RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

19. I Am Superstar

17 maj

- Co miałaś na myśli mówiąc, że tak właściwie, to już jesteście małżeństwem? – Molly udało się ją złapać, kiedy po uroczystości w Wielkiej Sali wyszli na błonia. Spodziewała się, że prędzej czy później matka dopadnie któreś z nich, by dopytać co miała na myśli w szpitalu, mówiąc że tak właściwie ona i Harry są małżeństwem. Kilka godzin temu, zaledwie zdążyła to powiedzieć, Harry wyciągnął ją ze szpitala w obawie rozpętania piekła przed salą porodową. Teraz nie mieli ucieczki. – Jak mam to właściwie rozumieć? – Był słoneczny dzień, ale Ginny poczuła, jakby nagle całe niebo przesłoniły ołowiane chmury. Na domiar złego, zatrzymany przez panią dyrektor i Kingsleya Harry, nie mógł przyjść jej z odsieczą.

- No bo jesteśmy, chociaż właściwie to nie jesteśmy – Zaczęła się plątać. – Oj sama nie wiem, jak ci to wyjaśnić.

- Jak możesz nie wiedzieć – Oburzała się matka. – Ginny, to jest bardzo proste. Jesteście, albo nie jesteście. Tak, albo nie.

- Ale to jest skomplikowane – jęknęła – Nie zrozumiesz.

- Sprawdź mnie – Jakby mało było osaczania przez Molly, do dwóch kobiet dołączyli pozostali członkowie rodziny, będący przed kilkoma godzinami świadkami jej deklaracji.

- Oj no bo tam była ta plaża i te ogniska i taka zabawa, że się przechodziło pod kijem. A potem się okazało, że to jest całkiem serio, no i jakoś tak od słowa do słowa i tak wyszło jakoś – wydukała ostatnie słowa.

- To było na Kiribati, w noc Sylwestrową – Harry pojawił się z odsieczą, mocno ją przytulając. – Na jednej z plaż miała miejsce taka zabawa, choć w tym kontekście zabawa nie brzmi najlepiej. To były tradycyjne zaślubiny tubylców. Wśród rozpalonych ognisk była taka poprzeczka zawieszona nisko nad piaskiem. Trzeba było pod nią przejść we dwoje, trzymając się za dłonie i nie dotknąć piasku. Jeśli ktoś by przeszedł, to miłość tych osób miała być prawdziwa. Wszyscy po kolei upadali więc spróbowaliśmy. No i się udało.

- Ale od przejścia pod jakimś patykiem do ślubu jeszcze kawał drogi, nie? – Ron zapytał obcesowo.

- Dokładnie dziesięć kroków. Prowadzący to kapłan okazał się być pracownikiem Urzędu Stanu Cywilnego na Kiribati i para, która przeszłaby pod poprzeczką mogła wziąć ślub.

- I wy go oczywiście wzięliście – Molly stwierdziła załamana.

- Na mugolskie dokumenty. Ja mam swoje od urodzenia, Ginny zostały wyrobione gdy była aurorem.

- Nie pomyśleliście, żeby nas przynajmniej zabrać ze sobą? Byliśmy tam z wami – Hermiona wtrąciła z wyrzutem.

- Hej! – Ginny pod opieką Harrego odzyskała rezon. – My was zapraszaliśmy do pójścia z nami, ale woleliście się bawić we dwoje.

- Czyli już po wszystkim – Molly o dziwo nie była wściekła za wybryk swojej córki, tylko nim załamana. – Nie będzie pięknej uroczystości, wesela. Nie będzie pierwszego tańca i wspaniałego tortu. Moja jedyna córka wyszła za mąż, a ja nawet tego nie widziałam – Po policzkach pociekły jej pierwsze łzy. Ginny zrobiło się naprawdę przykro, że tak zasmuciła matkę.

- Uspokój się Molly, kochanie – Artur zaczął pocieszać swoją żonę, która łkała mu w ramię.

- Molly – Harry odezwał się głosem, jakim zazwyczaj zachęca się wstydliwe dziecko, by na ciebie spojrzało. – Molly, chyba nie sądzisz, że odmówiłbym sobie zobaczenia Ginny w białej sukni, przed ołtarzem? – Molly podniosła na niego zaczerwienione oczy, chyba nie rozumiejąc dokąd zmierza.

- Nigdy nie zanieśliśmy aktu ślubu do ministerstwa. Z punktu widzenia prawa, nie jesteśmy więc małżeństwem.

- To macie mi się pobrać! – Molly wrzasnęła tak, że zebrani cofnęli się o krok, a połowę osób na błoniach odwróciło swe głowy ciekawi dziejących się tutaj wydarzeń.

- Molly nie krzycz tak – Artur ofuknął żonę.

- Nie, nie. Mamo krzycz, krzycz. Chętnie posłucham – Milczący dotąd George odezwał się, szczerząc zęby z uciechy. – Narozrabiali i trochę krzyków im się należy.

- Ty nie podskakuj jednouchy, bo i na ciebie się coś znajdzie – Harry wyszczerzył się w uśmiechu do rudzielca.

- Macie wziąć prawdziwy ślub, nim znowu przyjdzie wam do głowy coś głupiego, jak na przykład….

- Ale wy chyba nie …?

- Nie! – Harry i Ginny wykrzyknęli jednocześnie. – Nic z tych rzeczy, mamo – Ginny dokończyła sama.

- Tylko prosimy, nie mówicie o tym nikomu – Harry poprosił Weasleyów. – Angelinie też, George – Dokończył z naciskiem, patrząc wprost w naczelnego dowcipnisia Wielkiej Brytanii.

- No nie wiem, nie wiem – Jednouchy zacmokał znacząco. – Czemu miałbym tego nie zrobić.

- To było niesłychane nadużycie przyjaźni – kontynuował Ron. – Za takie coś, raczej należy wam się kara. Prawda Hermiono?

- Nikomu nie powiemy. Macie moje słowo – Hermiona wyrwała się z zamyślenia. – Ale za karę, mam prawo uczestniczyć we wszystkich przygotowaniach i pierwszy taniec jest mój! – Dzióbnęła Harrego wskazującym palcem.

 

Trzeba szczerze przyznać, ze Ginny spodziewała się gorszej reakcji na swoje rewelacje i że cała afera rozeszła się po kościach. Można nawet powiedzieć, że to wydarzenie przyniosło wiele dobrego. Molly, obawiając się że mogą ją minąć inne wielkie chwile z życia jedynej córki, postarała się puścić w niepamięć wszelkie niesnaski, które je poróżniły. Ginny zaś, nie chcąc sprawić matce więcej przykrości, podjęła się ciężkiego zadania przełamania wyrosłych pomiędzy nimi barykad i odbudowania dobrych relacji. Obie kobiety wiedziały, że zadanie które sobie postawiły nie jest łatwe i zajmie sporo czasu, ale wiedziały też, że nie mogą prowadzić tej wojny w nieskończoność.
Molly miała temat ślubu drążyć z mniejszym lub większym uporem jeszcze przez dobre kilka tygodni, irytując swoim zachowaniem wszystkich wtajemniczonych członków rodziny. Wbrew powszechnym nadziejom, jej ślubny zapał nie zmalał nawet, kiedy Fleur i Victorie wróciły już do domu i szczęśliwa babcia mogła odwiedzać swoją wnusię. Ginny ta paplanina matki nie irytowała w takim stopniu, jak pozostałych członków rodziny, gdyż większość czasu zarówno ciałem, jak i umysłem skupiona była na przygotowaniach do ostatnich meczów zasadniczej części sezonu. Przed nimi pozostały już tylko trzy mecze i play-offy. Dziewczyny nadal były na ostatnim miejscu w lidze, ale w przedostatnim meczu, po ponad miesiącu gry, Cho udało się wreszcie złapać znicz. Było to pierwsze zwycięstwo w sezonie i w zespół wstąpiła nowa wiara, a trybuny ponownie zaczęły się zapełniać sezonowymi kibicami, którzy są z zespołem na dobre, ale już nie na złe.

Pani Trener Johnes wypruwała na treningach żyły sobie i zawodniczkom, oczekując od nich niemożliwego i co najciekawsze, niemożliwe dostając. Dziewczyny przypominały nareszcie dobrze poukładany i zgrany zespół. Zaczynały ufać sobie na boisku i współpracować, realizując przyjęte taktyki. Jedynym co się zmieniło na gorsze była atmosfera w szatni i na treningach. Ogólnie panujące przygnębienie i zniechęcenie zastąpiło nieustające napięcie. Żadna z dziewczyn nie wiedziała, że Cho Chang trafiła na trening, a z niego bezpośrednio do zespołu dzięki Ginny, która zwyczajnie kazała jej przyjść. Każda jednak wiedziała i co najważniejsze widziała panującą między kobietami wrogość. Nie trzeba było być jasnowidzem, by wiedzieć o co chodzi. Rita wystarczająco dobrze opisała panującą między kobietami sytuację w serii artykułów o Harrym, potem rozwijając temat w jego biografii. Cho i Ginny się nienawidziły, a zarzewiem konfliktu był Harry Potter. Na domiar złego, połowa magicznych gazet Wielkiej Brytanii umieściła na swych łamach opatrzone bogatą galerią zdjęć relacje z obchodów drugiej rocznicy Bitwy o Hogwart i niemal w każdej z galerii znajdowało się wykonane pod różnym kątem z mniejszej lub większej odległości zdjęcie Harrego obejmującego Ginny. Plotki i spekulacje eksplodowały z siłą potężnej bomby i nie chciały ustać.

Tak więc relacje między kobietami nie były łatwe i zazwyczaj ich interakcje sprowadzały się do wzajemnego ciskania w siebie oczami błyskawic. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że żadna z kobiet nie wymagała, by pozostałe zawodniczki wybierały strony, tak więc zespół podzielony był na dwie części. Nienawidzące się Ginny i Cho i resztę zawodniczek, przyjaźniącą się z obiema rywalkami.

Teraz, każdego popołudnia gdy kobiety wychodziły z treningu, pod stadionem oczekiwała na nich grupka fanów i ciekawskich dziennikarzy. Tych ostatnich od dnia rocznicy w Hogwarcie znacznie przybyło i skupiali się niemal wyłącznie na podirytowanej Ginny. Ginny dotąd nie miała problemów z prasą, przynajmniej z prasą zainteresowaną jej grą w Quidditcha. Od kiedy nałogowo zaczęła czytać wszelkie dostępne w Anglii, jak i te w Anglii niedostępne książki o tej grze, czuła nieustanną potrzebę rozmawiania o tym czego właśnie się dowiedziała. Przypominało to zachowanie Percy’ego, który wszystkim wokoło opowiadał o zmianach w prawie, jakie zaproponuje kiedy podejmie pracę w ministerstwie. Percy’ego chciała wtedy słuchać tylko jego dziewczyna, Penelopa. Ginny słuchał jedynie Harry, kiedy nawet Ron z Hermioną uciekali do swojego pokoju, albo w dowolne inne miejsce, byle być poza zasięgiem młodej Harpii. Słuchali jej też dziennikarze zajmujący się Quidditchem i od czasu do czasu Gwenog.

Teraz jednak, prócz tych sympatycznych dziennikarzy sportowych, z większością z których dziewczyny były już na „ty”, pod stadionem zaczęło się pojawiać wielu pismaków nie znających się na sporcie, a jedynie szukających taniej sensacji. Nagabywali oni dziewczyny i Cho, wprost nie mogąc się odkleić od Ginny. To było jak jedna z plag egipskich, albo inwazja much na słoik z miodem. „Gdzie jest Harry? Czy się państwo kochacie? Mieszkacie razem? Czemu się ukrywacie? Co na to rodzina? Czy to romans z czasów szkoły? Czy to nie wbrew regulaminowi aurorów? Co robi pan Potter kiedy go nie widać? Gdzie znika, kiedy nie jesteście razem? Czy to naprawdę, czy tylko gra dla prasy? Jak może pani grać z panią Chang? Nie chcecie się zrzucić z mioteł?” Bla, bla, bla. Nieznośny jazgot i bełkot prasy i bez końca powtarzanie „Bez komentarza.”

Ginny miała nadzieję, że to zwykły sezon ogórkowy i sytuacja zmieni się wraz z kolejnym meczem. Nie mogła się mylić bardziej.

Po meczu, w którym dziewczyny ograły znacznie wyżej notowany i stanowiący faworyta spotkania zespół Zjednoczonych, Ginny spodziewała się wreszcie rzetelnej pracy dziennikarskiej.

Miała ku temu tym większe podstawy, że w meczu spisała się śpiewająco, raz za razem ogrywając przy pętlach obrońcę Zjednoczonych, a zarazem ich kapitana, Oliviera Wooda. Wood był po meczu tak pełen uznania, że przed opuszczeniem murawy osobiście pogratulował jej wspaniałego meczu.

Ledwie opuściwszy szatnie, Ginny została otoczona przez fanów Harpii, którzy chcieli porozmawiać sobie z dziewczynami, uścisnąć im dłonie i strzelić sobie kilka fotek. Kilku „fanów”, którzy zainteresowali się zespołem, kiedy ten zaczął wreszcie wygrywać, starało się jeszcze o autografy, które wszyscy pozostali już dawno mieli w swoich kolekcjach rzeczy związanych z Harpiami. Przebiwszy się przez ten tłum Ginny uśmiechnęła się widząc swoich ulubionych dziennikarzy sportowych. Niestety, tego dnia nie dane było jej z nimi porozmawiać, gdyż natychmiast dopadło ją stado innych reporterów pytających o wszystko co z Quidditchem nie było związane. Właściwie to w jej kierunku nie padło ani jedno pytanie o mecz i do domu wróciła psychicznie zdewastowana. Jedyne na co starczyło jej sił, to dowleczenie się do stojącej w saloniku kanapy i padnięcie na nią na twarz.
- Ginny? Co się stało, kochanie? – Hermiona przykucnęła przy najlepszej przyjaciółce.

- Yyyyy – Ginny jęknęła, zmieniając jedynie modulację poszczególnych głosek.

- Mam wysłać wiadomość do Harrego?

- Y y – Po tej deklaracji zapadła w płytki sen, w którym ścigało ją stado tłuczków, a każdy z nich był głową jednego z reporterów, zadającą jej niedorzeczne pytania i starającą się zrzucić ją z miotły, ile razy próbowała odpowiedzieć „Bez komentarza”. W pewnej chwili głowa Sydneya Weawera, dziennikarza „Proroka” i redaktora kolumny „Plotek Codzienny”, przeleciała o cal od jej głowy, powodując nagłe zbudzenie. Z przerażeniem zaczęła się rozglądać, oczekując powrotu tłuczka, serce waliło jej jak oszalałe. Kiedy uświadomiła sobie, że to był tylko sen otrząsnęła się i zaczęła rozglądać wokoło. Nadal leżała na tej samej kanapie. Na dworze była już noc, a w saloniku panował półmrok, nie rozświetlony jedną nawet lampą. Leniwym ruchem wygrzebała spod siebie różdżkę i machnięciem odpaliła jedną z wiszących na ścianie lamp. Po chwili wszystkie pozostałe zaczęły się rozjarzać. Na tyle jednak wolno, by nie została oślepiona nagłym blaskiem. Teraz dopiero zauważyła, że w stojącym w rogu fotelu siedział Harry. Wciąż jeszcze był w aurorskich szatach.

- Powinien był być przy tobie – odezwał się spokojnie.

- Musiałeś być w pracy.

- Mimo wszystko.

- Dam radę sama – Jęknęła, podnosząc się na kanapie i masując ścierpnięty kark.

- To znowu byli dziennikarze?

- Pismacy – Poprawiła go, rozciągając stawy.

- Nie chodziło im o mecz – stwierdził spokojnie.

- Nie chodziło. Chłopakom od sportu nie udało się nawet odezwać do mnie. Boże, ale jestem głodna – Złapała się za brzuch, który właśnie wyraził głośno swoje niezadowolenie.

- No to idź zjeść kolację i idziemy spać.

- Ale mi się nie chce spać – Jęknęła wlokąc się w stronę schodów.

- No to idź zjeść kolację i idziemy do łóżka.

- Ale…. no dobrze – dokończyła skwapliwie i zbiegła po schodach do kuchni.

Ginny kochała Quidditha i gra dla Harpii była dla niej pracą marzeń. Z każdego treningu wracała naładowana pozytywną energią, szczęśliwa i podekscytowana. Buzia wprost jej się nie zamykała od ciągłego opowiadania, co minuta po minucie działo się na stadionie. Teraz domownicy obserwowali diametralną zmianę. Ginny przychodziła nachmurzona, zmęczona i zniechęcona. Jednego dnia próbowała nawet wziąć chorobowe i tylko dzięki Ronowi, który akurat miał drugą zmianę trafiła na trening. Zwyczajnie deportował ją pod stadion, nie pytając nikogo o zdanie.

Może to dziewczyny po zwycięstwie nad Zjednoczonymi za bardzo uwierzyły w siebie, może podeszły do przeciwnika zbyt nonszalancko, a może zwyczajnie skończyła im się dobra passa. Kolejny mecz kończyły jednak z pokaźną zdobyczą punktową i porażką. Może gdyby mecz potrwał jeszcze kwadrans, albo pół godziny, to dziewczynom udałoby się zdobyć prowadzenie 150 punktami. Teraz można było już tylko gdybać. 350 do 300 i Harpie wracały na tarczy.

- Pani Weasley, pani Weasley! – Okrzyki dobiegły ją, nim jeszcze opuściła szatnię.

- Czemu jest pani sama?

- Gdzie jest pan Potter?

- Czy pan Potter już pani nie wspiera?

- Czy to koniec medialnego romansu?

- Jak to się stało, że została pani ścigającą? Czy to praca po znajomości?

- Jak układają się stosunki między panią a Cho Chang?

- Czy to prawda, że walczycie panie ze sobą?

- Podobno w szatni panuje fatalna atmosfera i nie chcecie ze sobą grać.

- Pytanie o atmosferę w szatni Harpii z Holyhead powinno być skierowane do pani trener Johnes – Obok Ginny stanął młody, pół głowy niższy od niej blondyn, w brązowych mokasynach, powycieranych jeansach i skórzanej kurtce ze stylowymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. – Niewątpliwie jednak, zespół nie osiągałby tak dobrych wyników, jeśli atmosfera w szatni nie byłaby doskonała. Pani Weasley pragnie również pogratulować świetnej gry koleżankom z zespołu, bez wysiłku których dzisiejszy wynik nie byłby możliwy, oraz drużynie przeciwnej, za przechylenie szali zwycięstwa na swoją korzyść – Kiedy skończył swoją wypowiedź, jeszcze przez sekundę trwała dziwna cisza, nim jeden z dziennikarzy nie ocknął się, pytając opryskliwie.

- A pan to niby kto?

- Jimmy Olsen, agent panny Weasley – chłopak przedstawiający się jako Jimmy wyciągnął z kieszeni kurtki gruby plik wizytówek, wręczając po kilka każdemu z dziennikarzy. – Od dzisiaj wszelkie pytania do pani Weasley proszę kierować do mnie w formie pisemnej. Pani Weasley odpowie na nie, jeśli uzna to za stosowne – Wręczył ostatnie z wizytówek reporterowi „Czarownicy”. – Niech pani leci na Grimmauld Place. Pan Potter wszystko wyjaśni – Szepnął, odwracając się do Ginny i unosząc okulary. Miał niesamowicie niebieskie oczy. Ginny patrzyła w nie przez chwilę jak zahipnotyzowana. – No już – Ponaglił. Obróciła się w miejscu i stała na progu domu przy Grimmauld Place 12 w Londynie.

- Harry! Harry! – Zawołała, wbiegając do środka.

- Tutaj jestem, wiedźmo – Odpowiedział jej z jadalni położonej niemal przy samych drzwiach wejściowych.

- Harry – stanęła w progu. – Po meczu stało się coś dziwnego. Coś, bardzo, bardzo dziwnego.

- Zakładam, że nie chodzi ci o zachowanie Rona?

- Nie, nie widziałam się z… A co Ron miał zrobić po meczu? – Spytała zaciekawiona, wchodząc głębiej do pomieszczenia.

- Nic, nieważne. Więc co się stało?

- Kiedy wyszłam z szatni, to dopadli mnie znowu dziennikarze, a potem…. – Dalszą jej wypowiedź przerwał dzwonek do drzwi.

- O. To pewnie Jimmy – Harry wstał z zajmowanego miejsca. – Usiądź sobie, Stworek zaraz poda coś do jedzenia – Ginny usiadła posłusznie na swoim zwyczajowym miejscu, jeśli można mówić o zwyczajowym miejscu, kiedy jada się gdzieś dwa, albo trzy razy do roku. Po kilku sekundach usłyszała kliknięcie otwieranych drzwi, ciche powitanie, potem drzwi ponownie się zamknęły, a do jadalni weszli Harry z Jimmym, który tym razem miał swoje okulary zatknięte na czubku głowy i świdrował ją przeraźliwie błękitnym wzrokiem.

- Ginny, to jest Jimmy. Jimmy, nie muszę ci przedstawiać Ginny.

- Bardzo mi miło panno Weasley – chłopak mocno uścisnął jej dłoń. – Ginny to bardzo chwytliwe zdrobnienie, aż dziwne, że jeszcze nie trafiło do prasy – nonszalancko, nie pytając o pozwolenie, usadowił się na jednym z krzeseł. Było w nim coś dziwnego. Ta bezczelność, łatwość odnajdowania się w nowym otoczeniu. Ginny była śmiała, ale to ją zadziwiało.

- To twoja dziedzina – Odpowiedział mu Harry. – Ginny, Jimmy będzie twoim agentem.

- Nie rozumiem – Ginny zmarszczyła brwi.

- Nic nie szkodzi. brytyjska liga jest stara, ale wciąż mało profesjonalna – chłopak zaczął mówić, jakby przytaczał jakąś opowiastkę. – Ledwie kilka lat temu zaczęliście zatrudniać trenerów. Dopiero w ubiegłym roku dwa ostatnie zespoły ich zatrudniły, zwalniając z tej roli kapitana. Agenta ma u was tylko jeden zawodnik, Dragomir Gorgowicz i to nie na Anglię tylko na inne kraje, żeby znaleźć mu zagraniczną posadę po kilku latach wpadek. Natomiast agenci są powszechnym zwyczajem w Ameryce, częściowo Azji. Coraz więcej jest ich w Niemczech i Rosji. Generalnie tam, gdzie jest dużo czarodziejów, więc może się urodzić sporo gwiazd różnego formatu.

Agent dba nie tylko o stronę sportową ale też o media, reklamy, to jak i gdzie o jego podopiecznym piszą, gdzie jest zapraszany, przez kogo i z kim tam idzie. Generalnie całe życie publiczne zawodnika jest pod opieką agenta.

- Czyli taki agent kontroluje całe życie zawodnika – Ginny skwitowała niechętnie.

- Agent nie ma kontrolować, tylko doradzać i ochraniać. Tak dla przykładu, jeśli chce pani wyskoczyć gdzieś do restauracji. Mogę pani doradzić, by poszła pani do tej czy innej, bo jest ona modna. Mogę też powiedzieć, że w tej łatwo spotkać reporterów, a w jakiejś innej warto zjeść, by ich uniknąć, ale nie mogę pani kazać tam pójść. To pani decyduje do jakiej restauracji pani pójdzie. Idąc dalej…

- Chwila! Moment! Zaraz! Stop! – Ginny wykrzyknęła poddenerwowana. – Zacznijmy od początku. Panie Olsen…

- Jimmy.

- Panie Olsen – powtórzyła z naciskiem. – Skąd się pan u licha wziął i po co?

- Pan Potter zatrudnił mnie, żebym zadbał o pani interesy.

- Interesy?

- Narzekałaś, że szczególnie od czasu rocznicy w Hogwarcie reporterzy nie dają ci spokoju. Jimmy ma się nimi zająć.

- W jakim sensie?

- W takim, jak zrobiłem to dzisiaj. Będę pełnił rolę parasola pomiędzy panią a reporterami. Jeśli będą chcieli zadać pani jakieś pytanie, to mają je wysłać do mnie, a ja stwierdzę, czy warte jest zachodu i dopiero wtedy pani przekażę, na spokojnie, na papierze.

- Czyli nie będę mogła rozmawiać z Bobem, Enderem i Aegonem po meczach?

- Bobem Sparksem? Pewnie, że będzie pani mogła. Jeśli tylko pani chce, to możemy wybrać dziennikarzy, z którymi pani sobie porozmawia, a resztę odizolujemy. Myślę nawet, że rozmowa z Bobem, czy Aegonem byłaby dla pani wskazana. W końcu to profesjonaliści zajmujący się sportem.

- Ale do tego wszystkiego, to wystarczyłby mi rzecznik prasowy, taki jak ma ministerstwo, czy Gringot. Prawda?

- Tak to powiedziałem, ale przekonano mnie, że nie mam racji.

- Bo pan nie miał i pani nie ma, najwyraźniej – Jimmy dokończył, wskazując palcem na Ginny.

- Rzecznik prasowy zająłby się tymi dziennikarzami i nic ponadto.

- Ale ja nic ponadto nie potrzebuję.

- Może jeszcze nie, ale później może się to zmienić – w tym momencie strzeliło i pojawił się Stworek z tacą kanapek i kubkami z herbatą. – Dziękuję panu – Jimmy powiedział zaskakująco i wepchnął sobie pół kanapki w usta, naraz. Aż dziw, że tyle się w ustach tego małego człowieczka zmieściło. – Jak więc mówiłem – zaczął z pełnymi ustami przełykając dopiero po chwili. – Później może się to zmienić. Pani dopiero rozpoczyna karierę, ale już zdążyła namieszać w zespole Harpii i zdobyć trochę fanów.

- Przesadza pan.

- Czy aby na pewno? Dziennikarze chcą rozmawiać właśnie z panią.

- To przez Harrego.

- Że co proszę? – Harry mało się nie zadławił kanapką.

- Miałam na myśli, ze względu na ciebie – pogłaskała go po ramieniu, starając się udobruchać. – Dziennikarze polują na mnie, żeby wyciągnąć coś o Harrym.

- Mi nie chodzi o te hieny, tylko o komentatorów sportowych. Jest pani przez nich zagadywana częściej aniżeli inne zawodniczki Harpii i udziela pani bardziej profesjonalnych odpowiedzi, aniżeli pani Jones. Od pewnego czasu czytam pani wypowiedzi z coraz większym zainteresowaniem. Ma pani bardzo trafne spostrzeżenia, niejednokrotnie lepsze od wygłaszanych przez trenerów.

- Znowu pan przesadza.

- Zajmuję się tym zawodowo – przypomniał jej.

- Ginny dużo czyta o Quidditchu. Sowy non stop przynoszą nam jakieś książki, które zamawia.

- Chętnie zobaczę, może uda mi się podsunąć jeszcze jakieś tytuły. Chodzi o to, że ludzie czytają pani wypowiedzi i jeśli pani gra i pani wypowiedzi są równie dobre, to z biegiem czasu zyskuje pani w ten sposób fanów, którzy będą każde pani słowo brali za pewnik. Będą przyswajać sobie pani słowa i będą się do nich dostosowywać ze swoimi poglądami i nie chodzi mi tylko o Quidditch. Na tym etapie będzie pani musiała uważać co mówi. Pan Potter dla przykładu – zwrócił się do Harrego.

- Ja?

- Tak, pan. Ma pan wrodzony dar do mówienia co panu ślina na język przyniesie, nie zważając na konsekwencje.

- Nieprawda! – Harry obruszył się oskarżeniem ze strony chłopaka. – Bardzo się pilnuję z tym co mówię. Obowiązują mnie przepisy ministerstwa i tajemnica służbowa.

- I pilnuje pan tylko nich, ale już od skrytykowania strojów, jakie „Dżentelmen” promował na swoich łamach to nie potrafił się pan powstrzymać.

- A zrobiłem tak?

- A zrobił pan, zrobił i przez pana liczba czytelników spadła o jakieś piętnaście procent. Sprzedaż promowanych marek o jeszcze więcej, a redaktor działu mody poszedł na bruk.

- O nie. Tego mi pan nie wmówi. Że niby jego zwolnienie, to moja wina.

- Nie. Jego zwolnienie to wina jego niekompetencji i nieznajomości zwyczajów panujących w Anglii, ale to pan pierwszy odważył się powiedzieć, że modny i tworzący trendy magazyn promuje dziadostwo.

- Tego słowa na pewno nie użyłem.

- Fakt, to akurat moja opinia. Tym niemniej, patrząc na pannnę Weasley – Olsen powrócił do Ginny. – Od razu widać, że nie jest fanką strojów od Maddame Malkin, ani też nie kupuje ich pani raczej w innym sklepie na Pokątnej, albo w Hogsmeade. Zgaduję, że mugolskie sklepy?

- Mają wygodniejsze ubrania i łatwiej można je dopasować do swoich upodobań i stylu. Chodzenie w strojach od Maddame Malkin, czy innych szatach jest dobre dla podstarzałych czarownic.

- O tym właśnie mówię! – Olsen klasnął w dłonie. – Ależ się państwo dobraliście. Właśnie taka wypowiedź nie powinna trafić do prasy. W ten sposób każda pani fanka, zacznie się zastanawiać, czy nie lepiej zrezygnować z usług magicznych krawcowych. Pani wypowiedź powinna brzmieć: Żyję w pośpiechu i często brak mi czasu na zamawianie strojów u czarodziejskich krawcowych. Łatwiej jest mi pójść do mugolskiego sklepu i wybrać strój odpowiadający moim aktualnym potrzebom, nawet jeśli ma on być mniej dopasowany, lub szybciej się zużyć.

- Powiedziałeś to samo.

- Nie. Powiedziałem, że kupuje pani w mugolskich sklepach, bo nie ma pani czasu korzystać z profesjonalnych usług świetnych magicznych krawcowych, a nie że nie potrafią one uszyć niczego ciekawego.

- Proszę nie wzruszać ramionami – Jimmy skarcił ją, widząc jak reaguje na jego słowa. Od tego co i jak pani mówi, zależeć będzie, ile będzie pani zarabiać. Widzi pani – zaczął wyjaśniać, widząc uniesione brwi Ginny. – Jedna sprawa, to to, co zapłaci pani zespół, a inna, to dochody z reklam, imprez i od sponsorów.

- Jakich sponsorów?

- Tych, których dla pani zdobędziemy.

- Mhm.

- Proszę nie być taką pesymistką. Z pani urodą, wygadaniem i dobrą grą, ma pani szanse zrobić furorę. Przede wszystkim musimy dla pani załatwić lepszy kontrakt. Ten, jak powiedział mi pan Potter, kończy się pani z końcem sezonu i całe szczęście. Liga brytyjska kiepsko płaci. Najlepiej zarabia się w ligach arabskich, ale tam nie wolno grać kobietom. Równie dobrze płatna jest liga niemiecka – zaczął wymieniać, pokazując na palcach. – Ale tamta liga jest potwornie mocna i musiałaby pani zaczynać od rezerw, co nam się nie kalkuluje. Dobrze płacą Rosjanie, którzy ciągle się bogacą i na potęgę sprowadzają nowych zawodników i trenerów. Świetnie płatna i dobra jest Północnoamerykańska Zawodowa Liga Quidditcha, tam miałaby pani szanse. Część Rosjan i Arabów zaczyna też rozglądać się po zagranicznych ligach, takich gdzie za duże pieniądze mogą sprowadzić świetnych zawodników i wygrać przeciętną ligę, wchodząc do rozgrywek europejskich. Osobiście polecam Francję, Monaco Quidditch Team. Oczywiście chodzi mi o zespół a nie reprezentację, dostał ostatnio sporo kasy i szuka zawodników. Liga brytyjska jest z tradycjami i całkiem niezła jakościowo, ale nie ma w niej pieniędzy, ani polotu.

- Ale ja chcę zostać w Harpiach – zaprotestowała.

- I zostanie pani, bo średnio kiepski zespół w całkiem niezłej lidze, to dokładnie to czego pani obecnie potrzeba. Ma pani szansę ogrywać się przeciwko niezłym zawodnikom. Na pewno lepszym niż we Francji, tak dla przykładu. Jednocześnie błyszcząc na tle koleżanek z zespołu. Tym niemniej – przełknął kolejną kanapkę. – Jest pani ścigającą w zawodowej drużynie po to by zarabiać. To nie gra dla reprezentacji szkoły, to prani praca, a za pracę należy się wynagrodzenie. Poza tym, im więcej pani zarobi, tym więcej zarobię ja.

- Będzie pan miał zarobek procentowy od mojego dochodu?

- Wow. Brawo. Nie spodziewałem się usłyszeć tak płynnego wyjaśnienia.

- Mój brat pracuje dla Gringotta i tak zarabia.

- Jimmy – Harry wtrącił się, po naprawdę długim milczeniu. – Umawialiśmy się przecież na pensję.

- A no tak, ale widzi pan. Wolałbym podpisać umowę z panną Weasley, skoro to jej karierą mam się zajmować, a zarobki progresywne dają mi większą motywację do pracy.

- Ile?

- Standardem na świecie jest trzydzieści procent, albo dziesięć procent od pensji i dwadzieścia od reklam. W najbogatszych ligach, albo w przypadku, kiedy agent opiekuje się wieloma zawodnikami bywa dziesięć. Mój ojciec brał zawsze dwadzieścia pięć od całości. Ja zaproponuję dwadzieścia i oferta nie podlega negocjacji.

- Dwadzieścia procent mojej pensji?

- Dwadzieścia procent od wszystkiego, co pani w danym miesiącu zarobi. Uważam, że to uczciwa oferta. Pani nadal będzie zarabiać lepiej, niż niejeden czarodziej, a ja będę się opiekował tylko pani karierą, więc poświęcę pani cały swój czas.

- Harry, co myślisz?

- Myślę, że głupio robi, bo ja mu oferowałem więcej w ramach pensji. Ale to twoje pieniądze.

- Co jeszcze powinnam wiedzieć o pańskiej pracy dla mnie? – Ginny spytała Olsena.

- Będę jak pani adwokat – wyjaśnił krótko. – Musi mi pani zaufać i mówić absolutnie wszystko, a ja nie mogę ujawnić niczego, bez pani zgody.

- Co znaczy wszystko?

- Nie przyznaliście się państwo, że jesteście parą, a to widać od razu – rozparł się wygodniej na krześle. – Powiem więcej, jesteście państwo zaręczeni i dziwię się, że jeszcze nikt tego nie wyniuchał. Proszę nie robić takich zdziwionych min, przecież widzę ten pierścionek na palcu panny Weasley. Takiego czegoś nie kupi się u pierwszego jubilera na rogu. Nie kupi się tego nawet u porządnego jubilera. To misterna robota i musiała swoje kosztować. Prędzej czy później będziecie państwo musieli to ogłosić. Mieszkacie państwo razem, więc zagranie kartą pięknej, młodej i wolnej czarownicy nie wchodzi w grę, ale historia miłości Harrego Pottera i wschodzącej gwiazdy Quidditcha… Możecie być, jak magiczni Beckhamowie.

- Kto? – Zapytali jednocześnie.

- Nieistotne. Ważne, że możemy z tego napisać wspaniałą Love Story. Pan mało wywiadów udzielał, panie Potter? – Spytał Harrego.

- Nie lubię prasy.

- Rozumiem, ale szczerze to jakoś tak nie śledziłem wszystkiego, co pisze o panu prasa. Widziałem tylko ten wywiad w Dżentelmenie, bo czytam ten magazyn, ale nie wspominał pan o Pannie Weasley.

- Nie wspominałem.

- Gdzieś indziej mówił pan o zaręczynach?

- Nie żebym pamiętał.

- Był chyba jakiś długi wywiad w Czarownicy, w ubiegłym roku?

- Tak, ale tam rozprawialiśmy się z moją biografią.

- Był też chyba jakiś wywiad gdzie miał pan całą sesję z inną kobietą.

- Z Hermioną – Wtrąciła Ginny. – Tak miał taki wywiad – Skończyła, cedząc przez zęby.

- Prześledzę to, ale generalnie wyglądałoby to, jakby był pan kobieciarzem. Najgorętszy kawaler Wielkiej Brytanii i Wschodząca Gwiazda. Auror i Harpia. Trzeba będzie, żebyście się państwo pokazywali gdzieś razem. Potem, za jakiś czas, ujawni się że jesteście państwo zaręczeni. Wielbiciele i wielbicielki będą załamani, ale kochający miłosne historie popadną w ekstazę.

- Musimy na to nanieść małą poprawkę – wtrąciła mu Ginny.

- Tak, a jaką? – Jimmy zaczął jeść dalej

- Obowiązuje pana tajemnica?

- Mhm. Pan Potter mnie zatrudnił – Wymamrotał z pełnymi ustami.

- Jesteśmy małżeństwem – Ginny wypaliła, po raz drugi w ostatnich dniach. Wiadomość omal nie spowodowała śmierci Jimmy’ego Olsena, który zakrztusił się kanapką. Harry musiał mu pomóc zaklęciem Anapneo.

- Co? – Wydyszał w końcu, cały czerwony, z łzami w oczach. – Ale jak, czemu nie było o tym głośno? Przecież tu chodzi o Harrego Pottera. Wszystkie media powinny były o tym trąbić!

- To był mugolski ślub, jeszcze nie złożyliśmy dokumentów w ministerstwie.

- To sporo wyjaśnia – mruknął raczej niezadowolony, myśląc o szumie medialnym, jaki podniósł się po rocznicy Bitwy o Hogwart, kiedy to Molly niefortunnie wykrzyknęła o ślubie. – Prosiłbym, abyście się z tym składaniem dokumentów wstrzymali, jeśli możecie.

- Czemu?

- Bo jeśli teraz wyskoczy w mediach, że wzięliście państwo ślub, mimo że nikt nie wiedział, że jesteście razem, to pierwszą myślą będzie „ciąża”, a to nie pomoże pani w podpisaniu nowego kontraktu. Jesteście parą, może narzeczonymi, musimy się zastanowić, jak to rozegrać. Ale z całą pewnością nie małżeństwem. Czy to jasne?

- Mhm – mruknęli niezadowoleni.

- I tak trzymać, a teraz, skoro już wywinęliście państwo taki numer, to muszę państwa mocno przepytać z dotychczasowego życiorysu i wszelkich wpadek.

- To znaczy?

- Czy przyłapano państwa, lub któreś z państwa na seksie w miejscu publicznym?

 

Jimmy długo zabawił tego dnia w domu przy Grimmauld Place. Był tam, kiedy wrócili Ron z Hermioną i został nawet po kolacji. Przez ten czas, udało mu się jednak wyjaśnić Ginny i Harremu czego powinni oczekiwać od niego i czego on oczekuje od nich. Niektóre zmiany im się podobały. Ginny miała mieć w osobie Jimmyego osłonę przed natarczywymi mediami. Inne zmiany ich irytowały. Jimmy oburzył się na przykład, że po pracy Ginny i Harry spędzają czas w domu, tutaj zapraszając przyjaciół, jedząc kolację i odpoczywając. Nazwał to zachowanie mafią kapciowo kanapową i kategorycznie nakazał ruszyć się z domu.

Młodzi Potterowie – Jak Jimmy zabronił im o sobie mówić – nie chodzili na kolacje, od czasów randkowania, kiedy Ginny będąc jeszcze aurorem wyprowadziła się z domu. Po jej powrocie na Grimmauld Place kolację na mieście zjedli tylko raz, w czasie jej ostatnich urodzin. Teraz, niejako na rozgrzewkę, postanowili zacząć od wypadu do klubu, który Hanna do spółki z Parvati otworzyły w piwnicach Dziurawego Kotła. Usłyszawszy o tym Jimmy aż przyklasnął i kazał im się ubrać na luzie, acz elegancko. „Pod Dziurawym Kotłem”, było w tym czasie już znanym i popularnym miejscem, skupiając cierpiących na bezsenność czarodziejów z całej Wielkiej Brytanii. Aż trudno uwierzyć, że żadne z nich nie było tutaj jeszcze ani razu.

W drzwiach klubu powitał ich niemal dwumetrowy ochroniarz, który wydawał się Harremu być szerszym jak wyższym, oraz kolejka ludzi chcących wejść do klubu.

- Sorry, dzisiaj wieczór z preselekcją – zachrypiał, wystawiając przed siebie umięśnioną łapę. – Wchodzą tylko osoby z zaproszeniami i atrakcyjnie ubrani. – W tej samej chwili przepuścił do środka wysoką blondynkę atrakcyjnie „rozebraną” w białą sukienkę z cekinów. – O ile nie macie zaproszeń, to nie spełniacie tych warunków.

- Jesteśmy znajomymi szefowej – Ginny uśmiechnęła się do ochroniarza

- Każdy tak mówi.

- Właściwie to jesteśmy znajomymi obu szefowych i właściciela. Może pan zapytać Nevilla, pracuję razem z nim. Harry Potter i Ginevra Weasley.

- Hej, inni też chcieliby wejść – odezwał się jakiś szczeniak zza ich pleców.

- Czekaj – ochroniarz warknął, ściągając brwi i pochylając się do Harrego, by lepiej mu się przyjrzeć. – Tak – powiedział przeciągle. – A to powiada pan Ginewra Weasley, czyli?

- Ścigająca Harpii z Holyhead.

- Harpie stoją słabo, ale niech będzie – wpuścił oboje do środka. – Ty zostajesz, wypłochu – zawrócił chłopaka, który przed chwilą się awanturował.

Kiedy tylko zeszli na dół, natychmiast wpadli w tłum gości i Harry przestał się dziwić, ze na górze panuje selekcja. Najwyraźniej na początku do klubu wpuszczani byli niemal wszyscy, a gdy zapełnił się niebezpiecznie, zaczęto dobierać gości. Wszędzie wokoło kręcili się faceci z kuflami i butelkami piwa i dziewczyny z drinkami w dłoniach, delikatnie falując w rytm muzyki. Był to fascynujący obraz, podpierający wszelkie powierzchnie pionowe mężczyźni, stojący sztywno jak kołki i rozmawiający ze sobą oraz krążące po sali kobiety, przemieszczające się z lekkim pląsem, zamiatając biodrami.

Kiedy wreszcie udało im się przecisnąć przez gęsty tłum otaczający bar, na którym raz za razem pojawiały się kolejne kolejki whisky pochłaniane przez bardziej samotnych bywalców, stanęli oko w oko z dwiema kobietami, które miały wszelkie powody, by nie przepadać za Harrym.

- Romilda? – Zapytał zdziwiony, jednocześnie zezując, czy nie udałoby się przemknąć na drugi koniec kontuaru, gdzie obsługiwała zupełnie obca szatynka.

- Harry Potter – Powiedziała w przelocie, odwracając się do ściany z butelkami. – Cóż za niespodzianka – dokończyła wracając z drinkiem dla innego klienta. – No dobrze, to czym mogę wam służyć? – Uśmiechnęła się na powitanie do Ginny.

- Dwa kremowe?

- Ciszej – Romilda syknęła. – Kusi mnie, ale się zlituję, niech wam Parvati powie, czemu nie zamawia się tutaj nic bezalkoholowego. Szefowo, proszę zobaczyć kogo tutaj mamy.

- Harry Potter i Ginewra Weasley – Parvati zmaterializowała się znikąd. – Już myślałam, że nigdy nie odwiedzicie „Pod Dziurawym Kotłem.”

- Jakoś się nie złożyło – Wyjaśniła Ginny. – Ja wolę nie latać na treningach pod wpływem. Harry sam siebie musiałby aresztować.

- Zawsze możecie wpaść potańczyć, nikt nie każe wam pić.

- No właśnie, czemu nie można pić tutaj kremowego? – Harry odważył się odezwać.

- Chodźcie – wyszła zza kontuaru. – Ale mamy dzisiaj młyn. Greg zorganizował na drugim poziomie wybory czarownicy wiosny.

- Czarownicy wiosny, on? – Zdziwiła się Ginny.

- No przecież wiesz, że jest redaktorem Playbooka.

- No właśnie.

- No to wiesz, o jaką czarownicę wiosny chodzi. Mieliśmy robić selekcję schodzących na dół tylko, ale zleciało się tyle ludzi, że samo wejście do klubu musi podlegać selekcji.

- Neville nic mi nie mówił – Harry był zdziwiony milczeniem swojego przyjaciela.

- Nevilla nie interesuje, co robimy pod Dziurawym Kotłem, póki jest to bezpieczne i zgodne z prawem. Byli z Hanną przez chwilę i wrócili do dziewczynek, nim impreza tak naprawdę się zaczęła. A co do tego alkoholu, a właściwie jego unikania. Na górze za zamówienie czegoś takiego zmyliby cię wodą z syfonu. Na dole to co innego, tam możesz zamówić kawę, czy coś.

- Ale dzisiaj się tam nie dostaniemy.

- Nie zapominaj, że Playbookiem rządzi Greg, a Gregiem rządzę ja.

- Jak podpadnie, będzie spał sam – Skwitowała Ginny.

- Dokładnie. Barnaba – Parvati zwróciła się do kolejnego ochroniarza, pilnującego zejścia na niższy poziom. – Ci państwo schodzą ze mną.

- Przecież wie pani, że nie mogę. Sala jest pełna, mogę wpuszczać tylko gości z listy.

- No to ich dopisz. Harry Potter i Ginewra Weasley – pociągnęła ich pod ramieniem Barnaby na schody – Dziwię się, że Romilda nie zmyła cię wodą – rzuciła, nie odwracając się w jej stronę. – Ja bym to zrobiła.

- Na jej miejscu? – Upewnił się.

- Obie powinnyśmy ci to zrobić.

- Masz podejście do kobiet. Nie ma co – Ginny uśmiechnęła się szeroko.

- Może kiedyś jeszcze to zrobię. Tam macie bar, w którym spokojnie możecie zamówić coś bezalkoholowego i nikt wam głowy nie zmyje, ale kremowe i tak jest nietaktem. Teraz was przepraszam, ale muszę znaleźć Grega. Dacie sobie radę sami, wierzę w was.

Zgodnie ze słowami Parvati, stojącemu za kontuarem barmanowi nawet nie drgnęła powieka, kiedy poprosili go o coś bezalkoholowego do picia. Prawdopodobnie nie raz już słyszał taką prośbę, gdyż powiedział im tylko, by następnym razem poprosili o pakiet królewski i wybrali sobie dowolny drink, który zostanie im dostarczony bez dodatku alkoholu. Już wkrótce Ginny z uśmiechem na ustach sączyła przez słomkę trójkolorowy drink o smaku jej ulubionych truskawek. Harry zaś spacerował, trzymając w dłoni kieliszek toniku bez dodatku ginu i zastanawiając się, o co chodziło barmanowi w dowcipie „wstrząśnięty czy zmieszany?”

Zaopatrzeni w napoje, mogli spokojnie przemieszczać się poprzez falujący tłum, obserwując przybyłych gości. Kiedy wyobrażali sobie takie kluby, mieli zawsze przed oczami tańczący tłum. Jak się jednak okazało, pomimo grającego na estradzie zespołu, nikt z gości nie tańczył. Bardziej wyglądało to na spotkanie towarzyskie starych znajomych, aniżeli imprezę klubową. Przekrój gości zresztą również był fascynujący. Ginny udało się rozpoznać czołowych dziennikarzy magicznych, najlepszych graczy Quidditcha, zarówno ligowych jak i tych z reprezentacji. Gdzieniegdzie przemykali modele, których znała ze stron kolorowych magazynów i ze dwóch, czy trzech czarodziejów znanych z tego, że są znani. Jej wiedzę pospiesznie uzupełniał Harry wymieniając jej co bogatszych mieszkańców, częścią z których interesowało się aktualnie Biuro Aurorów, zamożnych kupców, z których większość prowadziła swoje biznesy w północnej części ulicy Pokątnej, gdzie mieścił się Teatr Magiczny i zapuszczało się niewiele osób. Na sali był zresztą i sam dyrektor tegoż teatru, wraz z gwiazdorem swej nowej sztuki „M jak Magia”. Młody aktor, którego natura obdarzyła zapominając o rozumie był bożyszczem nastolatek, które mdlały na spektaklach i obklejały ściany dormitoriów plakatami z jego podobizną. Ginny przez całe dwa tygodnie z pogardą wyrażała się o tym procederze, póki Harry nie przypomniał jej o plakacie Fatalnych Jędz w jej dawnym pokoju pytając, czy aby nie całowała wokalisty.

Nawet Harry nie był jednak w stanie rozpoznać wszystkich gości i oboje musieli dać za wygraną, przyznając, że nie wiedzą z kim się tutaj bawią.

Niemal wszystkim mężczyznom na sali towarzyszyły piękne kobiety, które Harry rozpoznawał z okładek Playbooka i (przynajmniej tak sądził po szarfach z logiem magazynu) z rozkładówek w jego wnętrzu oraz gwiazdeczki jednego sezonu, których piosenki bez końca leciały w magicznym radiu. Ginny wypatrzyła i wskazała mu kilka zawodniczek ligowych, które przynajmniej w części dobrane były według urody, nie umiejętności. Udało im się również wypatrzeć siostrzenicę Timothego Roy’a, ale Harry postanowił nie mówić o tym swojemu szefowi. Najwyraźniej na salę udało się dostać również osobom nie posiadającym zaproszeń, które spodobały się ochronie, gdyż wśród nieznanych kobiet Harremu udało się wypatrzeć dziewczynę rozebraną w białą sukienkę z cekinami. Gdzieniegdzie, podpierając ściany, stali również młodzi mężczyźni, którzy mimo że byli przystojni i elegancko ubrani, swoją postawą i zachowaniem aż krzyczeli „dostaliśmy się tutaj z baru i jesteśmy nikomu nie znani.” Co jakiś czas jeden z nich zdobywał się na odwagę, by zagadnąć, którąś z dziewczyn i zostać uprzejmie odprawiony z powrotem pod ścianę.

- Harry! Ginny! – Okrzyk przedarł się do nich przez gwar rozmów i muzykę. W ich stronę kroczył stary znajomy, Olivier Wood. – Co wy tutaj robicie?

- Co ty tutaj robisz? – Harry odbił pytanie, mocno akcentując drugie słowo zdania.

- Ja dostałem zaproszenie.

- A my się wprosiliśmy – Ginny odparła, jakby była to najzwyklejsza rzecz w świecie.

- Dobre! Naprawdę dobre. Chodźcie – poprowadził ich w głąb sali. – Wszyscy będą zachwyceni, jak to usłyszą. Naprawdę piękna historia – Wood był autentycznie rozbawiony ich odpowiedzią.

- Ale na poważnie. Co ty tutaj robisz? – Harry ponowił pytanie.

- Powinienem się teraz na ciebie obrazić – Wood odpowiedział mu nadąsany. – Czyżbyś nie śledził mojej kariery?

- Tak z grubsza. Nie mam za wiele czasu na Quidditcha. Jesteś obrońcą i kapitanem Zjednoczonych, chyba że coś się zmieniło.

- Wood jest kapitanem trzeciego zespołu w naszej lidze – Ginny pospieszyła Harremu z wyjaśnieniem – Przegląd Quidditcha wymienił go na liście najlepszych obrońców ligi.

- Dziękuję. Nareszcie ktoś obeznany w temacie – Olivier wykrzyknął z aprobatą.

- Co oczywiście nie przeszkodziło mi w zmasakrowaniu go w naszym ostatnim meczu i doprowadzeniu z dziewczynami do wygranej – Woodowi wyraźnie zrzedła mina. – Wróbelki ćwierkają też, że Wood dostanie powołanie do reprezentacji.

- Wróbelki mają to do siebie, że ćwierkają. Oficjalnie nie ma o tym ani słowa – Wood odparł im konspiracyjnie.

- Tak jak nie ma ani słowa o tym, że po sezonie wasz trener obejmie reprezentację.

- Ach te plotki, ploteczki. Panowie – Powiedział głośniej, wciskając Harrego i Ginny w krąg rozmawiających osób. – Pozwólcie, że przedstawię państwu moich starych przyjaciół. Harry Potter, najlepszy szukający z jakim miałem zaszczyt grać.

- Andy nie byłby zachwycony tą deklaracją – zacmokał brodaty mężczyzna koło sześćdziesiątki.

- Czego uszy nie słyszą tego sercu nie żal – Wood wzruszył ramionami. Oraz Ginewra Weasley, młoda gwiazda Harpii z Holyhead.

- Bycie gwiazdą Harpii to żaden wyczyn – Prychnął mężczyzna koło trzydziestki.

- Ale wrzasnąć jak panna i spaść z miotły, kiedy na ciebie leciałam, to już był wyczyn – Ginny odpłaciła mu pięknym za nadobne, doprowadzając

- Ostra jest, podoba mi się – dorzucił kolejny z mężczyzn.

- Harry, Ginny, Brent Speer, Komisarz Ligi. Mężczyzna, któremu przypadłaś do gustu to Patrick

- Spencer, trener zjednoczonych i już wkrótce selekcjoner naszej reprezentacji – Ginny dokończyła za Wooda, podając mężczyźnie dłoń.

- Nic oficjalnie nie wiem na ten temat. To wszystko plotki i domysły – mężczyzna zaprzeczył dyplomatycznie.

- Oj dałbyś już spokój – Komisarz Ligi sapnął z rezygnacją. – I tak wszyscy już o tym wiedzą, więc nie ma co zaprzeczać.

- Nie wszyscy, ja nic nie wiedziałem – Wtrącił Harry.

- Ale już wiesz, więc gwarantuję, że wiedzą wszyscy – odpowiedziała mu, wywołując ogólne rozbawienie.

- No więc skoro wszyscy już wiedzą kim będzie Patrick, to tylko czekać niezłej imprezy, takiej pożegnalno-powitalnej. Zrobisz taką, prawda? – Olivier spytał trenera.

- Jeśli wygracie mi ligę, panie kapitanie.

- Tak, no ten. Boba chyba znacie?

- Cześć Bob! – Ginny powiedziała uradowana widokiem reportera sportowego, Proroka Codziennego.

- Witam panno Weasley. Nie sądziłem, że pojawia się pani na takich spotkaniach?

- Trzeba mieć inne zainteresowanie niż tylko kafle

- I spanie – Harry zgrabnie uzupełnił jej wypowiedź.

- Pana, panie Potter też się tutaj raczej nie spodziewaliśmy zobaczyć.

- A czemuż to?

- Zawsze sądziłem, że po pracy aurorzy zaszywają się w domach. Nie wydajecie się być zbyt rozrywkową formacją

- A skąd ta pewność, że właśnie nie jestem w pracy, Bob? – Harry zapytał konspiracyjnym tonem, szybko taksując wzrokiem zebranych, którzy poczuli się nagle, jakby byli winni choć sami nie wiedzieli czego.

- A jest pan?

- Skąd! Trzeba trochę zaszaleć nim się człowiek zabierze za magię – Harry wybuchnął śmiechem widząc zmieszanie zebranych.

- Tak, no cóż – Wood wrócił do prezentowania zebranych. – Mężczyzna, którego pozbawiłaś zębów to oczywiście Trevor Otkins, co oczywiście wiesz, za to Harry może nie wiedzieć, mając braki w swojej wiedzy z zakresu Quidditcha.

- Nie mam braków, tylko nie zajmuję się plotkami.

- Plotki bywają cennym źródłem informacji.

- I dezinformacji też.

- I na samym końcu jeszcze Leon….

- Leopold – poprawił go mężczyzna.

- Leopold jakiś tam – Wood dokończył, wyraźnie nabijając się z mężczyzny.

- Leopold Smith – Mężczyzna raz jeszcze go poprawił, tym razem już wyraźnie poirytowany.

- A tak właściwie zajmuje, panie Smith? – Bob kontynuował naigrywanie z mężczyzny.

- Piszę artykuły do działu sportowego Playbooka – mężczyzna warknął wahając się pomiędzy irytacją, a rezygnacją.

- To Playbook ma dział sportowy? – Dziwił się Komisarz Ligi.

- To zależy co rozumieć przez sport – Harry wypalił znienacka, powodując kolejną salwę śmiechu.

- Tak, Playbook posiada dział sportowy, w którym publikowane są jedynie wartościowe artykuły – Parvati odezwała się zza ich pleców. – Ja was szukam, a wy sobie znaleźliście doborowe towarzystwo – powiedziała wyciągając ich poza krąg rozmówców. Dopiero w tej chwili Ginny uświadomiła sobie, że Wood nie przedstawił ich żadnej z kobiet, jednak z jakiegoś powodu, wcale jej to nie zdziwiło. – Zdaje się, że jeszcze nie znacie Grega – Przeciągnęła ich w stronę swojego partnera

- Nie, nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać – przyznał Harry.

- Ginewra Weasley i Harry Potter – Greg mocno uścisnął ich dłonie. – Gdybym tylko wiedział, że uczęszczacie państwo na takie wydarzenia, wysłalibyśmy zaproszenia. Następnym razem proszę się upominać. – Przez cały czas uśmiechał się typowo amerykańskim uśmiechem, niczym Lockhart prezentując swoje śnieżnobiałe zęby. W przeciwieństwie do Lockharta, uśmiech Grega nie wyglądał tak przeraźliwie nienaturalnie. Można wręcz powiedzieć, że dodawał mu jeszcze większego uroku, choć wcale mu go nie brakowało. Greg był niemal dwumetrowym szatynem o gęstych włosach i wysportowanej sylwetce, którego uroda działała na kobiety jak magnes. Gdyby Ginny nie wiedziała, że Greg ma już 34 lata, mogłaby przysiąc, że nie jest więcej niż dziesięć lat starszy od niej samej.

- Zakładając, że Parvati nie powiedziała, kogo chce panu przedstawić, jestem mile zaskoczona byciem rozpoznaną.

- Oczywiście, że mi powiedziała – Greg uśmiechnął się raz jeszcze. – Ale nie było takiej potrzeby. Moim obowiązkiem jest znać wszystkie piękne kobiety w Wielkiej Brytanii, taka praca. – Ginny uśmiechnęła się niepewnie. – Kiedy zaś kobieta, jest w dodatku wschodzącą gwiazdą Quidditcha, nie mam innego wyboru, jak panią znać. Skoro już jesteśmy przy pracy. Nie miałaby pani ochoty na wystąpienie na naszych łamach? – Greg zapytał znienacka.

- Greg, obiecałeś mi coś – Przerwała mu Parvati.

- To panna Weasley też?

- Tak.

- Stanowczo musisz mi spisać listę, bo zaczynam się w tym gubić, kochanie – wzruszył ramionami. – Obiecałem Parvati, że nie będę nagabywał żadnej z jej koleżanek. Przedstawiła mocne argumenty.

- Dziękuję za propozycję – Ginny uśmiechnęła się. – Ale i bez sprzeciwu Parvati nie skorzystałabym. Jestem pewna, że znajdzie pan dziewczyny chętne do zostania Palymate pana magazynu.

- Ale ja nie miałem na myśli roli Playmate. Tylko występ na okładce.

- Grrreeeegggg – Parvati zawarczała, jak wściekła lwica.

- Również nie skorzystam. Dziękuję – Ginny twardo obstawała przy swoim.

- Szkoda. Co zaś się tyczy pana Pottera, – Greg zwrócił się do Harrego.

- Ja również dziękuję za rozkładówkę w Playbooku – Harry po raz kolejny popisał się błyskotliwym komentarzem i Ginny zaczęła się czy aby na pewno w jego toniku nie ma dodatku ginu.

- Nie, nie. Chodziło mi o to, że nawet jako Amerykanin musiałbym się wstydzić, jeśli nie wiedziałbym kim pan jest. Zwłaszcza, że mam u pana dług i nie wiem jak się wypłacę.

- Pan? – Zdziwił się Harry. – A co ja takiego zrobiłem?

- Udzielił pan wywiadu dla Dżentelmena. Lepszego tekstu nie mógłbym sobie wymarzyć. Był jak pisany na zamówienie – W oczach Grega zapłonęły ogniki radości.

- Greg oprawił go sobie w ramki i powiesił w biurze na ścinie – wtrąciła Parvati.

- Dołączyliśmy go do materiałów szkoleniowych dla naszych pracowników, jako przykład tekstu, który nie ma prawa ukazać się na łamach gazety. Odwalili niesamowitą amatorszczyznę, a nam dzięki panu sprzedaż wzrosła o prawie piętnaście procent i zyskaliśmy dwie strony reklam wcale się nie starając.

- Chyba nie chodzi panu o modę? – Harry spytał niepewnie, przeczuwając że Jimmy mógł mieć jednak rację.

- Dokładnie! Ktoś im wreszcie powiedział prawdę w oczy, a oni to jeszcze opublikowali, niedopuszczalne, czytelnicy odeszli, pół pionu mody straciło pracę, a my na tym zarabiamy. Naprawdę nie wiem, jak się za to odwdzięczę.

- Nie ma o czym mówić, to był przypadek – Harry starał się ostudzić zapał Amerykanina.

- Takie przypadki tworzą historię. A tak w ogóle, skoro już tutaj pana mam – Gregowi wpadła nagle do głowy jakaś szalona myśl. – To może zechciałby pan dołączyć do grona sędziów w naszym konkursie.

- Emmm – Harry zaczął niepewnie. – Bardzo mi miło, ale prawdę mówiąc zupełnie nie wiem, na czym takie sędziowanie polega i czy się do tego nadaję.

- Ależ to bardzo proste – Greg nie zrażony zaczął wyjaśniać zasady sędziowania. – Dziewczyny prezentują się na estradzie, a pan przyznaje im punkty od zera do dziesięciu, wedle własnego uznania. Co zaś tego, czy pan się nadaje. Ja bym na pana miejscu nie miał wątpliwości, ma pan świetny gust – popatrzył na Ginny okiem zawodowca. – Pani naprawdę świetnie wyglądałaaaa – ostatnią głoskę niemal zapiał, kiedy Parvati nadepnęła mu szpilką na stopę. – To jak, zgadza się pan?

- Naprawdę nie wiem… – Harry ukradkiem spoglądał na Ginny.

- Idź, idź – zgodziła się. – Może być zabawnie.

- No to ustalone – Greg nie czekał nawet na ostateczną decyzję Harrego. – Wybory zaczną się koło północy. Ogłoszę to ze sceny, więc nie masz szans przegapić. Teraz wybaczcie, ale pokuśtykam do swoich obowiązków – Zgodnie z zapowiedzią, faktycznie opuścił ich dość niepewnym krokiem. Parvatt musiała celnie trafić swoją szpilką.

- Prawda, że jest cudowny? – Hinduska zapytała ich, patrząc w ślad za mężczyzną.

- Tak, jest fajny – Ginny przyznała machinalnie.

- To Amerykanin – Harry stwierdził, śledząc mężczyznę wzrokiem.

- Masz coś do Amerykanów? – Parvati spytała zdziwiona.

- Jeszcze nie wiem – odpowiedział spokojnie. – Ale rzeczywiście. Wydaje się fajny – Parvati chciała chyba jeszcze coś odpowiedzieć, ale została odciągnięta przez dwie koleżanki.

- Wiesz coś, czego ja nie wiem? – Ginny spytała Harrego, kiedy zostali sami. Na tyle sami, na ile pozwalała sytuacja.

- Wiem wiele takich rzeczy, kochanie.

- Ale coś o Gregu?

- Absolutnie nic – Odparł spokojnie. – Tylko dziwię się widząc Amerykanina uczciwie pracującego w Anglii.

Kiedy weszli do klubu Ginny z Harrym obawiali się, jak się tutaj odnajdą, gdyż wydawało się, jakby wszyscy doskonale się znali i to od bardzo dawna. Ich początkowe obawy zostały zaskakująco szybko rozwiane. Ledwie kilka minut upłynęło od kiedy Parvati pozostawiła ich samych, a już zostali zgarnięci przez jednego ze znajomych Wooda, którzy przedstawił ich kolejnym osobom, zachowując się, jakby byli przyjaciółmi od wielu lat. Chwilę później zostali przechwyceni przez kolejną osobę, a potem wszystko potoczyło się lawinowo. Oboje zaczęli przechodzić z rąk do rąk, wciąż poznając nowe osoby, których imion następnego ranka nie będą zapewne nawet pamiętali. W pewnym momencie zostali nawet rozdzieleni, kiedy Ginny została porwana przez małą grupkę zawodników z ligi, a Harrego w tym samym czasie do rozmowy wciągnęła siostrzenica Roy’a, przedstawiając swoim koleżankom. Gromkim śmiechem wybuchnęli, kiedy kwadrans później zostali przedstawieni sobie nawzajem, przez osoby uważające się za ich znajomych, a nie mające pojęcia, że Harry i Ginny znają się od wielu lat. Sprawnie jednak odegrali rolę nowo poznanych i umknęli dalszej rozmowie, trzymając się pod ramię. Ginny usłyszała jeszcze, jak jedna z gwiazdeczek zasugerowała, że idą się lepiej poznać z dala od tłumów.

Ostatecznie bezpieczną przystań udało im się w towarzystwie Boba Sparksa i Leopolda Smitha. Z jakiegoś powodu, nikt nie kwapił się, by włączać się w dyskusje z reporterami sportowymi. Nawet zawodnicy szybko umykali, mając dość Quidditcha na boisku i nie chcąc dodatkowo dyskutować o nim na imprezach pełnych kobiet.

Harry dzielnie trwał u boku Ginny w czasie przeciągającej się dyskusji o magicznym sporcie. Bezsprzecznie uwielbiał Quidditcha, zarówno jako widz, jak i zawodnik, ale musiał przyznać, że w rozmowie prowadzonej pomiędzy Ginny a mężczyznami pojawiały się kwestie, których nie rozumiał. Jak chociażby przeciągający Wielki Lockout w lidze amerykańskiej, bunt klubów wielkiej ósemki w rozgrywkach Klubowych Mistrzostw Europy, czy afera korupcyjna w Lidze Włoskiej. W tym ostatnim wypadku, przynajmniej nazwa naprowadziła go na ogólny zarys tematu. Ginny natomiast dyskutowała z wypiekami na twarzy.

- Drogie panie. Szanowni panowie – ze sceny popłynął głos Grega. – Jest mi niezwykle miło, że zdecydowaliście się państwo spędzić ten wieczór z nami, uczestnicząc w wyborach Playmate wiosny, których organizatorami są; Magazyn Playbook, właściciel marki „Ulizanna”, oraz producent linii kosmetyków „Cud, miód czarownica”, sklep Czarodziejskie Dowcipy Weasleyów.

- Widziałeś tu Geor… – Ginny odezwała się, słysząc że jej brat jest sponsorem imprezy, ale Harrego już nie było. Gdyż poszedł w stronę stanowisk sędziowskich. Ginny sama zaczęła więc przeczesywać salę, w poszukiwaniu rudej czupryny swojego brata, jednak nigdzie na nią nie natrafiła.

- Z nieskrywaną radością pragnę również państwa poinformować – kontynuował Greg – że do szacownego grona sędziowskiego zgodził się dołączyć znawca kobiecej urody. Numer dwa na liście Najbardziej Pożądanych Kawalerów Magicznej Wielkiej Brytanii, tygodnika „Czarownica”. Nikt inny, jak sam Harry Potter! – Reflektor oświetlający dotąd osobę Grega zawirował, oświetlając jakiś punkt obok sceny, gdzie zapewne siedział Harry. Część z zebranych gości zdecydowała się na oklaski. – A teraz zapraszam już na scenę nasze kandydatki! – Tym razem oklaski były znacznie okazalsze.

Kiedy Ginny zobaczyła wychodzące w szeregu i ubrane w kowbojskie stroje lale, na powrót pogrążyła się w rozmowie z dwoma dziennikarzami. Rozmowa, która urwała się na aferze korupcyjnej w lidze włoskiej nadal krążyła wokół pieniędzy, które odgrywały coraz większą rolę w quidditchu. Zwłaszcza w kontekście kupowania kolejnych klubów przez bogaczy, którzy zamiast szkolić młodych zawodników, ściągają za ciężkie pieniądze gwiazdy z całego świata. Ginny przypominając sobie rozmowę z Jimmym zaczęła podpytywać mężczyzn, czy to prawda, że Monaco buduje od podstaw skład, oferując bajeczne pieniądze zawodnikom z całego świata. Już po kilku zdaniach mężczyźni zaczęli ciągnąć Ginny za język, zorientowawszy się w jej szczególnym zainteresowaniu akurat klubem z Monaco, przestraszona że palnęła właśnie głupstwo, przed jakim przestrzegał ją Jimmy, szybko wycofała się, wymanewrowując rozmowę na inne kwestie i udając głuchą na dalsze nagabywania w temacie.

Kiedy dziewczyny na scenie przestały prężyć się w strojach z dzikiego zachodu, pojawiły się w krótkich szortach i półprzeźroczystych podkoszulkach, a wiaderko na scenie zapowiadało, co się będzie działo. Ginny przewróciła oczami i wróciła do rozmowy, do której po krótkiej chwili dołączyła Izabell Giggs.

- Izzy! – Bob wykrzyknął, intensywnie machając rękoma. – Kogo. Jak kogo, ale ciebie to się tutaj nie spodziewałem. Wieczór pełen niespodzianek.

- Miałam nie przychodzić – Kobieta w sile wieku odpowiedziała nosowym głosem. – Ale ich dział PR jest tak upierdliwy, że wpadną do domu i mnie porwą

- Spokojnie, na sali jest auror, od razu by panią uwolnił – uspokoił ją Leopold.

- Może lepiej niech mnie aresztuje i stąd zabierze – Odpowiedziała z przekąsem. – Zupełnie tutaj nie pasuję.

- Ale prezentujesz się cudownie – Bob skwitował, przyglądając się upiętym w wysoki kok blond lokom i eleganckiej, fioletowej sukni. – Izzy, pozwól że ci przedstawię. Wchodząca gwiazda ligi, ścigająca Harpii, Ginewra Weasley. Panno Weasley, zna pani panią trener żeńskiej reprezentacji Anglii?

- Tak, oczywiście – Ginny szybko potaknęła. – Bardzo mi miło.

- Nie ma czegoś takiego, jak żeńska reprezentacja Anglii, Quidditch to gra koedukacyjna.

- Ale ty trenujesz tylko kobiety.

- Zwyczajnie podzieliliśmy się z Samem grupami rezerw.

- Dzieląc je według płci – Smith zwrócił celnie uwagę.

- W ten sposób łatwiej nam szkolić zawodników.

- Co sprowadza się do tego, że mamy żeńską reprezentację Anglii – Smith skwitował triumfująco.

- Niech wam będzie, a o pani słyszałam – odparła Ginny na powitanie. – Jest pani nową maskotką naszej prasy.

- Słucham? – Ginny spytała zszokowana. – Jaką maskotką.

- Dziennikarze sportowi co roku znajdują sobie w lidze maskotkę, o której uwielbiają pisać, a w następnym sezonie zapominają.

- Pani Giggs – Leopold zaoponował słysząc tezy głoszone przez panią trener. – My nie mamy maskotek. Panna Weasley, to po prostu znakomita zawodniczka. Nieoszlifowany diament, a przynajmniej złoto!

- Nie wszystko złoto co się świeci, panie Smith.

- Ale sama przyznasz Izzy, że panna Weasley popisuje się nietuzinkowymi zagraniami i jest nie do zatrzymania.

- Tak, tak widziałam i słyszałam. Tylko widzi pani – dalej kontynuowała swój wykład. – Jest pani świeżym zawodnikiem w lidze.

- Objawieniem!

- Świeżym zawodnikiem. Przeciwnicy jeszcze pani nie znają i dają się ograć, ale to minie, w końcu nauczą się pani zagrań i nauczą się, jak panią pokonać. Nie może się pani uczyć nowych zagrań w nieskończoność. Quidditch to gra zespołowa. Jeśli nie będzie pani współpracowała zresztą drużyny, to w końcu skończy się pani dobra passa. Co roku mamy w lidze jakieś objawienie, czasami nawet kilka, młodych zawodników okrzykiwanych wschodzącymi gwiazdami, którzy szybko się wypalają i znikają, bo sobie później nie radzą. Fani szybko o nich zapominają, więc proszę nie zgrywać się na gwiazdę, bo żeby być gwiazdą, najpierw trzeba nauczyć się grać, a pani gra jest toporna i musi pani jeszcze wiele trenować.

- Ale ja się nie zgrywam na gwiazdę, pani trener.

- Doprawdy? – Kobieta uniosła brwi. – To po co pani agent?

- Pan Olsen ma za zadanie chronić mnie przed reporterami.

- Z boku wygląda to zupełnie inaczej. Dziennikarze lgnął do pani, bo w przeciwieństwie do sporej części zawodników, nie używa pani yyyy jako przecinka i przerywnika między wyrazami i czasami ma pani celne uwagi. Niech się pani jednak skupi lepiej na grze, bo ma pani zadatki na gracza, ale same zadatki nie wystarczą.

- Ale ja się skupiam.

- Potrzebuje pani ochrony przed nami? Nie chce pani z nami rozmawiać?

- Oj nie chodzi mi o was, Bob – Ginny jęknęła. – Mówiłam o hienach pracujących w Proroku Codziennym.

- To ja zatrudniam hieny? – Ginny uderzyło pytanie, czy Cuffe przysłuchiwał się całej rozmowie, czy akurat traf chciał, że zjawił się wywołany do tablicy.

- Na to wygląda – Leopold Smith wyszczerzył się w szerokim uśmiechu.

- Ale mówimy o kimś konkretnym, czy tak ogólnie o moich pracownikach.

- Żeby daleko nie szukać – Ginny odwróciła się, stając oko w oko z Cuffem. – Sydney Weaver, który próbuje właśnie przeprowadzić wywiad z biustem jakiejś lali. O tam, w tym ciemnym kącie – Szarpnęła głową w stronę, gdzie faktycznie na uboczu redaktor „Plotka Codziennego” wyrażał zainteresowanie obfitym biustem uczestniczki konkursu, która miała na sobie samo bikini. – A tak w temacie hien – Ginny kontynuowała. – Gdzie pan zgubił Ritę?

- Ochroniarz jej nie wpuścił do baru – Cuffe powiedział niechętnie.

- Och. Co za strata – Ginny nawet nie kryła szyderstwa. – Tylko dlaczego mnie to nie dziwi. Teraz państwo wybaczą, ale pod pozorem zamówienia kolejnego drinka opuszczę to towarzystwo. Odczuwam nadmierne zagęszczenie dziennikarzy.

Dygnęła zgrabnie i wywinąwszy piruet znikła pomiędzy przemieszczającymi się osobami. Na scenie uczestniczki prezentowały się już w samym bikini, więc o ile nie planowano rundy topless, konkurs zbliżał się ku końcowi. Przy oddalonym od sceny barze siedziało tylko kilka zniechęconych kobiet, których nie interesował konkurs, a zbyt desperacko pragnęły przygody, by zdecydować się na opuszczenie lokalu.

- Jeszcze jeden pakiet królewski – powiedziała do barmana, który niemal natychmiast podstawił jej kolejną szklankę. Kręcąc się delikatnie, na obrotowym stołku barowym przyglądała się sali. Nie była pewna, czy goście tak mocno tłoczyli się przy scenie, czy też lokal powoli się wyludniał. Na stojących w ciemnych kontach kanapach spoczywały w nieładzie osoby zbyt zmęczone, by stać. Ci w trochę lepszym stanie podpierali jeszcze ściany, natomiast niemal zupełnie ulotnili się z sali mężczyźni, których wpuszczono pomimo braku zaproszeń.

Ginny uświadomiła sobie, że kluby takie warto odwiedzać choćby po to, by obserwować skład społeczny i zachowanie klientów, którzy do nich przybywają.

- Już jestem – Harry usiadł na stołku obok. – Mam nadzieję, że nie nudziłaś się za bardzo.

- Nie. Miałam ciekawe towarzystwo, a potem obserwowałam gości. Ciekawa mozaika.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo – powiedział, gestem odprawiając barmana, który chciał mu postawić kolejnego drinka. – Wpadłem na kilka osób w stosunku do których biuro wycofały zarzuty. Stali rozmawiając we własnym gronie. Albo stworzyli jakiś klub niesłusznie posądzonych, albo nie mieliśmy racji.

- Pamiętaj, że nie jesteś w pracy.

- Pamiętam. Chcesz się jeszcze pokręcić? – Spytał. – Zaraz wróci zespół i będzie można potańczyć.

- Żartujesz? Te buty mnie zabijają – zarzuciła mu nogi na kolana.

- To je zdejmij.

- Daj spokój, nie będę robiła z siebie wariata.

- Jakbyś nie zauważyła, połowa kobiet zdjęła już buty.

- Nie tylko buty – mruknęła, wskazując mu grupkę pijanych dziewczyn w nieładzie spoczywających na jednej z kanap. – Wracajmy już do domu, proszę.

_________________________________________________________________________________________

Inspirowane utworem: Will I Am – Britney Spears ft. Scream & Shout.

 

18. Anatomia Upadku

07 maj

Jedna z zasad Harrego-aurora brzmi: „Nigdy nie przepraszaj, to oznaka słabości”. A tu przydałoby się żebym znowu was przeprosił za  opóźnienie.

Rozdział ten miał się ukazać w sobotę, ale nie do końca się udało. W niedzielę zaś obchodziliśmy kolejną rocznicę Bitwy o Hogwart (dla naszych bohaterów to druga rocznica) w związku z którą miał się pojawić specjalny bonus.
Dzisiaj przedstawiam wam zarazem kolejny rozdział, jak i dołączony do niego bonus Victorie, znaczy zwycięstwo.

Miłej zabawy.

_________________________________________________________________________________________

By zrozumieć wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni, musimy cofnąć się do dnia konfrontacji w Littlemore St. Joe, któro skutkowało aresztowaniem blisko trzydziestu osób, w tej liczbie również długo owianego tajemnicą przewodniczącego Ruchu Równości, Coeusa Greengrassa.

Wszystko zaczęło się od osoby, która absolutnie niczego się nie spodziewała.

- Oficjalnie protestuję – Gospodarz dał się ponieść emocjom. – Na jakiej podstawie przeszukiwany jest mój dom?

- Przeszukujemy domy wszystkich podejrzanych o współpracę z wywrotowym ruchem przestępczym – Harry mówił spokojnym głosem.

- A ja jestem wiecznie podejrzanym, tak Potter? Zawsze już będziecie mnie nachodzić, tylko dlatego że mam takiego, a nie innego ojca i przeszłość?

- Nie, Draco. Tutaj nie chodzi o to kim jesteś, ale o to co robisz. Żyj uczciwie i bez mętnych interesów, a więcej nas nie zobaczysz.

- Niby jakich mętnych interesów?

- Prowadzisz interesy z Coeusem Greengrassem.

- No i co? – Tym razem Draco wydawał się być zbity z tropu.

- Został aresztowany za porwanie, próbę morderstwa i uczestniczenie w organizacji przestępczej.

- Niemożliwe, znaczy i co mi do tego?

- Sprawdzamy każdego podejrzanego, a ty byłeś z Greengrassem dość blisko. Nieprawdaż?

- Czysto – jeden z oficerów krzyknął z głębi mieszkania. – Zwykły, mugolski budynek.

- Przecież mówiłem – sarknął młody Malfoy.

- Dobra. Zbieramy się. Dziękuję za współpracę, panie Malfoy – Harry powiedział beznamiętnie. Aurorzy jeden drugim opuścili mieszkanie.

- A to coś nowego – Draco powiedział do siebie, zamknąwszy drzwi, po czym wrócił do przerwanej lektury.

Wizyty mundurowych w jego mieszkaniu nie były dla Dracona czymś nadzwyczajnym. Z niektórymi członkami Patrolu czy aurorami był już niemal po imieniu. Ta wizyta była jednak zaskakująca. Draco doskonale wiedział, że jeśli w grę wchodził jakikolwiek ruch wywrotowy na terenie Wielkiej Brytanii i to taki, który posuwał się do próby morderstwa, to mógł to być tylko Czarny Legion lub Ruch Równości, co właściwie sprowadzało się do wspólnego mianownika. Jego ojca.

Doskonale wiedział, że członkowie Ruchu Równości i Czarnego Legionu odwiedzali posiadłość Mafoyów, wiedział również, że ojciec pompował ogromne kwoty w obie te organizacje, pokaźnie uszczuplając rodzinny majątek. Nigdy jednak, nawet przez myśl by mu nie przeszło, że ten biedak i obszarpaniec z którym od miesięcy robił interesy, może być zamieszany w te organizacje i jeszcze ta próba morderstwa! To przerastało jego pojęcie. Prędzej spodziewałby się aresztowania swojego ojca, niż Grengrassa, ba! Aresztowania swojego ojca spodziewał się codziennie.

Najważniejszą nauką jaką wyniósł z domu, a przynajmniej jedną z ważnych, była świadomość że nie ważne co by się działo, nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów. Mundurowi mogli nic nie znaleźć w jego mieszkaniu i je opuścić, nie oznaczało to jednak, że go nie obserwują. Świadom tego, Draco oddawał się codziennej rutynie człowieka, który ma akurat dzień wolny od darmowego stażu w podrzędnym departamencie Ministerstwa Magii. Ubrany w nienaganny garnitur i kapcie, oddawał się przeglądaniu codziennej prasy oraz czytaniu czarodziejskich i mugolskich podręczników do ekonomii i zarządzania, które zapewniały mu coraz lepsze dochody. Wszystko to przy odurzającym zapachu mocnej, arabskiej kawy, leniwie parującej na stojącym przy fotelu stoliku.

Nie dane było mu jednak zbyt długo zagłębiać się w lekturę. Nim bowiem zdążył zapomnieć o aurorach i wybrać się na kolację do swej ulubionej restauracji, u jego drzwi zjawił się kolejny, tym razem zupełnie niespodziewany gość.

-Dafne Greengrass. Cóż za niespodziewana wizyta! – Draco niemal wykrzyknął z radością w głosie, kiedy tylko otworzył drzwi. – Od samego rana zaskakują mnie coraz to ciekawsi goście.

- Naprawdę? – Dziewczyna odpowiedziała, uradowana miłym powitaniem. – A kto cię już odwiedził?

- Aurorzy.

- O, och – zawahała się. – Mogę wejść?

- Nie sądzę – Odparł jej bez zająknięcia.

- Ale ja chcę porozmawiać.

- Właśnie poświęcam rozmowie z tobą swój cenny czas i o ile nie powiesz czegoś ciekawego, wrócę do swoich zajęć. Twój czas płynie.

- Aresztowali mojego ojca! – Wyrzuciła wreszcie z siebie.

- Wiem o tym.

- Wiesz o tym? Skąd?

- Dafne, Dafne, Dafne – Dracon pokręcił głową z rezygnacją. – Jeśli chce się przetrwać w tym świecie, pewne rzeczy trzeba wiedzieć.

- Aurorzy ci powiedzieli. Prawda?

- Czego tutaj szukasz? Czego ode mnie chcesz?

- Musisz nam pomóc. Mojego ojca aresztowali, zostałyśmy z niczym. Ja, matka, moja siostra. Musisz pomóc ojcu, on nie może pójść do Azkabanu! – Oczy Dafne zaszkliły się, a głos zaczął się łamać.

-Twój ojciec popełnił błąd, straszny błąd i ten błąd zaboli.

- Właśnie, mój ojciec popełnił straszny błąd. Zadał się z nie tymi ludźmi. Dał się wplątać w tą aferę i teraz za to odpowie, ale my nie mamy z tym nic wspólnego – po jej policzkach zaczęły płynąć pierwsze, wielkie jak grochy, łzy.

- Nie, nie, nie. Jak ty się okropnie mylisz – Mimo, że starał się nad sobą panować, na jego twarzy zagościł ironiczny półuśmiech, jaki był zawsze znakiem rozpoznawczym Draco Malfoya. – Twój ojciec popełnił straszny błąd. Wyciągnąłem do niego rękę, a on postanowił wykorzystać tą rękę przeciwko mnie i teraz poniesie tego konsekwencje. Kiedy przyszedłem do niego po raz pierwszy, doskonale wiedział, co sądzę o działaniach mojego ojca, a mimo to zrobił wszystko to, co kazał mu mój ojciec i to czemu ja bardzo, ale to bardzo byłem przeciwny.

- Dobrze! Niech poniesie te konsekwencje. Ale my nie mamy teraz za co żyć! Ministerstwo zablokowało nam wszystkie konta. Musisz nam pomóc, byliście wspólnikami, udało wam się bo współpracowaliście. Wszystko co masz, kupiłeś za pieniądze zarobione przez ojca w jego sklepie. Pomóż nam. Dla ciebie to jak pstryknięcie palcami. Dlaczego my mamy cierpieć za jego błędy? To niesprawiedliwe!

-Och Dafne, Dafne – powiedział z troską w głosie. – Takie jest życie. Pieniążki nie leżą na ulicy. Nikt ci nic nie da. Trzeba dorosnąć i na nie zapracować – powolnym i eleganckim ruchem zatrzasnął przed nią drzwi.

 

W chwili, w której Draco żegnał się z Dafne, w Brytyjskim Ministerstwie Magii wrzało, a epicentrum tego wrzenia stanowiło drugie piętro, zajmowane przez Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Wszystkie cztery sale przesłuchań w departamencie były zajęte, a w kolejce do odwiedzenia ich czekali kolejni aresztowani. Eliksirowarzy ministerstwa dostarczyli na potrzeby przesłuchań cały kociołek Veritaserum, które miało ułatwić pracę przesłuchującym.

Bardzo możliwe, że przesłuchania w departamencie nie wywołałyby takiego wrażenia na całym ministerstwie, gdyby nie fakt, że dowiedziawszy się o pracownikach ministerstwa działających w szeregach Czarnego Legionu, Timothy Roy wydał rozkaz natychmiastowej blokady całego ministerstwa. Nikt, ale to absolutnie nikt, wliczając w to samego ministra, nie miał prawa opuścić budynku ministerstwa, póki nie zakończą się wszystkie przesłuchania. Dla zamkniętych w ministerstwie pracowników zapowiadała się bardzo długa noc. Prawdopodobnie jedyną osobą, która cieszyła się z zaistniałej sytuacji, była podstarzała właścicielka kafeterii, która wiedziała, że prędzej czy później każdy będzie musiał coś zjeść, albo się napić. Po krótkim wypadzie do mieszkania zajmowanego przez Dracona Malfoya, Harry wrócił do ministerstwa, by zająć krzesło oficera przesłuchującego. Na polecenia Pascala, który pełniąc obowiązki szefa Biura Aurorów pozostawał pod coraz większym wrażeniem ich intuicji i skuteczności, Harry miał stanowić zespół z Mariettą. Pracowali razem nie pierwszy raz i z miejsca stało się dla nich jasne, że zagrają w grę pod tytułem „zły glina i gorszy glina”. Przesłuchiwany mógł jedynie błagać o łaskę, która i tak miała nie zostać mu udzielona.

Każde z nich z osobna było w stanie wyciągnąć z przesłuchiwanego potrzebne informacje. W obecności ich obojga przesłuchiwany zacząłby przysłowiowo „śpiewać”, tak więc zastosowanie Veritaserum sprawiło, że Harry z Mariettą urządzili sobie piknik, zajadając hot-dogi i popijając kremowym, podczas gdy Coeus Greengrass trajkotał niczym katarynka.

- Imię, nazwisko, kim pan jest, czym się pan zajmuje, jakie jest pańskie stanowisko w Ruchu Równości i co może nam pan powiedzieć o jego działaniach? – Marietta zapytała na tyle wyczerpująco, by zająć Greengrassa na dłuższy moment.

- Nazywam się Coeus Greengrass. Jestem czarodziejem czystej krwi z jednego z najstarszych rodów. Zajmuję się prowadzeniem rodzinnego sklepu, który odziedziczyłem po ojcu i dziadku. Od kilku miesięcy współpracuję w nim z Draconem Malfoyem.

- Na czym polega ta współpraca? – Harry wtrącił pomiędzy dwoma kęsami.

- Pan Malfoy.

- Draco Malfoy?

- Tak, pan Draco Malfoy. Dzięki panu Malfoyowi rozpoczęliśmy handel latającymi dywanami, a następnie innymi artefaktami. Wykorzystaliśmy lukę w prawie Artura Weasley’a pozwalającą na posiadanie takich przedmiotów, o ile się ich nie używa – uprzedził kolejne pytanie. – Dzięki tej współpracy zaczęliśmy zarabiać ogromne pieniądze. W Ruchu Równości zostałem mianowany na stanowisko przewodniczącego tej organizacji. Mam za zadanie przekazywać jej członkom polecenia i informować o zadaniach do wykonania. Ruch Równości ma za zadanie prowadzić legalne działania mające na celu destabilizację w strukturach ministerstwa, doprowadzenie do skompromitowania jego władz, utraty zaufania społecznego do nich, a następnie legalnego obalenia i przejęcia władzy politycznej w ministerstwie przez czarodziejów czystej krwi.

- „Prawda”? – Rzucił Harry.

- Prawda to tuba propagandowa wydawana pod auspicjami Ruchu Równości. Powstała w odpowiedzi na blokadę medialną wprowadzoną przez ministra. Gazeta publikuje bzdurne artykuły, które nie muszą być aprobowane przez ministerstwo, a brzmią na tyle wiarygodnie, by ludzie uznali je za prawdziwe. W absurdalnych artykułach wplątane są nasze hasła, które ludzie sobie przyswajają, a nasza popularność rośnie.

- Czarny Legion?

- Banda dzieciaków. Mieszańcy, wilkołaki, biedacy i nieuki. Osoby wyjęte spod prawa po wojnie i ukrywające się za bycie szmalcownikami, albo tortury na mugolach i inne przestępstwa. Mieli siać zamęt w społeczności czarodziejskiej, ale dostali dwie poważne akcje i jak widać, obie spaprali. Nadają się do odwalania drobnej czarnej roboty. Nic więcej.

- Wszyscy członkowie Ruchu Równości wiedzą o tym o Czarnym Legionie i celach Ruchu?

- Skądże. Kilkanaście osób z kierownictwa Ruchu Równości i Czarnego Legionu.

- Czy Gawain Robards wie o tym wszystkim? – Harry zapytał przytomnie.

- A skąd. Robards to pionek. Wszystkim wydaje się, że wiele znaczy, nawet jemu. Robards jest tylko pionkiem, którego postawiliśmy wysoko, bo miał być naszym kandydatem na ministra, ale dzięki wam, do niczego się już nie przyda – Delikatnie skłonił się obojgu przesłuchującym.

- A pan Chang? Jest sekretarzem ruchu – Marietta zapytała nadzwyczaj pobudzona. – On również jest zamieszany w to wszystko?

- Chang to człowiek, który dobrze zapracował na swoje stanowisko. Podziela wszystkie hasła, za którymi kryje się organizacja. Gardzi mugolami, gardzi szlamami i czarodziejami półkrwi. Nienawidzi odmieńców i mieszańców. Ostatnio nienawidzi nawet swojej córki, chociaż nie powiedział za co. To zabawne, jak Azjata w Anglii walczy o czystość rasy, ale aż wstyd byłoby nie wykorzystać jego zapału. To złoty człowiek, ten Chang.

- Powiedział pan, że został pan mianowany przewodniczącym. Kto pana mianował i wydaje polecenia, które pan przekazuje.

- Nie wiem dokładnie ile osób kieruje wszystkimi działaniami. Ja nominację oraz wszystkie polecenia otrzymuję od pana Malfoy’a. Przez niego też płyną wszystkie pieniądze na organizację, gazetę i Czarny Legion.

- Draco Malfoy?

- Nie, Lucjusz Malfoy – Oboje przesłuchujący spojrzeli na siebie. W swoich oczach odczytali szok, mieszający się z przerażeniem.

- Leć – Harry powiedział krótko. – Bierz zespół i leć natychmiast, a pan bierze kartkę i pisze mi wszystkie nazwiska pracowników ministerstwa zaangażowanych w działania Czarnego Legionu i pracowników, którzy działają w Ruchu Równości i znają jego prawdziwe cele – podsunął Greengrassowi pergamin i pióro. Marietty już nie było w sali.
ficerowie wszystkich trzech służb dbających o przestrzeganie prawa i porządków panujących w świecie czarodziejów Wielkiej Brytanii wlali się przez bramę posiadłości Malfoyów, a następnie przez wyważone potężnym zaklęciem wrota do pałacu, rozbiegając się po wszystkich jego pomieszczeniach.

Było już jednak za późno. Ani w pałacu, ani też nigdzie na terenie posiadłości i w stojących na jej terenie budynkach nie było śladu po państwu Malfoyach. Mugole powiedzieliby, że Malfoyowie rozpłynęli się w powietrzu i biorąc pod uwagę ich magiczność, rozwiązanie takie można było przyjąć dosłownie.

Gdy tylko zakończyło się bezowocne przeszukanie, Marietta wystawiła list gończy za obojgiem państwa Malfoyów. Draco musiał zdzierżyć drugą tego dnia wizytę aurorów, tym razem wypytujących gdzie mogą być jego rodzice, a następnego poranka na ulicach miały zawisnąć plakaty z ich podobiznami.

Tymczasem zaś Harry powrócił do domu, gdzie czekała go pamiętna kłótnia ze wściekłą Ginny, po której łóżko przyszło mu dzielić jedynie z wiernym Hektorem. On w przeciwieństwie do Łapy nie zamierzał się obrażać, skoro w przeprosinach nakarmiono go jego ulubionym mięsem z kurczaka i porządnie wydrapano po karku. Wygodne łóżko też oczywiście nie było argumentem bez znaczenia. Koty już takie są i nikt tego nie zmieni.

Kolejny poranek przyniósł nowinę, jakiej nikt się nie spodziewał. Rozwieszenie plakatów z podobiznami po raz pierwszy w historii czarodziejskiej Wielkiej Brytanii naprawdę zadziałało.

Wystarczyła godzina od ich rozwieszenia, by wracający z piekarni z siatką ciepłych bułeczek pan Borgin zaczepił przechodzących oficerów Patrolu, oświadczając, że wie gdzie przebywa Narcyza Malfoy. Złośliwcy podejrzewali, że za tym nagłym przypływem obywatelskiej postawy stało dziesięć tysięcy galeonów obiecanych za informację, która doprowadzi do złapania któregoś z Malfoyów.

Harry jadł właśnie mocno spieczony tost z dżemem, starając się nawiązać możliwie ciepłą konwersację z Ginny, kiedy śniadanie przerwało mu natarczywe wibrowanie odznaki. Komunikat był jasny, jak mało kiedy. „Nokturn NATYCHMIAST”. Tost zrobił się nagle nadzwyczaj suchy i stanął mu w gardle, w żaden sposób nie dając się przełknąć. Wezwanie na Nokturn o poranku, nie było czymś, o czym marzyłby czarodziej, nawet auror.

- Co się stało? – Ginny spytała z troską, widząc zawahanie Harrego.

- Nic takiego, kochanie – powiedział, pospiesznie chowając odznakę. – Dostałem wezwanie do pracy i będę musiał lecieć.

- Już? Przecież zaczynasz za pół godziny – Faktycznie, Harry zaczynał pracę dopiero za pół godziny. Świadoma tego Ginny zwlokła się z łóżka o szóstej rano, by zjeść z nim śniadanie, nim wyjdzie do pracy. Liczyła, że ta forma porannego poświęcenia naprawi odrobinę napięte relacje, jakie panowały od jego powrotu. Teraz, siedząc w szlafroku przy kuchennym stole, resztkami woli powstrzymywała się, by nie dzióbnąć nosem w kubek z kakao. – Mieliśmy zjeść śniadanie.

- Przykro mi kochanie, najwyraźniej przestępcy się o tym dowiedzieli i postanowili, że nie powinniśmy o tej porze jadać razem. Uciekaj spać – pocałował ją delikatnie, stając przy jej krześle.

- Teraz to ja już nie usnę – jęknęła, ostatnią głoskę gubiąc w ziewnięciu.

- A ja jestem puszkiem pigmejskim – poprowadził powłóczącą nogami Ginny po schodach. Szybkim zaklęciem zmienił mundur w cywilne ubranie i deportował się z progu domu.
Jego aportacji towarzyszył suchy trzask. Nie chcąc nieopatrznie schrzanić akcji, wylądował dwie bramy od Nokturnu, na niewielkim podwórku kamienicy, skąd przypadkowi przechodnie nie mogli usłyszeć jego przybycia.

Urquhart stał oparty o ścianę, przy wejściu na Nokturn, z rękami splecionymi na piersi.

- Cześć szefie. Co jest i gdzie reszta?

- Zazwyczaj jesteś szybciej. Czy napisanie „natychmiast” działa na ciebie spowalniająco?

- Jadłem śniadanie z Ginny. Nie powtórzy się, szefie. To o co chodzi?

- Pół godziny temu idący ulicą pan Borgin zaczepił dwóch członków patrolu, oświadczając, że zna miejsce pobytu Narcyzy Malfoy.

- I jakież to miejsce? – Harry zapytał ironicznie.

- Jego mieszkanie – ta odpowiedź spowodowała, że Harry wybuchnął niemal histerycznym śmiechem. – Mogę wiedzieć co cię tak bawi?

- Borgin informuje członków patrolu, że w jego mieszkaniu przebywa Narcyza Malfoy. Nawet jeśli nie jest to pułapka, to brzmi to absurdalnie.

- Narcyza zniknęła nam wczoraj popołudniu, plakaty – wskazał na opatrzone dużymi zdjęciami obwieszczenia z informacją o nagrodzie – pojawiły się po piątej, a Borgin zgłosił się do chłopaków z patrolu niecałą godzinę później, wracając z siatkami ze sklepu.

- Jest możliwość, że przemycił śmierciożerców do mieszkania po zgłoszeniu.

- Patrol obserwował lokal przez cały czas – w odpowiedzi na te słowa, Harry posłał mu ironiczne spojrzenie. – Niczego nie zakładam, jedynie cię wprowadzam w szczegóły.

- No to gdzie nasi?

- Neville obstawia sklep, a Elena pilnuje frontu budynku. Idziemy – rozkazał, skręcając w ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Pomimo, że w szeregach aurorów służył już ponad rok, Harry był na tej ulicy tylko dwa razy w życiu. Raz przed drugim rokiem w Hogwarcie, kiedy wyleciał niewłaściwym rusztem i raz, kiedy z Ronem i Hermioną śledzili Draco Malfoya. Większość niebezpiecznych misji na Nokturnie ominęła go, kiedy był we Francji i w Chinach. Obława na Szmalcowników. Ostatnia Bitwa Wilkołaków. Bunt na Nokturnie. Oblężenie domu Alchemika. Wszystko to go ominęło, a dzisiaj wkraczał na zupełnie inny Nokturn. Ulice były jakby czystsze. Zniknęły wiedźmy handlujące wprost z bruku ulicy. W bramach nie kryli się rabusie, rzezimieszki i nożownicy. Czuło się jednak panujące wokół napięcie. Jakby cały „urok” Nokturnu zepchnięty został poza zasięg wzroku stróżów prawa. Czuło się, że idzie się przez tykającą bombę, którą może zdetonować jeden, fałszywy krok. – A tak w ogóle, to gdzie masz mundur, Harry? – szef rzucił przez ramię.

- Doszedłem do wniosku, że pchanie się na Nokturn w mundurze aurora może nie być najmądrzejszym pomysłem, zresztą mnie i tak każdy pozna po samej facjacie. Widzę, że ty doszedłeś do innych wniosków.

- Jak zaczną strzelać, to będzie im wszystko jedno, czy ktoś ma mundur, czy go nie ma. Będą walić do każdego nieznajomego.

- Dlatego zawsze powinniśmy mieć pod ręką włosy kogoś z tubylców, dla zrobienia Eliksiru Wielosokowego, a wy moglibyście nie drzeć się na całą okolicę – Ramirez wyłoniła się z zacienionej furty.

- Gdzie Neville?

- Tam gdzie mu kazałeś. Pilnuje drzwi do sklepu – kiwnęła głową w stronę witryny. Tam jest zaułek, którym można się przedostać na tyły kamienic i Merlin jeden wie gdzie dalej. Neville go obstawia.

- Członkowie patrolu?

- Zabezpieczają drogę w dole ulicy, w razie, gdyby jakimś cudem udało jej się uciec.

- Dobrze. Ramirez, ty idziesz ze mną. Harry, obstawiasz front budynku, w razie, gdyby ktoś chciał się tam dostać.

- Dlaczego ja?

- Dlaczego on? – Harry i Ramirez zapytali jednocześnie.

- Bo jesteś najmłodszym członkiem zespołu. Wchodzimy – Urquhart rozkazał krótko, zostawiając Harrego samego w zacienionej furcie. Harry był niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Lubił działać i rola osoby zabezpieczającej tyły nie leżała w jego naturze, był jednak zawodowcem i nie zamierzał łamać rozkazu dla własnej rozrywki. Urquhart miał rację mówiąc, że był najmłodszym członkiem zespołu, z najmniejszym doświadczeniem i musiał się z tym pogodzić.

 

To się wydarzyło mniej niż dwie minuty od chwili w której Urquhart i Ramirez weszli do kamienicy. Powoli zapełniającą się przechodniami ulicę Śmiertelnego Nokturnu wypełnił dźwięk tłuczonego szkła, którego odłamki posypały się na ulicę, raniąc przechodniów. Harry spojrzał w górę i oniemiały obserwował, jak wraz z odłamkami w stronę bruku szybuje postać w czarnej szacie. W tej chwili zwyciężyły w nim odruchy.

- Levicorpus! – Świetlisty promień trafił w spadającą osobę, zawieszając ją za kostkę, odwróconą do góry nogami, zaledwie kilka centymetrów od bruku. Szata zsunęła się z ciała, opadając na głowę nieszczęsnego wisielca. Harry miał wrażenie, że odtwarza właśnie wspomnienie Snape’a, w którym jego ojciec ściągnął profesorowi majtki.

Wszystko to, począwszy od dźwięku tłuczonego szkła, po zawiśniecie nad brukiem trwało ułamki sekund.

- Masz ją?! – Urquhart pojawił się w wybitym oknie, kiedy już było po wszystkim. – Chciała nam jędza uciec, już do ciebie idziemy – Z sąsiedniego zaułka nadbiegał też już Neville, zwabiony hałasem, a przypadkowi przechodnie zaczynali pierzchać we wszystkich kierunkach.

- Pani Malfoy, jak mniemam? – Harry zapytał, odgarniając szatę z głowy szamoczącego się skoczka. – Ładnie to tak skakać przez okno?

- Pożałujesz tego Potter! Ja cię zniszczę! Będziesz błagał o litość Potter! Puszczaj mnie natychmiast!

- W tym ostatnim ma rację – Neville stanął obok przyjaciela, trzymając już w dłoniach różdżkę Narcyzy. – Możesz ją puścić.

„Liberacorpus!” Wykrzyknął w myślach, spuszczając Narcyzę Malfoy na bruk czemu towarzyszył głuchy łoskot i jęk.

- Można powiedzieć, że jest to upadek Narcyzy Malfoy.

- I to dosłownie – Harry z uśmiechem patrzył, na plączącą się w swej sukni Narcyzę.
W chwili, kiedy Narcyza Malfoy wypadała przez okno mieszkania pana Borgina, inny czarodziej ze starego rodu czystej krwi wpatrywał się w okno, obserwując z wysokości panoramę Londynu. Jego upadek byłby o wiele dłuższy i bardziej tragiczny w skutkach. Nie zamierzał jednak skakać. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Gawain Robards czekał, aż Timothy Roy, szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, skończy przeglądać jego ewaluację okresową. Po kwadransie oglądania gabinetu i bezsensownego wpatrywania się w powoli obracający się diabelski młyn na brzegu Tamizy, Robards chrząknął znacząco, przypominając o swoim istnieniu. Na Royu nie zrobiło to jednak większego wrażenia.

- Mam za sobą wiele lat sukcesów – przerwał w końcu panujące milczenie, nadal nie zdobywając uwagi przeglądającego dokumenty szefa. – Zatrzymałem blisko setkę przestępców – ta deklaracja najwyraźniej również nie zrobiła na Timothym wrażenia. – Byłem aurorem podczas obu wojen z Sam-Wiesz-Kim. – Po kolejnej minucie Roy zdjął wreszcie okulary, odkładając je na stos dokumentów.

- O północy osiągnął pan wiek emerytalny – Roy zaczął z uśmiechem. – Moje gratulacje, niewielu aurorów dożywa tej chwili.

- I przeszedłem wczoraj ewaluację, która jest załączona do podania o przedłużenie służby – Robards wskazał palcem, na leżący pod okularami dokument.

- Panie Robards – Roy przetarł twarz dłońmi, jak czynił zawsze, gdy musiał tłumaczyć coś, co powinno być jasne. – Przed kilkoma miesiącami rozmawialiśmy o tej sprawie. To było przed złożeniem przez pana sprawozdania rocznego z działań Biura.

- Pamiętam – Robards warknął, wiedząc dokąd Roy zmierza ze swoją wypowiedzią.

- Oferowałem wtedy panu zachowanie stanowiska do wieku emerytalnego. Nie zgodził się pan.

- Po zwolnieniu ze stanowiska sumiennie pracowałem jako auror. Uczestniczyłem w operacjach zarówno logistycznie, jak i czynnie. Zdawałem wszystkie testy okresowe i przestrzegałem regulaminu, czego nie można powiedzieć o niektórych z aurorów.

- Tak, tak. Mam tutaj ocenę, wystawioną panu przez pełniącego obowiązki szefa biura, Pascala. Wysoko ocenia pańską postawę jako oficera.

- I zdałem wszystkie testy. Nie ma więc przeciwwskazań dla przedłużenia mojej służby.

- Osiągnął pan wiek emerytalny, to jest przeciwwskazanie.

- Pascal też osiągnął wiek emerytalny, a jego pan nie zwalnia. Ba, zastąpił mnie na stanowisku, a jest ponad dekadę starszy ode mnie i nigdy nie był więcej, jak szeregowym aurorem.

- Oficer Pascal nie zastąpił pana na stanowisku, a jedynie tymczasowo pełni obowiązki szefa, do chwili powołania nowego dyrektora.

- Ale jest starszy, a cały czas ma przedłużaną umowę.

- Panie Robards, po co to panu? – Roy zapytał wreszcie zrezygnowany.

- Oddałem tej pracy niemal całe swoje życie.

- Dokładnie, może najwyższa pora odpocząć? Poukładać sprawy?

- Jakie sprawy?

- Nie wiem, każdy ma jakieś sprawy do poukładania.

- Panie Roy. Ja chcę dalej pracować jako auror – Robards powiedział z naciskiem.

- To dobrze o panu świadczy – Roy popatrzył przez chwilę na Robardsa. – Nie przedłużam panu okresu służby – zaczął mówić szybciej, składając podpisy na kolejnych stronach dokumentu. – W dniu dzisiejszym, w związku z osiągnięciem wieku emerytalnego, zostaje pan skreślony z listy czynnych aurorów. Na wniosek pełniącego obowiązki dyrektora oficera Pascala zostanie pan odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi z Błękitną Wstążką, za wieloletnią służbę dla Departamentu. Otrzyma pan również, wraz z innymi aurorami i członkami Patrolu Przestrzegania Prawa biorącymi udział w akcji w Littlemore St. Joe, Brązowy Krzyż Zasługi. Odznaczenia zostaną wręczone jutro, podczas uroczystej gali w Lobby ministerstwa. To wszystko panie Robards. Proszę dzisiaj złożyć odznakę u oficera Pascala i ma pan do końca tygodnia czas na zabranie wszystkich swoich rzeczy. Do widzenia. – Robards wstał z krzesła, zgrzytnąwszy zębami i ruszył w stronę drzwi gabinetu. Przez całą drogę towarzyszył mu widok z magicznych okien na Tamizę i diabelski młyn. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, że całkiem długo trwałby lot w dół, gdyby tak kogoś wyrzucić. – Aha, byłbym zapomniał – Roy odezwał się, gdy Gawain otwierał już drzwi. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

 

Biuro było zupełnie puste. Wszyscy oficerowie Biura Aurorów i pracownicy Departamentu byli w lobby, uczestnicząc w honorowej dekoracji. Panującą ciszę przerywało jedynie delikatne skrzypienie gęsiego pióra. Harry Potter kontemplował cudowną chwilę spokoju i samotności. Nie był jednak sam.

- Ty tutaj, Potter? – Usłyszał zgryźliwy głos, kiedy wielkie pudło huknęło o jego biurko. – Nie poszedłeś na „uhonorowanie” – ostatnie słowo wypowiedział z ironią i przekąsem. – Będą na ciebie czekać.

- Powiedziałem dyrektorowi Royowi, że nie przyjmę odznaczeń – Harry odłożył swoje pióro. – Tylko zawadzają miejsce i zbierają kurz.

- Wiesz Potter – Robards zacmokał, opadając na krzesło dla interesantów. – Nie lubię cię i to, że nie udało mi się ciebie wylać odbieram jako największą zawodową porażkę, ale jedno muszę ci oddać. Nie zbierasz tych bezsensownych błyskotek, tylko robisz swoje. Nawet jeśli idzie ci to miernie.

- Panu nie chcieli nic dać na pożegnanie?

- Chcieli, ale ja mam gdzieś ich samych i ich medale. Równie dobrze mogliby dać mi kopa i tak samo ciepło bym go przyjął.

- Kawał sukinsyna do samego końca.

- Trzeba się trzymać raz przyjętej linii. Na mnie pora, skoro już mnie stąd wyrzuciłeś – Robards sapnął, podnosząc się z krzesła.

- Ja?

- A niby kto. Gdyby nie ty, Edgecombe nie odważyłaby się pójść do Roya. Powiedz mi, Potter. Ty naprawdę myślałeś, że ja zabiłem Knota?

- Od początku byłem pewien, że tego nie zrobiłeś, Robards.

- To po diabła zaczynałeś ten proces?!

- To się nazywa Karma. Wszystko co się zrobi w życiu, w końcu do ciebie wróci.

- Wiesz, że przez tą twoją karmę mogli mnie zamknąć – Robards syknął wściekle.

- Oj daj spokój. Żaden sędzia o zdrowych zmysłach nie skazałby w tym procesie, a ja miałem przy tym kupę zabawy.

- Jeszcze się spotkamy, Potter – Warknął, zabierając swoje pudło z biurka Harrego.

 

Victorie, znaczy zwycięstwo.

- Harry. Jutro zakładasz mundur, czy Stworek ma ci wyprasować jeden z garniturów?

- Już o tym rozmawialiśmy, mam dużo pracy i nie jadę. Aresztowaliśmy właśnie pół Ruchu Równości i Czarnego Legionu, musimy skończyć przesłuchania i przygotować dokumenty procesowe, by można było ich zamknąć.

- Kingsley jedzie.

- Kingsley nie jest aurorem i może jechać.

- Neville też jedzie i Ron też.

- Dobrze. Wspaniale! Niech wszyscy jadą, wtedy będę musiał pracować za nich wszystkich i tym bardziej nie będę mógł pojechać! – Wybuchnął nagle. – Niech wszyscy pojadą do tego cholernego zamku i dadzą mi święty spokój.

- Dobrze – bąknęła zmieszana. – Przepraszam, że zapytałam.
Zaledwie kilkanaście godzin dzieliło ich od kolejnej rocznicy Bitwy o Hogwart, na którą otrzymali oficjalne zaproszenia, a Harry nadal upierał się, że nie pojawi się na tym wydarzeniu. W ubiegłym roku udało mu się uniknąć uczestniczenia w obchodach, gdyż Kingsley wysłał go na zagraniczne szkolenie, w tym roku nikt nie zamierzał odesłać go na zagraniczny wyjazd, choć Harry liczył na to niemal do ostatnich chwil. Wydawało się jednak, że natłok spraw związanych z aresztowaniami pozwoli mu nie stawić się w Hogwarcie i to mimo osobistego nakazu, jaki wydał mu minister. Za nakazem tym stał uprzejmy donos Ginny, o planowanej przez Harrego nieobecności.

Ani najbliżsi przyjaciele, ani Ginny, ani nawet Hermiona, nie potrafili zrozumieć niechęci Harrego do nadchodzącej uroczystości. Rozumieli, że była to dla niego straszna noc, że stracił wielu przyjaciół, tak jak i oni ich stracili, ale była to też noc, której pokonał człowieka. Nie, pokonał potwora, który odebrał mu dzieciństwo, odebrał mu młodość i być może na zawsze złamał jego życie. Harry nie chciał wspominać przyjaciół których utracił, ani radować się z upadku Voldemorta. Chciał ten dzień spędzić tak, jak spędzał każdy kolejny dzień. Tylko wszyscy się uparli, by mu w tym przeszkadzać.

Tego wieczora mieszkańcy Grimmauld Place 12 nie zamierzali się kłaść. Zamierzali spędzić całą nic rozmawiając o tym co się wydarzyło i czuwając, tak jak Ginny i Hermiona czuwały rok wcześniej z niemal wszystkimi uczniami szkoły.

Harry i tym razem, ostentacyjnie buntował się przeciw tym planom. Podczas gdy jego przyjaciele i żona siedzieli w saloniku, popijając mocną herbatę i rozmawiając, on odkładał ostatnie dokumenty, planując położyć się spokojnie wyspać.

Jego poniekąd idylliczne plany, podobnie jak plany pozostałych mieszkańców domu, miał już za chwilę trafić szlag.

 

- Harry! Harry! – Z dołu dobiegły go wołania Ginny. – Harry! – Mógłby uznać, że Ginny próbuje ponownie namówić go do dołączenia do nich w salonie, gdyby tylko jej wołania nie były tak histeryczne. – Harry! – Tym razem okrzyk był już znacznie bliższy.

- Co się stało? – Zawołał, wypadając ze swojego gabinetu na korytarz trzeciego piętra.

- Harry – wysapała, wbiegając ze schodów na korytarz. – Fleur jest w szpitalu.

- Co! Ale jak, czemu, co się stało?

- Zaczęła rodzić. Bill przysłał nam właśnie patronusa.

- Ale przecież to jest…

- O wiele za wcześnie. Prosił żebyśmy przyszli.

Podróż do szpitala świętego Munga nie trwała długo. Harry i Ron wykorzystując swoje odznaki przenieśli całą trójkę wprost na Szpitalny Oddział Ratunkowy, przeznaczony do przyjmowania rannych aurorów i innych oficerów Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.

Ta niezapowiedziana i nieuzasadniona – przynajmniej w opinii personelu – wizyta, rozsierdziła kilka pielęgniarek i doktora Proctora, który po bardzo ciężkim dniu, wybierał się właśnie do domu. Być może popis krasomówstwa medyków, przeplatanego bogatą łaciną podwórkową trwałby dłużej, gdyby nie obecność Harrego, który zdołał już sobie wyrobić na oddziale opinię człowieka, z którym nie warto dyskutować, bo „i tak nie dotrze”. Po przebyciu kilku korytarzy i sforsowaniu serii zamkniętych drzwi, przyjaciele znaleźli się w poczekalni przed salą porodową.

W odróżnieniu od Nevilla, który oczekując na Hannę miał za towarzyszy innych przyszłych ojców – nie żeby to miało znaczenie, skoro wszyscy oni byli obecni ciałem, nie duchem. – Bill był dzisiaj sam.

- Bill! – Dziewczęta wykrzyknęły jednocześnie, a Ginny podbiegła i przytuliła się do brata.

- Cześć. Cieszę się, że jesteście – powiedział bez przekonania i bynajmniej nie wyglądał na kogoś, kto się cieszy.

- Co z Fleur? – W głosie Rona była troska zarówno o bratową, jak i samego brata, który nie mógł teraz być przy swojej żonie.

- Wieczorem zaczęło ją boleć, ale myśleliśmy, że maluszek dokazuje, ostatnio lubił dokazywać, ale kiedy to nie ustawało i zaczęły się skurcze przylecieliśmy tutaj. Doktor Venusia powiedziała, że to przedwczesny poród, że musi zbadać Fleur, że wtedy powie co dalej robić, żeby się nie przejmować, bo dziecko jest już duże.

- Będzie dobrze. Wierzę, że będzie dobrze – Hermiona powiedziała z przekonaniem. Ci magomedycy, potrafią czynić cuda.

- Rodziców jeszcze nie ma? – Ginny spytała, odsuwając się od brata.

- Nie ma, przepraszam że was tak zawołałem, ale nie chciałem być sam. Wiem, że niedługo musicie wstać do Hogwartu.

- A ja chętnie z tobą zostanę Bill, Hogwart nie ma teraz znaczenia. Będą inne rocznice, a rodzice jak sądzę, będą za kilka minut. My nie straciliśmy czasu w recepcji. – Harry powiedział ze swobodnym uśmiechem na ustach. Miał wrażenie, że skupione i pełne napięcia twarze były ostatnim, co zaniepokojony Bill chciał teraz oglądać. – Fleur jest silna i jest tutaj pod opieką najlepszych lekarzy, więc nie masz się czym martwić.

- Dziękuję panu za komplement – W drzwiach sali porodowej pojawiła się jak zwykle pozbawiona uśmiechu doktor Venusia. – Panie Weasley – Zwróciła się do Billa. – Zbadaliśmy pańską żonę i dziecko. Oboje czują się dobrze.

- Jak czują się dobrze, skoro Fleur zwijała się z bólu! – Bill nie wytrzymał narastającego w nim napięcia.

- Przedwczesny poród to nie koniec świata, panie Weasley – Łatwo było jej mówić, kiedy widziało się już setki porodów i nie chodziło o zdrowie i życie jej dziecka. Tak długo wyczekiwanego dziecka. – Dziecko jest już duże i silne. Po rozmowie z pańską żoną doszłyśmy do wniosku, że najlepiej będzie nie powstrzymywać porodu i pozwolić państwa potomkowi przyjść na świat.

- Doszłyście do wniosku?! – Bill krzyknął wzburzony. – A mnie to nie przyszło wam do głowy zapytać?! – Wywrzeszczał pytanie, bogato gestykulując rękoma.

- Panie Weasley – Venusia rozpoczęła z naciskiem, acz spokojnie, jednocześnie ukradkowym gestem powstrzymując Harrego przed skonfundowaniem swojego szwagra. – Obawiam się, że w tym konkretnym wypadku, nie ma pan nic do powiedzenia. Mówiąc kolokwialnie, w tym wypadku rządzi macica – Harry zakaszlał, markując śmiech, Ginny zamarła z szeroko otwartymi ze zdziwienia ustami, a Ron i Hermiona spłonęli rumieńcem. – Nie ma się co dziwić. Taka prawda. Pańska żona chce, by był pan przy niej obecny w czasie porodu.

- Mogę?

- Wolałabym nie. Większość z was mdleje po pierwszym okrzyku i tylko trzeba was przekraczać, ale po raz kolejny. Tutaj rządzi pańska żona.

Drzwi wejściowe poczekalni otworzyły się niemal w tej samej chwili, kiedy Bill znikał z doktor Venusią na sali porodowej, tak że Molly zobaczyła już jedynie plecy swojego syna.

- Merlinie! Co wy tutaj wszyscy robicie? – Pani Weasley zawołała jeszcze w drzwiach. – Ron! Ginny!

- Mamo – Ginny odpowiedziała jej uprzejmym, acz zdawkowym powitaniem. Relacje między kobietami poprawiały się, ale nadal nie były idealne.

- Och na litość boską – Harry jęknął zrezygnowany. – Dobry wieczór, Pani Weasley. Arturze.

- Witaj kochaneczku – Molly zaszczebiotała w jego stronę.

- Dzieciaki, nie musicie tutaj siedzieć – Artur zwrócił się do Hermiony i Harrego podając im dłonie.

- Znamy się już tyle lat i tyle razem przeszliśmy, że myślę, że czułbym się dziwnie tutaj nie siedząc – Harry popatrzył na drzwi za którymi zniknął Bill.

- Tak – zawtórowała mu Hermiona. – Nie wyobrażam sobie być teraz gdzieś indziej, jesteśmy już praktycznie rodziną.

 

W poczekalniach przed salami porodowymi zawsze panuje napięta atmosfera. Przyszli ojcowie siedzą jak na szpilkach, ich bliscy w pełnym napięciu czekają na kolejnego członka rodziny. Przyjaciele, którzy przyszli wspierać na duchu również nie spisują się najlepiej, wspominając swój pobyt w tym miejscu, lub wyobrażając sobie, że ich też to czeka.

Tym razem atmosfera była niemalże biesiadna, a towarzystwo rozchichotane, zwłaszcza od chwili, w której do zebranych dołączył jednouchy George. Zebrani co chwilę wybuchali śmiechem, kiedy opowiadał o najdawniejszych dziecięcych wybrykach Rona i Ginny, jakie udało mu się zapamiętać. Artur z minuty na minutę czerwienił się bardziej, kiedy Molly opowiadała, jak trzy razy zdarzyło mu się zemdleć przy narodzinach swych pociech. Wedle słów Molly, kiedy Artur po raz pierwszy wziął na ręce swego pierworodnego, tak był zestresowany, że gołym okiem widać było, jak po ramieniu płynie mu pokaźna stróżka potu.

George urządził nawet zakłady o to, czy Bill zemdleje podczas porodu i czy będzie to przed, czy po narodzeniu dziecka. Opcji bez omdlenia nikt raczej nie brał pod uwagę.

Wesołą atmosferę panującą wśród Weasleyów i dwojga przyjaciół przerwał wiszący na ścianie zegar wybijając północ. Rozmowy zamarły, zrobiło się dziwnie cicho i oczy wszystkich zwróciły się na Harrego.

- No co? – Spytał zdezorientowany nagłym znalezieniem się w centrum zainteresowania.

- Dwa lata temu umarłeś – Hermiona powiedziała niemal szeptem, jakby mówiła w obecności nieboszczyka.

- Wesołej rocznicy śmierci dla mnie! – Wykrzyknął, udając że wznosi puchar w geście toastu. George wybuchnął gromkim śmiechem, ale atmosfera nie chciała dać się ocieplić.

- Zupełnie cię to nie rusza? – Ron spytał przyjaciela.

- Co ma mnie ruszać.

- Sam-Wiesz-Kto cię zabił – Rudzielec dalej indagował.

- Tak właściwie to… zresztą to nie ważne – Harry zrezygnował z wyjaśniania im zawiłości tamtego wydarzenia. – Wszyscy tutaj jesteśmy żywi i nie ma o czym mówić.

- Może jednak…

- Bill! – Harry przerwał przyjacielowi, widząc Billa wychodzącego z sali porodowej.

- Billy! – Molly przyskoczyła do swojego pierworodnego. – Dobrze się czujesz synku? – Hermiona uznała, że pytanie jest co najmniej nie na miejscu, skoro to nie Bill rodził na tamtej sali.

- Zemdlałeś braciszku? – George wyszczerzył zęby w uciesze.

- Nie. To dziewczynka. – Bill powiedział na jednym wydechu, wypuszczając z płuc powietrze niczym nurek, który wynurzy się na powierzchnię. Na tą deklarację wszyscy obecni przyskoczyli do szczęśliwego ojca, by go uściskać i gratulować. Może trudno to sobie wyobrazić, ale Bill jeszcze nigdy nie został tak wyściskany, nawet podczas żadnych ze swoich urodzin, na które wpadała cała rodzina, ani podczas własnego ślubu i wesela. Za to plecy bolały go od poklepywania tak, jakby przebiegło po nich stado centaurów.

- Jak dacie jej na imię? – Ginny zadała wreszcie najważniejsze pytanie. Oczy płonęły jej z ekscytacji.

- Mała urodziła się niecałą minutę po północy – Bill powiedział patrząc na zegar, na którym upłynął już ponad kwadrans dnia drugiej rocznicy Bitwy o Hogwart. – Pomyśleliśmy więc, że będzie to Victorie – Pomysł ten spotkał się z ogólnym aplauzem zebranych. – Przepraszam was, muszę wracać do Fleur. Harry – Bill podniósł się z krzesełka, na które udało mu się opaść chwilę wcześniej.

- Tak?

- Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy śmierci.

- A pocałuj smoka w…. nos – Harry warknął zdegustowany. Nie jest pewne czy Bill usłyszał tą odpowiedź pędząc z powrotem do swej żony i córki.

- Mam wnuka – W głosie Molly było coś z anielskości. – Pierwsza mała Weasley. W naszej rodzinie.

- A ja to co, sąsiadka! – Ginny oburzyła się na sugestię, że przed Victorie nie było dziewcząt w ich rodzinie. Harry zdusił śmiech, kiedy przypomniał sobie jak przed laty Molly równie łatwo pominęła w wyliczaniu członków rodziny bliźniaków, kiedy mówiła, że Ron został prefektem, jak każdy z jej synów.

- Znowu będzie tupot małych stópek w domu.

- I pieluchy – Artur wtrącił bardziej przyziemnie.

- Śmiechy.

- I płacze.

- Małe ubranka

- Umazane kaszkami.

- Wszędzie będą zabawki

- I porozbijane wazony.

- Ale mała nie może się wychowywać sama! – Panią Weasley naszło właśnie olśnienie. – Ona potrzebuje towarzystwa. Dzieci? – Zwróciła się do swoich potomków. – Kiedy wy zrobicie nam kolejne wnuki? – Pytanie to wprawiło wszystkich obecnych członków młodego pokolenia w pełną konsternację. George zachowywał się, jakby właśnie dostał tłuczkiem. Zdezorientowany rozglądał się we wszystkich kierunkach, wypowiadając jakieś słowa, mimo że z jego ust nie dochodził żaden dźwięk. Ron stał z rozdziawionymi ustami, wykonując ruchy, jakby nagle zapomniał co się robi z rękoma. Dziewczęta spaliły największego buraka, jakiego Harry widział w życiu, a on sam dostał nagle nerwowego napadu kaszlu.

- Em, Molly kochanie – Artur postanowił pójść w sukurs swoim dzieciom. – Nie sądzisz, że najpierw powinni się pożenić, a potem dopiero myśleć o dzieciach?

- Co? A, tak, ślub. Oczywiście, masz rację.

- Jeśli już jesteśmy przy tym – Ginny odezwała się niespodziewanie, a Harry wciągnął powietrze ze świstem równym Dementorowi, nagle robiąc się blady jak ściana. – Chciałabym wam coś powiedzieć…

Hogwart

- Nie chciałem tutaj być – Harry przemawiał z mównicy ustawionej w Wielkiej Sali zamku w Hogwarcie. – Zamierzałem znaleźć jakiś powód, dla którego nie mogę się pojawić na tym spotkaniu i jeszcze kilka godzin temu byłem pewien, że się na nim nie pojawię – zrobił krótką pauzę wodząc wzrokiem po zdziwionych twarzach zebranych. – Albus powiedział mi kiedyś; „Nie żałuj umarłych, żałuj żywych, a przede wszystkim tych, którzy żyją bez miłości.” Nie żałuję umarłych. Gdybym żałował umarłych, ostatnie osiemnaście lat mojego życia spędziłbym na nieustannym opłakiwaniu utraconych bliskich, których z każdym rokiem przybywało. Nie płaczę.

Żal jest mi nas, tutaj zebranych. Spotykaliśmy się tutaj, by opłakiwać ponad pięćdziesiąt osób, które zginęły w walce za coś w co wierzyły. Nie myślcie, że jestem bez serca, ale dlaczego mam płakać za osobami, które zginęły idąc do walki za swoje przekonania, ze świadomością, że mogą zginąć. Jestem pewien, że gdyby stanęli dziś tutaj, przed nami, powiedzieliby że umarli najwspanialszą ze śmierci. Owszem, wielu z nich odebrano radość przeżycia długich lat. Odebrano im możliwość obserwowania, jak dorasta ich syn, ich córka. Wątpię jednak, by raz jeszcze mając wybór postąpili inaczej.

Żal mi nas, zebranych na tej sali, trapiących się po tej stracie, ale ja dzisiaj nie będę się trapił. Dzisiaj będę się radował, bo tamta tragedia niesie za sobą również coś wspaniałego. Kilka miesięcy temu urodziły się Hope i Viviene, Nadzieja i Życie, jakże wspaniałe imiona dla córek dwojga obrońców szkoły, które urodziły się właśnie dzięki tamtym wydarzeniom. Iskra życia pośród pokazywanego przez nas smutku. Dzisiaj nie ma z nami innej dwójki obrońców Hogwartu, moich przyjaciół Billa i Fleur. Nie ma ich, nie dlatego, że zginęli broniąc Hogwartu. Nie ma ich, gdyż właśnie dzisiaj urodziła się Victorie, ich pierworodna. To właśnie te narodziny skłoniły mnie bym dzisiaj przed wami stanął. Nie opłakujcie zmarłych. Cieszcie się tymi, którzy przychodzą na ten świat. Nie wiem ile dzieci zostało poczętych w tym dniu, nie wiem ile się w nim narodziło, ale oba te wydarzenia są dla ich rodziców nieskończenie radosne i zamierzam radować się z nimi, zamiast opłakiwać tych, którzy odeszli. Nigdy ich nie zapomnę. Będę pamiętał ich wszystkich razem i każdego z osobna, ale też zamierzam żyć dalej, nie trzymać się tego momentu.

 
 

  • RSS