MI DO NIEJ PODEJŚĆ? W CO WY GRACIE?! – Ucichła lekko dysząc. Pod koniec tyrady, jej głos zaczął przypominać papier ścierny.

- Już? Skończyłaś? Ulżyło ci trochę?

- Ani trochę! – Spróbowała krzyknąć, ale dała sobie z tym spokój. – Ani trochę mi nie ulżyło. To jest moja przyjaciółka, ja muszę wiedzieć co się z nią dzieje. Nie mogę codziennie żyć w obawie, że w gazecie znajdę jej zdjęcie w kronice kryminalnej, albo co gorsze w dziale z nekrologami. Chociaż nie, nie wiem czy to gorsze, bo wtedy przynajmniej bym wiedziała, gdzie jest!

- Jest dokładnie tam, gdzie sama chciała być. Kilka minut, a może godzin temu, było to Monaco i przyjęcie u Wiktora.

- Muszę powiedzieć to Ronowi.

- Myślę, że powinnaś. Masz namacalny dowód, że nic jej nie jest. Mam tylko jedną prośbę.

- Ty nie masz prawa mieć teraz do mnie próśb. Czas twoich próśb minął.

- Mam prośbę – Harry powtórzył niewzruszony. – Byś nie mówiła, że było to na przyjęciu u Wiktora. Mogłoby się to skończyć małą jatką. Wiesz, jak Ron go nie lubi.

- A co mnie to obchodzi, czy się lubią!

- Powiedz że widziałaś ją w kawiarni, w Monaco, ale w jakiejś restauracji czy na spacerze. Byle nie w mieszkaniu Kruma.

- A co to za różnica?

- To różnica pomiędzy Ronem w Biurze Aurorów, a Ronem w areszcie.

Ginny zrozumiała aluzję i kiedy wrócili do Wielkiej Brytanii powiedziała swojemu bratu, że widzieli Hermionę podczas spaceru promenadą i że właściwie to nie jest nawet na sto procent pewna, czy to była Hermiona, bo byli dość daleko, a ta kobieta zniknęła. Wystarczyło. Ron deportował się z domu, nie wziąwszy nawet peleryny. Ginny nie wiedziała ile deportacji było mu potrzebnych, by pokonać Anglię, kanał La Manche i całą Francję aż do Monaco, ale wrócił po trzech dniach w kiepskim nastroju, nic nowego się nie dowiedziawszy. Ginny nie czuła się dobrze z okłamywaniem brata, ale zaczynała przyznawać (jak na razie tylko w duchu) rację Harremu, że Hermiona zniknęła z własnej woli.

To było drugiego dnia po ich powrocie, kiedy Ginny zaczęła odkrywać pewien wzór. Ile razy gdzieś zniknęła, media i tak po kilku dniach trafiały na jej ślad. Nigdy nie był to pierwszy dzień, rzadko kiedy drugi. Najczęściej było ostatni dzień jej pobytu. Oczywiście nie liczyła do tego wzoru Ameryki, gdzie pojechała całkowicie oficjalnie. O co jednak chodziło ze wzorem tym razem.

Jako, że nie uczestniczyła już w treningach Harpii, a na kontakt z Rysiami byli umówieni dopiero na najbliższy piątek, Ginny zabijała czas w domu. Pierwszego dnia było to nawet łatwe, bo parę minut zajęło jej spopielanie kolejnych kontraktów, które otrzymała od Harpii, a następne kilka godzin zajęło jej zgrzytanie zębami na zespół, pomimo że wmawiała sobie, że jej to nic a nic nie obchodzi.

Następnego dnia, faktycznie otrzymane kontrakty już jej nie obchodziły, jak i nowych do palenia nie miała. Dla odmiany postanowiła więc wybrać się na Pokątną, zrobić małe zakupy w kilku sklepach. Może poprzymierzać trochę czarodziejskich ciuchów, w które ubierać się nie zamierzała i zobaczyć, co ciekawego oferuje miejscowy sklep z wyposażeniem do Quidditcha. To właśnie to ostatnie miejsce sprawiło, że zaczęła dostrzegać wzór. No może nie ten sklep, ale on naprowadził ją na trop.

Pokątna już niemal w stu procentach otrząsnęła się ze zniszczeń wojennych. Ponownie królowały tu kolorowe szyldy i wystawy sklepowe, które zza witryn wychodziły aż na ulicę, utrudniając przejście, ale i dodając temu miejscu uroku. Właściciele lokali skrzętnie wykorzystali reparacje wojenne wypłacane przez ministerstwo, odnawiając swoje lokale, nawet jeśli te nie były wcale zniszczone wojną, a ich obskurność była wynikiem lat zaniedbań i niechciejstwem właścicieli. Małe dzieci, te które miały teraz po siedem, osiem, dziewięć lat i jedenastoletnie mugolaki, które wkraczały tutaj po raz pierwszy w życiu, musieli czuć się na Pokątnej jak w bajce, a przecież to był dopiero początek ich przygody z magią. Jedynie osoby, które tak jak ona znały to miejsce przed wojną, wciąż dostrzegały głębokie rany, których nie mogły zabliźnić największe nawet starania. Nie było już lodziarni u Floriana Fortesque. W jej miejsce ktoś otworzył kawiarnię „Malinowy Król”. Nie było sklepu z ekskluzywnymi piórami, a mały sklep z rzeczami z drugiej ręki. Nie było wreszcie sklepu z rzeczami z drugiej ręki, w którym kupiła swój pierwszy kociołek i inne przybory, w jego miejscu była wielka płachta, głosząca rychłe otwarcie sklepu z ekskluzywną i nowoczesną odzieżą. Ona już nie potrzebowała już sklepu z rzeczami z drugiej ręki, miała jednak nadzieję, że ten nowy, mały sklepik wystarczy tym, którzy takiego miejsca będą potrzebować, a ekskluzywna odzież… Oby nie był to sklep markowany logiem magazynu Gentelmen.

Tak właściwie, to nie wiedziała czego potrzebuje, krążyła więc od sklepu do sklepu, tu coś kupując, tam coś kupując i mając nadzieję, że jej zakupy nie będą potem kurzyły się miesiącami na półkach i kiedy wreszcie dotarła do sklepu ze sprzętem miotlarskim, jej torebka wypełniona była pudełeczkami zmniejszonymi niewykrywalnym zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym.

- Panna Weasley! – Ekspedient aż podskoczył na jej widok, witając ją, kiedy tylko przekroczyła próg. Nie było to bynajmniej coś, do czego przywykła. Można wręcz powiedzieć, że było to co skrajnie nienaturalnego, gdyż mężczyzna ten nigdy nie witał się z klientami, a Ginny absolutnie nie była tutaj, ani stałym bywalcem, ani nawet nie wiedziała, jak mężczyzna ma na nazwisko o imieniu już nie mówiąc. O ile pamiętała, nie zdobyła ostatnio żadnego mistrzostwa z żadnym zespołem czy reprezentacją. – Czym mogę pani służyć? – Zapytał nie spuszczając z niej oka i szeroko się uśmiechając. Zupełnie przy tym zapomniał o właśnie obsługiwanym kliencie, który nie miał nic przeciwko, bo także przyglądał się Ginny z uśmiechem.

- Właściwie to przyszłam tylko popatrzeć, co pan ma w ofercie międzysezonowej.

- Mam mnóstwo nowego towaru, świeżo z fabryk i od projektantów, a jeśli tylko czegoś nie mam, to mogę w każdej chwili sprowadzić, na pani specjalne zamówienie.

- To bardzo miło z pana strony – Ginny zaczęła powoli wycofywać się w stronę drzwi, pozornie oglądając gablotę z klamrami na witki. – W takim razie wpadnę do pana już z gotową listą i nie będę teraz zabierać czasu. – Znalazła się za drzwiami na tyle szybko, na ile pozwalało opuszczenie sklepu z godnością. Miała takie przeczucie, graniczące z pewnością, że już wie dokąd musi się udać.

Salonik prasowy był niewiele większy od komórki na miotły, ale dostać było w nim można wszystkie tytuły, jakie ukazywały się na wyspach brytyjskich, a nawet kilka zagranicznych, co bardziej poczytnych tytułów. Nie lubiła tutaj przychodzić, jeśli nie było ku temu absolutnej konieczności. Sprzedająca w saloniku kobieta, nie dość że miała chyba z dwieście lat i wyglądała, jakby miała się zaraz rozsypać na kawałki wprost na sprzedawane gazety, to jeszcze niezmiennie, kopciła fajkę przez co wszystko śmierdziało dymem, tytoniem i z jakiegoś powodu, od dawna niepranymi skarpetami.

Szybko zaczęła omiatać wzrokiem poszczególne tytuły rozwieszone na drzwiczkach, ścianach, pod sufitem, jak i te, które leżały na blacie. Absolutnie nie wiedziała jednak, czego ma szukać. Najwyraźniej jednak, wiedziała to sprzedawczyni

- Tego szukasz, maleńka – spod sterty gazet wyciągnęła egzemplarz „Wiedźmy co miesiąc”. Na okładce, widniało zdjęcie, od którego zrobiło jej się gorąco. Ruchome zdjęcie przedstawiało ją i co do tego nie było wątpliwości. Leniwie przeciągała się na gorącym piasku, ubrana jedynie w raczej skąpy strój kąpielowy. Obok wylegiwał się półnagi mężczyzna, o ładnej muskulaturze. Tutaj także nie mogło być wątpliwości, kim on jest. Tytuł głosił „Leżing, Plażing, Smażing”. – wewnątrz jest tego więcej – kobieta odezwała się bez emocji. Galeon, dziewięć sykli i dwa knuty, jeśli chcesz zobaczyć. – Ginny rzuciła kobiecie dwa galeony, nie interesując się resztą i szybko zaczęła kartkować gazetę w której poświęcono jej niezwykle wiele miejsca, łącznie z dwustronicową rozkładówką. Ze zdjęć wynikało niezbicie, że wszystkie zostały zrobione ostatniego dnia ich pobytu. Tylko wtedy nosiła seledynowy kostium w wielkie, białe grochy, który notabene strasznie nie podobał się Harremu, domagającemu się, by go natychmiast zdjęła. Błogosławiła w duchu, że tego nie zrobiła idąc w ślady opalających się topless mugolek. To by dopiero była okładka i rozkładówka. Całej sesji towarzyszył oczywiście artykuł, którego czytaniem nie zaprzątała sobie głowy.

Aportowała się wprost do Nory. Wiedząc, gdzie zaraz rozpęta się piekło.

- Stworek! – Krzyknęła, kiedy przeskakiwała przez murek ogrodu, by ominąć kłębiących się już pod bramką dziennikarzy.

- Tak panienko?

- Znajdź mi Olsena i sprowadź tu w tej chwili, jak będzie trzeba, to przywlecz go tutaj za ucho.

- Tak panienko – strzeliło i skrzata już nie było. Była za to jej matka, wyrywająca marchewkę na jednej z grządek.

- Przepraszam mamo – bąknęła na powitanie.

- Za co? – Molly wyprostowała się, rozcierając krzyż. – Za to, ze wylegujecie się na plaży w Monaco, zamiast planować ślub? Czy za to, że nie ostrzegacie mnie choć godzinę wcześniej o ich pojawieniu się?

- Za te zdjęcia – odpowiedziała, podnosząc zrolowaną gazetę.

- Mam piękną i zdolną córkę, z której jestem dumna. Nie przepraszaj, za to, że jesteś piękna i zdolna. Niech oni przepraszają.

- Dziękuję, mamo.

- To prawda co tam napisali?

- Nie czytałam – Ginny przyznała, rozwijając gazetę.

„Już nie ścigająca Harpii, Ginewra „palę kontrakty” Weasley wzbudziła zainteresowanie zaprzyjaźnionych reporterów, po tym jak zjawiła się nie gdzie indziej, jak na hucznych urodzinach samego Wiktora Kruma. Byłoż to o tyle zaskakujące, że wśród gości znajdowali się sławni gracze Quidditcha, znane na całym świecie osobistości, oraz piękne kobiety, które zawsze można spotkać w otoczeniu bogaczy. Panna Weasley, jakkolwiek piękna, nie zalicza się do żadnej z tych kategorii, jedynie sporadycznie uczestnicząc w głośnych imprezach i grając w raczej podrzędnym zespole, a właściwie to nie grając wcale.
Właśnie kwestia statusu zawodowego panny Weasley może być kluczem do zrozumienia jej obecności w tym gronie. Już przed kilkoma miesiącami panna Weasley, jako pierwsza zawodniczka w historii ligi brytyjskiej zatrudniła agenta. Od wielu tygodni trwał również medialny flirt pomiędzy nią, a zespołem Monaco QT, w którym obie strony nieustannie zaprzeczały, jednocześnie nie mogąc oderwać od siebie oczu. W ostatnich tygodniach ten flirt jakby przycichł, by nie powiedzieć, że urwał się nagle i panna Weasley zaczęła się pojawiać w kontekście co najmniej kilku innych zespołów z lig europejskich, a nawet udało jej się wyrwać na tournée po Ameryce. Czy to możliwe, że ta cisza była jedynie zapowiedzią burzy, by nie powiedzieć, bomby medialnej? Czyżby obie strony odwróciły nasz wzrok od tego co działo się naprawdę, czyli podpisania kontraktu. Wszyscy pamiętamy, że panna Weasley zaledwie kilka dni temu spaliła kontrakt od Harpii, sugerując jednocześnie, by nie powiedzieć ogłaszając, intensywne rozmowy z „ludźmi, którzy traktują ją w bardzo partnerski sposób.” Wszyscy daliśmy się wtedy złapać na haczyk rozmów z jednym z klubów Amerykańskich. Może jednak prawda była zgoła odmienna i leży gdzieś w Europie. Na przykład na Lazurowym Wybrzeżu Morza Śródziemnego?
Jednak nie samym Quidditchem żyje człowiek, a piękne kobiety rzadko pozostają bez adoratorów. Jak poinformowali nas zaprzyjaźnieni reporterzy wprost w kraju win i miłości. Na wspomnianym przyjęciu pana Kruma, Ginewra Weasley bawiła się w towarzystwie jednego z najbogatszych rosyjskich czarodziei. Nie kogo innego, jak samego Ivana Ivanovica, co możecie państwo zobaczyć na załączonych zdjęciach. Pan Ivanovic sam związany jest blisko z Quidditchem, będąc właścicielem jednego z topowych rosyjskich zespołów, można więc by pomyśleć, że w tak miłej atmosferze prowadzone były rozmowy biznesowe, tylko że zespół pana Ivanovica nie przyjmuje kobiet.

Kim więc Ivan Ivanovic jest dla młodej brytyjski. Promotorem? Protektorem i opiekunem? Lobbystą, czy sponsorem i kochankiem? Czy panna Weasley gustuje w starszych mężczyznach, w dodatku obdarzonych brzuchami równie wielkimi, jak ich portfele? Odpowiedź może nie być taka prosta jak się wydaje, gdyż już następnego poranka młoda kobieta pokazywała, że gorący ma nie tylko temperament, prężąc się na plaży w towarzystwie samego Harrego Pottera.

Jak niestała jest w swoich uczuciach panna Weasley? Który z mężczyzn powinien czuć się zdradzony, a może się nią dzielą? Pan Potter dostaje dnie, a Ivanovic noce? A może dzień parzysty i nieparzysty? Będziemy śledzić tą sprawę i na pewno jeszcze o niej poinformujemy. Teraz zapraszamy do zawieszenia wzroku na gorącym ciele ścigającej. Wrażenia estetyczne gwarantowane”.

- Szlag mnie z nimi trafi – pokręciła głową z niedowierzaniem. W kuchni Nory huknęło, kobiety przez okno zobaczyły leżącego na podłodze Olsena ciągniętego za ucho przez Stworka.

- Za co, do jasnej ciasnej, on mnie ciągnie za to ucho – zapiał ze łzami w oczach, kiedy Ginny pojawiła się w drzwiach.

- Bo mu kazałam. Gdzie byłeś?

- W ministerstwie – zapiał jeszcze raz, nadal trzymany za ucho. – W siedzibie Patrolu Przestrzegania Prawa.

- Stworku puść go, proszę – Skrzat natychmiast puścił chłopaka, kłaniając się Ginny. – Pięknie się spisałeś.

- To była przyjemność – uśmiechnął się, łypiąc na Olsena.

- Możesz wracać do domu – strzeliło i już go nie było – a ty się tłumacz.

- Złożyłem zawiadomienie na gazetę.

- Za te oszczerstwa, które wypisywali?

- Nie. Bo to by nic nie dało – opadł na krzesło, rozglądając się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Na próżno. – Powiadomiłem Patrol, że bez pani zgody i uiszczenia honorarium wykorzystali wykonaną pani sesję zdjęciową do podniesienia sprzedaży. Zażądałem zabezpieczenia znajdujących się w czasopiśmie zdjęć, oraz wycofania wszystkich egzemplarzy „Wiedźmy” z rynku, do czasu wyjaśnienia sprawy. Wpadłem też do pana Longbottoma, żeby zachęcił swoich kolegów do działania. W skrócie, zrobią im wjazd na chatę.

- Myślisz, że to coś da? To nie pierwsza taka sesja w prasie.

- Myślę, że da – kiwną głową z zadowoleniem. – Bo jak dotąd jeszcze nikt nie dobrał się brytyjskiej prasie do tyłków i robią co im się podoba. A nawet jeśli nie da, to napsujemy im krwi.

- Co zrobimy z tymi za płotem?

- Wygłoszę oświadczenie.

- Pan?

- Ja – podał jej kartkę.

„Niniejszym oświadczamy, że w związku z sytuacją, wynikłą z nieodpowiedzialnych i w naszej ocenie bezprawnych, a na pewno uwłaczających standardom profesjonalnego dziennikarstwa działań gazety „Wiedźma co miesiąc” od chwili obecnej odmawiamy jakichkolwiek kontaktów z prasą, z pominięciem pisemnych oświadczeń, jakie w wyniku zaistniałej potrzeby będą tejże prasie przekazywane.

Jednocześnie informujemy, że w stosunku do wydawnictwa „Wiedźma co miesiąc”, oraz jej dziennikarzy zostały podjęte działania prawne z tytułu bezprawnego wykorzystania przeprowadzonej na osobie Ginewry Weasley sesji zdjęciowej.

Normalnym jest publikowanie artykułów, nawet jeśli zawierają one insynuacje uwłaczające osobie i opatrywanie ich zdjęciami osoby do której te artykuły się odnoszą, bez konsultacji z zainteresowanymi. Niedopuszczalne jest jednak publikowanie pełnej sesji zdjęciowej, która prowadzi do wzrostu sprzedaży czasopisma.

Panna Weasley zawsze ceniła sobie kontakty z mediami i z wielką chęcią do nich powróci, kiedy tylko redakcja „Wiedźmy co miesiąc” wypełni warunki, które zostaną przestawione w liście skierowanym bezpośrednio do tejże redakcji”

- Nie za ostro? – Ginny spytała, oddając mu kartkę.

- Mogą zareagować na dwa sposoby. Albo się na panią obrażą i będą uparcie ignorować, albo dostaną amoku. Zresztą, co nam zależy. Pani i tak będzie grać w Kanadzie – beztrosko wzruszył ramionami, wychodząc do dziennikarzy.

Najwyraźniej media obraziły się na Ginny, gdyż nastała absolutna medialna cisza wokół jej osoby. Odmówiły nawet opublikowania wygłoszonego przez Jimmyego oświadczenia, uparcie milcząc o śledztwie, jakie toczyło się przeciwko „Wiedźmie co miesiąc”, której cały nakład został wycofany z rynku, zdjęcia odebrane i przy upartej odmowie wydania przeprosin i wypłacenia wynagrodzenia za sesję zapowiadało się na proces, do końca którego czasopismo miało się nie ukazywać. Była to sprawa precedensowa w historii magicznej Wielkiej Brytanii, więc bojkot medialny był Ginny bardziej na rękę, aniżeli stałe obwarowanie dziennikarzami.

W piątek, Ginny wraz ze swoim agentem spotkali się z dwoma młodymi przedstawicielami Rysi z Toronto, zapoznając się z ofertą zespołu poprawioną o zgłoszone przez nich sugestie, która okazała się na tyle satysfakcjonująca, że obie strony umówiły się na podpisanie kontraktu już w kolejną niedzielę w świetle reflektorów i obecności mediów na stadionie w Toronto. Ginny nie sądziła, że ustalanie szczegółów pójdzie tak łatwo, zwłaszcza, że oferta wydawała jej się astronomiczna już kiedy czytała ją po raz pierwszy, a Jimmy’emu udało się ją jeszcze podkręcić i to bez większych problemów. To wszystko wydawało się jej tak niesamowite że obawiała się, kiedy spod stołu wyskoczy ktoś krzycząc Prima Aprilis, obracając wszystko w żart.

W międzyczasie zaś co rano odsyłać musiała sowę, która przylatywała z HollyHead, a czasami nawet i dwie. Ledwie dwa dni po ukazaniu się pamiętnego artykułu zarząd Harpii dostał amoku, którego powodu nie znała i właściwie znać nie chciała. Nie chciała mieć nic wspólnego z tym zarządem, a właściwie jego prezesem.

Pierwszy raz prezes Angels zaoferował jej nowy kontrakt w dniu powrotu z Rosji. Spławiła go wtedy śpiesząc się ku Harremu, by przekazać mu wiadomość od Michałowa i nie zaprzątając sobie głowy podpisywaniem czegokolwiek w kilka godzin po bardzo ciężkim meczu, wciąż jeszcze będąc na kacu.

Drugie spotkanie odbyło się już w normalnych warunkach, w gabinecie prezesa, gdzie umówili się właśnie w celu uzgodnienia nowego kontraktu. Ginny dostała do ręki ofertę nawet o złamanego knuta nie różniącą się od tej, jaką otrzymała, kiedy rozpoczęła grę dla Harpii. Tylko, że teraz nie była anonimową dziewczyną z ulicy, która zrobiła wrażenie na pani trener i kilka razy ograła etatową obrończynię drużyny. Teraz była już zrutynowaną zawodniczką, która wiedziała jak należy latać, by zdobywać jak najwięcej punktów i dokładnie tak latała. Dostała nagrodę dla debiutanta sezonu. Nagrodę dla objawienia Ligii zajmując jednocześnie miejsce w pierwszej dziesiątce najlepiej punktujących ścigających. Nawet biorąc pod uwagę złą sytuację drużyny oferta ta była kiepskim żartem. Kiepskim żartem nie była natomiast propozycja prezesa Angela, że o lepszych warunkach mogą porozmawiać przy kolacji. Tamtego dnia wyszła z klubu, na stadionie pojawiając się dopiero po kilku tygodniach, by zabrać swoje rzeczy.

Nie powiedziała o tej propozycji Harremu. Nie powiedziała bratu, matce, czy komukolwiek innemu. Nie dlatego, że się bała, nie dlatego, że bała się wyjść na słabą, albo trafić w środek kolejnej burzy, kiedy kumple Nevilla zrobili by prezesowi jesień średniowiecza, ale dlatego że uważała, że nie jest tego wart. Kochała Harpie, ale nawet miłość ma swoje granice.

Siódmego dnia przyleciały do niej dwie sowy. Pierwsza została jak zawsze odprawiona z kwitkiem, ale druga miała list. W pierwszej chwili ona też miała zostać odesłana, kiedy tylko zobaczyła, że nadawcą jest Gwenog Jones. Jednakowoż szacunek, jakim darzyła panią trener, wymagał przynajmniej przeczytania tej korespondencji.

Otworzyła list i usta jej zadrgały. Zaczynało się całkiem nieźle.

„Szanowna Weasley!

Nie jestem pewna czy w ogóle przeczytasz, to co ci właśnie piszę, ale może dostąpię tego zaszczytu. Chciałabym z tobą porozmawiać. Nie zamierzam ci przedstawiać nowego kontraktu, ani namawiać do zostania w zespole, a jedynie przekazać pewną informację, która może cię zainteresować.

Spotkajmy się dzisiaj po godzinie 17 w Dziurawym Kotle. Wiem, że prowadzi go twoja koleżanka. Sądzę więc, że jest to, że tak to ujmę. Bezpieczny teren.

Gwenog Jones.”

- Ciekawe – mruknęła do siebie.

Było mocno po zaproponowanej godzinie 17, kiedy Ginny weszła do Dziurawego Kotła. Do ostatniej chwili nie wiedziała, czy chce pójść na to spotkanie, a tym bardziej, czy na nie pójdzie. Ostatecznie, po raz drugi już tego dnia wygrał szacunek do trener Jones.

Wnętrze baru powoli się już wyludniało po południowym szczycie, w którym czarodzieje przychodzili po pracy na szklaneczkę czegoś mocniejszego nim wrócą do swoich rodzin, żon, dzieci, rzadziej mężów. Rozejrzała się wokoło oglądając odmalowane ściany, nowe meble, wyczyszczone klosze lamp i zawieszone za kontuarem lustro, w którym wreszcie można było coś zobaczyć. W kilka miesięcy Hanna zmieniła Dziurawy Kocioł w miejsce, które miało coś wspólnego z cywilizacją. Będąc dzieckiem, Ginny nie przeszkadzało jedzenie z drewnianych talerzy równie drewnianymi łyżkami, albo metalowymi widelcami, które dawały nieprzyjemny posmak stykając się z językiem. Obawiała się jednak, że teraz nie przyszłoby jej to już tak łatwo. Samej Hanny nie było oczywiście nigdzie widać, ale zdziwiłaby się gdyby było. Miała na głowie dwie ponad półroczne dziewczynki, które rozwijały się nad podziw szybko i zdawały się mieć więcej wspólnych cech ze wszystkimi wujkami i ciociami Weasleyami i Potterami, aniżeli swoimi spokojnymi rodzicami.

Harry co i rusz przynosił do domu jakąś opowieść Nevilla o jego „skarbach”, które to obrażały się na jedzenie, bo nie chciały jeść tego co lekarz zalecał a mama im dawała, albo nabierały ochoty na „rozmowy” pomiędzy sobą akurat w środku nocy, kiedy ich rodzice próbowali spać, albo jak to miało miejsce ostatnio, zaczynały pełzać po mieszkaniu, więc na wszystkie przedmioty wokoło profilaktycznie rzucili zaklęcie przylepca lub nienaruszalnej stabilności, co skończyło się stłuczonym biodrem Nevilla , kiedy próbując pochwycić parasol, w biegu wywinął młynka w powietrzu. Neville przyniósł nawet zdjęcia przedstawiające dwa małe żółwiki w seledynowych śpioszkach powoli pełznące po parkiecie. Ginny oczy zalśniły od łez, kiedy patrzyła na to zdjęcie. Bawiło ją ono, a jednocześnie cieszyła się szczęściem swoich przyjaciół i trochę im zazdrościła, że też nie może pochwalić się takim zdjęciem.

Nie spodziewała się oczywiście zobaczyć dziewczynek pełznących przez Dziurawy Kocioł, albo po kontuarze baru, ale serce i tak zabiło jej z nadzieją. Może później. Może kiedy indziej, pomyślała patrząc w stronę schodów.

Gwenog Jones siedziała przy niewielkim stoliku popijając ze szklaneczki coś, co wyglądało jak Whiskey Ogdena, a przynajmniej Whiskey kolorem swoim przypominało. Od razu też było widać, że nie jest to jej pierwszy drink, jako że obok stały już dwie wcześniej opróżnione. Przyglądała się stojącej niemal przy samym wejściu Ginny z beznamiętną miną. Kiedy była Harpia podeszła do swojej trener, ta uniosła się z miejsca.

- Zaczynałam tracić nadzieję, że się zjawisz – powiedziała, wyciągając rękę.

- Poważnie się zastanawiałam, czy jest po co – Ginny uścisnęła dłoń kapitan.

- Dla ciebie zapewne nie – Gwenog usiadła, pociągając sobie ze szklanki i skinieniem zamawiając jeszcze dwie. – Ale dla mnie już tak – Nowy barman Dziurawego Kotła pojawił się przy nich z zamówieniem i natychmiast zniknął, wracając za kontuar. Gwenog Jones od niechcenia pchnęła jedną ze szklanek w kierunku Ginny.

- Dla ciebie zapewne ma, bo potrzebujesz ścigającej – Ginny upiła łyk i ze zdziwieniem odkryła, że chyba woli mugolskie piwo – i to dobrej.

- Potrzebuję konkretnie ciebie – oderwała palec wskazujący od szkła szerokiej szklanki, wskazując na Ginny.

- Uważaj, bo się zarumienię i uwierzę, że jestem aż tak niezastąpiona.

- Nie jesteś. Znam o wiele lepsze ścigające od ciebie. Grałam z o wiele lepszymi ścigającymi od ciebie. Za pieniądze, które w ostatnim kontrakcie oferował ci klub, można by zatrudnić o wiele lepszą ścigającą od ciebie. Albo dwie niemal tak dobre jak ty, tyle że kwota ostatniego kontraktu była wzięta z księżyca i klubu nie było i tak na niego stać.

- To teraz przyszłaś mnie namówić na jakiś kontrakt, na który będzie klub stać?

- Napisałam ci, że nie będę cię namawiać na zostanie w klubie, ani przedstawiać kontraktu.

- To czego właściwie ode mnie chcesz?

- To prawda, że uzgadniasz warunki z jakimś klubem, czy ściemniacie z tym twoim agentem po gazetach?

- Prawda.

- Monaco? – Jones prychnęła, kręcąc głową.

- Nie, nie Monaco. Za wiele zębów straciłaś na murawie, żeby wierzyć, ze jakiś bogacz zatrudni mnie do drużyny.

- Tia – mruknęła, przed wlaniem sobie do gardła reszty whiskey. – Do czwartku bym w to nie uwierzyła nawet, jakby ktoś złożył mi wieczystą przysięgę.

- A co takiego urodziło się znowu w czwartek?

- Nie dasz wiary, ale bogacz, który chce sypnąć kasą.

- Moje gratulacje, już wiem za co pijesz – Ginny zasalutowała swoją szklanką.

- Tia. Tylko tutaj rodzi się potrzeba posiadania ciebie.

- Potrzeba matką zaklęcia, czy jakoś tak.

- Nie wkurzaj mnie, bo zaraz faktycznie zacznę kląć.

- W barze należącym do aurora?

- Kląć, nie zaklinać, czy wyklinać. Zajrzyj czasem do słownika.

- O co ci właściwie chodzi. Bo jak chcesz snuć opowieści przy szklaneczce, to źle trafiłaś. Nie mam na to ani czasu, ani ochoty.

- O ciebie mi chodzi, o zespół i o pieniądze.

- No i jesteśmy w domu – Ginny odchyliła się w krześle. – Zaproponowali ci pieniądze, za namówienie mnie do zostania.

- Nie jestem sprzedajną suką, Weasley! – Wydarła się, zwracając na nie uwagę wszystkich w barze. – Nie latam za parę galeonów jak usłużny piesek – powiedziała już ciszej.

- Jednak tu jesteś i mówisz o pieniądzach.

- Dla zespołu – wycedziła przez zęby.

- Jesteś w zespole. Kiedy ostatnio sprawdzałam, byłaś tam trenerem.

- I jestem i mam nadzieję być, ale nie ma ciebie, nie ma kasy, nie ma trenera. Mam swoją cenę.

- A podobno nie jesteś sprzedajną suką? – Ginny zadrwiła, obserwując, jak lekko podpita trener zaczyna się gotować.

- Ten fajfus powiedział, że zainwestuje w klub sto tysięcy galeonów, wszystko w pensje dla zawodników.

- Moje gratulacje.

- Postawił jeden warunek.

- Co? Macie pójść z nim na kolację, negocjować kontrakty? Wszystkie razem, czy każda z osobna? – Gwenog Jones patrzyła przez chwilę zdezorientowana, nim doznała olśnienia.

- Ok, Weasley. Teraz już wszystko rozumiem.

- Doprawdy? – Ginny uniosła jedynie brew.

- Trzeba było go zapytać, czemu ma złamany nos. Wielka szkoda, Weasley. Sądziłam, że kochasz ten klub.

- Miłość to jedno, szacunek do siebie, to co innego – Ginny obserwowała, jak Gwenog zbiera się do wyjścia. – Co to był za warunek? – Spytała plecy swojej kapitan.

- Ivanovic uparł się, że wyda pieniądze tylko, jeśli uda się ciebie zatrzymać w klubie. Angels oferował ci w ostatnim kontrakcie całe te sto tysięcy, ale rozumiem, czemu odrzuciłabyś milion galeonów za punkt.

- To dobrze, że rozumiesz.

- Nie akceptuję, ale rozumiem. Tak na marginesie, ile dostaniesz za nowy kontrakt?

- Nie mogę ci tego powiedzieć.

- Więcej, jak to sto tysięcy?

- Nie bądź śmieszna.

- Tak tylko sprawdzałam – bez pożegnania rzuciła barmanowi należność i wyszła z baru.

Ginny siedziała jeszcze dobry kwadrans, kończąc swoją whiskey i myśląc nad wszystkim, co powiedziała jej Gwenog. Rozmawiała z Ivanovicem ledwie w ostatni weekend, kiedy wpadli na siebie przypadkiem na urodzinach Kruma. Teraz jednak zaczęła się zastanawiać, czy to był aby przypadek. Czemu Ivanovic wtedy nie wspomniał o inwestowaniu w Harpie? Przecież musiał to planować od dawna. Nie wydaje się stu tysięcy galeonów, od tak wyjmując je z kieszeni bo akurat się miało. Może chciał ją zaskoczyć, albo wybadać. Przynajmniej wiedziała teraz skąd ten amok wysyłania codziennie kolejnej sowy z kontraktem. Nie było sensu dłużej o tym rozmyślać. Te sto tysięcy z ostatniego kontraktu, jeśli była to prawda, brzmiało kusząco, ale ona była już praktycznie Rysicą. Odstawiła szklankę na blat. Zegar na ścianie pokazywał już wpół do siódmej, więc Harry lata chwila powinien zawirować w kominku, o ile jeszcze tego nie zrobił. Najwyższa pora było wracać do domu.

- Ginny! – Usłyszała za sobą coś na wzór pisku, nim wykonała choćby krok. Od schodów biegła w jej stronę Parvati, chyba, że była to Padme… nie, jednak była to Parvati…. chyba.

- Parvati! – Przywitała dziewczynę, kiedy stały już naprzeciw siebie.

- Jestem Padme – dziewczyna odpowiedziała nadąsana, by po chwili wybuchnąć śmiechem widząc zmieszanie Ginny. – No i dałaś się nabrać. Jasne, że jestem Parvati.

- Teraz to już ci nie wierzę – Ginny nadąsała się dla odmiany i zrobiła to naprawdę.

- Ależ ty się zrobiłaś poważna, od kiedy występujesz w gazetach.

- Ty też występujesz w gazetach. Ten żart zawsze robili George z Fredem.

- Och. Przepraszam – odpowiedziała smutno.

- Nie ma sprawy.

- No to co tu robisz i nie przyjmuję żadnej innej odpowiedzi aniżeli ta, że przyszłaś do mojego klubu sporo wcześniej, by się dostać do środka zaraz po otwarciu.

- Przyszłam na umówione spotkanie.

- W moim klubie, zaraz po otwarciu – Parvati już ciągnęła ją w stronę drzwi prowadzących do podziemi, gdzie mieścił się klub „Pod Dziurawym Kotłem”.

- Nie. Tutaj, godzinę temu.

- Zła odpowiedź. Hanno! – Zawołała mijając drzwi do podziemi w drodze do biura, gdzie kiedyś mieszkał Tom. – Zobacz kogo ja tu mam.

- Nie krzycz tak. Dziewczynki dopiero co usnęły – Hanna warknęła z wnętrza pomieszczenia.

- Nie świruj, przecież wyciszyłaś łóżeczko. Patrz kogo mam – wepchnęła Ginny do środka.

- Ginny! – Teraz nawet Hanna krzyknęła. – Jestem na ciebie oficjalnie obrażona i musisz mi kupić naprawdę dużo czekolad nim się dam ułagodzić – podparła się pięściami o biodra.

- A przypadkiem nie chodzi ci o dostanie czekolad? – Ginny przytuliła się do młodej pani Longbottom.

- Ani trochę. No może trochę, ale obrażona jestem. Kiedy to ja cię ostatnio widziałam? – Ginny zaczęła przeszukiwać pamięć w odpowiedzi na to pytanie.

- Na chrzcinach dziewczynek – odpowiedziała wreszcie.

- To się nie liczy, tam miałaś obowiązek być. Na porodówce cię widziałam, jak przyszłaś zobaczyć mnie i dziewczynki. Pół roku temu to było, wyrodna gwiazdo.

- Nie jestem gwiazdą.

- Tym bardziej nic cię nie tłumaczy.

- Dobrze. Kupię ci dużo czekolad, ależ one urosły – powiedziała zaglądając do łóżeczek.

- Wiedziałabyś, jakbyś czasami wpadała.

- Ale dzisiaj wpadła i nie wypuścimy jej co najmniej do północy – Parvati zatarła ręce.

- Muszę wracać do domu, bo Harry będzie się niepokoił.

- Więc mieszkasz z Harrym? – Parvati udała zainteresowanie.

- Nie wydurniaj się, przecież wiesz o tym doskonale, bo sama cię prosiłam, żebyś nie wypaplała.

- On też i nic się nie martw. Poprosimy Nevilla żeby go poinformował. Niech się wreszcie do czegoś przyda, z tą swoją gadającą odznaką.

- Ej! Pamiętaj, że mówisz o moim mężu. Jest bardzo przydatny.

- Na pewno nie w barze, a co robicie po godzinach to nie moja sprawa.

- No dobrze, to siadaj i opowiadaj co u ciebie.

- O mnie wiecie wszystko z gazet – odpowiedziała Ginny, kiedy odzyskała orientację po nagłym pchnięciu na kanapę. – Kolej na was.

- A co tu jest do opowiadania. Całe dnie siedzę tutaj, pilnując dziewczynek i licząc galeony w kasie. To jest praca siedem dni w tygodniu, więc nie mamy nawet szansy wyrwać się na jakieś wakacje.

- Codziennie jej powtarzam, że mogę się na tydzień, albo dwa zająć i i klubem i barem, ale ona jest bardziej uparta niż ty.

- Nieprawda!

- A ja wcale nie jestem uparta!

- Tak czy siak nigdzie nie jadą uparciuchy.

- Nie mamy z kim zostawić dziewczynek.

- To je zabierzcie, w domku na plaży na pewno znajdzie się kawałek przestrzeni i dla nich, a jak nie to zostawcie je prababci Longbottom.

- Albo mojej mamie. Nie takie łobuzy już wychowała, a ja chętnie pomogę.

- Ja też! – Parvati zawtórowała, zachwycona pomysłem Ginny.

- A potem kazałybyście mi robić sobie nowe dzieci, bo dziewczynki byście zarekwirowały?

- No i cała konspiracja upadła – Ginny wyszczerzyła zęby do Parvati.

- O my nieszczęsne. Będziemy musiały gdzie indziej znaleźć dzieciaki.

- Zróbcie sobie własne.

- I wystartowały w konkursie na najgorszą matkę w kraju? Nie, dziękuję.

- Nie byłabyś taka zła. Pomagasz mi z dziewczynkami, a ty masz bratanicę i Teda.

- Ted jest już duży. Gada, biega i w ogóle.

- Ale córeczka Billa już nie. Poza tym. One już pełzają. Więc doświadczenie w bieganiu za dzieckiem jest jak najbardziej wskazane.

- Dobrze się wam układa? – Ginny postanowiła sprowadzić Hannę z tematu bobasów.

- Myślę, że bardzo. Neville jest taki opiekuńczy. Wobec mnie i wobec dziewczynek. Nie mogę powiedzieć złego słowa, no i mimo że przychodzi zmęczony to pomaga w domu.

- Spróbowałbym nie – młody ojciec dwóch pięknych dziewczynek stał w drzwiach.

- Ty! – Parvati wskazała na niego oskarżycielsko. – Użyj tej swojej super hiper magicznej odznaki i napisz Harremu, że porwałyśmy Ginny i ma się stawić do klubu na ósmą. Na samo otwarcie.

- Dajcie spokój, nie zostaję. Wracam do domu.

- Nie byłaś pytana o zdanie – uciszyła ją Parvati. – Zostaniesz i koniec dyskusji.

- Nie jestem odpowiednio ubrana.

- Jesteś ubrana lepiej, niż większość moich klientów z pierwszego poziomu. Jakbyś się uparła, może nawet wpuściłabym cię na drugi poziom. – Parvati uważnie zlustrowała jaskrawożółte trampki, błękitne jeansowe rurki i obcisły czarny top na cienkich ramiączkach z obrazkiem okularów przeciwsłonecznych w grubych niebieskich oprawach znajdującym się… no na pewno nie na oczach. – Uparłaś się ubierać w mugolskich sklepach i zaczynam przyznawać, że ma to sens. Ten nowy sklep z mugolskimi ciuchami na Pokątnej może zrobić furorę.

- Jaki nowy sklep?

- Ten co się otwiera w miejsce rzeczy z drugiej ręki. Neville piszesz, czy się ślinisz z żoną? – Parvati przerwała małżonkom czułe przywitanie.

- Przyjdzie taki dzień, w którym usunę cię z tego pokoju.

- Ale to nie jest ten dzień – uśmiechnęła się szeroko. – Pisz, pisz – ponagliła go jeszcze.

- Ależ z was uparte babska – Ginny pokręciła głową. – Dopisz mu jeszcze, żeby ubrał się jak mugol na luzie. On zrozumie – dodała widząc spojrzenia przyjaciółek.

Od kiedy Ginny przejęła niemal wyłączną kontrolę nad szafą Harrego, zmieniając przy okazji jego sposób ubierania, podzieliła jego ubrania nie według kolorów, czy typów, jak koszulki, bluzy, marynarki, a wedle ich stylów. Oczywiście nie wywiesiła przy tym żadnych karteczek, ale Harry był na tyle rozgarnięty, by wiedzieć co gdzie się znajduje. Tak więc teraz w jego szafie znajdowały się ubrania z serii: Oficjalny mugol, elegancki mugol, codzienny mugol – Harry nie widział różnicy między tymi dwoma – luzacki mugol, ubrania do domu, oraz codzienny czarodziej i odświętny czarodziej, które to zajmowały najmniej miejsca. Ginny towarzyszył całkowity brak upodobania do strojów czarodziejskich. Teraz Harry miał się ubrać, jak Luzacki mugol, co oznacza, że zapewno pojawi się w jakimś t-shircie, szortach (jako, że wokół panują letnie upały) i trampkach, albo adidasach. W takim stroju będą do siebie pasowali.

W chwilę później państwo Longbottomowie zabrali swoje córki, przenosząc się na górę do swojego mieszkania i pozostawiając Dziurawy Kocioł pod czujnym okiem ich kucharza, któremu coraz bardziej ufali i barmana, który jeszcze nigdy ich nie zawiódł. Byli naprawdę zadowoleni z dokonanego przez Hannę wyboru pracowników.

Parvati i Ginny powędrowały za nimi, jako że właścicielka klubu „Pod Dziurawym Kotłem” uparła się, że jakkolwiek Ginny wygląda świetnie, to i tak musi ją upiększyć. Rudowłosa ścigająca nienawidziła upiększania i czuła się jak laleczka w dłoniach małej dziewczynki, która ją czesała, malowała i szkoda, że nie posadziła do picia herbatki z pluszowym misiem, przy różowej, plastikowej zastawie.

Po spotkaniu z Parvati włosy Ginny poskręcane były w loki opadające w dzikim nieładzie w każdym możliwym kierunku, łącznie z zasłanianiem jej twarzy, która to twarz skryta była pod grubą warstwą makijażu. Parvati uparła się, że półmrok panujący w klubie w połączeniu z wirującymi tam światłami wymaga mocnego makijażu, aby w ogóle było widać, że jakiś na sobie ma. Tak więc schodząc po schodach z nieładem na głowie i ku jej radości powoli prostującymi się lokami (Parvati zrzędziła na ten fakt niesamowicie), Ginny czuła się jakby miała na twarzy maskę składającą się z podkładu, kilku odcieni różu położonych na policzki, tuszu, kredki i całe szczęście bez szminki, jedynie posmarowana błyszczykiem, który, co było jego jedyną zaletą, smakował truskawkami. Cała stylizacja, o czym jeszcze nie wiedziała, a widać to miało być dopiero w klubie, oprószona była delikatnie brokatem. W mieszkaniu Longbottomów makijaż miał się nijak do jej stroju. Jak się później miała przekonać, w klubie sprawdzał się idealnie. Parvati wcięła się do środka bez kolejki, bo jako właścicielce w kolejce stać jej nie przystawało, w przelocie każąc ochroniarzowi, by przepuścił Harrego Pottera, kiedy tylko się pojawi.

Z minuty na minutę wewnątrz przybywało gości, zarówno tych, którzy pozostawali na pierwszym poziomie w barze, jak i zmierzających potańczyć piętro niżej. Ginny siedziała sobie z niewielkim kuflem mugolskiego piwa w dłoni. Tak, sprzedawali tu takie! I kręciła się beztrosko na obrotowym stołeczku, prowadząc okazjonalne rozmowy z Romildą i Parvati, kiedy tylko miały na to czas. Kilka razy uprzejmie, acz stanowczo spławiła jakiegoś adoratora, który próbował się przykleić, a w pewnej chwili omal nie dała na odlew dupkowi, który bez zbędnego wstępu chwycił ją od tyłu za biodra, całując w szyję. W dodatku był nieogolony! Obróciła się z wściekłą miną, gotowa sięgnąć po zakamuflowaną różdżkę, ale przed nią stał Harry, uśmiechając się bezczelnie. Nie dość, że ją całował publicznie i to bez jej zgody, to jeszcze niemal zupełnie olał jej zalecenia co do ubioru. Nie miał adidasów, a ostro zakończone półbuty, powycierane jeansy i rozpiętą koszulę flanelową swobodnie zwisającą wzdłuż ciała i tylko wystający spod koszuli t-shirt z ogromnymi, kolorowymi napisami zgadzał się z jej nakazem. Aha! Nie można oczywiście zapomnieć o tym, że się nie ogolił i na jego policzkach widać było ciemne cienie zarostu. Mimo niezadowolenia z tego wszystkiego złapała go za koszulę, przyciągając do siebie i mocno całując.

- Łech. Drapiesz! – Zmarszczyła brwi, puszczając go. – W dodatku wcale się nie słuchasz. W co się ubrałeś?

- Jak codzienny mugol po godzinach.

- Prosiłam cię o coś innego, tak żebyśmy do siebie pasowali.

- Nie przesadzaj. Ty jesteś ścigającą, ja aurorem. Nie mogę wyglądać na luzie, tak jak ty – Prawda była zupełnie inna. Ubranie się na luzie o tej porze roku wymagało zakładania krótkich spodenek, a Harry mimo półtorej roku, jakie spędził na codziennych treningach i zbudowania naprawdę ładnych mięśni, wciąż miał kompleks ze swoimi kościstymi i krzywymi kolanami, mimo że wcale już tak nie wyglądały. Wolał więc trochę się zgrzać, ale czuć swobodnie.

- Ale teraz ja wyglądam, jakbym wpadła tutaj po drodze do warzywniaka.

- Jeśli tak się ubierasz w drodze do warzywniaka, to ja muszę sprawdzić kim jest tamtejszy sprzedawca, że tak się dla niego starasz. Romildo, jeszcze jedno, ale duże – wskazał na piwo popijane przez Ginny.

- Kufli zabrakło – Romilda uśmiechnęła się, stawiając przed nim otwartą butelkę.

- Uważaj bo uwierzę! – Zawołał, kiedy odchodziła. Doskonale wiedział, że zrobiła to złośliwie, ale właściwie to nie miał nic przeciw.

Młodzi Potterowie, choć nadal nikt spoza rodziny oczywiście nie wiedział o tym, że są już Potterami, dawno nigdzie nie wychodzili, żeby się zabawić. Owszem, zadarzały im się wypady na obiad do mugolskiej knajpki, rzadziej weekendowe wypady, jak ten do Monaco, ale w klubie, teatrze, czy innym miejscu dostarczającym czystej rozrywki nie byli od całych wieków. Teraz, skoro i tak podstępnie wepchnięto ich już w te podziemia, postanowili nie marnować okazji i wykorzystywali sytuację do granic możliwości. Najpierw w barze, a potem na parkiecie piętro niżej. Koniec końców, byli jednymi z ostatnich którzy opuszczali klub, kiedy na dworze robiła się szarówka. Harry nawet nie próbował kłaść się spać, bo nie miało to ani trochę sensu. Uśpił jedynie Ginny, która nigdzie nie musiała się ruszać.

Wstała wyspana, w samą porę by zjeść obiad, bo pora i pierwszego i drugiego śniadania minęła już bardzo dawno. Czuła się wypoczęta i nawet nie zdawała sobie sprawy, jak zmęczony był Harry, który ciągnął właśnie drugą dobę w pracy. Zaczynał ją od ciężkiego porannego treningu, tylko po to, by wylądować na targanej wichrem wyspie wilkołaków, a później przemierzać bezludne wzgórza Szkocji, w których jaskiniach kryć się mogli czarnoksiężnicy. Tylko odwiedziny w Azkabanie zostały mu tego dnia oszczędzone.

Jedząc obiad przeglądała sobie poranne wydanie Proroka Codziennego, które sowa przyniosła długo przed jej wstaniem. W magicznym świecie, a przynajmniej magicznej Wielkiej Brytanii nie działo się absolutnie nic ciekawego. Pierwszą stronę zajmował nic nie wnoszący artykuł, w którym redakcja Proroka skarżyła się wszem i wobec na zachowanie swoich czytelników po tym, jak jeden spośród nich niezadowolony nie sprawdzającą się prognozą wysłał do naczelnego meteorologa kopertę z zapieczętowanym w niej zaklęciem. Kiedy tylko mężczyzna otworzył kopertę, uszy zamieniły mu się w dwa parasole. O stronę dalej była informacja o zwolnieniach grupowych, jakie prawdopodobnie planuje ministerstwo, w celu obniżenia kosztów i wypłaty odszkodowań za straty na Nokturnie. Całą stronę trzecią zajmowała wielka reklama sklepu z mugolskimi ciuchami, o którym wspominała Parvati, a na czwartej kolumna plotkarska. Oglądając stronę piątą Ginny przewróciła oczami, nie chcąc kręceniem głową przerywać sobie nabierania kolejnych łyżek zupy pomidorowej.

Tytuł artykułu głosił: „Piwko i buziaki: Co przystoi młodym gwiazdom?”, a jego ilustracją było zdjęcie przedstawiające jej wczorajszy powitalny pocałunek z Harrym, nie, nie ten całus w szyję, który jej zaserwował, a ten, kiedy przyciągała go za koszulę. Pod spodem było osiem innych miniaturek na których pili piwo, przytulali się i całowali. Tam było zdjęcie z pocałunkiem Harrego.

Nie chciało jej się czytać treści, ale sporo było w niej bełkotu o tym, czy osobom, które stanowią wzory do naśladowania dla dziesiątek młodych czarodziejów przystoi publiczne picie piwa i przygodne obcałowywanie się. Było też coś o siejącej zgorszenie koszulce, ale przekręciła stronę dalej, tracąc zainteresowanie.

- Już się odobrazili i od razu chcą mnie palić na stosie – mruknęła uśmiechnięta.

Harry miał podobne zdanie o całej sytuacji kiedy wrócił do domu i nawet sobie podkpiwali, że następnym razem, jak przyjdzie im ochota na całowanie, to polecą na Pokątną i staną pod oknami Proroka Codziennego, żeby reporterzy nie musieli się kryć w zatłoczonych barach. Było piątkowe popołudnie i Ginny powoli zaczynała pakować się na wylot do USA, chwilowo tylko na weekend i podpisanie kontraktu, ale już niedługo miała polecieć na stałe, choć Harry zapierał się, że ma wejścia w urzędzie transportu magicznego i może jej załatwić, ba! Załatwi jej stały świstoklik dwukierunkowy, żeby na noce mogła wracać do Londynu. Wyglądał przy tym, jakby strasznie mu zależało.

Dzwonek do drzwi zastał ją z szortami w jednej, a bermudami w drugiej dłoni, kiedy nie mogła się zdecydować, które spakować z myślą o spacerze z Harrym, który miał polecieć na weekend z nią do Kanady. Bezładnie wrzuciła jedne i drugie do torby zbiegając na dół i omal nie wpadając na Jimmy’ego, który stał już w korytarzu.

- Nie powiesz mi, że prasa coś zmalowała, bo czytałam rano gazety i jest cisza, a umawialiśmy się, że artykuł w Proroku nas nie interesuje.

- Zupełnie nie o to mi chodzi, panno Weasley – po tak długim czasie nadal mówił jej per pani, mimo że ona miała do niego zupełnie inny, bardziej towarzyski stosunek. Chodzi o to, że w moim biurze jest ktoś, komu bardzo zależy na spotkaniu z panią, a i pani może zechcieć się z nim spotkać.

- Bawisz się w człowieka enigmę, czy coś? – Spytała, lekko przechylając głowę. – Kto taki na mnie czeka?

- Ivan Ivanovic.

- Przecież wyraźnie powiedziałam, że nie zagram dla Harpii i powtórzyłam to również przy okazji spotkania z Gwenog Jones

- A ona przekazała mu tą informację – Jimmy jej przytaknął. – Mimo to, pan Ivanovic nie nalega, ale uprzejmie prosi o spotkanie i przyleciał do mojego biura, jako pierwszy zachowując się jak cywilizowany działacz Quidditcha i idąc nie do zawodnika, tylko jego agenta – Ginny przygryzła dolną wargę, przestępując z nogi na nogę, niezdecydowana, co ma zrobić.

- No dobra, niech będzie moja strata – powiedziała w końcu, wcale niezadowolona ze spotkania.

Biuro Jimmy’ego Olsena znajdowało się w jednym z pokoi jego mieszkanka, co biorąc pod uwagę jego dochody zarówno z pracy dla Ginny, jak i pracy dla ojca i funkcji korespondenta amerykańskich gazet, było wielce rozsądną oszczędnością. Miało to jednak oczywistą wadę, która ujawniała się właśnie w tej chwili, a mianowicie brak poczekalni dla interesantów. Całe szczęście, że pogoda była ciepła i słoneczna, pozwalając panu Ivanovic’owi na rozgoszczenie się na jednej z ławeczek i podjadanie lodów włoskich z polewą.

- O, panna Weasley! – Zawołał, widząc Ginny idącą ze swoim agentem u boku. – Wspaniałe te lody, naprawdę. Aż mnie kusi, aby tutaj zostać i porozmawiać w tak ciepłej atmosferze, ale może kiedy indziej, w sytuacji towarzyskiej, w większym gronie. Wie pani, moja żona także uwielbia słodkości – zaśmiał się w głos.

- Czy możemy już przejść do mojego biura? – Jimmy zapytał uprzejmie.

- Dziękuję. Bardzo chętnie – Ivan Ivanovic momentalnie przeistoczył się w rzeczowego biznesmena. – Państwo przodem.

To zabawne, ale Ginny nigdy nie była w biurze swojego agenta. Zawsze działo się jakoś tak, że poza stadionem spotykali się tylko przy Grimmauld Place, albo w Norze. Pokoik był mały, ale jednocześnie w sam raz dla trzech osób. Jimmy usadził siebie i Ginny za biurkiem, gdzie zazwyczaj było miejsce tylko dla niego. Tak przynajmniej się domyślała. Pana Ivanovica pozostawili zaś na krzesłach dla interesantów. Prócz ich trojga i kilku pająków, które ukryły się za szafami, w pokoju były tylko rzeczone szafy, ze stojącymi na nich książkami, Tablica korkowa z przyczepionymi fragmentami dziesiątek artykułów prasowych, biurko, trzy krzesła, lampka gazowa i maszyna do pisania. Ot takie sobie biuro w kompaktowym wydaniu.

- Czym możemy panu służyć, panie Ivanovic – Jimmy rozpoczął, kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca. Nie zaproponował kawy, ani herbaty. Nie postawił ciastek. Ginny uznała, że ona też nie postawi na kolejnym spotkaniu, skoro nie jest to wymagane na rozmowach biznesowych, jednocześnie instynkt podpowiadał jej, że to agent powinien prowadzić teraz rozmowę, chyba że pytanie padnie wprost do niej.

- Zanim zaczniemy – pan Ivanovic sięgnął do wewnętrznej kieszeni, wyjmując zwinięty pergamin. – Klauzula poufności. Nic, co zostanie powiedziane bądź ustalone na tym spotkaniu, nie może zostać ujawnione bez zgody wszystkich stron. Standardowy dokument – Olsen szybko przeczytał krótki dokument, potwierdzając że jest on standardowy i podpisując. Ginny była lekko zszokowana takim początkiem rozmowy, ale również podpisała zobowiązanie. – Jestem świadom – Rosjanin zaczął, kiedy dokument zniknął ponownie w jego kieszeni – że pańska klientka jest na etapie finalizacji umowy z Rysiami z Toronto, a ja jestem spóźniony o co najmniej kilka tygodni, ale mimo to, chciałbym przedstawić swoją ofertę.

- Muszę pana poinformować, że panna Weasley ma już podpisaną promesę i zerwanie kontraktu wiązałoby się z pewnymi konsekwencjami.

- Finansowymi, które jestem gotów w pełni pokryć – Ivanovic dokończył za chłopaka.

- Z czystej uprzejmości pana wysłucham – Ginny odezwała się cichym, acz pewnym głosem.

- Bardzo mi miło. Pozwoli pan? – Spytał jeszcze Jimmy’ego, który jedynie skinął dłonią. – Jestem świadom pani rozmowy z trener Jones, mimo że nie została przeze mnie wysłana. Zazwyczaj nie zajmuję się sponsorowaniem imprez, osób, czy jak w tym wypadku zespołów Quidditcha. Jeśli uważam coś za atrakcyjne, zwyczajnie dokonuję zakupu. Lubię mieć pełną kontrolę. Stać mnie na to, by mieć pełną kontrolę, mogę ją mieć i z tej możliwości korzystam. Podobał mi się smak Kamczackiej Sosnówki, to kupiłem rozlewnię. Żona narzekała, że Biała Magiczka przestała robić jej ulubiony eliksir do włosów. Już ten eliksir robią. Wszyscy mówili, że Quidditch to studnia bez dna, że tylko się w niego pompuje i pompuje. Ja uważałem inaczej. Widziałem inny model. Że można na tym zarobić więcej, jak stracić. Warunek był jeden. Trzeba było kupić zespół i stworzyć z niego coś wyjątkowego i co? Teraz wszyscy kupują zespoły, ale to ja byłem pierwszy i Quidditch to połowa moich dochodów, a małe one nie są.

- Tylko pogratulować – Ginny mruknęła znudzona przechwałkami. Zaczynała żałować, że wykazała się uprzejmością wysłuchania Ivana.

- Nie ma czego. To biznes. Całe lata wytężonej pracy. Nie jestem złotym dzieckiem. Nie urodziłem się z talentem, tylko wykazałem się konsekwencją, uporem i zimną głową. Nie bawię się w sponsorowanie czegokolwiek, bo to mi się nie opłaca.

- Jednak sponsorować Harpie pan chce.

- Bo kupienie zespołu też się nie opłaca. Ten rynek jest zadziwiająco mało chłonny. Naprawdę, aż trudno uwierzyć. To może mieć coś wspólnego z tak silną izolacją od mugoli.

- Panie Ivanovic – Olsen był najwyraźniej równie zmęczony rozmową co Ginny. – Jeśli nie jest pan zainteresowany sponsorowaniem klubu, to po co chce pan to robić i czemu zawraca nam głowę?

- Bo jestem zainteresowany panną Weasley. Nie żyjemy już w czasach niewolnictwa i nie mogę panny Weasley kupić, więc znajduję drogi okrężne do jej osoby. Klub jest bezwartościowy, ale na pannie Weasley mogę zarobić nawet pięćdziesiąt tysięcy galeonów miesięcznie.

- Absurd – Olsen prychnął, kiedy Ginny zbierała szczękę z podłogi. – Nie da się zarobić takich pieniędzy w Wielkiej Brytanii, nawet w Ameryce dla większości zawodników to mrzonki.

- Ma pan rację – Ivanovicowi nawet brew nie drgnęła, kiedy Jimmy wytknął mu błąd w rozumowaniu. – Dlatego też panna Weasley w Wielkiej Brytanii jest dla mnie prawie nic nie warta, a w Ameryce kompletnie bezwartościowa. Najchętniej widziałbym panią w klubie rosyjskim albo chińskim, bo tam są klienci i prawdziwe pieniądze, no ale jak powiedziałem. Spóźniłem się co najmniej o kilka tygodni, więc mogłem liczyć co najwyżej na utrzymanie pani w Harpiach.

- I tutaj popełnił pan błąd – Ginny pozbierała już szczękę i nawet odzyskała mowę. – Gdyby zaproponował mi pan Rosję albo Chiny, może byśmy mogli rozmawiać. Podkreślam, może. Szansa na zatrzymanie mnie w Harpiach prysła trzy dni po moim powrocie z Rosji – Ivanovic siedział, nie patrząc na żadne z rozmówców, głęboko się nad czymś zastanawiając.

- Rozumiem – powiedział w końcu. – Czy jednak…

- Chwileczkę. Panie Ivanov. Wróćmy do początku – Jimmy przerwał mężczyźnie dalszą wypowiedź. – W jaki sposób chce pan zarobić na mojej klientce pięćdziesiąt tysięcy galeonów.

- To proste – rozpoczął Ivanovic, odchylajac się wygodnie na krześle. – Kontrakty sponsorskie, a właściwie reklamowe. Od pięciu lat moje produkty. Napoje słodkie, energetyki, słodycze, alkohol, sprzęt do Quidditcha są reklamowane przez zawodników Niedźwiedzi. W ten sposób zwracają mi się nakłady na zespół. Reklamy na strojach, pamiątkowe koszulki, sprzęt sygnowany logiem jakości Niedźwiedzi i wszystkie moje produkty reklamowane twarzami i podpisami zawodników, ale wszystko się kiedyś kończy. Ludziom w końcu przejedzą się twarze moich zawodników na plakatach. Nawet jeśli nie będzie to już Pavlovicz, a nowo kupiony Olenko, czy średni jakościowo ale zabójczo przystojny Kachkov. Muszę wykonać ruch wyprzedzający klientów. Potrzebuję świeżej twarzy, a Rosjanie i Azjaci niczego nie doceniają tak, jak pięknej kobiety. Panna Weasley otwiera przede mną całą gamę nowych możliwości i nie dość, że może zastąpić moich zawodników w ogromnej większości dotychczasowych reklam, to jeszcze otwiera szerokie spektrum nowych możliwości. Zaczynijmy od Białej Magiczki, którą teraz reklamuje pewna piosenkareczka, która… powiedzmy, że nazbyt publicznie obnosi się z miłością do pewnych środków i szalonego stylu życia. Panna Weasley ze swoją urodą, świeżością i niewinnością. Proszę się nie zapowietrzać, panno Weasley – dodał widząc, jak Ginny bierze wdech, by odparować ostatnią wypowiedź – Każdy ma prawo całować się swoim chłopakiem, napić się piwa czy wódki w gronie przyjaciół, nawet jeśli dzieje się to na środku najpopularniejszego klubu w kraju. Jesteśmy Rosjanami, znamy życie. Nie zatacza się pani pijana, nie znajdują pani półnagiej w uliczce za jakimś lokalem. Nie ćpa pani, nie rozbiera się po gazetach i nie mówię tu o sesji w bikini. Jest pani naprawdę niewinna. W każdym razie ze wszystkimi pani cechami nie tylko świetnie się pani sprawdzi w reklamowaniu produktów kosmetycznych, ale i otworzy masę nowych możliwości, które dopiero majaczą mi w głowie. Oczywiście tak, jak powiedziałem, w chwili obecnej jest pani niemal bezwartościowa i mogę na pani zarobić góra dziesięć tysięcy galeonów, a raczej pięć. Wszystko co musi pani zrobić, to użyczyć mi swojego wizerunku. Oczywiście każde wystąpienie i reklama konsultowana by była z pani agentem. Bądźmy profesjonalistami, nawet jeśli warunki są amatorskie. Mówię o kraju, nie państwu – dodał pospiesznie.

- Ile moja klientka może na tym zarobić?

- Standardowo stosuję stawkę pięciu procent od zysku, czyli pięćset galeonów miesięcznie – Ginny usłyszała właśnie, że nic nie robiąc może zarobić więcej niż dostawała za grę w Harpiach i niewiele mniej niż Harry dostaje za narażanie życia.

- Oferuje nam pan stałą stawkę miesięczną od wyimaginowanego, zakładanego zysku, który może być mniejszy, ale może być i większy – Głos Jimmy’ego był uprzejmy, ale i pozbawiony wszelkiej pozytywnej emocji. Nie widziała jeszcze by jej agent zachowywał się w tak profesjonalny sposób. Zawsze uważała, że to wszystko zabawa i tak też wyglądały jego wypowiedzi dla prasy, jak nastawione na ochronę jej osoby igraszki. Teraz był bardziej urzędnikiem, niż zwyczajnym człowiekiem.

- Tylko pana sprawdzałem. Przepraszam.

- Panie Ivanovic, abyśmy już tej rozmowy nie przeciągali. W pierwszej kolejności muszę się dokładnie przyjrzeć pańskim firmom i strukturze dochodów, aby wiedzieć jakie są realne korzyści z zatrudnienia mojej klientki, ale zajmę się tym dopiero po podpisaniu przez moją klientkę umowy z nowym zespołem, co nastąpi na dniach.

- Satysfakcjonuje mnie taka decyzja na tym etapie – Rosjanin podniósł się z zajmowanego krzesła. – Tak z czystej ciekawości – zwrócił się do Ginny. – Nie stać mnie by zaoferować pani milion za punkt, ale gdybym zaproponował miesięczną pensję w Rysiach, w zamian za każdy mecz, jaki pani dla mnie rozegra w dowolnym zespole jaki pani by sobie wybrała?

- Nawet dziesięć milionów – Ginny wyciągnęła dłoń na pożegnanie.

- Ech. Rosjanka – mężczyzna pokręcił głową z uśmiechem.

Sala konferencyjna była po brzegi wypełniona dziennikarzami magicznej prasy i radia. Ginny siedziała przy długim stole w szeregu w większości nieznanych jej magików. Pawim piórem składała podpis na pierwszym w jej życiu naprawdę profesjonalnym kontrakcie. Po prawej stronie siedział wysoki i wysportowany właściciel Rysi, z włosami lekko przyprószonymi siwizną która dodawała mu wiele uroku, a za nim trener zespołu i szef klubu kibica zespołu. Po lewej stronie miała przedstawiciela Zawodowej Ligi Quidditcha, który tylko czekał by wręczyć jej licencję zawodniczą ZLQ, Jimmy’ego i prowadzącą całą konferencję rzecznik prasową zespołu.

Czuła radość ze związania się z Rysiami, w których będzie mogła nie tylko grać, ale przede wszystkim wciąż się rozwijać jako zawodniczka. Gdzieś na dnie jej serca kołysał się jednak żal, że nie będzie już nosiła Harpii na piersi. Podniosła głowę, spoglądając na stojącego w pierwszym rzędzie Harrego. Duma wymalowana na jego twarzy wystarczała za tysiąc słów. Uśmiechnęła się szeroko, zamaszyście kończąc „y” swojego nazwiska. Zebrani za stołem czarodzieje powstali, klaszcząc wraz z reporterami zebranymi na sali. W jej dłoniach znalazła się licencja, przekazana przez przedstawiciela Ligii, wraz z życzeniami. Prezes wręczył jej plastron z numerem „10” i napisem „Ginny” na plecach, oraz ogromnym Rysiem na piersiach. Uniosła go tak wysoko, jak tylko było to możliwe. Mogła odlecieć teraz bez miotły.

 
 

  • RSS