RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2014

Harpią być….

27 wrz

Hej!

Na pochwalę się informacją o moim/naszym blogu, na którą sam wpadłem przez przypadek. Właśnie piszę do was po raz setny.
Nie, nie jest to setny rozdział opowiadania, ale setny wpis w ogóle, co i tak stanowi dla mnie ogromny powód do dumy. W niecałe dwa lata spotkaliśmy się już sto razy!

Powiem też, że niewiele już wam brakuje, aby przekroczyć magiczną liczbę 1000 komentarzy, jakie napisaliście pod moimi rozdziałami. Może ta magiczna bariera padnie już pod tym rozdziałem, a może pod następnym…. Przekonamy się :-)

Zapraszam was z tego miejsca również do Redwood, gdzie przygoda Jonaha dopiero się rozpoczyna. Opowiadanie znajdziecie pod tym linkiem:
http://kmm-autorsko.blog.pl/
i ponownie proszę o komentowanie.

A teraz zapraszam już do świata Harrego.

EDIT:

PRZEPRASZAM WAS, Z JAKIEGOŚ POWODU WCZEŚNIEJ WSTAWIŁA SIĘ JEDYNIE CZĘŚC ROZDZIAŁU. TERAZ DOSTĘPNY JEST CAŁY

__________________________________________________________________________________________

Początek Sierpnia.

- Harry! – Jej okrzykowi towarzyszyło głuche gruchnięcie torby.

- Wiedźmo! – Harry niemal natychmiast znalazł się u szczytu schodów. – Czy ty nie miałaś wracać dopiero jutro? Wyszedłbym po ciebie.

- Jeszcze jestem w szoku – mówiła, kiedy zbliżali się do siebie, idąc po schodach. – Twoje zachowanie chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Wyjechałam do Stanów. Sama z obcym mężczyzną. Nie było mnie przez ponad dwa tygodnie. Dwa długie tygodnie, przez które codziennie oglądałam się przez ramię, czy ktoś mnie nie śledzi, w każdej minucie nie spędzonej na boisku spodziewałam się, że nagle pojawi się przede mną ktoś z listem od ciebie i co? – Była już niemal przy nim. – I nic. Nikt taki się nie pojawił. Nikogo nie zobaczyłam oglądając się przez ramię. Dziękuję za zaufanie, kochanie – pocałowała go i nie był to pocałunek na powitanie. Nie był to pocałunek, jaki składa się na ustach swojego męża, ani pocałunek zakochania. Była to długa i namiętna eksplozja uczuć, jaka towarzyszy przeznaczonym sobie przez los kochankom, którzy nie widzieli się nie tylko od lat, ale i całych epok w historii wszechświata. Nie wiadomo, jak skończyłoby się to powitanie, gdyby do jego celebrowania nie włączył się trzeci, czarny i bardzo kudłaty członek rodziny, bezceremonialnie wpychając się pomiędzy splecionych w uścisku Potterów, wywieszając jęzor i robiąc maślane oczy w oczekiwaniu na drapanie.

- Łapo – Harry jęknął przewracając oczami.

- Stęskniłeś się piesku – Ginny już klęczała na schodach tuląc się do szyi psa i energicznie drapiąc go za uszami.

- Ja też się stęskniłem i nie drapiesz mnie za uszami.

- Naprawdę? – Uniosła brwi w zdziwieniu graniczącym z szokiem. – Po całym tym czasie zadowoli cię zwykłe drapanie za uszami? Zdaje się, że źle sobie męża wybrałam. Skoczę zapytać sąsiada, czy ma jakieś plany – podnosząc się z klęczek wskazała kciukiem na jedną ze ścian. Nie pozwolił jej zrobić nic więcej, porywając na ręce do najbliższego z pomieszczeń, salonu. Gdyby mieli pokonać dalszą drogę, prawdopodobnie zostaliby na schodach.

- No! – Wysapała, odgarniając sobie z twarzy kosmyk włosów, które splątały się w dzikim nieładzie. – Panie Potter.

- Słucham pani Potter?

- Właśnie tak należy witać żonę.

- Każdego dnia?

- Mmmmm. Taaak! – Przytaknęła skwapliwie. – To jaki mamy plan na resztę dnia, bo jeśli zamierzasz się ze mną nadal witać, to przenieśmy się gdzieś indziej. Tutaj jest strasznie niewygodnie.

- Teraz jest ci niewygodnie? – Spytał, uśmiechając się drwiąco. – Kilka minut temu nie sprawiałaś wrażenia niezadowolonej.

- Kilka minut temu nie widziałam cię od dwóch tygodni. To przenosimy się, czy masz inny plan?

- Mam inny plan.

- Naprawdę? A jaki?

- Nadąsam się i będę oziębły co najmniej do wieczora.

- A to czemu?! – Podciągnęła się na łokciach, groźnie marszcząc brwi.

- Bo o ile w Stanach nie wymarła cała populacja sów i gołębi pocztowych, to zupełnie zapomniałaś napisać choć jeden list do mnie.

- Ups – pisnęła, jakby wcześniej wcale nie przyszło jej to do głowy.

- Ups, ups – pokiwał głową. – Jesteś wyrodną żoną. Tak o mnie zapomnieć – podniósł się ze zbyt małej dla nich dwojga kanapy, co wcale im wcześniej nie przeszkadzało, w poszukiwaniu swoich spodni.

- Może jednak da się coś z tym zrobić – mruknęła do niego, ponownie opadając na kanapę, z ramionami rozłożonymi w oczekiwaniu na niego. – Hej! Ty na serio?! – Wykrzyknęła, widząc że nie dość, że Harry nie raczył zareagować na jej zaproszenie, to jeszcze kontynuował ubieranie się.

- Tak to jest, gdy nie raczy się wysłać sowy – skończył zawiązywać czarne, lśniące półbuty z ostrymi czubami. – Gdybyś mi powiedziała, że wracasz, cały dzień zarezerwowałbym dla ciebie.

- Chciałam ci zrobić niespodziankę!

- I zrobiłaś. Bardzo przyjemną, ale teraz jestem umówiony na spotkanie.

- No to najpierw spotkaj się ze mną jeszcze raz – poczuł jej nagie ciało na swoich plecach, kiedy się do niego przytuliła, mocno obejmując go ramionami.

- Wiedźmo – delikatnie uwolnił się od oplatających go rąk, całując zaciśnięte w piąstki dłonie. – Naprawdę jestem umówiony.

- Z kim? Z kobietą? – Spojrzała na niego podejrzliwie.

- Nawet z dwoma.

- Znam je?

- Znasz, znasz. Jeśli nie jesteś zbyt zmęczona, to zapraszam ze mną – dopiął ostatni guzik. Stał teraz przed nią ubrany w białą bawełnianą koszulę schowaną w jasne jeansy spięte szerokim pasem z jasnobrązowej skóry ze srebrną klamrą i czarne lakierki. Ginny patrzyła na niego z uśmiechem aprobaty. Ciężka praca, upór i seria awantur opłaciły się. Harry wyglądał wreszcie tak, że strzygła do niego rzęsami nie jedna mugolka, o czarodziejkach już nie wspominając. Mogła być z siebie dumna.

Natychmiast poderwała się z kanapy, również zbierając ubrania i pospiesznie je na siebie na powrót zakładając. Oczywiście, że była zmęczona i to bardzo, ale miała wielką ochotę spędzić z nim cały dzień, więc wolała się pospieszyć nim zmieni zdanie. Co by nie mówić. Zżerała ją także ciekawość, z jakimi to dwoma kobietami mógł być umówiony Harry.

Wylądowali w wąskim zaułku, prowadzącym na brukowaną uliczkę, wypełnioną przechadzającymi się młodymi ludźmi i otoczoną jedno i dwupiętrowymi domami o fasadach pomalowanych we wszystkie barwy i wzory świata, które części z nich dodawały niezwykłego uroku, w większości jednak będąc po prostu pstrokate.

- Gdzie jesteśmy?

- W pobliżu Oxfordu.

- A czemu oni tak dziwnie się do nas uśmiechają? – Spytała, widząc kilka osób, które obcinając ich ostrymi spojrzeniami, uśmiechały się ukradkowo.

- Nie jestem pewien, ale może to mieć jakiś związek z tym, że lądując tam poprzednim razem wpadłem na jakąś parę – Harry wzruszył ramionami ze swobodą, jakby mówił, że przy jego poprzedniej wizycie także świeciło słońce. – Możliwe, że nie oni pierwsi tam byli.

- I się przytulali – uśmiechnęła się, przytulając do niego. – Dokąd właściwie idziemy?

- Jesteśmy na miejscu – stali przed wejściem do niewielkiego pubu „U Szewca”.

Kryjące się za drewnianymi, celowo obdrapanymi z żółtej farby drzwiami kryło się ciemne wnętrze lokalu, którego podłoga i niemal całe ściany pokryte były ciemnymi deskami z dębowego drewna. Lokal był niemal po brzegi wypełniony klientami. Harry nie rozglądając się nawet za wolnym miejsce podszedł wprost do baru.

- Mam rezerwację stolika, Potter. – Wytatuowany barman przed trzydziestką, z włosami związanymi w długi koński ogon wskazał  kierunek ręką w całości pokrytą kolorowymi tatuażami, wśród których Ginny znalazła zarówno kilka róż, jak i nagą kobietę, która wypinała różne części ciała, wraz z ruchem mięśni w ramieniu barmana.

- Na drugim piętrze, stolik szósty.

- Na drugim? – Harry spytał ze zdziwieniem.

- Tak. Dzisiaj duży ruch i otworzyliśmy wcześniej – barman odpowiedział takim tonem, jakby zadawanie pytań uważał za obelgę skierowaną w jego osobę.

- Jednego Szewca Giganta na pięć osób i dwa piwa. Małego portera i małe jasne.

- Małe? – Barman popatrzył z niedowierzaniem, odkładając wysoką szklankę, po którą zdążył już sięgnąć.

- Tak. Dwa małe z kija.

- Piwo płatne od razu. Pizza będzie za 20 minut – barman wzruszył ramionami, zabierając się do napełniania szklanek.

- Dzięki. Reszty nie trzeba – Harry odwinął z rulonu i rzucił na kontuar dwa mugolskie banknoty, które niemal natychmiast zniknęły pod ladą.

Na zamówionym przez nich stoliku na drugim piętrze lokalu stała drewniana tabliczka z wypalonym na niej napisem Rezerwacja. Potterowie zasiedli w ustawionej w literę U skórzanej kanapie, która z trzech stron otaczała ich stolik. Ginny wzięła łyk złotego, lekko bąbelkującego napoju i jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody, mocno zaciskając oczy i krzywiąc się kilka razy potrząsnęła głową.

- Co to jest? – Spytała, ostrożnie odstawiając szklankę na stół, jakby przy mocniejszym wstrząsie miała ugryźć jej rękę.

- Piwo.

- Piwo tak nie smakuje.

- Może kremowe tak nie smakuje. Chcesz spróbować mojego, przysięgam że smakuje zupełnie inaczej. – Podsunął jej swoją szklankę, w której napój miał kolor niemal czarny. Ostrożnie siorbnęła odrobinkę płynu, wypluwając go nim na dobre rozpłynął się po jej ustach.

- Świnia! Zrobiłeś to specjalnie.

- Tak – przyznał bez wstydu.

- To za brak listów?

- Mądra dziewczynka – dał jej szybkiego całusa w policzek.

- Ginny! – odwróciwszy głowę zobaczyła Nevilla, który kroczył ku nim również ze szklanką w dłoni. – Nie mówiłeś, że zabierasz ze sobą Ginny.

- Bo mi nie powiedziała, że dzisiaj wraca – Harry uścisnął dłoń przyjaciela.

- No to będzie zabawnie.

- Tak, jakby zazwyczaj nie było – Ramirez strzeliła go z biodra, żeby się posunął, robiąc miejsce dla niej i Marietty.

- Wiesz Harry, ja nic nie mam przeciwko naszym spotkaniom – Neville zaczął, pociągając sobie łyk piwa – ale Hanna marudzi, że zamiast weekend spędzić z nią i dziewczynkami, to w sobotnie wieczory robię sobie wypady z wami.

- Nie przesadzaj już tak. Za miesiąc i tak cię z nami nie będzie, bo będziesz się za kradnącymi czyrakobulwy dzieciakami uganiał.

- Tak, Cho też marudzi, że ciągle nie ma mnie w domu – przytaknęła mu Marietta. – Może ograniczylibyśmy nasze spotkania tak do raz w miesiącu?

- Nie chcę być nieuprzejma, ale – Ginny zaczęła niepewnie.

- Ale zapewne zdarzy ci się za chwilę nieuprzejmość, za którą będzie ci głupio, a ktoś z nas uda, że poczuł się głęboko dotknięty.

- Dokładnie tak może być Eleno – Ginny przytaknęła latynosce z lekkim uśmieszkiem. – Ale wracając do nieuprzejmości. Ciebie, Nevilla i Harrego rozumiem, ale co ty tutaj robisz, Marietto? – Ginny przeniosła swoje spojrzenie na dziewczynę.

- No więc – zaczęła blondynka.

- Nie zaczyna się zdania od no więc – poprawił ją Neville.

- I nie przeszkadza się kobiecie, kiedy mówi – Ramirez go upomniała.

- Ty mówisz cały czas, więc nie mam wyjścia, jak tylko ci przeszkadzać.

- Ja cały czas mówię?!

- Tak. Buzia ci się nie zamyka.

- Mi się nie za.. – kelnerka postawiła przed nimi olbrzymią pizzę i pięć talerzy. – Mi się buzia nie zamyka? – Dokończyła, kiedy ponownie zostali sami.

- Właściwie, to tak. Teraz dla przykładu mi przeszkadzasz, razem z Nevillem – Marietta uśmiechnęła się z politowaniem. – No więc, jak już wcześniej zaczęłam, najwyraźniej Harry nie powiedział ci, że jesteś na spotkaniu towarzyskim członków Zespołu Szybkiego Reagowania w pełnym składzie.

- Zespół został reaktywowany? – Ginny szybko przełknęła gryziony kawałek pizzy. Najlepszej jaką jadła w życiu.

- Ona nic nie wie? – Ramirez spojrzała na Harrego zdziwiona.

- Przecież siedziała dwa tygodnie w Stanach, słowem się nie odezwała.

- Czyli Urquhart znalazł wreszcie szefa zespołu? – Jej podejrzliwe spojrzenie padło z powrotem na Mariettę. – Ty? – Blondynka wybuchnęła śmiechem.

- O nie. Na pewno nie ja.

- Ale wy przecież odmówiliście – powiodła palcem po pozostałych obecnych na spotkaniu.

- Potrafimy być bardzo przekonywający – Neville wyszczerzył zęby.

- Naprawdę bardzo przekonywający – przytaknęła Ramirez i spojrzała na Harrego.

- Czy jest jeszcze coś, czego mi nie powiedziałeś? – Ginny syknęła, odsuwając się od Harrego na tyle, na ile pozwalała jej obecność Nevilla na tej samej kanapie.

- A czy jakaś sowa niosąca wiadomość od ciebie zgubiła się podczas lotu nad Atlantykiem?

- Nie? – Ginny spytała niepewnie.

- W takim razie bardzo możliwe, że o czymś jeszcze zapomniałem.

- Czeka nas poważna rozmowa, panie Potter – warknęła.

- Muszę ci powiedzieć, Ginny, że bardzo się cieszę z twojego powrotu – Marietta wypaliła tak nagle, że wszystkim zebranym szczęki poopadały, kiedy zamarli w połowie jedzenia, Ramirez udało się nawet malowniczo wypluć swoje piwo.

- Czyś ty na głowę upadła po drodze? – Spytała wreszcie, uważnie przyglądając się koleżance z zespołu.

- Na nic nie upadłam, ale skoro Ginny wróciła to Cho poprawi się humor, bo Jones będzie znowu szczęśliwa, bo Jones odwołała wakacje i codziennie je katuje mówiąc, cytuję: „Skoro są wakacje, to i tak nie macie co robić, więc potrenujecie.” Może teraz poprawi jej się nastrój.

- Tak, co do tego…. – Ginny mruknęła, biorąc potężny łyk swojego piwa. Wolała dostać ponownych dreszczy, aniżeli od razu spojrzeć wszystkim w oczy.

- Czyżbyś zapomniała mi o czymś powiedzieć? – Harry spytał beztrosko.

- To miała być niespodzianka na po tym, ale strzeliłeś focha.

- Po czym? – Podchwyciła Ramirez.

- Strzeliłeś focha? – Marietta niemal tarzała się ze śmiechu.

Neville zrobił głupią minę, nie wiedząc, czy wypada mu się śmiać z przyjaciela, czy też lepiej nie wkurzać szefa.

- Jak to niby wyglądało? – Marietta zapytała ocierając łzy i ksztusząc się nadal ze śmiechu. – Skrzyżowałeś ramiona i powiedziałeś „strzelam focha”?

- Nie. Wciągnął spodnie i oświadczył, że wychodzi na spotkanie – tym razem wszyscy wybuchnęli śmiechem, słysząc opis Ginny. Jeden Harry siedział nadąsany. – Już się tak nie dąsaj, kochanie. Jesteś naprawdę uroczy, jak się tak na mnie obrażasz.

- Dobra, Ginny. Co to za niespodzianka, jeśli nie jest to oczywiście niespodzianka tylko dla Harrego uszu?

- Nawet jeśli jest tylko dla jego uszu, to i tak chcę ją usłyszeć – Ramirez spojrzała z ukosa na Nevilla, jakby ten zabraniał swojej przyjaciółce mówić.

- No więc, Gwenog chyba nie ucieszy się zbyt z mojego powrotu – upiła jeszcze jeden łyk piwa, odkrywając, że ten trunek zaczyna jej niebezpiecznie smakować. – Poleciałam z Jimmym do Stanów. Jego ojciec jest tam właścicielem dwóch klubów: D.C. Wizards, to taki klub, który zawsze walczy o mistrzostwo w ich lidze zawodowej. Od lat nie byli niżej czwartego miejsca i Florida Stars United z Miami, to zresztą nieważne. Olsen senior co roku organizuje na stadionie Wizardsów takie dwutygodniowe testy w czasie których biorą udział głównie zawodnicy z niższej ligi, między innymi jego zespoły z Florydy. Powiedziałam Jimmiemu, że to jak jakiś targ koni, czy coś. Ci młodzi zawodnicy się tam prezentują, rywalizują ze sobą, a potem zespoły oferują im kontrakty, jeśli uznają ich za wartościowych. Przekrzykują się kto da więcej.

- To jak targ niewolników! – Oburzyła się Ramirez.

- Prymitywność – zawtórowała jej koleżanka.

- A jak w naszej lidze zawodnicy przechodzą z klubu do klubu dla lepszej kasy, to nazwiecie to prostytucją? Albo jak są przez kluby wypożyczani, bo nie mieszczą się w składzie, albo sprzedawani, to nazwiecie to niewolnictwem? – Neville odparł celnie.

- Ja w rywalizacji nie mogłam brać udziału, bo nie byłam amerykańską zawodniczką, ale Jimmy załatwił z ojcem, bym mogła polatać z nimi na otwartym treningu. Chyba mieli jakieś nierozliczone przysługi – wzruszyła ramionami. – Nie oszukujmy się. Są całkiem dobrzy. Niektórzy nawet bardzo. Nabawiłam się trochę siniaków i już myślałam, że straciłam zęba, ale ostatecznie skończyło się na bólu – postukała się w śnieżnobiałą jedynkę. – W niedzielę rano, jak szłam sobie pozwiedzać miasto, podeszło do mnie dwóch facetów w garniturach i z miejsca „Panno Weasley, przysyłają nas Rysie” – Harry poruszył się niespokojnie na swoim miejscu. – Spanikowałam. Deportowałam się wprost do hotelu.

- Dobra decyzja – Harry kiwnął głową.

- Ciebie nikt nie pytał – była na niego wyraźnie zła, za nieprzyznanie się do awansu. – Okazało się, że spanikowałam niepotrzebnie. Rysie to zespół z Toronto. Obiad jedliśmy już w mugolskiej restauracji w Toronto. Ja, Jimmy, prezes Otton Le’Buff i ich dyrektor sportowy Dave Chambers. Dave był jednym z tych kolesi w garniturach, których spotkałam wcześniej. Razem z innym pracownikiem obserwowali testy szukając zawodników na nowy sezon. I wypatrzyli mnie! – W oczach Ginny szalały istne płomienie ekscytacji. Siedziała wyprostowana, z dłońmi splecionymi i złożonymi na udach. Wygądała, jakby miała zaraz odlecieć bez pomocy miotły.

- Brawo.

- Cudownie.

- Ekstra.

- Dobra robota.

- Super sprawa.

- Ginewra Rudy Ryś Weasley.

Ginny utonęła w uścisku czworga ludzi, którzy rzucili się na nią jednocześnie, przygniatając do kanapy, przytulając i obcałowując.

- Jeszcze nic nie podpisałam! Jeszcze nic nie podpisałam! – Udało jej się wydyszeć głosem stłumionym ich ciałami.

- Ale podpiszesz?

- Noooo chyba tak – uśmiechała się promiennie.

- To czemu jeszcze nie podpisałaś?

- Oficjalnie? Bo do końca sierpnia jestem zawodniczką Harpii. Nieoficjalnie, bo Jimmy stwierdził, że mogłabym wyjść na łatwą i trzeba ich potrzymać aż spuchną. Czy jakoś tak – wzruszyła ramionami.

- A co z Harpiami? Co z planem zostania w zespole na ten sezon? – Harry czuł się zdezorientowany nagłą zmianą planów.

- Kocham Harpie, ale nie będę się napraszać… Zwłaszcza, że sami zatrzasnęli zatrzasnęli sobie drzwi. No ale dość o mnie. Wytłumaczcie mi, jak głębokiego uszkodzenia mózgu doznał Urquhart, że mianował Harrego? Przecież to przekracza pojęcie kogoś normalnego.

- Dzięki, Wiedźmo – Harry mruknął z przekąsem.

- Co ja ci mówiłam! – Syknęła.

- Wiele rzeczy. Nie wiem, o którą ci chodzi tym razem.

- O nazywaniu mnie Wiedźmą.

- Uwielbiam jak się złościsz.

- No więc, jak do tego doszło? – Odwróciła się od niego plecami.

- Jakoś tak samo z siebie – Neville odpowiedział enigmatycznie.

- Wchodzę sobie do biura i patrzę, a Harry siedzi na starym miejscu. No to się dosiadłam, a potem dosiadł się Neville.

- A potem wymogli na mnie żebym się przesiadł.

- Ciebie nie pytałam.

- Miejsce dowódcy było puste, a Urquhartowi szukanie szło jak po grudzie, więc postanowiliśmy ułatwić mu zadanie – Neville uśmiechnął się do wspomnienia. – To było zaraz po twoim wyjeździe.

- No a potem ja sobie siedzę – Marietta spojrzała na Harrego zmrużonymi oczami.

- I nic nie robię – wciął jej.

- I robię ważne rzeczy, kiedy wpada Harry i mi mówi, że mam nowy przydział.

- A czemu nie Ron? – Tym razem pytanie było skierowane wprost do Harrego. – No tak – odpowiedziała sobie sama, widząc jego spojrzenie. – Masz rację. Jak tam dziewczynki, Neville. Przenosicie się, kiedy zaczniesz pracę w szkole?

- Nie – przyjaciel uśmiechnął się szeroko. – Będę codziennie deportował się z i do mieszkania w Kotle.

Spotkanie w mugolskim barze przy ogromnej pizzy i kilku kolejnych kuflach piwa przeciągnęło się do późnych godzin popołudniowych, by nie powiedzieć wczesnego wieczora. Pomysł tych barowych spotkań był genialny w swej prostocie. Członkowie zespołu przestawali być dla siebie zwykłymi kolegami z pracy, a stawali prawdziwymi przyjaciółmi, dzięki czemu jeszcze lepiej się rozumieli i skuteczniej działali. Oczywiście nikt w ministerstwie o tym procederze nie wiedział, bo popijanie po barach, mimo że uprawiane po godzinach, mogłoby nie zostać najlepiej przyjęte.

Prócz kilku lampek wina, jakie wypiła kiedy nie mieszkając na Grimmauld Place chodzili z Harrym na randki i piwa w towarzystwie trener Jones, Ginny nie miała większego doświadczenia w kontakcie z mugolskim alkoholem. Popołudniowe spotkanie z kilkoma piwami, pomimo że była to jego najlżejsza odmiana, odrobinę ścięło ją z nóg, tak że po powrocie do domu usnęła nawet się nie rozebrawszy.

Kiedy się obudziła, niebo za oknem zaczynało powoli przybierać już stalową barwę, zwiastując bliskość poranka. Czuła się ścierpnięta i zmęczona bardziej, aniżeli w chwili powrotu z Ameryki, a wtedy uważała siebie za skonaną. Najciszej jak potrafiła otworzyła drzwi, uważając by nie skrzypnęły budząc Harrego, którego z płytkiego snu potrafił zbudzić najcichszy dźwięk. Tłumaczył się, że to obowiązek aurora by tak się budzić, ona jednak wiedziała, że to lata ciężkich doświadczeń.

Drzwi nie wydały z siebie najmniejszego dźwięku i stopa w delikatnej skarpetce także poruszała się bezgłośnie, kiedy zdrada przyszła z najmniej spodziewanej strony. Na pozbawionym okien i spowitym w mroku nie rozświetlanym choćby jedną lampą gazową korytarzu rozległo się przeciągłe i skrzeczące „mieeeee”.

- Hektor – szepnęła zrezygnowana. Ich stary kot miał w swoim zwyczaju sypiać w nocy na miękkm dywaniku przed łazienką, kiedy oczywiście nie sypiał w którymś z ich łóżek i skrzeczeć ostrzegając o swojej obecności, kiedy tylko ktoś pojawił się budząc go i zagrażając jego wygodzie nagłym rozdeptaniem.

Ginny ostrożnie minęła kota, nadal starając się zachowywać jak najciszej, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie ma to już większego sensu. Teraz mogła się już umyć bez większego stresu, że zostanie usłyszana i co najważniejsze na resztę nocy pójść do Harrego.

- Czemu nie śpisz? – Spytał łagodnie, kiedy weszła do pokoju.

- A ty? – odbiła pytanie, wślizgując się pod ciepłą kołdrę.

- Ja się już wyspałem – przyciągnął ją, mocno przytulając do siebie.

- Ja jeszcze nie – mruknęła, powstrzymując się przed ziewnięciem, aż popłynęły jej łzy. – Dobranoc.

Po dwóch tygodniach tułaczki po hotelach i boiskach kontynentu północnoamerykańskiego spała, jakby ktoś podał jej wywar żywej śmierci. Kiedy wreszcie się obudziła, obserwowana czujnym spojrzeniem zielonych oczu w których igrały iskierki rozbawienia, było już dobrze po dziesiątej i dawno temu przegapili śniadanie.

Kiedy zeszli na dół przygotowana na śniadanie jajecznica dawno już zdążyła wystygnąć, za co Stworek przepraszał ich gnąc się w pokłonach i zamiatając nosem podłogę, w odpowiedzi na co ona z Harrym zaczęli przepraszać starego skrzata za to, że tak długo spali. Dla osoby stojącej z boku musiałoby to wyglądać jak intensywny trening japońskiego powitania. Kiedy Potterowie i skrzat wystarczająco już się naprzepraszali, zdecydowali się nie obciążać go dodatkowymi zadaniami i wspólnie ze swoimi zwierzakami polecieli w jedyne miejsce, gdzie zawsze można było dostać coś smacznego do zjedzenia.

Podwórko Nory było zabałaganione jak zawsze, a Harry odniósł nawet wrażenie, że wokół panuje jakby większy nieporządek aniżeli zazwyczaj. Jakby domowi temu bardzo brakowało kilku par rąk dzieci, które już go opuściły. Z najwyższego komina powoli wiła się ku niebu szara smużka dymu z kuchennego paleniska. Zimą dym unosił się zazwyczaj ze wszystkich wystających tu i ówdzie kominów, kiedy paleniska ogrzewały przeróżne pokoje domostwa. Latem, jedynie w kuchni nieustannie buchał ogień, jeśli oczywiście nie liczyć zielonych płomieni, które co jakiś czas strzelały z paleniska w salonie.

- Mamo! – Ginny zawołała, kiedy byli już blisko domu. Trwało to długo, ale relacje pomiędzy kobietami zdawały się wrócić do normy, nawet jeśli nadal zdarzały im się jakieś zgrzyty. Jej wołaniu zawtórował ostry szczek ganiającego za kurczakami Łapy. Hektor już leżał na ławce leniwie oblizując sobie łapki, gotując się do spania w prażącym słońcu zbliżającym się w swej wędrówce ku zenitowi.

- Ginny! – Molly natychmiast pojawiła się w otwartym oknie kuchennym, by zaraz z niego zniknąć. – Harry! Co was do mnie sprowadza – dokończyła stając w drzwiach wejściowych. – Ustaliliście termin ślubu? – Wypaliła nagle, widząc ich uśmiechnięte twarze.

- A ty dalej swoje, Molly – Harry pokręcił głową, niedowierzając że kobieta nadal trzyma się tego tematu, choć przewałkowali go tyle razy i jasno jej powiedzieli, że ani myślą spieszyć się z ożenkiem.

- Jesteś w ciąży? – Tym razem w głosie było więcej podejrzliwości niż szczęścia, a oczy zwęziły jej się do wąskich szparek spod których obserwowała ich uważnie.

- Nie! Po prostu wróciłam do domu i cieszę się ze spotkania z matką – Ginny przytuliła się do krągłej kobiety, której rude włosy przetkane były pierwszymi pasemkami siwizny.

- Aha. Czyli jesteście głodni – pokiwała głową ze zrozumieniem.

- Neville niedługo odchodzi z biura. Myślę, że nie znajdę lepszego kandydata od ciebie – Harry pocałował swoją teściową w policzki.

- I kto by was wtedy żywił, niedokarmiona zgrajo rudzielców i ich partnerów – Wciągnęła ich do środka, kierując wprost ku stołowi. – Kiedy wróciłaś, Ginny? – spytała, energicznie machając różdżką, wysyłając przeróżne przedmioty i pokarmy na stół.

- Wczoraj – córka odpowiedziała z pełnymi ustami, gryząc długiego kabanosa. – Koło południa.

- I dopiero dzisiaj do mnie przyjechałaś?!

- Harry zabrał mnie do mugolskiej knajpki i trochę nam się zeszło – Molly spiorunowała chłopaka wzrokiem.

- No co – spytał oburzony spojrzeniem kobiety. – Nie powiedziała mi, że wraca. Byłem umówiony. Nie musiała ze mną iść.

- Ale chciałam.

- Niech zgadnę. Tak zabalowaliście, że zaspaliście na śniadanie? – oboje młodzi wzruszyli ramionami usta mając już zapchane po brzegi przeróżnymi smakołykami.

Co prawda Ginny miała nadzieję spotkać się z Ronem, ale jak powiedziała im Molly, kiedy miał dzień wolny od pracy, Ronald całe dnie spędzał na wałęsaniu się po Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu Hermiony. Harry na nieme pytanie, które zadała mu wraz z matką odpowiedział, że nie wie gdzie teraz przebywa Hermiona, ale jest pewien, że nic jej nie grozi. Od wizyty u Grangerów, Harry uparcie odmawiał podjęcia choćby próby poszukiwań swojej przyjaciółki, wykazując przy tym daleko idący spokój, ocierający się momentami o zwykłą obojętność. Przez pierwsze dni bardzo ją to irytowało, później jednak przekonała samą siebie że Harry tak często ma rację, nawet jeśli w pierwszej chwili wydaje się że jest inaczej, że trzeba mu zaufać i w tej sprawie.

W miarę jak płynęły kolejne niedzielne godziny, radość z powrotu do domu i to z tak dobrymi wiadomościami powoli przesłaniała myśl o jutrzejszej wizycie na stadionie Harpii. Choć nie wiedziała jeszcze, gdzie będzie grała w przyszłym sezonie, a dwa tygodnie temu nie wiedziała nawet czy będzie grała w ogóle, była pewna że tym miejscem nie będzie zespół z Hollyhead. Nie było więc sensu zajmować tam zawodniczej szafki. Wracając z Toronto miała nadzieję, że uda jej się opuścić stadion niezauważonej. Jeśli jednak Marietta mówiła prawdę i Gwenog odwołała wakacje, miała jutro wpaść na zespół w pełnym jego składzie. Wcale jej się to nie uśmiechało. Reakcja dziewczyn miała pewnie być różna, ale Gwenog na pewno z miejsca szlag trafi i z całą swoją wściekłością eksploduje na wszystkich wokoło. Targające nią emocje wzięły górę przy podwieczorku, nie pozwalając na zjedzenie już ani kęsa. Na szczęście Molly już wcześniej nakarmiła ich tak mocno, że jej wytłumaczenie przejedzeniem zabrzmiało przekonywająco.

Zielone płomienie buchnęły z paleniska, kiedy wychodzili z kominka domu przy Grimmauld Place 12. Ich zwierzaki lepiej znosiły podróż siecią Fiuu aniżeli deportację, po której potrafiły się boczyć całymi godzinami.

- Dobry wieczór, państwu – skrzat pojawił się przed nimi w ułamku sekund.

- Dobry wieczór, Stworku – Harry odpowiedział mu z uśmiechem. – Czy były jakieś sowy?

- Sowy nie, paniczu, ale panienka ma gościa – skrzat wyskrzeczał do Ginny.

- Kogo takiego?

- Pan Olsen przybył dwie godziny temu.

- Gdzie teraz czeka?

- Na schodach pod drzwiami.

- Co?! – Oboje Potterowie wykrzyknęli jednocześnie, aż skrzatowi zwiędły uszy.

- Pan Olsen powiedział, że tam poczeka – skrzek Stworka był rozpaczliwy. – Nie chciał wejść, ani przekazać informacji.

- To nic, Stworku – Ginny popędziła po schodach. – Jimmy! – Wykrzyknęła do pleców swojego agenta, który siedział na podeście, pod samymi drzwiami.

- Dzień dobry – podniósł się niczym uwolniona sprężyna, obciągając na sobie ubranie. – Miło mi panią widzieć ponownie.

- Czyś ty do reszty zgłupiał. Siedzieć tyle godzin na zimnym podeście schodów!

- Tylko dwie godziny i piętnaście minut.

- Mogłeś wejść, albo przynajmniej siąść sobie na ławeczce.

- Tam – wskazał na wnętrze domu – nie było pani, a tam – tym razem pokazał na skwer – jak zawsze kręcą się reporterzy.

- Reporterzy?

- Oni to do pana Pottera, więc nas nie interesują. Nas interesuje, że ktoś wypaplał przy piwie o wydarzeniach z Toronto.

- Ja… Nie… Jestem pewna, że nikt z kim byłam nie…

- Miałem na myśli siebie. Była pani na piwie? – Uniósł brwi ze zdziwienia. – Chyba musimy poważnie porozmawiać.

- A żebyś wiedział. Do jadalni! – wyciągniętym palcem wskazała mu wnętrze domu, a zarazem pokój przy samych drzwiach z oknami wychodzącymi na front domu. Po Harrym nie było ani śladu. – A teraz się spowiadaj – powiedziała, wchodząc za nim.

- Więc tak jak powiedziałem – Jimmy zaczął, rozsiadając się na swoim zwyczajowym miejscu. – Nie będzie kanapek? – Rozejrzał się po stole.

- Stworku!

- Tak, panienko? – Skrzat stał wyprostowany, jak struna.

- Zrób kilka kanapek panu Olsenowi. Nie za wiele, bo podpadł.

- Tak, panienko.

- Więc, tak jak powiedziałem, piłem piwo –Jimmy wrócił do tematu. – I trochę mi się rozwiązał język, a traf chciał, że zupełnie przypadkiem piłem je z kolegą…

- Który to zupełnie przypadkiem ma kolegę, który to kolega zna zapewne kogoś, w jakiejś gazecie.

- Jak powiedziałem. Zupełnie przypadkiem – Jimmy wziął pierwszą kanapkę z talerza, który pojawił się znikąd. – Myślę jednak, że z tego przypadku może być trochę dymu.

- Dlaczego znowu – Ginny opadła na krzesło, czując że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa i nie uda jej się groźnie stać nad swoim agentem. – Czy ja nie mogę wieść spokojnego i wygodnego życia. Chodzić z mężem na spacery, jadać kolacje w restauracji, w spokoju przeczytać sobie książkę przed kominkiem i co jakiś czas strzelić trochę goli?

- Może pani – Olsen przytaknął z ustami wypełnionymi kanapką z szynką na cienkim podpiekanym serze, udekorowaną listkiem sałaty. – O ile spacery będą się odbywały w niemagicznym świecie. Kolacje będą jedzone w mugolskich restauracjach, a kominek będzie w tym domu. Formalnie nadal jest pani zameldowana u swoich rodziców i myślę, że wszyscy dziennikarze udadzą się właśnie tam. Aha, co do goli. To oby strzelała ich pani jak najwięcej i to możliwie efektownych.

- A ja myślę, że tylko się spiłeś Jimmy, a nikogo i tak to nie obejdzie, co bełkotałeś nad którymś tam kieliszkiem.

- A ja myślę, że bardzo ich to obejdzie. Sezon skończył się całkiem niedawno. Potem mecz w Rosji, który mimo porażki nie przeszedł bez echa. Szczególnie kilka efektownych fauli między innymi w pani wykonaniu i ostre imprezowanie w klubach nocnych w wykonaniu koleżanek.

Ginny pamiętała artykuł, który ukazał się wkrótce po ich powrocie z Rosji. Była niemal pewna, że dziennikarze odczekają aż zacznie się w Quiddichu sezon ogórkowy by na nowo podgrzać atmosferę. Artykuł o wiele mówiącym tytule „From Russia With Love” wylądował na drugiej stronie „Proroka Codziennego” z przedrukiem w Przeglądzie Quidditcha. Jakby tego było mało. Okładkę „Przeglądu” zdobił sprytny fotomontaż, na którym wszystkie zawodniczki Harpii stały na tle powiewającej flagi Rosji.

W artykule niewiele miejsca poświęcono samemu meczowi, choć barwnie opisano faule. Autor, tym razem nie była to Rita, skupił się głównie na szaleństwach dziewczyn w nocnych klubach, co bogato okraszono fotografiami. Niestety, na jednej z nich uchwycono rozgrywającą Gryffits w bardzo jednoznacznej sytuacji. Od tamtej pory wszyscy czytelnicy Czarownicy i Proroka mogli niemal na bieżąco śledzić rozwód ścigającej Harpii i jej męża.

Ginny wzdrygnęła się na to wspomnienie.

- Zniknęliśmy z radarów na dwa tygodnie, tak łatwo pani nie opuszczą.

- Mhm – mruknęła posępnie, wiedząc że chłopak ma rację.

- A tak obok tematu. Słyszała pani, że Harpie mają treningi mimo wakacji?

- Tak i wcale mnie to nie cieszy. Zamierzałam jutro opróżnić szafkę po cichu, a wpadnę na dziewczyny.

- Myślałem, że się umawialiśmy, że jeszcze potrzymamy Kanadyjczyków w niepewności? – młody Olsen był zdziwiony planami swojej klientki.

- Wymyśl jakiś inny sposób na potrzymanie ich w niepewności. Dalsze trzymanie tam rzeczy byłoby nieuczciwe wobec dziewczyn i Gwenog.

- Czyli temat Harpii jest definitywnie zamknięty?

- Tak.

- Nie tak dawno rozmawialiśmy, że Harpie to dla pani w tej chwili najlepszy wybór.

- Jeśli nagle niebo nie zawali nam się na głowę, to Rysie są najlepszym wyborem i nie chodzi tu o kwestie finansowe.

- Wiem o tym. Wątpię jednak, by prezes Angel zrezygnował ze swojego stołka.

- To już nie mój problem.

Ich rozmowę przerwało powtarzające się nawoływanie „Ginny, Ginny” dochodzące z kuchi, by po chwili przenieść się gdzieś na piętro.

- Ginny! – Ginny aż podskoczyła, kiedy usłyszała za sobą głos matki.

- Dzień dobry pani Weasley – Jimmy Olsen skinął uprzejmie.

- Czy możecie mi powiedzieć, co stado reporterów robi przed moją furtką?! – Głowa Molly Weasley piekliła się z kominka.

- Moje na wierzchu – Jimmy był dumny jak paw. – Przepraszam, zdaje się, że to do mojej klientki. Zaraz się nimi zajmę – ponownie zwrócił się do Molly. – Czy mogę skorzystać z kominka w pani domu?

- Byle szybko, bo straszą mi kurczaki – buchnęło i kobiety już nie było.

- To ja też już lecę. Na którą jutro wybierała się pani na stadion?

- Dziewiąta? – Ginny spytała zamiast odpowiedzieć.

- To na dziesiątą umówię dziennikarzy – skorzystał z sieci Fiuu nie pytając jej o zdanie. Poniedziałek zapowiadał się fatalnie.

Harremu nie udało się poprawić jej humoru już do końca wieczoru i długo leżała w ich łóżku nie chcąc się przytulić ani nie mogąc spać. Kiedy wreszcie rano wstała, była skrajnie skonana i czuła się, jakby ktoś zamienił ją w zombi, albo nawet inferiusa. Dała Harremu całusa na pożegnanie, ale na więcej nie starczyło jej sił, więc nawet nie próbowała zejść z nim na śniadanie. Kiedy wreszcie po ósmej dowlokła się do łazienki w lustrze zobaczyła siebie, jakiej nie widziała od dawna. Była niemal nie do poznania. Cera nie była nawet blada. Stała się szara jak papier uwidaczniając każdą, nawet najmniejszą niedoskonałość, których na szczęście zbyt wiele nie miała. Dla kontrastu czoło lśniło jej, jakby skryła je pod taflą szkła. Pod przekrwionymi oczami wyraźnie widać było dwa potężne cienie, jakby wymalowane węglami. Na głowie, co wcale to a wcale jej nie zdziwiło, miała siano.

Całe szczęście, że Hermiona znikając nie zabrała produktów upiększających z linii Cud Miód Czarownica, wymyślonych przez braci rudzielców. Sama prawie nigdy z nich nie korzystała, tym razem jednak nie miała wyboru. Zwłaszcza, jeśli na stadionie faktycznie mieli pojawić się reporterzy.

Dziwnie się czuła delikatnie rozmasowując na cerze eliksiry wymyślone przez braci. Nie żeby nie miała zaufania do rudzielców. No ok, nie miała, a powoli wchłaniający się w skórę twarzy eliksir, choć o wiele delikatniejszy od mugolskich korektorów i tak stwarzał uczucie noszenia przyklejonej to twarzy maski. Delikatnie podkreśliła oczy kredką, która magicznie przybrała odcień ciemnej zieleni, sama dopasowując się do koloru cery, włosów i źrenic. Najwyraźniej magiczne „ja” przyboru kosmetycznego uznało, że w tym kolorze będzie jej tego dnia najlepiej. No cóż, przynajmniej nie potrzebowała wielkiej palety barw i całego kubełka kredek przed lustrem. Kiedy wreszcie odłożyła ostatni z przyborów i przyjrzała się swojemu odbiciu, poczuła ogromny żal, że Harry nie może jej teraz zobaczyć. W swojej wrodzonej, kobiecej skromności musiała przyznać, że wygląda olśniewająco. Dodało jej to odrobinę otuchy przed tym, co miało się już wkrótce wydarzyć.

Z natapirowanymi i zaczesanymi do tyłu włosami (efekt kolejnego wynalazku braci), niepozornym, a zarazem wystrzałowym makijażem. Ubrana w żarówiastoniebieskie buty sportowe, sztruksowe dzwony i czarną, skórzaną kurtkę ramoneskę spod której widać było biały T-Shirt z napisem „I serce D.C”, pamiątkę z wypadu do Ameryki, szła tunelem pod trybunami stadionu Harpii. Miała nadzieję, że nie przesadziła ze stylizacją i wygląda naturalnie, choć z drugiej strony wcale jej to nie obchodziło, bo czuła się w swoim wyglądzie dobrze. Pobielane ściany jak zawsze sprawiały wrażenie, jakby miały się za chwilę zawalić na idących zawodników. Pokonując to przejście dziesiątki, a nawet setki razy przestawało się zwracać na ten fakt uwagę, ale na przeciwnikach, szczególnie debiutantach, robiło to odpowiednie wrażenie.

Podniesiony głos Gwenog usłyszała jeszcze w tunelu i choć słowa były tłumione i zniekształcane przez ciężkie drzwi, z tonu mogła się domyślić, że jeszcze nie jest to bura, a jedynie stosowna motywacja.

-… i dlatego właśnie macie się tego trzymać! Weasley?! – Zakończyła takim samym tonem, jakim chwilę wcześniej wykrzykiwała na koleżanki. – Weasley – poprawiła się. – Cieszę się, że wreszcie jesteś i jak widzę dotarła do ciebie wiadomość o treningach.

- Przecież mówiłam, że będzie – Cho Chang odezwała się z kąta, gdzie na wpół leżała oparta o szafkę z nogami założonymi na ławkę.

- Skoro nasza najlepsza ścigająca wróciła – była to jawna kpina z reszty ścigających, która miejsca mieć nie powinna. – Możemy wreszcie na poważnie zabrać się za trenowanie – trener wyglądała na autentycznie szczęśliwą, a Ginny nie wiedziała, jak ma przekazać wiadomość dziewczynom.

- Przypominam pani, pani trener, że Weasley nie przedłużyła kontraktu i nie widziałam w mediach najmniejszej nawet wzmianki, by się to zmieniło.

- Większość z nas nie przedłużyła jeszcze kontraktu. Włącznie ze mną – Trener Jones zdawała się nie rozumieć wyraźnych sygnałów od Cho, a Ginny nerwowo przestępowała z nogi na nogę.

- Ale większość z nas nie wróciła właśnie z Ameryki wyglądając wystrzałowo w koszulce aż krzyczącej, że się tamto miejsce kocha. Prawda Weasley? – Ginny wzięła głęboki oddech.

- Prawda – wyrzuciła wreszcie z siebie, wdzięczna Marietcie, że wygadała się Cho i Cho, że wyręczyła ją w wyjaśnieniach. – Przyszłam spakować swoje rzeczy – dodała już mniej pewnym tonem.

- Chętnie ci pomogę – Cho, podniosła się do pozycji siedzącej. – To zawsze było moje marzenie, pomóc ci się spakować, ze świadomością, że się wynosisz.

- Pakujesz się? – Gryffits zapytała zszokowana.

- Tak.

- I nie będziesz już grała dla Harpii?

- Raczej nie. Znowu jesteś rozgrywającą.

- Będziesz grała w Ameryce? W tym D.C z koszulki?

- Może, jest takie prawdopodobieństwo, ale nic nie jest pewne i nie. To nie będzie D.C. W D.C grać mogłaby Gwenog, to nie moja liga – Podeszła do swojej szafki, gdzie Cho już stała z wyczarowanym pudełkiem. Nie miała wiele do pakowania i gdyby nie kilka osobistych pamiątek, zapewne wcale by się tutaj nie fatygowała.

- Powodzenia Weasley – Cho szepnęła, wyciągając rękę, kiedy Ginny wkładała do pudełka ostatnią z fotografii. – Gratulacje.

- Dzięki – Ginny uścisnęła dłoń azjatki. – Cześć, dziewczyny – odezwała się do pozostałych zawodniczek i trener, które w milczeniu przyglądały się całej scenie.

- Wiesz, co zawdzięczasz Harpiom? – Gwenog Jones odezwała się do jej pleców, kiedy naciskała klamkę.

- Wiem i wiem co zawdzięczam tobie – Ginny odwróciła się, by spojrzeć kobiecie prosto w oczy. – Problem leży w tym, że klub nie wie, co zawdzięcza mi – wyszła bez dalszego pożegnania.

- Klub nie wie co zawdzięcza mi – Jimmy stał w tunelu, oparty o ścianę. – Po raz kolejny udowadnia pani, że wraz z panem Potterem świetnie się dobraliście – skierował ją ku wejściu na stadion. – Trener Jones zaraz poleci do zarządu. Może nawet do samego prezesa. Dziewczyny będą szeptać, rozważać i kombinować. Część uzna, że jest pani zachłanna i chciała zrobić skok na kasę, część uzna, że kryje się za tym coś więcej. Wprowadziła pani ładny ferment. Teraz trzeba delikatnie i bez kontrowersji przemanewrować panią przez rozmowę z dziennikarzami.

Powiedzieć było łatwiej niż zrobić.

Wianuszek reporterów, jaki zebrał się przed bramami stadionu w Holyhead był większy, aniżeli Ginny się spodziewała. W większości byli to ludzie z którymi doskonale się znała, często nawet lubiła i chętnie rozmawiała zarówno po meczach, jak i przy innych okazjach. Pomiędzy nimi pojawiło się jednak trochę twarzy dziennikarzy, którzy z Quidditchem nie mieli nic wspólnego, a jedynie liczyli, że po ekscesach w Rosji i telenoweli z rozwodem Gryffits trafią na kolejną tanią sensację.

Dawno minął już czas, kiedy Ginny była dziewczynką w szatach z drugiej ręki, która szła do szkoły z zardzewiałym kociołkiem, minął też już czas, kiedy zaczynając karierę kuliła się przed kilkoma dziennikarzami z językiem związanym w supeł. Była pewną siebie kobietą, która znała swoją wartość i wiedziała, że jej wygląd przestał budzić uśmiech, a zaczął kreować styl. Ponad wszystko zaś akurat tego dnia była pewna swej przyszłości i wściekła na tych, których pozostawiała za sobą. Niewyspana kobieta gorszą jest od diabła.

Jimmy nie chciał kontrowersyjnej konferencji. No cóż, niestety dla niego, to nie do niego kierowane będą pytania.

- Pięknie pani wygląda, panno Weasley – młody wysłannik niskonakładowej „Wiedźmy Co Miesiąc” zaczął, gdy tylko umilkły trzaski fleszy.

- Dzięki! – Rzuciła krótko, uśmiechają cię promiennie.

- Czy to dla nas się pani tak wystylizowała? – Zagadnęła czarownica z „Czarownicy”.

- To? Chwila przed lustrem z Cud Miód Czarownicą wymyśloną przez mojego brata i pierwsze ubrania, jakie chwyciłam z szafy – Ginny obciągnęła na sobie kurtkę. – Szczerze mówiąc, to śpioch ze mnie i miałam kwadrans na wyjście z domu – kilku reporterów zaśmiało się cicho.

- Panno Weasley, czy to prawda, że z Harpii zamienia się pani w Rysia? – Bob Sparks uznał, że najwyższa pora powrócić do Quidditcha.

- Jeśli już, to Rysicę, Bob – Ginny uśmiechnęła się odrobinę pobłażliwie. – Nic nie jest jeszcze postanowione. Ciągle rozważam różne opcje odnośnie mojej przyszłości, zarówno tej dalszej, jak i bliższej – Jimmy Olsen z rosnącym podziwem wsłuchiwał się w wypowiedzi swojej klientki. Naprawdę świetnie sobie tego dnia radziła.

- Czyli to już pewne, że nie pozostanie pani w Holyhead?

- W sporcie nigdy nie można być niczego pewnym – tym razem to Jimmy odpowiedział za nią. – Nie szukając daleko. W ubiegłym sezonie wszyscy byli pewni, że Harpie zajmą ostatnie miejsce w lidze. Wystarczyło jednak znakomite punktowanie panny Weasley i kilka widowiskowych chwytów Cho Chang, aby reszta dziewczyn poderwała się do lotu i wywalczyła wyższe miejsce w tabeli.

- Nie słyszymy jednak, aby panna Weasley wyrażała dalsze zainteresowanie grą dla Harpii. W ostatnich tygodniach w pani postawie odnośnie zespołu widoczna jest poważna zmiana. Jaka? – Aegon oderwał się od skrzętnego notowania dla swej kolumny sportowej.

-Moim priorytetem zawsze była gra dla Harpii, które kocham z całego serca. To się nie zmieniło i nigdy nie zmieni, mogę złożyć wieczystą przysięgę. Jeśli jednak władze klubu nie wiedzą jak należy traktować kogoś, kto walczy dla klubu poświęcając swój czas, swoje życie rodzinne, narażając zdrowie, to proszę się nie dziwić, że nie podejmuję tematu – „No i poszło w…” Jimmy pomyślał, ledwie się powstrzymując od pokręcenia głową z rezygnacją. – Ciężko pracowałam na każdy punkt, jaki wywalczyłam dla Harpii w tym roku i jedynym czego oczekiwałam, to odrobina szacunku – wśród dziennikarzy poniósł się lekki szmer.

- Nie raz spotykaliście się państwo z panną Weasley i zdradzić mogę, że pierwszym zmartwieniem, jakie wyraziła kiedy podejmowaliśmy współpracę była obawa, że zabronię jej tych spotkań i rozmów z państwem. W szczególności wymieniła tu trzech panów, których nazwisk nie przytoczę z kurtuazji – Jimmy starał się ratować sytuację, nim posypią się setki pytań o atmosferę w klubie. – Spotkania te zawsze opierały się na zasadzie wzajemnego szacunku i uprzejmości, czyli zdrowych zasadach relacji między ludzkich, w których występują zwroty takie jak dziękuję, proszę, dzień dobry. Niczego więcej panna Weasley nie oczekiwała – na twarzach zebranych szukał akceptacji i uwierzenia w jego wytłumaczenie. – Rozumiemy, że sytuacja Harpii jest trudna pomimo serca do walki jakie dziewczyny pokazały przez cały sezon, a zwłaszcza w jego końcówce. Jeśli jednak Harpie zaproszą nas do rozmów, to my takie rozmowy podejmiemy. Panna Weasley nie pragnie niczego innego, jak dalsza gra dla Harpii.

- Ze względów osobistych pragnę zostać w Wielkiej Brytanii, dlatego nie otrzymawszy innych propozycji pracy z brytyjskich klubów, rozważam również opcje inne aniżeli czynna gra w Quidditcha.

- Jakie to opcje?

- Mając wolny czas bardzo chętnie nauczyłabym się piec ciasta – dziennikarze zamarli w osłupieniu. – Jak dotąd mam na koncie odrobinę świątecznych ciasteczek, podobno smacznych i jeden tort. Tak wiele przepisów jeszcze przede mną. W gotowaniu też muszę się podszkolić, bo idzie mi to raczej marnie. Szczęściem, mama może mi pomóc w obu tych sprawach.

- Ha, ha, ha – Bob Sparks zaśmiał się, jak ktoś, kto z opóźnieniem złapie dowcip. – Pani sobie z nas żartuje – oskarżycielsko wskazał na nią palcem.

- Ale czemu tak sądzisz?

- No tak. Pani jest zawodniczką, nie kucharką.

- Pozwólcie, że zapytam – Ginny uniosła głowę, tak, jakby chciała objąć wzrokiem reporterów łącznie z nieistniejącym tłumem za nimi. – Kto z was wpadłby do mnie na kawę i ciastko, jeśli prowadziłabym cukiernię Cukiernia u Ginny, albo bardziej światowo Cafe Ginny? – W górę poszybowały wszystkie ręce. – A kto wpadłby do mojej restauracji?

- „U Weasley”? – zapytał reporter Czarownicy.

- Raczej nie – pokręciła głową. – Nazwisko kiedyś mi się zmieni – posypały się kolejne flashe z aparatów, a reporterzy tym razem naprawdę zaczęli się przekrzykiwać. Szczególnie ci, którzy dotąd milczeli niezainteresowani Quidditchem.

- Dziękujemy państwu za to krótkie spotkanie – Jimmy uniósł dłonie, by uciszyć rozkrzyczaną gawiedź. – Było nam naprawdę miło. Jeśli tylko w karierze panny Weasley zajdą jakieś zmiany, niezwłocznie o nich poinformujemy. Myślę, że teraz może pani oczekiwać oferty gry dla Harpii – to ostatnie zdanie wyszeptał do ucha swojej klientki, zasłaniając usta dłonią.

- Nie interesują mnie żadne oferty ze strony prezesa Angela – Odpowiedziała mu cicho, nie siląc się jednak na taką konspirację. – Podpiszę kontrakt z Rysiami.

- Porozmawiamy o tym w domu – warknął, obracając ich w miejscu. – Co pani w takiej gorącej wodzie kąpana? – Zapytał podenerwowany, kiedy tylko wylądowali na progu Grimmauld Place. – Prosiłem, żeby nie robiła pani zadnych kontrowersji, a w tej chwili wszyscy dziennikarze, jakich tam zostawiliśmy, zabijają się zapewne na schodach, by dostać się do biur zarządu.

- To nie jest nasz problem.

- Jest! – Wykrzyknął, wchodząc do wnętrza domu. – Umawialiśmy się, że płynnie przeprowadzimy sprawę umowy z Rysiami, że nie będziemy już robić plotek, że może tu, a może tam, że pokaże się pani jako dojrzały partner do rozmów i co?

- Nic – wzruszyła ramionami. – Będę dojrzałym partnerem do rozmów z Kanadyjczykami.

- Harpie będą musiały unieść się honorem i zaproponować pani kontrakt.

- A ja odmówię. Mam podpisaną wstępną umowę.

- To nie to samo co kontrakt.

- Jimmy, czasami podchodzisz do tego zbyt poważnie.

- Bo to moja praca.

- Uspokój się, złość urodzie szkodzi. Zostaniesz na obiad?

- Nie, dziękuję. Wracam do siebie. Muszę się porządnie napić.

- Cześć, Wiedźmo! – Powitanie Harrego nadleciało gdzieś z dołu.

- W bibliotece! – Odkrzyknęła, przewracając kolejną stronę książki. Hektor łypnął na nią złym okiem, leżąc na podłokietniku jej fotela. – No co? Odezwać się nie wolno? – Podrapała go po karku.

- Miałem nadzieję, że nie zmieniłaś wyglądu, po powrocie do domu. Na żywo wyglądasz jeszcze lepiej, niż w prasie – uśmiechając się, podał jej „Proroka Wieczornego”. Nie musiała szukać. To musiał być niezwykle nudny poniedziałek, gdyż całą pierwszą stronę zajmowało kolorowe zdjęcie przedstawiającą całą jej sylwetkę z podpisem: „Mogę Złożyć Wieczystą Przysięgę”. – Tylko nie próbuj powiedzieć „Ups”.

- Nie zamierzałam – uśmiechnęła się, lecąc wzrokiem po artykule, który zajmował trzy szpalty na drugiej stronie gazety. Na pierwszej stronie nie miał szans zmieścić się obok zdjęcia. – Ach ten sezon ogórkowy.

- Nie powiesz mi chyba, że umalowałaś się tylko po to, żeby zabrać swoje rzeczy ze stadionu. Ty chciałaś zrobić takie wrażenie – przykucnął koło niej, kładąc brodę na jej kolanach. Kąciki usta jej zadrżały, gdyż nie dalej jak godzinę wcześniej to samo zrobił Łapa, mając dokładnie tak samo maślane oczy, jak Harry.

- Za kogo ty mnie masz?

- Za gwiazdę Quiditcha.

- Chwilowo bezrobotną zawodniczkę Quiditcha, jeśli już – poprawiła go, odkładając książkę. – W nocy się nie wyspałam

- Nie moja wina, ja nic nie robiłem – Uniósł dłonie, wypierając się winy.

- Rano wyglądałam jak Inferius, więc skorzystałam z kosmetyków Hermiony – to był jeden z tych niezręcznych momentów, po których nastawała cisza. Żadno z nich celowo nie podejmowało tematu ich przyjaciółki. – Dowiedziałeś się czegoś nowego o Hermionie? – Harry nie wiedział jak wybrnąć z pytania. Szczęściem dla niego, drugie było łatwiejsze. – Wiesz gdzie ona jest?

- Możliwe. Znaczy, nie, nie wiem gdzie jest, ale wiem gdzie była.

- Gdzie?

- W różnych miejscach – widział, jak groźnie marszczy brwi, gotowa do wybuchu. – Czasami pojawia się tu, czasami pojawia się tam. Generalnie podróżuje.

- Powiedziałeś o tym Ronowi?

- Ron nie chce ze mną rozmawiać. Upiera się, że Hermiona została porwana i nie chce słuchać, gdy mówi mu się, że jest inaczej.

- Myślę, że zainteresowałoby go jednak, gdzie znajduje się Hermiona.

- Nie wiem gdzie się znajduje, ale wiem gdzie się znajdowała, Wiedźmo.

- Gdzie?

- W Nicei i w Alpach szwajcarskich.

- To czemu po nią nie poleciałeś?!

- Bo dowiedziałem się, jak już jej tam nie było.

- Powiem mu o tym.

- Pewnie tak, choć wolałbym nie. Wiesz jak lata po Wielkiej Brytanii szukając jej gdzie popadnie. Wolę, by nie robił tego samego po całej Europie. Uzna, że ktoś ją porwał i zaczarował i do czegoś wykorzystuje.

- Przecież musisz dopuszczać taką myśl, jako auror.

- Hermiona zostawiła mi list, a właściwie wiadomość.

- I TERAZ DOPIERO MI O TYM MÓWISZ! – Ginny poderwała się z zajmowanego miejsca tak gwałtownie, że Harry wylądował na tyłku na podłodze.

- Co napisała?! – Stała nad nim z pięściami wspartymi na biodrach.

- Nawet jeśli będziesz mnie torturować i tak ci tego nie powiem – zagrał najwyższą kartą, jaką miał w rękawie.

Ginny nie odzywała się do niego ponad tydzień, zajmując czytaniem książek i codziennym lataniem na miotle wokół Nory. Swoje nastawienie zmienić musiała dopiero po kolejnym weekendzie, który dla odmiany spędziła u Billa i Fleur pomagając w opiece nad małą Victory. Dziewczynka była równie piękna, jak jej matka, lecz już teraz nie dało się nie zauważyć, że wyrośnie na prawdziwą Weasley.

Wbrew oczekiwaniom Jimmyego nie otrzymała nowej oferty od Harpii i mogła spokojnie korzystać z ciepłego lata, wylegując się na trawniku za Norą, bez obaw o napaść ze strony reporterów. Życie spowolniło w błogim lenistwie, jakby zupełnie nie zwracało uwagi na upływający czas. Ale wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć.

 

Kilka słów o blogu.

16 wrz

Niedługo minie dwa lata od kiedy spotykamy się na tym blogu i mija także dziesięć lat od chwili, kiedy Harry po raz pierwszy przekroczył barierkę wchodząc na peron 9i3/4. Stąd też tytuł „Dekada magii”.

Poprzedni rok był dla mnie szalonym maratonem, w którym nie zawsze udało mi się wyrobić z terminami, czasami notki były nie takie jakbym pragnął, mam jednak nadzieję, że dobrze się bawiliście. Przyznam szczerze, że potrzebowałem długiego odpoczynku i przez całe dwa miesiące nawet nie dotknąłem opowiadania, książek, czy filmów o Harrym.

Pisząc opowiadanie zawsze stawiałem przed sobą dwa cele. Pisanie opowiadania miało sprawiać przyjemność mi i czytanie miało sprawiać przyjemność wam. Chcę pozostać wierny tym dwóm celom i dlatego w tym roku z Harrym spotkamy się tylko 15 razy, zamiast 28 z roku ubiegłego. Oznacza to notki co trzy tygodnie.

Mam nadzieję, że mi to wybaczenie.

Jednocześnie w tym roku mój czas będę dzielił pomiędzy Harrego i bohaterów mojego autorskiego opowiadania „Tajemnica Redwood”, o którego nowych rozdziałach będę was informował. Mam nadzieję, że dacie mu szansę mimo, że nie jest to świat Harrego. Proszę też byście nie winili nowego opowiadania za mniej spotkań z Harrym, bo pomaga mi ono naładować akumulatory przed pisaniem „Dekady Magii”.

Kocham was wszystkich i każdego z osobna z całego serca i dziękuję, że jesteście że mną. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, nawet jeśli nie często rozmawiamy. Harry nie powróci w ten weekend, choć do kolejnego rozdziału coraz bliżej, a „Redwood” też kryje w sobie wiele magii, choć ukrywa się ona bardzo głęboko i ciężko ją dostrzec.

 
 

Coś się kończy, coś się zaczyna: Cz. III

09 wrz

Chwila obecna

-Sectumsempra!

- Expellriarmus!

- Czas rozbrajania się skończył. Oni chcą nas zabić – zrugał ją pomiędzy zaklęciami. – Drętwota!

- Expulso!

- Crucio!

- Bombarda!

- Przenosimy się za tamtą barykadę! Impedimenta!

- Bez osłony nie mamy szans. Expulso!

- Uwaga na oczy! Iluminatio! – Cała aleja wypełniła się blaskiem eksplozji setek słońc. – Ruchy!

- Incendio! To było dobre, mała!

- Dzięki. Piertotum Locomotor!

Kilka tygodni wcześniej.

- Neville – Urquhart zwrócił się wprost do śmierdzącego kanałami aurora, nawet nie zwracając uwagi na Harrego i Ramirez, którzy nosili wyraźnie oznaki pojedynku. – Od jutra obejmujesz dowodzenie nad Grupą Szybkiego Reagowania.

Po raz pierwszy w historii żadne z podwładnych nie miało nic do powiedzenia. Właściwie to w tej właśnie chwili zupełnie odebrało im mowę.

- Wybierzesz sobie zastępcę i uzupełnisz zespół o nowego członka.

- Czy mogę zapytać, dlaczego? – Neville pierwszy otrząsną się z szoku.

- Bo ja rezygnuję z tego stanowiska

- To teraz ja mam lepsze pytanie – Ramirez już była naperzona niczym kwoka. – Że niby co do ciężkiej cholery?!

- Masz pełną swobodę wyboru współpracowników – Urquhart kontynuował, jedynie spojrzawszy na Latynoskę. – Oczywiście najlepiej gdyby byli to aurorzy, ale jeśli uznasz, że ktoś spoza biura nadaje się do tej pracy to przedłożysz jego kandydaturę i władze to rozważą.

- Ale czemu?! – Ramirez nie ustępowała – Harry! Może byś coś powiedział z łaski swojej?

- Podjąłeś już decyzję? – Harry spytał spokojnie.

- Jeszcze nie – jego szef przyznał spokojnie. Na jego twarzy rysowały się w tej chwili długie lata trosk.

- Ja podjąłem – Neville odpowiedział niespodziewanie. – Przykro mi szefie, ale muszę odmówić.

- Neville, byłeś moim zastępcą i zastępcą dowódcy Grupy Uderzeniowej patrolu. Jesteś oczywistym kandydatem na to stanowisko.

- Dzięki szefie. Moja odpowiedź nadal brzmi nie.

- Mogę wiedzieć czemu? – Urquhart w strapieniu ściągnął brwi.

- Mam żonę. Niedawno urodziły mi się dwie córki. Muszę być za nie odpowiedzialny.

- Tym bardziej. Podwyżka będzie jak znalazł.

- Dostałem inną propozycję pracy. Mniej płatną ale spokojną, a na pewno spokojniejszą. Zastanawiałem się, ale po tej akcji z wilkołakami podjąłem decyzję. Odchodzę z biura – dokończył z przekonaniem, uprzednio zaczerpnąwszy potężny wdech powietrza. W każdej innej sytuacji jego deklaracja zrobiłaby zapewne potężne wrażenie na obecnych, nie tym jednak razem.

- Na mnie nawet nie patrz! – Ramirez zareagowała, nim Urquhart zdążył się odezwać. – Oboje doskonale wiemy, że to nie ja powinnam tutaj dowodzić, tylko Harry – sam Harry, od chwili pytania do Urquharta ponownie stał w milczeniu.

- Nie mianuję cię na to stanowisko, mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego – Urquhart zwrócił się wprost do niego.

- Rozumiem i zgadzam się z tobą – kiwną głową w zamyśleniu. Cała ta sytuacja bardzo mu się nie podobała.

- Ja nie rozumiem! – Ramirez była gotowa bronić kandydatury Harrego, choć on sam nie był zainteresowany. – Harry zwiedził pół świata, ma znajomości chyba w stu krajach – Latynoska wymieniała na palcach. – Zna może i więcej czarów niż ja, jest świetnym analitykiem i ma śniesamowity instynkt do walki. Jest najlepszym kandydatem z nas wszystkich.

- Odpuść Ramirez – Harry przystopował koleżankę.

- Nie odpuszczę!

- Odpuść, nie przyjąłbym i tak stanowiska. Brak mi pewnych cech.

- Co, doświadczenia może ci brak? – Spytała go wściekła. – Siedem lat walczyłeś z Sami-Wiemy-Kim! Całe siedem lat, a teraz wykryłeś i załatwiłeś więcej przestępców niż połowa biura razem wzięta! Jesteś naszym oddziałem w pigułce. Umiesz czarować, umiesz walczyć, umiesz dowodzić, umiesz planować. Jeśli ty nie przejmiesz dowodzenia, to Zespół Szybkiego Reagowania powinien zostać rozwiązany!

- Dyscypliny – Harry spokojnie odpowiedział na jej tyradę.

- Słucham? – Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, który uciekł spod opaski, podczas jej żywiołowego wystąpienia.

- Brak mi dyscypliny. Jestem zbyt nieprzewidywalny, by móc dowodzić – wytłumaczył jej jaśniej.

- Dobrze. Zgłoszę Roy’owi, że nie mam nowego dowódcy – Urquhart powstrzymał dalszą wymiane zdań. – Zespół zostanie rozwiązany. Nowy szef Biura Aurorów powoła nowego dowódcę zespołu, o ile oczywiście Roy uzna utrzymanie tego typu formacji za stosowne – Urquhart machnął różdżką, skłaniając swoje rzeczy to pakowania i opuścił biuro pozostawiając je przy tym zadaniu i kierując się ponownie do Roy’a. Ramirez popatrzyła za nim, przygryzając wargę i w niezdecydowaniu przestępując z nogi na nogę. Neville delikatnie pokręcił głową, odradzając jej planowany ruch.

- Więc! – Harry zatarł ręce. – Co to za propozycja pracy. Ochrona w Banku Gringotta? Prywatny stróż pięknej córki bogatego snoba?

- Nauczyciel zielarstwa – Neville odpowiedział lekko zmieszany.

- U kogo? – Ramirez spytała wracając do rzeczywistości.

- Co u kogo?

- U kogo będziesz uczył tego zielarstwa. Kto wynajął cię na prywatnego nauczyciela.

- Nikt. Profesor Sprout wybiera się na emeryturę.

- Masz uczyć w Hogwarcie?! – Harry aż wykrzyknął. – Brawo! Pierwszy obrońca Hogwartu wraca za szkolne mury – mocno uścisnął dłoń przyjaciela, klepiąc go po ramieniu. Oczy go piekły, od napływających do nich łez radości.

- Należało ci się – Ramirez wyściskała Nevilla serdecznie. – Nie rozklejaj się szefie – dała Harremu kuksańca pod żebra.

- Nie jestem szefem.

- Jasne – Odpowiedziała mu tonem typowym, dla przytakiwania osobie opowiadającej głupoty.

Chwila obecna

- Lumos Optima!

- Drętwotwota!

- Zachodzą nas z prawej! Reducio!

- Musimy się przegrupować!

- Piertotum Locomotor! Uważaj z Prawej! – Nie uznał za stosowne odpowiedzieć.

- Impedimenta! Nie utrzymamy tej pozycji!

- Diffindo! Zostań gdzie jesteś. komin po lewej! Expulso!

- Mają Trolla!

Kilka tygodni wcześniej.

- Jak to zniknęła?! – Ginny pisnęła, przyskakując do brata.

- Zniknęła, nie ma jej. – Biuro puste. W domu nie ma po niej śladu. Nikt nie wie gdzie jest! – Na twarzy Rona malowała się rozpacz. Ramiona drżały mu, jakby spoczywał na nich niebotyczny ciężar. Niemal nie do udźwignięcia dla jednego człowieka.

- Została porwana?! Zostawili jakiś list?! Żądania?! – Po doświadczeniach ostatnich miesięcy i lat, Ginny od razu nasunęła się najgorsza z konkluzji.

- Może. Nie wiem. Nic nie wiem. Musicie pomóc mi ją znaleźć!

- O.. oczywiście. Znajdziemy ją – zapewniła go siostra. – Prawda, Harry?

- Co masz w dłoni, Ron? – Harry odpowiedział z zimnym spokojem. Uważnie przyglądając się Ronowi. Jego twarz ściągnięta była w wyrazie skupienia.

- Ona zniknęła – przyjaciel patrzył na niego zrozpaczony.

- Co masz w dłoni?

- Musisz mi pomóc!

- Co masz w dłoni, Ronald! – Lampy przygasły, a korytarz spowił bijący jakby od Harrego mrok. Nie krzyknął. Nie podniósł nawet nazbyt głosu, ale determinacja jaka w nim tkwiła, sprawiła, że oboje stojący przed nim Weasleye nie potrafiliby w tej chwili mu się sprzeciwić. Dłoń Rona otworzyła się mimowolnie. Spoczywał w niej pierścionek. – Byłeś u Grangerów? – Świat wokoło wrócił do normy, a Twarz Harrego stała się nagle rozluźniona, może nawet odrobinę się uśmiechał, choć w jego oczach nadal kryło się strapienie.

- Byłem, ale oni są mugolami, nie wiedzą o magii, nie potrafią jej poznać, nie…

- Co powiedzieli?

- Że wyjechała.

- Widzieli się z nią? – Przyjaciel milczał, co właściwie wystarczało za odpowiedź. – Ron? – Ponowił z naciskiem.

- Tak – rudzielec bąknął. – Powiedziała im, że wyjeżdża na pewien czas żeby odpocząć, ale przecież ona nie wyjechałaby be pożegnania, a jej biuro w ministerstwie… oni nic nie chcą mi powiedzieć.

- I nic ci nie powiedzą. Nie masz ku temu żadnych upoważnień. Teraz was przepraszam. Muszę zająć się sprawami domu – Ruszył ponownie po schodach, ku swojemu gabinetowi.

- Harry?! – Ginny wykrzyknęła z oburzeniem.

- Stary, potrzebuję twojej pomocy. Jesteś aurorem! – Ron wszedł o dwa stopnie za nim.

- Ty też jesteś aurorem – Harry uśmiechnął się do niego z pobłażaniem.

Jedynie ciche skrzypienie pióra samopiszącego mąciło ciszę panującą w jego gabinecie, w domu przy Grimmauld Place 12. Harry zajmował się przeglądaniem długich tabel ksiąg rachunkowych, pomoc przy których nie tak dawno oferowała mu Hermiona. Nie był pewien czy najpierw wyłysieje, czy też osiwieje od tego natłoku liczb, które nieubłaganie, knut po knucie opróżniały jego skarbiec. Obawiał się, że jeśli nic się nie zmieni, już wkrótce będą musieli pomyśleć o przeprowadzce w bardziej ekonomiczne miejsce. Utrzymanie dwóch domów i ich mieszkańców, nie było tak proste, jak mogło się wydawać. Nawet dla aurora.

Drzwi otworzyły się cicho i powoli, nie uprzedzone pukaniem. Ginny niemal wpłynęła do środka, niczym pełna gracji, najpiękniejsza ze zjaw.

- Harry – odezwała się cicho, mocno zaciskając dłonie na oparciu przygotowanego dla gości fotela.

- Słucham, Wiedźmo?

- Czemu taki jesteś?

- Jaki, Wiedźmo?

- Ron mówi, że Hermiona zniknęła, mogła zostać porwana, a ty nie chcesz tego nawet sprawdzić. Przecież to twoja przyjaciółka. Zawsze byłam pewna…, że zrobilibyście dla siebie wszystko.

- Bo tak jest – Harry odpowiedział spokojnie, patrząc jej w oczy.

- Więc dlaczego nie pędzisz jej szukać! – Krzyknęła wreszcie, wskazując na drzwi.

- Zamknij drzwi.

- Co?

- Zamknij drzwi, proszę – powtórzył uprzejmie. Kiedy odwróciła się ponownie, wykonawszy polecenie, Harry siedział ze zdjętymi okularami, mocno trąc oczy.

- Zrobiłbym dla Hermiony wszystko – podjął powoli – i właśnie dlatego nie będę jej szukał. Wiem, że ona też by mnie teraz nie szukała.

- Ale dlaczego? Hermiona zniknęła, bez pożegnania, bez listu, bez pakowania walizek. Tak, sprawdziliśmy z Ronem jej pokój. Nic nie spakowała. Rozpłynęła się w powietrzu.

- Hermiona odeszła i uszanujcie to, proszę. Uszanujcie tak, jak ja to szanuję.

- Mylisz się. Nie odeszłaby bez pożegnania ze mną. Za bardzo się kochamy.

- Właśnie dlatego odeszła bez pożegnania.

- Nie.

- Zaprzeczanie ci nie pomoże, Wiedźmo.

- Powiedziała ci, że odchodzi?

- Nie – Harry odpowiedział, mając w pamięci dziwną rozmowę odbytą z Hermioną w tym samym gabinecie w którym teraz siedzieli.

- Więc skąd wiesz.

- Wiedźmo. Po prostu wiem. Mam taką pewność i proszę, miej ją razem ze mną.

- Harry – powiedziała cicho, przestępując z nogi na nogę.

- Słucham, Wiedźmo? – Wydawał się niewzruszony przeciągającą się dyskusją.

- Sprawdź to przynajmniej.

- Wiedźmo…

- Pójdź, porozmawiaj z Grangerami. Dla mnie, dla mojego spokoju. Proszę – Długo patrzył w jej oczy, odczytując wszystkie kryjące się w nich uczucia.

- Dobrze. Jutro do nich pójdę.

Chwila obecna

- Słucham?!

- Powiedziałam, że mają trolla. Protego. Górskiego trolla.

- Poradzimy sobie! Nie dajcie im się rozciągnąć. Ostrzeliwać boki! Difodio!

- Perpetum Immobile!

- Serpensortia Optima.

- Diffindo! Kryć się! – W chwilę później tuż obok nich nastąpiła potężna eksplozja, w kilka sekund po której nastąpiło znacznie cichsze gruchnięcie.

- Nie mogę się deportować. Deportacja jest zablokowana!

- Wiem idioto! Broń swojej flanki!

- Nie dam rady. Musimy się cofnąć. Znaleźć nowe miejsce do obrony.

- Broń swojej flanki. Nigdzie nie idziemy! Sectumsempra!

- Podpalają budynki!

- I dobrze, dokładnie o to chodzi!

Kilka tygodni wcześniej.

- Dzień dobry Pani. Nie wiem, czy mnie pani pamięta.

- Pan Potter. Oczywiście, że pamiętam – Jeane Granger stała w uchylonych drzwiach, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.

- Przepraszam panią za najście o tak wczesnej porze. Przyszedłem w sprawie Hermiony.

- Ronald już był u nas w tej sprawie wczoraj. Teraz spieszymy się do pracy. Proszę jego spytać, odpowiedzieliśmy na wszystkie pytania jakie zadał.

- Tak. Mogę sobie wyobrazić, że zrobił to w bardzo nieuprzejmy sposób – Harry uśmiechnął się przepraszająco. – Ja chciałbym jednak zapytać, czy Hermiona nie zostawiła żadnego listu?

- Nie. Nic takiego nie zostawiła.

- Czy nie zostawiła, żadnego listu, dla mnie?

- Tak, jak powiedziałam, nie zostawiła listu.

- Listu do Harrego Pottera?

- Przecież powiedziałam, o co panu chodzi?

- Przepraszam, są takie czary, które są aktywowane obrazem, imieniem, wydarzeniem.

- Sądził Pan, że córka mnie zaczarowała? Absurd, żegnam – Pchnęła drzwi, ale Harry zatrzymał je w ostatniej chwili.

- Chciałbym zobaczyć jej pokój.

- Ronald już go przeszukiwał, wczoraj

- Sama pani rozumie – Harry poruszył palcami, udając że czaruje. Przynajmniej, udając że czaruje wedle mugolskich wyobrażeń.

- Dobrze, ale tylko trzy minuty. Drugie drzwi po prawej, na piętrze.

- Dzień dobry panie Granger – Harry zawołał w locie, do mężczyzny jedzącego tost. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami Hermiony, uspakajając oddech i bicie serca pobudzone wbiegnięciem po schodach. Delikatnie przekręcił gałkę klamki, wchodząc do pokoiku. Wszędzie dominowała biel i błękit. Białe meble stały po ścianami oklejonymi białymi tapetami w błękitne wzory kwiatów. W oknie wisiały błękitne zasłonki, a nocna szafka przykryta była koronkową serwetką z wielkim Chabrem. Takiej Hermiony nie znał.

Nie ruszając się z miejsca systematycznie przeczesywał wzrokiem pokój. Wiedział, że jeśli coś by dla niego zostawiła, chciałaby, żeby zobaczył to już od drzwi. Wiedział jednak również, że był tutaj Ron, który raczej nie podszedł do tematu tak metodycznie. Niemal od razu zobaczył wszystkie przedmioty, które nie stały tak, jak według niego stać powinny, poprzestawiane dłonią Rona. Ruszył przez pokój oglądając każdy przedmiot, który Ron, lub ktoś inny miał w dłoniach. Niemal od razu poczuł ten dziwny prąd, który przenikał jego ciało, za każdym razem, gdy dosięgało go przeczucie. Jego wzrok raz po raz uciekał ku stojącej pod ścianą toaletce. Starał się zignorować to uczucie, przeglądając resztę pokoju, ale w końcu dał za wygraną i w dwóch krokach znalazł się przy mebelku. Stał tam chwilę, nie wiedząc czego tak naprawdę od tego miejsca oczekiwał. Wszędzie stały jej poprzestawiane przez Rona zdjęcia i kosmetyki. Nawet najmniejszy flakonik nie uniknął znalezienia się w jego dłoni. Przyglądał się zawieszonemu na lustrze zdjęciu, na którym bardzo mała Hermiona jeździła na plastikowym koniku ogromnej karuzeli, kiedy doznał nagłego olśnienia i szoku zarazem. Spojrzał raz jeszcze na blat toaletki z poprzestawianymi flakonikami, a potem na lustro. Przejechał dłonią po jego ramie. To było jak cios tłuczkiem. Szybko wrócił do szafeczki, na której stało inne zdjęcie, które oglądał kilka chwil wcześniej. Wiedział, że zostało przestawione, bo… bo co, tak właściwie? Bo on by go tak nie postawił. Ponownie spojrzał na białą toaletkę, która delikatnie skrzyła. Kiedy podszedł zrozumiał wreszcie, że cały jej blat pokryty był delikatną warstewką kurzu. Warstewką, na którą bałaganiarz Ron nie zwróciłby uwagi. Uważnie przyjrzał się wszystkim śladom przedmiotów, które stały w równym szeregu. Każdy ślad bez kurzu świadczył o zdjęciu zwróconym frontem do siedzącej na krześle osoby. Każdy, prócz jednego. Jedno zdjęcie patrzyłoby wprost na Harrego, gdyby to on wczoraj przekroczył ten próg zamiast Rona. Ze zdjęcia patrzyła na niego opalona i roześmiana piętnasto, może szesnastoletnia Hermiona. Stojąca na tle wiejskich domków, w jakiejś prowincjonalnej miejscowości. W rogu zdjęcia, na tle błękitnego nieba widniał napisany jej dłonią podpis „Mój własny, magiczny Paryż”. Harry uśmiechnął się ukradkowo, ujmując ramkę ze zdjęciem w dłonie.

- Ukaż się – mruknął i obserwował jak na zdjęciu pojawiają się napisane magicznym tuszem słowa.

Chwila obecna

Czuli żar bijący im w twarze, słyszeli trzaski łamiących się od ognia krokwi, widzieli zapadające się stropy i dachy. Raz za razem z płonących konstrukcji wystrzeliwały snopy rozpalonych iskier, spadając wprost na głowy znajdujących się na ulicy ludzi. Wokół narastał niekończący się krzyk przerażenia i bezsilności, mieszkańców, którzy starali się umknąć jak najdalej i nieopisane wprost wrzaski osób uwięzionych w budynkach. Idący ulicą napastnicy zdawali się nie dostrzegać szalejącej wokół nich małej apokalipsy. Niewzruszeni ponawiali ataki, krok po kroku zbliżając się do skrytych za barykadą przeciwników.

- No chodźcie! Expulso! No chodźcie do mnie!

- Zwariowałeś! – Odpowiedział mu okrzyk przerażenia. – Zwyczajnie zwariowałeś! Protego! – Zaklęcie zostało wykrzyknięte głosem przywodzącym na myśl pisk myszy, która wpadła w szpony kota. Odpowiedzią był jedynie śmiech pozostałych towarzyszy.

- Impedimenta! Trzymaj się młody. Dobrze jest. Zabawnie jest! – Odpowiedział mu lekko zachrypły kobiecy głos.

- Tak! Ubaw po pachy! – Ich koleżanka nie wykazywała tyle entuzjazmu. – Drętwota, Drętwota! Zaraz zamkną nas w kotle!

- Bez ryzyka nie ma zabawy!

- Jak niby zamierzamy stąd wyjść!

- Nie zamierzamy! Expulso! – Potężny troll poleciał do tyłu, zwalając z nóg i przygniatając kilku swoich towarzyszy, ich miejsce zajęli natychmiast następni. Prowadząc przed sobą zwierzęta, o których mało kto na świecie słyszał. Z ust skrytych za barykadą wojowników wyrwał się okrzyk szoku i przerażenia.

- Musimy stąd uciekać! – Wykrzyknął ten, którego głos brzmiał, jak mała mysz.

- Utrzymuj pozycję! – Wykrzyknął mężczyzna będący najprawdopodobniej ich dowódcą, ale było już za późno. Chłopak poderwał się do biegu i w sekundę po tym, jak to zrobił błękitny grot ugodził go w tył głowy, powalając na ziemię.

- Mark! – Walcząca najbliżej dziewczyna wykrzyknęła w przerażeniu.

- Idiota – sarknęła druga.

- Finite! – Przeciwnicy rozpłynęli się w powietrzu. Pożary wygasły. Okrzyki przerażenia ucichły. Trójka walczących stała pośrodku zrujnowanej ulicy, nad ciałem swojego kolegi. – Wstawaj – Mężczyzna szturchnął powalonego ciężkim, wojskowym butem pod żebra. – No wstawaj wreszcie. – Ponowne szturchnięcie nie było już tak delikatne.

- Co się stało? – Powalony chłopak jękną, dźwigając się z ziemi.

- Jesteś martwy, to się stało – Sarknęła długowłosa blondynka.

- Czemu mnie tak naparza łeb – był już na kolanach, masując sobie tył głowy.

- Bo ci eksplodował, Mark – odpowiedziała druga z kobiet.

- Myślałem, że ta symulacja ma jakieś zabezpieczenia.

- Jakbyś myślał, to byś nadal był żywy – Ich dowódca przestał interesować się grzebiącym się z ziemi podwładnym.

- Byłbym żywy, gdybyś nie wpędził nas w śmiertelną pułapkę, Potter!

- Dla ciebie jestem dowódcą i masz się do mnie zwracać: panie dowódco, dowódco, albo Sir.

- Byłbym żywy, gdyby nie wpędził nas pan w śmiertelną pułapkę, Sir! – Mężczyzna nazwany wcześniej Markiem powtórzył z przekąsem.

- Ramirez. Raport sytuacyjny, poproszę – Harry zwrócił się do swojej latynoskiej koleżanki.

- A to ktoś go nie zna? – Zdziwiła się dziewczyna.

- Najwyraźniej on – Odsarknęła blondynka, kciukiem wskazując na otrzepującego się z brudu Marka.

- W sposób zorganizowany, pod silnym ostrzałem przeciwnika przesuwaliśmy się na bezpieczne pozycje, markując jednocześnie ucieczkę.

- Jednocześnie wyprowadzaliśmy przeciwników z mieszkalnej części miasta w magazynową, niwelując straty w ludziach – podjęła blondynka, ale ucichła pod spojrzeniem Harrego.

- Jak dla mnie, to cofaliśmy się w wąskie gardło, w którym mogli nas ostrzeliwać z ulicy i okien, a w dodatku okrążyć i wziąć w dwa ognie – Mark machał ręką pokazując wszystko wokoło.

- Jakich okien, idioto?

- Marietto – Harry skarcił ją cicho.

- No co?! Prawdę mówię.

- Więc kontynuuj – poprosił.

- Jakich okien? Tutaj nie ma żadnych okien. To magazyny – Marietta machnęła ręką po otaczających budynkach, z których zaledwie kilka miało jakieś namiastki miniaturowych okienek. – Mogli nas ostrzeliwać z ulicy, w dodatku sami również wchodzili w wąskie gardło, a zachodząc nas od tyłu, ryzykowaliby, że sami trafią w dwa ognie, bo pomoc nadeszłaby do nas najpewniej właśnie od wschodu. Biuro doskonale zdawało sobie sprawę, gdzie się znajdujemy – zamachała mu przed nosem odznaką, w którą wczarowany był Namiar. Główne kierunki natarcia poszłyby z za naszych pleców i równoległymi ulicami, zmuszając ich do wycofania się w obawie przed okrążeniem, reszta aurorów i patrolu weszłaby prawdopodobnie od przeciwnej strony miasta, przemykając się uliczkami i starając się nieskoordynowanym ostrzałem sprawić wrażenie zapory ogniowej i wymusić na przeciwnikach ucieczkę zwartą grupą we wcześniej ustalonym przez dowództwo kierunku. Dostaliby się w kocioł ostrzału, jak sam powiedziałeś z ziemi i okien.

- Jeśli najpierw nie roznieśliby nas i nie poszli dalej – Mark stwierdził, nie zgadzając się z tą oceną sytuacji.

- Wystarczyło, że wprowadzilibyśmy ich jeszcze pięć metrów. Pięć głupich metrów i zawalili tamte, płonące budynki. Zostaliby rozdzieleni i wpadli w popłoch. Wtedy rozprawilibyśmy się z odciętą grupą kilkoma silnymi zaklęciami i przeszli przez ogień do kontrnatarcia. Na tyły reszty przeciwników, którzy zdążyliby zmienić swoje plany. Pięć głupich metrów i dwa budynki.

- Mogłeś to powiedzieć!

- Jak zapewne wiesz, są czary, które pozwalają podsłuchiwać rozmowy.

- Im powiedziałeś!

- Marietto, Eleno, powiedziałem?

- Nie.

- Ten manewr był logiczny i jasny.

- Nie dla mnie.

- Dlatego nie jesteś już częścią zespołu – Harry odpowiedział, nie patrząc na Marka. – Dziękuję za poświęcony na pracę z nami czas.

- Musisz mi dać czas na zgranie się z zespołem – Mark nie ustawał w wyjaśnieniach swojej postawy, kiedy szybkim krokiem wracali do biura.

- Nie muszę

- Muszę wiedzieć, jak walczysz, by się dopasować.

- Taktyki się zmieniają zależnie od sytuacji i musisz się do nich dostosowywać, tak jak robią to dziewczyny.

- One pracują z tobą od miesięcy, ja dopiero dołączyłem.

- Ramirez pracuje ze mną od miesięcy, ale wtedy to nie ja dowodziłem, a ty jesteś aurorem od niemal dekady i powinieneś doskonale wiedzieć, jak się walczy i umieć czytać teren.

- Musze wiedzieć jak walczysz, by z tobą walczyć.

- Musisz mi ufać! – Harry warknął przez zęby, kiedy wychodzili na otwartą przestrzeń, kwatery głównej aurorów.

Kilka tygodni wcześniej.

- Cześć Danielle – Harry uśmiechnął się szeroko, rozsiadając się przy biurku uroczego rudzielca. – Nowe okulary? – Niedbale wskazał na ogromne okulary w czarnej, rogowej oprawie.

- Tak – dziewczyna bąknęła zmieszana.

- Bardzo ładne. Dodają ci magnetycznego uroku, kiedy tak znad nich patrzysz – Dziewczyna spłonęła rumieńcem tak potężnym, że piegi na jej twarzy stały się nagle jaśniejącymi kropkami. – Pewnie połowa mężczyzn w departamencie ma już miękkie kolana.

- Na przykład ty? – Wyszeptała z nadzieją.

- Nie będę ci kłamał. Moje serce zostało skradzione na zawsze – dziewczyna jakby posmutniała. – ale pewien jestem, że nie jeden gotów jest paść przed tobą na kolana. – Ukrytą w rękawie różdżką wyczarował w drugiej dłoni kwiat róży, czyniąc przy tym gest niczym mugolski magik. Dziewczyna od razu się rozpromieniła.

- Czym więc mogę ci służyć, Harry.

- Potrzebuję od ciebie rzeczy niebezpiecznej, można nawet powiedzieć nielegalnej – z każdym jego słowem w oczach Danielle rozpalał się płomień przygody. – Z całą zaś pewnością nieetycznej i na wskroś niemoralnej – na te słowa policzki dziewczyny ponownie zapłonęły rumieńcem. – Będziesz musiała złamać kilka przepisów i zapewne narazić się na gniew ludzi władzy. Czy jesteś na to wszystko gotowa? – Dziewczyna machinalnie pokiwała głową. – Czy możesz mi powiedzieć, jakie dokumenty przedkładała ostatnio Hermiona Granger? – Spytał z uśmiechem.

- Ty to wiesz jak mnie podkręcić, znaczy nakręcić, znaczy wkręcić, zachęcić – zaczęła się plątać. – Oj, jak poprosić bym zrobiła co tylko zechcesz – ostateczna wersja także nie brzmiała najlepiej. Westchnęła i sięgnęła po leżący na spodzie dokumentów duży kajet w oprawie ze smoczej skóry. – Więc to ta Hermiona Granger tak skradła ci serce? – Spytała, jadąc palcem po ostatnich zapisanych stronach.

- Cześć, Harry!

- Cześć Missy – zamachał do przechodzącej dziewczyny. – Nie, to nie Hermiona Granger, Danielle.

- Mhm – mruknęła, raczej mu nie wierząc i krokiem modelki na wybiegu ruszyła ku ogromnej szafie na tyle sali. Harry śmiał się w duchu, ile czarodziejki rzucały na siebie zaklęć, byle tylko czuć się atrakcyjnie i podobać wszystkim wokoło. Ostatnio na przykład, obserwował jak coraz więcej urzędniczek ministerstwa rzuca na siebie zaklęcie lekkich nóg. Zaklęcie lekkich nóg miało podobne efekty jak zaklęcie kojące, dzięki obu kobiety mogły całymi dniami chodzić w wysokich szpilkach. O ile jednak zaklęcie kojące jedynie likwidowało ból, nadal jednak powodując zmęczenie nóg, zaklęcie lekkich nóg powodowało, że nogi nie były zmęczone, a w dodatku chód był bardziej sprężysty, co było dodatkową zaletą. Najzupełniej im przy tym nie przeszkadzał fakt, że zaklęcie to nie było jeszcze zarejestrowane i formalnie jego stosowanie było niezgodne z prawem. Danielle wracając uśmiechnęła się uroczo, błądzący na ustach Harrego uśmiech biorąc za wyraz aprobaty jej wyglądu, nie zaś efekt uboczny wewnętrznego rozbawienia.

- No i proszę – powiedziała, kładąc grubą teczkę. – Mam twoją Hermionę Granger, która… o proszę. Hermiona Granger poprosiła o zaległy urlop wypoczynkowy i urlop bezpłatny po jego zakończeniu przedkładając przy tym zaświadczenia od szefów wydziału do spraw magicznych stworzeń i szefa departamentu przestrzegania prawa zaświadczające o zakończeniu spraw bieżących przez nią wykonywanych. Nie podała daty powrotu, ale ma na to 180 dni, w przeciwnym wypadku jej umowa zostanie rozwiązana. Chcesz zobaczyć? – Przesunęła teczkę w jego stronę.

- Dziękuję Danielle. Nie trzeba. Ufam ci – Wstał, uśmiechając się serdecznie. – Życzę ci bardzo miłego dnia.

- Ja tobie również, ale powiedz chociaż, kim jest ta, która skradła ci serce!

- Zawsze miałem słabość do rudzielców. Pa, Danielle – zafalował jej ręką opuszczając dział Kadr i Płac ministerstwa. Wiedział, że właśnie puścił w obieg sporą dawkę plotek, które momentalnie rozprzestrzenią się po ministerstwie. Ach te dziewczęta.

Tego dnia zasiedli jeszcze we troje w boksie zespołu szybkiego reagowania. Biurko Urquharta było już w pełni opróżnione. Wydawać by się mogło, że to tylko jedno z wielu biurek ich trójka czuła się jednak, jakby ktoś wyrwał im kończynę i pozostawił ciało z ziejącą w nim dziurą. Ich wzrok co chwila uciekał ku miejscu zajmowanym do niedawna przez Urquharta, podczas gdy oni siedzieli, w milczeniu oczekując na listy o przeniesieniu do innych czynności.

- I co? – Harry, aż podskoczył, wyrwany z ogarniającej go apatii. Rzadko dawał się zaskoczyć (chyba, że udawał zaskoczenie, gdy skradała się ku niemu Ginny), a tu został zaskoczony w pełni i to przez nikogo innego, jak samego Rona.

- Co, co?

- Byłeś u Grangerów?

- Byłem.

- I co?

- No, a co ma być.

- Co ci powiedzieli?

- Powiedzieli mi, że wszystko powiedzieli tobie i że nie byłeś zbyt uprzejmy.

- Ale co się jeszcze dowiedziałeś? Co znalazłeś. Kto ją porwał? Gdzie jest.

- Nikt jej nie porwał i nie wiem gdzie jest. Ron.

- Ale musiałeś znaleźć jakieś wskazówki, coś się musisz domyślać. Musiała zostawić po sobie jakiś ślad. Przeszukałeś jej pokój?

- Byłem w jej pokoju – Harry poprawił przyjaciela spokojnie.

- Co tam znalazłeś?

- Znalazłem tam straszny bałagan, jaki po sobie pozostawiłeś. Nawet, jeśli zostawiła jakąś wskazówkę dokąd jedzie, to tak zbebrałeś tamten pokój, że najlepszy pies myśliwski nic by nie odkrył.

- Szukałem śladów!

- No to udało ci się pozostawić co najwyżej wiele swoich własnych.

- To popytaj w ministerstwie, porozmawiaj z jej koleżankami, z jej szefem.

- To ten sam szef, co nasz.

- Ale mi nikt nic nie chce powiedzieć!

- I całkiem słusznie. Nie mają prawa ci powiedzieć.

- Harry! Ona została porwana, zrób coś! – Rudzielec aż trząsł się ze złości.

- Nie, Ron. To ty coś zrób, ale ze sobą. Nie ma najmniejszych dowodów na to, że została porwana. Hermiona wyjechała na zwyczajny urlop, który należał jej się po tak długiej pracy. Ochłoń odrobinę i zajmij się swoimi obowiązkami. W ciszy.

- Nie zostawię tego w ten sposób! Może ty spisałeś ją na straty, ale ja ją odnajdę i uratuję!

- Ona odeszła bałwanie! – Harremu wreszcie puściły nerwy, a ryknął przy tym tak, że całe biuro zamarło. – Ona odeszła. Zostawiła cię i szczerze powiedziawszy dziwię się, że zajęło jej to tyle czasu! Pogódź się z tym, że ona może już nigdy nie wrócić i to jest tylko i wyłącznie twoja wina! – Ron wyszarpnął z kieszeni swoją różdżkę, będąc przy tym tak powolny, że zarówno Neville, jak i Ramirez, będąc świadkiem całego zajścia celowali w niego różdżkami, nim na dobre skończył wyjmowanie swojej. Tylko jeden Harry nawet nie drgną, wciąż stojąc z pustymi rękami. – Nie odważysz się, atakujesz tylko, kiedy jestem do ciebie odwrócony plecami.

- Harry.

- Co? – Odwrócił się, by spojrzeć w oczy nikogo innego, jak samego Kingsleya Shacklebolta. – Przepraszam panie ministrze – poprawił się machinalnie.

- Co robicie? – Spytał, najspokojniej w świecie przyglądając się celującym w siebie aurorom.

- Taka mała inscenizacja.

- Mhm – minister mruknął głębokim głosem. Podobno żadne z was nie chce przyjąć stanowiska dowódcy? – Zwrócił się do członków zespołu, ignorując stojącego między nimi Rona.

- Ściślej mówiąc, my nie chcemy, a Harrego nie chce Urquhart – Neville wyjaśnił Kingsleyowi szczegóły historii.

- Ja też nie chcę – Harry poprawił go, siadając na swoim miejscu i przestając się zajmować Ronem.

- Prawdę mówiąc, odrobinę się na was zawiodłem – Kingsley powiedział, przesuwając po nich wzrokiem. – Sądziłem, że ten zespół znaczy dla was wystarczająco wiele, by o niego walczyć.

- Królu, tutaj nie chodzi o znaczenie, ale właśnie o tą walkę. Każde z nas ma swoje rodziny do których chce wrócić.

- Nie każdy – Wtrąciła Ramirez. – Tylko ty i rozumiem, że dla nich nas zostawiasz, ale nie mów przy tym za nas. Proszę.

- Nie tylko ja. Harry też ma! – Neville zjeżył się nagle. – Też chce co wieczór wrócić do domu i nie powiesz mi, że ty nie chcesz.

- Nie jest ważne, co ja chcę.

- Zamknąć się! – Głos Harrego przypominał w tej chwili szczeknięcie psa. – Bierzcie się do roboty, póki jeszcze jakąś macie – dokończył porywając z wieszaka swój płaszcz.

- A ty dokąd? – Kingsley uniósł brwi tak wysoko, że wyglądały, jakby wyrastały mi wprost ze środka jego łysiny.

- Do diabła – nim przebrzmiały jego słowa, również Ramirez poderwała się z miejsca.

- A ty?

- Gdzie indziej! – Krzyknęła, w biegu wyprzedzając Harrego.

Chwila obecna

Harry opadł na swoje krzesło z impetem powodującym jego zgrzyt, jakby miało się rozpaść w drzazgi. Z mugolskim krzesłem zapewne by tak było, to jednak pojechało zaledwie o metr do tyłu, uderzając o stojący pod ścianą boksu regał z pułkami. Szarpnął je na powrót przysuwając się do nadal niemal nie zagospodarowanego biurka, na którym, prócz trzech zdjęć, lampki i ogromnego stosu papierów nie było absolutnie nic. Wolałby nadal siedzieć przy swoim niewielkim biurku należącym do analityka zespołu. Zamiast tego zasiadał za dwa razy większym biurkiem ustawionym w literę L i z zazdrością patrzył na swoich podwładnych, przy ich biureczkach. Podwładnych, którzy wpatrywali się teraz w niego w wyczekiwaniu.

- Słucham państwa? – Spytał, zabierając się za wypisywanie dokumentu.

- Co robimy teraz? – Spytała Ramirez.

- Zabieracie się do zwyczajnych obowiązków, nim opuścimy biuro.

- A ty?

- Ja wypisuję jego zwolnienie.

- Nie możesz wyrzucić kolejnego aurora.

- Tak właściwie to mogę. Zespół podlega mojej władzy i to ja ustalam jego skład osobowy.

- Niedługo zabraknie aurorów do pracy w tym zespole. Pan tylko zwalnia i zwalnia bez końca – Mark prychnął wrzucając pierwsze graty do wyczarowanego pudełka.

- Jak zabraknie aurorów, to zespół będzie trzy osobowy, lepiej mieć zespół trzy osobowy i polegać na sobie niż czteroosobowy, kiedy nie wiesz, co zrobi twój partner.

- Szef wyraźnie powiedział, że zespół ma mieć czterech członków.

- Szefowie przychodzą i odchodzą. Nie wszystkiego mogą dopilnować – powiedział, odkładając pióro.

- Dokąd idziesz?

- Do szefa. Zanieść jego zwolnienie.

Kilka tygodni wcześniej

Jedynie ciche skrzypienie łamanych gałązek wrzosu pod jej stopami, zdradzało że się zbliża. Usiadła w milczeniu, podciągając kolana pod brodę. Chłodny wiatr targał jej kruczymi włosami.

- Zostałem aurorem, żeby pomagać ludziom. Działać. Wykrywać i zwalczać przestępców. Nie siedzieć za stosem papierów – odezwał się po chwili. Jego głos pełen był melancholii, której nie słyszała nigdy wcześniej.

- Co innego teraz robimy? – Spytała wpatrując się w stalowo sine wody oceanu. – Siedzimy całymi dniami za biurkiem. Wychodzimy sprać kilku przestępców i wracamy z powrotem za biurko.

- Czy różnię się w tym tak bardzo od Robardsa? – Spytał z lekkim wyrzutem. – On też wychodził i tłukł przestępców nie przejmując się, czy trafią do Azkabanu, czy bezpośrednio do piachu? – uderzył pięścią w otwartą dłoń, tym silniej akcentując swoje słowa. – Aurorzy giną w akcji i to ja byłbym za to odpowiedzialny.

- Właśnie udowodniłeś, jak bardzo różnisz się od Robardsa – potrząsnęła głową złożoną na kolanach. – On wysyłał aurorów do akcji nie patrząc na to kto trafi do piachu, oni czy przestępcy i na pewno nie czół się za to odpowiedzialny – podniosła się, otrzepując spodnie z kurzu i wyschniętej trawy. – Za tamto też nie jesteś odpowiedzialny – dodała cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. Już po chwili jej nie było. Urquhart siedział nadal na skraju wrzosowiska wpatrując się w horyzont, za którym krył się rezerwat wilkołaków.

Wystarczyło kilka dni, aby życie w kwaterze głównej nabrało nowego tempa. Aurorzy, którzy nie mieli nic do zrobienia za biurkiem już nie tylko mogli, ale musieli pozostawać w terenie, patrolując wioski i ulice. Częściej aniżeli kiedyś musieli meldować się na sali treningowej, jako że testy okresowe nie odbywały się już raz w miesiącu, ale co tydzień. Taki stan rzeczy poskutkował niezliczoną liczbą skarg spływających do ministerstwa, w których to czarodzieje mieszkający w Wielkiej Brytanii „nie życzyli sobie mieszkać w warunkach ustawicznego stanu wojny, kiedy to nie można spokojnie zrobić zakupów na Pokątnej nie widząc kręcących się aurorów. Skarżyli się również i sami aurorzy, którym nie podobało się zmuszanie ich do uczestniczenia w cotygodniowych ćwiczeniach, co uważali za grubą przesadę, bo i co miesięczna ewaluacja to była w ich mniemaniu zbytnią stratą czasu, który mogli spożytkować inaczej. Na prawdę zaś chodziło im o to, że tak obrośli w sadło i lenistwo, że cotygodniowe testy stawiały ich w stanie nieustannego zagrożenia zwolnieniem i konieczności prania munduru przepoconego po każdym takim wysiłku. Były jednak trzy osoby, które czuły się teraz w biurze gorzej aniżeli wszyscy wspomniani wcześniej, jeśli w ogóle było to możliwe. Harry, Elena i Neville zajmowali teraz trzy małe boksy, rozrzucone na dodatek w różnych częściach biura, wypełniając papierkową robotę i widując się jedynie od czasu do czasu podczas przemierzania ulic. Urquhart zgodnie ze swoją zapowiedzią, pierwszym aktem po objęciu dowództwa nad biurem, rozwiązał zespół szybkiego reagowania, rozpoczynając poszukiwania kandydata na nowego dowódcę.

Jak na razie szło mu to jak po grudzie. Niewielu było doświadczonych aurorów w biurze, a jeszcze mniej takich, którzy nadawali się na to stanowisko. Bardzo szybko więc Urquhart rozszerzył swoje poszukiwania na oficerów Patrolu Przestrzegania Prawa, pracowników Ochrony Ministerstwa Magii, a nawet członków formacji tak egzotycznych, jak poskramiacze smoków. Dni upływały, powoli przechodząc w tygodnie, a mimo wielu długich rozmów Urquhart nie posunął się do przodu nawet o krok. Harry zaś codziennie w drodze do swojego boksu przechodził między ich dawnymi biurkami, których pustka nie dawała mu spokoju. To samo robili Neville i Ramirez, którym czasami zdarzyło się nawet z przyzwyczajenia rzucić na stare biurko torbę, albo postawić kubek z kawą, nim przypomnieli sobie, że to miejsce nie należy już do nich.

Trwało to prawie trzy tygodnie, długie trzy tygodnie przybliżające ich do sierpnia, nim narastająca w nich potrzeba przerwała tamę, rozlewając się w nich z pełną siłą. Pierwszym był jak zawsze Harry.

Tego ranka, podobnie jak każdego poprzedniego powiedział Ginny, że ją kocha, pozwalając jej pospać jeszcze trochę, korzystając z wakacyjnej przerwy w treningach. Pokój, obok saloniku był na wpół otwarty, a na zasłanym łóżku spał sobie wygodnie Hektor. Ron wyprowadził się od nich już wiele dni wcześniej, nie potrafiąc znieść widoku Harrego.

Jak co dzień wszedł do biura, by podpisać listę obecności i ruszyć na patrolowanie miasta. Na sali niemal nie było aurorów, którzy albo jeszcze spali, rozpoczynając pracę o 8 rano, albo korzystając z ciepłego poranka kończyli nocną zmianę orzeźwiającym spacerem. Najkrótsza droga do jego nowego biurka biegła, na szczęście lub nieszczęście wprost przez dawny boks Zespołu Szybkiego Reagowania, więc dzień w dzień Harry oglądał ich stare biurka powoli pokrywające się kurzem, o sprzątaniu którego zapomnieli pracownicy porządkowi ministerstwa. W stojącym na jego starym biurku pojemniku na długopisy wciąż tkwiła palemka od soku dyniowego, który kiedyś dostał od Ramirez, jako nagrodę za naprawdę dobrą akcję całego zespołu. Urquhart podarował im wtedy kawę, doskonale sobie przy tym zdając sprawę, że Harry kawy nie pije i uśmiechając się z lekką drwiną. Harry też uśmiechnął się na to wspomnienie i z rozmachem walną swoją torbą w biurko. Nie zawracał sobie głowy przenoszeniem rzeczy z boksu. Krótkim Accio! Przywołał wszystkie swoje graty, które same poukładały się na swoich miejscach. Odchylił się wygodnie na krześle. Ależ to było uczucie. Jeszcze nie widział tak promiennego uśmiechu na ustach Ramirez, jak wtedy, gdy ponownie zobaczyła go przy tym biurku. Bez jednego słowa zajęła swoje stare miejsce, zakładając nogi na blat i lekko kręcąc się w krześle.

- Trochę wam to zajęło – głos Nevilla wyrwał ich z błogiej rozkoszy. Stał przy swoim biurku, z torbą na ramieniu i kręcił głową w niedowierzaniu.

Już tylko pustka przy biurku dowódcy zakłócała ich spokój, ale i to miało nie trwać długo.

- Mogę wiedzieć czemu się tak na mnie patrzycie – Harry nie musiał podnosić głowy, by wiedzieć jak intensywnie się w niego wpatrują. Chodzące mu po plecach ciarki świadczyły o tym wystarczająco.

- Zastanawiamy się kiedy zajmiesz swoje miejsce – Neville odpowiedział mu cicho.

- Jestem na swoim miejscu, Neville – spojrzał na przyjaciela.

- Wcale że nie – młody auror wyszczerzył do niego zęby. – Tam jest twoje miejsce – nie odrywając od niego wzroku wskazał palcem na dawne biurko Urquharta. Harry podążył wzrokiem za jego palcem, a potem przeniósł swoje spojrzenie na Ramirez, która wpatrując się na niego w skupieniu, szarpnęła głową w tym samym kierunku. Żadne z nich nie zamierzało mu odpuścić. Pokręcił głową i ku wielkiej radości latynoski ponownym zaklęciem przeniósł swoje rzeczy na nowe miejsce.

- Gdzie idziesz? – Zawołała, widząc, że zamiast zasiąść na nowym miejscu zagłębia się między boksy kwatery głównej.

- Do szefa – odkrzyknął jej przez ramię.

Chwila obecna

- Szefie – odezwał się, przekraczając próg i wyciągając przed siebie pergamin. – Zwolnienie Marka Thomsona.

- Cześć, Harry – sekundę wcześniej kątem oka wychwycił ruch w ciemnym kącie pokoju. Jego różdżka już spoczywała w dłoni.

- Witaj Zivo – odpowiedział spokojnie. – Widzę, że nie założono ci kajdanek?

- Panna David jest tutaj w roli gościa.

- Interesanta.

- Wrzodu? – Harry poprawił ich oboje.

- Jak możesz – Izraelka oburzyła się sztucznie.

- Widzę, że wyrzuciłeś kolejnego aurora, Harry – Urquhart nawet nie zaprzątał sobie głowy czytaniem dokumentu, zwyczajnie rzuciwszy go na stos innych, również podpisanych przez Harrego.

- Nie nadawał się.

- A czy w twoich oczach ktokolwiek będzie się nadawał.

- Oczywiście, jednego członka zespołu już zatrudniłem i jestem z niej zadowolony.

- Może więc powinieneś zatrudnić kobietę?

- Trzy kobiety i ja? Dzięki, ale nie leży mi rzeczpospolita babska. Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego Ziva nie ma kajdanek? Sądziłem, że Roy wydał przepisy odnośnie izraelskich agentów w naszym kraju.

- Panna David nie jest izraelską agentką, tylko kandydatką do pracy.

- Jak widzę – podjęła Ziva. – Właśnie otworzyła się wolna posada w biurze.

- Też mi się tak wydaje – potwierdził Urquhart.

- O nie, nie. Nie, nie wiem w co ty grasz Urquhart, ale nie.

- Harry, panna David jest najlepszym kandydatem jakiego możesz dostać.

- Prędzej rozwiążę ten zespół.

- Harry, przecież dobrze nam się razem pracuje – Ziva usiadła przed nim, na biurku Urquharta.

- Nie przyjmę cię do zespołu – powtórzył uprzejmym tonem, spokojnie patrząc jej w oczy.

- Dlaczego?

- Ziva. Jesteś zbyt inteligentną osobą, by oczekiwać ode mnie odpowiedzi na to pytanie.

- Nie ufasz mi.

- Ufam ci, ale nie mam do ciebie zaufania.

- Po wszystkim co razem przeszliśmy? Po tym jak uratowałam ci tyłek. Jak pomogłam ci uratować tyłek Hermiony, jak od chwili, kiedy dzięki tobie mnie uwolniono wciąż cię pilnuję, ty nadal nie masz do mnie zaufania?

- Wymieniłaś powody bym ci ufał i ufam ci, ale nadal nie mam zaufania.

- Dlaczego.

- Powiedzmy, że cię przyjmę. Powiedzmy – powtórzył widząc, że chce coś powiedzieć. – Czy możesz mi przysiąc, że wykonasz każdy mój rozkaz?

- Tak.

- Czy możesz mi przysiąc, że wykonasz mój rozkaz nawet jeśli będziesz miała inny pomysł?

- Ale.

- Czy wykonasz mój rozkaz, jeśli uznasz, że jest błędny. Czy jeśli każę ci uciekać, uciekniesz. Jeśli każę ci zostawić jakiegoś przestępcę, nawet jeśli będziesz stała nad nim z różdżką, to go zostawisz. Czy wykonasz rozkaz, jeśli będziesz uważała go za błędny. Czy nie wykonasz samowolnie żadnej akcji. Nie zrobisz czegoś, tylko dlatego, że możesz to zrobić. Czy możesz mi to wszystko przysiąc? – Ziva stała z zaciśniętymi szczękami. – No właśnie. Urquhart. Ziva jest świetnym kandydatem na aurora i nic nie ucieszy mnie bardziej niż świadomość, że ktoś taki pilnuje naszego bezpieczeństwa, ale nie staraj się jej wpasowywać do jakiegoś zespołu. Wykona każde zadanie, ale tylko pracując sama.

- Musisz mieć czwartego członka zespołu.

- Nie muszę. Nigdzie nie jest tak napisane.

- Chcę byś go miał.

- Dlatego go znajdę, ale przykro mi, to nie będzie Ziva, a tak w ogóle, to dlaczego miałbym ją niby brać do zespołu? Wedle wszelkich przepisów powinna siedzieć. Nie żebym chciał cie widzieć za kratami – zwrócił się do Izraelki – nie być aurorem.

- Mam do zaproponowania coś, co zmienia moje położenie.

- Co niby.

- Lucjusza Malfoya?

- Wiesz gdzie jest Malfoy? – Harry nie krył z dziwienia.

- Wiem.

- No więc gdzie, bo my jakoś nie mogliśmy go znaleźć.

- Lucjusz Malfoy jest w miejscu, z którego tylko ja mogę go wam przyprowadzić… Pod opieką mojego ojca.

- Nadal nie wezmę jej do zespołu – Harry przecząco machnął dłonią.

Kilka tygodni wcześniej

- W czym mogę ci pomóc – Urquhart przywitał go, z uśmiechem podając dłoń.

- Chciałem ci zgłosić zespół gotowy do pracy – Harry odpowiedział spokojnie.

- Jak zespół?

- Mnie, Elenę i Nevilla.

- Harry, jeszcze nie powołałem nowego szefa zespołu szybkiego reagowania, a kiedy to zrobię będzie mógł dowolnie wybierać skład. Oferta dla Eleny i Nevilla była jednorazowa.

- Ja objąłem dowodzenie, na ich prośbę.

- Harry, powiedziałem ci, że nie wyrażam zgody, byś był dowódcą Zespołu Szybkiego Reagowania i ty się ze mną zgodziłeś.

- Więc będzie to mój zespół, a nie Zespół Szybkiego Reagowania.

- Uparłeś się już na to?

- Oni bardziej, Urquhart.

- Ok, spróbujemy, ale pod jednym warunkiem. W tej chwili powiesz mi kto będzie czwartym członkiem zespołu – Urquhart spojrzał mu głęboko w oczy, spodziewając się jedynej możliwej odpowiedzi.

- Marietta Edgecombe – Harry w pełni go zaskoczył. Usta Urquharta dwukrotnie poruszyły się bezgłośnie, nim udało mu się to wypowiedzieć.

- Marietta?

- Tak.

- Nie Ron?

- Urquhart, bądźmy szczerzy. Ron nie ma wystarczających umiejętności, by znaleźć się w zespole, który zawsze ląduje na pierwszej linii ognia. Nie zaprzeczę, pracuje ciężko, ale brak mu pewnej iskry.

- Zrobiłeś to specjalnie – Urquhart oskarżycielsko wycelował w niego palcem, uśmiechając się przy tym szeroko. – Zrobiłeś to specjalnie, bo wiedziałeś, że nie zgodzę się na Ronalda.

- Uznałem, że Marietta będzie najlepszym kandydatem na to stanowisko – Harry odparł zgodnie z prawdą. Z jakiegoś powodu, możliwe że była to niedawna kłótnia, Ron ani na chwilę nie przyszedł mu do głowy w charakterze kandydata. – Marietta jest najlepszym analitykiem, jakiego znam i idealnie mnie zastąpi na tym stanowisku.

- Dobrze. Jeśli się zgodzi, Zespół Szybkiego Reagowania jest twój. Na razie na próbę – zastrzegł na koniec.

- Tak jest – Harry zasalutował mu odrobinę komicznie, wychodząc z biura. Nowy szef tylko pokręcił głową. – Marietto – powiedział, stając w drzwiach jej boksu.

- Merlinie! – Marietta podskoczyła, wylewając atrament na dokumenty.

- Jak to jest, że ty zawsze siedzisz w biurze?

- Bo ja śledzę znad dokumentów, tych, których wy nie możecie znaleźć na ulicy.

- No to przykro mi, ale będziesz musiał trochę wyjść na ulice w najbliższym czasie.

- Czemu?

- Właśnie zostałaś analitykiem w Zespole Szybkiego Reagowania. Spakuj swoje rzeczy i zapraszam do nowego biurka.

- Ale czemu?

- Bo uznałem cię za najlepszą kandydatkę – pozostawił ja w stanie lekkiego szoku, z plamą atramentu, która zaczęła kapać na podłogę.

- I co? – Ramirez zapytała, przechylając się przez biurko.

- I nic – Harry wzruszył ramionami, zasiadając za biurkiem przeznaczonym dla dowódcy. Jego nowym biurkiem. – Zgodził się.

- Brawo! – Krzyknęli jednocześnie, klaszcząc w dłonie.

- Ale Neville, wielka prośba.

- Słucham, szefie.

- Dopóki nie odejdziesz, miej proszę na mnie oko, masz większe doświadczenie w dowodzeniu niż ja i na pewno będę potrzebował twojej pomocy.

- Ok, choć wątpię, byś jednak potrzebował.

- Elena, ciebie też o to proszę.

- Elena Ramirez gotowa do pomocy, Sir! – Zasalutowała mu z rozmachem.

- I do błaznowania też.

- A co! Nie wolno?! – Wykrzyknęła strosząc się.

- Wolno, wolno.

- Cześć, Harry – Ron oparł się o ściankę boksu, jakby nigdy nic między nimi nie zaszło.

- Cześć, Ron.

- Po biurze rozeszła się wiadomość, że zostałeś szefem zespołu.

- Tymczasowo i na próbę, ale tak.

- No to pewnie jest potrzebny czwarty, bo zespół na zawsze czterech, co nie? – Zaczął niepewnie. – Chciałbym z tobą pracować, czy dla ciebie, w każdym razie w zespole.

- To miło, ale nie obraź się Ron, ale już wybrałem czwartego członka.

- Nie mnie?

- No nie. Potrzebowałem kogoś bardziej… doświadczonego.

- Kogo wybrałeś?

- To twoje stare biurko teraz jest moje? – Odpowiedź sama weszła z wielkim kartonem w dłoniach.

- Wybrałeś ją?! – Ron zrobił się czerwony.

- Wybacz Ron, ale… – nie dane mu było odpowiedzieć, bo rudzielec, już zniknął mu z oczu.

- Ciekawie się zaczyna – mruknęła Ramirez. – W każdym bądź razie. Witamy w naszej wesołej kompanii. Jeden pewna, że idealnie się w niej sprawdzisz.

- Witamy, Marietto – Neville podał rękę nowej koleżance.

- Skoro drużyna w komplecie, bierzmy się do roboty moi państwo.

_____________________________________________________________________________________

Witajcie po wakacyjnej przerwie.

Trochę kazałem na siebie poczekać, lecz Rok 9 był bardzo długi i męczący, postanowiłem więc zrobić sobie wakacje pod hasłem „Zero Harrego” i dopiero we Wrześniu wróciłem do pisania.

Nie oznacza to jednak, że nie pisałem wcale. Niemal gotowy jest już tekst mojej nowej historii, którą pragnę się z wami podzielić.
Proszę byście byli moimi pierwszymi recenzentami, ale i wykazali się odrobiną cierpliwości, gdyż pozwólcie że tak powiem „nie wejdziemy w tą historię z butami” Ona będzie się rodziła powoli na naszych oczach.

Zapraszam do czytania „Tajemnicy Redwood


http://kmm-autorsko.blog.pl/

Komentujcie koniecznie!

P.S

Historia raczej dla osób powyżej 16 roku życia.

 

3… 2… 1…

09 wrz

Już tylko godziny dzielą nas od ponownego spotkania z dobrze nam znanymi bohaterami. Mam nadzieję, że kolejny spędzony z nimi rok przyniesie wam choć trochę zabawy. JKR dostarczyła nam w te wakacje odrobinę emocji, publikując dwa nowe opowiadania w świecie Harrego Pottera i nie pozostaną one bez wpływu na życie naszych bohaterów. Odrobinę miejsca postaram się poświęcić postaciom, które zostały przeze mnie trochę zapomniane na przykład Draco.

W ubiegłym roku dość mocno się rozpisałem. Tym razem będziemy więc spotykać się rzadziej, ale by osłodzić Wam oczekiwanie, przygotowałem specjalną niespodziankę.

Jako pierwsi, naprawdę pierwsi, będziecie mieli okazję spotkać się z bohaterami zupełnie nowej powieści, w której w dobrze nam znanym świecie odnajdujemy postaci z zupełnie innej bajki.

Oficjalnie zatrudniam Was na pierwszych recenzentów nowej historii.

Ciekawe, kto pierwszy zgadnie, z jakiej bohaterowie urwali się bajki.

Oczekuję początku naszej przygody równie niecierpliwie jak Wy. Przynajmniej taką mam nadzieję…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS