RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2014

Słów kilka do historii

24 kwi

Jako, że ostatnimi czasy zadaliście mi kilka pytań, biorąc ostatnie „Kiedy pojawią się dzieci. Oraz podsuwaliście różne pomysły, pragnę wam serdecznie podziękować, gdyż zawsze chętnie wczytuję się w wasze pomysły.

Pragnę wam jednak przypomnieć, że podstawowym założeniem, jakie przed sobą postawiłem zaczynając pisanie opowiadanie, było trzymanie się kanonu.
Tak więc, na pytanie „Kiedy pojawią się dzieci”: Najstarszy syn Harrego i Ginny urodził się między 2003 a 2005 rokiem, a w opowiadaniu mamy rok 2000.

Wszelkich informacji odnośnie kanonu, oraz chronologii wydarzeń udzielają strony pottermore, oraz harrypotter.wikia.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

17. Z Rodziną…

23 kwi

Na wstępie chciałem was przeprosić – Znowu – Notka miała się pojawić w święta, ale nie chciała dać się napisać i tak niestety publikacja przeciągnęła się od soboty do środy (a właściwie to już czwartku). Mam nadzieję, że mi wybaczycie tą obsuwę. Mam też nadzieję, że mi się ona więcej nie powtórzy.

Wspominałem kiedyś, że raz jeszcze opublikuję „Rok Ósmy”. Opowiadanie z korektą i poprawkami z perspektywy czasu, jaki już minął możecie znaleźć na portalu SciZone.pl
Tutaj link do pierwszego rozdziału, Roku Ósmego:
http://scizone.pl/index.php/spo/blog/entry/harry-potter-rok-8

Kolejne rozdziały pojawiać się będą co sobotę.

Zapraszam do czytania, obu opowiadań.

________________________________________________________________________________________

- Ty świnio! Ty kanalio! Ty, ty (tego epitetu nie można przytoczyć)! Jak mogłeś? Jak mogłeś! Znikasz na tyle dni, tyle tygodni. Żadnego znaku życia, żadnego, żadnego, niczego! My się zamartwialiśmy na śmierć, my cię szukaliśmy! – Krzyczała, nie przestając okładać go pięściami. Stał, nawet nie próbując się bronić. – Jak mogłeś nam to zrobić?! To tak już zawsze ma wyglądać nasze życie? Ciągłe tajemnice, ciągłe kłamstwa, półprawdy i zniknięcia. Nigdy nie wiem, czy wrócić na kolację, czy może widzimy się ostatni raz bo jakaś misja, jakieś niespodziewane zniknięcie, jakieś porwanie!

- Obiecuję…

- Nie obiecuj czegoś, czego obiecać nie możesz! Czy w naszym życiu jest coś prawdziwego? Coś czego mogę być pewna? Czego mogę się trzymać? Czy mamy coś oprócz słów i obietnic, które w każdej chwili mogą być nic nie warte?

- Kochamy się…

- To słowa. To są puste słowa, które są, ale za chwilę może ich nie być! Całe nasze życie to puste słowa i kłamstwa!

- Całe?! – Wreszcie zaczął się bronić. – Całe? Accio! Czy to też? – Zamachał jej przed oczami kartką papieru, która właśnie wylądowała w jego ręku. – To są puste słowa, czy kłamstwa?

- To, to… – Zawahała się na chwilę patrząc na akt ślubu z Kiribati – To są tajemnice! O tym nikt nie wie! – Zapiała niemal histerycznie.

- To możemy to wszystkim ogłosić. Choćby zaraz, choćby teraz?

- Nie

- Słucham?

- Nie. Ja tak nie chcę.

- A jak chcesz?

- Tak jak… Tak jak należy – dokończyła już niemal szeptem, po czym wywinęła zgrabny piruet. Kiedy otworzyła drzwi jego gabinetu, na korytarzu wpadła na swojego brata i co ciekawsze, Hermionę.

- My ten, tego no, eeee

- Szliśmy właśnie poczytać w bibliotece – Ron wypalił z niespotykaną błyskotliwością.

- To miłej lektury – Ginny odpowiedziała im z promiennym uśmiechem. Pośpiesznie opuszczając piętro. Kiedy dwoje wścibskich słuchaczy zwróciło swe głowy w kierunku gabinetu, Harry zamknął drzwi, leniwym ruchem różdżki.

Pierwsze dni po powrocie do domu były ciężkie. Niemal tak ciężkie jak dni spędzane w pracy i choć Ginny nie groziła wyprowadzką – ten etap związku już dawno zostawili za sobą – to atmosfera była napięta i najmniejsza iskra mogła doprowadzić do wybuchu. Harry każdego dnia rano informował Ginny, o której wróci do domu. Jeśli sytuacja w biurze zmuszała go do dłuższego pozostania, wysyłał jej patronusa z informacją, że się spóźni i choćby miało to oznaczać wyjście w połowie przesłuchania i ostrą reprymendę ze strony któregoś z szefów, nigdy nie spóźniał się do domu więcej niż godzinę. Harry żył jak przykładny pantofel.

Tego dnia spóźnienie mu nie groziło i składał właśnie wszystkie swoje rzeczy do nesesera, kiedy przy jego biurku pojawił się znajomy gość.

- Morąg MacDougal! – Harry powiedział głośno i jowialnie. – Cóż sprowadza członka domu Hufflepuffu do mojej osoby.

- Ponownie mugolska poczta, Panie Potter – chłopak uśmiechnął się zadowolony, że Harry zapamiętał jego osobę.

- Eh, ciągle tylko listy, dokumenty i raporty. Chociaż raz, ktoś mógłby zaprosić mnie na piwo, czy koniak – powiedział z rezygnacją, kwitując odbiór poczty.

- Ja mogę – wtrąciła mu Ramirez.

- Koniecznie u mnie w barze – Neville dorzucił swoje trzy grosze.

- Przypominam, że na służbie obowiązuje was trzeźwość – Urquhart bez większego zainteresowania tematem, ukrócił ich zapędy.

- Może następnym razem, Panie Potter. Miłego dnia.

- Wzajemnie, Morąg.

- Co tam dostałeś, Harry i od kogo? – Ramirez nie zdzierżyła ciekawości i stanęła mu nad głową.

- Od kuzyna, a od kogo innego mógłbym dostać – Harry już rozrywał mugolską kopertę.

- Hej. To jakieś zaproszenie – Ramirez zwinnym ruchem pozbawiła go zawartości koperty. -

„Dudley Dursley i Emma Parker – Dursley, mają zaszczyt zaprosić Pana Harrego Pottera wraz z osobą towarzyszącą, na przyjęcie z okazji chrztu ich syna.” Nie mówiłeś, że twój kuzyn ma syna.

- Bo wiedziałem tylko, że Sparkles jest w ciąży, ale to dobrze dla nich.

- Pójdziesz?

- No właśnie. Pójdziesz? – To ostatnie padło z ust Urqharta.

- Nie wiem. Zastanowię się.

Zapewne długo musiałby wysłuchiwać nad swoją głową wywodów Ramirez, na temat tego, czy powinien iść na tą imprezę, gdyby Morąg nie złapał go tuż przed wyjściem z pracy.

- Jak tam dzień w pracy? – Ginny zapytała bardziej dla formalności, niż z prawdziwym zainteresowaniem. Siedziała właśnie w najbardziej wysiedzianym fotelu domowej biblioteki, zaczytując się książką „Sto najczęstszych formacji zespołów Północnoamerykańskiej Zawodowej Ligi Quiditcha”, którą tego dnia przysłano jej z USA. Ginny, od czasu szokującego oświadczenia Gwenog, która po kilku piwach ogłosiła, że tylko Ginny powinna być rozgrywającą, bo tylko ona i Green nadają się do ligi, zaczęła zaczytywać się stosami książek o Quidditchu. Starając się udowodnić, że do ligi naprawdę się nadaje.

- Dzień, jak co dzień. Ciekawie zrobiło się dopiero na koniec – Pomachał w powietrzu trzymaną kopertą.

- Co to?

- Zaproszenie na chrzciny.

- Neville i Hanna chrzczą dziewczynki?

- Nie, mój kuzyn chrzci swojego syna.

- Aha – mruknęła, wracając do lektury. Harry nadal stał kilka metrów od niej, czekając na dalszą część rozmowy. – Pójdziesz?

- To zależy.

- Od czego znowu – ostatecznie odłożyła czytaną książkę.

- Od tego, czy pójdziesz ze mną.

- Niby czemu miałabym iść z tobą?

- Bo zaproszenie jest dla dwojga.

- Chcesz mnie zabrać jako osobę towarzyszącą?

- Nie, jako żonę – odpowiedział z pełnym przekonaniem.

- Jako żonę? – Zapytała zdumiona, przerywając panującą przez dobrych kilka sekund ciszę.

- Tak. Jesteś moją żoną i chcę cię zabrać ze sobą.

- Na spotkanie z wujem i ciotką? – Upewniała się.

- Z wujem i ciotką.

- Którzy są mugolami?

- Którzy są mugolami.

- I nienawidzą magii…

- Oj, już nie przesadzaj. Czasami im się zdarza…

- a ja jestem magiczna.

- Tak, jesteś magiczna i na pewno się w tobie zakochają – mocno pocałował ją w czoło. – To jak, idziesz ze mną?

- Mmmmm tak – zawołała krótko, podrywając się z fotela i wybiegając z biblioteki

- Hej, wiedźmo. Dokąd pędzisz? – Zawołał za nią.

- Jak mam z tobą lecieć, to potrzebuję nowej sukienki i to ty za nią płacisz.

- Dlaczego ja?

- Chciałeś, to cierp – i już jej nie było.

- Oj i tak będę cierpiał – Opadł na pusty już fotel z roztargnieniem pocierając czoło. Nie był fanem imprez rodzinnych, a ta zapowiadała się naprawdę fatalnie.

Dom przy Private Drive 4 w Surrey wyglądał dokładnie tak, jak w dniu, kiedy Harry po raz pierwszy znalazł się na jego progu i tak samo, jak w dniu, w którym dom ten opuszczał po raz ostatni. Oczywiście w pokoju gościnnym na piętrze nie było już zamontowanych krat, ale nic ponadto się nie zmieniło.

Urządzenie imprezy w Surrey z całą pewnością było pomysłem ciotki Petunii. Harry miał nawet wątpliwości, czy jego pedantyczna ciotka choć raz przekroczyła prób niewielkiego mieszkanka Dudley’a i Sparkles w ogromnym i raczej obskurnym mrówkowcu, w kiepskiej okolicy. Tamto mieszkanie, jakkolwiek przyjemne, nie nadawało się na organizowanie tego typu imprez. Co innego elegancka Private Drive, zabudowana jednakowymi piętrowymi domkami, z równo przystrzyżonymi trawnikami i podjazdami wysypanymi białym żwirem. Z żywopłotami z ostrokrzewu ciętymi równo, niczym od linijki. Private Drive była ulicą z klasą. Miejscem, do którego Harry nigdy nie pasował. Tak przynajmniej mu zawsze powtarzano.

Ten obdartus w powycieranych spodniach, dziurawych adidasach i o wiele za dużych koszulach budził jedynie zgorszenie, niczym nie przypominając tutejszych mieszkańców.

Teraz Harry Potter ponownie stał na Private Drive, rozglądając się po niej z krzywym uśmiechem i zastanawiając, co powiedzieliby mieszkańcy tej ulicy, widząc go dzisiaj. Eleganckiego mężczyznę w szytym na miarę garniturze, z gładko zaczesanymi, lśniącymi czarnymi włosami, trzymającego pod ramię płomiennowłosą piękność ubraną w świetnie skrojoną sukienkę, niemal krzyczącą „jestem z najlepszego butiku w Londynie”.

- Idziemy? – Ginny zapytała ciekawie, spoglądając mu w oczy.

- Idziemy – otrząsnął się z zamyślenia i przytłaczających go powoli wspomnień. – Nie ma co stać, raczej nie wyjdą, by nas powitać.

Z wnętrza domu uszu ich dobiegł gwar, jaki towarzyszy zazwyczaj rozmowom podekscytowanych osób. Harry wiedział, że nie spóźnili się na umówioną godzinę. To rodzina Dursleyów i ich przyjaciele, jak zawsze nie mogąc się doczekać możliwości oplotkowania i skrytykowania czegoś, zjechali się zbyt wcześnie.

W pierwszym odruchu, Harry miał zamiar zwyczajnie nacisnąć klamkę, wchodząc do środka, tak jak robił to przez szesnaście lat swojego życia pod tym dachem, a przynajmniej od czasu, kiedy zaczął samodzielnie wychodzić z domu, co nastąpiło dość wcześnie. Kiedy teraz się nad tym zastanawiał, przychodziło mu na myśl, że wujostwo liczyli, że jakimś cudem uda mu się nie wrócić do domu.

Cofnął dłoń już leżącą na klamce i nacisnął dzwonek. Z wnętrza domu napłynął przeciągły terkot. Chwilę to trwało, nim usłyszeli odgłosy idącego przez korytarz, ciężko sapiącego parowozu. Wuj Vernon z uśmiechem otworzył drzwi i zamarł. Przez chwilę, Harry mógłby przysiąc, że ktoś wuja spetryfikował. Po tej krótkiej chwili, złudnej nadziei, twarz nestora rodu Dursleyów zaczęła gwałtownie zmieniać barwy, z zwyczajowo czerwonej przez zieloną do trupio bladej i ponownie kończąc na czerwonej, a można nawet rzec, buraczkowej.

- To ty! – Krzyknął, tracąc nad sobą kontrolę. – To ty – syknął tym razem ciszej, płochliwie rozglądając się, czy jego krzyk nie przyciągnął aby zbyt wiele uwagi.

- Ciebie również miło widzieć, wuju.

- Czego tutaj chcesz.

- Dudley i Emma mnie zaprosili.

- Kuzynie! – Z za pleców wuja Vernona dobiegł okrzyk Dudleya. – Nareszcie, bałem się, że się nie zjawisz.

- Tak. Mógł zabłądzić, jak mu wiatr zwiał mapę z miotły.

- Wystarczy tych żartów, tato. Harry jest moim gościem, wpuść go i ooo, kim jest twoja towarzyszka, Harry? – Teraz dopiero, któryś z mężczyzn zainteresował się, stojącą obok Harrego, Ginny.

- Cześć De. To moja żona, Ginewra – Harry odparł z uśmiechem, kładąc dłoń, na ramieniu Ginny.

- Proszę, mówcie mi Ginny – dziewczyna be skrępowania potrząsnęła dłonią oszołomionego Vernona, potem podając ją Dudleyowi.

- Bardzo miło mi cię poznać, Ginny. Wejdźcie wreszcie – Dudley niemal wciągnął ich do środka, swoimi rozmiarami wciskając wuja Vernona w futrynę. – Wszyscy już są, baliśmy się ze Sparkles, że już się nie zjawisz, nie zjawicie – poprawił się szybko.

- Taaa, Ford Anglia stracił skrzydła, czy jakiś czajnik złapał kichę i dolecieć nie mogliście – Vernon nie poddawał się ze złośliwościami.

- Tak właściwie, wuju, to przyjechaliśmy samochodem. Stoi przy podjeździe – Harry odparł swobodnie, ukratkiem puszczając oko do Ginny, która zupełnie nie zrozumiała, o co mu chodzi.

- Przyjechaliście powiadasz. Przyczepiłeś koła do mydelniczki, co… – głos zamarł w ustach, wyglądającego na podjazd wuja. Kiedy zobaczył stojący przy podjeździe samochód.

- Więc gdzie jest szczęśliwa mama? – Ginny zwróciła się do Dudleya.

- Sparkles i mały są w ogródku.

- Mały? – Harry spytał zdziwiony.

- Tak, mamy syna – Wielki De dumnie wypiął pierś.

- No to podwójne gratulacje, De – Harry klepnął kuzyna w plecy tak mocno, jak tylko potrafił. Na De to uderzenie nie zrobiło większego wrażenia.

- Chodźcie, chodźcie. Sparkles się ucieszy widząc cię. Prawdę mówiąc, to ona nalegała, żebym cię zaprosił – Dudley wzruszył ramionami, prowadząc ich przez mieszkanie, które na powrót wyglądało, jak przed wyjazdem wujostwa.

- Jak mama przyjęła małego? – Harry indagował, kiedy szli przez kuchnię, ku tylnym drzwiom. – Z tego co pamietam, nie była zachwycona Sparkles.

- Rodzice są kochani, ale zawsze wiedzą lepiej – Dudley zaczął enigmatycznie.

- Oj jestem pewna, że twoja mama kocha małego. Jaka babcia nie kochałaby własnego wnuka.

- Mama mówi, że mały przypomina jej naszego dziadka. Nawet nazwaliśmy do po dziadku, Evan.

- Nasz dziadek miał na imię Florian.

- Ale był Evansem. Zrozumiesz, jak go zobaczysz. Tak przynajmniej sądzę. Emmo, zobacz, kto się zjawił! – Dudley zawołał do rozmawiającej z kilkoma młodymi kobietami, Sparkles.

- Pan Harry Potter – Emma uśmiechnęła się uroczo. – Jak miło, że pan wpadł.

- Sparkles, to jest Ginny, żona Harrego. Ginny, to jest Emma – Dudley przedstawił sobie kobiety.

- Mów mi Sparkles, a to jest nasz syn, Evan – Przekręciła stojący obok niej wózek, tak by mogli zobaczyć małego. Chłopiec nie spał. Rozglądał się ciekawie, obserwując drgające na wietrze listki. Z ust Ginny wyrwało się mimowolne „Ohhh”, kiedy zobaczyła małego i bynajmniej nie chodziło tu o fakt, że był uroczy, jak każde małe dziecko. Harremu udało się zachować większą powściągliwość, widząc że mały ma urodzę Sparkles i oczy Lily, jego oczy.

- Jest podobny do ciebie, Sparkles – Harry powiedział, obserwując małego. – Strach pomyśleć, jakby odziedziczył urodę De – Wyszczerzył zęby do kuzyna.

- Tak, jest jak Sparkles, tylko oczy ma dziadka Floriana. Tak przynajmniej mówi mama. Prawda mamo? – Dudleyowi udało się wyłowić Petunię, z łatwością, z jaką Horacy wyłowił spośród gości Snape’a w czasie przyjęcia bożonarodzeniowego. Wyciągnął rękę i zagarnął matkę do nich.

- Harry – Przywitała się, robiąc minę, jakby połknęła właśnie cytrynę.

- Dzień dobry ciociu. To jest Ginny – Ginny skinęła uprzejmie

- Żona Harrego – Dudley był tym faktem dziwnie podekscytowany. Petunia jedynie zmierzyła Ginny krytycznym spojrzeniem. – Mały ma oczy jak dziadek Florian, mamo?

- Tak.

- Nie wiedziałem, że dziadek miał takie same oczy, jak Lily – Harry ze zdziwieniem odkrył, że nie czuje napięcia, jakie towarzyszyło mu niegdyś, ile razy wspominano w tym domu jego rodzinę.

- To oczy Evansów, moje oczy są po mamie – Ciotka odpowiedziała chłodno. – Evansowie zawsze mieli te zielone oczy. Dziadek Evans takie miał i jego brat i ich ojciec.

- I moja mama i ja, a teraz Evan też ma takie oczy – Harrego ta sytuacja zaczynała coraz bardziej bawić.

- Nie ma ludzi zupełnie pięknych, ty dla przykładu masz te swoje włosy i szramę – „On ma te oczy” dodała w myślach.

- Petunio, kochana. Wszędzie cię szukam – Marge zahuczała z oddali. – Pyłkownik… To ty!

- Tak, to ja.

- Co ty tutaj robisz. Jak masz czelność przekraczać próg domu porządnych ludzi.

- Dudley i Emma mnie zaprosili.

- Zaprosiliście tego młodocianego przestępcę na chrzest własnego dziecka? – Marge oburzyła się w stronę młodych rodziców.

- Ciociu, proszę – Dudley spróbował uspokoić ciotkę Marge.

- Przestępcę? – Ginny spytała Harrego.

- Tak. Wujostwo nie mogli powiedzieć cioci i sąsiadom do jakiej szkoły poszedłem. Powiedzieli więc, że zostałem umieszczony w ośrodku dla młodocianych recydywistów. Teraz cała okolica widząc nasz samochód myśli zapewne, że zostałem członkiem jakiejś organizacji przestępczej, albo złodziejem aut.

- Dziwię się, że nie siedzisz w więzieniu. Jeśli oczywiście z niego nie uciekłeś.

- Nie uciekłem, nie uciekłem.

- Proszę wszystkich do zdjęcia! – Z głębi ogrodu dobiegł męski głos. Kiedy Harry i Ginny spojrzeli w tamtym kierunku, zobaczyli podstarzałego mężczyznę, spędzającego wszystkich gości pod okwiecony żywopłot, który stanowił wspaniałe tło do zdjęcia.

Przyjęcie trwało do późnego wieczora, po zapadnięciu zmroku przenosząc się do salonu Dursleyów. Harry i Ginny przebywali przez cały czas w pobliżu Sparkles i Dudley’a, dzieląc się swoimi doświadczeniami z opieki nad Teddym. Dudley i Sparkles chętnie słuchali co będzie ich czekać już za kilka miesięcy, kiedy młody Evan podrośnie. Młodzi rodzice byli jedynymi członkami rodziny, cieszącymi się z odwiedzin Harrego.

Po kilku tygodniach przy biurku Harrego ponownie pojawił się Morąg MacDougal. Tym razem list zawierał mugolskie zdjęcie zrobione gościom w ogrodzie Dursleyów. Na tym zdjęciu wszyscy szeroko się uśmiechali, jakby spotkanie to było najradośniejszą chwilą ich życia. Jakże odmienna była to atmosfera od panującej naprawdę.

 

16. O jedno słowo za daleko.

13 kwi

Pierwszym co usłyszała, był dzwonek do drzwi. Nie zdziwiło jej to zbytnio. Od kiedy zamieszkali z nimi Ron i Hermiona, dzwonek przy drzwiach rozbrzmiewał znacznie częściej, aniżeli w „starych dobrych czasach”, kiedy mieszkali z Harrym sami. Teraz nie było dnia, by na ich progu nie stawał ktoś z rodziny lub wtajemniczonych w adres znajomych. Pociągnęła kolejny łyk kawy zbożowej i mocniej zwinęła się w wysiedzianym fotelu, czytając powieść.
- Najmocniej przepraszam, panienko – Skrzat pojawił się z suchym trzaskiem, powodując nagły łomot serca. – To do panienki.
- Kto taki, Stworku?
- Panicz Neville z przyjaciółmi.
- Już idę – niechętnie odłożyła czytaną powieść i zwinnie wyskoczyła z fotela.
Kiedy pokonała ostatnie stopnie schodów w hallu wejściowym faktycznie natknęła się na swojego przyjaciela, który nie był sam.
- Cześć Neville! Ramirez, Ariel? – Dokończyła już mniej radośnie. Obserwując niemal pełny skład grupy uderzeniowej w jej domu. – W czym mogę wam pomóc?
- Ginewro – Urquhart dziwnym trafem postanowił tym razem przemilczeć mówienie do niego po imieniu. – Czy widziałaś się z Harrym?
- Tak, rano i na rozprawie. – odpowiedziała, czując że raczej rozmawia raczej z aurorami na służbie niż z przyjaciółmi.
- A po rozprawie?
- Nie. Po rozprawie nie…
- Ginny – Neville wtrącił się jej w zdanie. – Moglibyśmy usiąść? Nie ma sensu rozmawiać na stojąco, prawda?
- Tak. Oczywiście. Wejdźcie do jadalni, proszę – wskazała im przestronne pomieszczenie, do którego wchodziło się wprost z korytarza.
Aurorzy rozsiedli się, nim im to zaproponowała.
- Wracając do kwestii – Urquhart podjął dalej. – Wiesz gdzie jest Harry?
- Miał zostać w biurze. Tak mi rano mówił. Zapytajcie może Hermionę. Ona widziała się z nim zaraz po rozprawie.
- Czy Harry mógł zmienić plany, albo cię okłamać?
- Harry by mnie nie okłamał. O co chodzi, co się stało z Harrym? – Ginny zaczynała odczuwać lekki atak paniki.
- Czy ostatnio zachowywał się jakoś dziwnie? Inaczej niż zazwyczaj?
- Cały wolny czas siedzieli z Hermioną nad sprawą. Nawet w nocy tylko proces był mu w głowie.
- Czy ten proces go jakoś zdołował? Wspominał coś, że musi odpocząć, odetchnąć? Zerwać się?
- Nie. Co się właściwie stało?! – spytała z naciskiem, choć doskonale znała już odpowiedź
- Przechwyciliśmy zgłoszenie mugolskiej policji – Powiedziała Ramirez, kręcąca się do tej pory pod oknami. – Jakiś mugol znalazł odznakę Harrego na chodniku, trzy ulice stąd i zgłosił policji, myśląc, że to ich odznaka.
- Znaleźli odznakę Harrego? A wy nie wiecie gdzie jest Harry?!
- Czy Harry miał powód by zniknąć? Mógł z jakiegoś powodu uciec, albo się ukryć przed nami?
- Przed wami? Niby po co?
- Czy wiesz, gdzie Harry może przebywać?
- Nie wiem. Nie macie własnego sposobu by go namierzyć? – Aurorzy wymienili posępne spojrzenia.
- Czy w garderobie Harrego brakuje jakiś ubrań? – Urquhart zadał najmniej spodziewane przez nią pytanie.
- Nie, nie sądzę.
- Idź sprawdzić. Ramirez, pójdź z Ginewrą.
Zazwyczaj Ginny ucieszyłaby się z wizyty zespołu. Lubiła tą ekipę, choć zawsze dziwiła się, w jaki sposób się ze sobą dogadują, mimo że każde z nich było zupełnie inne. To jednak było zazwyczaj. Dzisiaj wpadli do nich, oznajmiając że Harry zniknął i zamiast go szukać zadawali okropne pytania.
Nawet Ramirez, która zawsze wykazywała nieprzebrane pokłady dowcipu, dzisiaj szła koło niej skupiona i z zasępioną miną. Ginny była pewna, że Urquhart wysłał Ramirez, by miała na nią oko, gdyby chciała… No właśnie, co ona mogłaby chcieć? Coś sobie zrobić? Przygotować się do ataku na nich? Zniknąć? Oni myślą, że mogę zniknąć jak Harry?!
- O co w tym chodzi – odezwała się ostro, opierając się plecami o drzwi, kiedy znalazły się z Ramirez w pokoju Harrego. – Co to za głupie pytania tam na dole i o co chodzi z tym zniknięciem? Robicie jakąś operację pod przykrywką i się uwiarygadniacie, czy co?
Ramirez opadła na stojące w kącie pokoju krzesło, nie trudząc się nawet przeczesaniem pokoju.
- Musiał je zadać. Te pytania – Ramirez odpowiedziała grobowym, tak bardzo nie pasującym do niej, tonem. – Taka procedura. Ginny, ty naprawdę nie wiesz, gdzie jest Harry?
- Nie wiem. Był na rozprawie, potem miał wstąpić do biura i wrócić do domu – Była zdziwiona, z jaką łatwością i spokojem przychodzi jej ta rozmowa. – Myślę, że jeśli zmienił plany, to powinniście pytać o to Hermionę.
- Marietta i Robards właśnie z nią rozmawiają.
- Robards?! – Tym razem straciła nad sobą panowanie. – To już nie mieliście kogo do niej posłać?
- Robards jest jednym z bardziej doświadczonych aurorów.
- Ale nienawidzi Harrego i jeszcze do tego Marietta, która nienawidzi Hermiony.
- Marietta jest profesjonalistką i bardzo lubi Harrego. Będzie przeciwwagą. Czy Harry spotykał się ostatnio z kimś spoza zwyczajowych znajomych?
- Nic o tym nie wiem, ale nie sądzę. Całe dnie siedzieli z Hermioną nad sprawą.
- Czy spotykał się z kobietami?
- Czyś ty zdurniała! To nie jest zabawne.
- Ja nie sugeruję, że… Ja pytam, czy nie miał jakiś koleżanek. Jakiś przyjaźni?
- Nie! Nic z tych rzeczy.
- Znasz tą kobietę? – Ramirez wyciągnęła z kieszeni sporych rozmiarów zdjęcie. Było czarno-białe i nieruchome. Wyraźnie mugolskie, ale i tak bez problemu rozpoznała na nim Harrego idącego pod ramię z wysportowaną blondynką.
- Skąd to macie?
- Mugole nazywają to monitoringiem. Kamery zamontowane na budynkach, nad ulicami. To zdjęcie zostało zrobione kawałek od miejsca, w którym znaleziono jego odznakę. Więc znasz ją?
- Nie. Pierwszy raz widzę ją na oczy. Wy ją znacie?
- Jakbyśmy ją znali, to by nas tu nie było, co? Mugolskie kamery złapały ich jeszcze cztery razy, jak szli na wschód. Ostatni raz przy stacji metra.
- Myślicie, że gdzieś odjechali metrem?
- Raczej, że się deportowali z tłumu ludzi, a my nie wiemy czemu i dokąd.
- To dlatego Urquhart pytał, czy Harry mógł chcieć zniknąć. Chodzi o to, że idzie z nią pod rękę? Myślicie, że gdzieś się z nią urwał, z tą… kobietą?
- Szczerze? – Ramirez odpowiedziała po krótkiej, acz pełnej napięcia pauzie – Nie.
- No to o co chodzi.
- Sądzimy, że został raczej zmuszony do zniknięcia.
- Przez nią?- Ginny wskazała palcem kobietę na zdjęciu. Ramirez jedynie wzruszyła ramionami. – Dobrze, to co robimy dalej?
- My? Ty nie robisz nic. Znaczy, sprawdź te szafy, tak proforma, a robienie zostaw nam. Jeśli Hermiona nic nie wniesie, to każdy wolny auror w kraju będzie go szukał i uwierz, nie odpuścimy, póki go nie znajdziemy.

Ramirez nie rzucała słów na wiatr. Każdy wolny pracownik Biura Aurorów i połowa Patrolu Przestrzegania Prawa zabrała się za szukanie Harrego. Auror zaginiony bez śladu, to coś, co nie zdarzało się nawet w czasach Lorda Voldemorta. Wtedy aurorzy padali trupem, ale nigdy nie zapadali się pod ziemię.
Wysiłki podejmowane przez służby porządkowe były imponujące, nie znaczyło to jednak, że przyjaciele Harrego siedzieli z założonymi rękoma popijając sobie sok dyniowy.
Każdą wolną chwilę Ginny, Hermiona, Angelina, George, Bill i każdy, kto wolną chwilę miał, nawet Molly, przeczesywali Wielką Brytanię. Gwardia Dumbledore’a zmieniła się w wielką ekipę poszukiwawczą.
Wysiłki te nie na wiele jednak się zdały. Minął pierwszy tydzień, a po Harrym nie było najmniejszego śladu. Wbrew namowom departamentu i samego ministra, którzy chcieli zniknięcie Harrego utrzymać we względnej tajemnicy, George wykupił w kilku mugolskich gazetach ogłoszenie, oferując niebagatelną sumkę za pomoc w odnalezieniu Harrego.
Mugole okazali się niezwykle skorzy do pomocy, kiedy zobaczyli ilość zer w ogłoszeniu od razu pospieszyli z pomocą, choć oczywiście okazywało się, że nie mieli bladego pojęcia o miejscu pobytu Harrego, a jedynie liczyli na trafienie jelenia, który w ciemno wypłaci im nagrodę.
Tak minął i drugi tydzień bezowocnych poszukiwań. Powoli członkowie Gwardii Dumbledore’a i Zespół Szybkiego Reagowania zaczynali być jedynymi osobami wierzącymi w to, że Harrego uda się odnaleźć. Liczba osób wierząca w to, że Harry zniknął wbrew swojej woli, także kurczyła się raptownie.
- Harry gdzieś tam jest i potrzebuje naszej pomocy – Upierała się Ginny, stojąc przed biurkiem Urquharta.
- Ja to wiem, Ginewro.
- Przeszukajcie domy dawnych śmierciożerców, szmalcowników, ich rodzin i przyjaciół!
- Przeszukaliśmy.
- Ariel! – Ginny wykrzyknęła na całe biuro. – Nie siedź za tym biurkiem, tylko coś zrób!
- Robi, robi – Neville z Ramirez wrócili właśnie do biura i co ciekawe, cali byli pokryci ziemią, pyłem i wszelkimi innymi odmianami brudu. – Pilnuje, by nikt nie odpuszczał poszukiwań.
- Gdzie wyście..?
- Groty w górach, w pobliżu Hogwartu – Wyjaśniła jej Ramirez. – Kolejny ślepy zaułek.
- I to dosłownie – Neville zaczął różdżką pozbywać się zalegającego na nim brudu.

W czasie, gdy przyjaciele i współpracownicy szukali Harrego, życie w magicznej Wielkiej Brytanii toczyło się dalej swoim zwyczajnym, lekko pokręconym rytmem.

Sowa przyleciała zupełnie niespodzianie, trzynastego dnia od kiedy Harry zaginął. Kiedy nieduża jarzębata zastukała do okna, wszyscy sądzili, że to list od Harrego, względnie żądanie okupu. Nic z tych rzeczy.
Zaadresowany do Hermiony list zawierał skierowane do jej osoby zaproszenie, na pięćsetny „Doroczny Sabat Czarownic Albionu.” Członkinie stowarzyszenia „Czarownic Albionu” postanowiły uświetnić swój jubileuszowy zlot zaproszeniem znanej i odnoszącej sukcesy postaci, a Hermiona do takich się zaliczała. Co prawda, były sławniejsze kobiety w Wielkiej Brytanii, jak chociażby Gwenog Johnes, czy pani dyrektor McGonagall, ale żadne z tych nazwisk w chwili bieżącej nie elektryzowało tak, jak „Granger”. Kobieta, o której sam Harry Potter powiedział, że zawsze mógł na nią liczyć, w czasie tamtego trudnego roku.
Hermiona została poproszona o wygłoszenie referatu na temat sytuacji młodych czarodziejek pragnących pracować i pracujących w ministerstwie, oraz o opowiedzenie o własnych odczuciach z walki z Sami-Wiecie-Kim. Hermiona nie byłaby oczywiście sobą, gdyby nie przystała na taką propozycję z entuzjazmem i z miejsca nie zabrała się do pracy nad referatem. Może nie pracowała w ministerstwie długo, ale udało jej się już poczynić wiele spostrzeżeń, którymi chciała podzielić się z zebranymi czarownicami. Co się zaś tyczy jej odczuć z walki z Voldemortem. No cóż, bez zgody Harrego wolała nie mówić za wiele.
Wystąpienie Hermiony zapowiadało się zarówno profesjonalnie, jak i emocjonująco. Jednakże jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, wydarza się coś, co sprawia że wszystkie wcześniejsze plany biorą w łeb. Hermionie nie dane było pokazać swego profesjonalizmu, ale i tak było emocjonująco.

- Siostry! – Grzmiała przysadzista kobieta, w więcej jak słusznym wieku. – Każdego dnia jesteśmy świadkiniami wykluczenia i poniżenia kobiet w naszym społeczeństwie. Tak, siostry, kobiety są poniżane. Są spychane do roli elementów wyposażenia domu. Kobiety mają sprzątać, kobiety mają gotować. Kobietom nie wolno się rozwijać. Nie ma kobiet w ministerstwie, a te które są, pełnią tam zaledwie rolę sekretarek. Asystentek. Przedmiotów, które mają cieszyć oczy swoich męskich panów. Sabat mówi Nie!
Żądamy równouprawnienia kobiet w ministerstwie. Żądamy, by kobiety stanowiły połowę pracowników ministerstwa. Żądamy by połowa Wydziałów i Departamentów znalazła się pod zwierzchnictwem kobiet, a na każdego męskiego zwierzchnika przypadało dwie jego zastępczynie, tego żądamy. Zrównania naszych praw.
- Żądamy, by kobiety na równych prawach z mężczyznami mogły pracować – grzmiała inna, tym razem młodsza. – Mogły zakładać własne firmy i rozwijać je, tak by nie przegrywały w wyścigu z mężczyznami. Kobietom należy się pomoc przy zakładaniu działalności, by mogły się rozwijać i wygrywać w konkurencji z mężczyznami.
- Parytety w ministerstwie. Równouprawnienie w nauce. Pomoc przy rozwoju zawodowym! – Wykrzykiwała jeszcze inna.
- Mężczyźni to świnie – zaczęła swoje wystąpienie mała, ładna dziewczyna, która przywodziła na myśl małą myszkę. Takie odczucie towarzyszyło przynajmniej, stojącej w kuluarach Hermionie. – Całowanie ręki, podsuwanie krzesła, otwieranie i przytrzymywanie drzwi.
- Przepuszczanie przodem, by popatrzeć na nasz tyłek – wykrzyknęła jakaś kobieta z sali. Sądząc po głosie, raczej nikt nie miałby już ochoty oglądania tej części jej ciała. Innych zapewne też.
- Przepuszczanie przodem – zgodziła się myszka. – Czy my jesteśmy upośledzone? Czy jesteśmy niedorozwinięte? Mamy problemy umysłowe, lub ruchowe? – Myszka indagowała, a po każdym pytaniu z sali odpowiadało jej chóralne „nie!” – Należą nam się równe prawa. Partnerskie traktowanie i koniec z tymi szowinistycznymi zwyczajami. Potrafimy dać sobie radę same.
- Nikt nie chce dać kobietom równych praw. Tak samo jak nikt nie chce dać równych praw czarodziejom czystej krwi – Koścista kobieta o urodzie konia mówiła monotonnym głosem. Nie musiała wykrzykiwać i podburzać i tak falującego już tłumu kobiet. Była szefową tego zgromadzenia i miała niepodważalny autorytet. – Musimy wywalczyć nasze prawa, ale nie musimy walczyć same. Na naszym spotkaniu gościmy dzisiaj również i mężczyzn – wskazała dłonią na kilka osób w pierwszym rzędzie. Są to członkowie Ruchu Równości – magiczne reflektory skierowały się na skrytą dotąd w cieniu grupę. Teraz dopiero Hermiona ich rozpoznała. Flint, rzekomo będący redaktorem naczelnym „Prawdy”, Zonko, dwóch pracowników ministerstwa, których przelotnie widywała na korytarzach i jakiś Azjata. Nigdzie nie widziała Robardsa, a wiedziała, że nadal pozostawał aktywnym członkiem „ruchu”, nigdzie też nie było nikogo ze słynniejszych czarodziejów czystej krwi, czy wyżej postawionych pracowników ministerstwa, a przecież tacy należeli do ruchu. – Pan Flint, redaktor naczelny „Prawdy”, który był tak miły i zechciał osobiście przygotować relację z naszego zjazdu dla specjalnego wydania jego czasopisma. Panowie Brannon i Braga, pracownicy ministerstwa magii i członkowie ruchu, którzy z pierwszej ręki wiedzą jak żyje się czarodziejom czystej krwi w naszym ośrodku władzy, oraz pan Chang, sekretarz Ruchu Równości. Wielkie brawa, proszę na scenę, panie Chang.
- Chang? – Hermiona bezgłośnie powtórzyła nazwisko ojca Cho. Pan Chang przewodniczącym Ruchu Równości. Ruch trzymał swoje struktury i dokładną listę członków w tajemnicy, ale tego i tak się nie spodziewała. Będzie musiała powiedzieć o tym Harremu, kiedy tylko się znajdzie.
- Dobry wieczór, drogie panie – Pan Chang rozpoczął powolnym, spokojnym głosem – Jest mi niezwykle miło, że zostaliśmy zaproszeni na to wspaniałe spotkanie – W jego mowie było coś irytującego. To jak napawał się wypowiadanymi słowami. Jak dopieszczał każdą głoskę jaka wychodziła z jego ust. W Hermionie wywoływało to fale obrzydzenia. – Problemy i kwestie jakie podnoszą Czarownice Albionu są nam niezwykle bliskie. Tak samo, jak dyskryminowane jesteście wy, Panie, tak dyskryminowani są czarodzieje czystej krwi. Jakie szanse na wydostanie się z więzienia, jakim dla wielu stał się dom, mają kobiety, jeśli ministerstwo stawia na mężczyzn, a wśród mężczyzn wybiera tych, którzy pochodzą spośród mugoli? Jakie, hm? – Chang mówił jednostajnym, pozbawionym jakiegokolwiek ładunku emocjonalnego głosem. – Ruch Równości stoi na stanowisku, że mając wspólne cele należy stanąć ramię w ramię. Już w chwili obecnej blisko czterdzieści procent członków Ruchu Równości stanowią kobiety. Nasze członkinie nie są bynajmniej biernymi obserwatorkami działań, jakie podejmuje ruch. Zachęcamy panie do aktywizacji, aktywnego uczestniczenia we wszystkich naszych działaniach, wzajemnego samodoskonalenia i ciągłego rozwoju. Czas by kobiety wyszły z cienia mężczyzn i Ruch Równości chce być partnerem w tym wyjściu.
Nasz przewodniczący, pan Greengrass – Hermiona zanotowała w pamięci kolejne, istotne nazwisko – przeprasza, że nie mógł dzisiaj znaleźć się wśród pań, zatrzymany ważnymi obowiązkami. Pragnie jednak zaprosić panie do wstąpienia do Ruchu Równości i czynnego uczestniczenia w jego działaniach. Nasze cele są wspólne i nic nie stoi na przeszkodzie, by je zrealizować razem. Połowa ministerstwa dla kobiet i połowa dla czarodziejów czystej krwi. Nie dajmy zepchnąć się na margines. Dziękuję paniom. – Pan Chang schodził z mównicy żegnany oklaskami tłumu kobiet.
- Dziękuję panie Chang – przewodnicząca o urodzie konia, ponownie znalazła się na mównicy. – Pan przewodniczący Greengrass wysłał mi list, w którym osobiście przepraszał mnie, za niemożność stawienia się, więc wybaczam i dziękuję, że zechciał pan reprezentować Ruch Równości na naszym spotkaniu. Wiem, że niektóre z was wyczekują już przerwy obiadowej, ale wstrzymajcie się jeszcze, siostry. Chciałabym abyście powitały jeszcze jednego gościa specjalnego naszego zjazdu. Osobę, dzięki której żyjemy dzisiaj bez jarzma Sami-Wiecie-Kogo. Osobę, która z własnego doświadczenia wie, jak wygląda los kobiet w ministerstwie. Drogie siostry… Hermiona Granger.
Reflektory magicznych lamp zjechały się w jedno miejsce, przy samym brzegu kurtyny, za którą była skryta. Wzięła głęboki oddech i wkroczyła w światło lamp, raźnym krokiem zmierzając ku mównicy. Jej drodze towarzyszyły oklaski. Nie wiedziała jednak, czy są to gromkie brawa, czy jedynie zdawkowe klaskanie. Nie była tutaj dla oklasków.
- Dzień dobry paniom – swoje pierwsze słowa skierowała w głąb sali. – Dzień dobry panom – przejechała wzrokiem po twarzach członków Ruchu Równości. – Jest mi niezwykle miło, że zostałam zaproszona na to spotkanie – Hermiona zrobiła krótką pauzę, patrząc na przygotowany referat, nim odłożyła kartki na bok. – Zostałam poproszona o opowiedzenie o sytuacji kobiet w ministerstwie i wydarzeniach, które poprzedzały upadek Voldemorta – ostatnie słowo wypowiedziała, patrząc ukradkiem na reakcję członków Ruchu Równości i nie zawiodła się. – Przygotowałam się więc do swojego wystąpienia licząc na ciekawą wymianę poglądów z paniami. Odnoszę jednak wrażenie, że nie jestem na spotkaniu, które ma za zadanie omówić współczesne problemy kobiet w magicznej Anglii, Szkocji, Walii czy Irlandii, a na wiecu politycznym, którego jedynym celem jest wykrzyczenie swoich frustracji i doprowadzenie do napiętej sytuacji, oraz eskalacji konfliktu, który nie ma miejsca – po sali poniósł się pomruk niezadowolenia. – Zgodzę się, że w ministerstwie pracuje mniej kobiet, aniżeli mężczyzn i że wedle wszelkich dostępnych danych, procentowo przybywa tam więcej czarodziejów półkrwi i mugolaków. Żadna z tych sytuacji nie wynika jednak z dyskryminowania kobiet w stosunku do mężczyzn. Jeśli brać by pod uwagę jedynie osoby, które obecnie są zatrudniane, proporcje te nie są już jednak tak wyraźne.
To prawda, ministerstwo zatrudnia więcej mężczyzn aniżeli kobiet i być może więcej czarodziejów półkrwi i mugolaków aniżeli czarodziejów czystej krwi. Tego stwierdzić się nie da, gdyż zniesiono ustawę o statusie krwi, ale ta sytuacja nie jest spowodowana dyskryminacją, a równouprawnieniem właśnie. Do nie dawna część czarodziejów stała na stanowisku; „Ja mam czystą krew, mi się należy” i prawo to stanowisko sankcjonowało. W wyścigu o każdy fotel w ministerstwie, jeśli kandydował na nie czarodziej czystej krwi i mugolak to wygrywał czarodziej czystej krwi. Teraz, gdy zniesiono ustawę o statusie krwi, wygrywa ten, który miał lepsze wyniki w szkole, lub większe doświadczenie. Sytuacja taka premiuje ciężką pracę i część z czarodziejów musi się do tego przyzwyczaić.
Jeśli zaś chodzi o kobiety. Kobiet jest mniej w ministerstwie aniżeli mężczyzn, ale nie wynika to z dyskryminacji, a wychowania. Tradycyjne wychowanie w magicznym domu robi z kobiety dobrą matkę, dobrą żonę, ozdobę domu i towarzyszkę męża. Ile spośród pań w czasie swej nauki żyły pod presją rodziny, by osiągać jak najlepsze wyniki? Ile spośród was zachęcano do ciężkiej pracy i odnoszenia sukcesów zawodowych? To nie uprzedzenia, a wychowanie stoją za tym, że w ministerstwie jest tak mało kobiet. Czasy się zmieniają. Wiele kobiet w świecie mugoli odnosi sukcesy, są dyrektorami, politykami, właścicielami dużych przedsiębiorstw, tak zwanymi kobietami sukcesu. Ten trend przenika i do naszego społeczeństwa. Młode kobiety, w szczególności mugolaczki, które widzą jak wygląda tamten świat, nie chcą siedzieć w domach. Uczą się i podejmują pracę zawodową. Jeśli jakaś kobieta ma wyniki pozwalające na zdobycie posady w ministerstwie to ją zdobywa. Co więcej, jest wiele zawodów, gdzie już dziś kobiety stanowią większość. Niech przykładem będzie medycyna.
Myślę, że problemem nie są tutaj uprzedzenia, czy nietolerancja, a zacofanie i źle pojmowany feminizm. Feminizm przez panie uprawiany. Domagacie się panie parytetów, zapewnienia połowy miejsc w ministerstwie, ułatwień w zakładaniu działalności i pracy, a jednocześnie krzyczycie panie precz z otwieraniem drzwi, podsuwaniem krzeseł i domagacie się równego traktowania. Same sobie przeczycie i swoimi działaniami tylko szkodzicie kobietom, którym praca w ministerstwie, czy sukces się należą. Jeśli teraz każda z pań złożyłaby podanie na wymarzone stanowisko i się na nie nie dostała, oznaczałoby to tylko i wyłącznie tyle, że nie powinna go dostać, bo się na nie nie nadaje. Krzywdzicie młode kobiety wykrzykując, że kobietom coś się należy. Kobietom się nie należy, kobiety jeśli czegoś pragną muszą to zdobyć same, pokazując swoją wartość, a nie „bo im się należy”. Są kobiety, które odniosły sukces, bo ciężko na niego zapracowały. Mamy dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Mamy dyrektor Departamentu Współpracy Międzynarodowej. Mamy zarządcę Dziurawego Kotła, która sprawiła, że z dnia na dzień prosperuje on coraz lepiej. Mamy jej koleżankę, która bez pomocy choćby jednego mężczyzny stworzyła w piwnicach Kotła klub, który ściąga gości z całej Wielkiej Brytanii i nie tylko, kobieta jest jedną z członkiń elitarnego zespołu aurorów, inna prowadziła śledztwo przeciwko Gawainowi Robardsowi. Tą listę można ciągnąć w nieskończoność i z każdym dniem będzie dłuższa, a kobiety te łączy jedno. Niczego się nie domagały. Niczego nie żądały. Swoją ciężką pracą osiągnęły pozycję na jaką zasługiwały i jestem pewna, że niejedna z nich sięgnie jeszcze wyżej. To samo tyczy się czarodziejów czystej krwi. To nie ksenofobia spycha ich poza główny nurt wydarzeń, a ich bierność i przekonanie i własnym ja. Dziwię się, że nie ma dzisiaj z panami Gawaina Robardsa, który do niedawna był szefem Biura Aurorów, człowieka, który odniósł sukces. Najwyraźniej nie pasował do przedstawianej przez pana teorii.
Jak dotąd nie zrobiłyście panie nic dobrego dla sytuacji kobiet, a swoim dalszym tego typu zachowaniem możecie tylko zaszkodzić młodym kobietom, które mają szansę odnieść sukces.
Co się zaś tyczy mojego wkładu w pokonanie Voldemorta. Nie macie panie racji, że to dzięki mnie już go nie ma. Zasługa leży w dłoniach wielu osób, także tych, które już nie żyją i nikt nie ma prawa sobie przywłaszczać całej tej zasługi dla siebie. Nikt też tego nie robi. Moja rola w tym wszystkim była nie mniej, ani więcej taka, jak już nie raz mówił o tym Harry. Stałam u jego boku, nie tylko zresztą ja, pomagałam. Raz jeszcze dziękuję Paniom za zaproszenie. Było ono zaszczytem. Życzę wielu sukcesów w prawdziwej walce o prawa kobiet. Dziękuję – Kiedy Hermiona schodziła z mównicy nie towarzyszyły jej oklaski, czy choćby pojedyncze klepnięcia. Towarzyszył jej cichy pomruk niezadowolenia i dezorientacji. Wyraźnie nie tego oczekiwały czarownice goszczące na Sabacie.
- Dziękujemy pannie Hermionie Granger – przewodnicząca raz jeszcze zabrała głos. – Za przedstawienie tego… niespodziewanego punktu widzenia na dyskryminację kobiet w Wielkiej Brytanii. Teraz już zapraszam wszystkich na przerwę, po której spotkamy się ponownie i pamiętajcie. Sabat rządzi, Sabat radzi, Sabat nigdy was nie zdradzi!

Sala bankietowa powoli zapełniała się czarownicami, które szerokim i głośnym strumieniem napływały z kompleksu konferencyjnego, gdzie jeszcze kilka minut temu wygłaszane były płomienne przemowy. Hermiona stała pod ścianą, skryta w cieniu filara, popijając kawę z papierowego kubeczka. Pojedyncze czarownice, które raczyły zwrócić na nią uwagę, posyłały jadowite, pełne nienawiści spojrzenia. Nie przejmowała się tym. Wiedziała, że to co powiedziała było słuszne i jeśli tylko kobiety te zechcą pomyśleć logicznie, przyznają jej rację. Była także poirytowana obecnością Ruchu Równości i umizgami, jakie Sabat wykonywał w ich stronę.
- Odważna przemowa, panno Granger – młoda dziewczyna, niewiele starsza od niej odłączyła się od tłumu. – Naprawdę odważna – pogładziła Hermionę po ramieniu. Nie spodobał jej się ten dotyk. Zesztywniała i wzdrygnęła się. Dziewczyna uśmiechnęła się odrobinę przepraszająco i odrzuciła swój gruby warkocz marchewkoworudych włosów. – Nie wiem tylko, czy była ona rozsądna. Czasami lepiej jest się ugryźć w język. Nie sądzi pani? – Odeszła nie czekając na odpowiedź. Hermiona poczuła, jak jednocześnie robi jej się zimno i gorąco. Dziewczyna mogła nie mieć absolutnie niczego na myśli, a może właśnie miała i była to groźba. Jednym haustem dokończyła kawę, zmięty kubeczek wrzucając do najbliższego kosza i szybkim krokiem ruszyła w stronę bocznego korytarza, prowadzącego do toalet. Byle jak najdalej od tego tłumu w którym mogło kryć się zagrożenie. Dłoń sama odnalazła schowaną w wewnętrznej kieszeni żakietu różdżkę. Pchnęła drzwi damskiej toalety.
„Trzeba było zostać w tłumie” – Dotarło do niej nim upadając na podłogę straciła świadomość.

Dzień w Biurze Aurorów nie był nudny. Jak mógłby być nudny skoro prócz standardowych zadań, aurorzy i członkowie patrolu wciąż szukali najmniejszego śladu Harrego. Wszystko jednak wskazywało na to, że rozpłynął się w powietrzu. Ron miał na ten temat dwie teorie. Przede wszystkim uważał, że Harry nie przebywa na terenie Wielkiej Brytanii, bo już dawno udałoby się wpaść na jakiś jego ślad. Musiał znajdować się za granicą, we Francji, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, może nawet Chinach. Wszędzie tam był poza zasięgiem ich poszukiwań. Druga teoria wynikała z pierwszej. Jeśli Harry zniknął bez śladu, to znaczy, że musiał to zrobić z własnej woli. Każde inne rozwiązanie pozostawiłoby po sobie jakiś ślad. Harry rozpłynął się w powietrzu i jasne było, że tylko on sam potrafiłby tego dokonać. Tutaj też pojawiała się opcja zagranicy, gdzie miał znajomych i przyjaciół, którzy mogli mu pomóc w całej „operacji.” Kiedy Ron próbował przedstawić swoją teorię Hermionie, zrugała go i zabroniła w ogóle wspominać o tym Ginny. Przypomniała mu też, że wszystkie ślady wskazują na to, że Harry nie zniknął z własnej woli. Tajemnicza kobieta, odznaka znaleziona na ulicy, brak jakiegokolwiek ubytku w szafie czy na koncie. Harry zniknął bez pieniędzy, bez ubrań i z osobą, której nikt nie rozpoznawał.
Jednego dnia Ron zapytał Urquharta, czy nie warto byłoby poprosić osoby z zagranicy o pomoc, bo Harrego może więcej już tutaj nie być. Usłyszał jednak odpowiedź, że nie chcą powtarzać sytuacji ze zniknięciem Zivy David i jej ojcem przylatującym do Harrego po prośbie. Jeśli Harry był poza wyspami, musiał liczyć na siebie. Ron nie zamierzał jednak poddać się tak łatwo.
Wiedział, że Harry musiał poznać kogoś za granicą, choć rzadko o tym mówił otwarcie. Kilka razy wspomniał o kimś z Rosji, o kimś z Włoch. Wiele mówił o Chińczykach i oczywiście Zivie, ale ona wracała i w kontekście wydarzeń w Anglii. Nie mogąc się dostać do jego gabinetu, Ron wykopał w archiwum ministerstwa dokument zawierający listę wszystkich uczestników szkolenia, w którym Harry brał udział we Francji. Ktoś musiał go tam znać i pamiętać. Ktoś mógł mu pomóc, choć był to daleki strzał.
Właśnie siedział w swoim boksie trudząc się nad listem do uczestnika z Hiszpanii, kiedy na jego biurku wylądował papierowy samolocik. Taki, jakimi przesyła się informacje w Ministerstwie Magii. Kiedy go rozwinął jego oczom ukazała się koperta z grubego pergaminu. Z wykaligrafowanym napisem „Ronald Weasley”. Bez znaczka, bez nadawcy, bez adresu zwrotnego. Tylko „Ronald Weasley”. W środku znalazł napisany drukowanymi literami liścik
MAMY TWOJĄ SZLAMĘ
JEŚLI CHCESZ JĄ JESZCZE ZOBACZYĆ PRZYLECISZ, DO LITTLEMORE St. JOE I BĘDZIESZ SAM. NIE PRÓBUJ NIKOGO POWIADAMIAĆ. MAMY CIĘ NA OKU. JEDEN ZŁY RUCH I ONA ZGINIE.
W kopercie było coś jeszcze. Coś małego, okrągłego i ozdobionego szlachetnym kamieniem. Pierścionek zaręczynowy, który jej podarował. Raptownie poderwał się z krzesła i na pewno by je przewrócił, jeśli nie byłoby na kółkach, rozejrzał się po sali, ale nie zauważył nic nadzwyczajnego. Wszyscy pracowali, pochyleni nad swoimi biurkami. Nikt go nie obserwował. Nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że narobił trochę hałasu. Jak każdy auror, Ron wiedział, że można obserwować kogoś, wcale na niego nie patrząc. MAMY CIĘ NA OKU przeczytał jeszcze raz. JEDEN ZŁY RUCH I ONA ZGINIE. Może uznałby to za żart. Może poszedłby i pokazał ten list pełniącemu obowiązki szefa Pascalowi, może Urquhartowi. Może by to zrobił, gdyby nie dołączony pierścionek. Szybkim ruchem zerwał z wieszaka swoją pelerynę, przy okazji rozdzierając ją na kołnierzu za który była zawieszona i wystrzelił ze swojego boksu. Będąc już w przejściu uświadomił sobie, że zapomniał o bardzo ważnej rzeczy. Złapał leżący na biurku pierścionek zaręczynowy i popędził w stronę korytarza.
- Dokąd ci tak spieszno, Ron? – Usłyszał za sobą kobiece wołanie. Sąsiednim przejściem szła Marietta, lewitując przed sobą wysoki stos dokumentów.
- Idę do eeee toalet – powiedział pierwsze co przyszło mu do głowy, jednocześnie gorączkowo myśląc o Hermionie.
- Toalety są w tamtą stronę.
- No właśnie, bardzo się do nich spieszę. Rozumiesz – popędził w przeciwnym kierunku, aniżeli wskazany przez Mariettę, w dłoni wciąż ściskając pierścionek zaręczynowy.
Jak nigdy wcześniej zależało mu na czasie, a najszybsza droga z ministerstwa prowadziła go przez salę deportacyjną Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Był już niemal w drzwiach sali, kiedy uświadomił sobie, że z tej sali korzysta się tylko w nagłych wypadkach i jego deportacja nie uszłaby niezauważona. Choć może nie byłoby to takie złe. Wrócił się do złotych wind i jadąc do lobby klął w myślach, czemu te urządzenia są takie powolne. Dalsze wydarzenia pamiętał dość mętnie. Bieg przez lobby. Wyjście zaczarowaną toaletą. Najbliższy zaułek, deportacja.
Stał na brukowanej kocimi łbami ulicy. Przed nim, w dole, rozciągały się ulice jednopiętrowych szeregowców z brunatnej cegły. Długie ceglane ściany z niewielkimi oknami i obdrapanymi, drewnianymi drzwiami. Każda ulica taka sama. Każda prowadząca w jednym, jedynym kierunku: ku wielkiej kopalni przyklejonej swymi wysokimi, stalowymi wieżami do przeciwległego wzgórza. Kawałek wcześniej, przy głównej ulicy, sponad dachów domów wyrastał budynek, który musiał być siedzibą władz miejskich i sądu. Dzisiaj opuszczony, tak samo jak i całe miasto.
„Dzięki ci Margaret.” Mówili dwie dekady wcześniej ostatni mieszkańcy, odchodząc z miasta po zamknięciu kopalni. Niegdyś tętniące życiem czterech tysięcy mieszkańców miasteczko, dzisiaj było wymarłe.
Wyjął różdżkę i powoli zagłębił się pomiędzy opustoszałe budynki. Nikt nie czekał na niego na miejskich rogatkach, ani też na pierwszej przecznicy. Uważnie przyglądał się kolejnym budynkom. Każdy z nich był taki sam, dając ułudę powtarzającego się w nieskończoność deja’vu. Część z zielonych drzwi była wyłamana, wisząc smętnie na jednym zawiasie. Znajdujące się na parterze okna potraciły szyby. Ściany były z rzadka pokryte jakimiś gryzmołami. Niektóre z znajdujących się na piętrze, poza zasięgiem kamieni, okien wciąż posiadały firanki. Brudne, wyjedzone przez mole, ozdobione staroświeckimi wzorkami. Ron uważnie śledził każdą z nich, oczekując najmniejszego ruchu, znaku że ktoś tutaj jest. Firanki trwały w martwym bezruchu. Kiedy dotarł do miejskiego ratusza, który wyglądem niewiele odróżniał się od okolicznych domów – no, może miał jedno piętro więcej i niewysoką wieżę. – Liczył, że ktoś wreszcie do niego wyjdzie. Przez chwilę zastanawiał się, czy ma wejść do środka, przeszukać budynek. Na plecach czuł mrówki, jakie zwykle towarzyszą ukrytej obserwacji.
Ruszył dalej. Przed nim, za ostatnimi z domów, była już tylko kopalnia.
Czekał na niego przy bramie. Szczurowaty chłopak koło trzydziestki z rzadkimi, płowymi włosami i pojedynczymi kłakami zarostu wystającymi z brody. Ron nigdy wcześniej nie widział go na oczy.
- Rzuć różdżkę, Weasley. – Powiedział zza trzymanego w ustach źdźbła, ręce nonszalancko wciskając w kieszenie spodni.
- Gdzie jest Hermiona! – Ron celował prosto w pierś chłopaka, kątem oka obserwując wybudowane przy bramie stróżówki.
- A ten już o szlamie. Aleś ty przewidywalny, Weasley.
- Gdzie jest Hermiona, kanalio!
- Oooo. Trochę grzeczniej, Weasley. Trochę grzeczniej. Rzuć tą różdżkę.
- Zasada pierwsza….
- …Zawsze miej różdżkę – chłopak dokończył za niego. – Co? Zdziwiony? Nie ty jeden znasz zasady Pottera. No już, różdżka na ziemię.
- Wiesz, że mogę cię w tej chwili skasować?
- Wiem. Ale wtedy nie spotkasz się ze swoją szlamą. Rzuć różdżkę, a gwarantuję, że się spotkacie. No już, już. Nie myśl za długo. Twoje myślenie nigdy do niczego nie prowadzi. – Ron zgrzytnął zębami i powoli położył różdżkę na ziemi. – Kopnij ją z dala od siebie. No, bardzo ładnie.
- Gdzie jest Hermiona?
- Cierpliwości, Weasley. Spotkacie się. Widzisz, wykonałeś właśnie „zły ruch”, o którym ci napisaliśmy, ale spokojnie. Ona zginie i ty zginiesz, więc spotkacie się gdzieś tam, w zaświatach.
- Gdzie ona jest?
- Na pewno nie tutaj. Jest w dobrych rękach daleko stąd. Chłopaki – ze stróżówek wyszło czterech mężczyzn. Co najmniej jednego z nich Ron kojarzył, jako pracownika Personelu Technicznego w ministerstwie. Wszyscy celowali w niego różdżkami – Myślę, że nasze spotkanie dobiegło końca. – Ron zezował na leżącą pod krzakiem różdżkę. Może zdążył by do niej dopaść. Może zdążyłby rzucić jeden czar, ale było to jedynie „może”. – Do widzenia, Weasley – Ron zacisnął szczęki, obiecując sobie, że nie zamknie oczu. Zobaczył jak szczurowaty odwraca się plecami, kierując do kopalni. Zobaczył, jak mężczyźni unoszą różdżki i otwierają usta, by wyskandować zaklęcie. Zobaczył rozświetlający ściany stróżówek blask i mężczyzn padających na ziemię. Nim szczurowaty zorientował się, co się stało, leżał twarzą w błocie. Zaklęcia zwodzące opadły i zobaczył stojących obok siebie członków Zespołu Szybkiego Reagowania. Z naprzeciwka nadchodził Harry, ze swoją peleryną niewidką w dłoni. Ze wszystkich stron narastały okrzyki, nawoływania i huk wystrzeliwanych zaklęć.
- Czy ja ci nie mówiłem pierwszej zasady?
- Tak, tak. Zawsze miej przy sobie różdżkę. On też znał tą zasadę.
- Wiemy – Teraz dopiero Ron zorientował się, że zespołowi towarzyszy Marietta. – Jakie to szczęście, że jesteś tak dziecinnie głupi i nie umiesz kłamać.
- Trzeba ratować Hermionę! – Ron otrząsnął się z pierwszego szoku.
- Hermiona jest cała, zdrowa i czeka w Biurze Aurorów.
- Nic się jej nie stało?
- Jest zmęczona. Wściekła i prawdopodobnie chce się z tobą kochać, albo cię zabić, za to że sam poleciałeś ją ratować.
- Ten jest z Służb Administracyjnych Wizengamotu – Odezwał się Urquhart. – Ten to niewymowny. To jest syn Cuffa. Oficjalnie oczyszczony z podejrzeń o bycie szmalcownikiem.
- Najwyraźniej za szybko – wtrąciła Ramirez.
- Tego nie znam.
- To pracownik Personelu Technicznego – wtrącił mu Ron.
- Trzech na czterech członków Czarnego Legionu, to pracownicy ministerstwa. Ładnie – Harry pokręcił głową z dezaprobatą.
- I Hermionie nic nie jest….
- No przecież mówię, że nic.
- A skąd ty się tutaj właściwie wziąłeś? – Ron sensownie spytał Harrego.
- Tak, tak. Też go o to pytamy i nie chce nam odpowiedzieć. Skąd się tutaj wziąłeś, Harry – Ramirez podeszła do rozmawiających mężczyzn.
- Jak już powiedziałem. Nie mogę powiedzieć – Harry odparł enigmatycznie.
- Nie możesz, czy nie chcesz? – Ramirez syknęła, patrząc mu prosto w oczy.
- Nie mogę.
- Wiesz co my przeżywaliśmy przez ten miesiąc? – Syczała jadowicie. – Ile się zamartwialiśmy? Ile najedliśmy się nerwów. Ilu Aurorów cię szukało?
- Wiem – Odparł najspokojniej w świecie. – Ale było warto – Latynoska właśnie miała rzucić mu się do gardła, kiedy wtrącił się ich szef.
- Na to będzie jeszcze czas. Harry, zabierz Ronalda do ministerstwa. Ramirez, ty pomożesz nam w przygotowaniu tych tutaj do transportu. To jeszcze nie koniec.
- Ok szefie, tylko jeszcze jedno. Harry, Ron? – Kiedy się odwrócili, każdy z nich dostał po szybkim prostym w szczękę. Harry poczuł jak pękają mu wargi. Ron miał mniej szczęścia. Ramirez trafiła w nos, łamiąc go i powodując fontannę krwi, tryskającą na szatę. – To za bycie świnią i głupotę. Teraz zjeżdżajcie mi z oczu, obaj.
- No to chodź, Ron – Harry wziął przyjaciela za ramię, z powrotem prowadząc go w stronę miasta.
- Nie lepiej od razu się deportować?
- Nałożyliśmy na całą miejscowość zaklęcia antydeportacyjne i aurorzy do spółki z patrolem przeczesują dom po domu – przyjaciel wyjaśnił mu, kiedy powoli zagłębiali się między budynki.
- Skąd się tak właściwie tutaj wziąłeś?
- Najprościej powiedzieć, że nigdy nie odszedłem. Przynajmniej nie tak naprawdę.
- Znaleźliśmy twoją odznakę, myśleliśmy, że cię porwano.
- Taką mieliśmy nadzieję.
- Były mugolskie zdjęcia, na których towarzyszyła ci jakaś kobieta.
- Naprawdę? No proszę. Tego się nie spodziewaliśmy.
- Jacy my? – Harry zbył pytanie uśmiechem. – Z kim ty byłeś.
- Z różnymi osobami. Przynajmniej w pewnym sensie.
- Przestań kręcić – żachnął się Ron. – O co w tym wszystkim chodzi.
- Jakby ci to… – Harry zaczął mówić, idąc dwa kroki przed Ronem i uważnie obserwując okna. – Wtedy, kiedy zrobili to zdjęcie, wracałem do domu. Czekali na mnie na Grimmauld Place i na sąsiedniej ulicy. I na następnej. Nie wiem ilu ich było, ale szedłem prosto w pułapkę. Na całe szczęście przechwyciła mnie pierwsza. Zawróciła i zaczęła prowadzić w przeciwnym kierunku. Ruszyli za nami. Wyszarpnęła mi z kieszeni odznakę, rzucając ją na chodnik i wciągnęła w boczną uliczkę. Kiedy pojawili się za nami, dla pozorów walnęła mi pod żebra ogłuszaczem i nas deportowała. Wylądowaliśmy w Londyńskim hotelu. Wyjaśniła, że tamci się na mnie zasadzili i że musieli mieć wtyki w ministerstwie, bo inaczej by im się nie udało. Śledziła ich już od kilku tygodni, ale wtedy dopiero wszystko nabrało tempa i w zasadzie to dowiedziała się co się kroi w ostatniej chwili. Aportowała się wprost w tłumie mugoli i zobaczyła, że jest ich zbyt wielu, więc ruszyła na mnie.
- Ale jaka „ona”?
- To nie istotne. Ważne, że uratowała mnie przed tamtymi.
- Kto to był. Legion?
- Czarny Legion, Ruch Równości. To jedno i to samo. To nie miało znaczenia. W pierwszej chwili mieliśmy wrócić na Grimmauld Place, albo do ministerstwa i wyłapać tych, o których się dowiedziała, ale to były płotki i nie znaliśmy ich kontaktów w ministerstwie.
- Więc postanowiliście się zasadzić.
- Mądry chłopiec. Prędzej, czy później musieli się wychylić. Zrobić kolejny błąd. Szukali mnie. Tak jak wy. Uprzedzali każdy wasz ruch. Kiedy mieliście przeszukać któryś z ich domów, oni przenosili się do kolejnego. Byli krok przed wami, a my wiedzieliśmy coraz więcej.
- Nie mogłeś do nas napisać?
- Obserwowali was. Im bardziej autentycznie się martwiliście, tym lepiej było dla nas. Zarówno wy w domu, jak i w biurze. W końcu zaczęli popełniać błędy. Wreszcie dotarło do nich, że jestem poza ich zasięgiem, więc zaczęli przyglądać się wam. Ty z Nevillem byliście w biurze, które zaczęło pracować na najwyższych obrotach. Przestaliście być tak łatwym celem, jak mogłoby się wydawać.
- Co Neville ma do tego?
- Neville załatwił Nagini. Dowodził Gwardią Dumbledore’a jest równie istotny, jak każdo z nas.
- Chcieli załatwić tych, którzy przyczynili się do jego upadku?
- Chcieli załatwić tych, którzy stali się symbolami jego upadku. Nevilla mogli wykończyć nawet odrobinę łatwiej niż ciebie. Jego dom nie był chroniony tak, jak nasz, ale… Zabijając Nevilla pozbywali się tylko jednej osoby, a my stalibyśmy się bardziej ostrożni.
- Atakując któreś z nas, mogli dostać wszystkich. Każde z nas poszłoby mścić drugie.
- Albo ratować – Poprawił go Harry.
- Albo ratować.
- W każdym razie, teraz byliśmy już o krok przed nimi. Zaczęli kręcić się koło Ginny, a potem Hermiona dostała zaproszenie na Sabat.
- Skąd wiedzieliście o tym?
- Trochę stąd, trochę stamtąd, a potem było ogłoszenie w prasie. Wiedzieliśmy też, że członkowie Ruchu Równości pojawią się na Sabacie. Oczywiście mogła to być zmyłka.
- Ale nie była.
- Nie była. Hermiona pojawiła się na Sabacie, pojawili się członkowie Ruchu Równości. Nie wiem, czy od samego początku chcieli ją zabić…
- Chcieli ją zabić!?
- Czy na początku zamierzali jedynie porwać. Hermiona pomogła podjąć im decyzję. W czasie swojego wystąpienia. Notabene szkoda, że go nie słyszałeś. Posunęła się o co najmniej jedno słowo za daleko. Po wystąpieniu próbowałem ją ostrzec.
- Próbowałeś… niby jak?
- Eliksir Wielosokowy. Najwyraźniej jednak, zamiast ją ostrzec, napędziłem jej stracha, bo poszła prosto w pułapkę. Deportowali ją, nim zdążyliśmy zareagować.
- Ale przecież mówiłeś, że jest bezpieczna. Jak ją znaleźliście?
- Udało mi się umieścić jej na ramieniu chiński amulet namiaru. Aportował nas do miejsca, gdzie ją przetrzymywali. Załatwiliśmy siedmiu, czy ośmiu, to bez znaczenia i zabraliśmy Hermionę do biura aurorów.
- A mnie jak znaleźliście?
- Bo na twoje szczęście żaden z ciebie aktor. No i głupi ma zawsze szczęście.
- Że jak?
- W biurze wpadliśmy w sam środek awantury. Okazało się, że Marietta zatrzymała właśnie Erdogana Livera, w chwili, kiedy chciał usunąć z twojego biurka bardzo ciekawy list. Zostawiliśmy Hermionę pod opieką Roy’a i kilku ludzi Nevilla i ruszyliśmy za tobą. Całe biuro aurorów i chyba wszyscy pracownicy patrolu i Grupy Uderzeniowej. Liczyliśmy, że uda nam się złapać tutaj szefów grupy, których zabrakło przy Hermionie i chyba się nie zawiedliśmy. Prawda? – Harry zakończył odrobinę głośniej, odwracając się w stronę Rona, którego odsadził już na dobre trzy metry, z wycelowaną w niego różdżką.
- No proszę, proszę. Potter. – Ron usłyszał za swoimi plecami. – Nie odwracaj się zdrajco krwi, bo zginiesz.
- Goyle, moje serce się raduje! – Harry wykrzyknął uradowany.
- Nie bądź taki wesół i odłóż różdżkę.
- Nie sądzę.
- Odłóż różdżkę i daj mi przejść, albo zobaczysz jego mózg gdzieś na tamtej ścianie – Ron poczuł jak gorący koniec różdżki dotyka jego skroni, przypalając skórę.
- Zaraz powiem ci, jakby to było. Ja odłożyłbym różdżkę, a ty zabiłbyś jego, mnie i poszedł sobie zadowolony.
- Jak nie odłożysz, to go zabiję.
- Teraz powiem ci jak będzie. Ja strzelę w niego – Harry wskazał na Rona – on padnie, ty padniesz i obudzisz się w celi. Oczywiście różdżka może mi zadrżeć i się obudzisz, no nie obudzisz się.
- Ja padnę? Ciekawe jak.
- Impervius! – Zaklęcie rzuciło Goylem o przeciwległą ścianę, Rona powalając swoją siłą na ziemię. – Wszystko w porządku? – Harry zapytał, podając Ronowi rękę i pomagając się podnieść.
- Mogłeś mnie cholera ostrzec.
- A gdzie byłaby zabawa. Petrificus Totalus – Dokończył, celując w Goyla.
- To kto ci cały czas pomagał?
- Zejdź wreszcie z tematu i pomóż mi go podnieść. Wracamy do biura. Przed nami jeszcze niezły ochrzan od naszych kobiet.

 

Nowa Notka Nadchodzi

11 kwi

Nowa notka pojawi się już w niedzielę wieczorem. Uzbrójcie się jeszcze w odrobinę cierpliwości. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Choć filmem akcji ona nie jest :)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Problemy techniczne

03 kwi

Przepraszam za brak możliwości komentowania. Nie wiem na czym polegał błąd. Opublikowałem tekst jeszcze raz i już nie powinno być problemów. Ostatnio mój internet uniemożliwia mi publikowanie na blogu.

 
 
 

  • RSS