RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2014

22. Coś się kończy, coś się zaczyna.

28 cze

- Ostateczny bilans ofiar wczorajszego podpalenia na Nokturnie, to czterdzieści siedem osób – Timothy Roy rozpoczął bez zbędnego wstępu.

- Mówiłeś, że są tylko poparzeni! – Ron syknął, ale Harry jedynie uniósł rękę, uciszając go.

- Wszystkie ofiary, to przebywający w budynku pod numerem osiemdziesiątym piątym wilkołacy. Łączne straty materialne to piętnaście domów, z czego sześć doszczętnie spalonych i dziewięć uszkodzonych częściowo. Ich stan podlega ocenie innych wydziałów ministerstwa. Dom pod numerem osiemdziesiątym piątym uległ oczywiście spaleniu – W tej właśnie chwili, Timothy Roy ze swym wyglądem zamożnego korporacyjnego prawnika, beznamiętnie recytując poniesione w dniu ubiegłym straty, bardziej niż kiedykolwiek uświadamiał swoim sposobem bycia że wywodzi się wprost z Służb Administracyjnych Wizengamotu, czyli agendy ministerstwa magii o największym zagęszczeniu gryzipiórków na metr kwadratowy. – Wedle ustaleń, pożar był wynikiem podpalenia przy pomocy zaklęcia Szatańskiej Pożogi. Tożsamość podpalaczy jest nieznana. Jednakże na fasadzie domu numer trzynaście przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu, zamieszkałym przez pana Borgina, znalazł się napis w którym do podpalenia przyznaje się osoba, bądź osoby ukrywające się pod nazwą „Milicja”.

Nie będę ukrywał – kontynuował. – Sytuacja ta nie jest najgorszą, z jaką zdarzyło nam się zmagać w ostatnich czasach. Wojna z Sami-Wiecie-Kim, Zniszczenie Hogsmeade, Powstanie Wilkołaków. Każde z tych wydarzeń przyniosło niewspółmiernie większe straty w majątku bądź ludziach. Jednakowoż Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów ma za sobą serię kompromitujących wpadek, których nie udało się przyćmić żadnemu z sukcesów, musimy więc do tej sprawy podejść niezwykle poważnie. Minister Magii postanowił wyprzedzić prasę i o godzinie dziewiątej, czyli za pół godziny, wystąpi z oświadczeniem transmitowanym na żywo przez Magiczne Radio. W ramach polityki pełnej klarowności, opinia publiczna zostanie poinformowana o tym że wydarzenia dnia wczorajszego były wynikiem podpalenia, oraz o śmierci grupy wilkołaków. Patrol Przestrzegania Prawa – Zwrócił się do oficerów w stalowoszarych mundurach. – Wszyscy oficerowie zostają skierowani na ulice i mają w dwuosobowych zespołach patrolować wszystkie magiczne miejsca w Wielkiej Brytanii. Po oświadczeniu ministra na ulicach może zrobić się niespokojnie. Odmaszerować. – Członkowie Patrolu stuknęli obcasami, opuszczając pomieszczenie. – Aurorzy – zwrócił się do pozostałych oficerów. – Wasza praca jest kluczowa dla zapewnienia ciągłości bezpieczeństwa czarodziejom w Wielkiej Brytanii, nie mogę was więc oderwać od już wykonywanych zadań, z których każde jest kluczowe. Jednakże oficerowie którzy w chwili obecnej zadań przydzielonych nie mają, zostaną skierowani do patrolowania ulic. Szczególnie duży nacisk należy położyć na zapewnienie bezpieczeństwa w nocy, kiedy większość członków Patrolu nie przebywa na czynnej służbie – w przeciwieństwie do oficerów Patrolu, aurorzy jedynie pokiwali głowami, mruknąwszy coś niezrozumiałego. Z całą pewnością nie przypadł im do gustu pomysł „położenia nacisku na zapewnienie bezpieczeństwa w nocy”, w prostej linii oznaczało to dla nich, że podczas gdy członkowie patrolu będą sobie spać, oni będą musieli włóczyć się po pustych ulicach. To nie była praca dla aurora. – Kolejną kwestią w odniesieniu do Biura Aurorów – kontynuował Roy. – Pełniący obowiązki tymczasowego szefa Biura Aurorów, oficer Pascal – spojrzał w stronę leciwego aurora. – Zasugerował przyśpieszenie procedury wyboru nowego szefa Biura. Władze departamentu oraz minister uważają, że środek kryzysu jest najgorszym z możliwych momentów na wybór nowego kierownictwa biura, gdyż taka zmiana zawsze przynosi tymczasowy chaos – „Czyżby zamierzali postawić się Pascalowi okoniem?” pomyślał Harry. – Jednakże, jako że obecne kierownictwo jest tymczasowe, jak najszybsze uregulowanie sytuacji może być jednak wskazane. Swoją kandydaturę na stanowisko zgłosiło piętnaście osób. Władze departamentu postanowiły przeprowadzić dalsze rozmowy z sześcioma pośród nich. Z tego grona zostanie najprawdopodobniej wybrany szef Biura Aurorów. Konsultacje z kandydatami rozpoczną się już dzisiaj. Co do reszty pracowników departamentu. Stanowicie państwo pierwszą linię obrony przed przestępcami, którzy pragną zakłócić spokój naszych mieszkańców. Proszę państwa o zachowanie jak najdalej idącej czujności i zwracanie uwagi na każde, nawet najmniejsze przejawy nienormalności. Nawet najmniejsza rzecz może nas naprowadzić na odpowiedni trop dla zatrzymania nie tylko podpalaczy, ale i innych przestępców, których jeszcze nie udało nam się ująć. Dziękuję, możecie się państwo rozejść.

Aurorzy bezwładną i zblazowaną kupą wracali do Kwatery Głównej, komentując słowa Roy’a i gderając na jego pomysły. Z wychwyconych przez Harrego strzępów rozmów wynikało, że nie on jeden poczuł w Timothym Royu rasowego gryzipiórka.

- Powiedziałeś mi wczoraj, że nie było ofiar! – Ron niemal wybuchnął mu do ucha. – Od kiedy to przestałeś zaliczać wilkołaki do ludzi i nie liczyć ich do ofiar!

- Nie chciałem mówić wszystkiego przy Hermionie.

- Dlaczego niby, przecież i tak teraz dowie się ode mnie!

- No właśnie, dowie się od ciebie – Harry przytaknął przyjacielowi. – Miałem opowiadać jej o dziesiątkach zwęglonych ciał, jakie odkryliśmy w zgliszczach budynku? O rykach, jakie relacjonowali świadkowie? Ginny pochorowała się, kiedy powiedziałem jej ilu wilkołaków zginęło, a wtedy wiedzieliśmy o połowie dzisiejszej liczby.

- Hermiona to nie Ginny.

- Może, ale to ty się o tym przekonasz – poklepał rudzielca po ramieniu i usiadł przy swoim biurku.

Tak, jak zazwyczaj to przestrzeń zajmowana przez grupę szybkiego reagowania była miejscem w którym działo się najwięcej, tak teraz stanowiła ona ostoję spokoju w oceanie wrzenia i chaosu, jaki objął całą Kwaterę Główną. Pomyśleć by można że stało się coś nadzwyczajnego, wielkie halo, bo ktoś kazał im wziąć się do wymagającej ruszenia tyłków ze stołków roboty. Zespół szybkiego reagowania od dawna pracował na pełnych obrotach, co kolokwialnie można było nazwać „zasuwaniem jak dzikie woły.” Kiedy siedzieli w biurze, przekopywali stosy dokumentów, a kiedy dokumenty się kończyły latali po całej Wielkiej Brytanii, robiąc niespodziewane naloty na domostwa zaprzyjaźnionych typów spod ciemnej gwiazdy którzy wywinęli się od więzienia, zaglądając do grot, lasów i mysich dziur w poszukiwaniu najmniejszego śladu poszukiwanych delikwentów, albo zwyczajnie łażąc w tą i z powrotem po Nokturnie i innych okolicach. Do wyrabiania nadgodzin zespół przyzwyczaił się już do tego stopnia, że ze zdziwieniem zaczęli przyjmować dni, kiedy o czasie byli w domach.

Dla zespołu Urquharta nie zmieniało się absolutnie nic, więc jak co dzień siedzieli przy swoich biurkach, odwalając poranną robotę papierkową, którą wydarzenia dnia poprzedniego namnożyły w sposób niekontrolowany.

- A ja tak sobie myślę, że to dobrze, że te domy poszły z dymem – Ramirez rzuciła beztroskim tonem. Wszyscy trzej mężczyźni zamarli, w szoku patrząc na swoją koleżankę. – No co? Może mi powiecie, że nie mam racji? – Zapytała oburzona ich minami.

- Czy ty się dobrze czujesz? – Urquhart spytał z troską.

- Najzupełniej.

- Ale wiesz, że opowiadasz głupoty, kochana? – Neville uważnie wpatrywał się w partnerkę, jakby oczekiwał najmniejszej oznaki szaleństwa.

- Nie gadam głupot! – Zaperzyła się. – Chyba mi nie powiecie, że puszczenie z dymem calego Nokturnu nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

- Powiedziała szefowa Milicji – Harry rzucił tonem oratora.

- Nie szefowa Milicji, tylko rozsądnie myślący człowiek. W miejsce tych spalonych budynków, można postawić nowe eleganckie kamienice, z lokalami na sklepy i usługi i wygodnymi mieszkaniami dla czarodziejskich rodzin, które nie chcą mieszkać w domach, a teraz muszą przepłacać za mieszkanie wśród mugoli. Można zrobić tam skwery, z drzewami i ławeczkami – mężczyźni patrzyli na nią i przyznawali, że to ma sens.

- Tylko, że teraz nie wybudujemy tam tego, bo to jest zapadły zaułek, żeby dojść do niego trzeba przejść przez pół Nokturnu. Wytłumaczcie mi, po co trzymamy całą ulicę, przy której większość mieszkańców, sklepikarzy, usługodawców para się mniejszymi albo większymi przestępstwami? Czy to ma być jakieś ciche przyzwolenie na zasadzie róbcie co chcecie, ale nie pchajcie się z tym między nas, macie Nokturn. Tam was nie dorwiemy?

- Przecież nie możemy ich wszystkich pozamykać w Azkabanie.

- Czemu nie, szefie? Borgin handluje czarnoksięskimi przedmiotami, za samo to co ma na ladzie powinien pójść siedzieć, a zaraz za nim wszyscy jego klienci.

- Borgin to Borgin, ale nie możemy przecież pozamykać w Azkabanie każdego kieszonkowca, który mieszka przy tej ulicy.

- Czemu nie?

- Cel by wystarczyło – Harry wtrącił, przypominając sobie wizytę w więzieniu.

- Azkaban to więzienie dla czarnoksiężników, nie kieszonkowców – Urquhart zaczął pomagać sobie gestykulacją.

- Innego nie mamy, więc z braku wyboru… – Harry wzruszył ramionami, a Ramirez wykonała gest w stylu „a widzisz, on też tak myśli.”

- Ramirez! Czy ty zaczęłaś właśnie kampanię wyborczą na stanowisko Szefa Biura? – Urquhart wybuchnął wreszcie, co nie zdarzało mu się często. – A ty jesteś szefem jej kampanii, czy rzecznikiem prasowym? – Dokończył wskazując na Harrego.

- Ja tylko mówię, że tą ulicę należałoby wyburzyć i wybudować od nowa – Ramirez wzruszyła ramionami, wracając do swojej roboty.

- Jeszcze jakieś genialne pomysły?

- Jeden, szefie – Harry postanowił wyrazić wątpliwość, która trawiła go niemal od pierwszej chwili. – Może wcale nie ma żadnej „Milicji”?

- Wyjaśnij, proszę.

- Spaliły się domy o numerach oscylujących w okolicach osiemdziesiątki, a ten napis znaleźliśmy na sklepie Borgina, który stoi pod trzynastką. Osiemdziesiąt, trzynaście. Trzynaście, osiemdziesiąt. Kawałek drogi, nie? Jakby to było na domu, powiedzmy siedemdziesiątym, czy coś, to ok. Ale na trzynastce?

- Mogli się obawiać, że jak napiszą to bliżej, to napis się spali – zauważył Neville.

- Albo, że złapiemy ich w trakcie pisania – Ramirez podchwyciła opinię kolegi.

- Coś wam opowiem. Załóżmy, że idę sobie przez Hogsmeade i widzę zbitą szybę w witrynie Miodowego Królestwa, wzruszam tylko ramionami i idę dalej, a potem na bramie szkoły jest napisane „To zrobiliśmy my, Kamanda Pinka Floyda”. Ale co zrobiliśmy? Napisaliśmy ten napis? Podeptaliśmy kwiatki? Traf chciał, że ktoś wybił szybę w Miodowym Królestwie więc co? Bierzemy to za przyznanie się do winy i szukamy jakegoś Pinka Floyda? Absurd.

- Ale oni przyznali się do podpalenia – Ramirez wtrąciła się w jego przemowę.

- Naprawdę? Czy aby na pewno? – Harry zapytał z ironią.

- Nie przyznali się – Urquhart odpowiedział mu spokojnie, w czasie gdy Ramirez odgrzebywała odpowiednią stronę raportu, by zastygnąć z otwartymi ustami.

- A to skurczybyki – powiedziała wreszcie. – Nie napisali co zrobili.

- Nie wiemy kto to napisał, kiedy to napisał, ani co miał na myśli. Równie dobrze napisać to mógł sam Borgin po wydaniu nam Narcyzy. Ściany na Nokturnie są wiecznie pomazane, więc nikt wcześniej nie zwrócił na ten napis uwagi.

- Czyli co, sugerujesz żebyśmy rzucili tą sprawę? – Urquhart zapytał przenikliwym tonem.

- Sugeruję, żebyśmy skupili się na znalezieniu podpalaczy, a nie Milicji. Jeśli ten dom podpaliła jakaś Milicja, to znajdując podpalaczy, znajdziemy i Milicję. Jeśli zaś będziemy szukać Milicji, która nie istnieje, albo nie ma nic wspólnego z pożarem, to wymkną nam się podpalacze. Ale to tylko moje zdanie – dokończył, wzruszając ramionami.

- Pracujcie dalej – Urquhart rzucił, wstając od biurka.

- A ty dokąd? – Ramirez krzyknęła do pleców szefa.

- Idzie do Pascala – Neville miał najlepszy widok z nich wszystkich.

- To co Harry, zgłosiłeś się na ciepły stołek szefa?

- Tak, jasne i na przewodniczącego Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów też. Co będę sobie żałował.

- Myślę, że poparcie Kingsleya miałbyś jak w banku.

- Kingsley nie bierze udziału w wyborach.

- Ale wybiera tych, którzy wybierają. Jeśli wiesz co mam na myśli.

- Ramirez, czy ty aby na pewno dzisiaj dobrze się czujesz? – Harry zrezygnowany odłożył swoje pióro. – Bo pleciesz jak potłuczona.

Ich szef wrócił od Pascala dopiero po godzinie, co wskazywało na intensywność odbytego spotkania.

- Więc tak – Zaczął dość nietypowo. – Pascal nie podziela twojej opinii, Harry i uważa, że za podpaleniem stoi Milicja. Zgodził się jednak, że skupienie się na odnalezieniu podpalaczy, to dobre rozwiązanie. Zbierajcie swoje śmieci. Lecimy na Nokturn – Zakończył, ruszając do wyjścia. Pozostali członkowie zespołu poderwali się za nim.

Cały zaułek, w którym poprzedniego dnia wydarzyła się tragedia, odgrodzony był złotymi taśmami opatrzonymi czarnym napisem „Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów” oraz Brytyjskie Ministerstwo Magii”. Za taśmami kręcili się pracownicy różnych departamentów, głównie członkowie ekip technicznych sprawdzających stopień uszkodzenia poszczególnych budynków i ich przydatność do zamieszkania, oraz gobliny z banku Gringotta, szacujące straty i wysokość odszkodowań, o jakie występować będą mogli pokrzywdzeni. Nie były to jednak jedyne osoby w zaułku. Przed taśmami tłoczył się pilnowany przez oficerów Patrolu Przestrzegania Prawa tłum gapiów, w którym nietrudno było dopatrzeć się osób, które z Nokturnem nie miały nic wspólnego. Część z tych osób trzymała w dłoniach naprędce zrobione tabliczki z przeróżnymi hasłami. Harremu wystarczył jeden rzut oka, by przekonać się że większość z nich wyrażała poparcie dla podpalaczy, lub też oburzenie działaniami Brytyjskiego Ministerstwa Magii.

- Roy miał rację. Z tego może być niezły dym – Neville głośno wyraził swoją opinię, uważnie lustrując falującą tłuszczę ludzi.

- Nie ma dymu bez ognia.

- Ogień już był, drodzy państwo – Urquhart zareagował na komentarz Ramirez. – O tam – wskazał im ręką na wypełnioną spalonym deskami dziurę w ziemi. Hej, ty! – Wykrzyknął w stronę jednego z techników, przywołując go gestem dłoni.

- Słucham?

- Czemu nikt nie pracuje przy tamtym budynku?

- Bo tam nie ma przy czym pracować – technik wzruszył ramionami, niecierpliwie oglądając się na porzuconą pracę, którą najwyraźniej uważał za o wiele ważniejszą od wypalonej dziury. – Tam mogą już wchodzić ekipy budowlane, żeby oczyścić teren pod nowy budynek.

- To jest miejsce zbrodni! – Urquhart miał ochotę krzyknąć, ale tylko warknął z naciskiem.

- Tak jak powiedziałem. Tam nie ma przy czym pracować – technik powtórzył niewzruszony. – Teraz jeśli pan pozwoli, wrócę do swoich zajęć – odszedł niepoczekawszy na pozwolenie. Prowadzony przez, delikatnie ujmując, niezadowolonego Urquharta zespół podszedł do miejsca, w którym wszystko to się zaczęło.

Zewnętrzne oględziny zgliszczy i obchodzenie ich kilkukrotnie dookoła, nie wniosły do wiedzy zespołu absolutnie nic nowego. Pomimo więc wszelkich towarzyszących im obiekcji, postanowili zejść do dołu i przejrzeć wszystko deska po desce.

Podczas gdy Urquhart i Neville przeczesywali kolejne metry zapadliska, Ramirez i Harry niemal natychmiast sięgnęli po różdżki, by nie tracąc czasu odnaleźć miejsce, w którym zaczął się pożar. Kiedy tylko wypowiedzieli zaklęcie, dzięki któremu przed kilku laty Dumbledore znalazł wejście do tajemnej groty Voldemorta, oboje poczuli, jak ich różdżki zaczęły wibrować.

- To nie będzie jednak takie proste, co? – Harry uśmiechnął się do koleżanki.

- Bo ty byś chciał na obiadek wrócić do narzeczonej i pewnie jeszcze deserek zaliczyć – odparła mu z przyjacielską drwiną. – Trzeba będzie popracować. Idę tam – wskazała na ostały się po pożarze łuk, stanowiący wejście do ciemnego tunelu.

- Wolałbym nie – odpowiedział jej, przyglądając się osmalonym cegłom. – Wygląda to, jakby chciało się zawalić na pierwszego przechodnia.

- Jak się zawali to mnie wyciągniesz, a wyczuwam tam silną magię – odpowiedziała mu, znikając w tunelu. W tym jednym na pewno miała rację. Różdżka Harrego także rwała się w tamtym kierunku. Miał jednak wątpliwości, czy wilkołacy podpaliliby się sami. Tak właściwie, to nie miał pojęcia w jaki sposób miałby znaleźć miejsce podpalenia przy pomocy jedynie różdżki. Może i miejsce to było zamieszkane przez wilkołaki, ale nadal byli oni czarodziejami i mieli swoje różdżki, a co za tym idzie czarowali. Każdy cal tego miejsca przesiąknięty był magią, a on nie potrafił rozróżnić stosowanych czarów. Równie dobrze mógł przejść właśnie nad samoprasującymi się szatami, jak i całą serią Cructiatusów, a i tak nie miał o tym pojęcia. Kilka razy wydawało mu się, że już na coś trafił, kiedy jednak przewalał wreszcie kupę zgliszcz by dokopać się do źródła magii, okazywało się że jest to zaczarowana szczotka, która wciąż się kręciła, pomimo że nie było już pod nią ani talerza który miałaby myć, ani nawet zlewu. Innym razem była to kolia, którą nałożone czary uchroniły przed stopieniem się od ognia wraz z innymi srebrami, albo brzytwa, która nie miała już kogo golić. Wszystko to było z jednej strony zniechęcające, a z drugiej jednak do przewidzenia. Byli na Nokturnie, ulicy gęstej od czarnej magii, w zgliszczach domu zamieszkanego przez stado wilkołaków, a on szukał w tym miejscu magii. Nawet dla niego samego wydawało się to wariactwem. Właśnie miał się zabrać do odkopania kolejnego, mocniej wibrującego magią miejsca, kiedy usłyszał okrzyk dobiegający gdzieś głęboko spod ziemi, a tak mu się przynajmniej wydawało.

- Ramirez! – Wykrzyknął, rzucając się w stronę tunelu i potykając na pojedynczych, sterczących pod dziwnymi kątami deskach. – Lumos! Ramirez, gdzie jesteś? – Zawołał, wpadając do mrocznego wnętrza, które okazało się dość stromą klatką schodową. Za sobą słyszał nadbiegających partnerów.

- Tutaj! – Jej głos był lekko roztrzęsiony, ale już znacznie spokojniejszy. – Na prawo.

W biegu pośliznął się na sadzy chcąc zbyt szybko zmienić kierunek i brudząc sobie całą dłoń i bok szaty, którymi otarł się o ścianę ratując przed upadkiem. Tutaj również wszędzie znać było ślady ognia. Ramirez stała w zamykanym na stalowe drzwi najdalszym z pomieszczeń. – Czemu tutaj cuchnie beko… och – zreflektował się w ostatniej chwili. – Czemu krzyczałaś?

- Zdaje się, że technicy przegapili jedno ciało. – Wskazała na leżący na ziemi szkielet. – Było przykryte tym – Wskazała na metalową misę osmaloną przez płomienie.

- Co tak pachnie bekonem? – Neville spytał, wchodząc do pomieszczenia.

- Smacznego – Ramirez rzuciła z sarkazmem.

- Ukryli się tutaj. Myśleli, że stalowe drzwi ich osłonią przed płomieniami – Harry powiedział, spokojnie oceniając sytuację. – Kiedy drzwi puściły, chcieli przynajmniej ocalić tego jednego – kiwnął głową w stronę znalezionych szczątków. – Ile mógł mieć?

- Myślę, że dopiero co się urodził – Ramirez dokończyła ze smutkiem, patrząc na półmetrowy szkielecik. – Sami nie mieli szans, ale chcieli uchronić swoje dziecko.

- Dość tych melancholii. Po ciało wezwiemy techników, a my mamy znaleźć podpalaczy. – Nie trzeba było być uważnym obserwatorem, by zauważyć, że Urquhart był dziś wyraźnie nie w sosie.

Opuściwszy posępny loch, grupa ponownie rozsypała się po całym miejscu zbrodni. Urquhart zaglądał w każdy ciemny zakamarek, jakby spodziewał się za uszy wyciągnąć przyczajonego tam podpalacza. Neville zrezygnowany chodził z rękami założonymi na plecach, od czasu do czasu kopniakiem usuwając spod nóg zawadzającą mu deskę. Harry i Ramirez dalej wodzeni byli za nos przez swoje różdżki, przy czym Harry wrócił do grzebania w miejscu, z którego odciągnął go krzyk koleżanki. Przerzucił już ze dwa tuziny spalonych desek, a różdżka wciąż sugerowała, że źródło magii jest przed nim. Wszystko wskazywało na to, że niechybnie zmierzał do nory jakiegoś magicznego kreta, który wykopawszy sobie dom pod zgliszczami mamił jego różdżkę. Ciekawe tylko, czy kret ten miałby być różowy, czy raczej umiałby tańczyć salsę. Parsknął krótkim śmiechem na ostatnią z możliwości i syknął.

- A żeby to szlag. Skurr..kowany jeden.

- Co się stało? – Ramirez grzebała tuż za jego plecami.

- Oparzyłem się – mruknął, zastanawiając się czy lepiej wyczarować rękawicę, czy odwalić belkę zaklęciem.

- Dziwisz się? Pożar był tutaj ledwie wczoraj popołudniu. Trochę zajmie nim to wystygnie, nawet zalane przez naszych wodą.

- No to chyba kiepsko polali – warknął, dla ochłody machając dłonią. – Inne były ciepłe, ale to skurkowaństwo parzy jak diabli.

- Mała dzidzia – zacmokała i złapała za belkę, najwyraźniej chcąc mu coś udowodnić. – O sukinkot! – Krzyknęła.

- W co wy się tam zabawiacie? – Urquhart podszedł do nich, przyglądając się spod zmrużonych powiek.

- Oparzyło mnie – wymamrotała, ssąc trzy palce naraz.

- A nie mówiłem – Harry odpowiedział jej z satysfakcją, choć sam nadal machał poparzoną dłonią. Urquhart przepchnął się między nimi i postukał w feralny kawałek drewna swoją różdżką.

- Znaleźliście miejsce podpalenia.

- Myślisz? – Ramirez ironizowała wciąż trzymając palce w ustach. – Taki mądry, bo sobie łapy nie oparzył.

- Do jasnej cholery! Schłódźcie sobie te palce czarami, bo mnie zaraz szlag z wami trafi – dwójka aurorów posłusznie wykonała polecenie. – Miejsce rzucenia Szatańskiej Pożogi nie wystygnie tak szybko jak reszta spalonej konstrukcji. Więc czar rzucono w tym miejscu i rozprzestrzenił się na resztę budynku. Czyli czar rzucono tutaj, w to miejsce – Urquhart zaczął się rozglądać wokoło, starając się zlokalizować położenie tego pomieszczenia.

- To ma sens! – Usłyszeli Nevilla, który stał dwa metry nad nimi, na powierzchni. – To jest tylne wejście do budynku, prowadzące na podwórze – troje aurorów wylewitowało się do Nevilla. – Idealne miejsce, z trzech stron otaczają je budynki, a z czwartej ściana mugolskiego Londynu – pokazał na placyk niewiele większy od tego na tyłach Dziurawego Kotła, z trzech stron otoczony zgliszczami, a z czwartej wysoką na trzy piętra ceglaną ścianą. – Jeśli ktoś chciał podpalić ten budynek niezauważony, to jest to jedyne miejsce, które ma sens.

- Nie. To zupełnie nie ma sensu – Urquhart zaoponował głucho.

- Osłonięte przed wścibskimi oczami, ogień może zająć od razu trzy ściany i szybko można uciec. Jest idealne – Neville powiódł ręką wokół placyku.

- Z tym jednym problemem, że ze spalonych budynków nie można było na niego wejść ani przez te drzwi, ani przez okna.

- Aportacja.

- Zabezpieczone zaklęciami, przed pożarem nie mogłeś się aportować, deportować, przylecieć świstoklikiem, ani nawet na miotle. Jesli rzuciłbyś zaklęcie z nieba, to odbiłoby się od magicznej osłony, to samo przez okno. Jeśli to te drzwi są miejscem zapalnym, to podpalili się od wewnątrz – szef ich zespołu zakończył wyrokująco. Zbieramy się do biura – rozkazał, wskakując do zgliszcz, jedynej drogi na ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Neville z Ramirez poszli w jego ślady, ale Harry nie ruszył się na krok, kołysząc się powoli na stopach.

- Idziesz? – Latynowska zwróciła się do Harrego.

- Chyba, że był niezwykle mały – Harry odpowiedział cicho. Bardziej do siebie, niż zespołu.

- Słucham?

- Mówię, że na ten placyk jest wejście, o którym zapomnieliście – powiedział głośniej.

- Jakie?! – Urquhart wylewitował się na placyk tak gwałtownie, że omało nie zarył w przeciwległy mur. – Otoczyliśmy cały plac bańką. Nikt nie mógł na niego wejść, ani wlecieć. Nie ma takiej możliwości. Podkopać też nie mieli możliwości, zabezpieczyliśmy ziemię przed tym, żeby się wilkołaki nie wykopały przez piwnicę.

- Zapomnieliście o istniejących tunelach – Harry powiedział spokojnie.

- Jakich tunelach? Tym?! – Urquhart spytał zszokowany, podążając za wzrokiem Harrego. – To jest kratka ściekowa, tym się nikt nie przeciśnie.

- Chyba, że jest szczurem, kotem, czy żukiem, że wymienię tylko te zwierzęta, które pamiętam.

- Myślisz o animagach? – Neville spytał, podążając za tokiem myślenia przyjaciela. Harry skinął głową. – Ale to znaczy, że musiałby znaleźć wejście do tunelu z drugiej strony, wiedząc że prowadzi on właśnie tutaj i jeszcze liczyć, że krata da się podnieść.

- Kratka jest podniesiona – Harry wciąż patrzył na kratkę spływową, która z jednej strony faktycznie wystawała, kiepsko wpasowana w otwór.

- Równie dobrze może tak leżeć od kiedy zablokowaliśmy to podwórze – Urquhart odpowiedział chłodno, przyglądając się to niewielkiemu włazowi, to znowu omiatając wzrokiem mur i podwórze. W jego oczach gościł jakby niepokój.

- Ale nie leży. Ta wystająca część jest z boku mniej zardzewiała, a tylko osmalona ogniem, jakby nie tak dawno jeszcze była prawidłowo zamknięta – Ramirez powiedziała, klęcząc przy ich nowym obiekcie zainteresowania.

- Panie oficerze, skończyliśmy szacowanie strat i z naszych szacunków wynika, że budynki te spłonęły w wyniku celowego podpalenia, więc ministerstwo nie otrzyma w związku z tym wydarzeniem pieniędzy należących do banku.

- Gówno mnie teraz obchodzą pieniądze banku! Idź mi stąd! – Urquhart wrzasnął do stojącego po przeciwnej stronie zgliszcz goblina. – Ci tylko o pieniądzach. Trzeba przesłuchać wszystkich animagów pod kątem uczestniczenia w tym podpaleniu i sprawdzić dokąd biegnie ten tunel.

- Możesz ich sprawdzać – zgodził się Harry. – Ale sprawdzisz tylko animagów zarejestrowanych. Sam zaś znałem troje niezarejestrowanych animagów, z których dwoje na pewno zmieściłoby się w ten otwór i to bez większych problemów. Szukamy wiatru w polu.

- Zawsze jednak to coś – Urquhart postanowił nie zgodzić się z Harrym w tej sprawie. – Chyba, że wolisz sobie posiedzieć za biurkiem?

- Wyluzuj szefie, co cię dzisiaj ugryzło?

- Właśnie, jakaś gza cię dziabła, czy co? – Ramirez zawtórowała za Harrym.

- Neville, sprawdź ten kanał. Harry, skoro jesteś specjalistą od animagów, to po powrocie do ministerstwa sprawdzisz rejestry animagów. Ramirez, do mojego powrotu przypilnujesz go.

- A ty dokąd, szefie?

- Muszę jeszcze coś załatwić – Urquhart obrócił się w miejscu, znikając z cichym trzaskiem.

- Ktoś wie o co mu chodzi? – Ramirez spytała chłopaków, którzy jedynie wzruszyli ramionami. Ich szef zrobił się jakiś dziwny, ale w tym świecie nic nie było normalne.

- Dobra, spadajmy zanim nawinie się kolejny goblin. Wszyscy znamy swoje zadania – skinęli sobie głowami, deportując się jednocześnie.

Korytarze Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów były puste. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało, by pracownicy w jakikolwiek sposób przejęli się porannym zebraniem. Kiedy jednak przyjrzeć się dokładniej wtedy… Nie, wtedy też nie zauważało się żadnej zmiany. Czarodzieje siedzieli w swoich gabinetach, leniwie przybijając pieczątki lub też czytając gazety, z nogami założonymi na biurka. Tego oczywiście idący korytarzem Harry i Ramirez nie mogli stwierdzić z całą pewnością, jako że drzwi były pozamykane, a oni nie dysponowali niczym posiadającym właściwości choćby zbliżone do magicznego oka Szalonookiego Moodiego. Przedmiot taki bez dwóch zdań ułatwiłby im pracę.

- Harry Potterze – usłyszeli za sobą, wchodząc do kwatery głównej. W ślad za nimi szedł John Tardis, dawny szef Nevilla. – Gdzie jest wasz szef?

- Pascal, czy Urquhart?

- Urquhart. Miał być u szefa departamentu pół godziny temu. Timothy Roy piekli się na pół ministerstwa.

- Urquhart został w terenie. Powiedział, że musi coś jeszcze załatwić.

- Lepiej niech załatwia to szybko. Komisja nie będzie czekała na niego wiecznie.

- Jak tylko się pojawi, od razu mu powiemy – Ramirez uspokoiła oficera Grupy Uderzeniowej.

- No to już wiemy, o co mu chodzi – Harry stwierdził siadając za swoim biurkiem.

- Chyba mu się nie spodobało, że go zgłosiłam na stanowisko.

- Ty też? – Harry parsknął śmiechem. – My z Nevillem też go zgłosiliśmy.

- Jak go nie wybiorą, mamy przerąbane do końca życia. Tak, wiemy szefie. Powiemy mu – Ramirez dokończyła zwracając się do podchodzącego Pascala, który tylko skinął głową.

- Jak go wybiorą, też mamy przerąbane do końca życia – Harry poprawił jej myśl. – Taka już nasza dola.

Przeglądanie rejestru animagów nie było długą pracą, jako że i zarejestrowanych w tym stuleciu animagów można było na palcach policzyć. Dodatkowo zaś wojna również przetrzebiła ich szeregi. Po zaledwie kwadransie Harry miał listę czterech nazwisk osób, które mogły się zmieścić w rzeczonym otworze, by następnie podpalić budynek. Teraz siedział odrobinę bezmyślnie przyglądając się tej liście.

- Tak sobie myślę – odezwał się do rozwiązującej krzyżówkę Ramirez.

- Mhm?

- Że McGonagall to chyba możemy z tej listy wykreślić.

- Tak myślisz? – Spytała, nie odrywając wzroku od krzyżówki.

- A ty nie?

- To ty jesteś analitykiem tej grupy, nie ja – Harry tylko sapnął zrezygnowany.

- Tak, tak myślę. Pani dyrektor jest ostatnią osobą, po której można się spodziewać czegoś takiego.

- Czyli zostają nam trzy osoby. Kogo wziąłbyś na pierwszy ogień?

- Ritę – warknął mściwie. – Ale Roy musi mi podpisać papier o śledztwie kryminalnym. – Ramirez uniosła brew w niemym pytaniu.

- Chcę tą babę nafaszerować wreszcie Veritaserum. Sądzę, że podpalenie wilkołaków nie byłoby największym z jej przewinień.

- Decyzja należy do Urquharta. Poczekamy aż wróci.

- Jeśli Rita jest winna, to do jego powrotu może zwiać z Anglii, jeśli jeszcze tego nie zrobiła. Zastępujesz Urquharta, możesz zdecydować.

- Poczekamy – Latynoska stwierdziła kategorycznie.

- Popełniasz błąd.

- Może tak, może nie.

Była taka piosenka, której tekst zaczynał się od słów „tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro. Życie ciągnie się, jak makaron.” Słowa te mogłyby stać się poniekąd hymnem bywalców Kwatery Głównej Aurorów. Poza okazjonalnymi wypadami na akcje, lub też jedynie pozorowane akcje, ich życie ograniczało się do niewielkiego boksu z biurkiem i krzesłem. Tam spędzali nie tylko godziny, ale całe dnie, a czasami i tygodnie. Harry złapał się nawet na tym, że wypracował metodę drzemania z otwartymi oczami, by sprawiać wrażenie człowieka zawsze skupionego na swojej pracy.
Podobnie było teraz. Udając że wciąż pracują, dwójka aurorów oddawała się przymusowemu relaksowi. Jaki był sens trzymania blisko setki pracowników agencji mającej pilnowac bezpieczeństwa, jeśli ich głównym zadaniem była zabawa jojo, gra w bierki, albo rozwiązywanie krzyżówek. Harry lubił jeździć na zagraniczne szkolenia i seminaria nie dla nauki, wszak nigdy zagorzałym fanem szkoły nie był, ale ze względu na to, że na takich wyjazdach zawsze się coś działo. Kiedy zaś wracał tutaj, dopadała go wszechogarniająca nuda i gdyby nie czekająca na niego w domu Ginny i zwierzaki, to zapewne zupełnie by zwariował, jak nie szukając daleko Szalonooki. Podczas jednej z akcji udało mu się wpaść na, a właściwie w pobliże, wokalisty Fatalnych Jędz, który był otoczony wianuszkiem fanek i odgradzany od nich przez ledwie powstrzymujących rozhisteryzowane kobiety, ochroniarzy. „W ich pracy jest więcej adrenaliny, niż w Biurze Aurorów” pomyślał wtedy, nagle pragnąc zostać ochroniarzem jakiejś gwiazdy rocka.

- Jak poszukiwania podpalaczy? – Głos Urquharta wyrwał ich z drzemki.

- Wytypowaliśmy trzech animagów, którzy mogli tego dokonać – Harry podał szefowi kartkę z nazwiskami.

- Tylko trzech?

- Była jeszcze dyrektor McGonagall, ale jej raczej nie podejrzewamy – Ramirez uzupełniła jego wypowiedź.

- No raczej nie.

- Szefie. Roy podobno ciebie szukał.

- Wiem, już do niego idę.

- Mógłbyś przy okazji poprosić o wszczęcie procesu kryminalnego w tej sprawie? – Harry spytał z nadzieją. – Chciałbym przesłuchać ich z użyciem Veritaserium. – Urquhart w żaden sposób nie zareagował na sugestię Harrego. Jedynie postał chwilę wpatrując się w krótką listę nazwisk, po czym udał się do gabinetu szefa departamentu.

Gabinet Timothy’ego Roya wyglądał tak jak zawsze i jego właściciel wyglądał tak jak zawsze, w niczym nie odbiegając swoim wyglądem od rasowego mugolskiego prawnika. Nikt nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak Timothy Roy mógłby wyglądać w czarodziejskich szatach. Zobaczenie go w takim stroju wydawało się wręcz nierealne.

- Miło pana widzieć, oficerze Urquhart – pomimo słów, ani wyraz twarzy Roy’a ani jego ton nie wskazywały na to, żeby miło było mu widzieć aurora. – Komisja w pańskiej sprawie zebrała się dwie godziny temu.

- Wiem o tym.

- Nie stawił się pan.

- Zatrzymały mnie obowiązki służbowe.

- A nie, celowe unikanie tej komisji?

- Chyba powinienem odpowiedzieć, że nie – Urquhart zmienił odrobinę ton na jakby bardziej przepraszający.

- Tylko po co mamy sobie opowiadać bajki – Roy przybrał swój zwyczajowy uśmiech. – Udało nam się już przeprowadzić rozmowy ze wszystkimi kandydatami. Nie powiem, niektórzy z nich przedstawiają ciekawy pogląd na funkcjonowanie Biura Aurorów i nie są to jedynie aurorzy. Szkoda że nie przyszedł i pan, kiedy czekała komisja.

- Widzi pan, szefie. Ja zwyczajnie nie chcę zostać szefem biura.

- Nie chce pan, czy pan odmówi?

W Kwaterze Głównej Harry i Ramirez czekali na powrót swojego szefa z nakazem przesłuchania wybranych animagów, jednocześnie nudząc się dokumentnie. Nuda doprowadziła ich do stanu, w którym postanowili złamać jeden z podstawowych przykazów Urquharta, który zabraniał im pojedynkowania się ze sobą oraz wychodzenia na wspólne patrole. Nie, na patrol się nie wybrali, ale popojedynkować jak najbardziej.

Po wielkiej fali kandydatów do pracy w Biurze Aurorów nie pozostał już właściwie ślad i sala ponownie świeciła pustkami. Tylko w piątkowe popołudnia kończącego się miesiąca sala zapełniała się aurorami, którzy musieli przejść obowiązkową ewaluację, pokazującą czy w ogóle jeszcze nadają się do wykonywanej pracy.

Harrego niezmiernie drażnił ten olewczy stosunek do ćwiczeń, jaki wykazywali aurorzy. Nie chodziło mu nawet o ćwiczenia fizyczne czy sprawnościowe na mugolskich urządzeniach w sali obok, ale zwykłe rzucanie czarów. Auror nie miał w pracy czasu na zastanawianie się, musiał mieć wyćwiczone pewne odruchy. Pewne czynności powinien wykonywać nim jeszcze o nich do końca pomyśli. Jeśli na salę ćwiczeń przychodziło się jedynie od święta by zaliczyć ewaluację, niećwiczone odruchy zanikały. Człowiek zaczynał się zastanawiać i przegrywał z przestępcą, który od samego początku do końca wiedział co chce zrobić.

- Tylko tym razem postarajcie się nie zdemolować mi sali – Eryk powiedział, widząc że wchodzą sami. Nadal miał w pamięci dzień, w którym Ramirez i Harry po raz ostatni walczyli ze sobą sam na sam. Naprawianie sali zajęło mu wtedy dwie godziny. Ci aurorzy mimo łączącej ich przyjaźni zawsze walczyli na pełnych obrotach, jakby jedno próbowało zabić drugiego. To była święta wojna.

Prośby Pillsa na nic się nie zdały. Harry nie zamierzał słuchać trenera, któremu nadal nie wybaczył wypadku, jaki spotkał Ginny i z którym od słynnej na pół ministerstwa walki nie zamienił ani jednego słowa. Ramirez z drugiej strony nigdy nie mogła sobie odmówić popuszczenia Harremu odrobiny krwi.

Skoro stanęli na macie treningowej z takim nastawieniem, nie było się co dziwić, że już po kilku minutach fragmenty maty, tynku i szkła zaczęły latać po całej sali. Dla dwójki aurorów panujący chaos był niczym więcej, jak dobrą zabawą. Zaśmiewali się w głos, od czasu do czasu wykrzykując w swoją stronę kwestie brzmiące niczym żywcem wzięte z serialu o Zorro, lub Hrabim Monte Christo.

Dwóch członków Patrolu Przestrzegania Prawa, którzy jeszcze chwilę wcześniej ćwiczyli na strzelnicy, teraz siedziało w wyczarowanych fotelach z wielkimi kubełkami popcornu, zwędzonego magicznie z nie wiadomo którego kina. Przed ich oczami toczył się przewspaniały spektakl walki i zniszczenia, jakiego nie mogliby zobaczyć w najlepszym mugolskim kinie, najlepszej sztuce magicznego teatru, a już na pewno nie w realnym świecie, gdzie musieliby być jego częścią. Urquhart w pewnej chwili wyjrzał jedynie ze swojego pokoiku, lecz widząc już co się dzieje, jęknął jedynie z rezygnacją i zrezygnowany skrył się w nim ponownie. Teoretycznie miał obowiązek przerwać każde zachowanie, które prowadziło do zniszczeń na sali ćwiczeń, w tym wypadku postanowił jednak udać, że absolutnie nic nie widział.

Harry od dawna tak dobrze się nie bawił (nie żeby nie bawił się dobrze w towarzystwie Ginny, tego absolutnie nie mógł powiedzieć!), czuł jak jego wewnętrzne akumulatory ładują się i mimo niewątpliwego wysiłku fizycznego był pełen werwy, jak nigdy. Właśnie zaśmiewał się do rozpuku obserwując, jak Ramirez zwija się od celnie wymierzonego zaklęcia uporczywych łaskotek, jednocześnie próbując czymś w niego trafić, kiedy drzwi sali otworzyły się.

- Neville – odezwał się, widząc wchodzącego przyjaciela – Stop! – Rzucił w stronę Ramirez przerywając zaklęcie łaskotek, a jednocześnie oznajmiając zakończenie pojedynku. Ramirez nie usłyszała, lub nie chciała usłyszeć co mówił Harry, gdyż złapawszy pierwszy głębszy oddech, zafundowała mu wielką kurzajkę na nosie. Harry usunął ją jednym leniwym machnięciem – Przecież mówiłem, że stop. Neville, co się dowiedziałeś?

- No właśnie, jak poszukiwania, Neville – Ramirez zwróciła się w stronę kolegi. – Fuj, śmierdzisz jak…

- Ściek? – Młody auror dokończył za nią, robiąc niewyraźną minę.

- Daleko nie szukając, tak.

- No to jak ci poszło? – Harry powtórzył pytanie.

- Najpierw całkiem nieźle, bo dowiedziałem się, dokąd leci ta rura, a potem śmierdząco, bo tam poszedłem. Rura kończy się w mugolskich ściekach, więc podpalacz mógł zwiać nimi gdziekolwiek.

- Jak Glizdogon po wysadzeniu ulicy – warknął Harry.

- Jeśli były jakiekolwiek ślady, to wypłukała je woda, którą gasiliśmy pożar.

- Czyli ślepy zaułek – Ramirez powiedziała z rezygnacją.

- Ja bym się upierał przy formie „Kanał” – Neville mruknął, wąchając fragment swojej szaty.

- Może być i kanał, jeśli chcesz sobie to ciągle przypominać. Urquhart jest już w biurze?

- Nie widziałem go. Nie wrócił jeszcze, gdziekolwiek poleciał?

- Wrócił, ale poszedł do Roy’a i czekamy, że wróci z nakazem przesłuchania.

- Wytypowaliście animagów?

- No ba. My się nie szlajamy, tylko pracujemy – Neville chciał coś jeszcze odpowiedzieć, ale do ich wesołej gromadki dołączył nagle Urquhart. Ich szef miał wyjątkowo kwaśną minę, więc spodziewali się porządnej reprymendy.

- Neville – dowódca zwrócił się wprost do śmierdzącego kanałami aurora, pomijając wyraźne oznaki pojedynku Harrego i Ramirez. – Od jutra obejmujesz dowodzenie nad Grupą Szybkiego Reagowania.

Po raz pierwszy w historii, żadne z podwładnych nie miało nic do powiedzenia. Właściwie to w tej właśnie chwili zupełnie odebrało im mowę.

**

Usłyszała jego kroki na schodach. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wracał o odpowiedniej porze, wyprzedzając tym pozostałych mieszkańców domu. Odrzuciła książkę, którą czytała głaszcząc Łapę i zeskoczyła z sofy. Nie zwróciła uwagi na niezadowolone prychnięcie Hektora, którego głowa z impetem uderzyła w siedzisko, kiedy uciekła mu poduszka w postaci jej pośladków i wypadła z saloniku.

Harry szedł powoli, z rozwagą stawiając każdy kolejny krok jakby bał się potknięcia o stopień, mocno ściskając drewnianą balustradę. Kiedy uniósł głowę, zobaczyła ziemistą cerę i niemal zupełnie zamknięte powieki.

Przez ostatnie, razem spędzone miesiące i wszystkie poprzednie lata Ginny widziała już chyba wszystkie wyrazy zmęczenia na twarzy Harrego. Zmęczenie po pokonaniu Bazyliszka. Zmęczenie po walce ze smokiem i walce na cmentarzu, w której zginął Cedrik. Zmęczenie po bitwie w Ministerstwie i po stracie Dumbledore’a. Na pamięć znała każdy wyraz jego twarzy, tak często oranej rozpaczą, rezygnacją, stratą. Wiedziała kiedy był zmęczony walką, pracą za biurkiem, lub bezsenną nocą przy szpitalnym łóżku. To jednak był inny wyraz twarzy. Harry był wykończony, ale nie był wykończony fizycznie, a psychicznie. Każdy kolejny krok stawiał z wysiłkiem nie dlatego, że jego mięśnie mówił dość, tylko mózg kazał mu się już zatrzymać.

Delikatnie uśmiechnął na jej widok. Nim zdołała zapytać co się wydarzyło, pochylił się do niej, szepcząc kilka słów. Oczy jej zalśniły, ujęła jego dłoń i poprowadziła do domowej biblioteki.

Zapadli się w stary, wysiedziany fotel. Ginny usiadła na jego kolanach, mocno obejmując za szyję i składając na jego ustach głęboki pocałunek. Nie rozebrali się. Kochali się długo. Kochali się namiętnie. Rozkoszowali się bliskością i chwilą, która była namacalnie magiczna. Ginny powoli unosiła się i opadała w rytm ich oddechów, idealnie w tej chwili zsynchronizowanych. Nigdzie się nie śpieszyli. Mogli tak trwać w nieskończoność.

Kiedy opuszczali bibliotekę, każde z nich było bardziej pełne energii, aniżeli w chwili, kiedy do niej wchodzili. Harry odzyskał uśmiech na twarzy i chęć do życia i nie mógł sobie wyobrazić, jak mógł myśleć że to pojedynek z Ramirez jest tym, co da mu najwięcej energii. Ginny promieniała, dawno już nie kochali się z Harrym tak jak teraz. Ich miłość była pełna pasji, namiętna, czasem gwałtowna, nigdy żadne z nich nie mogło na nią narzekać, ale już dawno nie czuła takiej bliskości jak teraz.

Trzymając się za ręce, wyszli z biblioteki z najbardziej ludzką z myśli, czyli zjedzeniem kolacji i u szczytu schodów wpadli na niewątpliwie czekającego na nich Rona. Rudzielec stał z dłońmi zaciśniętymi w pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie, aż trzęsąc się od targających nimi emocji.

- Czy coś się stało, Ron? – Ginny zapytała, spodziewając się wybuchu pretensji o to co właśnie robili w bibliotece. W sprawie życia osobistego, jakie prowadzili Harry i Ginny jej brat był niesamowitym hipokrytą. Sam szalejąc każdej nocy (i nie tylko) ze swoją narzeczoną, Potterów najchętniej zamknąłby w zakonie.

- Hermiona zniknęła – Jej brat powiedział zupełnie płaskim tonem.

Epilog

Wiatr delikatnie targał długimi, słomkowymi włosami. Biała, letnia sukienka do pół uda lekko falowała przy każdym jego podmuchu. Kobieta miała niezwykle atrakcyjne nogi. Obcasy wysokich, białych szpilek ostro stukały o bruk ulicy. „Ulica Pokątna” jej usta zadrgały w lekkim uśmiechu.

_______________________________________________________________________________________

Tak oto dotarliśmy do finału „Roku Dziewiątego”. Mam nadzieję, że spędziliście go miło razem ze mną i moim opowiadaniem i że zobaczymy się już 7 września.

Życzę wam bardzo miłych wakacji.

 

21. Upadek

14 cze

„Jak nieoficjalnie dowiedziała się nasza telewizja na teren szpitala London Central wdarł się uzbrojony mężczyzna. Rozmawiam z rzecznikiem prasowym Scotland Yardu, Terrym Pratchetem.
- Panie Pratchet, czy może pan potwierdzić te doniesienia?
- Tak. Z przykrością muszę przyznać, że na terenie szpitala przebywa uzbrojony mężczyzna. Badamy w tej chwili na ile realne zagrożenie stanowi ten człowiek.
- Czy to prawda, że mamy do czynienia z przetrzymywaniem zakładników?
- Nie, nie jest to prawdą. Mężczyzna nakazał całemu personelowi, hospitalizowanym, oraz ich rodzinom opuszczenie oddziału. Dopiero wtedy zabarykadował się na oddziale.
- Jaki to oddział?
- Ze względu na dynamiczny rozwój sytuacji i powodzenie operacji, nie mogę zdradzić tej informacji.
- Jeśli człowiek ten nie przetrzymuje zakładników, czemu Grupa Antyterrorystyczna nie przeprowadzi szturmu?
- Istnieje podejrzenie, potwierdzane przez tego człowieka, że posiada on bombę lub innego rodzaju materiały wybuchowe, które zdetonuje w przypadku szturmu. Tak jak powiedziałem wcześniej: badamy w tej chwili na ile realna jest to groźba.
- Jakie działania podejmujecie państwo w tej chwili?
- Ze względu na dobro operacji, nie mogę zdradzać szczegółów. Mogę jedynie powiedzieć, że kończymy ewakuację pozostałych oddziałów szpitala, a nasi negocjatorzy starają się nawiązać kontakt z mężczyzną. Jest to jednak utrudnione, gdyż przebywa on w odległym pomieszczeniu.
- Powiedział pan, że negocjatorzy starają się nawiązać kontakt. Czy mężczyzna ten postawił jakieś żądania? Powiedział dlaczego to robi?
- Niestety. Powiedział jedynie jak się nazywa i żąda spotkania z pewną osobą. Nasze służby mają jednak problem z ustaleniem zarówno tożsamości mężczyzny, jak i osoby, z którą żąda spotkania.
- Czy może pan podać nam te nazwiska?
- Tak, sądzę że może to na obecnym etapie przyspieszyć nasze działania. Człowiek ten twierdzi, że nazywa się Gawain Robards i żąda spotkania z Harrym Potterem.
- Rozumiem. Raz jeszcze zapytam. Na jakim oddziale zabarykadował się ten mężczyzna?
- Przykro mi. Nie mogę udzielić pani odpowiedzi.
- Ja mogę! Ja mogę jej panu udzielić! – Do reportera podbiegła kobieta. Sądząc po ubraniu, ewakuowana pacjentka. – Ten bandyta, ten diabeł, zabarykadował się z naszymi dziećmi. Z naszymi dopiero co urodzonymi maluszkami i grozi, że je wszystkie pozabija! – Wielkie jak groch łzy pociekły jej po policzkach.
- Panie Pratchet?
- Nie mogę potwierdzić tej informacji.
- Ty niczego nie możesz! – Krzyczała kobieta. – Lepiej weź się do roboty i uwolnij nasze dzieci, a nie brylujesz sobie w świetle reflektorów! – Stacja jeszcze przez blisko minutę pokazywała krzyczącą kobietę, a w tym czasie na trzecim piętrze London Central toczyła się walka z czasem i wojna nerwów.
W niewielkiej sali odwiedzin trzeciego piętra London Central tłoczyło  się kilkunastu ubranych w czarne kombinezony i grube hełmy z przesłoną, uzbrojonych w krótkie karabiny szturmowe mężczyzn. Na środku sali stał spory stół zastawiony masą komputerów, odbiorników i innych urządzeń elektronicznych, od których ciągnęły się dziesiątki kabli, kończąc się na czujnikach, mikrofonach i kamerach zainstalowanych przed drzwiami prowadzącymi na oddział położniczo-noworodkowy. Same drzwi oddzielone były wysoką barierą energochłonną, mającą na celu zatrzymanie ewentualnych kul oraz fali uderzeniowej eksplozji. Jedynie niewielki otwór pozostawiono dla snajpera, który wprost marzył o okazji do oddania strzału. Jego koledzy obstawili dach i okna budynków po przeciwnej stronie ulicy, tylko czekając aż porywacz odsłoni okno.
- Kto tu dowodzi? – Po hallu poniósł się donośny okrzyk.
- Ja. – Od stołu odwrócił się niemal dwumetrowy mężczyzna, którego postura mogłaby budzić respekt, gdyby nie fakt, że pytający był niemal tego samego wzrostu. Od prowadzących na piętro schodów szło czworo, ubranych w czarne garnitury, ludzi. Trzech mężczyzn i kobieta, przy czym tylko kobieta miała krawat, a jeden z mężczyzn był wręcz nonszalancko rozchełstany i nosił nieregulaminowo długie włosy. Dwóch antyterrorystów zagrodziło im drogę, a trzech kolejnych skierowało na nich karabiny. – A wy to kto?
- To ja zadaję tutaj pytania. – Mężczyzna odparł ostro, bez cienia buty w głosie. – Nazwisko i stopień.
- Sierżant Peacemaker. Dowodzę tą operacją.
- Już nie. Agent Urquhart, przejmujemy z moim zespołem dowodzenie. – Machnął dowódcy przed nosem odznaką.
- Agent z jakiej agencji?
- Uwierz mi synu. Nie chcesz tego wiedzieć. A teraz, opuście broń zanim zrobicie sobie krzywdę – Trzymać ich na muszce i strzelać przy pierwszym ruchu. – Rozkazał swoim ludziom. – Nie mam teraz na was czasu. – Odwrócił się do stanowiska dowodzenia – Zaraz dostanie pan telefon od swojego zwierzchnika ze stosownymi rozkazami, a w tym czasie tracimy cenny czas.
- Masło maślane podane. – Uśmiechnęła się dziewczyna.
- Sierżancie. – W tle odezwał się jeden z członków AT. – Do pana. – Sierżant przejął słuchawkę i długo słuchał w milczeniu, ostatecznie powiedział „Tak jest” i skinął by przepuszczono zespół Urquharta.
- Peacemarker, he? Ciekawe nazwisko dla antyterrorysty. – Urquhart powiedział, pochylając się nad planem piętra. W tym czasie jego ludzie zabrali się za przeglądanie nagrań z kamer ustawionych przy drzwiach i na sąsiednich budynkach. Mężczyzna w rozchełstanej koszuli najspokojniej w świecie ominął barierę stając pomiędzy nią a drzwiami i lustrując oddział.
- Hej! – Stojący przy barierze snajper niemal krzyknął w stronę mężczyzny. – Wycofaj się za barierę.
- Nie ma takiej potrzeby – odpowiedział agent ze spokojem. – Jakiś ruch na korytarzu?
- Nic, od kiedy jesteśmy nie pojawił się tutaj. Niestety. – Snajper nie odłożył lunety od celownika optycznego nawet na sekundę.
- Sala w której się znajduje, jest w bocznym korytarzu?
- Tak.
- Więc bariera jest niepotrzebna i możesz odpocząć. – Powiedział, wracając na otwartą część hallu. – Od ich przybycia nie pojawił się w tej części oddziału. Korytarz nie ma jakichś widocznych zbrojeń, ale mógł go obsadzić jakimiś hukowymi, albo ogłuszaczami. Wątpię by się tutaj pojawił – dokończył, wracając do pozostałych członków zespołu.
- Na kamerach też nic. – Odpowiedział drugi z mężczyzn.
- Czy szpital został ewakuowany? – Spytała kobieta.
- Tak. Skończyliśmy jakieś dziesięć minut temu.
- Co robią pańskie zespoły? Niech pan tak nie patrzy. Przecież wiem, że ma pan więcej ludzi.
- Zajęliśmy górne i dolne piętro. Chcemy się przewiercić i wpuścić niewielką kamerę, sprawdzić czy faktycznie ma jakiś materiał wybuchowy.
- Gawain Robards to międzynarodowy terrorysta, jest śmiertelnie niebezpieczny i jest mistrzem ucieczki. Jeśli grozi wysadzeniem tego oddziału, to go wysadzi. Przestańcie wiercić. – Mężczyzna w rozchełstanej koszuli pochylał się teraz nad planem budynku razem ze swoim szefem. – Podobno byli negocjatorzy?
- Urwał się z nim kontakt, a kontakt na tą odległość i tak jest niemal niewykonalny.
- Jest w tym pomieszczeniu? – Odezwał się wreszcie dowódca grupy. Peacemaker skinął głową. – Longbottom, sprawdzisz kanały wentylacyjne. Może popełnił dziecinny błąd i da się gdzieś tam dostać. – Zatoczył palcem po pomieszczeniach, sąsiadujących z salą w której był Robards. – Ramirez, sprawdź kanały pod nami. W razie gdyby chciał się wydostać. Jak skończycie wracajcie raportować.
- Moi ludzie sprawdzali te kanały, są zaminowane. – Dwójka agentów zawahała się.
- Zasada trzecia. – Harry mruknął patrząc na monitor pokazujący obraz termiczny pomieszczenia. Cała sala wypełniona była punkcikami ciepła leżących w niej dzieci. Dwójka agentów opuściła pomieszczenie.
- Co to jest zasada trzecia? – Spytał dowódca AT.
- Nigdy nie wierz na słowo, sprawdź. Wchodzimy? – Spytał swojego szefa.
- Zaczekajmy, aż wrócą Ramirez z Longobttomem.
- Radzę poczekać. W końcu sam się podda. – Wtrącił się Peacemaker.
- Skąd taki pomysł, sierżancie?
- Jak zrozumie, że nie dostanie tego co żąda, w końcu się podda.
- Albo wysadzi budynek.
- Nie sądzę, wątpię żeby miał jakiś materiał wybuchowy.
- Nigdy nie zakładaj, sprawdź.
- Niby jak?
- Najlepiej, wchodząc. – Rozchełstany powiedział tonem, jakby była to oczywista oczywistość.

Do pomieszczenia niemal jednocześnie wróciła pozostała dwójka.
- Zablokowane. – Powiedziała dziewczyna. Mężczyzna kiwną potwierdzająco głową.
- Czyli wchodzimy. – Urquhart po raz pierwszy spojrzał na odgrodzone barierą drzwi. – Niech pan wycofa wszystkich swoich ludzi. Nie ma potrzeby ich narażać.
- Mogą się przydać. Przecież nie chcecie go unieszkodliwić we czworo.
- A co za różnica czworo czy czterdzieścioro, skoro i tak nie pozwala się zbliżyć. Wejdę tam sam.
- Rozwali pana i oddział razem z panem. Nie mogę się na to zgodzić. – Peacemaker złapał mężczyznę za ramię.
- Proszę zabrać tą rękę, albo ją panu złamię. Nie wysadzi oddziału. Przynajmniej nie od razu.
- Skąd ta pewność.
- Przecież chciał się ze mną widzieć. – Odpowiedział mu Harry Potter.
- Wycofać się, do wszystkich jednostek, wycofać się. – Peacemaker powiedział przez radio. – Macie opuścić budynek szpitala, A.S.A.P. wy też. – Wydał polecenie oficerom zebranym w hallu. Ja zostaję. Chcę wiedzieć co się dzieje, na wszelki wypadek.- Dokończył do Urquharta.
- Pańska wola. – Urquhart wzruszył ramionami.
Harry powoli podszedł do drzwi oddziału i nacisnął przycisk otwierania. Szklane odrzwia rozsunęły się z delikatnym sykiem.
- Robards, tu Harry Potter. Chciałeś się ze mną widzieć. – Powiedział do czerwonego megafonu. – Wziął go dla niepoznaki, ze względu na obecność Peacemakera. – Wchodzę.
- Nie! Stój albo zabawię się w Blacka!
- Przecież wiesz, że tamtego nie zrobił Black. Po co chciałeś się ze mną widzieć, jeśli nie chcesz mnie widzieć? – Dopiero po fakcie zorientował się, jak kretyńsko to brzmiało.
- Skąd mam wiedzieć, że to ty! Lubisz korzystać z sobowtórów. Trochę ich miałeś, nie?
- Jak mnie przyjmowałeś, oskarżyłeś mnie o złamanie systemu. – Harry powiedział do megafonu pierwsze, co przyszło mu do głowy.
- Jak go przyjmował? – Peacemaker szepnął do Urquharta.
- Praca pod przykrywką.

- Dobra. Możliwe, że to ty, Potter. Masz zdjąć górę ubrania.
- Mam ci zrobić striptiz? – Harry powiedział z ironią.
- Nie błaznuj! Masz wejść nieuzbrojony i chcę widzieć, że nie masz gdzie ukryć różdżki!
- Różdżki? – Peacemaker zdziwił się ponownie. Ramirez zakręciła wymownego młynka przy czole.
- Zgoda. – Harry odpowiedział i zamknął drzwi. – Dobra, wejdę tam i zobaczę o co temu palantowi znowu chodzi. – Powiedział zrzuciwszy marynarkę i rozpinając koszulę.
- Chyba nie sądzisz, że puszczę cię tam nieuzbrojonego. – Urquhart przeszył go wzrokiem. – Możesz zapomnieć.
- Nie opowiadaj bzdur. Oczywiście, że wejdę uzbrojony.
- Może wejdę z tobą. Mogę się ukryć.
- Sądzę, że przygotował się na taki numer i wolę tego nie sprawdzać. Daj mi jedno z tych. – Harry wskazał na swoje ucho, zwracając się do Peacemakera.
- Proszę. Pracuje na trójce. – Przełączył stojący na stanowisku dowodzenia odbiornik na odpowiednią częstotliwość. Harry włożył sobie w ucho niewielki, niemal przeźroczysty przedmiot i zakrył sobie ucho, mocniej czochrając włosy.
- Raz, raz, raz. – Jego głos wypłynął z niewielkiego głośnika. – Miejmy nadzieję, że nie będzie zakłóceń, jak do niego wejdę. – Ponownie otworzył drzwi i wkroczył na oddział. Kiedy drzwi się za nim zamknęły usłyszał w uchu głos sierżanta.
- Próba łączności, jak mnie słyszysz? – Harry uniósł do góry kciuk. Potem usłyszeli jak woła do Robardsa.
- Robards, wchodzę do ciebie.
- Długo się zastanawiałeś. Zapraszam. – Odpowiedział mu drwiący głos.
Harry szedł powoli korytarzem, czując co jakiś czas fale magii. Każdej takiej fali towarzyszyły trzaski w uchu. Robards musiał jakoś magicznie zaminować korytarz. „Merlinie. On nie ma broni. Ten wariat poszedł tam bezbronny. ”, usłyszał w tle zniekształcony głos Ramirez. „Co ty mówisz?” Urquhart stał bliżej mikrofonu. „Widzisz żeby się gdzieś odciskała na spodniach?” „Potter. Stój.” Padło polecenie. „Potter, natychmiast wracaj po broń. Ani mi się waż wchodzić tam bez broni.” „Harry! Harry, wracaj tu natychmiast po jakąkolwiek broń.” Usłyszał w końcu zaniepokojony głos Nevilla. „Wchodzę za nim.” Odezwał się Peacemaker. Harry uniósł do góry zaciśniętą w pięść dłoń.
- Pierwsza zasada. – Powiedział cicho, nie zatrzymując się ani na chwilę. „ Co to za zasada?” Spytał antyterrorysta. „Jest uzbrojony.” Neville odpowiedział z niedowierzaniem.
Po chwili Harry znikł za zakrętem, wchodząc w boczny korytarz.

- Jestem. – Usłyszeli jak mówi w chwilę później.
- Możesz wejść z rozłożonymi rękoma. – Głos Robardsa był mniej wyraźny, mężczyzna musiał być w pewnej odległości. – No proszę proszę. Jednak jesteś. Obróć się. Potter, ty jesteś taki głupi czy szalony, że wchodzisz nieuzbrojony? – W tle słychać było płacz dzieci. Byli w sali noworodkowej.
- Sądzę, że jesteś niegroźnym, starym człowiekiem, który wykoleił się na ostatniej prostej swojego życia. – „Negocjatorem to ty nie będziesz.” Przez trzaski usłyszał Peacemakera. Czyli łączność działała. „Postaraj się go uspokoić.” – Czy mogę opuścić już ręce, czy jeszcze chcesz sobie popatrzeć na moją muskulaturę?
- Opuszczaj. Jakoś mnie nie kręci oglądanie ciebie gołego i jeszcze ten pedalski tatuaż.
- Trochę tolerancji Robards. Nie bądź taki staroświecki, nie żyjemy w średniowieczu. Stosy nie płoną.
- Może powinny.
- Może. – Harry odpowiedział z namysłem. – Mógłbym cię usmażyć, a tak co. Pójdziesz siedzieć, albo zamkną cię w przytulnym szpitaliku.
- Nie sądzę, Potter. Ja myślę, że wyślę ciebie w kosmos, a potem się ulotnię.
- Mhm i jak to pomoże twojemu Ruchowi Równości? Jeden z prominentnych członków grozi wysadzeniem szpitala, morduje… mnie i ucieka.
- Sram na Ruch. Chcę cię załatwić i cię załatwię. Ciebie i ten szpital.
- A co ma do tego szpital? Skoro już przy nim jesteśmy. Czemu akurat tutaj. Nie mógł to być Kingscross, albo bo ja wiem, budynek parlamentu? To by było przynajmniej pożyteczne.
- Widzisz je? Wiesz, że pięć procent z nich… może nawet dziesięć, to przyszłe szlamy?
- Możliwe. I co z tego? Teraz zacząłeś się bać dzieci?
- Ty jesteś skazą na ministerstwie. Symbolem jego zgnilizny i rozpadu. One są rakiem, który toczy cały nasz świat. Chodzą sobie między nami, mieszają się z nami. Wprowadzają swoje zasady, swoje zwyczaje. Przejmują ministerstwo. A te tutaj będą kolejnym gwoździem do zabicia naszego stylu życia.
- Masz Ruch Równości. Przecież walczycie z tym.
- Ruch gada, gada i gada. Trzeba to uciąć raz na zawsze.
- Harry czy on jest uzbrojony. Może wysadzić to miejsce? – Urquhart zapytał do mikrofonu.
- Tak, tak. Masz rację. – W głośniku rozbrzmiała odpowiedź skierowana do niego i Robardsa jednocześnie. – Tylko nadal nie wiem co ja tutaj robię?
- Aresztowania szlam. Zamykanie pierwszoroczniaków. Współpraca Biura z Sam Wiesz Kim. Zabicie Knota. Ja to wszystko zrobiłem, tak? Ja to wszystko zrobiłem? Dobra. Ja to robiłem, albo robili to na mój rozkaz. Przyznaję się, skoro tak cię to uszczęśliwi. -  Z głośnika popłynął przeciągły rechot. – Ale wiesz co? To wszystko twoja wina. Jakbyś wtedy, dziewiętnaście lat temu dał się wykończyć, to wszystkiego tego by nie było. Nie byłoby szlam. Nie byłoby problemu. Wszyscy byliby zadowoleni. Ale ty musiałeś się pojawić i to spierdolić. No to ja teraz rozwiążę ten problem.  Wykreślę cię z kart historii.
- Bla, bla, bla. Gadaj zdrów. – Ton Harrego był drwiący i zapewne taka sama była jego mina.
- Widzisz, pojawiłeś się tutaj bez różdżki. Przyszedłeś jak baranek na rzeź i ja tej rzezi dokonam. Ale, pierwsze rzeczy najpierw. Co dziesiąte z nich będzie szlamą. Jak myślisz, mam odliczać do dziesięciu, czy dla pewności zabić wszystkie?
- Ja bym zabił wszystkie na twoim miejscu.
- Hmmm, masz rację Potter. Ale w takim układzie, ty musisz zginąć pierwszy. Potem nie będę miał już na ciebie czasu. Avadakeda…. – W stojącym na stanowisku dowodzenia głośniku pozostał jedynie szum, a w pół sekundy później korytarz oddziału położniczo-noworodkowego wypełnił się srebrno zielonym blaskiem. Szyby zadrżały i rozsypały się w drobny mak. Nie, nie potrzaskały, zmieniły się w pył, który opadł na chodnik, trzy piętra niżej. Ekran przedstawiający obraz z kamery termowizyjnej na sąsiednim budynku, zrobił się czarny. Neville Longbottom upadł na kolana, w miejscu gdzie spoczywała koszula Harrego.
- Zespół Tetha, meldować jak wygląda sytuacja. – Peacemaker powiedział do słuchawki w uchu.
- Potter. Potter, zgłoś się. – Urquhart powtarzał do mikrofonu, ale odpowiadał mu tylko szum.
- Nie mam łączności z moimi ludźmi. Co to u diabła było. Jakiś impuls elektromagnetyczny?
- Coś w ten deseń. Potter, zgłoś się do cholery. – Urquhart wywoływał Harrego, odpowiadał mu jednostajny cichy szum. Harrego nie było po drugiej stronie, bo jakże by mógł być kiedy oberwał Kedavrą.

                                                                                                                   ***

- Ron! Ron! – Ginny biegła pomiędzy boksami w biurze aurorów. Mogła nie pracować tutaj od miesięcy, ale doskonale wiedziała gdzie pracuje jej brat.

- Gin? Co ty tu u licha robisz. – Rudzielec poderwał się od biurka. – Nie powinno cię tutaj być.
- Błagam, powiedz że on tam nie poszedł. – Powiedziała z nutką paniki w głosie.
- Kto i gdzie? – Ron był opanowany i odrobinę swojego opanowania starał się przelać na swoją siostrę.
- Nie udawaj wariata. Harry. Powiedz, że on nie poszedł do tego szpitala. – Wskazała na zawieszony na ścianie magiczny ekran, który przy pomocy odpowiednich czarów mógł pokazywać wydarzenia z mugolskiej telewizji. – Radio trąbi o tym od dobrej godziny. Robards wziął zakładników i żąda spotkania z Harrym. Gdzie jest Harry, Ron?
- Nie wiem. Szczerze, nie mam pojęcia. Cały zespół opuścił biuro już dłuższy czas temu. Nie wiem dokąd poszli. Nie przejmuj się, Ginny. Harry potrafi o siebie zadbać. Robards to nie Sam-Wiesz-Kto. Jeśli tam poszedł, to poradzi sobie z zawiązanymi oczami.
Dalszą rozmowę przerwał nagły błysk z magicznego ekranu, kiedy zielone światło rozświetliło całe trzecie piętro szpitala. Zaskoczony nagłym błyskiem operator zatrząsł kamerą, a kiedy ponownie ją ustabilizował, zebrani przed telewizorami mugole oraz pracownicy Biura Aurorów wraz z obecnymi na miejscu gapiami, zobaczyli jak wszystkie szyby szpitala zamieniają się w drobny pył i bezwładnie opadają na ziemię. Potem wszystkie światła w budynku szpitala pogasły i nastała przerażająca cisza, w której zaczął narastać przerażający krzyk i lament dziesiątków rodziców, których dzieci pozostały na oddziale. Aurorzy nie słyszeli jednak tego lamentu, gdyż ekran przekazywał tylko obraz. Tylko dlaczego jednak słyszeli krzyk. Krzyk przerażenia i rozpaczy wypełniający całe biuro, całe piętro, a może i ministerstwo. Kiedy Ron otrząsnął się z szoku zobaczył klęczącą obok niego Ginny. Nie, nie klęczącą. Niemal leżącą na ziemi i trzęsącą się, gdy głos w jej gardle już zamarł. Doskonale wiedzieli jakie zaklęcie powodowało taki blask i doskonale wiedzieli, że tego zaklęcia nie da się przeżyć, a tym bardziej go przełamać. Z drugiej strony, Harry zaprzeczył tej tezie już trzy razy.
- Wstań. Ginny, proszę wstań. – Ron przemówił kucając obok swojej siostry. – Na pewno nic mu się nie stało. – Zapewniał ją, a może siebie samego… – No już, wstań. – Objął ją ramieniem, by pomóc jej wstać. Odpowiedzią na jego dotyk, był ponowny wrzask. – Confundo. – Mruknął celując w nią różdżką. – Mam nadzieję, że kiedyś mi przebaczysz  – szepnął. -  A teraz usiądź proszę w moim boksie. – Ginny wykonała polecenie z miną bezwolnego golema. Ron nie miał pewności na ile ile silne było jego zaklęcie i ile wytrzyma. Ale lepsze to niż dalsza rozpacz.

                                                                                                            ***

- Ja tam kurwa wchodzę! – Krzyknęła Ramirez i puściła się w stronę drzwi.
- Rozszarpię go gołymi rękami – Dodał Neville, podrywając się z kolan.
Ledwie jednak minęli barierę, na końcu pogrążonego teraz w mroku korytarza pojawiła się postać. Szla powolnym, ale zdecydowanym krokiem w ich stronę. – Stój bo cię rozwalę! – Ramirez wykrzyknęła, wyciągając różdżkę.
- Akurat. – Harry odparł z lekką drwiną w głosie. – Niech ktoś mu zmodyfikuje ostatnie trzydzieści sekund, lepiej żeby nie pamiętał twojej różdżki. – Neville skierował swoją różdżkę w stronę Peacemakera mrucząc „Obliviate”. Jego twarz była pełna szoku, na widok przyjaciela.
- Przecież nie miałeś jej ze sobą. – Ramirez powstrzymała się od wypowiedzenia słowa różdżka.
- Ja zawsze ją mam. – Harry delikatnie pogładził się po przedramieniu, na którym spoczywała zakamuflowana zaklęciem zwodzącym uprząż z różdżką.
- Nigdy więcej mi tego nie rób! – Ramirez strzeliła go pięścią w szczękę, aż popękały mu wargi, potem mocno przytuliła.
- Uważaj, bo uwierzę, że ci na mnie zależy. – Potarł kantem dłoni po strzaskanych wargach, przybił piątkę z patrzącym z niedowierzaniem Nevillem i wyszedł do hallu. – Czemu się nie odzywaliście, jak was wywoływałem?  – Spytał, zakładając na siebie koszulę i marynarkę.
- Łączność urwała się na kilka sekund przed impulsem. – Peacemaker odpowiedział mu ze spokojem. – Harry spojrzał pytająco na Urquharta.
- W czasie jego skandowania wszystko się urwało. Od tamtej pory mamy ciszę.
- Musiało się usmażyć. – Harry wyjął z ucha słuchawkę i obejrzał ją z zaciekawieniem. – Tak czy inaczej, przerwałem mu skandowanie, tak jakby.
- Załatwiłeś go? – Urquhart spytał spokojnie.
- Nie potrzeba nam męczenników. Czeka ogłuszony i związany. Sierżancie. Proszę wezwać medyków. Dzieciom raczej nic nie jest, ale nie zawadzi sprawdzić.
- Radio nie działa.
- To na piechotę! – Urquhart powiedział poirytowany. – No to teraz melduj. – Powiedział do Harrego, gdy Peacemaker poleciał po lekarzy.
- Chciał rzucić na mnie Kedavrę, ale przerwałem mu takim jednym zaklęciem. Te szyby to chyba moja sprawka. – Wskazał na okiennice. – Robards leży ogłuszony i związany. Różdżka poszła mu w drzazgi, więc nie stanowi zagrożenia.
- Dobra, to idziemy po niego i się deportujemy, nim zlecą się tutaj mugole. – Rozkazał ich szef, ruszając szybkim krokiem przez oddział.
- Jakie to było zaklęcie? – Spytała Ramirez Harrego.
- Chińskie.
Dzieci w sali krzyczały i płakały, ale zdawało się że prócz tego, że najadły się sporo strachu, nic im nie było. Robards leżał na środku sali z rozkrzyżowanymi ramionami. W głębi korytarza słychać było już uderzenia butów wielu biegnących do sali ludzi. Sądząc po odgłosach, cywilów i wojskowych.
- Lecimy. – Rozkazał ich dowódca, chwytając nieprzytomnego Robardsa. Obrócili się w miejscu na kilka sekund przed tym, jak do sali wbiegło kilkanaście osób, pod osłoną mężczyzn z karabinami.

                                                                                                                                      ***

- Ginny. – Usłyszała tak znajomy głos, gdzieś z oddali. – Ginny, kochanie. – Głos był coraz bliżej i świat stawał się coraz wyraźniejszy. – Spójrz na mnie. – Odwróciła nieprzytomnie głowę. Przed sobą zobaczyła twarz Harrego, kucającego przed zajmowanym przez nią krzesłem. Jego nie mogło tam być. Przecież widziała jak całe piętro… – Ginny? – Mężczyzna o twarzy Harrego spytał raz jeszcze. – Jak ty rzuciłeś to zaklęcie?! – Mężczyzna o twarzy Harego krzyknął na kogoś.
- Normalnie – Kolejny znajomy głos odpowiedział z niepokojem.
- To czemu nie może się wybudzić? Ginny kochanie, to ja, Harry.
- Harry? – po dłuższej chwili Ginny skupiła wzrok na wpatrujących się w nią zielonych oczach, delikatnie się uśmiechnęła, a potem twarz jej nagle spochmurniała. – Ani mi się waż robić tak jeszcze raz! – Warknęła groźnie, celując w niego palcem.
- Wróciła. – Ron powiedział przeciągle, szczerząc się.
- Z tobą się jeszcze policzę za tego Confundusa. – Wskazała na brata, nawet na niego nie spoglądając. – Dorwaliście go? – Spytała Harrego, oczy jej płonęły z ekscytacji.
- No ba. – Uśmiechnął się.
- Dobry chłopiec. – Poklepała go po policzku.
- Zmiataj stąd. Nie powinno cię tu nawet być. – Szepnął patrząc jej w oczy. – Sio. – Ginny wybiegła z boksu i popędziła do wind.
- Naprawdę go dorwaliście? – Ron powtórzył pytanie.
- Tak – Harry wygodnie rozsiadł się na należącym do rudzielca krześle.
- To wyglądało, jakby ktoś rzucił tam…
- Kedavrę, tak wiem. Tak było.
- Kto? Ktoś z was, czy on?
- Są bardziej legalne sposoby na zabicie podejrzanego – Harry odpowiedział wymijająco.
- Mugole będą się po tym zbierać całymi tygodniami – Wskazał na ekran, na którym ponownie wyświetlana była scena rozsypywania się okien.
- No, narobiło się trochę bałaganu.
- Robards zwiedza już Azkaban, jak mniemam?
- Nie. Siedzi u nas w celi przesłuchań. Urquhart załatwia właśnie formalności u Pascala, nim się za niego weźmie. Eh, ale wygodne to twoje krzesło – powiedział, kołysząc się na starym, drewnianym, skrzypiącym rupieciu. – Taka tu cisza, spokój, tyle kurzu, eh.
- Potter, ze mną do sali przesłuchań!
- I skończyła się idylla – Harry jęknął, podążając za głosem Urquharta. Swojego szefa dogonił dopiero pod salą przesłuchań, gdzie czekali na nich już Ramirez z Nevillem.
- Próbowaliśmy coś z niego wycisnąć, szefie – Neville odezwał się na widok Ariela.
- Ale milczy, jak zaklęty – dokończyła Latynoska.
- Mieliście go tylko przypilnować, nie przesłuchiwać.
- Żal było nie skorzystać, skoro ty marnowałeś czas na papierkową robotę, szefie – W odpowiedzi otrzymała jedynie zgrzyt mocniej zaciskających się szczęk Urquharta, na chwilę przed tym jak pchnął drzwi do pokoju przesłuchań. Harry podążył za nim.

- Co, runda druga? – Robards spytał, patrząc na wchodzących mężczyzn.
- Nie, to dopiero runda pierwsza – Urquhart odparł uprzejmym tonem, siadając naprzeciw Robardsa. – Harry? – Odezwał się, patrząc na swojego podwładnego i stojące obok puste krzesło.
- Dziękuję, postoję.
- Masz cykora podejść, co Potter?
- Myślę, że etap z baniem się bliższych kontaktów mamy już za sobą, od kiedy widziałeś mnie nago, Gawain.
- Dla ciebie, panie Robards!
- Proszę się nie unosić – Urquhart uciął rozmowę.
- Naprawdę nie rozumiałem, czemu to pana, Urquhart, szef departamentu kazał wyznaczyć do kierowania tym zespołem. Miałem tylu aurorów starszych stażem. No ale, jak zobaczyłem tą bandę szczeniaków które pan sobie dobrał, to już zupełnie straciłem do pana szacunek, Urquhart. Tylu lepszych, tylu bardziej doświadczonych.
- Jestem w pełni zadowolony z mojego zespołu i uważam, że dokonałem najlepszego wyboru, panie Robards. Przejdźmy do rzeczy.
- Nic nie powiedziałem pańskim szczeniakom, Urquhart i nic nie powiem panu.
- Ale nie musisz pan nic mówić. Chciałem tylko przekazać panu decyzję Pełniącego Obowiązki Szefa Biura Aurorów, o postawieniu pana w stan oskarżenia na podstawie dowodów uzyskanych przy pomocy sondowania wspomnień.
- Że jak?!
- Trochę myślodsiewni i będziemy mieli wszystko co nam potrzeba. Do czasu wyznaczenia daty procesu przebywać pan będzie w Azkabanie.
- Protestuję! Nie macie prawa!
- Od chwili skierowania do Azkabanu, utracił pan prawo do protestowania, podobnie jak i wszystkie inne prawa przysługujące czarodziejowi. A teraz, proszę wstać, pański czas w tym miejscu już minął – Harry szybkim szarpnięciem podźwignął o wiele większego od niego Robardsa z krzesła, popychając w stronę drzwi sali przesłuchań.
– Na dole już czekają dziennikarze , by zrobić ci pamiątkową sesję zdjęciową w drodze do Azkabanu – powiedział, idąc za nim.
- Nie zabierzecie mnie z sali deportacyjnej?
- O nie, nie, nie. Ludzie pragną cię zobaczyć. Wyjdziemy z Ministerstwa głównym wyjściem, przez sam środek Atrium.
- Jest porządnie skuty? – Urquhart zlustrował ręce zakute w stalowe kajdany. – Dobrze. Możemy iść.
- Sekunda! – Harry wykrzyknął, sięgając do kieszeni. – Byłbym zupełnie zapomniał – wpiął w szatę Robardsa znaczek Ruchu Równości.
- Na co mi to? – Robards warknął przez zęby.
- Właśnie został pan główną bronią w mojej wojnie – Harry odpowiedział, otwierając drzwi sali przesłuchań.
- Mam nadzieję, że masz jakieś szpanerskie okulary? – Urquhart spytał Harrego już na korytarzu. Bo ja mam – wcisnął sobie na czubek ogolonej na jeżyka głowy szpanerskie okulary przeciwsłoneczne.
- Dzięki, wystarczą mi moje.
- Twoja sprawa, ale aresztujesz może największą szychę w swoim życiu.
- No dokładnie – potwierdziła Ramirez, która też miała już na nosie okulary, w jej wypadku w lekko niebieskawym odcieniu szkieł. Neville tylko się uśmiechał, stawiając do pionu kołnierzyk swojej mundurowej koszuli.
- Z wami to jest cyrk, zwyczajnie cyrk – Harry pokręcił głową. On nigdy nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu, ważne, żeby było mu wygodnie. Po usilnych staraniach Ginny, przekonał się jednak, że wygodnie również może oznaczać atrakcyjnie i tak, od kiedy na dworze zapanowało słońce, Harry chodził w wiecznie rozchełstanym mundurze. Swoim niesfornym, sterczącym we wszystkie strony włosom pozwolił urosnąć do ramion, tworząc czarną, wiecznie zwichrowaną grzywę, a na jego twarzy zagościła mała, kozia bródka, z której śmiali się zarówno Ron, jak i Hermiona, a Ginny uwielbiała go ciągać za nią w nocy. – To jest ministerstwo, nie mediolański tydzień mody.
- W tym jednym się zgodzę, panienki – Robards warknął, szarpiąc się bez większego sensu.
- Dosyć tego, idziemy.
Cała czwórka ruszyła eskortując Gawaina Robardsa, byłego szefa Biura Aurorów, w jego być może ostatniej drodze, do Azkabanu.
W atrium ministerstwa dopadła ich chmara dziennikarzy reprezentujących wszystkie magiczne media Wielkiej Brytanii i Irlandii, oraz przedstawiciele większych dzienników z Francji, Niderlandów, Skandynawii i kilku innych krajów. Wszyscy chcieli relacjonować upadek, jeszcze do niedawna jednego z najważniejszych ludzi w Brytyjskim Ministerstwie Magii. Trzymający Robardsa Harry z Urquhartem mocniej szarpnęli za skute za plecami ręce, powodując dumne wyprostowanie się Robardsa, na chwilę przed tym, jak ze wszystkich stron posypały się blaski fleszy. Robards ze zmrużonymi oczami i zaciśniętymi szczękami kręcił głową, chcąc uciec od obiektywów, te jednak były wszędzie. Czwórka aurorów stała po obu jego stronach, dumnie pozując z zatrzymanym przestępcą i uśmiechając się szeroko.
- Wystarczy, idziemy – Urquhart polecił cicho i cała czwórka zaczęła przeciskać się powoli w stronę kominków.
Zielone płomienie przeniosły ich wprost do niewielkiego budyneczku, śmierdzącego stęchlizną i glonami, ze ścianami z desek przez które hulał wiatr i hukiem oceanu dobiegającym z zewnątrz. Miejsce jak żywo przypominało Harremu chatę, w której wujostwo schronili się przed sowią pocztą tylko po to, by zostać odnalezieni przez Hagrida. Stała tutaj nawet taka sama nadjedzona przez mole sofa. Jeśli to miał być Azkaban, to Harry czuł się zawiedziony.
- Do łodzi zmieszczą się tylko trzy osoby. Harry, Ramirez. Wy zostaniecie. Neville, ty płyniesz z nami.
- Nie żebym jakoś strasznie nie chciał tam płynąć, szefie. Znaczy nie chcę, ale tak ogólnie to my z Ramirez już tam byliśmy, a Harry nie.
- Masz cykora Longbottom – Zarechotał Robards.
- Na pańskim miejscu siedziałbym grzecznie, to może uda się załatwić dla pana jakiś fajny pokoik, może taki z widokiem na morze? A jak będzie się pan ładnie sprawował, to sądzę, że uda się panu załapać na wycieczkę do rezerwatu wilkołaków i akromantul, który urządziliśmy niedaleko.
- Tak, Dementorzy to świetni przewodnicy, normalnie usta im się nie zamykają tylko by gadali i gadali oprowadzając. Nie sposób się przy nich nie bawić – Harry podchwycił za Nevillem.
- A jak bardzo pana polubią, to mogą się skusić na małe sam na sam. Dementorzy świetnie całują. Jeszcze żaden pocałowany nie otrząsnął się z szoku, jakiego doznał przy tej okazji – Ramirez dokończyła obserwując, jak Robards robi się biały ze strachu.
- Dobra, dość tego. Harry ty ze mną – Urquhart pociągnął za drzwi wejściowe, które wypadły z zawiasów, zwalając się na ziemię – Cholerny Hagrid – sarknął.
- To jest ta chata?! – Harry stanął jak zamurowany.
- To jest punkt przesiadkowy przy transportowaniu więźniów do Azkabanu – wyjaśnił mu szef. – Przylatujemy tutaj kominkiem, przesiadamy się do łodzi i płyniemy do więzienia.
- Ale to jest chata, w której Hagrid wyważył drzwi, jak mnie stąd zabierał! – Harry oniemiały rozglądał się po pomieszczeniu, które teraz targane było porywistym wiatrem, wpadającym przez pozostały po drzwiach otwór w ścianie. Potem zaczął się histerycznie śmiać. Tylko wuj Vernon w ucieczce przez Ministerstwem Magii mógł ich wywieźć wprost to punktu aportacyjnego Ministerstwa.
- Możemy już iść? – Urquhart był wyraźnie zniecierpliwiony.
- Tak, już. Sorry szefie – Harry otarł cieknące mu po policzkach łzy i za swym szefem wyszedł na skałę. Przy samym brzegu na wodzie unosiła się niewielka drewniana łódka, którą chyba tylko magia powstrzymywała przed zatonięciem. Łudź obijała się burtą o płaski kamień, który służył za namiastkę pomostu dla przybywających tu ludzi. Tak było niemal dziesięć lat temu, tak było i teraz.
Podróż łodzią do Azkabanu przyprawiłaby każdego nie mającego pojęcia o magii mugola o zawał serca i to co najmniej trzy razy. Na pełnym morzu nawet przy pięknej pogodzie fale potrafią przelać się przez burtę tankowca. Teraz aurorzy zmierzali w sam środek sztormu, gdzie spienione bałwany sięgały dziesięciu metrów, zderzając się w akompaniamencie huku potężnej eksplozji, zamykając się nad głowami nierozważnych podróżników i grożąc roztrzaskaniem ich łupiny. Łódź podskakiwała, kręciła się we wszystkich kierunkach, wychylała niebezpiecznie i raz dziobem, to znowu rufą rozbijała o potężne fale. Ryk towarzyszący temu diabelskiemu tańcowi uniemożliwiał jakąkolwiek rozmowę. Harry był zresztą tak przemoknięty i przemarznięty, że jakakolwiek rozmowa nie mieściła mu się nawet w głowie. Siedział z zaciśniętymi zębami, obserwując powoli siniejące knykcie i miał jedynie nadzieję, że Robards przeżywa tą podróż gorzej od niego. Czar niezatapialności nałożony na łódź działał idealnie, ale przydałaby się jeszcze jakaś ochrona przed oceanem. Obiecał sobie, że w drodze powrotnej nałoży na siebie czar imprewiusa, a przynajmniej bąblogłowy, by choć trochę ochronić siebie przed powtórką z tej przygody.
Po pół godzinie podróży na horyzoncie, a właściwie w najdalszym punkcie jaki widać było ze szczytu ogromnych fal, zamajaczyła przed nimi wieża, która z każdą minutą wynurzała się z morza coraz wyżej i wyżej, swoją czarną sylwetką wyznaczając jedyny drogowskaz w tym bezkresie wody. Pionowe ściany Azkabanu zdawały się wyrastać wprost z głębin wzburzonego morza, nie pozostawiając ani trochę miejsca do przybicia dla łodzi. Powoli opływali więzienie, obryzgiwani pianą fal odbijających się od jego murów, aż przybili do niewielkiego głazu, wystarczająco jednak dużego by pomieścił trzy osoby. Głaz znajdował się pod wodą, co jednak ciekawe, wzburzone morze w cudowny sposób mijało to miejsce, pozostawiając nad nim dziesięć centymetrów spokojnej wody. Harry wyskoczył z łodzi, wzdrygając się, kiedy wpadł po kostki w lodowato zimne morze. Pociągnięty Robards, potknął się o rozchybotaną burtę, przewracając na głaz i zachłystując słoną wodą. Kiedy się podniósł, po jego szacie i sklejonych w strugi włosach ciekła woda, a on sam pluł i charczał od zalegającej w gardle soli. Teraz dopiero Harry zobaczył, że czarne mury więzienia są idealnie gładkie i lśnią od spływających po nich kropel, zupełnie jakby były zrobione z metalu, bądź szlachetnych kamieni.
- To smocza skała – Urquhart przekrzyknął ryk oceanu, widząc jak Harry z zaciekawieniem bada ścianę. – Więzienie zbudowano z bazaltu, który potem smoki rozgrzały swoimi płomieniami do postaci gorętszej aniżeli wulkaniczna lawa, zamieniając w szkło, które jest twardsze aniżeli diament. Możesz tysiące lat próbować je zniszczyć, a nie zostanie na nim najmniejsza rysa. Jest niemal niezniszczalne. Nikt tu nie wejdzie i nikt nie wyjdzie bez zgody straży.
W tej właśnie chwili fragment ściany usunął się przed nimi, otwierając wejście do długiego tunelu. Na tyle wąskiego, że przecisnąć przez niego mogła się tylko jedna osoba i tak niskiego, że Urquhart musiał pochylać głowę. Harry zastanawiał się nawet przez chwilę, w jaki sposób przeciskają się tędy dementorzy.
- Voldemort wszedł – Harry powiedział, kiedy wszyscy trzej wcisnęli się w przejście, a kamienna ściana opadła, zagradzając im drogę powrotną. Przed nimi powoli unosiły się kolejne stalowe kraty.
- Sam-Wiesz-Kto został wpuszczony przez dementorów – warknął Robards. – Nikt tutaj nie wejdzie bez ich zgody i jeden Black wie, jak się bez ich zgody stąd wydostać.
No tak, Syriusz był jedynym człowiekiem, któremu udało się uciec z Azkabanu. Kiedy spotkali się po raz pierwszy we Wrzeszczącej Chacie, Syriusz powiedział im, że zmienił się w psa i przecisnął przez kraty. Dopiero kiedy spotkali się w domu przy Grimmauld Place, Harremu udało się w wigilijną noc wyciągnąć z ojca chrzestnego całą opowieść. Syriusz zamienił się w psa i kiedy Dementorzy otworzyli celę, by sprawdzić ile pozostało w nim życia, wymknął się i zaczął krążyć, szukając sposobu ucieczki, którego nie było. Twierdza nie miała okien, przynajmniej tych wychodzących na morze, a jej murów nie był w stanie przełamać, zwłaszcza bez różdżki. Jedyne wyjście prowadziło wąskim tunelem, którym wprowadzano i wyprowadzano więźniów i którym wychodzili dementorzy. Czarny pies przycupnął więc w ciemnej niszy i czekał, czekał bardzo długo, aż nadarzy się okazja. Dementorzy co jakiś czas wychodzili patrolować wody wokół więzienia, ale za każdym razem, kiedy tylko wyszli, kamienne drzwi opadały z hukiem, nim zdążył się przez nie wydostać. Wreszcie, kiedy zaczynał już tracić nadzieję, nadarzyła się sposobność. Dementorzy wyszli z twierdzy, by pochować starca, który skonał w swej celi. Wylecieli ledwie na chwilę, pozostawiając otwarte kamienne odrzwia. Syriusz był już tak wychudzony, że bez trudu przecisnął się przez kolejne kraty i bez chwili zastanowienia wskoczył do wody. Śmierć w toni wydawała mu się wtedy lepsza, aniżeli pozostanie w czarnej wieży choćby jedną minutę.
- Tak, jeden Black wie – Harry powtórzył z uśmiechem.
Kiedy tunel wreszcie się skończył, wyszli do wyżej sklepionego lochu, którego wnętrze oświetlało kilka pochodni. Tutaj ściany nie były już wypalone przez smoki, a chłód wzburzonego morza, którego huk przenikał nawet tutaj, zastąpiło tak dobrze znajome uczucie chłodu i beznadziei towarzyszące obecności dementorów. Harry i Urquhart pośpiesznie osuszyli i rozgrzali się różdżkami, nie kłopocząc się, by uczynić to samo dla trzęsącego się Robardsa. Kiedy do pomieszczenia wlecieli dementorzy, upadły szef aurorów cofnął się o krok.
- Co Gawain, masz cykora? – Harry zadrwił z mężczyzny.
- Więzień Gawain Robards do celi tymczasowej w oczekiwaniu na proces z paragrafu o usiłowanie masowego mordu na mugolach – na słowa Urquharta dementorzy ze świstem wciągnęli powietrze, podekscytowani nowym nabytkiem i Harry mimo że niewinny, poczuł jak włosy stają mu dęba bardziej niż zwykle, a na ręce występuje gęsia skórka. Dementorzy ruszyli w stronę Robardsa, by zabrać go do celi. Kiedy jednak tylko się zbliżyli ich zainteresowanie skupiło się na osobie Harrego. Skryte pod kapturami głowy zwróciły się w jego stronę i z jeszcze potężniejszym świstem pociągnęli kolejny chaust powietrza wymieszanego ze szczęściem. Harry poczuł, jak świat wokół niego zaczyna się rozmywać, a gdzieś z głębi serca zaczynają wydostawać się znajome krzyki.
- Tylko spróbujcie – odezwał się zimno, walcząc z ogarniającą go rozpaczą i bezsensem istnienia – a pozabijacie się ze strachu, uciekając przed moim patronusem. Macie zabrać jego, to jest rozkaz! – Warknął przez zęby. Dwaj dementorzy pochwycili pod ramiona Robardsa, który był tak sparaliżowany strachem że nogi odmówiły mu posłuszeństwa i powlekli go jak bezwładną kukłę do tymczasowej celi na wyższym poziomie. Dwóch kolejnych wycofało się, osłaniając wejście na klatkę schodową. Jeden jednak pozostał, uparcie wpatrując się w Harrego. – Czyżbyś marzył o powrocie do swoich braci w obozie? – Na tą sugestię dementor wydał z siebie dźwięk, jakiego Harry nigdy wcześniej nie słyszał, a miał być chyba krzykiem wściekłości i rzucił się w stronę młodego aurora. – Expecto Patronum! – Z różdżki, która jak zwykle w ułamku sekundy wyskoczyła z rękawa, wyskoczył biały jeleń. – Zajmij się nim! – Rozkazał swojemu patronusowi, a ten natarł na dementora zmuszając go do panicznej ucieczki wokół niewielkiego pomieczenia, raz za razem nadziewając mroczną istotę na świetliste rogi.
- Dość! – Rozkazał Urquhart. – Odwołaj go – zwrócił się do Harrego, który wyciągnął rękę przywołując świetlistą istotę.
- Dobrze się spisałeś – powiedział kiedy jeleń zatrzymał się przy jego boku. Dementor wisiał w najdalszym kącie pomieszczenia.
- Tobą zajmiemy się później – Urquhart powiedział do krnąbrnego dementora. – Teraz chcemy dokonać inspekcji więzienia.
Stojący przy schodach strażnicy poprowadzili aurorów najpierw na znajdujące się poniżej poziomu morza poziomy, gdzie wbrew pozorom nie znajdowały się lochy dla najcięższych z zamkniętych w Azkabanie przestępców, a zawilgocone piwnice, w których umieszczono skrzynie ze składnikami, z których przygotowywane były potrawy dla więźniów. Harremu trudno było sobie wyobrazić dementora w kucharskiej czapce, białym fartuszki i z chochlą w dłoni, tym nie mniej, wszędzie walały się skrzynie pełne zawilgoconego, czarnego chleba, kasze, z których przygotowywane były papki udające drugie danie, oraz ryby i suszone mięso, dla więźniów osadzonych w celach tymczasowych.
- Bon appetit – mruknął Harry.
- Nawet Slughorn by wyszczuplał na tym – Jego szef odrzucił do skrzyni kawał chleba, z którego wodę można było wyżymać, jakby dopiero co był uprany.
Kiedy zwiedzali coraz to wyższe poziomy, Harry zaczynał rozumieć, czemu cel nie urządzono w lochach. Im wyżej się znajdowali, tym donioślejszy stawał się huk morza, a ściany drżały od uderzających w nie fal, jakby pod więzieniem trwało nieustające trzęsienie ziemi.
Potężne więzienie miało dziesięć pięter i pomimo wyłapania w ostatnich czasach sporej ilości zwolenników Voldemorta i tak większość jego cel świeciła pustkami. Harremu przywodziło to na myśl olbrzymi wieżowiec, z którego wyprowadzili się już wszyscy mieszkańcy, albo uniwersytecki akademik w czasie letnich wakacji. Gdyby tylko w budynku tym były okna, w pustych pomieszczeniach gwizdałby wiatr.
- Chyba słabo się staramy – powiedział do swojego szefa, kiedy robili obchód jednego z najwyższych poziomów.
- Czemu tak sądzisz?
- Spodziewałem się, że dzięki nam cele będą przepełnione, a tu można jeszcze osadzić setki osób.
- No to trzeba się sprężać i do roboty, do roboty, panie aurorze – szef zaśmiał się, a jego śmiech potoczył się echem po korytarzach, brzmiąc w tym miejscu tak nienaturalnie.
- Nie śmiałbyś się, gdyby nie szedł z nami mój jeleń.
- Ale idzie. Czas na najwyższy poziom – kiwnięciem głowy wskazał na schody.
Ledwo wyszli z klatki schodowej na najwyższym poziomie, prowadzony przez Harrego patronus rozpłynął się w mgłę i zniknął. Tak, jak wcześniejsze piętra patrolowało kilku dementorów, tak tutaj przy niemal każdej sali stał jeden z nich, strzegąc przebywającego w niej więźnia. To tutaj właśnie swoje lokum znaleźli najgorsi z najgorszych. Śmierciożercy, szmalcownicy, członkowie Czarnego Legionu i ona, ta jedna, jedyna, której Harry nienawidził bardziej aniżeli Voldemorta, Dolores.
Kiedy aurorzy zaglądali do kolejnych cel, widzieli blade, osowiałe, żywe ludzkie szkielety zwinięte w kłębek na posadzce, lub w kucki przycupnięte w najdalszym kącie. Ludzi, w których oczach próżno było szukać nadziei, czy chęci życia. Oni trwali, a im dłużej przebywali w tych celach, tym bardziej przypominali bezwładne golemy czy manekiny. Z włosami wypadającymi garściami, połamanymi żółtymi zębami zżeranymi przez próchnicę, zapadniętymi oczodołami i w obdartych szatach. „Zasłużył sobie na to” „Czy jesteś pewien, że ktokolwiek sobie na to zasłużył?” Przypomniał sobie przeprowadzoną przed laty rozmowę z Remusem. Wtedy rozmawiali o pocałunku dementora. Teraz Harry zastanawiał się, czy taki pocałunek nie byłby dla tych więźniów ulgą i wybawieniem.
Harry nawet nie zajrzał do celi, w której siedziała Dolores Umbridge. Nie chciał czuć mieszanki satysfakcji i współczucia, jakie towarzyszyło mu na widok każdej z osadzonych tutaj osób. Chciał pozostać w przeświadczeniu, że dostała to, na co zasłużyła. Nawet się nie odwracając, podszedł od razu do celi Narcyzy.
- Otwórz – rozkazał pilnującemu dementorowi. Ten bez chwili wahania wykonał polecenie.
Narcyza siedziała na wypchanym zawilgoconą słomą sienniku, który służył jej za posłanie. Kołysała się z kolanami podciągniętymi pod brodę, jak dziecko. W jej celi huk był o wiele donioślejszy, aniżeli na korytarzu i dopiero po chwili do Harrego dotarło, że pani Malfoy dostała się narożna cela, najgorsza jaką mogła dostać.
- Dzień dobry, Narcyzo – odezwał się, lecz jego słowa zagłuszył huk oceanu. – Dzień dobry, Narcyzo! – Powiedział głośniej, podchodząc do kobiety. Spojrzała na niego, unosząc głowę. Miała chorobliwie żółtą cerę i wypłowiałe włosy. Po jej policzkach ciekły łzy. Nie odezwała się ani słowem.
- Gdzie jest twój mąż, Narcyzo? – Uznał, że pytanie o to, jak się ma, jest zbyt oczywiste.
- Zostawił mnie. Zostawił mnie! – Ponowiła krzykiem, tak podobnym do swojej siostry. – Śmiej się, ha, ha, ha. Zostawił mnie! Możesz się śmiać! Przecież to takie śmieszne, ja tu jestem, a on nie! Za jego winy cierpi rodzina, a on nie! Ha, ha, ha – zakończyła ironicznym smiechem.
- Dracon ma się bardzo dobrze – sam nie wiedział, czemu akurat te słowa przyszły mu do głowy. – Gdzie jest twój mąż, Narcyzo?
- Dracon? Kłamca, kłamca, kłamca! Dracon siedzi w celi obok! Jesteś tam synku? Mama też tu jest. Nie jesteś sam, Draconie.
- Tam jest Dolores, Narcyzo. Dracon mieszka w Dublinie i ma się dobrze. Przecież wiesz o tym.
- Kłamiesz!
- Nie mam takiej potrzeby. Cokolwiek powiem i tak zostaniesz tu do końca życia.
- Dracon mieszka w Dublinie? – Wyszeptała, jakby nie do końca to do niej docierało.
- Tak.
- I ma się dobrze.
- Tak.
- I nie ma go obok?
- Tam jest Dolores.
- Jestem tutaj sama – rozpłakała się ponownie.
- Gdzie jest twój mąż, Narcyzo? – Po raz kolejny powtórzył spokojnie.
- Miał się ze mną spotkać. Nie przyszedł, nie przyszedł. Przyszliście wy – wyszlochała.
- Borgin cię wydał. Gdzie jest twój mąż, Narcyzo.
- Miał się ze mną spotkać.
- Ale nie przyszedł. Gdzie on jest?
- Miał przyjść.
- Czy on jest w Anglii?
- Miał po mnie przyjść.
- Wyjechał za granicę.
- Nie ma go ze mną.
- Gdzie on jest, Narcyzo? – Harry spytał raz jeszcze, ale kobieta rozszlochała się na dobre.
- Nie mieliśmy nikogo przesłuchiwać – Urquhart powiedział, kiedy Harry wyszedł z powrotem na korytarz.
- Ale nie zaszkodziło spróbować. Przecież się na nas nie poskarży do nikogo.
- Pora wracać.

Podróż powrotna pomimo że równie długa, była znacznie przyjemniejsza, po tym jak Harry rzucił na siebie czar impreviusa, osłaniając się od zamoczenia przez wszechobecną wodę. Czekający na nich pozostali członkowie zespołu, zabijając nudę grali w karty przy wyczarowanym stole. W kominku wesoło tańczył ogień.
- No, wreszcie jesteście.
- Myślałam, że zamknęli was razem z Robardsem.
- Zrobiliśmy inspekcję więzienia, a Harry pobawił się z jednym z dementorów.
- Pobawił w co?! – Ramirez wykrzyknęła z lekkim przerażeniem.
- W ganianego. On uciekał, a mój patronus starał się nadziać go na rogi. Możemy już wracać? Mam ochotę zjeść tonę czekolady.
Harry faktycznie do końca dnia podjadał czekoladę, oficjalnie twierdząc, że wzmacnia się po wizycie w więzieniu. Naprawdę zaś znalazł wreszcie świetną wymówkę by najeść się tego przysmaku do woli.

Kiedy kładł się tego wieczoru do łóżka, nie sądził że może go spotkać gorszy dzień, aniżeli wizyta w Azkabanie. Napewno zaś nie sądził, że taki dzień spotka go już jutro.

Ginny, podobnie jak każdego jednego dnia, wróciła z treningu skonana. Gwenog po powrocie z Rosji postanowiła, że nim oficjalnie rozpoczną się międzysezonowe wakacje, dziewczyny będą ćwiczyły na pełnych obrotach. Wakacje miały zacząć się jutro, więc dzisiaj dała im co najmniej potrójny wycisk. Gdy Ginny wróciła do domu, bolały ją wszystkie części ciała, które w czasie gry miały kontakt z miotłą i odciski na dłoniach stanowiły tutaj najmniejszy problem. Nawet nie dowlokła się do wanny, tylko padła w swoim pokoju i usnęła nie zdjąwszy nawet butów. Kiedy wreszcie się obudziła, słońce świeciło prosto w jej okna, niechybnie zwiastując późne popołudnie, a ona wciąż trzymała w dłoni trzonek od swej Błyskawicy. Prezentu, jaki sprawił jej Harry. Odrobinę wypoczęta, choć nadal zdrętwiała, postanowiła w pierwszej kolejności zadbać o swój mocno protestujący żołądek. Musiało być już naprawdę późno, gdyż z pokoju zajmowanego przez Rona i Hermionę dobiegały już stłumione odgłosy, świadczące bynajmniej nie o rozmowie. Nie pierwszy już raz w ostatnich tygodniach przegapiła ich powrót do domu, co było jednak dziwniejsze, wszystko wskazywało na to, że tym razem udało jej się nie przegapić powrotu Harrego. W całym domu nie było po nim najmniejszego śladu, mimo że zegar w przedpokoju twierdził, że jest mocno po siódmej. Stary złośliwy zegar mógł oczywiście poprzestawiać swoje wskazówki, ale ostatnio był grzeczny, więc Ginny przyjęła godzinę za prawdziwą.
W ciszy jadła twarożek, który Stworek przygotował jej na podwieczorek, co jakiś czas popijając go bardzo słodkim, ale odżywczym sokiem pomarańczowym. Nikt nie towarzyszył jej przy kuchennym stole i zastanawiała się gdzie podziewa się Harry. Gdy tylko w jej głowie skrystalizowała się ta myśl w kominku buchnęły zielone płomienie.
- Harry! – Zdziwiona patrzyła, jak wciąż ubrany w mundur, wchodzi do kuchni nie otrzepawszy się nawet z popiołu. – Ciężki dzień w pracy? – Zakończyła, obserwując go z niepokojem.
- Nawet mi nie mów – jęknął opadłszy na krzesło naprzeciw niej i kładąc głowę na blacie stołu.
- Wracasz z terenu? – Spytała zdziwiona jego fatalnym stanem. W odpowiedzi jedynie pokręcił głową. – Z ministerstwa? To czemu się nie deportowałeś z sali w departamencie.
- Bo mógłbym wylądować w kawałkach – jęknął, nawet na nią nie spoglądając.
- Stworku!
- Tak panienko – Skrzat zjawił się w ułamku sekundy.
- Podaj Harremu jeść, proszę.
- Ale kolacja jeszcze nie gotowa, panienko.
- Podaj cokolwiek – Skrzat nie odpowiedział, uwijając się, by przygotować posiłek dla swojego pana. – Kochanie, powiedz proszę, co się stało?
- Wilkołaki, Nokturn, to było… – Pokręcił głową, wspierając ją na ramionach, by nie opadła z powrotem na blat.
- Wilkołaki znowu podniosły bunt? – Zapytała zszokowana. – Sądziłam, że wyłapaliście je wtedy wszystkie i zamknęliście – znaczy ty byłeś w Chinach, ale inni aurorzy, członkowie Patrolu, Grupa Uderzeniowa, oddziały specjalne Zoomagików. Ministerstwo nie próbowało tego nawet tuszować, bo i tak cała Pokątna słyszała te ryki.
- Wiedźmo – Harry potarł oczy pod okularami. – Jeśli ministerstwo czegoś nie tuszuje, to znaczy, że coś tuszuje. Dziękuję ci Stworku. – Dokończył, kiedy na stole pojawił się wielki talerz jajecznicy na boczku i pieczonego chleba z masłem.
- Co tym razem zatuszowało nasze ministerstwo? – Ginny czuła się jednocześnie zdegustowana i oszukana. Nie sądziła, że Kingsley będzie kontynuował stare praktyki.
- Większość wilkołaków udało się wtedy wyłapać – zaczął, bezmyślnie dzióbiąc w jajecznicę. -  Część siedzi w Azkabanie. Część w rezerwacie na wyspie St. Kilda.
- Harrrryy. Bardzo nie podoba mi się słowo większość. Wystarczy, że mało kto wie o rezerwacie – powiedziała do niego ponurym tonem pełnym wyrzutu. – Czego nie wiemy? – Harry pokręcił głową, ale po kilku kęsach znużony podjął opowieść.
- Części wilkołaków udało się umknąć w głąb Nokturnu.
- No i co? Przecież to tylko ulica, jaki problem znaleźć wilkołaki przy ulicy.
- W jednym z zaułków jest tam taki budynek, a właściwie był tam taki budynek. Zabarykadowali się w nim. Wiem co chcesz powiedzieć – wtrącił widząc, jak otwiera usta. – Szturm nic nie dał. Departament nie chciał tracić ludzi. Nałożono zaklęcia antyaportacyjne, zablokowali okna i drzwi i zostawiono ich w środku, żeby się poddali.
- To było rok temu! – Harry tylko wzruszył ramionami.
- No ale co było dzisiaj? Wyszli z tego budynku? Urządzili jatkę na Nokturnie? Złamali zaklęcia? – Harry pokręcił głową i rzucił widelec, najwyraźniej nie mogąc przełknąć ani kęsa więcej, przypominając sobie coś, co odebrało mu apetyt.
- Dostaliśmy wezwanie. Bardzo nagłe wezwanie. Bardzo nieprzyjemne wezwanie – Talerz przejechał przez cały stół, zatrzymując się na jego krawędzi. – Cały zaułek trawił pożar.
- Wielki Merlinie! – Ginny wykrzyknęła zasłaniając sobie usta.
- Kiedy przybyliśmy na miejsce, służby i okoliczny mieszkańcy walczyli, by pożar nie zajął kolejnych budynków.
- A wilkołaki?
- Świadkowie mówili, że pożar zaczął się od tamtego budynku. Że stanął w płomieniach niczym pochodnia. W dziesięć minut z trzypiętrowego budynku zostały zgliszcza.
- A wilkołaki? – Powtórzyła z naciskiem. Harry milczał przez dłuższą chwilę.
- Gdy opuszczaliśmy teren, brygada wydobyła dwadzieścia siedem zwęglonych ciał, a nie przekopali się jeszcze do piwnicy – wreszcie powiedział niechętnie. Ginny nie wytrzymała, zeskoczyła z krzesła i zwymiotowała wprost do kominka. Harry wstał, by przytrzymać jej długie włosy i uspokoić delikatnym dotykiem.
- Jak, jak to się stało? – Wydyszała po dłuższej chwili, siadając na zimnej podłodze i ocierając usta. Harry milczał i ona milczała, uparcie wpatrując się w niego, aż grobowym tonem zaczął mówić dalej.
- Na ścianie domu Borgina znaleźliśmy wymalowaną białą dłoń z podpisem „To był dopiero początek, czas wyplenić złoczyńców. Milicja.” Podpalili ten budynek, najprawdopodobniej piekielną pożogą – Ginny długo jeszcze wymiotowała, a kiedy wreszcie się uspokoiła, Harry wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Te kilka wypowiedzianych przez niego zdań wykończyło ją bardziej aniżeli całodniowy trening.
Kiedy zszedł na dół, przyjaciele czekali już na niego przed gabinetem. W dłoni Hermiony spoczywał „Prorok Wieczorny”, którego całą pierwszą stronę zajmowało zdjęcie szalejących płomieni. Kiwnięciem głowy zaprosił ich do środka, wyczarowując dodatkowy fotel.
- Czemu dowiaduję się o tym z gazety? – Ron zapytał zirytowany.
- Miałeś zadanie w Lochend – Harry rozwinął gazetę i zajął się czytaniem opisu wydarzeń.
- Chrzanić Lochend! – wrzasnął.
- Nie krzycz. Ginny śpi – upomniał go Harry.
- Chrzanić Lochend – Ron powtórzył ciszej. – Pół Pokątnej poszło z dymem, a mnie nikt nie odwołał.
- Nic byś nie pomógł, a Lochend było ważne.
- Nessy siedzi w tym jeziorze setki lat i posiedzi dalej, a tutaj… – Urwał, a Harry nie raczył podjąć dalej tematu.
- Więc co tam się stało? – Hermiona zapytała delikatnie, ale jak na dłoni widać było jej niepokój opisanymi wydarzeniami.
- Chociaż raz Prorok napisał prawdę – Harry odłożył gazetę, w której mowa była o pożarze, który objął znaczną część Nokturnu, trawiąc liczne budynki. Ani słowa o wilkołakach.
- Akurat – Ron prychnął z dezaprobatą.
- To był pożar? – Hermiona upewniała się, wiedząc że ogień mógł być tylko zmyłką dla czegoś poważniejszego, co się mogło dziać.
- Tak. To naprawdę był pożar, ale nie objął znacznej części Nokturnu, tylko jeden zaułek. Nie wiem ile dokładnie budynków spłonęło, ale udało się go dość sprawnie opanować, nim wyrządził większe szkody.
- Większe szkody? – Zdziwiła się Hermiona. – Sam mówisz, że spłonęło ileś budynków.
- Większość była pusta. Tylko kilku miało mieszkańców – Taka była oficjalna linia ministerstwa w sprawie budynku zajętego przez wilkołaki i sąsiadujących z nim, które ministerstwo opróżniło z lokatorów.
-  Są jakieś ofiary? – Ron zadał pytanie, którego Harry się obawiał.
- Poparzeni, ale wszystkim powinno udać się pomóc – Harry skłamał gładko. – Tego, czego nie napisał „Prorok” – Harry postanowił wyjawić przyjaciołom wszystko (no prawie wszystko), skoro prasa prędzej czy później i tak miała to wyniuchać. – To fakt, że te budynki zostały podpalone.
- Co?! – Przyjaciele wykrzyknęli oboje.
- Jutro rano będzie zebranie departamentu, tam wszystkiego się dowiesz – Zwrócił się do Rona.
- Zebranie departamentu? Ostatnie było jeszcze przed moimi czasami – Ron wydawał się bardziej podekscytowany, jak zszokowany.
- Po Hogsmeade – uściślił Harry.
- Jest aż tak źle? – Hermiona doskonale wiedziała czym jest zebranie Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Wystarczająco się o tym naczytała przeglądając kodeksy.
- Nie jesteśmy pewni, ale możemy mieć problem.
- Jak duży?
- Tak duży, że Pascal powiedział, że departament ma wybrać nowego szefa do lipca, bo on składa rezygnację nie czując się na siłach, by temu podołać – Harry odchylił się w fotelu, przypominając sobie popołudnie w Kwaterze Głównej Aurorów, kiedy tłoczyli się tam wszyscy członkowie Patrolu, Grupy Uderzeniowej oraz Roy i Kingsley we własnych osobach.
- Macie pomysł, kto to zrobił?
- Oooo, nie musimy mieć pomysłu – Harry pokręcił głową. – Zostawili nam wizytówkę, tak wielką, żeby nie dało się przegapić. Nazywają siebie Milicją i chcą robić porządek z przestępcami.
- Czyli teraz będziemy ścigać tych „dobrych”?
- Będziemy ścigać tych dobrych – Harry powtórzył beznamiętnie.
- Ale czemu akurat Nokturn? – Ron zastanawiał się głośno.
- Bo to Nokturn. Ron, proszę cię – Przerwał rudzielcowi, który chciał prowadzić dalsze dywagacje. – Muszę jeszcze zająć się sprawami domu, a chciałbym też odpocząć. Jutro wszystkiego się dowiesz – Przyjaciel kiwnął głową i niechętnie opuścił gabinet. Hermiona nie ruszyła się z zajmowanego miejsca. Cierpliwie siedziała, kiedy on przeglądał rachunki, sprawdzając ich domowy budżet.
- Pięćdziesiąt trzy, przenieś dwa. Dodaj szesnaście z procentem osiem. Zamień tutaj i przepisz czternaście. Potem to zlicz wszystko – powiedziała, widząc jak głowi się nad skomplikowaną tabelą . – Wiesz, że chętnie będę robić to za ciebie, jeśli tylko pozwolisz.
- Wiem.
- Ale nie skorzystasz – skwitowała.
- Hermiono, wiesz że cię kocham – odezwał się po chwili. – Nie każ mi proszę opowiadać wszystkiego jeszcze raz – wiedząc na co czeka jego przyjaciółka. – I proszę, nie pytaj Ginny. Ciężko to zniosła.
- Jest źle – stwierdziła.
- Ron ci jutro opowie.
- Dobrze, że ma takiego przyjaciela jak ty. Zawsze dla niego będziesz, kiedy będzie cię potrzebował.
- Chcesz mi coś powiedzieć, Hermiono?
- Też cię kocham – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Jak brata, oczywiście – uśmiechnęła się do niego, wychodząc z pokoju.
- Zawsze dla ciebie jestem, jeśli mnie potrzebujesz – dodał, kiedy zamykała drzwi.
- Wiem – drzwi kliknęły cicho.

Inpirowane: Floging Molly – the Worst Day Since Yesturday

 

Problem techniczny!

13 cze

Kochani. Nowa notka jest już gotowa, ale najprawdopodobniej przez cały weekend nie będę miał dostępu do internetu ze względu ma awarię u dostawcy. Rozdział pojawi się jak tylko odzyskam dostęp do sieci w sposób inny niż telefon.
Pozdrawiam

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

20. Ra, Ra, Rasputin Część 1 i 2

07 cze

Cały Rozdział!!

Moi drodzy.

Oddaję w wasze ręce rozdział Ra, Ra, Rasputin w jego pełnym wymiarze. Uzupełniony o treść, której nie zdążyłem napisać w terminie.

Jest to najdłuższy z rozdziałów, jakie oddałem w wasze ręce w tym roku, a być może najdłuższy, jaki napisałem w ciągu ostatnich dwóch lat.

Jako, że podział na dwie części nie był pierwotnie planowany, umieszczam cały rozdział na raz, jeśli zaś nie chcecie raz jeszcze czytać Części 1, dla ułatwienia rozdzieliłem teksty nagłówkami Część I i Część II

P.S

Zakończenie opowiadania zbliża się wielkimi krokami, mam nadzieję, że zostaniecie ze mną do jego zakończenia.

_______________________________________________________________________________________

Część I

Jak wiedzą wszyscy fani europejskiego Quidditcha, a w szczególności miłośnicy francuskiej „Quidditch Liegue 1”. Zespół Monaco Quidditch Team stał się w ostatnich tygodniach własnością rosyjskiego krezusa Ivana Żarenko. Nowy właściciel postanowił w jeden sezon zbudować zespół, który zdobędzie puchar Klubowych Mistrzostw Europy.

Żarenko zwolnił wszystkich zawodników i nie licząc się z kosztami wydaje fortunę na zakup nowych graczy, którzy mają stworzyć jego dream team prowadzony przez Igora Kasparenko, trenera który dwa razy z rzędu doprowadził zespół Bułgarii do finałów mistrzostw świata. Do zespołu Monaco QT dołączył już Lao Che, młody obrońca dzięki któremu Indonezja odpadła dopiero w ćwierćfinałach ostatnich mistrzostw, oraz siostry Morozow, będące najskuteczniejszymi pałkarkami ubiegłego sezonu w lidze rosyjskiej.

Spekuluje się, że Żarenko w pakiecie z trenerem zdobył dla swojego zespołu Wiktora Kruma, obecny pracodawca zawodnika zaprzecza jednak tym doniesieniom, a sam zainteresowany odmawia komentarza.

Wedle informacji potwierdzonych przez sam klub Monaco, wysłannicy Ivana Żarenko przebywają obecnie na Majorce, gdzie negocjują z miejscowym zespołem przejście światowej klasy ścigającego Hesusa Alveza. Wedle ocen stanowiącego światową wyrocznię rocznika „Znicz”, Alvez wart był na początku sezonu nawet dwa miliony Galleonów, co czyniło go najdroższym zawodnikiem w historii. Patrząc po obecnych wynikach jego wartość mogła tylko wzrosnąć.

Magiczne media na całym świecie boją się nawet spekulować, jaką cenę może sobie zażyczyć Majorka.

Wiele jednak wskazuje, że Żarenko może nie być zmuszonym do wydania na ścigającego złamanego Knuta. W ostatni weekend w londyńskim klubie „Pod Dziurawym Kotłem” odbywały się organizowane przez brytyjskie wydanie magazynu Playbook wybory Playmate Wiosny.

Wśród zaproszonych na to wydarzenie osobistości nie zabrakło graczy Quidditcha, a wśród nich wschodzącej gwiazdy naszej ligi i szukającej Harpii, Ginewry Weasley. Panna Weasley jak zawsze chętnie rozmawiała z zebranymi dziennikarzami. Podczas rozmowy zawodniczce wypsnęło się przypadkowo kilka uwag wskazujących na zainteresowanie zespołem z Monaco. Zorientowawszy się w swej niedyskrecji panna Weasley szybko zmieniła temat, a indagowana przez zebranych dziennikarzy odmawiała dalszego komentarza w sprawie.

Przypomnijmy, że panna Weasley jest tegorocznym objawieniem ligi, w każdym meczu popisując się nietuzinkowymi zagraniami i schodząc z boiska z solidnymi zdobyczami punktowymi. Najistotniejsze jednak, że kontrakt panny Weasley upływa wraz z końcem obecnego sezonu i trudno sobie wyobrazić by Harpie w chwili obecnej stać było na zatrzymanie jej u siebie.

W przeciwieństwie do Hesusa Alveza, który ma przed sobą najwyżej trzy lata gry na światowym poziomie, panna Weasley może cieszyć fanów Quidditcha nawet przez najbliższe dwie dekady.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że jeden z przedstawicieli Monaco QT widziany był w ubiegłym tygodniu w Wielkiej Brytanii.

Nawet jeśli Ivan Żarenko zdecyduje się wyłożyć fortunę na zakup Alveza, pamiętajmy że kafel jest tylko jeden ale ścigających jest trzech. Czy więc piękna gwiazda Harpii już wkrótce przeprowadzi się do słonecznego księstwa na południu europy? Przekonamy się zapewne w ciągu kilku najbliższych tygodni.”

 Jimmy rzucił na stół gazetę, którą czytał na głos od chwili przekroczenia progu Grimmauld Place.

- Monaco? Naprawdę? – Spytał siadając na blacie obok gazety i przyglądając się Ginny swoimi niepokojąco niebieskimi oczami. – Czemu akurat Monaco?

- Rozmawialiśmy o Quidditchu i pieniądzach w sporcie i sobie przypomniałam naszą rozmowę o Monaco, więc zagadnęłam na ten temat.

- W obecności zebranych dziennikarzy, wypsnęło się pani kilka uwag na ten temat – Olsen złożył w całość dwa cytaty. – Wie pani co? Naprawdę świetna robota.

- Że słucham?

- Nie mogłem sobie wyobrazić lepszego zagrania z pani strony. Złapała ich pani na haczyk, a potem nie chciała kontynuować tematu. Zagadnęła pani o budowany właśnie od podstaw zespół z gigantycznym zapleczem finansowym w przeciętnej lidze. Idealne miejsce dla gracza na pani miejscu. Moje gratulacje.

- Ale ja to zrobiłam przypadkiem – Ginny postanowiła wyprowadzić swojego agenta z błędnego przekonania w jakim najwyraźniej trwał.

- Ale to nie ma znaczenia. Takie przypadki tworzą historię – Ginny usłyszała to powiedzenie już drugi raz w ciągu zaledwie kilku dni.

- Pan wiedział, że „Pod Dziurawym Kotłem” będzie ta impreza Playbooka – rzuciła oskarżycielsko.

- Wiedziałem.

- To dzięki panu udało nam się tam dostać?

- Nie, z tym nie miałem nic wspólnego. Tego dokonaliście państwo sami.

- Ale jest pan przyjacielem Grega.

- Skąd taki pomysł? – Blondyn świdrował ją wzrokiem.

- Przypadki tworzą historię – powtórzyła za nim. – To powiedzenie Grega.

- Nie, gwarantuję pani, że to nie jest jego powiedzenie – odpowiedział spokojnie. – Ale obaj je znamy, bo jesteśmy Amerykanami i nie, nigdy go nie poznałem.

- Aha – odparła zmieszana.

- No dobrze, dość o mnie. Wracamy do pani – zatarł ręce wyciągając notatnik. – Co to byli za zebrani dziennikarze?

- Rozmawiałam z Bobem Sparksem i Leopoldem Smithem.

- Leopoldem Smithem?

- Pisze dla działu sportowego Playbooka.

- To Playbook ma dział sportowy? – Jimmy zarechotał. – Ale ok, już wiem o kogo chodzi i jest pani pewna, że nikogo innego nie było?

- Jestem.

- Ten artykuł – wskazał na leżącą gazetę. – Napisał Aegon Johns dla Proroka Codziennego, a to znaczy, że plotka poszła w ruch, a to dla nas bardzo dobrze.

- Teraz, jak pan wspomniał – Ginny zrobiła gest, jakby wskazywała palcem w przeszłość. – W pewnym momencie, ale na pewno później, dołączył do nas Cuffe. Możliwe, że wcześniej podsłuchiwał.

- Możliwe, ale to nie zmienia faktu, że plotka żyje już własnym życiem. No dobrze… – przerwał wypowiedź, bo przy stole zmaterializował się Stworek z filiżankami, imbrykiem i ciastkami. – O, dziękuję – Jimmy musiał być łasuchem, bo od razu zabrał się za chrupanie ciastek.

- Podwieczorek podam, kiedy wrócą panicz Ronald z panienką Hermioną, panienko – zaskrzeczał skrzat.

- Dziękuję ci Stworku – Ginny odpowiedziała, choć powoli zaczynała odczuwać głód i chętnie zjadłaby już teraz.

- No dobrze – Jimmy podjął, kiedy Skrzat się deportował. – Ja nie zajmę pani wiele czasu. Proszę powiedzieć co tam na treningu i po nim? – Tego dnia oczywiście czekał na nią pod stadionem, ale nie mieli okazji porozmawiać, bo musiał się zająć kilkoma dziennikarzami. Ginny odnosiła jednak wrażenie, że Jimmy doskonale wie, co było po treningu i tylko ją sprawdza.

- Trening poszedł sprawnie. Przynajmniej na tyle sprawnie, na ile mogą iść nasze treningi – wzruszyła ramionami, przypominając sobie kilka zupełnie bez składnych zagrań w wykonaniu koleżanek. – Ciekawiej zrobiło się dopiero po treningu.

- Tak?

- Tak. W szatni odwiedził nas prezes.

- Mężczyzna w damskiej szatni. Nic dziwnego, że zrobiło się ciekawie – chłopak ze zrozumieniem pokiwał głową.

- Ale nie o to mi chodzi! – Ginny rzuciła w niego ciastkiem, na co odpowiedział wybuchem śmiechu.

- W takim razie, czegóż sobie życzył prezes, oprócz wygranych oczywiście.

- Prezes powiedział nam, że do klubu przyszła propozycja rozegrania sparingu.

- Kiedy?

- Lecimy dzień po finale ligi.

- W finale i tak raczej nie zagracie. Jestem tylko uczciwy – zaczął się bronić, widząc reakcję Ginny. – Po co od razu to spojrzenie bazyliszka – Ginny dość paskudnie się skrzywiła, słysząc o bazyliszku. – No więc będziecie wypoczęte, więc nic wam termin nie zaszkodzi, a sparing po sezonie na pewno się przyda. Prawdę mówiąc to przyda się nie jeden.

- Tak. Ale nie jestem pewna, czy trzeba w tym celu jechać aż do Rosji! – Ginny niemal wybuchnęła, targana mieszanymi uczuciami. Mogliśmy zagrać ze Zjednoczonymi, albo kimś z Francji czy Niderlandów.

- A co to za różnica? Tak czy siak lecicie świstoklikiem. Parę sekund w tą, czy w tamtą – wzruszył ramionami. – Więc z kim gracie?

- Misie St.Petersburg, czy jakoś tak.

- Niedźwiedzie Piotrogród, czyli de facto St. Petersburg. Rosyjska drużyna, zresztą jedna z lepszych – Jimmy albo wiedział wszystko o Quidditchu, albo (co mocno podejrzewała) już przed przyjściem do niej wiedział o meczu. – Są przeciwieństwem Harpii. Tak jak u was grają same kobiety, tak u nich mogą grać tylko mężczyźni i zespół podkreśla to na każdym kroku. Nawet widownia to niemal sami mężczyźni.

- U nas też mamy sporo mężczyzn na widowni.

- Bo przychodzą pooglądać piękne zawodniczki. W St. Petersburgu będziecie miały przeciw sobie zarówno zespół jak i trybuny. To będzie wojna.

- Skoro tak nie lubią kobiet, to po co nas zaprosili?

- Właśnie dlatego, chcą udowodnić, że kobiety nie nadają się do tej gry, a wy macie akurat dołek – poczęstował się kolejnym ciastkiem. – Zapewne zaprosili was na całe zgrupowanie? – Powiedział z pełnymi ustami.

- Tak. Na cały tydzień.

- Sprytne. Najpierw przez tydzień napatrzą się na wasze treningi. Zorientują się we wszystkich zagrywkach, a potem szast prast i pozamiatane.

- Może nie będzie tak źle.

- Może. Ale nas wynik absolutnie nie interesuje.

- Słucham?

- Nie jestem trenerem Harpii, tylko pani agentem. Nie interesuje mnie to czy zespół wygra, czy przegra i jaką różnicą bramek. Dla mnie istotne jest to, jakie pani zrobi wrażenie i to nie tylko na boisku i co o pani napiszą dziennikarze.

- Ale jeśli przegramy mecz, to znaczy że nie zdobywałyśmy punktów, a to znaczy, że jestem słabą ścigającą.

- To że zespół nie zdobywa punktów nie oznacza, że jest pani słabą ścigającą tylko, że przeciwnicy mieli świetnego obrońcę, celniejszych pałkarzy, albo zespół miał źle dobraną formację lub strategię – wymienił jej na palcach. – Oczywiście zrzucania winy na własny zespół nie polecam, lepiej skupić się na zaletach przeciwnej drużyny, które uniemożliwiły pani pokazanie pełni swoich umiejętności. Zostawmy zresztą ten temat – Jimmy zaczął intensywnie przekładać kartki w swoim notesie. – Może być trochę za mało – powiedział do siebie, znajdując interesującą go stronę w notesie.

- Za mało czego?

- W sobotę, kiedy będziecie w Petersburgu, w Moskwie odbywać się będzie mecz o Superpuchar Rosji. Wołga Wołgograd przeciw zwycięzcy meczu Czerwoni Moskwa – Sybir Krasnoyarsk. Osobiście stawiam na Czerwonych.

- A ja mam tam być, bo jestem zainteresowana grą w którymś z tych zespołów?

- Nie. Powinna pani tam być, bo to będzie kawał dobrego Quidditcha.

- No to czego jest za mało?

- Pieniędzy. Sądzę, że zostały już tylko bilety na trybunę główną, na które nie wszystkich stać.

- Ile potrzebuję?

- Nie wiem dokładnie – Jimmy zaczął niepewnie. – Czy pan Potter mógłby użyczyć pani trzysta Galleonów?

- Ile?! – Ginny wykrzyknęła zszokowana.

- Może znajdę jeszcze tańsze, ale nie chcę obiecywać. Rachunek pani dostanie.

- Dobrze, dobrze. Wezmę od Harrego, skoro radzi pan pójść na ten mecz – Ginny zgodziła się ze swoim agentem, choć oczami wyobraźni widziała już rozmowę z Harrym. Zaczęła się zastanawiać, jak najbezpieczniej poprosić go o taką kwotę i ze wstydem musiała przyznać, że jedyne co przychodziło jej do głowy, to gdy wieczorem wylądują w łóżku.

- Powiem to dzisiaj po raz pierwszy i będę powtarzał do pani wyjazdu – Jimmy kontynuował coś, co uznać można było za lekcję. – Niech pani nie palnie tam żadnego głupstwa i nie zrobi żadnego głupstwa. Zdaje się, że nie ma pani „zdolności” pana Pottera, ale wolę dmuchać na zimne. Właśnie! Jeśli ktoś zapyta o pana Pottera, niech pani nie zapomina. „Nie jest tajemnicą, że znamy się z Harrym, razem uczęszczaliśmy do szkoły, a następnie pracowaliśmy w biurze aurorów. Harry jest wspaniałą osobą i przyjemnie spędza się z nim czas.” Kropka, koniec, finito. Czy byliście razem na imprezie Playbooka? „Oboje byliśmy na tej imprezie.” Czy jesteście państwo razem? „Przyjemnie spędza nam się razem czas.” Pod żadnym pozorem niech pani nie chlapnie o małżeństwie. Bardzo panią proszę.

- Dobrze, wiem, pamiętam, a o jakie rzeczy chodziło panu, żebym nie robiła?

- Sprawa przygodnego seksu w pani przypadku odpada, choć z drugiej strony nie takie cuda ojciec widział na oczy, bo z zawodnikami to nigdy nic nie wiadomo.

- Ja mam męża!

- No i o czym ja przed chwilą mówiłem? Po co ja sobie w ogóle język strzępię jeśli pani nie słucha.

- Nie mam męża, z Harrym miło spędza nam się czas.

- Dokładnie – sapnął niezadowolony z postawy podopiecznej.

- Jimmy?

- Tak?

- To pan ze mną nie jedzie?

- Nie. Musi pani radzić sobie sama.

- Myślałam, że agenci jeżdżą ze swoimi klientami?

- Bo tak jest, ale teraz ważniejsze są sprawy w Anglii niż pani wypad do Mateczki Rosji – Ginny czuła się zdezorientowana. – Dobrze, na mnie już czas, na gadaniu przy ciastkach nic nie zarobię.

- Jutro też pan wpadnie? – Zapytała odprowadzając go do drzwi.

- Widzimy się na stadionie – odparł swobodnie. – Nachodzić w domu będę panią tylko w nagłych wypadkach. Aha i panno Weasley. Proszę przypomnieć panu Potterowi, że jak mnie nie posłucha, to zrobię się nieprzyjemny – nim drzwi wejściowe kłapnęły, Ginny usłyszała jeszcze trzask towarzyszący aportacji.

Dopiero po jego wyjściu mogła się ogarnąć i odpocząć po długich godzinach na boisku. Czuła się cała zdrętwiała i bolała ją większość mięśni jej ciała. Nie miała pojęcia, jak mężczyźni mogą wytrzymać na miotle tyle czasu nie płacząc. Mimo całej miłości do tej gry zastanawiała się, czy nie udałoby się znaleźć jakiegoś zaklęcia znieczulającego pewną część ciała. Kilka razy złapała się nawet na sarkaniu „za mało mi za to płacą”.

Gorąca woda była tym, co zawsze przynosiło największą ulgę. Uwielbiała brać długie prysznice, ale już dawno przekonała się, że gdy zsiada się z miotły po kilku godzinach intensywnego treningu, lepiej wziąć kąpiel, by przewróciwszy się pod prysznicem nie nabić sobie wielkiego guza na czole. Nie wiedziała jak długo wylegiwała się w wannie, co jakiś czas leniwym ruchem różdżki podgrzewając wodę. Musiało to jednak trochę potrwać, gdyż powróciwszy wreszcie do realnego świata, w domu spotkała nie tylko Hermionę i swego brata, ale i Harrego, który w towarzystwie swych przyjaciół – a właściwie przyjaciółki i szwagra – jadł kolację.

- Dzień dobry, kochanie – powiedziała radośnie, wbiegając do kuchni i dając mu krótkiego całusa w policzek, nim opadła na swoje krzesło.

- Co się stało? – Harry spytał, nie przerywając jednostajnego ruchu łyżki między talerzem, a ustami.

- Czemu miało coś się stać? – Spytała zdziwiona.

- Bo dzień dobry kochanie, mówisz tylko kiedy się coś stało, albo czegoś potrzebujesz – wydawać by się mogło, że Harrego to bawiło. Że bawiło nie było wątpliwości w przypadku Hermiony, która z całych sił powstrzymywała uśmiech, co powodowało drżenie całych jej ust. – No więc co się stało?

- Nic się nie stało.

- Więc czego potrzebujesz?

- Też niczego! – Wykrzyknęła odrobinę histerycznie, widząc że chyba jednak będzie musiała się uciec do bardziej przyjemnej, ale mniej uczciwej metody. Siedziała więc zasępiona, czy nie nadszarpnie nazbyt zaufania Harrego, prosząc go o pieniądze na bilet, kiedy wylądują już w łóżku.

- No to mów co się stało – Harry odezwał się po chwili, wyrywając ją z zamyślenia. Wszyscy domownicy uważnie jej się przyglądali. – Nawet, gdyby nie twoje pytanie, to i tak od razu widać, że z czymś się gryziesz – Ginny przygryzła dolną wargę, zbierając się w sobie.

- Harry, pożyczysz mi trzysta Galleonów? – Efekt był taki, że Ron zakrztusił się pitym kremowym i wypluł je na stół, a oczy Hermiony zrobiły się wielkie, jak wspomniane Galleony. Tylko jeden Harry zdawał się nie być pod najmniejszym wrażeniem prośby.

- Jasne – odparł spokojnie. – Na kiedy są ci potrzebne?

- Jutro byłoby wspaniale.

- No to wyskoczę z pracy do Gringotta – wylewitował do zlewu pusty talerz.

- Nie zapytasz, do czego są mi potrzebne? – Ginny indagowała zdziwiona.

- Nie muszę wiedzieć. Ufam ci.

- Na trzysta Galleonów ufasz?! – Ron wykrzyknął zszokowany.

- Galleony przychodzą i odchodzą – Harry odparł wzruszając ramionami.

- Ale to jest trzysta Galleonów – Ron powtórzył z naciskiem.

- Jeśli tak się upierasz na rozmowę o Galleonach, to możemy policzyć ile kosztuje mnie utrzymanie ciebie. Możemy zacząć od Kremowego, które wypijasz litrami – wskazał na niemal pustą butelkę, którą Ron trzymał właśnie w dłoni.

- No co?! – Ron zapytał z wyrzutem, ale odstawił butelkę. – Napić się nie można? Poza tym, Hermiona też pije i je tutaj.

- Harry, jeśli chcesz… – Hermiona zaczęła mówić, nim powstrzymał ją gestem dłoni.

- Hermiona zarabia znacznie mniej od ciebie, to raz. Pomaga sprzątać w domu, mimo że mówimy jej, że nie musi tego robić, to dwa. Drugie śniadanie i obiady kupuje sobie w pracy, to trzy i jeszcze potrafi odłożyć. Ale zauważ, że ja wam pieniędzy nie wypominam, bo odkładacie na własne lokum, więc wstrzymaj się z komentowaniem moich wydatków.

- Możemy się dokładać – Hermiona powiedziała szybko, by jej nie przerwał.

- Nie – uciął krótko. – Ginny, jeśli jednak zechcesz, zawsze możesz mi powiedzieć po co ci pieniądze, ale nie musisz.

- Chciałabym pójść na mecz o Superpuchar Rosji w Quidditchu.

- Popraw mnie, ale mecz o Superpuchar Rosji odbywa się chyba w Rosji? – Hermiona wydawała się zagubiona

- Tak.

- Tej Rosji w Rosji? – Upewniła się.

- Tak, tej Rosji ze stolicą w Moskwie, gdzie będzie odbywał się mecz – Wyjaśniła im Ginny.

- Wiedźmo – Harry zaczął niepewnie. – Jak zamierzasz dostać się do Rosji?

- A bo ja ci nie powiedziałam – Ginny olśniło właśnie, że jeszcze nikomu nie powiedziała o wyjeździe. – Harpie dostały zaproszenie na zgrupowanie w St. Petersburgu. Jedziemy na tydzień i gramy mecz z Niedźwiedziami, to taka męska drużyna – wyjaśniła.

- Kiedy lecisz, siostra?

- Dzień po finałach.

- Znaczy za trzy tygodnie? – Harry spytał, wreszcie zaciekawiony rozmową.

- Za dwa, kochanie. Za dwa – Ginny sprostowała zniesmaczona niewiedzą Harrego.

- Jedziecie za dwa tygodnie na tygodniowe zgrupowanie – Harry powiedział powoli. – A to się nawet dobrze składa – dokończył z werwą i uśmiechem.

- Czemu?- Spytali wszyscy troje.

- Bo za tydzień lecę do Stanów – odparł już bardziej niechętnie.

- Myślałem, że teraz kolej Nevilla na szkolenie w Quantico? – Ron zauważył przytomnie.

- Bo tak jest – Przyznał Harry. – Strasznie się o to pożarli z Urquhartem. Neville uparł się, że nie może zostawić Hanny.

- Słusznie. Co za mąż zostawiłby żonę i dwie nowo narodzone córki – Hermiona poparła decyzję ich przyjaciela.

- Taki, który ma obowiązki służbowe – Odpalił jej nażeczony.

- Rodzina jest ważniejsza.

- Składał przysięgę, za takie coś mogą go wywalić – Krzyknął, podchodząc do sprawy nad wyraz emocjonalnie.

- To samo powiedział mu Urquhart – zauważył Harry. – Neville powiedział, że jeśli Urquhart chce go wywalić, to on mu nie będzie zabraniał – Cała trójka siedziała skonsternowana, najwyraźniej nie wiedząc co mają na to odpowiedzieć. – Tak czy inaczej. Uquhart powiedział, że Ramirez jest mu teraz potrzebna, więc jadę ja.

- Ale kaszana – Ron mruknął zdegustowany.

- To samo pomyślałem, ale skoro Ginny i tak jedzie do Rosji – spojrzał na swoją wybrankę. – To przynajmniej mam jeden powód mniej, do narzekania na ten wyjazd.

- Sądziłam, że lubisz jeździć na szkolenia? – Ginny spytała, znając pasję podróżniczą, jaka zrodziła się w nim, po wyjeździe do Francji.

- Lubię, ale wątpię bym się miał nauczyć czegoś wartościowego.

- Ameryka do ogromny kraj – odparła mu Hermiona. – Mają znacznie więcej czarodziejów, aniżeli Wielka Brytania. Naprawdę nie rozumiem skąd masz taki pogląd na ten wyjazd – Cała wypowiedź, jak zawsze zajęła jej znacznie mniej czasu, aniżeli przeciętnemu człowiekowi.

- Ziva.

- Co znowu Ziva? – Ginny zaczynała mieć dość tej wyskakującej jak z kapelusza Izraelki.

- Ziva przestrzegała mnie przed wybieraniem Stanów po seminarium. Mają według niej wysokie mniemanie o sobie, ale raczej kopiują cudze pomysły, niż wymyślają własne.

- Nie wierzę – Hermiona mocno potrząsnęła głową. – Zaraz sprawdzę w naszej biblioteczce. Na pewno znajdę liczne osiągnięcia.

Faktycznie, Hermiona pobiegła zaraz do biblioteki i spędziła tam wszystkie wieczory przez najbliższy tydzień, aż do wyjazdu Harrego, by żegnając się z nim w ministerstwie przyznać wreszcie, że nie znalazła nic szczególnie godnego uwagi. Amerykańscy czarodzieje zbierali pomysły z całego świata, składali je w jedną całość i dopracowywali, ale raczej nie wymyślali niczego sami. Nawet szkoła czarodziejska mieściła się w Kanadzie, a nie USA. Harry poleciał więc, nie spodziewając się niczego szczególnego po tej wyprawie.

Wyjazd Harrego spowodował, że na świstoklik do Rosji odprowadzana była jedynie przez Georga i matkę. Nie było to towarzystwo jakiego sobie by życzyła, ale cóż mogła poradzić.

Pod samym stadionem dorwał ją jeszcze Jimmy, po raz kolejny wałkując jej czego nie powinna robić. Dał jej również bilet na mecz i na koniec życzył dobrej zabawy.

Lecieć miały wprost ze środka murawy swojego stadionu. Kiedy Ginny wyszła z tunelu prowadzącego pod trybunami, zobaczyła że na środku stała już trener Johnes w otoczeniu zawodniczek, których było więcej, aniżeli Ginny się spodziewała. Spojrzała pospiesznie na zegarek, ale do odlotu był ponad kwadrans i z całą pewnością nie spóźniła się na godzinę wyznaczoną przez trener.

- Dzień dobry, Weasley.

- Spóźniłam się?

- Nie, po prostu dziewczynom bardziej pali się na wylot niż pani – Gwenog wcale nie wyglądała na zachwyconą tą nadgorliwością zawodniczek. Ginny przeczuwała, że w gabinecie właśnie stygnie kawa. – Skoro już jesteśmy wszystkie, to powiem raz jeszcze. Nie miejcie panie błędnego wrażenia. Jedziemy tam trenować i rozegrać mecz z topowym zespołem. Niech wam się nie wydaje, że jedziecie sobie na wczasy. Będziemy ostro trenowały i mogę wam obiecać, że będzie pot, będą łzy, może polać się krew, ale oczekuję, że zniesiecie to z godnością i wzniesiecie się na szczyty swych umiejętności – zrobiła krótką przerwę, by bardziej podkreślić wagę tych słów. – Oczekuję, że dacie z siebie wszystko i wiem, ze Niedźwiedzie dadzą z siebie wszystko, a Ruscy nie odpuszczają na cal. Musicie być świadome, że kontuzje są niemal nieuniknione, dlatego też jadą z nami nasze rezerwowe – Spojrzała na trzy zawodniczki, z których tylko jedna miała doświadczenie ligowe, pozostałe w życiu nie latały przy pełnym stadionie. – Zbliża się czas, proszę złapać za miotłę – wyciągnęła przed siebie trzymaną miotłę. Dziewczyny zebrały się wokół magicznego środka transportu, mocno chwytając się rączki. – Pamiętajcie – Gwenog powiedziała, kiedy miotła zaczęła pulsować. – Jesteście Harpiami!

Ginny poczuła potężne szarpnięcie w okolicach pępka, nim ogromny wir wessał je, rozmazując świat wokół i porywając w przestworza. Jeszcze nigdy nie leciała Świstoklikiem tak daleko. Podróże między stadionami. jeśli odbywały je w ten sposób, były o wiele krótsze i w porównaniu z tą, już dawno by się skończyły. Ginny przypomniała sobie, że podczas jednej z dłuższych podróży odkryła w sobie delikatne objawy „choroby świstoklikowej”, jak dla ułatwienia nazwała ten syndrom. Oczywiście, gdy powiedziała o tym przyjaciołom, wyśmiali ją, że nie ma czegoś takiego, jak choroba świstoklikowa. Tylko Harry powiedział, że skoro tyle osób wymiotuje po aportacji, to ona ma prawo czuć się źle po locie świstoklikiem. On zawsze jej wierzył. Poczuła, że pęd jakby zwalniał, było to zaledwie sekundę przed momentem w którym jej stopy nagle uderzyły w twardy grunt. Ta sekunda wystarczyła jednak, by uchroniła się przed upadkiem. Otworzyła zamknięte podczas lotu oczy. Z całego zespołu udało się ustać tylko trzem osobom. Ona, Gwebog i Cho wciąż trzymały miotłę, stojąc w otoczeniu leżących koleżanek. Z za pleców usłyszała nagły wybuch śmiechu.

- Żałosne – Cho powiedziała na tyle głośno, by usłyszały to wszystkie leżące i śmiejący się mężczyźni. Przekroczyła kłębowisko ciał, wychodząc na niepokryty dziewczynami kawałek murawy. Ginny poszła za jej przykładem, a Gwenog ze słabo skrywaną satysfakcją rzuciła miotłę na zawodniczki, idąc w stronę śmiejącego się zespołu Niedźwiedzi. Tak przynajmniej można było wywnioskować z miśka wymalowanego na ich kurtkach.

Ginny z Cho ruszyły w krok za nią. Ścigająca uważnie obserwowała przeciwników, starając się wywnioskować na jakich grają pozycjach. Wszyscy jednak mieli posturę McLaggena i można było dojść do wniosku, że każdy z nich gra na pozycji pałkarza. Kiedy już zlustrowało się ich postury, trafiało się na blade twarze, z wydatnymi, ostro zarysowanymi szczękami i szerokimi podbródkami. Każdy z zawodników ostrzyżony był jak komandos, co sprawiało, że wyglądali jakby mieli kwadratowe głowy.

- Oni wszyscy wyglądają jak… – Ginny chciała podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Cho.

- … Zakute pały. Wiem – azjatka odpowiedziała z pogardą. – Ciekawe, czy odróżniają końce miotły.

- Odróżniamy, odróżniamy i jak chcesz, to pokażemy ci jak działają porządne miotły – jeden z zawodników odpowiedział jej ordynarnie, powodując śmiech pozostałych.

- Możemy się też przelecieć zespołowo, żeby koleżanki nie czuły się poszkodowane – zarechotał drugi, obserwując Gwenog i Ginny.

Cho i Ginny nie trzeba było powtarzać dwa razy. Nim Gwenog zdążyła zareagować, facet który obraził Cho nadal stał, ale brakowało mu górnych jedynek, a ze złamanego nosa lały się fontanny krwi. Ginny przyjęła odmienną taktykę i jej oponent wił się po ziemi, trzymając się za krocze i płacząc. Teraz to dziewczyny się śmiały, otrzepując ubrania z kurzu.

- Panowie – Gwenog odezwała się z uprzejmym uśmiechem. – Pozwólcie, że przedstawię wam moje Harpie. Szukająca Cho Chang i ścigająca, Ginewra Weasley – Przedstawiła obie kobiety, kolejno wskazując na nie rękoma, po czym przeszła do prezentacji reszty zespołu.

Trener Niedźwiedzi, również przedstawił swój zespół, ale było w nim tylu „iczów” „owskich” i „owów”, że dziewczyny pomimo początkowych chęci nie spamiętały więcej niż dwóch zawodników i to też nie były pewne, czy nazwisko zgadza się z jego nosicielem. Cho na własne potrzeby zapamiętała zawodników jako „Zakuta Pała”, dodając tylko kolejne numerki dla rozróżnienia.

- Miło nam panie powitać na rosyjskiej ziemi – trener powiedział z silnym akcentem. – Cieszymy się, że możemy użyczyć paniom naszego ośrodka do treningów, oraz zaprezentować kawał dobrego Quidditcha – jego pewność siebie nie spodobała się Harpiom, które z każdym słowem nabierały ochotę, by dorwać się do mioteł, tłuczków i pałek. Gwenog wiedziała jednak, że jest to gra psychologiczna, która ma za zadanie wyprowadzić je z równowagi.

- Dziękujemy za zaproszenie i nie możemy się doczekać rozegrania meczu – odparła mu niezmiennie z uśmiechem. – Teraz jesteśmy odrobinę zmęczone podróżą, czy możemy przejść do naszych pokoi, nim zabierzemy się za trening?

- Ależ oczywiście. Mirov, zaprowadź panie do ich kwater.

- Haraszo.

Dopiero idąc za Mirovem, kobiety mogły na spokojnie rozejrzeć się po stadionie. Z przykrością musiały przyznać, że ich stadion w Holyhead, uznawany za jeden z ładniejszych w Wielkiej Brytanii, absolutnie się nie umywał do stadionu Niedźwiedzi. Piękny obiekt, którego ściany obłożone były piaskowcem, mógł pomieścić ze trzydzieści tysięcy widzów. Wszystkich siedzących na w pełni zadaszonych trybunach. Idąc z dziewczynami, Ginny przestawała się dziwić Jimmy’emu, kiedy mówił o amatorskim charakterze brytyjskiej ligi, skoro połowa zespołów grała na drewnianych stadionach, na których deszcz lał się kibicom na głowy. O ile pamiętała, żaden z ligowych stadionów nie miał na ścianach piaskowca i nie mógł pomieścić pod dachem tylu ludzi.

Przygotowane dla nich pokoje, znajdowały się we wtopionym w mury stadionu hotelu, wybudowanym specjalnie z myślą o zawodnikach goszczonych zespołów. Na dolnych poziomach hotelu umieszczone były siłownie, sale fitness, basen, a nawet sauna. Ginny nie zdecydowała się jednak na skorzystanie z tych udogodnień, uczepiwszy się słów Harrego. Jeszcze w czasach kiedy była aurorem Harry powiedział jej, żeby uważała bo ściany lubią mieć oczy i uszy. Wiedziała, że w kontekście gry w Quidditcha powiedzenie to nie ma większego sensu, ale nie dawało jej z jakiegoś powodu spokoju.

Niepokój ten wzmógł się jeszcze bardziej, kiedy drugiego dnia pobytu zeszły na śniadanie. Najpierw był jednak pierwszy trening.

Dziewczyny ulokowane zostały na ostatnim piętrze hotelu. Normalnie nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie fakt, że hotel był wmurowany w budynek stadionu, a co za tym idzie, każde kolejne jego piętro było coraz węższe, bardziej „przyciśnięte do muru” przez pochylone trybuny. Na ostatnim piętrze pokoje mieściły się już tylko po jednej stronie korytarza, podczas gdy cała przeciwległa jego strona pokryta była długimi oknami z których widać było cały stadion wraz z umieszczonym w dole boiskiem i stojącymi na jego krańcach pętlami. Prowadzący je zawodnik wskazał im jedenaście kolejnych pokoi w których miały się zatrzymać na najbliższy tydzień, pozostawiając im wolną wolę podzielenia się nimi między sobą. Dziwnym trafem obyło się bez kłótni o pokoje, choć kłótnia od samego początku zdawała się być nieunikniona, gdyż nie do pomyślenia wydawało się, że jedenaście kobiet może bez mrugnięcia okiem i szemrania wybrać swoje lokum.

Zobaczywszy wnętrze swojego pokoju Ginny doszła do wniosku, że po wybudowaniu sobie okazałego stadionu Niedźwiedziom zabrakło pieniędzy, albo pomysłu na wykończenie pokoi w Hotelu, o ile oczywiście nie przygotowano dla nich najgorszych. Rozglądając się po wnętrzu Ginny doszła do wniosku, że łatwiej było wymienić to co w pokoju tym było, niż to co powinno się w nim znajdować, a nie zostało umieszczone. Właściwie to w pokoju było pięć rzeczy. Wąski tapczan, stojąca pod przeciwległą ścianą komoda, krzesło, lampka nad tapczanem i firanka w oknie. Była oczywiście i łazienka, ale wolała się teraz nie przekonywać z czym będzie w niej miała do czynienia.

- Rosja uprzejmie wita – mruknęła do siebie.

Ledwo zdążyły się rozpakować, a już po korytarzu przeszła się Gwenog, wzywając je na trening. Dziesięć zawodniczek ubranych w czarne, pozbawione jakichkolwiek oznaczeń szaty do gry w Quidditcha, których zawsze używały na treningach, stanęło w szeregu, twarzami zwrócone w stronę widocznego za oknami boiska.

- Jest dłuższe od naszego – Gwenog stwierdziła po chwili coś, co Ginny zauważyła już kiedy szły korytarzem do pokoi.

- I węższe – Odezwała się rezerwowa pałkarka.

- Tylko dłuższe. Złudzenie optyczne – Ginny wyjaśniła jej spokojnie. – Trybuny zaczynają się wyżej.

- Cały stadion jest jak studnia – Cho patrzyła ile przestrzeni będzie musiała patrolować w poszukiwaniu znicza.

- Przy dolnych zagrywkach będziecie się czuć, jak w tunelu – Gwenog powiedziała zmrużając oczy.

- Tłuczki będą fajnie rykoszetować – Uśmiechnęła się Gunner.

- Nie o to chodzi. Lecąc przy ziemi, będziecie sądzić, że lecicie szybciej niż w rzeczywistości i zwalniać – Trener wyjaśniła im spokojnie.

- Przynajmniej wiemy w jaki sposób będą chcieli nas ograć – Kapitan Green wzruszyła ramionami. – Dziewczyny, potrenujcie bicie tłuczków do ziemi, a ścigające niech poćwiczą szybkie nurkowanie, żeby odebrać przeciwnikowi piłkę.

- Koniec gadania. Do szatni drogie panie – trener Johnes zakomenderowała, prowadząc dziewczyny do wind.

Jak na każdym stadionie Quidditcha w całym cywilizowanym świecie szatnie ulokowane były przy tunelu dla zawodników i niczym nie różniły się od szatni na całym świecie. Kwadratowe pomieszczenie z ławkami dla zawodników stojącymi pod trzema ścianami i wiszącymi nad nimi haczykami na ubrania i uchwytami na miotły oraz białą tablicą dla trenera umieszczoną na czwartej ze ścian.

Tym razem jednak, na środku pomieszczenia stał dodatkowy element. Pokaźnych rozmiarów drewniana skrzynia, wysoka na ponad dwa metry i ponad półtorej metra głęboka i szeroka. Dziewczyny z zainteresowaniem przyglądały się dodatkowemu elementowi wystroju wnętrza. W tym czasie Gwenog wyjęła różdżkę i wystukała na drewnianej ściance skomplikowany rytm, po którym ta się rozpłynęła ujawniając skryte we wnętrzu ich miotły.

- Zabezpieczenie przed niepowołanymi ciekawskimi – mruknęła, podając miotły dziewczynom.

Ginny uważnie obejrzała swoją błyskawicę, ale nie zauważyła żadnej obcej ingerencji. Pozostałe dziewczyny także z uwagą oglądały swoje miotły, oględziny zdawały się wypaść pozytywnie, gdyż wkrótce każda z mioteł dumnie spoczywała na przygotowanym dla niej stojaku.

- Panny, spokój! – Kapitan Green zakomenderowała, kiedy zawodniczki zaczęły się rozgadywać.

- Ja jestem mężatką! – Gunner udała oburzenie.

- Panny, mężatki i inne stany cywilne, spokój! – Green poprawiła się z wyraźnym uśmiechem.

- Dziękuję – Gwenog zwróciła się najpierw do pani kapitan. – Moje panie – Gunner już miała się ponownie burzyć, kiedy zorientowała się, że nie było słowa o pannach. – Za chwilę rozpoczniemy pierwszy trening. Dostałyśmy dla siebie połowę boiska, a Niedźwiedzie mają drugą połowę – Dziewczyny jęknęły niezadowolone, że nie będą mogły trenować same. – Ich cyrk, ich zasady.

- Mówi się. Mój cyrk, moje małpy – Gwen McCannon, rezerwowa pałkarka rodem z mugolskiej rodziny, poprawiła panią trener.

- Ich cyrk ich zasady – Gwenog powtórzyła spokojnie. – Nie znaczy to jednak, że będziemy sobie grzecznie latać, jak nam każą. Jako, że nie możemy rozegrać gry kontrolnej wymyśliłam kilka nowych sposobów na trening. Swoją drogą, Weasley, dziękuję za tą książkę o lidze bałkańskiej.

- Nie ma sprawy, pani trener – Ginny niemal zapomniała już, że kilka tygodni temu niemal na siłę wcisnęła Gwenog książkę o lidze bałkańskiej, którą już dawno przeczytała, a wydawała jej się być pełna ciekawych pomysłów na niekonwencjonalne zagrania.

- Tak więc, skoro nie możemy rozgrywać gry kontrolnej, mam kilka pomysłów na to, jak potrenujemy. Chang, dla ciebie mam pomalowaną na złoto piłeczkę golfową.

- I co mam sobie z nią zrobić? Wyczarować kij do kompletu? – Cho jak zawsze była niezadowolona.

- Nałożyłam na nią czar narowistości, więc trochę się pomęczysz, nim ją złapiesz. Pałkarki, startujecie razem, wszystkie trzy. Dostaniecie ruchome cele, w które będziecie musiały trafiać.

Green, ty będziesz na przemian z Addison manewrować przy pętlach, dla sprawdzenia refleksu. Później dziewczyny wam powbijają trochę goli. Szukające.

- Mamy sobie latać po połowie boiska robiąc piruety? – Gryffits spytała bez entuzjazmu.

- Nie, wy macie mi zrobić okrążenia wokół toru, na niskim pułapie, po krawędzi ścian i wysoko nad trybunami, chcę zobaczyć na ile te ściany będą was spowalniać.

- Przecież mamy trenować tylko na połowie boiska.

- Macie mieć to w dupie.

- Możemy? – Ginny zapytała z zachwytem.

- Jesteście Harpiami, was nie obowiązują takie zasady – Gwenog najwyraźniej też chciała utrzeć nosa Rosjanom, po niezbyt miłym powitaniu. – A i Weasley, lataj tak jak komety dziewczyn i nie rozpędzaj się. Wiem jak lubisz prędkość, ale lepiej im nie pokazywać twojego przyśpieszenia. Przynajmniej, jeszcze nie teraz.

- Jak sobie pani trener życzy – Ginny nie kryła zniesmaczenia nakazem powolnych lotów.

Gdy wymaszerowały na murawę z miotłami przewieszonymi przez ramię, drużyna Niedźwiedzi stała na skraju boiska w równym szeregu.

- Tre, dwa, adin, paszli! – Krzyknął ich trener. Czternastu członków pierwszego zespołu i rezerw z impetem wzbiło się w powietrze. W kilka sekund osiągnęli koronę stadionu, wykonali ostry zwrot i szerokim łukiem popędzili w dół ku środkowi murawy, stanowiącemu granicę ich połowy boiska, po czym, takim samym łukiem wzbili się w powietrze do korony stadionu, zamykając tym samym okrąg. – Nazat! – Padła komenda z ziemi i zawodnicy w mgnieniu oka wykonali serię przewrotek, pętli i świdrów, zgrabnie się wymijając przy tych figurach i w szeregu opadając do murawy, gdzie wylądowali przed trenerem.

- Żałosne – Ginny mruknęła, przyglądając się uważnie.

- Mhm – Gwenog potwierdziła, analizując pokazany właśnie lot.

- Co jest takie żałosne? – Spytała rezerwowa ścigająca.

- Chcąc się popisać, pokazali nam właśnie swoją słabość – Ginny powiedziała cicho, niemal nie poruszając ustami.

- Mogli oczywiście blefować, by nas oszukać.

- Przekonamy się, pani trener – Green zakończyła dywagacje – miałyśmy chyba trenować?

- Na miotły! – Gwenog rzuciła tradycyjnym rozkazem, po chwili niebo zakotłowało się od Harpii.

Nowe pomysły treningowe pani trener zaskoczyły zawodniczki. Szczególnie pałkarki miały z początku problemy z nowymi, ruchomymi celami, które okazały się być trudniejsze do trafienia od zawodników z krwi i kości. Zaklęcie narowistości okazało się być dla Cho problemem tylko przez pierwszy kwadrans i przez resztę treningu myszkowała na miotle po całym stadionie, starając się zapamiętać jego układ, by na meczu nie spotkała ją jakaś niespodzianka i tylko raz na jakiś czas wykonywała nagły zwrot, dopadając fikającego koziołki „nibyznicza”.

Gryffits prowadząc dziewczyny urządziła im slalom pomiędzy pozostającymi w ciągłym ruchu celami dla pałkarek, a pędzącymi w ich stronę tłuczkami. Kiedy uznała to zajęcie za zbyt jednostajne zorganizowała konkurs rzutów karnych, by odrobinę zmęczyć obrończynie. Podczas gdy na połowie Harpii panowało coś na wzór wesołego chaosu, w którym dziewczyny same odnajdywały dla siebie najlepszy sposób treningu, jedynie co jakiś czas korygowane przez Gwenog, część boiska zajmowana przez Niedźwiedzie wyglądała niczym obóz wojskowy.

Trener niedźwiedzi co chwila wykrzykiwał jakieś polecenia w języku rosyjskim, na które zawodnicy reagowali nagłymi zwrotami, zmianami formacji i wykonywaniem przeróżnych ewolucji. Wszystkie te manewry były idealnie zsynchronizowane, żaden z zawodników nie popełniał w nich najmniejszego błędu, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się w tym momencie jego partner z zespołu. W ich grze nie było za grosz finezji, pracowali jak świetnie wyregulowane tryby maszyny. Nic dziwnego, że w kilku artykułach jakie Ginny udało się wygrzebać pisano, że Niedźwiedzie rozjeżdżają swoich przeciwników jak taran.

- Ścigające, do mnie! – Gwenog krzyknęła z murawy, przywołując zawodniczki, które od dłuższego czasu latały sobie bez celu, ładu i składu.

- Ten paskudny zaraz zrobi przewrotkę i zejdzie niżej, podając piłkę do tego po lewej – Gryffits mówiła do dziewczyn, lądując – A ten po lewej z drugim zamienią się miejscami – Słucham pani trener? – Zwróciła się do Gwenog, podczas gdy Niedźwiedzie robili dokładnie to co powiedziała.

- Sprawdzimy, jak wam się lata – Gwenog powiedziała, obserwując własne pałkarki. Zrobicie mi po trzy okrążenia stadionu, najpierw na dwóch metrach, potem tak jak mówiłam w szatni. Pierwsze wlotowe na wysokość, a potem po dwa pomiarowe.

- A jak Rosjanie zaczną się burzyć? – Jedna ze ścigających zapytała niepewnie.

- To im pokażecie co o tym myślicie i dalej latajcie swoje. Tylko nie łamać mi formacji i Gryffits prowadzi.

Dziewczyny wzbiły się w powietrze i zgodnie z nakazem trener z pełną prędkością pomknęły na połowę gospodarzy. Przez świst powietrza przebiły się oburzone okrzyki trenera Rosjan i niektórych zawodników. Dziewczyny nie zwracały na to jednak uwagi, robiły swoje i sprawiało im to frajdę. Kiedy w końcu wylądowały koło swojej trener, spotkały się również oko w oko z trenerem Niedźwiedzi, który wykłócał się, że nie taka była umowa.

- Jeśli waszym zawodnikom brakuje ikry, żeby się odrobinę rozpędzić i wystarcza im pół boiska, to nie nasz problem – Gwenog odpowiadała mu z niewzruszoną miną. – Moim dziewczynom potrzeba więcej przestrzeni, by mogły się trochę rozruszać.

- Nu pagadi – Trener warknął, wracając do swoich graczy.

- Skoro już poszedł – trener Johnes zwróciła się do dziewczyn. – Lecąc przy ziemi macie czas o ponad pięć sekund gorszy niż lecąc wysoko. Jesteście Harpie, czy kurczaki? Będziemy musiały nad tym popracować. Na dzisiaj dość – trener zwróciła głowę w stronę wciąż trenujących zawodniczek i ostro zagwizdała na palcach. – Harpie, na ziemię! – Dziewczyny jedna po drugiej lądowały wokół swojej trener. – Latałyście ładnie, ale stać was na więcej.

- Psychologiczna gadka szmatka – Prychnęła Gunner. – Stać was na więcej, wystarczy że się postaracie i wygrana vel mistrzostwo są w zasięgu miotły.

- Przymknij się – Gwenog powiedziała z uśmiechem, bynajmniej nie mając na myśli obrażania pałkarki, którą znała jeszcze z czasów, kiedy sama w Harpiach latała. – Chodzi mi o to, że się nie popisałyście i na naszym stadionie i stadionach w naszej lidze latacie lepiej. Ścigające, macie dobrą zwrotność i refleks, ale latacie sporo wolniej i zachowawczo. Pałkarki, do was właściwie nie mam zastrzeżeń, pamiętajcie tylko, że ścigający mogą być trudniejsi do trafienia.

- Zastanawiałyśmy się nad waleniem w ich pałkarzy, żeby ich wyeliminować.

- Ciekawa koncepcja. Sprawdzimy to na kolejnych treningach – pochwaliła trener. – Green w porządku. Chang, oj Chang. Miałaś zupełnie olewczy stosunek do treningu.

- A ile można latać za piłką golfową?

- Do znudzenia Chang, do znudzenia i aż powiem, że dość.

- Strata czasu.

- Możliwe i pewnie wolałabyś sobie usiąść na trybunie, popijać mochito i patrzeć jak reszta wypruwa sobie flaki na treningu? – Johnes była wyraźnie poddenerwowana postawą swojej szukającej.

- Perspektywa wydaje się pociągająca, ale jednak potrenuję.

- No to lepiej się wykaż następnym razem, a teraz już miotły do szatni i jesteście wolne. Jutro trenujemy od drugiej po południu, więc rano macie czas dla siebie.

Brytyjskie zawodniczki bynajmniej nie zamierzały marnotrawić wieczornych godzin na nic nie robienie. Mając do dyspozycji tyle zlokalizowanych w hotelu atrakcji, niemal wszystkie czym prędzej udały się do podziemi, by pozbywszy się ubrań, oddawać się goracym kąpielom w jakuzzi i pływaniu w ogromnym basenie, ubrane jedynie w skąpe stroje kąpielowe. Po tych odprężających kąpielach, kilka z nich poszło nawet o krok dalej, postanawiając skorzystać z sauny, do której rosyjskim zwyczajem wejsć można jedynie nago. Rosyjska sauna, podobnie zresztą jak i tradycyjne sauny w dalekich zakątkach Finlandii to przedziwna sprawa. W cywilizowanych krajach korzystając z sauny wchodzisz sobie do niewielkiej kabiny, w której decydujesz jaka dokładnie ma być temperatura, a po wyjściu stygniesz sobie, nim ubierzesz się w codzienne ubrania i wrócisz do domu lub pracy. W tradycyjnych saunach nigdy nie wiedziałaś, jakie gorąco cię czeka, gdyż płonące w piecach drewno rozgrzewało głazy, które polane wodą tworzyły parę. Tak było przed tysiącami lat i tak pozostało do dziś. Wygodnie rozsiadałeś się na drewnianych ławach, w pomieszczeniu, które mogło zajmować nawet kilkanaście osób, a kiedy już twoje ciało się nagrzało, nadchodził czas by biec do wykutego w zamarzniętym jeziorze przerębla, w którym nagle się schładzałaś. W hotelu co prawda brak było przerębla, ale po pół godzinie w saunie, cztery nagie kobiety z piskiem wskoczyły do lodowatej wody basenu usytuowanego kilka metrów od sauny. Widok młodych, wysportowanych ciał zawodniczek Quidditcha, które w pełnym biegu wskakiwały do podświetlanego pod wodą basenu zapierał dech w piersiach i powodował, że krew szybciej krążyła.

Nie wszystkie jednak Harpie poszły oddawać się rekreacyjnym uciechom. Dwie spośród nich pozostały w swoich pokojach i bynajmniej nie chodzi tutaj o panią trener, a o Cho Chang i Ginny Weasley. Cho bardzo chętnie skorzystałaby z wodnych rozrywek, jakie oferował hotel, wolała jednak nie kusić losu i nie pchać się w sam środek młodych, wysportowanych i półnagich kobiet, których ciała lśniły od kropelek spływających po nich wody. Była bezgranicznie wierna Marietcie, ale, co doskonale wiedzą mężczyźni, czasami niezwykle trudno odwrócić wzrok, a świat magiczny nie był jeszcze gotowy na osoby o odmiennej orientacji.

Ginny nie podzielała obaw jakie towarzyszyły szukającej Harpii, ona jak rasowa ciotka Klotka siadła sobie w łóżku, pochłaniając kolejne stronice całkiem niezłej lektury. Od czasu do czasu obie kobiety spoglądały jedynie w okno, podziwiając światła St. Petersburga, na obrzeżach którego stał stadion.

 

Część II

 

Poranek przyszedł szybciej, aniżeli Ginny mogła się spodziewać i powitał ją delikatnym chłodem, który zaskakiwał, biorąc pod uwagę ciepło dnia poprzedniego oraz zbliżające się wielkimi krokami lato. Ziewając tak, że mogłaby połknąć znicza, powoli podniosła się z łóżka i bardzo długo tarła oczy, nim udało jej się zobaczyć świat w jego normalnej ostrości i barwach. Stawy bolały ją, jakby ostatnią noc spędziła na desce, a jeszcze pewniej na worku grochu i strzelały donośnie przy każdej próbie ich rozciągnięcia. Robiąc poranną gimnastykę zrozumiała przynajmniej skąd pochodził zaskakujący chłód. Niemal całe miasto, jakie widziała z okien swojego pokoju, skryte było pod grubym tumanem mgły unoszącej się z przecinającej miasto Newy i niedalekiej zatoki morskiej. Wzdrygnęła się odruchowo, gdy od samego patrzenia zrobiło jej się chłodniej i z miejsca zapragnęła gorącego prysznica.

W domu zrzuciłaby z siebie pidżamę – co za bzdura, w domu nie spałaby w pidżamie – i popędziła do łazienki. Tutaj było inaczej. Podczas gdy koleżanki z drużyny traktowały ten wyjazd jak wakacje i niemal z miejsca się wyluzowały – Ginny nie wiedziała jeszcze jak bardzo – ona cały czas pozostawała spięta, a prawa dłoń swędziała ją tym znajomym swędzeniem mówiącym „Chcę poczuć różdżkę. Ujmij ją.” „Ściany mają uszy i oczy”, kołatało jej się w głowie. Czy było to powiedzenie aurorów, czy tylko Harrego? To nie miało w tej chwili znaczenia. Nim poszła do łazienki, rzuciła zaklęcie zwodzące, tak silne, że sama ledwie siebie widziała.

W bufecie na pierwszym piętrze hotelu wpadła na zespół Niedźwiedzi w pełnym składzie i zaledwie dwie Harpie. Cho Chang powoli skubała kęsy kurczaka obserwując salę, a trener Jones popijała piwo zagryzając bananem, co niechybnie wskazywało, że nocy nie może zaliczyć do najlepiej przespanych. Ginny uśmiechnęła się do rosyjskich gospodarzy, nabrała na talerz tyle owoców, ile była w stanie na nim zmieścić i przysiadła się do Cho, która już wcześniej dawała jej ukradkowe sygnały, by do niej dołączyła. Nie było to normalne.

- Weasley.

- Chang. – Kobiety powitały się tradycyjnie.

- Widzę, że nie tylko ja odpuściłam sobie SPA i basen wczorajszego wieczora.

- Ja spędziłam wieczór z czołowymi graczami quidditcha ligi rosyjskiej – Cho wykonała przedziwny tik, jednocześnie marszcząc brwi i unosząc jedną z nich ku górze. – „Czołowi Gracze Quidditcha Ligi Rosyjskiej”, taka książka Borysa Achmetowa – Cho skinęła głową, co można było rozumieć jako „aha”. – Skąd wiedziałaś, że nie poszłam z dziewczynami?

- Po minie Niedźwiedzi. Kiedy ja weszłam siedzieli już wszyscy i wszyscy przodem do drzwi. Mnie zaszczycili umiarkowanym uśmiechem, a wiem że byłam całą noc w pokoju. Jak weszła pani trener, nasi kochani Miśkowie się ożywili. Oczy im zapłonęły. Na ciebie popatrzyli ponuro, ale zaraz za tobą weszły nasze pałkarki, pewnie ich nie widziałaś, bo poszły najpierw po kawę – oczywiście, że Ginny je widziała, ale nie chciała witać się z czyimiś plecami. – Na widok dziewczyn uśmiechy mieli tak paskudne, że miałam ochotę powtórzyć twój wczorajszy wyczyn, Weasley. – Ginny z satysfakcją przypomniała sobie, jak pozbawiła zawodnika Niedźwiedzi męskości. A przynajmniej uszkodziła ją na pewien czas. – Wchodzi kapitan – rzuciła Cho. Oczy Ginny od razu powędrowały na Rosjan i ona również nabrała ochoty na skopanie jeszcze kilku. Pomyślała jednak, że może warto wstrzymać się do meczu.

- Ściany mają oczy i uszy – powiedziała na wpół do Cho, na wpół do siebie i pobłogosławiła swoją ostrożność.

- Tylko nic nie mów dziewczynom i trener Jones – Cho ponownie się do niej pochyliła. – Nie ma sensu ich oświecać, skoro i tak już po fakcie – Ginny ze zdziwieniem odkryła, że tak naprawdę to ma to gdzieś.

Trening tego dnia odbyć miał się dopiero po południu, więc Ginny postanowiła skorzystać z okazji, by pozwiedzać miasto. Kiedy zaproponowała to koleżankom usłyszała jakieś burczenie o niemądrej i głupocie. Dziewczyny uznały, że popołudniowy trening to świetna okazja do dłuższego leniuchowania.

- Ja pójdę – ta deklaracja sprawiła, że Ginny przez chwilę zaczęła rozważać pozostanie. – Tylko nudziłabym się w pokoju, bo i tak nie przepadam za czytaniem.

- W Hogwarcie pokazałaś to aż nazbyt wyraźnie – Z uśmiechem wypomniała Cho powtarzanie ostatniej klasy.

- To chcesz iść, czy wolisz się wymądrzać?

- Jedno nie przeszkadza w drugim, ale zapraszam serdecznie – Ginny wskazała Cho drzwi iście dworskim gestem.

W pierwszej chwili kobiety miały zamiar aportować się gdzieś w centrum miasta. W ostatniej chwili, Ginny przypomniała sobie jednak przygody z aportacją w Rio i namówiła Cho na podróż bardziej mugolskimi sposobami. Jednakowoż piesza wędrówka do miasta, pomimo coraz cieplejszej pogody, wydawała się głupotą na której uskutecznianie straciłyby połowę wolnego czasu.

Przy pobliskiej ulicy znalazły przystanek autobusowy, ale jako że nijak nie potrafiły się rozczytać w rosyjskim alfabecie, wsiadły do pierwszego autobusu, który jak im się wydawało zmierzał w odpowiednim kierunku. Ginny miała już raz przyjemność podróżowania Błędnym Rycerzem i nie wspominała tego zbyt dobrze. W przeciwieństwie do swojego brata nie obiecywała sobie, by nigdy więcej do niego nie wsiąść, ale i tak wspomnienie nie było radosne. Tłukąc się mugolskim autobusem z każdym przebytym metrem szosy uświadamiała sobie, jak wygodnym środkiem lokomocji był piętrus Erniego i Stana. Autobus trząsł się od wybojów na drodze i trząsł się sam z siebie, skrzypiał, zgrzytał, dzwonił i huczał. Kierowca jechał jak wariat, mijając skrzyżowania na czerwonym świetle, lawirując między samochodami i cudem unikając zderzeń z kilkoma ciężarówkami. Ginny była niemal pewna, że raz za szybą przeleciało jej urwane lusterko samochodu, obok którego właśnie przejechali, a jakiś kierowca z wielkiej, czarnej terenówki wyskoczył machając w ich stronę pistoletem.

- Mój ojciec mawiał, że Rosja to stan umysłu – Odezwała się Cho, kiedy mijały niewielki, dwudrzwiowy samochód, w którym na tylnym siedzeniu jechał niedźwiedź.

- Tylko jaki to stan umysłu?

- Raczej niezbyt trzeźwy.

Wysiadły z autobusu, kiedy tylko ten skręcił i zaczął jakby oddalać się od miejsca, które wydawało im się centrum miasta. Resztę drogi ulicami Petersburga i promenadą nad brzegiem Newy przebyły już pieszo, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca, które dawno rozwiało już poranne mgły. Ginny z zaciekawieniem przyglądała się otaczającym budynkom i towarzyszyły jej coraz bardziej mieszane uczucia. Z jednej strony czuła się odrobinę jak w Paryżu, który na chwilę odwiedziła z Harrym. Stojące przy ulicy kamienice były bogato zdobione, pokryte białym piaskowcem lub pomalowane w intensywne barwy. Pokrywały je ornamenty i płaskorzeźby, a co większych strzegły nawet kamienne gargulce, przycupnięte na wyrastających z dachów postumentach. Z drugiej jednak strony, wszystko wydawało się być jakieś szare. Szyldy szpecące elewacje. Witryny sklepów. Przechodnie. Czuło się niezwykły kontrast pomiędzy energią bijącą z budynków, a przechodniami. Zupełnie, jakby ci ludzie zostali przeniesieni do miasta z zupełnie innej rzeczywistości, innego wymiaru, gdzie króluje szarość i nie ma miejsca na tak piękne widoki, jakie oferowała ta część miasta.

Znużone wędrówką w nie do końca ustalonym kierunku, kobiety siadły przy stoliku elegancko wyglądającej kafejki. Menu było jedynie w języku rosyjskim, napisane tymi niezrozumiałymi krzaczkami, które pełniły rolę alfabetu, co zresztą nie zdziwiło żadnej z kobiet obeznanych już z przystankowymi realiami. Najwyraźniej jednak ani kelner, ani barmanka nie rozumieli niczego ponad swój język i po długich staraniach Harpiom udało się jedynie zamówić dwie kawy. Kawy te okazały się zresztą być w jakiś cudowny sposób spokrewnione ze smołą, gdyż włożona do nich łyżeczka zastygała w pozycji w jakiej została pozostawiona, choćby miało to oznaczać absolutny pion. Lokal był wypełniony niemal po brzegi, co oznaczać mogło jedynie dwie rzeczy. Albo obie trafiły do niezwykle popularnej kawiarni, albo Rosjanie kochają pić smolistą kawę.

- Zdrastwuj was krasnaje dziewuszki – drewniane krzesło ze zgrzytem przesunęło się po podłodze zatrzymując przy ich stoliku, oparciem do przodu. – Kak wam się podoba nasz Piotrogród? – Nieogolony i mocno łysiejący facet po trzydziestce usiadł między nimi w szerokim rozkroku, wygodnie rozpierając się na oparciu i wodząc wzrokiem od jednej do drugiej.

- Bardzo ładny – Cho odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem, najwyraźniej pragnąc czym prędzej pozbyć się delikwenta.

- Da, krasnyj Piotrogród – Mężczyzna pokiwał głową. – Krasnaje wy dziewuszki i krasnyj Piotrogród, a może wy chcecie obchód po mieście, krasnaje dziewuszki? Ja wam pokażę i carskie Siedliszcze i gdzie my Rasputina topili. Zaraz strzelimy bruderszaft i idziem – Zatarł ręce z uciechy.

- Przepraszamy, ale na nas już pora. Może innym razem – Ginny wstała od stolika, uważnie przyglądając się mężczyźnie. Nie mogła być pewna, ale wydawało jej się, że widziała go już w autobusie, a że zgodnie z zasadami Harrego, nie ma czegoś takiego jak zbieg okoliczności, wolała się oddalić.

- Tak, dziękujemy – Cho poderwała się za nią, obserwując jak Rosjanin z niezadowoleniem marszczy poorane głębokimi zmarszczkami czoło.

- Śledzi nas od autobusu – Ginny szepnęła do towarzyszki, kiedy szły w stronę drzwi.

- Nie tak prędko – usłyszały za sobą już mniej przyjazny głos Rosjanina. – Panno Weasley – to je zatrzymało. – Federalna Służba Bezpieczeństwa. Zapraszam z powrotem do mnie. – Końcówka wypowiedzi spowodowała, że to pozostali klienci zaczęli ukradkowo przemieszczać się w stronę drzwi. – Panno Chang, panią również zapraszam – teraz mówił płynną angielszczyzną, nawet bez śladu rosyjskiego akcentu. – Właściwie to, Magiczna Federalna Służba Bezpieczeństwa, wydział ds Mugoli.

- Czego życzy sobie od nas wydział do spraw Mugoli? – Cho spytała niespokojnie, podczas gdy Ginny z przymrużonymi oczami przyglądała się osobnikowi.

- Właściwie to niczego, ale w związku z panną Weasley, to mnie skierowano.

- Nie sądziłam, że wygląda pan tak staro – Ginny zaryzykowała strzał.

- A ja wyobrażałem sobie, że jest pani mądrzejsza – oficer M-FSB odciął się Ginny. – Nie mogę powiedzieć, żebyście błysnęły panie inteligencją. Przylot do Rosji bez informowania nas o tym. Wycieczki samopas i to jeszcze po Petersburgu! Zwłaszcza pani, panno Chang. Szczyt głupoty.

- Przepraszam – Cho odezwała się poirytowana. – Ale kim pan tak właściwie jest?

- Major Michałow, Magiczna Federalna Służba Bezpieczeństwa – Przesunął leżącą na stole legitymację bliżej Cho.

- Jak nas pan znalazł?

- Znalazł? – Zdziwił się mężczyzna. – Ja pań nigdy nie zgubiłem. Proszę, panno Weasley – Podał Ginny złożony kawałek pergaminu. – Żeby nie było jakichkolwiek wątpliwości. Ponad tydzień temu dostałem list od Harrego, w którym informował mnie o pań przybyciu. Reszta zawodniczek i wasza trener ma już przydzieloną eskortę, one jednak nie wpadły na pomysł urwania się do miasta. To nie było mądre, zwłaszcza z pani strony, panno Chang.

- Mogę wiedzieć, czemu już drugi raz wypomina mi, że to nie było z mojej strony mądre! – Cho najeżyła się słuchając komentarzy Michałowa.

- Bo to Petersburg i proszę się nie unosić – zganił ją. – Panie naprawdę jesteście niczego nie świadome?

- Czego mamy być świadome? – Ginny nie przepadała za grą w ciuciubabkę. Rosjanin westchnął.

- Wy uważacie to miasto za atrakcję turystyczną. Pałac zimowy, twierdze, zimą zamarznięta Newa. Piękny ten nasz Petersburg?

- Tak. Przypomina mi odrobinę Paryż.

- Ach, La ville de l’amour – westchnął teatralnie. – Petersburg może być piękny, ale nie jest Paryżem. Jesteście panie w jednym z najbardziej nacjonalistycznych miast w Rosji. Tutaj wystarczy nie mówić po rosyjsku, by dostać w zęby, a bycie Azjatką – zawiesił głos patrząc na Cho Chang. – Powiedzmy, że zdziwiłbym się, gdyby nie została pani zaczepiona choć raz przez grupę jakiś skinów, czy innych jeszcze mniej przyjemnych osobników. Różnie mogłoby się to skończyć.

- Mam różdżkę. Niechby tylko spróbowali – Azjatka odpowiedziała rozluźniona. – Zobaczylibyśmy, jakby to się skończyło.

- Ja mogę powiedzieć. Zostałaby pani aresztowana i z miejsca zamknięta. Użycie magii na mugolach jest u nas traktowane jako jedno z najcięższych przestępstw. A procesy o ekstradycję w Rosji ciągną się latami.

- Ale to by była samoobrona – Cho oburzyła się ponownie.

- To nie ma znaczenia. Atak to atak, ale dość już tych dysput. Zakładam, że chciałyście panie pozwiedzać?

- Zabić czas.

- I pozwiedzać – Ginny dokończyła po Cho.

- W takim razie idziecie panie w odrobinę złym kierunku. Pałac Zimowy jest tam – wskazał na budynki po przeciwnej stronie ulicy. – Za bardzo skręciłyście panie na wschód. Choć jak mawiał klasyk „ Kierunek wchód. Tam musi być jakaś cywilizacja!”

Przez resztę dnia, a przynajmniej czas, jaki pozostał im do treningu, Michałow oprowadzał je po Petersburgu. Zwiedzanie w jego towarzystwie wywoływało mieszane uczucia. Z jednej strony zdawał się wiedzieć wszystko o wszystkim, dzięki czemu momentalnie dowiadywały się historii i ciekawostek na temat budynków czy pomników. Z drugiej zaś strony zdawał się wiedzieć wszystko, o wszystkim i na moment się nie zamykał, bezustannie coś mówiąc. Dziewczyny zmuszone były słuchać niewątpliwie ciekawych, ale niekończących się opowiastek i komentarzy na temat niemalże każdego miejsca mijanego w mieście i wydarzeń, jakie się z tym miejscem wiązały, nawet jeśli działy się w Moskwie, Baku czy Warszawie. W poprzednim wcieleniu Major M-FSB był zapewne katarynką, albo nawiedzonym muzealnikiem.

Nim skończyły obiad, wiedziały już o wszystkich zamachach na carską rodzinę jakie miały miejsce w tym mieście, o wyścigach sań po Newie które były popularne jeszcze na początku XX wieku, o walkach wojsk carskich i bolszewickich, pancerniku Potiomkin i słynnej historii zabicia Rasputina, jednego z największych czarowników rosyjskich ostatnich wieków, człowieka którego wielokrotnie dźgnięto nożem, zastrzelono strzałem w głowę, skuto stalowymi dybami, władowano do beczki i wrzucono do Newy. Po wyłowieniu beczki okazało się, że postrzelony w głowę Rasputin zdołał wyzwolić się z kajdan, ale utonął nim wybił dno beczki, a wszystko to przez kilka niewinnych romansów, w tym uwiedzenie księżnej pani. Rasputin najpewniej by uciekł, gdyby nie zostawił różdżki pod poduszką w łożu swej carskiej kochanki. To jak przeżył mimo rozstrzelania pozostawało jednak zagadką nawet dla najznamienitszych rosyjskich magów. Zabójstwo na osobie Rasputina było ostatnim straceniem za uprawianie czarów, jakiego dokonano w Rosji.

Prócz nieustannego gadania, Michałow miał jeszcze jedną przywarę – właściwie to miał ich wiele, ale ta była irytująco zauważalna – Nieustannie patrzył na swój zegarek, co potęgowało uczucie kontroli, jakie i tak towarzyszyło w obecności oficera służb bezpieczeństwa, niezależnie jakie były jego intencje. Wchodząc wreszcie do szatni kobiety były jednocześnie zadowolone z wycieczki, jak i czuły ulgę z pozbycia się swego wartownika.

- Skoro już nasze goryle oddreptały na banany, możemy spokojnie porozmawiać – Gwenog nie kryła niezadowolenia. – Rozmawiałam o zaistniałej sytuacji z prezesem. Rozważaliśmy i prawdę mówiąc nadal rozważamy wycofanie się z tego meczu i powrót do Anglii – Ta wypowiedź wywołała pomruk niezadowolenia i zdziwienia pośród zebranych w szatni zawodniczek. – Zachowanie zawodników zespołu Niedźwiedzi, jak i sztabu drużyny jest karygodne. Prezes uważa również, że nie ostrzeżenie o sytuacji panującej w mieście nie było jedynie niedopatrzeniem, a celowym działaniem, mającym na celu wywołanie jakiejś afery. Chwilowo, po konsultacji z dowódcą rosyjskiej ochrony postanowiliśmy pozostać, ale ta decyzja może zmienić się w każdej chwili, zależnie od rozwoju sytuacji. Waszym zadaniem, drogie panie, jest trenować, trenować i jeszcze raz trenować, aby dokopać facetom w nadchodzącym meczu.

- Znaczy, że nie będziemy mogły nigdzie się ruszyć? – Spytała Green.

- Właśnie! A my już znalazłyśmy informacje o fajnych klubach nocnych w mieście, w takiej mugolskiej gazecie – jęknęła rezerwowa pałkarka.

- Według szefa naszej ochrony, będziecie mogły, ale będą wam na wszelki wypadek asystować.

- Ciekawe na ile będą pomocni – pałkarka uśmiechnęła się delikatnie.

- Dość gadania! Czas nas goni! – Gwenog wygnała dziewczyny na boisko, gdzie wycisnęła z nich całe pokłady energii, tak że schodząc z boiska nie miały nawet siły myśleć o wypadzie do nocnego klubu. Większość z nich bez mycia padła na łóżku i podniosła się z niego dopiero następnego dnia, obudzona łomotaniem do drzwi urządzonym przez trener. To był ich dzień porannego treningu.

Teraz, kiedy do dyspozycji miały dla siebie cały stadion, ich treningi niczym nie różniły się od tych, jakie przeprowadzały w Holyhead. Co prawda Gwenog korzystając z książki Ginny wymyśliła kilka nowych systemów treningowych, głównie z myślą o pałkarkach, jednak głównym elementem treningów wciąż była gra kontrolna, Green i pałkarki przeciwko ścigającym i szukającej. Jako, że dziewczyny przez cały sezon latały w tej samej formacji i w dodatku doskonale znały swoje zagrania, gry te nie wnosiły absolutnie niczego nowego. Trener powiedziała im jednak już dawno, że nie sądzi, by zmiana formacji cokolwiek wniosła do ich gry, więc utrzymywała pierwotne ustawienie dziewczyn, jedynie starając się korygować błędy jakie popełniały. Wszystkie Harpie wiedziały, że rozegranie kolejnego sezonu takim samym ustawieniem nie ma sensu, ale z drugiej strony gorzej być i tak nie mogło, a przynajmniej nie mogło być wiele gorzej. Dopiero w ostatnim meczu, dzięki nad podziw dobrej postawie, albo totalnemu rozprężeniu Armat które miały już zapewnioną trzecią pozycję, dziewczynom udało się zdobyć wystarczającą liczbę punktów, by rzutem na taśmę wywalczyć przedostatnią lokatę w lidze, o dziesięć punktów wyprzedzając zespół Strzał z Appleby.

Oczywiście dziewczyny przez cały czas miały świadomość, że ich treningi obserwowane są przez zespół Niedźwiedzi, a przynajmniej przez ich trenera, tak samo jak i one obserwowały z okien hotelu treningi Rosjan. Trenowanie na pół gwizdka nie miało jednak większego sensu, bo niezależnie od tego czy pokazywałyby pełnię swoich umiejętności, czy tylko ich część, nie miały atutów pozwalających na zaskoczenie przeciwnika. Tak przynajmniej im się wydawało.

Niedźwiedzie nie rozgrywali gier kontrolnych. W swojej wojskowej musztrze ćwiczyli prędkość, zwrotność, celność i siłę uderzeń. Momentami wyglądało to tak, jakby pałkarze nie mieli za zadanie trafić w jakiś konkretny cel, a skutecznie uszkodzić każdego, kto nawinie się pod rękę. Posyłane przez nich tłuczki śmigały przez boisko z prędkością, jakiej Ginny nie pamiętała nawet z finałowego meczu mistrzostw świata, na których była przed rozpoczęciem trzeciej klasy. Nawet na trener Jones uderzenia te robiły wrażenie i raz wyrwała jej się uwaga, że oberwanie takim czymś w głowę może skończyć się dołączeniem do prawie bezgłowego Nicka.

Tydzień szybko minął, a po pierwszej wycieczce do miasta Ginny straciła zainteresowanie dalszym zwiedzaniem Petersburga, kiedy więc w sobotnie południe schodziły z boiska, jedynym o czym myślała był wieczorny mecz o Superpuchar Rosji, na który miała polecieć do Moskwy. Dziewczyny zaś trajkotały o wypadzie do nocnego klubu, na jaki wreszcie się zdecydowały i głośno pomstowały na oficerów M-FSB, którzy nie chcieli poddać się ich urokowi i niezwykle profesjonalnie podchodzili do wyznaczonego zadania ochrony ich bezpieczeństwa. Po pierwszym spotkaniu w mieście major Michałow nie pokazywał się więcej, zajęty innymi obowiązkami, pozostawiając ją pod czujną opieką pozostałych oficerów. Kiedy już myślała, że zupełnie o niej zapomniał, a na mecz poleci sama albo będzie musiała ciągnąć za sobą któregoś z mało przyjemnych ochroniarzy, pojawił się przed treningiem, oświadczając że poleci z nią do Moskwy. Wedle wszelkiej posiadanej przez nią wiedzy, najpewniej stał teraz pod drzwiami hotelu popijając jakiś mugolski napój i zagryzając go hamburgerem.

Z tych rozmyślań o wieczornym meczu wyrwał ją nagle ostry głos trener.

- Słuchaj Weasley – Gwenog powiedziała stając przed nią. – Wiem, że pewnie wkrótce wyniesiesz się do Monaco, czy jakiegoś innego klubu – Ginny miała w tej chwili wielką ochotę zapewnić trener, że nigdzie się nie wybiera, ale to mogło być właśnie głupstwo, którego nie powinna palnąć. – Ale chcę wystawić cię na rozgrywającą.

- Ale Gwenog! – Rozgrywająca Harpii poderwała się z ławki oburzona.

- Trener Jones i siadaj Gryffits – kobieta rozkazała jej ostro.

- Mogę wiedzieć, dlaczego? – Ginny spytała niepewnie, patrząc po ponurych twarzach współzawodniczek i wściekłości w oczach Gryffits.

- Głównie dla mojego świętego spokoju – trener odpowiedziała bez entuzjazmu. – Zarząd chce cię widzieć na pozycji rozgrywającej, to im cię tam pokażę. Poza tym – dodała po chwili przerwy – Chcę się przekonać, czy przez ostatnie miesiące nie popełniałam błędu, tak jak mi się to wmawia.

- Pani trener – Gryffits nie dawała za wygraną. – Jaki jest sens wystawiania Weasley jako rozgrywającą, skoro za kilka tygodni odejdzie z zespołu. Skończył się sezon, powinnyśmy zacząć pracować z myślą o kolejnym, a nie marnować mecz na sprawdzanie czegoś, co nam się nie przyda.

- Powiedziałam i koniec dyskusji – Gwenog w dwóch krokach znalazła się przed krnąbrną ścigającą.

- Odpuść sobie – pełniąca obowiązki kapitana zespołu Green odezwała się do koleżanki. – To tylko gra, spróbujmy czegoś nowego.

- Nie zagram z Weasley jako rozgrywającą – Gryffits nie zamierzała słuchać swojej kapitan.

- W porządku, odpadasz. Endler, zajmiesz jej miejsce – Gwenog wskazała na rezerwową ścigającą, która miała za sobą zaledwie jeden mecz w lidze.

- Ktoś jeszcze ma problem? Gunner? – Gwenog spytała drugą ze ścigających.

- Na mnie nie patrz, ja i tak byłam na skrzydle – dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Pani trener – odezwała się Cho. – Pragnę zauważyć, że właśnie skończyłyśmy ostatni trening. W jaki sposób mamy zagrać ten mecz ze zmienioną rozgrywającą i nową ścigającą w składzie?

- Najlepiej jak potrafimy – Gwenog odpowiedziała spokojnie. – Rozejść się moje panie i nie przesadzać z imprezowaniem, jutro chcę mieć was w komplecie. Trzeźwe i zdatne do gry.

- Taaa jest – Dziewczyny mruknęły bez przekonania, niezadowolone z ograniczeń w imprezowaniu.

- Przepraszam. Dziewczyny, czy mogłybyście zostać jeszcze przez chwilę – Ginny spojrzała na koleżanki z formacji. Gryffits burknęła jedynie, że szkoda jej czasu na te bzdury i wyszła z szatni zostawiając Ginny z wyrazem zawodu na twarzy i pozostałymi dwoma koleżankami.

- Już myślałem, że zrezygnowała pani z meczu – Michałow odezwał się, kiedy Ginny pojawiła się przed hotelem. – Tak jak się spodziewała w koszu, obok którego stał, leżał papierek po burgerze i plastikowa butelka po dwulitrowym napoju. Teraz dla odmiany wcinał sobie cukierka. – Chce pani jednego? – wyciągnął w jej stronę papierową torebkę, w połowie wypełnioną cukierkami w brązowych papierkach.

- Nie, dziękuję.

- To trufle – zachęcił.

- Dbam o linię – skłamała gładko.

- Ja też – Michałow rozpromieniał, klepiąc się po brzuchu. – Dobrych trufli nigdy za wiele.

- Możemy już lecieć? – Ginny spytała zniecierpliwiona.

- Nas nie dogoniat – mężczyzna delikatnie uchwycił jej nadgarstek, obracając się w miejscu. – No i pojechalim – dokończył, kiedy zmaterializowali się w obskurnym zaułku, pełnym walających się gazet i śmieci.

- Gdzie jesteśmy?

- Tam gdzie powinniśmy być – odparł lakonicznie. – Dwie przecznice od Kremla. O tam, o – wskazał palcem. – A tutaj mamy stadion – tym razem wskazał na zabite płytami pilśniowymi szerokie schody prowadzące niegdyś do przejścia podziemnego pod szeroką ulicą

- Tam? – Spytała niepewnie. – W centrum miasta?

- Da

- Pod ziemią?

- Da

- To jednak prawda – pokręciła głową, ruszając do wejścia. – Rosja to stan umysłu.

- O ty jołki połki, ty – mruknął ruszając w trzy kroki za nią.

Na zagradzających przejście płytach pilśniowych, wśród niezliczonych mazajów wyróżniało się jedno mało udane graffiti, przedstawiające coś, co wyglądało jak mugolska piłka do siatkówki ze skrzydłami z podpisem cyrylicą.

- Idź na mecz – Michałow powiedział stając obok.

- Słucham?

- To zdanie brzmi „Idź na mecz” – wyjaśnił. – Powtórz za mną. Idę na mecz – dokończył po rosyjsku.

- Idę na mecz. - Ginny omal nie połamała sobie języka, starając się powtórzyć za majorem.

- Fatalny akcent, ale jakimś cudem zadziałało – powiedział, patrząc na ogrodzenie, które stało się jakby mniej solidne. Oboje zrobili krok na przód, znajdując się nagle w białym korytarzu, podobnym do tego, który biegł wokół trybun stadionu Niedźwiedzi, tylko o wiele wyższego i szerszego. Z obu stron płynął gwarny tłum czarodziejów.

- To nie jest jedyne wejście na stadion, prawda?

- Trudno żeby sto tysięcy czarodziejów wchodziło jednymi schodami. Takich wejść jest sześć, do tego dwa z parkingu dla mioteł i jeden z lądowiska świstoklików.

- Parking dla mioteł?! – Ginny niemal wykrzyknęła zdziwiona.

- Da, Wlatuje się przez komin starej ciepłowni, Mamy tam miejsce dla dwudziestu tysięcy mioteł.

- O ja… ( Ginny wyrwało się przekleństwo, które spowodowało napad histerycznego śmiechu Michałowa.)

- No dobrze, my tu gadu gadu, a pani miejsce po przeciwnej stronie stadionu. – Wskazał jej kierunek, w którym powinna pójść.

- Czemu nikt nie sprawdził mojego biletu? – Dziwiła się, że będąc de facto na stadionie, nie musiała w żaden sposób udowadniać, że może tutaj być.

- Superpuchar Rosji to wielka rzecz. To taki festyn, nie każdego stać by go zobaczyć, ale każdy chce powiedzieć sąsiadom. „Byłem na meczu o Superpuchar.” Więc władze Ligii wymyśliły, że każdy może przyjść na ten mecz, ale tylko ci co mają bilet go zobaczą – wskazał na jedno z wejść na trybuny, gdzie mężczyzna w żółtej kamizelce legitymował widzów. – Może pani sobie kupować pamiątki, przekąski i różne takie śmieci, ale wcale nie widzieć gry. Propos przekąsek, może coś sobie pani kupi przed meczem. Burgery, kebaby, precelki, popcorn, może coś z regionalnych specjałów, ogóras z chlebem i smalcem, albo coś do picia? – Wskazał jej na rozstawione w każdym kącie budy z jedzeniem, przetkane stoiskami z gadżetami.

- Nie, dziękuję…. Sprzedajecie alkohol na stadionie?! – Stanęła zamurowana, patrząc na półkę jednego ze stoisk, gdzie prócz standardowego soku dyniowego i tutejszego kompotu rabarbarowego, stała cała seria mugolskich napojów, piw i co najbardziej ją zszokowało przeźroczystych małpeczek, wypełnionych niewątpliwie czymś wysoko procentowym.

- Da – Rosjanin odpowiedział jej spokojnie. – Zimą na meczach potrafi być minus dwadzieścia i to przy zastosowaniu wszelkich zaklęć termicznych, a alkohol rozgrzewa jak cholera.

- Ale przecież to prosta droga do burd.

- Jak ktoś zechce zrobić burdę, to burdę i tak zrobi, a jak zechce się napić, to czy napije się pod stadionem, czy na stadionie, jeden pies.

- Wy jesteście dziwni.

- Staramy się, jak możemy – major uśmiechnął się, a Ginny po raz kolejny dopadła myśl „Jak on teraz widzi, skoro policzki niemal stykają mu się z brwiami.” O uśmiechu Michałowa Harry mówił nie raz, ale nigdy nie potrafiła sobie tego wyobrazić, teraz wiedziała czemu. – Tu jest pani wejście. Cześć Anton.

- Dochrapałeś się biletów? – Ochroniarz odpowiedział mu po rosyjsku

- A skąd. Odprowadzam tylko dziewuszkę na mecz.

- Twoja.

- Mnie się takie nie imają. Znajomego. Zagraniczna.

- Panimaju. Witamy w Moskwie i życzymy miłej zabawy na meczu.

- Dziękuję – Ginny dygnęła przed Antonem. – Pan nie idzie?

- Ja będę na meczu, ale nie będę go oglądał. Taka dola – Michałow machnął jej, wyciągając swoją torbę cukierków.

Stadion był już zapełniony po brzegi i wrzał jak ul z tą różnicą, że zamiast być żółto czarny, jak przystało na miejsce pełne os, połowa stadionu falowała głębią niebieskości, podczas gdy drugą połowę pokrywała gigantyczna, zielono srebrna szachownica, złożona z koszulek dziesiątek tysięcy fanów. Jimmy Olsen pomylił się. Naprzeciw niebieskich kibiców Wołgi Wołgograd nie zasiadali Czerwoni, a fani Sybiru Krasnojarsk ubrani w tradycyjne szachownice swojego zespołu.

Ginny odnalazła swoje miejsce na trybunie głównej, która mimo wysokich cen biletów, co potwierdzał rachunek przedstawiony przez Jimmy’ego, była zapełniona niemal po ostatnie miejsce. Omiotnąwszy wzrokiem stadion przekonała się, że jest jedną z ostatnich osób, jakie zajmują swoje miejsca na trybunach. Pozostali zebrani od dłuższego czasu podziwiali już część artystyczną towarzyszącą wydarzeniu. Ginny nie miała pojęcia co działo się pod jej nieobecność, jako że program imprezy, jak wszystko inne w tym kraju, spisany był jedynie w języku rosyjskim. W tym akurat momencie na stadionie dobiegały końca popisy cheerleaderek obu zespołów, gromko nagradzane brawami widowni.

Kiedy dziewczęta zniknęły z murawy, po stadionie poniósł się poważny głos komentatora, powodując powstanie wszystkich widzów. Ginny rozejrzała się wokół. Wszyscy zebrani mieli prawą rękę złożona na sercu. Momentalnie zrozumiała co się dzieje i podniosła się dokładnie w tym momencie, kiedy rozbrzmiały pierwsze takty hymnu państwowego. W milczeniu słuchała, jak kibice z całych sił śpiewają kolejne wersy pieśni. Brytyjscy czarodzieje generalnie nie poczuwali się jakoś szczególnie do jedności z mugolami i raczej nie przejmowali królową czy sprawami państwowymi, co dopiero mówić o odgrywaniu hymnu. Ona sama słyszała hymn państwowy Wielkiej Brytanii zaledwie kilka razy i była pewna, że mugole również nie przywiązywali do niego takiej wagi. Kiedy przebrzmiał ostatni takt utworu, przez trybuny poniosły się owacje, a ona sama jeszcze długi czas pozostawała pod ogromnym wrażeniem tego wydarzenia. Po raz ostatni na komentatora zwróciła uwagę, kiedy wykrzykiwał nazwiska kolejnych zawodników drużyn, które miały się zmierzyć w meczu. Potem już skupiała się jedynie na grze, zdając sobie sprawę, że i tak nie zrozumie ani słowa z pełnych ekscytacji wypowiedzi mężczyzny, który aż podskakiwał na swoim stanowisku po przeciwnej stronie boiska, komentując grę. Ginny musiała przyznać i przyszło jej to bez trudu, że ogląda kawał dobrego Quidditcha i nie żałowała ani jednego wydanego na bilet galeona – pomijając fakt, że żaden z tych galeonów nie należał tak naprawdę do niej.

Mecz był szybki i emocjonujący. Ginny czuła jak serce bije jej coraz mocniej i adrenalina rozsadza ciało, zupełnie jakby to ona sama grała, a nie była zaledwie widzem. Tym co zwracało uwagę była też niezwykła brutalność zagrań. W czasie pierwszego kwadransa gry doliczyła się co najmniej ośmiu fauli, z których połowa kwalifikowała się na rzuty karne, podczas gdy sędzia nawet nie pogroził zawodnikom palcem. Po pół godzinie na boisku zostało pięć zębów, straconych przez zawodników obu drużyn, a pałkarz Wołgi musiał zmieniać szatę, gdyż poprzednia była cała zalana krwią. Wszystko to zakończyło się zaledwie jednym rzutem karnym. „Jeśli tak ma wyglądać nasz jutrzejszy mecz, to czeka nas masakra. Dosłownie.” Pomyślała, widząc jak zawodnik Sybiru spada z miotły staranowany przez pałkarza Wołgi.

Z minuty na minutę gra stawała się coraz szybsza i wręcz niemożliwym stało się ogarnięcie całej akcji dziejącej się na boisku. Żadna ze znajdujących się w powietrzu piętnastu mioteł (czternastu zawodników i sędzia) nawet przez sekundę nie pozostawała w bezruchu. Tłuczki śmigały we wszystkie strony odbijane muskularnymi ramionami pałkarzy, kafel wędrował z rak do rąk, pomiędzy sześcioma ścigającymi lawirującymi ponad murawą, a szukający zniknęli gdzieś pod powałą stadionu i jedynie zupełnie oderwawszy się od wydarzeń na boisku można było odszukać wzrokiem jednego z nich.

Publiczność na każde zagranie reagowała gromkimi oklaskami, okrzykami zachwytu i niekończącymi się piosenkami. Ona sama od dobrych dziesięciu minut oglądała grę obu zespołów na stojąco, nie mogąc wysiedzieć na swoim miejscu nawet sekundy. Właśnie obserwowała jak rozgrywający Sybiru zostawił daleko w tyle swoich partnerów i szalonym slalomem pędził samotnie w kierunku bramki Wołgi. Odległość między nim a pętlami zmniejszała się nieubłaganie i Ginny poczęła się zastanawiać, czy aby nie zamierza on przelecieć razem z kaflem przez jedną z pętli, zamiast rzucić w nią piłką. Kiedy od lewej pętli dzieliły go góra trzy metry, a obrońca Wołgi nie miał już szans go zatrzymać, po stadionie potoczył się przenikliwy dźwięk sędziowskiego gwizdka. „No nie! Powinno być prawo przywileju, dopiero rozstrzygnięcie faulu”. Drugie, dłuższe gwizdnięcie i szał widowni uświadomił uzmysłowiły jej dopiero, że jeden z szukających ma znicza. Gdzieś z daleka, sponad sklepienia stadionu ku ziemi spływał szukający Sybiru. Kiedy był ledwie pięć metrów nad ziemią, nagle zwinął się w pół i trafiony tłuczkiem zwalił z miotły na ziemię. Jeden z pałkarzy Wołgi celnym trafieniem wyraził swoją opinię o wygranej rywali. Na boisku zakotłowało się, kiedy pozostali członkowie zespołu z Krasnojarska, oraz zasiadający na ławce rezerwowi rzucili się na pałkarza, by pomścić swego szukającego. Zespół Wołgi ruszył w odsiecz swemu graczowi i już wkrótce dziesięć metrów nad ziemią trwała walka bokserska na miotłach, w której każdy walczył z każdym i nawet sędzia spotkania włączył się do rozróby, wymierzając ciosy zawodnikom. Tylko szukający Sybiru leżał wciąż na murawie, a Ginny przeżywała deja’vu finału mistrzostw świata, kiedy to Krum zalewał się krwią. Spod trybun biegli już jednak ubrani w biel magomedycy z noszami, gotowi nieść pomoc zawodnikowi.

Dobry kwadrans trwało, nim udało się uspokoić zawodników, zagrzewanych do dalszej walki przez rozszalałych z ekscytacji kibiców. Kiedy wreszcie na boisku i trybunach zapanował spokój, a fanfary ogłosiły zwycięstwo Sybiru, zawodnicy posiniaczeni i zalani krwią poczęli wchodzić jeden za drugim na skąpane w blasku reflektorów podwyższenie, gdzie otrzymać mieli medale.

- Zgaduję – powitał ją Michałow, kiedy opuściła już trybuny. – Mecz zakończył się awanturą?

- Tak. Zawodnicy i trener pobili się na miotłach, kiedy jeden z pałkarzy sfaulował szukającego po gwizdku końcowym – odparła zniesmaczona. – Skąd wiedziałeś?

- Od sześciu lat co roku mamy jakieś rozruchy na superpucharze. W ubiegłym roku dziesięć tysięcy kibiców odniosło obrażenia, a ponad tysiąc wylądowało w szpitalu po tym, jak na trybunach wybuchły rozruchy – wyjaśniał jej z powrotem. – Ściągnęli mnie wtedy z Kamczatki nazad do Moskwy, bo część chłopaków z M-FSB leżała w szpitalu. Burdy na superpucharze, to taka nasza narodowa tradycja.

- Stan umysłu – mruknęła pod nosem.

- No dobrze, dość. Jutro podobno gra pani ważny mecz – major wskazał jej drogę do wyjścia ze stadionu.

- Nie ma się co spinać. Dziewczyny i tak mają zamiar spędzić noc w klubie, a jeśli Niedźwiedzie zagrają tak ostro jak tamci – wskazała kciukiem za plecy, na stadion. – To spicie się przynajmniej znieczuli je na ból i urazy – Słysząc tą teorię Michałow zarechotał serdecznie.

- Prawi, jak prawdziwa Rosjanka. Alkohol jest dobry na wszystko.

Dokładnie tak, jak się spodziewała, na zajmowanym przez nie piętrze panowała grobowa cisza. Wszystkie dziewczyny co do jednej szalały właśnie na mieście. Zdawała sobie sprawę, że nadchodzący mecz to tylko sparing i że nie mają w nim większych szans, ale aż tak wielkie wyluzowanie było dla niej przesadą. No cóż, pozostawało jedynie mieć nadzieję, że jutro dziewczyny będą w stanie grać.

- Jak tam mecz? – Usłyszała głos za swoimi plecami. W właśnie mijanych drzwiach stała ubrana w delikatną koszulkę nocną Cho. Z głębi jej pokoju sączyło się delikatne światło.

- Świetny – przyznała. – Szkoda, że nie ma dziewczyn. Chciałam im powiedzieć coś ważnego o grze Rosjan.

- Dziewczyny stwierdziły, że skoro urwały się z Wielkiej Brytanii, to zaszaleją tam gdzie ich nikt nie rozpozna.

- Gryffits też?

- Taaa, mówiła coś o sprawdzeniu czy Rosjanie są „męscy”.

- Przecież ona ma męża? – Cho tylko wzruszyła ramionami.

- Wpadnij do mnie. Opowiesz mi ten mecz – Ginny niezdecydowana obejrzała się na swój pokój, na końcu korytarza. – Jeszcze zdążysz się wyspać. – Cho szerzej otworzyła drzwi do swojego pokoju.

Ginny weszła niepewna nagłej zmiany, jaka zaszła w uczuciach jakie Cho żywiła do niej. Kiedy tyko znalazła się w pokoju, wszystko stało się jednak jasne. Cho nie dołączyła do imprezujących w mieście dziewczyn, ale na nocnej szafce stała opróżniona w jednej trzeciej butelka bursztynowego płynu o niezrozumiałej nazwie.

- Siadaj na łóżku i opowiadaj, a ja zaraz wyczaruję ci szklankę.

- No więc poleciałam na ten mecz – Ginny zaczęła opowiadać. – Mają świetny stadion, nigdy takiego… – nim dokończyła zdanie, na szafce zmaterializowała się druga szklanka, a ugięcie materaca zasygnalizowało usadowienie się Cho. Kiedy Ginny spojrzała na współzawodniczkę na chwilę straciła głos. Już na korytarzu widziała, że Cho ubrana była w białą, sięgającą połowy ud koszulkę na cieniutkich ramiączkach. To czego nie widać było w mroku korytarza, a świetnie widziała w świetle nocnej lampki była przeźroczystość materiału, z jakiego zrobiona była koszulka. Ginny przeszło jej przez myśl, że Cho równie dobrze mogłaby wcale nie mieć jej na sobie, skoro i tak widać przez nią było każdy cal jej nagiego, niczym więcej nie okrytego, ciała. Co prawda Ginny również miała taki strój, ale zarezerwowany on był na noce z Harrym, nie zaś pokazywanie się koleżankom z drużyny, czy komukolwiek innemu. Azjatka najwyraźniej jednak wcale nie krępowała się swoim strojem. Czemu więc miała krępować się nim Ginny.

Kobiety spędziły na rozmowie o meczu czas do pierwszej w nocy i nie wiadomo, jak długo jeszcze by rozmawiały, gdyby nie butelka, w której nie została ani kropla płynu. Jako, że następnego dnia Ginny obudziła się całkowicie wypoczęta i wciąż jeszcze w nazbyt dobrym nastroju, zaczęła więc zaklinać rzeczywistość, by kac nie dopadł jej akurat w trakcie meczu. Choć większych nadziei na to nie miała. Skacowane i zmęczone całonocną zabawą koleżanki odpuściły sobie śniadanie, nie mogąc najwyraźniej znieść widoku lub zapachu podawanych potraw, tak że Ginny spotkała je dopiero w szatni, gdzie pochylone siedziały na ławkach z bladymi twarzami i podkrążonymi oczami, wyglądając jak na naradzie inferiusów. Nawet sama trener Jones mówiła tego dnia cicho i spokojnie, kiedy po raz ostatni wyjaśniała im przyjętą taktykę. Ginny pomyślała, że jeśli Harpie zagrają zgodnie z tymi założeniami, to byłby to pierwszy raz, kiedy zastosowałyby się do taktyki. Patrząc jednak po twarzach współzawodniczek można było uznać, że nie są one w stanie myśleć kreatywnie i latanie jak po sznurku, wedle taktyki, może być jedynym, na co będzie je stać. Tylko jedna Cho Chang siedziała sobie zadowolona, zajadając pomarańczę, której intensywny zapach sprawiał, że nikt nawet nie śmiał usiąść w jej pobliżu.

- Chcesz kawałek, Weasley? – Niemal zawołała, kiedy Ginny stanęła w drzwiach. Najwyraźniej znęcanie się nad skacowanymi sprawiało jej pewną satysfakcję.

- Czemu nie – Ginny przysiadła się, by wysłuchać reszty założeń taktycznych, do których miała się nie zastosować.

Stały w tunelu, w dłoniach dzierżąc swoje miotły. Ramię w ramię z nimi stali zawodnicy Niedźwiedzi, wciąż uśmiechając się głupkowato. Z wysoko sklepionego otworu tunelu dobiegał ich gwar wypełnionego ludźmi stadionu. Kiedy ich uszu dobiegł podniecony głos komentatora gwar stadionu wzmógł się, a zawodnicy Niedźwiedzi dosiedli swoich mioteł. Nie rozumiejąc ani słowa, dziewczęta poszły w ich ślady. Komentator w coraz większej ekscytacji wypluwał z ust kolejne słowa w niezrozumiałym języku, a kiedy z jego ust padło „Pawłowicz!” Stadion eksplodował z euforii, „Mirov, Kasparov, Stilic, Żyrinowski, Achmetow, Krasndajcov!” Ostatnie nazwisko było ledwie słyszalne, zagłuszone przez coraz bardziej rozentuzjazmowany tłum. Harpie nie były pewne, czy dane im będzie usłyszeć choćby jedno nazwisko i czy choćby jedno nazwisko zostanie wykrzyczane, wzbiwszy się więc w powietrze wyleciały na stadion, na którym wciąż panowała wrzawa, przez którą przebijały się teraz pojedyncze buczenia. Ginny nie wiedziała, czy ta wrzawa to dalsza euforia ze spotkania swoich Niedźwiedzi, czy może już powitanie Harpii, nie zastanawiała się nad tym, tak właściwie to wcale jej nie słyszała, tak jak i nie słyszała buczenia. Nie słyszała niczego. Od tej chwili istniały dla niej tylko miotła, kafel i koleżanki z formacji. Zatoczyła szybko okrąg wokół stadionu, nim zawisła na swoim miejscu na lewym skrzydle formacji szukających. Kątem oka widziała zmarszczone brwi Gwenog, która nie rozumiała, czemu wbrew jej poleceniu Ginny nie zajęła pozycji rozgrywającej, wysyłając tam rezerwową Endler.

- Co ty wyrabiasz – Kapitan Green syknęła jej do ucha, podlatując od swych pętli.

- Wiem co robię. Wszystko jest pod kontrolą – Ginny odpowiedziała jej kącikiem ust. – Leć do pętli.

Doskonale wiedziała co robi. Poprzedniego dnia po treningu ustaliły wszystko z dziewczynami. Cała sytuacja miała wyglądać, jakby Gryffits doznała jakiejś kontuzji i została zastąpiona niedoświadczoną Endler, podczas gdy dziewczyny postanowiły grać skrzydłem. Jak w zwolnionym tempie, widziała jak kafel szybuje w górę, wyrzucony przez sędziego. Jednocześnie rozbrzmiał dźwięk gwizdka.

Obserwowała ścigających, których wzrok podążał za wyrzuconą piłką i już wiedziała, że Endler nie zdąży jej złapać. Gdy kafel znalazł się w dłoniach rozgrywającego Niedźwiedzi, wykonała nagły zwrot i szerokim łukiem poszybowała wzdłuż trybun w stronę pętli bronionych przez Green. Pędząc wśród ryku publiczności Niedźwiedzi obejrzała się za siebie, wszyscy zawodnicy zostali w tyle, wyprzedzała pędzących z kaflem ścigających o dobre pięć metrów, ale było to za mało. Przylgnęła do rączki miotły i jeszcze bardziej przyśpieszyła. Przemknęła nad przygotowanym dla kibiców Harpii, pustym sektorem i minęła chronione przez Green słupki. Wykonała kolejny ostry zwrot i na pełnej prędkości wystrzeliła zza pleców swojej kapitan, pędząc wprost na rozgrywającego Niedźwiedzi. Mężczyzna szykował się już do wykonania rzutu, trzymając piłkę w wyciągniętej dłoni, zupełnie jakby podawał ją lecącej na niego Ginny. Harpia chwyciła piłkę, nawet na cal nie zmieniając toru swego lotu i zmuszając drugiego ze ścigających do wykonania nagłego zwrotu da uniknięcia zdawać by się mogło nieuniknionego zderzenia. Spikowała w dół, lecąc teraz zaledwie dwa, może trzy metry nad murawą. Już po chwil dołączyły do niej pozostałe dwie ścigające. Ginny przerzuciła piłkę do Gunner, ta podała ją lecącej na szpicy Endler i trzy kobiety popędziły ku słupkom Niedźwiedzi, ścigane przez tłuczki i ochraniane pałkami swoich koleżanek. Leciały za wolno, Ginny wiedziała, że lecą za wolno i widziała już, jak są powoli osaczane przez ścigających Niedźwiedzi, nim jednak zdołała ostrzec koleżanki, jeden ze ścigających niczym jastrząb z impetem wpadł na Endler odbierając jej piłkę i natychmiast umykając przed pędzącym tłuczkiem. Ginny ściągnęła do siebie trzonek miotły, by zawrócić w pogoni za przeciwnikiem i omal nie spadła na murawę, kiedy od zbytniego przeciążenia krew napłynęła jej do głowy, powodując nieznośne dzwonienie w uszach i przesłaniając na chwilę wzrok białym blaskiem. Wystrzeliła na powrót przed siebie nim do końca odzyskała wzrok i przypłaciła to krzykiem bólu, kiedy zabłąkany tłuczek zdzielił ją wprost w ramię. Nie była pewna, czy przeklęta piłka nie wybiła jej barku, ale nie miała ani czasu tego sprawdzać, ani możliwości się tym przejmować. Z ręką przeszywaną nieznośnym bólem popędziła w stronę kapitan. Trójka Niedźwiedzi była jednak daleko przed nią i tylko bezsilnie mogła się przyglądać, jak kapitan Green jest ogrywana, tracąc pierwsze dziesięć punktów dla zespołu.

Mecz trwał w najlepsze i nim dziewczynom udało się zdobyć pierwsze punkty dla Harpii, Niedźwiedzie mieli ich już sześćdziesiąt.

Pomysł Ginny, by pozostać na skrzydle pomimo pełnienia funkcji rozgrywającej na pewien czas zmylił zawodników przeciwnej drużyny, ale nie dał dziewczynom na tyle przewagi, by odrabiać stratę punktową, tak że na każde trzy zdobyte przez Niedźwiedzie bramki, przypadała najwyżej jedna ustrzelona przez piękne Brytyjki. Jakby problemów ze skutecznością było mało, ból z ramienia zaczął promieniować Ginny na inne części ciała, wywołując przedwczesnego kaca, który niemiłosiernie rozsadzał jej czaszkę.

- Znajdź tego cholernego znicza! – Ginny wydarła się do Cho, kiedy w szalonej ucieczce przed przeciwnikami, minęła Azjatkę wysoko ponad murawą boiska.

- A chcesz się zamienić?! – Cho najwyraźniej także męczył już kac.

Zdeterminowana do jak najszybszego opuszczenia boiska (w ten czy inny sposób) Ginny przestała zwracać uwagę na jakąkolwiek taktykę i dobre obyczaje. Szczególnie, że gdy przeleciała tuż nad jednym z pałkarzy i całkowicie niechcący zahaczyła go nogą w głowę tak że zwalił się na ziemię, a sędzia kazał grać dalej. Najwyraźniej kopanie przeciwników było w tej lidze normą, albo sędzia miał akurat dzień z serii „mam to gdzieś”. Zaledwie kilka minut później, nie mogąc odebrać kafla jednemu ze ścigających zwyczajnie go staranowała, zmuszając do wypuszczenia piłki, którą szybko przechwyciła Endler, za chwilę sama ją tracąc na rzecz murawy. Za ten popis dziurawych rąk została zmieniona przez podpadniętą Gryffits, która nadała grze Harpii nowego tempa, zajmując się kaflem podczas kiedy Ginny wyładowywała na przeciwnikach swojego kaca. By nie było wątpliwości, należy powiedzieć że Ginny atakowała jedynie zawodników posiadających aktualnie piłkę, ale dzięki asyście Gryffits, która po takich akcjach kafla przejmowała i dowoziła do pętli przeciwnika, nie musiała się martwić, że jej wysiłki będą na nic.

Styl gry, który powodował, że pani trener była z przerażenia szara na twarzy, zaczął powoli zjednywać Ginny i asystującej jej Gryffits uznanie kibiców Niedźwiedzi. Rosjanie docenili bezkompromisowe zagrania dziewczyn rodem z meczu o superpuchar i może jeszcze nie ich nie oklaskiwali, ale buczenie ustępowało powoli okazjonalnym „och”, „aaaa” i „łoooo”.

Mijało niemal półtorej godziny meczu, przy stanie dwieście pięćdziesiąt do stu czterdziestu dla Niedźwiedzi, kiedy wściekła po stracie kolejnych trzech bramek z rzędu Ginny, stwierdziła że ból ją pokonał i najwyższa pora opuścić to boisko. Płomiennowłosa Harpia przechwyciła podaną jej przez koleżanki piłkę i wystrzeliła naprzód, wprost na pędzących na nią pałkarzy Niedźwiedzi. Mężczyźni lecieli ramię w ramię i nie było wątpliwości, że zamierzają pomylić jej głowę z tłuczkiem, w takiej formacji w tłuczka zwyczajnie nie dawało się trafić. Ginny zmrużyła oczy, patrząc wprost na nich i przywarła mocniej do swej miotły. Mężczyźni wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu.

- Zagramy w tchórza? – mruknęła do siebie, mknąc na Rosjan. Mężczyźni nie zamierzali ustąpić jej na cal, pewnie prowadząc swe miotły na spotkanie z Harpią, z każdym ułamkiem sekundy troje przeciwników było coraz bliżej siebie i kiedy już zobaczyli białka swych oczu, mężczyźni rozstąpili się, a Ginny przemknęła pomiędzy nimi, choć lepszym określeniem byłoby przecisnęła się, jako że otarła się o obu zawodników, nim ci zdążyli uciec. Teraz już miała prostą drogę do bramki strzeżonej jedynie przez obrońcę rodem z Kazachstanu. Dzieliły ich ostatnie metry, a Harpia nie szykowała się do wykonania rzutu wciąż prąc naprzód. Kazach, który widział przed chwilą zagranie z udziałem pałkarzy błyskawicznie usunął się z jej drogi, by uniknąć niechybnej kontuzji. Ginny uniosła delikatnie miotłę, niemal wlatując w pętlę i zgrabnie przekładając przez nią kafla. Sędzia odgwizdał gol i po chwili w akompaniamencie wrzasków komentatora i wiwatów widowni zagwizdał raz jeszcze, kończąc mecz. Szukający Niedźwiedzi szybował ku ziemi ze zniczem tkwiącym w jego dłoni. Niedźwiedzie wygrały czterysta do stu pięćdziesięciu. Harpie odniosły druzgoczącą klęskę, kolejną w tym sezonie, ale i tak były z siebie dumne. Ginny wracała powoli do koleżanek, obserwując rozszalałych kibiców zespołu z Petersburga. W sektorze gości siedziało pięć osób. Ich prezes, nieznany jej mężczyzna z brodą i major Michałow z dwoma kolegami z służb bezpieczeństwa. Trzej ostatni bili im brawo. To było miłe, nawet jeśli przegrały.

- Dobra robota, drogie panie – Trener Jones pojawiła się przy nich zaraz po Ginny.

- Przegrałyśmy – Green stwierdziła spokojnie, tonem jakby mówiła o pogodzie.

- Przecież to nic nowego – trener uśmiechnęła się, wzruszając ramionami. – Zagrałyście ładnie, choć musicie sobie raz jeszcze sprawdzić, co oznacza słowo „taktyka”, bo nijak jej nie przestrzegacie. Zwłaszcza ty, Weasley.

- No co? – Ginny uniosła ramiona, przyjmując minę pełną oburzenia.

- Nic, Weasley. Zupełnie nic. Naprawdę dobra robota. A teraz już do szatni i pakować się.

- Co?

- A zwiedzanie?

- No właśnie.

Kilka zawodniczek wyraziło swoje niezadowolenie.

- Miałyście na to cały tydzień. Za dwie godziny mamy świstoklik powrotny do domu. Raz, raz – Gwenog zaklaskała w dłonie, zupełnie jakby popędzała gromadkę marudnych berbeci.

- Jeszcze tylko chwileczkę – usłyszały gardłowy, męski głos z (jakże by inaczej) rosyjskim akcentem. W ich stronę szedł okrągły jak beczka na wino i niewiele wyższy (całkiem możliwe, że beczkę taką połknął) mężczyzna, którego wcześniej nie widziały. – Chciałem paniom pogratulować naprawdę znakomitego meczu. To oczywiste, że moich Niedźwiedzi panie nie miały szans pokonać, ale kto by miał.

- Dziewczyny – Gwenog wtrąciła, kiedy mężczyzna przestał na chwilę mówić – To jest właściciel Niedźwiedzi. Pan Ivan Ivanovic.

- Tatuś był pijany – Mężczyzna niedbale machnął ręką. – walczyłyście panie naprawdę dzielnie, a pani – dość obcesowo wskazał palcem na Ginny. – Pani lata, jak prawdziwa Rosjanka pani…

- Panno – poprawiła go Ginny. – Weasley.

- Tak, panno Weasley. Jak prawdziwa Rosjanka. Gdybym tylko miał zespół, w którym mogą latać kobiety, od razu bym panią zatrudnił.

- Taaak, szkoda że na świecie nie ma żeńskich zespołów, prawda? – Rudowłosa Harpia uśmiechnęła się do niego uroczo.

- Panie Ivanovic! – Od strony Niedźwiedzi potoczył się okrzyk.

- Tak, na mnie już pora – skłonił się kobietom.

- W jednym miał rację – Trener Jones odezwała się, kiedy już wszystkie zeszły do tunelu pod trybunami. – Gdzieś ty złapała taki styl, Weasley?

- Mam kaca, pani trener – mina Gwenog była bezcenna.

To zadziwiające, ale w ciągu niemal tygodniowego pobytu w Rosji, kobietom udało się nie rozbałaganić wszystkich swoich rzeczy po przydzielonych pokojach i kiedy ponownie stały na środku boiska Niedźwiedzi, od odlotu świstoklikiem dzieliło je całkiem sporo czasu. Osamotnione na środku murawy, nie odprowadzane przez żadnego z graczy czy członków sztabu gospodarzy, mogły spokojnie wymieniać się odczuciami i opiniami na temat tego kraju, jego obywateli i Quidditcha. Ten ostatni temat zajmował w ich rozmowach zadziwiająco mało czasu. Podekscytowane kobiety wymieniały się głównie doświadczeniami z nocy spędzonej w mugolskich nocnych klubach, gdzie najwyraźniej wiele się działo. Na początku Ginny słuchała prawdziwych, bądź zmyślonych wyczynów swoich koleżanek w lekkim szoku, a przynajmniej konsternacji. Później jednak uznała, że ona nikomu do łóżka zaglądać nie będzie, nawet jeśli jest to łóżko małżeńskie, jak miało to miejsce w przypadku Gryffits.

- Ej! Krasnaja dziewuszka! – Okrzyk, jaki dobiegł je od strony wejścia na murawę, mógł dotyczyć każdej z kobiet. Ginny nie miała jednak wątpliwości kogo woła major Michałow. – Kak to tak. Chciałaś uciec nie żegnając się z Michałowem? – Jego okrzyk był doniosły, a ręce już oczekiwały, by przyjąć ją w rubasznym uścisku. Uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do Rosjanina, którego znała zaledwie od kilku dni, a czuła, jakby był niemalże członkiem rodziny.

- Myślałam, że poleciał pan już od innych obowiązków – powiedziała podbiegając.

- Chronimy was do samego końca – wzrokiem wskazał na dwóch kolegów, którzy zostali kilka metrów dalej. – No zrób miśka ze starym Michaiłem – zachęcił ją by się do niego przytuliła. – A teraz uważnie słuchaj czego ci zaraz nie powiem – zaczął szybko szeptać, kiedy wpadła w jego objęcia. – Nie mówię ci właśnie, że musisz przekazać Harremu, że w Rosji znikają czarodzieje i nie wiemy kto i jak i nie możemy sobie z nimi poradzić, a ostatnio chyba rozeszło się to na sąsiednie kraje. Niech was pilnuje. A teraz już uciekaj, krasnaja dziewuszka, bo ci koleżanki odlecą same – ostatnie zdanie wypowiedział już głośno i ponownie rubasznie.

Ginny wróciła do reszty dziewczyn w stanie lekkiego szoku, nie do końca wiedząc, co ma myśleć o słowach rosyjskiego majora. Zamyślenie spowodowało, że po lądowaniu w Holyhead, wraz z innymi dziewczynami przewróciła się na murawę, dając tym samym powód do powiedzenia „żałosne”, przestępującej nad nią Cho. Kiedy podniosła się wreszcie z ziemi, zobaczyła stojącego przy trybunach i czekającego na nią Harrego. Uśmiechał się szeroko, nonszalancko oparty o drewnianą ścianę. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej tego uśmiechu. Nie widzieli się niewiele ponad dwa tygodnie, a ona cieszyła się, jakby to było spotkanie po latach. Usta same ułożyły się w szeroki uśmiech i bez pożegnania z koleżankami ruszyła w jego stronę. Pewnie by zaczęła zaraz biec, gdyby drogi nie zagrodził jej prezes zespołu. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się, jak oglądający z trybun mecz mężczyzna, wrócił do Holyhead przed zawodniczkami.

- Wspaniała gra, panno Weasley – Powiedział z uśmiechem. – Myślę, że swoją postawą w tym meczu i całym sezonie zapracowała pani na nowy kontrakt – to zupełnie niebywałe, ale z rękawa wyciągnął zwój pergaminu i pióro, gotowe do podpisania dokumentu.

- Myślę, że swoją postawą zapracowałam na porządne wakacje – odpowiedziała, wymijając go w dalszej drodze do Harrego.

- Witaj wiedźmo – Harry objął ją mocno. – Jak się udał wypad?

- Muszę ci koniecznie coś powiedzieć – odpowiedziała mu, odsuwając się na odległość ramion, przypomniawszy sobie o słowach Michałowa.

 
 

  • RSS