RSS
 

Archiwum - Marzec, 2014

15.2 Tylko prawda nas wyzwoli Cz.2

29 mar

- Szanowni państwo, w dniu dzisiejszym za znajdującymi się za moimi plecami drzwiami sali sądowej rozpocznie się niezwykły proces – reporter magicznego radia mówił szybkim, podekscytowanym głosem. – Harry Potter, zwycięzca turnieju trójmagicznego, auror a przede wszystkim człowiek, który pokonał Sami-Wiecie-Kogo. Osoba, której tak naprawdę nie trzeba nikomu przedstawiać pozwał Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Harry Potter domaga się od szkoły uznania Severusa Snape’a za legalnego dyrektora szkoły, przywrócenia mu miejsca w panteonie dyrektorów, oraz zawieszenia jego magicznego portretu w gabinecie dyrektorskim. Jak wszyscy pamiętamy, Severus Snape był śmierciożercą i zagorzałym zwolennikiem Sami-Wiecie-Kogo, który [Severus Snape] z zimną krwią zamordował Albusa Dumbledore’a, następnie zajmując jego miejsce.
Severus Snape był również wieloletnim wykładowcą Hogwartu, gdzie nauczał Eliksirów oraz Obrony Przed Czarną Magią. Jednym z jego uczniów był pan Harry Potter. To w szkole właśnie skrzyżowały się drogi tych dwóch mężczyzn. Świadkowie do jakich udało nam się dotrzeć są niezwykle jednomyślni w swoich wypowiedziach, twierdząc że mężczyźni żywili do siebie czystą i nieskrywaną nienawiść.
Co więc stoi za pozwem pana Pottera? Czy faktycznie chodzi jedynie o prawdę, a może panowie mają jakieś rachunki, których wyrównania Severus Snape oczekiwać może nawet z za grobu?
Możliwe, że nigdy się tego nie dowiemy. Sąd zdecydował o utajnieniu procesu. Czy zdecyduje się również na utajnienie wyroku, a jeśli tak, to czy minister nie wyda panu Potterowi zakazu wypowiedzi dla prasy. Będziemy śledzić wydarzenia sprzed sali, mając nadzieję dowiedzenia się możliwie licznych szczegółów sprawy. Sprzed sali rozpraw, na którą zwrócone są w dniu dzisiejszym wszystkie oczy magicznego świata mówił dla państwa Clarence Voice.
- Dziękujemy ci Clarence – z głośników popłynął głos spikerki znajdującej się w studiu Magicznego Radia. – Szanowni państwo – tym razem spikerka zwróciła się do słuchaczy. – Do relacji naszego reportera powrócimy, gdy tylko pojawią się nowe informacje dotyczące procesu, który rozpocząć powinien się już za kilkanaście minut. Tymczasem, godzina muzyki i Fatalne Jędze z najnowszym przebojem „Spell, Couldron and Rock’n Magic Roll”.

- I wracamy wprost przed salę rozpraw – muzyka urwała się nagle.
- Nadal znajdujemy się w Ministerstwie Magii, gdzie lada chwila rozpocząć ma się rozprawa. Dosłownie przed momentem przemaszerował tędy pełny skład Wizengamotu, znikając za drzwiami sali sądowej. Pojawienie się stron sporu spodziewane jest lada chwila. Przypomnijmy, że Wizengamot w swoim pełnym składzie zbiera się niezwykle rzadko, zazwyczaj dla rozsądzenia spraw kryminalnych. Ostatnie takie zebranie Wizengamotu miało miejsce… Ale proszę państwa oto i są! Mamy obrońców szkoły. Przewodniczącego Rady Nadzorczej, Egona Marlowa, oraz Ministra Magii we własnych osobach. Panie Marolw, panie Marlow – Reporter podniósł nagle głos, przekrzykując pozostałych dziennikarzy. – Czy obawia się pan przegranej?
- Jak to jest stawać naprzeciw Harrego Pottera?
- Panie ministrze, panie minis….
- Czy Harry Potter powinien obawiać się reperkusji w związku z tym procesem?
- Czemu Severus Snape został wykluczony z panteonu dyrektorów?
- Czemu postanowił pan zostać obrońcą posiłkującym, panie ministrze… – pytania nagle się urwały.
- Szanowni państwo – Z głośników popłynął głęboki, lekko bulgotliwy i przepełniony irytacją głos. – Wygłoszę krótkie oświadczenie i na tym poprzestaniemy. Rada Nadzorcza Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie jest w pełni przekonana o słuszności swojej decyzji odnośnie pana Severusa Snape’a, którego zasługom wieloletniego nauczyciela szkoły nie zaprzeczamy. Rada Nadzorcza była jednomyślna podejmując decyzję o wykluczeniu pana Sape’a z panteonu dyrektorów, a jednomyślność taka nie jest częstą. Jednocześnie Rada Nadzorcza z przykrością przyjęła do wiadomości, że przeciwko szkole występuje jeden z najbardziej prominentnych jej absolwentów. Człowiek, któremu szkoła zawdzięcza tak wiele i jednocześnie człowiek, który tak wiele zawdzięcza szkole. Wciąż żywimy nadzieję, że spór ten uda się rozwiązać polubownie. Pan Potter przez cały rok, w którym Severus Snape zasiadał w wieży dyrektorskiej, znajdował się w oddaleniu od magicznego świata i nie posiada niestety odpowiedniego rozeznania w temacie. Dziękuję państwu.
- Panie ministrze…
- Bez komentarza.
- To było oświadczenie przewodniczącego Rady Nadzorczej, Egona Marlowa, który reprezentuje szkołę w tym postępowaniu. Minister Magii ponownie odmówił komentarza, więc możemy się tylko domyślać, jego roli w tej sprawie. Najprawdopodobniej ma on za zadanie dopilnować, by żadna ze stron nie wyjawiła spraw tyczących się tajemnicy Ministerstwa Magii. Możliwe również, że zakaże on wypowiedzi pracownikom Ministerstwa Magii w czasie procesu. Nie posiadamy wykładni prawnej odnoszącej się do interpretacji zakazu wypowiedzi publicznych przez pracowników ministerstwa w czasie rozpraw sądowych. Możemy więc w czasie tej rozprawy być świadkami wydarzeń bez precedensu, jeśli Minister Magii zakaże wypowiedzi pracownikowi, który będzie właśnie składał zeznania, lub będzie zadawał pytanie. Pamiętajmy, że oboje oskarżyciele są pracownikami Ministerstwa Magii. Jak zareaguje sąd? Czy możliwy jest paraliż prac wymiaru sprawiedliwości tylko i wyłączenie ze względu na przepisy tyczące się pracowników ministerstwa? A oto i oskarżyciele. Harry Potter, oraz druga osoba spośród znamienitych abslwentów szkoły, Hermiona Granger. Panna Granger pełni w czasie tej rozprawy rolę oskarżyciela, podczas gdy Harry Potter, mimo że to z jego inicjatywy cała sprawa się toczy, zadowolił się zaledwie rolą oskarżyciela posiłkującego. Muszę przyznać, że jest to niezwykle trudny do zrozumienia zwrot akcji.
- Panie Potter! – Tym razem tumult był o wiele głośniejszy, aniżeli przy pojawieniu się obrony. Każdy chciał wyciągnąć coś z oskarżycieli, a niemal wszystkie pytania kierowane były do Harrego.
- Harry!
- Kilka słów dla magicznej prasy!
- Prosimy, Harry.
- Co czujesz stając naprzeciw swojego szefa?
- Czemu postanowiłeś bronić takiej kanalii?
- Czy wasza wieloletnia nienawiść była tylko grą?
- Co was łączyło?
- Czy za tym procesem kryje się wieczysta przysięga?
- Czemu zrezygnowałeś z roli głównego oskarżyciela?
- Czy to obawa przed porażką?
- Jaką prowadzisz grę?
- Jeśli tylko dopuścicie nas państwo do głosu, na pewno usłyszycie odpowiedzi, na pytania – Harry mówił głosem pełnym werwy i radości. – Wiem, że jesteście podekscytowani tą sytuacją nie mniej niż ja, ale nie będziemy przecież na siebie krzyczeć. To może popsuć odbiór magicznego radia. – Można było przysiąc, mimo że radio nie pozwalało na posiadanie w tej kwestii pewności, że Harry puścił właśnie oczko. Jeśli ktoś znał Harrego Pottera jedynie z artykułów prasowych, szczególnie tych, które pisała Rita, odkrywał właśnie, że zupełnie nie zna jego osoby. Harry nie był tutaj zdystansowany i powściągliwy. Taki jakim znano go z wywiadów prasowych. Choć w ostatnim dał się odrobinę ponieść dowcipowi. Na pewno też nie był to też rozhisteryzowany i zapatrzony w siebie gówniarz z artykułów Rity. Harry Potter był otwarty, był radosny, był przepełniony pewnością siebie. – Jak doskonale państwo wiecie, ja wygłosiłem już oświadczenie dla prasy i sądzę, że nie mogę w tej chwili powiedzieć państwu nic więcej.
- Dlaczego to panna Granger, nie pan jest głównym oskarżycielem w tej sprawie?
- Myślę, że sama wyjaśni to państwu najlepiej.
- Dzień dobry – tym razem przemówiła już sama Hermiona. – Nazywam się Hermiona Granger i na prośbę pana Pottera, jako osoba zaznajomiona z prawem czarodziejów, podjęłam się roli oskarżyciela w sprawie. Zamierzamy udowodnić przed sądem, że wykluczenie Severusa Snape’a z panteonu dyrektorów było działaniem bezprawnym, a co za tym idzie doprowadzić do przywrócenia należnego mu miejsca.
- Czy przez pani obecność mamy rozumieć, że pan Potter, auror, nie jest zaznajomiony z prawem magicznym? – Dał się słyszeć dziumdziowaty głos jakiejś reporterki.
- Jak sama pani zauważyła, pan Potter jest aurorem. Jego zadaniem jest zatrzymywanie osób zagrażających naszemu bezpieczeństwu i wykonuje to zadanie w ramach przepisów prawa karnego. W tej chwili mówimy o zupełnie innej dziedzinie prawa, która leży daleko poza obowiązkami pana Pottera i jej znajomość nie ma najmniejszego związku z wykonywaną przez aurorów pracą.
- Severus Snape był śmierciożercą, czarnoksiężnikiem, wielokrotnie wykazywał się brakiem szacunku wobec osób pochodzenia nie magicznego oraz dyskryminacją uczniów spoza jego domu. Ostatecznie z zimną krwią zamordował Albusa Dumbedore’a – słuchacze usłyszeli innego z dziennikarzy. Zaprzeczy pani temu?
- Nie zaprzeczę. Wszystkie spośród pańskich stwierdzeń są jak najbardziej słuszne i prawdziwe – w tle dało się słyszeć nerwowe chrząknięcie Harrego. – Rozprawa niniejsza nie dotyczy jednak życia Severusa Snape’a, a jego powołania i służby na stanowisku dyrektora szkoły, które nie dawały podstaw do pozbawienia Severusa Snape’a należnych mu honorów.
- Panno Granger – tym razem przemówił już sam reporter magicznego radia – Uważa pani, że Severus Snape powinien być uznany za dyrektora?
- Ufam w osąd pana Pottera.
- Obrona liczy rzekomo na ugodę. Jaka będzie państwa odpowiedź?
- Nic nie ucieszy nas bardziej aniżeli uniknięcie tego procesu, o ile ugoda zawierać będzie spełnienie stawianych przez nas warunków. Teraz już przepraszam, ale musimy udać się na salę rozpraw. Nie chcieli byśmy przegapić naszej rozprawy.

- Była to relacja naszego specjalnego wysłannika na proces rehabilitacyjny Severusa Snape’a – powiedziała spikerka radiowa w studio. – Nie wyłączajcie państwo odbiorników. Do relacji wrócimy, gdy tylko wydarzy się coś interesującego.

Kolejne dni rozprawy nie przyniosły jednak nic interesującego i prezenterzy w studio łączyli się z reporterem jedynie proforma, czasami zapraszając do studia tak zwanych ekspertów.
Pewne nadzieje zebranych dziennikarzy wzbudziła nota prasowa, jaką biuro Wizengamotu opublikowało wieczorem, pierwszego dnia rozprawy. Została ona zacytowana chyba przez wszystkie media magicznej Wielkiej Brytanii, a głosiła:

„W dniu dzisiejszym, przed Zgromadzeniem Pełnym Wizengamotu odbyło się pierwsze posiedzenie w sprawie społeczeństwo przeciwko Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Strony odrzuciły wzajemne oferty ugody, jak również ofertę mediacji sądowej, podtrzymując stanowiska konfrontacyjne. Zgromadzenie Pełne Wizengamotu zmuszone było rozpocząć procedurę przewodu sądowego. Pierwsza rozprawa odbędzie się w dniu jutrzejszym o godzinie dziewiątej rano. Na prośbę obrony Wizengamot odrzucił wnioski oskarżenia o pełne, jak również częściowe odtajnienie procesu.”

Był to ostatni komentarz do sprawy, jaki udało się uzyskać od Wizengamotu. Sędziowie przemykali korytarzem nie zdobywając się nawet na krótkie „Bez Komentarza”, często odgradzając się od reporterów szpalerem oficerów Patrolu Przestrzegania Prawa.
Pół magicznej Anglii liczyło na wspaniały medialny spektakl, zamiast tego otrzymali jedno z nudniejszych wydarzeń roku.
W pierwszych dniach procesu przesłuchiwani byli wyłącznie pracownicy ministerstwa, którzy jak zawsze mieli zakaz wypowiedzi publicznych, wszyscy reporterzy przesiadywali więc w sali konferencyjnej biura prasowego licząc na pojawienie się Ministra, Przewodniczącego Wizengamotu, Percy’ego albo choć jego asystentki. Niestety, ale się nie doczekali. Wychodząc z założenia, że jakakolwiek wiadomość jest lepsza od braku wiadomości, Prawda „wysmarowała” w tym czasie artykuł, rozwodząc się nad powodami, dla których Harry Potter, osoba która wielokrotnie sugerowała, że posiada nikomu nieznane informacje na temat Severusa Snape’a, wyłączył siebie, oraz przebywającą zwykle w jego towarzystwie, więc zapewne posiadającą takie same informacje, Hermionę Granger z procesu. Rozważano możliwość, że Harry Potter jest zwykłym blagierem, lub pomimo rozpętania tego procesu wcale nie chce uniewinnienia Severusa Snape’a, a jedynie prawnego potwierdzenia paszkwili na osobę dyrektora.
Przyznać trzeba, że ta ostatnia teoria brzmiała wielce logicznie i zyskała sobie zwolenników nawet wśród ludzi nie czytających Prawdy, a może przede wszystkim wśród nich…

- Po weekendowej przerwie powracamy na nasze stałe stanowisko przed salą rozpraw – z radiowych głośników ponownie popłynął głos Clarenca Voica. – Zakończyły się już przesłuchania pracowników ministerstwa i wedle posiadanych przez nas informacji dzisiaj spodziewać się możemy pierwszych osób prywatnych, a wśród nich pracowników szkoły, którzy jak nikt inny znali Severusa Snape’a. Proszę jednak pamiętać, że informacje te są nieoficjalne i dopiero wraz z pojawieniem się pierwszego ze świadków dowiemy się na ile są prawdziwe – reporter zrobił krótką pauzę. – W oczekiwaniu na rozpoczęcie rozprawy, przypomnijmy sobie dotychczasowe wydarzenia.

- W ubiegłym tygodniu przed Składem Pełnym Wizengamtu rozpoczął się proces określany mianem „Społeczeństwo przeciw Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.” – Z głośników popłynął miękki męski głos doświadczonego narratora. – Hermiona Granger i Harry Potter wystąpili w roli oskarżycieli, uznając że szkoła dopuściła się pogwałcenia panujących w niej reguł, dyskryminując dyrektora Severusa Snape’a i odmawiając mu należnych zmarłej głowie szkoły honorów. Opinie specjalistów w tej kwestii są podzielone. Przyznają oni, że przepisy jasno wskazują jakie przywileje przysługują zmarłym dyrektorom, a zostały odmówione Severusowi Snape’owi. Zwracają jednocześnie jednak uwagę na wyjątkowość okoliczności w jakich został on powołany na swe stanowisko. Specjaliści zgadzają się w ocenie, że sąd będzie miał niezwykle trudną decyzję do podjęcia i niezależnie od tego, jaka ona będzie, podzieli społeczeństwo wywołując ożywioną dyskusję.

- A teraz już wracamy przed salę rozpraw, gdzie pojawiła się dyrektor szkoły, zgadzając się na udzielenie krótkiego oświadczenia – wciął się specjalny korespondent magicznego radia.
- Dzień dobry państwu – głos dyrektorki jak zawsze był ostry i chłodny. – W chwili obecnej nie potrafię udzielić odpowiedzi na państwa pytania. Zostałam wezwana na rozprawę w charakterze świadka oskarżenia i zamierzam wypełnić to zadanie z należytą powagą, zachowując pełen obiektywizm.
- Pełniła pani rolę wicedyrektora w czasie, gdy Severus Snape był nauczycielem szkoły, oraz tą samą funkcję po mianowaniu go dyrektorem. Co może pani powiedzieć o jego zachowaniu w szkole?
- Severus Snape był znakomitym wykładowcą, możliwe że jednym z lepszych w historii szkoły.
- A jakim był człowiekiem?
- Wolałabym nie wypowiadać się na ten temat przed przesłuchaniem. Dziękuję państwu.
- Severus Snape był jednym z najlepszych wykładowców w historii szkoły – korespondent ponownie relacjonował wydarzenia sądowe. – Wysłuchaliśmy właśnie krótkiego, ale jakże ważnego oświadczenia dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Co mogą wnieść do sprawy Severusa Snape’a zeznania dyrektor McGonagall? Jaką grę prowadzi oskarżenie? I wreszcie, czy „Prawda” ma rację i oskarżenie postanowiło przegrać tą sprawę? Te pytania coraz częściej cisną się na usta osób obserwujących rozprawę.
- W studio gościmy zaś Amando Petrusa, młodszego eliksirowara szpitala św. Mungo.
- Dzień dobry państwu.
- Janusa Thickey’a, ordynatora oddziału Urazów Pozaklęciowych tegoż szpitala.
- Witam.
- Oraz Hieronima Dagwortha, honorowego prezesa założonego przez Hektora Dagworth-Grangera, Nadzwyczajnego Towarzystwa Eliksirów.
- Bardzo mi miło.
- Panie Petrus – dziennikarka zwróciła się do pierwszego z gości. – Wybitny z eliksirów na sumach, wybitny na owutemach. Jest pan jednym z pierwszych uczniów Severusa Snape’a, jak może pan skomentować słowa dyrektor McGonagall?
- Jestem także uczniem profesor McGonagall, która pełniła przez cały mój pobyt w szkole rolę wicedyrektora – zaczął mężczyzna o młodym głosie. – Pierwszy rok mojej nauki w szkole, był również pierwszym rokiem pracy profesora Snape’a. Były to czasy, które możemy porównać do tego, co działo się w ubiegłym roku, co dzieje się teraz, tylko emocje były o wiele intensywniejsze. Ludzie czuli się bezpieczni, cieszyli się, fetowali, trwało wyłapywanie i zsyłanie do więzienia czarnoksiężników, śmierciożerców i innych przestępców, a my szliśmy właśnie do szkoły. Mieliśmy po jedenaście lat, wydawało nam się, że jesteśmy dorośli i czas zawojować świat, a z perspektywy czasu…. byliśmy bandą szczeniaków. Profesor Snape przyszedł do szkoły razem z nami. Był młody, sam niedawno skończył Hogwart i na upartego mógłby być naszym starszym bratem.
Większość naszego roku zwyczajnie się go bała. Ziemista cera, haczykowaty nos, obfite szaty. Niektórzy z nas podejrzewali, że jest wampirem. Dziewczyny przychodziły nawet na jego zajęcia w szalikach, by nie kusić profesora odkrytymi szyjami. Nie mogliśmy zrozumieć,dlaczego starsi uczniowie zamiast się bać, podnoszą przeciw niemu bunt. To prawda, faworyzował Ślizgonów, co do tego nie ma wątpliwości, ale potrafił też docenić porządną robotę. Otwarty sprzeciw starszych uczniów, którzy odmówili uczęszczania do jego klasy owutemowej i cichy opór tych, którzy na jego zajęcia chodzić musieli, był więc dla nas niepojęty. Później dopiero zaczynaliśmy się dowiadywać kim jest Severus Snape. Myślę, że ta wiedza przyszła po części od starszaków, a po części z listów rodziców. Były śmierciożerca nauczycielem w szkole i opiekunem jednego z domów…
- No właśnie, śmierciożerca. Czy Severus Snape starał się kiedykolwiek przeciągać was na stronę czarnej magii i śmierciożerców?
- Śmierciożerców już nie było! Profesor Snape nigdy nie wspomniał o Sami-Wiecie-Kim, czy o śmierciożercach. Owszem był tym wielkim, mrocznym nietoperzem, jakim pozostał do końca. Czuło się, że pasjonuje go czarna magia, ale nigdy nas do niej nie namawiał, ani nam jej nie pokazywał. Jedynymi przejawami jakiś, mrocznych zachowań mogły być jedynie naprawdę groźne eliksiry, jakie pokazywał nam przez niemal cały okres nauki.
- Oczywiście, że pokazywał państwu takie eliksiry.
- Panie Dagworth?
- Zadaniem każdego eliksirowara, który podejmuje się przekazywania swojej wiedzy, na jakimkolwiek etapie magicznej nauki, jest pokazywać pełen wachlarz eliksirów. Zakładam, że jako eliksirowar Munga, pan Petrus został zaznajomiony nie tylko z eliksirami witalności, ale i eliksirem cichej śmierci, czy wiecznego spokoju. Nauczył się pan zapewne również zasad sporządzania wyciągu z Jadownika? – Hieronim Dagworth mówił z pełnym oburzeniem.
- Tak, poznałem.
- Oczywiście, że tak. Podstawą pańskiej pracy jest nie tylko znajomość eliksirów uzdrawiających, ale przede wszystkim trucizn z jakimi przyjdzie panu walczyć. Severus Snape nauczał eliksirów. Nie wiedział, czy jego uczniowie będą pracować w św Mungu, w fabryce eliksirów upiększających, będą produkować eliksiry miłości, czy zostaną seryjnymi mordercami. Miał obowiązek pokazać im wszelkie eliksiry, z jakimi mogą się spotkać. Nie sądzę, by nauczał produkcji zabójczych eliksirów, ale musiał je zaprezentować, by nauczyć produkcji detoksów. Określanie na tej podstawie jego osoby jako czarnoksiężnika, jest co najmniej niestosowne. Był to człowiek, który profesjonalnie wykonywał swoją pracę.
- Jest pan specjalistą spraw związanych z naszymi głowami, jak odniesie się pan do słów przedmówców?
- Jako medyk, zgadzam się ze słowami mojego przedmówcy – Thickey mówił z namysłem i rozwagą Ważnym aspektem leczenia naszych pacjentów, jest znajomość czynników, które ich do nas sprowadziły. Jestem obecnie ordynatorem oddziału Urazów Pozaklęciowych, ale swojej praktyce lekarskiej pracowałem również na oddziale zatruć, gdzie spotykałem się z wpływam różnych środków na pacjenta. Kiedy pacjent trafiał do nas nieprzytomny, musieliśmy rozpoznać, jaką substancją się zatruł i jak stworzyć detoks na tą substancję. Jeśli widziałem, że skóra takiej osoby się skrzy i zaczyna marszczyć, wiedziałem już jaka substancja rozchodzi się po organizmie pacjenta i jaki detoks podać, ale jeśli na przykład dodatkowo czuło się słodki zapach, oznaczało to, że substancja zawierała jakiś, nietypowy składnik. Jeśli nie wiedziałbym, jak stworzyć taką substancję i jaki środek może tak ją zmodyfikować, jak mógłbym prawidłowo dobrać antidotum?
Co zaś tyczy spraw behawioralnych, określenie głowa nie jest stosownym. Samo upodobanie do czarnej magii nie stanowi o charakterze osoby. Powszechnie wiadomym jest, że Severus Snape był zwolennikiem Sami-Wiemy-Kogo. Nie zostałby nim, gdyby nie pasjonowała go czarna magia. Daleko jest jednak od uprawiania czarnej magii, któro stanowi bardziej o ciekawości i zafascynowaniu tym co niebezpieczne i zakazane, do zastosowania jej przeciw innej osobie. Pierwsze z tych zachowań wskazuje bardziej na potrzebę trwania w stanie ekscytacji. Upodobaniu do zagrożenia, odczuwania adrenaliny i towarzyszącej jej euforii. Drugie z zachowań świadczyć mogłoby o zaburzeniach. Braku empatii, zachwianiu standardów współżycia społecznego. Mówiąc potocznym językiem, byciu złym człowiekiem. Nie posiadamy jednak dowodów na takie zachowanie Severusa Snape’a
- Zabił on Albusa Dumbledore’a
- Wydarzenie to nadal nie zostało do końca wyjaśnione, ale jeśli naprawdę tak było należy przed wydaniem osądu rozważyć kontekst tego wydarzenia. Niewątpliwie do zabicia osoby potrzeba pewnego spłaszczenia odczuwania. Wszystko jednak zależy od kontekstu sytuacji. Nie możemy wykluczyć, że był to zwykły wypadek.
- Szpiegował dla Sami-Wiemy-Kogo po jego powrocie.
- Ważnym elementem pani wypowiedzi jest sformułowanie „po jego powrocie”. Severus Snape mógł się zagubić w swej młodości, osoba która raz się zagubiła wpadając w sidła kogoś o silniejszym umyśle jest bardziej podatna na powtórzenie się takiej sytuacji. Zwłaszcza kiedy odnosi się to do ponownego skrzyżowania się jej drogi życiowej z osobą, która przyciągnęła ją po raz pierwszy.
- W chwili powrotu Sami-Wiemy-Kogo Severus Snape pozostawał nadal pod opieką Albusa Dumbledore’a, a jednak go zdradził.
- Po raz kolejny. Nie wiemy kiedy doszło do ponownego przejścia na stronę Śmierciożerców. Możemy rozważać, że właśnie śmierć dyrektora szkoły była chwilą przełomu, w której musiał podjąć decyzję.
- Krótka odpowiedź. Czy Severus Snape był przestępcą, czy też powinien być zrehabilitowany?
- Jestem daleki od wystawiania takiej oceny, na podstawie zachowań, bez poznania ich kontekstu.
- Panie Petrus?
- Profesor Snape wiernie służył szkole przez niemal dwie dekady. Niezależnie od jego wyborów życiowych, w pełni zasługuje na zawieszenie jego portretu w szkole.
- Pan Dagworth?
- Bycie specjalistą w swojej dziedzinie nie oznacza, że należy zamykać oczy na całokształt postępowania osoby. Snape został dyrektorem, w obliczu powszechnego terroru, jako zaznajomiony ze szkołą śmierciożerca. Nie uznaję takiego wyboru.
- Dziękuję panom. Teraz blok reklamowy i wracamy do muzyki.

- Najmocniej przepraszam, że przerwałem państwu słuchania najnowszego kawałka „Czary Mary i jej Magików”, ale dyrektor szkoły właśnie opuściła salę rozpraw – słowa wypadały z ust reportera z prędkością kul wystrzeliwanych z karabinu. – Pani dyrektor, pani dyrektor. Co może nam pani powiedzieć o rozprawie. O co panią pytano? Jak odbiera pani zaistniałą sytuację. Czy po tym przesłuchaniu ma pani wyrobioną opinię ta temat osoby Severusa Snape’a jako dyrektora?
- Tak, jak powiedziałam państwu przed przesłuchaniem. W czasie rozprawy zachowałam pełen obiektywizm, odpowiadając na pytania obu stron. Teraz jedynie do sądu należy, jak zinterpretuje przekazane przez moją osobą informacje.
- „Prawda”. Czy oskarżenie faktycznie działa na niekorzyść Severusa Snape’a?
- W moim odczuciu pytania zadawane mi przez pannę Granger były ukierunkowane na przedstawienie profesora Severusa Snape’a w wybranych sytuacjach, które mogą stanowić obronę jego osoby.
- Pannę Granger? Czy oznacza to, że pan Potter nie bał udziału w przesłuchaniu?
- Pan Potter służył konsultacją pannie Granger, kiedy zadawała ona pytania.
- Nie zadawał pani pytań?
- Otrzymałam jedno pytanie od pana Pottera.
- Jakie to było pytanie.
- Dotyczyło ono chwili opuszczenia przez Severusa Snape’a terenu szkoły.
- Jakieś szczegóły?
- Przykro mi, ale nie mogę państwu więcej powiedzieć. Życzę miłego dnia.
- Jak słyszymy, Harry Potter niemal nie bierze czynnego udziału w czynnościach procesowych – ponownie słychać było jedynie głos korespondenta. W przeciągu czterech godzin zadał on zaledwie jedno pytanie. Albo pan Potter naprawdę nie ma nic do powiedzenia w wytoczonej przez niego samego sprawie, albo też szykuje prawdziwą bombę. Rozprawa nabiera rozpędu. Teraz czas na przerwę obiadową, a tuż po niej kolejny świadek.

- Wybiła właśnie dziewiąta, a to jest wieczorny serwis informacyjny magicznego radia, który przedstawi dla państwa Dancan Longland.
- Witam państwa. Dzisiejszy serwis rozpoczynamy już tradycyjnie od sprawozdania z Brytyjskiego Ministerstwa Magii, gdzie toczy się rozprawa w obronie osoby Severusa Snape’a. Przed salą rozpraw nadal znajduje się nasz korespondent Clarence Voice. Clarence?
- Lepszym określeniem byłoby koczuje. Rozprawa zakończyła się zaledwie przed dziesięcioma minutami, a ja wraz z połową reporterów siedzę na podłodze lobby jedząc kolację, przy zamkniętych w słoikach płomieniach. Zapewne zostaniemy tu do rana i nie wiele nam brakuje, by zacząć śpiewać „Cumba Ya My Lord.” – korespondent mówił spokojnym, trochę znużonym głosem, a w tle słychać było przyciszone rozmowy, przerywane co jakiś czas śmiechem. – Podczas gdy państwo spędzili całe popołudnie na słuchaniu koncertu zespołu „Sabaton”, nam udało się porozmawiać z dwoma kolejnymi świadkami, którzy rzucili trochę więcej światła na toczącą się rozprawę. Pozwolicie państwo, ze zacznę trochę od końca i w pierwszej kolejności porozmawiam z profesorem Slughornem, którego przesłuchanie niedawno się zakończyło, a teraz siedzi tutaj z nami zajadając się grzanymi nad ogniem piankami. Jak się pan miewa panie profesorze.
- Och, bardzo dobrze, bardzo dobrze. Dawno nie bawiłem się na takiej imprezie i to w środku ministerstwa. – Słuchacze w stanie lekkiego szoku słuchali początku rozmowy z wiekowym profesorem Eliksirów.
- Co nam pan powie o przesłuchaniu?
- Och, to było naprawdę ciekawe doświadczenie. Znam osobiście co najmniej połowę z osób znajdujących się na sali. Z wieloma jestem po imieniu. Można więc powiedzieć, że było to takie spotkanie klubu ślimaka w międzypokoleniowym składzie.
- A przebieg samej rozprawy?
- Muszę powiedzieć, że ten proces zarówno mnie zaskoczył, jak i nie zaskoczył. W swojej karierze miałem trzech wybitnych uczniów. Severusa, Harrego i Lily, matkę Harrego. Oczywiście panna Granger również była znakomitą uczennicą i od chwili kiedy panu Potterowie miłość zupełnie zawróciła w głowie, a potem porzucił naukę, to panna Granger stała się najlepszą uczennicą.
- Miłość zawróciła panu Potterowi w głowie?
- Tak. To było już pod w czerwcu, tuż przed końcem roku, kiedy zaczął się spotykać z tą piękną Weasleyówną. Wcale mu się nie dziwię, że nie w głowie były mu eliksiry.
- A rozprawa?
- Tak jak powiedziałem. Harry i Severus byli wybitnymi uczniami i wcale się nie dziwię, że Harry go broni. Wybitne umysły się przyciągają i zawsze znajdują ostatecznie nić porozumienia. Nie wyobrażam sobie, by ich znajomość mogła się skończyć inaczej aniżeli wzajemnym szacunkiem, a nawet przyjaźnią.
- Wszyscy, którzy znali pana Pottera w okresie jego nauki twierdzą jednomyślnie, że jego relacje z Severusem Snapem opierały się na pogardzie i nienawiści, gdzie tu miejsce na przyjaźń?
- Severus miał problem z pogodzeniem się, że jego największy szkolny wróg ukradł mu Lily, a teraz musi uczyć jego syna.
- Severus Snape i Lily Potter byli parą?
- Wtedy Lily była jeszcze Evans, ale tak było, to była miłość od kiedy pojawili się w szkole. Nie mogłem sobie wyobrazić czegoś bardziej niezwykłego. Dwoje mistrzów eliksirów w jednej klasie tak połączonych. Myślę, że Severusowi i Harremu zabrakło tych kilku lat, w czasie których Harry by dorósł i mogliby porozmawiać jak równy z równym. Lily stałaby się w końcu ich nicią porozumienia.
- Czyli Harry naprawdę broni Severusa?
- Harry walczy o Severusa jak lew. Panna Granger zadała kilka naprawdę interesujących pytań, ale to Harry był tym, który ośmieszył i tak śmiesznego w swych pytaniach przewodniczącego Rady Nadzorczej, a potem zgniótł wszystkie jego argumenty. Doprawdy nie wiem skąd ten chłopak to wszystko brał. Ale dzięki niemu przypomniałem sobie i opowiedziałem o najwspanialszych momentach Severusa właściwie od dnia, w którym trafił do szkoły.
- Czyli proces toczy się nie tylko w kontekście roku w którym Severus Snape rządził szkołą?
- Ależ tak się właśnie toczy – Wykrzyknął Slughorn. – Panna Granger dokładnie mnie o to wypytała i nie mam najmniejszych wątpliwości, że Severus został dyrektorem zgodnie z prawem i nie zrobił nic, by mu tą godność odebrać, ale przewodniczący uparł się zrobić z Severusa szumowinę, więc wyciągał różne bzdury z jego życia. Doprawdy nie wiem, kto pozwolił mu pełnić tą funkcję, ten człowiek ledwie zdał owutemy, a Eliksirów nawet się nie uczył po zdaniu sumów.
- Dziękuję, że zechciał pan z nami zostać.
- Ależ to ja dziękuję, wspaniale się bawię.
- Jak słyszeliście państwo profesor Slughorn nie ma wątpliwości co do tego, że Severus Snape powinien być dyrektorem, a znał go przez większość życia. – Dziennikarz ponownie mówił lekko znudzonym głosem, zdawać by się mogło, że w międzyczasie przełykał kęs pianki. – Teraz wrócimy do słów, jakie usłyszeliśmy dzisiaj od Rubeusa Hagrida, kiedy pojawił się w ministerstwie w czasie przerwy obiadowej i wypowiedzianych kiedy wychodził z przesłuchania. Pozwólcie państwo, że zacytuję słowa Rubeusa, które wypowiedział przed przesłuchaniem: „Harry i Hermiona to kochane dzieciaki. Nie takie numery udawało się im wykręcić w szkole i zawsze stawiali na swoim” – powiedział nam przed przesłuchaniem Rubeus Hagrid, a teraz jego słowa po opuszczeniu sali.
- Snape to był kawał skurczybyka – Hagrid zagrzmiał tak, że głośniki radiowe zabrzęczały, tyle wam powiem. Kawał skurczybyka. Nie mogłem pojąć po co taki równy chłop jak Harry chce go w ogóle bronić. Tą prawą odnogę piekła. Śmierciożercę. Mordercę Dumbledore’a – Hagrid niemal krzyczał. – W głowę się drapałem po co te dzieciaki to robią. Potem se siadłem w swojej chacie z Kłem i tak se myślimy. Harry to równiacha. Syn swojego ojca i Swojej matki. Ma serce jak zamek i Hermiona z jej głową. Oni by się nie pchali w takie coś, jakby nie wiedzieli co robią. Wiecie, ich przyjaciel, Ron to bym rozumiał, bo on czasem mia takie pomysły. Albo bliźniacy dla psikusa. Ale Harry z Hermioną? No to se siedzimy tak z Kłem i gadamy o co tutaj chodzi. No ale skoro dzieciaki proszą, a sąd każe, to trza iść. Ja tam nie chce być przyprowadzony przez te diabły z Azkabanu, czy coś. Siadam se na tym kamiennym krześle. Normalnie już poczułem się winny, a nic żem nie zrobił. No to wstaje Hermiona. Wiecie, ja jej nie widziałem wcześniej bo oni siedzą za plecami, widzisz tylko Wysoki Sąd. No to Hermiona staje przede mną i się pyta z uśmiechem, czy się cieszę, że wiosna przyszła, a ten pan przewodniczący, jak nie ryknie, że sprzeciw, bo to tajemnica służbowa. Ja się tam nie znam, ale jaka tajemnica w tym, że się patyczaki lęgnął, albo że mam małe salamandry na kominku. Okazało się, że wysoki sędzia to równiacha jest. Wiecie, wydala to co tamten wykrzyczał i sam mnie pyta, czy już mam małe jednorożce, bo jego wnuczka je lubi.
No to se siedzę i odpowiadam na pytania. No wiecie, czy mnie Snape wywalił jak został profesorem, no a wszyscy wiedzą, że tego nie zrobił, mimo że miałem mamuśkę olbrzymkę i że popierałem Dumbledore’a i Harrego. No to mnie Harry pyta, co Snape robił, jak przyłapał kogoś na jakimś psikusie. No to ja mówię jak było, że wysyłał dzieciaków do mnie, żeby mi pomagały w zakazanym lesie. Tośmy sobie karmili Testrale, albo dziewczyny czesały grzywy jednorożcom. Potem się mówiło, że przepędzaliśmy jakieś gigantoskorpiony, czy pięciometrowe dżdżownice zębiaste. Carrowowie to mało nie sikali ze strachu, a przecie takich stworzeń to nawet nie ma. Jak się raz jeden młodziak oparzył o czajnik, bośmy herbatkę pili zamiast iść do lasu, tośmy powiedzieli, że go jamochłon jadem opluł. Przecież one nie mają ani paszczy ani jadu, a ci idioci aż ryczeli z uciechy, że dzieciakowi tak się przytrafiło.
- Ale Severus Snape powinien wiedzieć, że nie ma takich stworzeń?
- Ja tam nie wiem. Ani razu nie przyszedł, ani nic nie powiedział.
- A jak pan zorganizował ten bankiet wspierający Harrego Pottera, to dyrektor nic panu nie zrobił?
- A bo ja wiem, co on by mi zrobił. Se pijemy herbatkę i wcinamy ciastka, bo parę osób przyszło, aż tu jak nie hycnie srebrna łania, jak nie powie takim dziwnym głosem, że Śmierciożercy idą, no to dzieciaki tylnymi drzwiami i zwiewają, a ja z Kłem od frontu i długa w las do Graupka. Tyle wiem.
- Jak państwo słyszeli, Severus Snape, zdawał się nie być zbyt skutecznym we wprowadzaniu porządków w szkole. Jeśli żadna ze stron nie zdecydowała się, na powołanie dodatkowych świadków, był to ostatni dzień przesłuchań. Jutro zapewne zostaną wygłoszone mowy końcowe

Ostatni Dzień Procesu

- Dzisiejszy dzień przyniósł nam trzt zaskakujące nowiny. – Ponownie mówił korespondent. – Wszyscy tutaj zebrani spodziewaliśmy się mów końcowych i ogłoszenia tuż przed obiadem, lub zaraz po nim, wyroku. Ku naszemu zaskoczeniu, około kwadrans po rozpoczęciu posiedzenia, na korytarzu pojawiła się młoda gwiazda Harpii, Ginewra Weasley. Panna Weasley posłała nam jedynie kilka całusów twierdząc, że jest już spóźniona i z gracją wbiegła do sali rozpraw. Żałujcie państwo, że nie widzieliście, jak ona się rusza! Bardziej rozmowna panna Weasley była po rozprawie.
- Na wstępie, gratulujemy kolejnego świetnego meczu w barwach Harpii.
- Dziękuję. Jak zawsze dziewczyny zagrały na maksa i to się opłaciło.
- To już drugie zwycięstwo, od kiedy do zespołu dołączyła panna Chang.
- Cho robi co do niej należy.
- Wieść niesie, że szczerze się panie nie znosicie. Czy prywatne relacje nie wpłynął na grę zespołu?
- Wie pan gdzie mam prywatne relacje z Cho Chang?
- Nie?
- W każdym miejscu, które znajduje się poza obrębem stadionu.
- Została pani wezwana na rozprawę w ostatniej chwili, kiedy wszyscy spodziewali się już mów końcowych. Skąd to nagłe powołanie pani na świadka. Która ze stron zażyczyła sobie pani zeznań.
- To nie było nagłe powołanie. Wiedziałam, że będę składała zeznania jeszcze nim rozpoczął się proces.
- Która ze stron?
- Oczywiście oskarżenie.
- Co mogła pani wnieść do sprawy?
- Przede wszystkim, byłam jednym z głównych członków Gwardii Dumbledore’a. Formacji, która walczyła kiedy już wszyscy się poddali. Ja, Neville, Luna, Potem dołączyli do nas kolejni. Byłam też jedną z osób, które zostały ukarane bezpośrednio przez Snape’a, nie Carrowów.
- O co panią pytano?
- O wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce w czasie tamtego roku w szkole.
- Wedle słów Horacego Slughorna, była pani związana z Harrym Potterem. Liczne wypowiedzi Rity Skeeter sugerują, że nie tylko wtedy. Czy była to osobista prośba pana Pottera, by zeznawała pani w tej rozprawie?
- Znałam listę świadków, jaka była ustalana przed rozprawą przez Harrego i Hermionę i zdawałam sobie sprawę z tego, że na niej jestem. O powołaniu na świadka dowiedziałam się jednak dopiero z oficjalnej sowy Wizengamotu.
- Czy ta rozprawa wpłynie na pani stosunki z przyjaciółmi?
- Podobnie, jak w przypadku wykonywanej przeze mnie pracy. To co dzieje się w kontekście rozprawy nie ma wpływu na moje życie prywatne. Pozostaje za tamtymi drzwiami.
- Po wysłuchaniu pytań oskarżenia, zapewne również obrony. Czy uważa pani Severusa Snape’a za osobę zasługującą na rehabilitację?
- Uznaję racje Harrego i Hermiony, ale osobiście nie kiwnęłabym palcem w obronie tego człowieka. Teraz już przepraszam, czeka mnie dzisiaj jeszcze trening.

- Była to wypowiedź Ginewry Weasley po opuszczeniu sali rozpraw – kontynuował Clarence. – Po tym przesłuchaniu sądziliśmy, że nic bardziej zaskakującego się nie wydarzy. A jednak, około godziny później na salę rozpraw dostarczono przykryty materiałem, okrągły i płaski przedmiot. Wśród zebranych reporterów przeważa opinia, że mogła to być myślodsiewnia. Jeśli tak w istocie było, czy oznacza to, że któraś ze stron procesu chce posłużyć się wspomnieniami? Czyje miałyby to być wspomnienia i co mogłyby wnieść do sprawy nie wiemy. Na pewno nie są to wspomnienia pana Pottera, ani Panny Granger, których świadectwa nie mogą służyć w sprawie.
Na koniec dzisiejszego dnia otrzymaliśmy oświadczenie Wizengamotu, że wyrok zostanie ogłoszony w późniejszym terminie, o którym zostaniemy poinformowani.

Ogłoszenie Wyroku.

Minęło cztery dni, nim sąd zdecydował się na ogłoszenie wyroku w sprawie. Sala przesłuchań pełna była ludzi. W ławach po jednej stronie zasiadało kilkudziesięciu dziennikarzy z notesami, piórami, lub mikrofonami w dłoniach. Po przeciwnej stronie, na podwyższeniu, górowali nad nimi członkowie Wizengamotu. Pomiędzy tymi zgromadzeniami, przy prostych stołach zasiadało czworo ludzi, którzy odegrali kluczową rolę w tym spektaklu za zamkniętymi drzwiami.
Przewodniczący Wizengamotu kilkukrotnie uderzył o blat marmurową kulą z emblematem Wizengamotu, nim szmery na sali zupełnie ucichły.
- Proszę państwa o ciszę – powiedział do zupełnie już cichej sali. – Zanim dostojni sędziowie Wizengamotu wyrażą swoją opinię co do sprawy, przedstawię podstawę, na jakiej opiera się decyzja sądu.
- Severus Snape, wieloletni nauczyciel Eliksirów, a następnie Obrony Przed Czarną Magią, wybrany został na stanowisko po śmierci Albusa Dubledore’a.
- Którego zabił – padło z ław dla widzów.
- Cisza! – Głos przewodniczącego odbił się echem od wysokiego sklepienia sali. – Sąd przeanalizował przebieg wyboru Severusa Snape’a na stanowisko dyrektora, oraz obowiązujące przy tej procedurze przepisy. Powołując się na Statut Szkoły, jej przepisy wewnętrzne oraz statut Rady Nadzorczej sąd uznaje wybór Severusa Snape’a za zgodny z przepisami i obowiązujący.
Po sali poniósł się szmer podekscytowanych reporterów, przewodniczący Rady Nadzorczej na wpół podniósł się z krzesła wyciągając rękę w geście oburzenia i próby wytłumaczenia czegoś sędziemu. Hermiona delikatnie ścisnęła dłoń Harrego, którą trzymała od chwili, gdy sędzia zaczął mówić o przepisach. Harru odwzajemnił uścisk, ale zachował kamienny wyraz twarzy, wpatrując się nadal w sędziego. Jeszcze nie wygrali.
- Cisza! Cisza! Proszę o spokój, albo zostaniecie państwo wyproszeni! – Przewodniczący wykrzykiwał uderzając marmurową kulą. Ostatecznie osiągnął swój cel, przynajmniej względnie.
- Kwestią otwartą pozostaje dokonane przez Radę Nadzorczą pośmiertne usunięcie Severusa Snape’a ze stanowiska dyrektora. – Sędzia nadal wyrażał stanowisko Wizengamotu. – Rada Nadzorcza niewątpliwie ma prawo do usunięcia dyrektora z zajmowanego stanowiska, kiedy ten nie radzi sobie z powierzonym mu zadaniem. Może to dotyczyć stanu fizycznego, lub umysłowego dyrektora i musi odbyć się w sposób jednomyślny. Nie istnieją jednakże przepisy odnoszące się do usunięcia dyrektora pośmiertnie. Zgoda na taki proceder oznaczałoby akceptację sytuacji, w której prawo działa wstecz i kolejni dyrektorzy mogliby zostać usunięci z panteonu wedle woli i upodobania Rady Nadzorczej bez możliwości obrony.
- Absurd!
- Proszę o ciszę. – Sędzia skarcił przewodniczącego Rady Nadzorczej. – Prawo nie może działać wstecz, ale sytuacja w jakiej znalazła się szkoła bezsprzecznie była specyficzną i nie mającą miejsca w jej historii. Obie strony starały się wykazać swoją rację, przedstawiając działania Severusa Snape’a w okresie jego urzędowania, jak i we wcześniejszym okresie, który dla sprawy nie miał znaczenia. Proszę panie i panów dostojnych sędziów Wizengamotu o wyrażenie swej opinii – Przewodniczący powiedział donośnym głosem, wprost z przepony. – Kto z pań i panów, dostojnych sędziów jest za uznaniem Severusa za niegodnego glorii dyrektora szkoły, proszę o uniesienie ręki – w górę poszybowało kilkanaście dłoni. Siedzący na swych miejscach oponenci nie widzieli dokładnie ile ich było. – Dziękuję. Kto jest za rehabilitacją Severusa Snape’a, uznaniem go pełnoprawnym dyrektorem szkoły, przywróceniem go do panteonu dyrektorów i umieszczeniem jego portretu w gabinecie dyrektorskim, proszę o uniesienie dłoni – Nim jeszcze wszystkie dłonie znalazły się w powietrzu, wśród reporterów podniosła się wrzawa. Okrzyki ekscytacji, mieszały się z oburzeniem, szokiem, radością i pierwszymi próbami komentarza wygłaszanymi przez korespondentów radiowych. Sędzia niezwykle długo i intensywnie walił kulą w blat, by uciszyć zebranych. Harry wpatrywał się w niego i zastanawiał się, co pęknie pierwsze, kula czy blat, rozpryskując odłamki we wszystkich kierunkach. Ostatecznie, kiedy okrzyki jako tako przycichły, sędzia powiedział.
- Uważam rehabilitację dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie za dokonaną! – Wywołało, to kolejną eksplozję okrzyków. Harry i Hermiona wpadli sobie w objęcia, szepcząc do siebie. Udało im się. Wygrali.
Kingsley podszedł im pogratulować wygranej. Przewodniczący Rady Nadzorczej nie potrafił się na to zdobyć i wypadł z sali, nim zdołał go dopaść, któryś z dziennikarzy.

- Jak się państwo czują, jako zwycięzcy?
- Nie czuję się zwycięzcą. Uważam, że spełniłem swój obowiązek wobec Severusa Snape’a, Albusa Dumbledore’a i wszystkich, którzy znali ich osoby.
- Panno Granger?
- Przedstawiliśmy fakty, które naszym zdaniem wskazywały, że Severus Snape miał pełne prawo pozostać w panteonie dyrektorów szkoły. Jeśli ktoś tutaj zwyciężył to prawda przeciwko obłudzie i fałszywej, nadgorliwej sprawiedliwości. Zawsze będę postrzegała Severusa Snape’a jako osobę, która nie zasługuje na moją uwagę. Zrobił wiele rzeczy, by zrazić do siebie mnie i zaskarbić sobie moją wrogość. Dla historii był jednak niewątpliwie pozytywnym bohaterem i osoby, które nigdy nie miały z nim osobistego kontaktu tak powinny go postrzegać.
- Panie Ministrze, jak smakuje porażka? Panna Granger i Pan Potter twierdzą, że nie wygrali tej rozprawy. Ja przyznam, że jej nie przegrałem. Sąd doszedł sprawiedliwości w tej zawiłej historii i to jest najważniejsze.
- Panie Potter, czy ostatniego dnia procesu, to była myślodsiewnia?
- Tak, to była myślodsiewnia – Kingsley odpowiedział za Harrego.
- Czyje to były wspomnienia?
- Severusa Snape’a. Wspomnienia, które sam mi powierzył w ostatnich sekundach swojego życia.
- Horacy Slughorn opowiedział po swym przesłuchaniu ciekawe historie, o panu, pannie Weasley, Severusie Snapie i pańskiej matce…
- Horacy jest nieocenionym źródłem ciekawych opowieści. Nieprawdaż? – Harry zbył pytanie lekką drwiną. – Teraz już przepraszam, ale chciałbym wrócić do domu i odpocząć przed nawałem pracy, jaki mnie czeka.

Epilog

Harry szedł powoli zatłoczoną dziesiątkami ludzi ulicą Londynu. Był popołudniowy szczyt i ludzie, którzy skończyli już pracę zmierzali do swych domów, zapychając najmniejsze przestrzenie wagonów metra, zajmując swymi samochodami każdy centymetr powierzchni ulic i potrącając się na chodniku.
Starał się nie zwracać na to uwagi. Euforia jaka przepełniła go po ogłoszeniu wyroku minęła. Teraz był już tylko zmęczonym człowiekiem, który pragnie wrócić do domu. Wziąć gorący prysznic z żoną i usnąć w jej objęciach. Właśnie rozmyślał o pachnących kwiatami włosach Ginny, kiedy do rzeczywistości przywołało go nagłe szarpnięcie za ramie, które odwróciło go o 180 stopni i już szedł, prowadzony pod ramię przez o głowę wyższą od niego blondynkę, która swoją muskulaturą stanowiła żywą reklamę jakiejś siłowni.
- Staraj się zachowywać normalnie i nie odwracaj się – Odezwała się do niego, gardłowym głosem. – Potrzebuję twojej pomocy. To ja, Ziva.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

15. Tylko Prawda Nas Wyzwoli

22 mar

15. Tylko prawda nas wyzwoli.

- Hermiono? – Harry podniósł delikatnie głos tak, by przyjaciółka mogła go usłyszeć.
- Słucham?
- Mogłabyś do mnie przyjść? – Siedział w swoim gabinecie na trzecim piętrze domu przy Grimmauld Place 12 w Londynie.
- W czym mogę ci pomóc? – Spytała delikatnie uchylając drzwi.
- Wejdź proszę – Wyciągnął w jej stronę rulonik pergaminu, który przed chwilą czytał. Hermiona odłożyła na biurko książkę, którą przeglądała przed chwilą w bibliotece, biorąc pergamin. Na jego powierzchni widniały złamane pieczęcie Ministerstwa Magii i Służb Administracyjnych Wizengamotu.
- Sekretariat Służb Administracyjnych Wizengamotu zawiadamia, że posiedzenie wstępne sądu Wizengamotu w sprawie Społeczeństwo przeciwko Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie odbędzie się 22 marca b.r. – Hermiona przeczytała cicho. – O co chodzi z tą rozprawą?
- O rehabilitację Snape’a – Hermiona osunęła się na stojący przed biurkiem Harrego fotel.
- O rehabilitację Snape’a? – Szepnęła zdziwiona.
- Tak. Złożyłem podanie jeszcze przed wakacjami.
- Złożyłeś podanie?! – Z ust wyrwał jej się okrzyk szoku. – Ty złożyłeś podanie? – Tym razem już szepnęła.
- Tak – Harry siedział wygodnie rozparty w swoim fotelu z dłońmi złączonymi tak, jak miał to w zwyczaju robić Dumbledore. – Jego portret powinien zawisnąć w gabinecie dyrektorskim.
- Zwariowałeś? Przecież ty go nienawidzisz.
- Nienawidzę, ale to niczego nie zmienia.
- Zmienia wiele – poprawiła jego tok rozumowania. – Pchasz się w obronę człowieka, który tobą pomiatał, szydził z ciebie. Robił wszystko, by wyrzucono cię ze szkoły.
- I pilnował, by nie zginął żaden z dzieciaków.
- Tego nie wiesz.
- Wiem – odpowiedział jej z pełnym przekonaniem.
- Pozostaje mi tylko życzyć ci powodzenia, choć ja bym tego nie zrobiła.
- Zrobiłabyś, na moim miejscu byś zrobiła.
- Ale nie jestem na twoim miejscu i mam osobiście nadzieję, że ci się to nie uda. – Wstała, zabierając z biurka czytaną uprzednio książkę.
- Hermiono – powstrzymał ją. – Liczyłem, że zechcesz mi pomóc przy tej sprawie.
- Ja?! – Znów wyrwał jej się okrzyk oburzenia. – Ja miałabym ci pomóc oczyścić Snape’a?
- Hermiono. Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi w niuansach prawnych.
- Znasz prawo nie gorzej ode mnie.
- Ale karne. Poza tym, nie mam twojego mózgu. Ja jestem od egzekwowania prawa, ty umiesz… No cóż, umiesz wykorzystać je do swoich potrzeb – zrobił pauzę, przechylając się do niej nad biurkiem. – Hermiono – zaczął z naciskiem. – Potrzebuję cię.
- I jestem tutaj dla ciebie – odpowiedziała bez zastanowienia. – Ale nie oczekuj ode mnie entuzjazmu. Teraz przepraszam. Muszę przestudiować sporo kodeksów, jeśli masz to wygrać – Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.
Nie po raz pierwszy Harry otrzymywał dowód, że łączy go z Hermioną niesamowita więź. Zawsze kiedy jej potrzebował, była dla niego. On zaś nie wyobrażał sobie, by mógł kiedykolwiek ją zawieść. Teraz Hermiona zgodziła się zrobić dla niego coś, co było sprzeczne z jej własnymi przekonaniami i zgodziła się to zrobić bez mrugnięcia okiem. Nie byli rodzeństwem, nie byli parą, byli tylko przyjaciółmi, ale łączyły ich przy tym więzi, których nic nie było w stanie rozerwać.

Kolejne dni upływały Harremu i Hermionie na przygotowaniach do wstępnego przesłuchania i procesu rehabilitacyjnego Severusa Snape’a. Spisywali wszystkie zapamiętane lub zasłyszane przez nich wydarzenia związane ze szkołą i Snapem.
- A portret Dumbledore’a? On wisiał tam przez cały okres władzy Snape’a.
- Jedynie świadectwo rozumnych istot żywych może stanowić dowód – Hermiona pokręciła głową. – Poza tym, portrety mają obowiązek pomagać kolejnemu dyrektorowi.
- Ale nie kłamać na jego korzyść, szczególnie po jego śmierci.
- Tylko świadectwa istot żywych, Harry.
- Wspomnienia Snape’a.
- Słucham?
- Wspomnienia, które dał nam Snape, wtedy we Wrzeszczącej Chacie. One nadal muszą być w myślodsiewni, przecież McGonagall nic o nich nie wiedziała.
- To jest coś, ale nie nastawiałabym się za bardzo. Wspomnienia Snape’a można, lub można nie uznać za dowód, to wszystko zależeć będzie od konkretnego sędziego i naszych oponentów.
- Dajcie sobie spokój – Ginny stała w drzwiach gabinetu, podgryzając selera z masłem orzechowym. Przysmak, który zawsze przyprawiał Harrego o trwogę. – Snape był, jaki był. Portretu nie dostał i dostał za swoje – Nie pierwszy raz Ginny starała się odwieść ich od pomysłu obrony Snape’a. Do pewnego momentu pomagał jej w tym również Ron, ale podczas jednej z takich dyskusji zapędził się i „zabronił Hermionie” uczestniczenia w tym procesie. Srogo za to odpokutował i od tamtej pory już się nie wtrącał ani słowem.
- Gdyby nie Snape, za kradzież miecza ćwiczyliby na tobie Cruciatusy w lochach, a tak pospacerowałaś sobie po lesie z Hagridem – przypomniał jej Harry. – O, o tym zapomnieliśmy.
- Już zapisuję – przytaknęła Hermiona.
- I tak był dupkiem – Ginny wzruszyła ramionami.
- Wiedźmo. Chcesz wnieść coś nowego do naszej sprawy? – Ginny ostentacyjnie głośno ugryzła ostatni kęs selera i zostawiła ich samych, opuszczając gabinet z gracją baletnicy. – Skrzaty domowe?
- Tak, skrzaty jeśli coś wiedzą, to powiedzą, tyle że skrzatom można nakazać kłamanie.
- Ale nie zaszkodzi spróbować.
- No nie zaszkodzi. Może czegoś się dowiemy – Hermiona przyznała, notując również skrzaty. – Potrzebujemy też listy świadków. My dwoje odpadamy.
- Czemu?
- Prawo zakazuje zeznawać obrońcy, obrońcom posiłkującym oraz oskarżycielom zwykłym i posiłkującym.
- Czyli Rada Nadzorcza może teoretycznie powołać kogokolwiek na swojego posiłkującego. Kogokolwiek, kogo zechcemy zrobić świadkiem i odpada on nam z listy.
- Nie. Tylko osoby, które są obecne na sali podczas przesłuchania wstępnego. To masz już jakiś świadków?
- Skrzaty. Stworek, Mrużka i może jakieś jeszcze inne ze szkoły.
- Ok.
- Trelawney.
- A ona ci po co?
- Snape jej nie wywalił i ochronił ją przed Voldemortem, tak że ten nie wydobył przepowiedni.
- Słuszna uwaga. Może uczniów? Ginny, Neville, Luna, jako ci, którzy kradli ten miecz.
- Luna jest w Mongolii, więc odpada. Ron, skoro nasza dwójka nie może. Musimy powiedzieć o Wrzeszczącej Chacie.
- McGonagall, Flitwick, Slughorn?
- Tylko McGonagall. Przynajmniej na teraz, no i Hagrid.
- Jesteś pewien Hagrida?
- Tak. Chcę usłyszeć o tej imprezie na moją cześć. – Hermiona pokręciła głową zrezygnowana jego głupotą.
- Ktoś jeszcze?
- Na teraz chyba nie.

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany przez Harrego dzień przesłuchania wstępnego. Odbywało się ono na drugim piętrze Ministerstwa. Tym samym na którym pracował Harry, w jednym z pomieszczeń zajmowanych przez Służby Administracyjne Wizengamotu. Było to jasne pomieszczenie, mniejsze od sali lekcyjnej. W jednym jego końcu stało podwyższenie, na którym przy drewnianym biurku zasiadał nowo wybrany Przewodniczący Wizengamotu, wraz ze swoim zastępcą, sekretarzem i woźnym sądowym. Po drugiej zaś, na drewnianych krzesłach, bez jakiegokolwiek biurka, zasiadała obrona i oskarżyciele.
- Dzień dobry państwu – Przewodniczący Wizengamotu zasiadł na swoim miejscu. – Rozpoczynamy przesłuchanie wstępne w sprawie Społeczeństwo przeciwko Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. W imieniu społeczeństwa występują.
- Przedstawiciel oskarżenia, Hermiona Jean Granger i oskarżyciel posiłkujący Harry James Potter – przedstawiła ich Hermiona.
- Ze strony obrony, przewodniczący Rady Nadzorczej Egon Marlow – przedstawił się przewodniczący Rady Nadzorczej szkoły, którego Harry nie widział w życiu – i obrońca posiłkujący Kingsley Shacklebolt z ramienia Brytyjskiego Ministerstwa Magii.
Harry i Hermiona wymieniali między sobą uwagi na temat obecności Kingsley’a, od kiedy pojawił się w sali na kilka minut przed przesłuchaniem. Jak dotąd nie mogli jednak niczego wykoncypować. Jego rola jako obrońcy posiłkującego szkoły była również skrajnie pozbawiona sensu. Ponownie spojrzeli po sobie zdziwieni, ale wiedzieli też, że wkrótce wszystko się wyjaśni.
- Przedmiotem sprawy – podjął przewodniczący sądu. – Jest oskarżenie wniesione przez osobę pana Harrego Jamesa Pottera przeciwko Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie w sprawie nie uznania Severusa Snape’a legalnie urzędującym dyrektorem szkoły i pośmiertne nieumieszczenie jego portretu w panteonie dyrektorów szkoły jako bezprawne. Czy oskarżenie podtrzymuje swoje stanowisko?
- Podtrzymujemy, wysoki sądzie – Hermiona odezwała się w imieniu oskarżenia.
- Czy obrona składania się ku stanowisku oskarżenia i zgadza na polubowne rozwiązanie sporu?
- Nie wysoki sądzie. Wnioskujemy o przeprowadzenie przewodu sądowego.
- Dobrze – przewodniczący powiedział z lekką rezygnacją, jakby naprawdę liczył na rozwiązanie polubowne. – Proszę oskarżenie o przedstawienie swojego stanowiska.
- Wysoki sądzie – Hermiona wstała ze swojego miejsca. – Przede wszystkim pragniemy wyrazić naszą dezaprobatę dla postępowania przed procesowego. Wniosek został złożony w czerwcu ubiegłego roku, co daje ponad dziewięć miesięcy oczekiwania.
- Wizengamot prowadził w tym okresie wiele istotnych z punktu widzenia społeczeństwa spraw.
- Nieprzeprowadzenie tego przewodu wynika wyłącznie z zaniechania Wizengamotu, nie ilości pracy, jaka na nim spoczywała.
- Nie jestem zobowiązany do odpowiedzi na politykę poprzedniego zarządu Wizengamotu. Proszę przejść do sprawy.
- Po śmierci dyrektora szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie Albusa Persiwala Wulfryka Briana Dumbledore’a Rada Nadzorcza Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie wybrała na wakujące stanowisko Severusa Snape’a, wieloletniego wykładowcę Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, profesora Eliksirów oraz Obrony Przed Czarną Magią. Wyboru dokonano w głosowaniu tajnym, jednomyślnie.
Dyrektor Severus Snape poniósł śmierć w noc Bitwy o Hogwart w wyniku ataku węża. Atak inspirowany był przez Toma Marvolo Riddle’a, znanego również jako Lord Voldemort. Jako zgodnie z przepisami prawa wybranemu i zmarłemu dyrektorowi szkoły, Severusowi Snape’owi przysługuje umieszczenie jego portretu w panteonie portretów dyrektorów szkoły.
- Co ma do powiedzenia w tej sprawie obrona? – Sędzia spytał, kiedy Hermiona na powrót zajęła swoje miejsce.
- Wysoki sądzie. Biorąc pod uwagę życiorys Severusa Snape’a niemalże od urodzenia po dzień śmierci, w tym jego zachowanie wobec uczniów, oraz stosunek do czarnej magii…
- Panie Marlow – przerwał mu sędzia. – Niniejsza rozprawa nie dotyczy życiorysu Severusa Snape’a, a jego postawy jako dyrektora szkoły. Tak samo, Rada Nadzorcza swoją decyzję podejmować powinna na podstawie działalności na stanowisku, nie życiorysu osoby pełniącej funkcję dyrektora. Proszę się odnosić do tematu rozprawy.
- Dobrze, wysoki sądzie. Rada Nadzorcza szkoły postanowiła o nie przyznaniu Severusowi Snape’owi miejsca w panteonie dyrektorów, jako osobie wybranej z pogwałceniem procedury wyboru dyrektora szkoły.
- Na czym polegać miało to pogwałcenie? – Wtrąciła mu się Hermiona.
- Severus Snape był jedynym zgłoszonym kandydatem na dyrektora szkoły.
- Statut szkoły w żadnym z punktów nie stwierdza, że do wyborów na stanowisko dyrektora musi być zgłoszona określona liczba kandydatów, w tym, że ma być ich więcej aniżeli jeden.
- Dobrym obyczajem jednak…
- Obyczaj nie stanowi przepisu prawnego – Harry wsłuchiwał się w słowa Hermiony i najchętniej śmiałby się w głos, wiedząc jak dobrą decyzję podjął, prosząc o pomoc właśnie ją. – Ponadto, Rada Nadzorcza ma prawo powierzyć prowadzenie szkoły osobie nie zgłaszającej swej kandydatury na stanowisko. Tak miało to miejsce w przypadku wyboru na to stanowisko Albusa Dumbledore’a. Ponadto, Rada Nadzorcza ma prawo do pozostawienia wakatu na stanowisku i do czasu wyboru odpowiedniego kandydata powierzyć szkołę w tymczasowy zarząd wicedyrektora. Żadnej z tych rzeczy rada nie zrobiła, wybierając Severusa Snape’a dyrektorem w sposób jednogłośny. Podkreślam, jednogłośny.
- Rada Nadzorcza znajdowała się pod presją w czasie wyboru.
- Jak objawiała się ta „presja”?
- Rada Nadzorcza dokonywała wyboru w obliczu zagrożenia życia swoich członków oraz ich rodzin.
- Z czyjej strony pochodziło to zagrożenie?
- Ze strony Śmierciożerców, oraz Sami-Wiecie-Kogo.
- Proszę mnie poprawić. Ale w jaki sposób objawiało się zagrożenie życia. Głosowanie odbywało się w sposób tajny na obradach rady, na których nikogo poza jej członkami nie było. Tak przynajmniej stwierdza protokół z posiedzenia.
-W przypadku gdyby członkowie rady nie zagłosowali na Severusa Snape’a, Śmierciożercy zjawiliby się w naszych domach.
- Głosowaliście państwo tajnie, mogliście zagłosować za kandydaturą, przeciwko niej, albo wstrzymać się od głosu sprawiając, że nie zostanie osiągnięta większość bezwzględna. Jednakowoż, zagłosowaliście państwo jednogłośnie. Nikt by się nie dowiedział, jak głosowaliście.
- Byliśmy zagrożeni. Czuliśmy, że możemy zostać zaatakowani wszyscy.
- Czuliście państwo, ale nikt państwu tego nie powiedział? – Przewodniczący rady milczał. – Tak więc, odmówiliście państwo miejsca w panteonie człowiekowi, którego wybraliście zgodnie z przepisami.
- Severus Snape porzucił swoje stanowisko.
- W którym momencie?
- W noc Bitwy o Hogwart Severus Snape porzucił swoje stanowisko i opuścił szkołę.
- Jeśli mogę – wtrącił się Harry. – Jak pan definiuje „porzucenie stanowiska”?
- Severus Snape opuścił szkołę podczas pełnienia swojej funkcji.
- Dumbledore wielokrotnie opuszczał szkołę, często na wiele dni. Czy on również porzucił swoje stanowisko? – Indagował Harry.
- Albus Dumbledore miał powód, by opuszczać szkołę. Severus Snape, nie miał.
- Severus Snape miał cholernie dobry powód. Był w bezpośrednim zagrożeniu życia ze strony co najmniej dwojga wykwalifikowanych czarodziejów. – Harry podniósł głos, bardziej niż pierwotnie zamierzał.
- Proszę zważać na słownictwo w obliczu sądu.
- Tak, przepraszam wysoki sądzie.
- Czy posiada pan jeszcze jakiś argument? – Sędzia spytał przewodniczącego Rady Nadzorczej.
- Działania Severusa Snape’a w czasie pełnienia swojej funkcji. Jego zachowanie zarówno wobec uczniów, jak i pracowników szkoły.
- Wydaje mi się, że to powinno zostać akurat rozstrzygnięte przez sąd? – Hermiona spytała przewodniczącego sądu, który odpowiedział jej skinieniem.
- Dobrze, proszę państwa. Nie chcę przeciągać dzisiejszego spotkania w nieskończoność. Po zapoznaniu się z argumentacją obu stron przychylam się do opinii oskarżenia, że Rada Nadzorcza postąpiła niezgodnie z obowiązującymi ją przepisami nie dopuszczając do umieszczenia portretu Severusa Snape’a wśród portretów pozostałych dyrektorów. Kwestią otwartą pozostaje motywacja moralna odnosząca się do postępowania Severusa Snape’a w okresie pracy w szkole. Czy w obliczu zaistniałej sytuacji obrona zechce rozważyć wycofanie się ze swojej wcześniejszej decyzji?
- Nie, wysoki sądzie.
- Dobrze, w takim razie. Poproszę oskarżenie o przedstawienie materiału dowodowego, na jakim chce oprzeć sprawę.
- Wysoki sądzie – Hermiona wstała z otwartą teczką w dłoniach. – W pierwszej kolejności, prosimy o opinię. Czy wysoki sąd dopuści świadectwa portretów Albusa Dumbledore’a i Nigellusa Blacka, jako materiał dowodowy w sprawie?
- Dopuszczalne są jedynie zeznania istot żywych.
- Rozumiem, w takim razie oskarżenie zgłasza w ramach materiału dowodowego wspomnienia przekazane przez Severusa Snape’a w obliczu śmierci i zachowane, możliwe do zapoznania się z nimi w myślodsiewni.
- Obrona zgłasza sprzeciw. Wspomnienia mogą być zmanipulowane przez ich posiadacza przed przekazaniem.
- Manipulacja taka pozostawia po sobie zauważalny ślad, co pozwala na wykluczenie wykorzystania takich wspomnień jako materiału dowodowego. Przykładem mogą być wspomnienia Horacego Slughorna przechowywane niegdyś przez Albusa Dumbledore’a.
- Severus Snape był mistrzem oklumencji, któremu udało się zwieść Albusa Dumbledore’a, Lorda Voldemorta, lub też obie te osoby. Mógł on zafałszować swoje wspomnienia w sposób nie pozostawiający śladu.
- Nie istnieją dowody potwierdzające taką tezę – Głos Hermiony zadrżał przepełniony oburzeniem.
- Nie istnieją również dowody zaprzeczające takiej tezie – Kingsley był jak zwykle, niewzruszenie spokojny.
- Wysoki sądzie. Uznanie takiego punktu widzenia będzie równoznaczne z zaprzeczeniem domniemania niewinności! – Straciła panowanie nad sobą, niemal krzycząc na przewodniczącego Wizengamotu, z palcem oskarżycielsko skierowanym w ministra.
- Proszę się uspokoić – sędzia skarcił Hermionę. – Wizengamot przyjmie wspomnienia Severusa Snape’a, jako dowód wspomagający w przypadku nierozstrzygalności sprawy przy pomocy pozostałego materiału dowodowego. Jakim jeszcze materiałem dowodowym dysponuje oskarżenie?
- Chcemy powołać świadków, wysoki sądzie.
- Dobrze. Poproszę nazwiska.
- Ronald Weasley, Neville Longbottom, Ginewra Weasley, profesor McGonagall, profesor Flitwick, Rubeus Hagrid, oraz Draco Malfoy. Chcielibyśmy również przesłuchać skrzaty domowe zatrudnione w tamtym okresie w szkole.
- Sprzeciw! – Wysłuchawszy jakiegoś szeptu z ust ministra, przewodniczący Rady Nadzorczej aż podskoczył w swym krześle. – Skrzatom domowym można nakazać mówienie nieprawdy, więc przesłuchiwanie ich jest bezcelowe. Harry Potter jest właścicielem jednego z tych skrzatów i może manipulować jego zeznaniami.
- Czego pan się tak boi, panie Marlow? – Hermiona spytała, wysoko unosząc brwi. – Prócz Stworka w Hogwarcie pracowało w tamtym okresie i pracuje nadal co najmniej setka skrzatów nie pozostających własnością Harrego Pottera, których zeznaniami dowolnie można dysponować.
- Dopuszczam skrzaty, na zasadzie równiej wspomnieniom Severusa Snape’a.
- Dziękuję wysoki sądzie.
- Czy to wszyscy świadkowie?
- Na chwilę obecną, tak.
- Dobrze. Czy obrona chce powołać swoich świadków?
- Tak, wysoki sądzie. Będziemy również swobodnie dysponować świadkami oskarżenia. Chcemy jednak złożyć wniosek o utajnienie procesu.
- Sprzeciw! Obrona nie ma podstaw do utajnienia procesu.
- Na procesie mogą być poruszane kwestie związane z polityką ministerstwa, które pozostają utajnione przez ministerstwo.
- W toku procesu nie zamierzam podejmować kwestii pozostających w utajnieniu przez Ministerstwo Magii – Harry wtrącił do wymiany zdań. – Wszystkie informacje są jawne i pozostają ogólnodostępnymi.
- Przyjmuję wniosek. Tajność procesu leży w kwestii dobra polityki ministerstwa, oraz bezpieczeństwa społecznego. Proces zostanie częściowo odtajniony, jeśli sąd uzna to za stosowne. Jeśli to wszystko, pierwszą rozprawę wyznaczam na przyszłą środę – Sędzia huknął młotkem, wstając z zajmowanego miejsca.

- W co ty grasz, Harry? – Kingsley podszedł do Harrego i złapał, kiedy tylko opuścili salę.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie – Harry odpowiedział mu swobodnie. – Utajnienie procesu? King, naprawdę?
- Muszę dbać o interesy ministerstwa.
- A ja muszę dbać o interes publiczny, a prawda jest w takim właśnie interesie. Każdy powinien poznać wszystkie wersje wydarzeń tamtego roku.
- Przecież ty nienawidzisz Snape’a.
- Mogę go nienawidzić, ale jestem mu winien przynajmniej ten jeden portret. Przepraszam cię Kingsley, ale muszę wracać do pracy.

Informacja o procesie rehabilitacyjnym Severusa Snape’a stała się newsem nr.1 Proroka Wieczornego i wszystkich serwisów informacyjnych magicznego radia. Następnego dnia pisały o tym już niemal wszystkie pisma wychodzące w magicznej Wielkiej Brytanii. Przez kolejne dni artykuły i felietony o Severusie Snapie utrzymywały się nadal w TOP 10 każdego magicznego źródła informacji.
We wtorkowe popołudnie Harry zdobył się – za namową Hermiony – na wygłoszenie oświadczenia.
W sali konferencyjnej Biura Prasowego Brytyjskiego Ministerstwa Magii zebrali się wszyscy akredytowani przy ministerstwie dziennikarze, by wysłuchać słów „Chłopca, który zwyciężył”. Okazja była tym donioślejsza, że od upadku Voldemorta Harry wypowiedział się dla prasy zaledwie cztery razy, z czego dwa stanowiły jednozdaniowe komentarze.

Trudno jest jednoznacznie powiedzieć, na ile świadoma była gra słów, jaką Harry wykorzystał w swoim oświadczeniu, istotne że następnego dnia pierwszą stronę „Prawdy” zdobił wielki nagłówek:

„Tylko Prawda nas wyzwoli”
„Nie byłem przyjacielem Severusa Snape’a. Nie mogę powiedzieć, bym był wobec niego chociażby obojętny. Nasze wzajemne stosunki najprościej mogę określić jako wzajemna nienawiść. Uważam jednak, że niezbędną jest rehabilitacja Severusa Snape’a, bo tylko prawda nas wyzwoli. Pomimo całego braku uroku i empatii, jakimi się charakteryzował, oraz wielu osobistych niesnansek, w świetle znanych mi faktów uważam że Severus Snape, jako dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, nieustannie działał na rzecz dobra jej uczniów, chroniąc ich przed wprowadzonymi do szkoły przez Voldemorta Śmierciożercami w osobach rodzeństwa Carrow. Świat musi dowiedzieć się, jakim człowiekiem był Severus Snape, a pokazanie jakim był dyrektorem uważam za dobry początek.”

- Tylko prawda nas wyzwoli? – Hermiona mruknęła do niego, gdy siedzieli w ławie sali sądowej. – Subtelniej już tego nie mogłeś ująć?
- Tak jest idealnie – odpowiedział, niemal nie ruszając ustami.
W ławach dla widzów tłoczył się spory tłum dziennikarzy i pracowników ministerstwa, którzy akurat nie mieli nic ciekawszego do roboty. Dla części z nich zabrakło miejsc siedzących. Proces odbywał się przed składem pełnym Wizengamotu.

Sędzia rozpoczął od przydługiego wyłuszczenia zebranym czego tyczy się podejmowana sprawa, przedstawiając stanowiska obu stron procesu, oraz przybliżając osobę Severusa Snape’a, którego sprawa się tyczyła. Kiedy zbliżał się ze swoją opowieścią do zakończenia, Harry resztkami sił powstrzymywał się, by nie kazać sędziemu przewinąć historii i przejść do sedna. Ostatnimi czasy, mając więcej pracy, czy też zwyczajnie dzięki porządkom Pascala nie musząc siedzieć w biurze, Harry zwykł tracić cierpliwość, gdy ktoś zamiast powiedzieć od razu czego od niego chce, plótł farmazony. W takich właśnie chwilach kręcił wymownego młynka palcami wskazującymi i mówił „Przewiń historię, do rzeczy.” Tym razem mogło to nie być najlepszym rozwiązaniem. Tak przynajmniej mu się wydawało.

Kiedy wreszcie proces się rozpoczął Harry przekonał się dotkliwie o dwóch rzeczach. Przede wszystkim, cały proces zapowiadał się na niesamowicie nudny. Po każdym zadanym przez niego lub Hermionę pytaniu, przewodniczący Rady Nadzorczej wykrzykiwał sprzeciw, żądając wycofania pytania ze względu na tajemnicę służbową, lub dobro publiczne. Raz nazbyt się zapędził i nie słuchając Hermiony zażądał utajnienia sprawy, kiedy Hermiona zapytała Hagrida czy cieszy się z nadchodzącej wiosny. Sędzia oczywiście wniosek oddalił podobnie jak wszystkie inne, kolejny kwadrans poświęcając na uspokojenie widzów oraz części składu sędziowskiego, którzy zaśmiewali się do łez.
Po drugie zaś, Harry przekonał się że walka o prawdę niekoniecznie musi zaskarbić mu przyjaciół. Większość osób, nawet ci którzy wiedzieli że ma rację, reagowało w najlepszym wypadku obojętnie na jego starania. Paradoksalnie na pełne wsparcie mógł liczyć ze strony Ruchu Równości i kontrolowanej przezeń „Prawdy”. Harry z ucieleśnienia upadku ministerstwa przerodził się na łamach gazety w heroicznego obrońcę tradycji, który walczy o oddanie sprawiedliwości ponad prywatnymi animozjami.
______________________________________________________________________________________________________________________

Chcę was przeprosić, ale nie udało mi się na czas ukończyć rozdziału. Jego druga część, a właściwie zakończenie opublikuję w ciągu nadchodzącego tygodnia.
Mam na głowie trochę innych zajęć twórczych, tym razem nie literackich. Pierwszego kwietnia pochwalę się, co w takim stopniu zabrało mi czas.
Mam nadzieję, że czytało wam się przyjemnie i będziecie czekać na ciąg dalszy.
Pozdrawiam.

 

14. Kobiety też są z Marsa

08 mar

Nim pozwolę (tak jakbym mógł zabronić) zagłębić się w rozdział, chciałbym powiedzieć kilka słów wstępu.
Przede wszystkim chciałbym przeprosić was wszystkich i każdego z osobna za nie odpisywanie na komentarze i nie aktualizowanie terminarza notek. Ostatnimi czasy

Historia 1: Ginny

- Dobra, panny. Rzućcie te miotły w cholerę – Trener krzyknęła, ciskając podkładką do notowania w murawę. – Idziemy się napić.
- Co?! – Wykrzyknęło kilka z zawodniczek.
- Ale czemu? – Green przyszybowała do trener Jones.
- Bo to nie ma sensu – Gwenog odpowiedziała lekko załamana. – Czy spędzimy na tym boisku cały dzień, czy pójdziemy się porządnie spić, wynik meczu będzie taki sam. To nie jest nasz sezon, panny – Był środek sezonu ligowego, który w tym roku zbiegł się w czasie ze środkiem sezonu grypowego, pozbawiając Harpie trzech zawodniczek podstawowego składu. O ile strata słabych pałkarek była to żadna strata, o tyle niedyspozycja szukającej już tak bezbolesna nie była. Jackobs może i była przeciętną szukającą, ale Harpie nie posiadały nikogo choć zbliżonego poziomem do jej umiejętności, a znaczyło to że szukaniem znicza mogła zająć się dowolna osoba zdolna utrzymać się na miotle.
- Hej – Ginny wylądowała obok Green. – Trenerko, ja naprawdę się staram. Nie powiem co sobie wypluwamy z dziewczynami zdobywając punkty.
- Tak. Tobie nie mam nic do zarzucenia Weasley. Coraz lepiej zgrywasz się z dziewczynami i ścigające mamy może nie najlepsze, ale grające na maksa.
- Znaczy, że niby ja rozkładam drużynę? – Green zmierzyła Gwenog posępnym spojrzeniem.
- Nie, grypa ją rozłożyła. Grypa rozłożyła nas. Chodźcie już na to piwo – Trener Jones ruszyła w stronę szatni. To naprawdę nie był ich sezon i zdążyła już przegrać kolejne cztery mecze ligowe i jeden towarzyski, a to nie wróżyło dobrze jej karierze trenerskiej, choć władze klubu zarzekały się że jej posada jest bezpieczna. Władze klubów zawsze tak mówiły.
Podłamana Gwenog Jones była czymś czego zawodniczki, a tym bardziej kibice, jeszcze nie widzieli. Była ona zawsze wulkanem energii i entuzjazmu, oraz nieopisaną wprost skarbnicą przekleństw i inwektyw. Dziewczyny spodziewały się, że Gwenog żartuje prowadząc je do rzekomego baru. Ale ona nie żartowała. Kazała im się przebrać w szatni i zabrała wprost do baru. Nie był to jednak jeden z lokali na Pokątnej czy w Hogsmeade, gdzie wszyscy ropoznaliby zawodniczki Harpii. Gwenog wiedziała że zapowiada się picie na smutno, więc zabrała je w miejsce gdzie nikt nie mógł, a przynajmniej nie powinien ich rozpoznać. Do podrzędnego, mugolskiego pubu na przedmieściach Hollyhead. Jak się miało później okazać, pub ten miał się stać stałym miejscem opijania meczy.
Wnętrze było ciemne, a powietrze tak gęste od dymu, że można było kroić je nożem bez większych problemów. Kilku grubych i brodatych mężczyzn w mocno średnim wieku, sądząc po stopniu zażyłości z barmanem stałych bywalców, odwróciło się, by z pełną dezaprobatą zobaczyć wchodzące młode kobiety.
- Osiem piw, ciemnych i mocnych, nie jakiś zagranicznych szczyn – Jones zakomenderowała barmanowi. Mężczyzna popatrzył niechętnie na kobietę i zaczął wyciągać zgrabne kufle na piwo. – Nie, nie w tych szklaneczkach. W porządnych dużych kuflach – Mężczyzna sapnął i zaczął wyjmować kolejne kufle, tym razem potężne, takie z jakich pili obecni mężczyźni, mieszczące co najmniej litr piwa.
Dziewczyny sączyły powoli swoje piwa, często krzywiąc się przy każdym łyku. Prawie żadna z nich nie miał doświadczenia w piciu mugolskiego piwa, a żadna prócz trener Jones nie miała doświadczenia w piciu mocnych ciemnych piw o gorzkim smaku, które wykręcają umysł i wnętrzności.
- Potrzeba nam jest porządnej szukającej – Gwenog przemówiła cicho po dobrym kwadransie picia w milczeniu. – Porządnych pałkarek, choć nie powiem Greengras, radzisz sobie znośnie. Potrzeba nam jeszcze lepiej punktujących ścigających, a jak nie możemy mieć tego wszystkiego, potrzeba nam obrończyni cudotwórcy – Dopiła jednym haustem swoje piwo i podniosła do góry kufel, sygnalizując barmanowi, że domaga się kolejnego. Kiedy dostała co chciała, podjęła swoją wypowiedź. – W ubiegłym sezonie mieliśmy cztery mocne zawodniczki. Cztery liderki swoich formacji grające na wysokim poziomie. Mnie w ataku, Amandę Gonzales, pałkarkę reprezentacji Walii, Gertrudę Zimmerman szukającą znicza i Green przy pętlach. Miałyśmy rezerwy, z których mogłyśmy czerpać w razie potrzeby. Dziś z pierwszego składu zostały nam Green i Gunner – popatrzyła na dwie dziewczyny. – Nie było ani jednego transferu ani pieniędzy na niego, więc zespół uzupełniły nam rezerwowe, z których tylko ty miałaś jakikolwiek kontakt z meczami ligowymi – wskazała na pełniąca rolę skrzydłowej ścigającej, Smith. – Reszta… – machnęła ręką.
- My naprawdę robimy co możemy, trenerko – Obruszyła się druga z rezerwowych pałkarek.
- Meczu nie wygrywa się staraniami, Morgan! – Jones krzyknęła tak, że wszyscy mężczyźni odwrócili się w ich stronę. – Mecze wygrywa się zdobytymi golami.
- Jeśli nic się nie zmieni i jakimś cudem przetrwam do kolejnego sezonu, to… – Gwenog zawahała się, patrząc po dziewczynach. – To sama nie wiem co. Ty Green robisz co możesz. Ale nie obronisz wszystkiego.
- Obronię co tylko zdołam, albo zginę broniąc.
- Wiem to, ale bez pałkarek na przedpolu…. Potrzeba nam, potrzeba nam porządnych pałkarek i szukającej.
- Mogę zostać szukającą – Ginny powiedziała, podnosząc rękę, zupełnie jakby była w szkole.
- Nie Weasley. Ty zostajesz w ataku.
- Mamy dwie ścigające, chyba łatwiej będzie dokoptować do nich skrzydłową w moje miejsce niż znaleźć szukającą? Ja już grałam jako szukająca i wygrałam wszystkie mecze rozegrane na tej pozycji, dałabym radę.
- Dałabyś, ale nie w tym rzecz – Jones powiedziała niechętnie.
- To w czym?
- Wczoraj miałam spotkanie z zarządem.
- Chcą trener zwolnić?
- Nie. Domagają się by przesunąć cię, Weasley, z pozycji skrzydłowej. Uważają, że powinnaś być rozgrywającą i… prawdę mówiąc, ja też tak uważam. Nie zgodziłam się tylko dlatego, że nie masz jeszcze ogrania, ale jak nic się nie zmieni, to najdalej od przyszłego sezonu będziesz rozgrywającą.
- Dlaczego? Jestem bardziej doświadczona i dobrze prowadzę formację – obruszyła się Gunner. – Bez urazy Ginny, ale jesteś żółtodziób i jeszcze nic nie wiesz o zawodowym graniu.
- Nie obrażam się – Odpowiedziała Ginny. – Co to w ogóle za pomysł wysuwania mnie na środek ataku? Dopiero zaczynam grę.
- Jeśli byłabym właścicielką Harpii i miała pieniądze na zbudowanie tego zespołu od podstaw, to tylko Green i Weasley mogłyby spać spokojnie przed okienkiem transferowym. Ciebie Gunner trener broniłby tylko dlatego, że wymiana dwóch ścigających pierwszego zespołu to niemal jak samobójstwo. No ale jestem trenerem, nie właścicielem z pieniędzmi, więc jutro widzimy się na treningu, a ja chyba dam ogłoszenie w proroku. „Cudotwórczyni na dowolną pozycję w Harpiach szukana”. – Gwenog wyszła z baru płacąc za wszystkie dziewczyny i zostawiając je w paskudnym nastroju.
Taka była Gwenog Jones, nie owijała w bawełnę i prosto z mostu mówiła, co jej leży na wątrobie. Takie wypowiedzi mogły skłócić dziewczyny, ale one doskonale wiedziały że jeśli tylko zaczęłyby się na siebie boczyć, to poniosłyby tego konsekwencje. Trzeba było więc zacisnąć zęby i grać dalej.

Ginny wróciła do domu w kiepskim humorze. Harry odniósł wrażenie, że gdzieś za nią ciągnie się jakaś ciężka, burzowa chmura, przesłaniając całe padające na jej osobę światło.
- Wszystko w porządku, kochanie? – zapytał z troską.
- Tak, nie. Znaczy tak i nie. Gwenog powiedziała, że powinnam być rozgrywającą i prowadzić ścigające do natarcia.
- To chyba dobrze? – Harry nie rozumiał dlaczego po takiej informacji Ginny może mieć tak zły nastrój.
- Niby dobrze, ale powiedziała też, że tylko ja i Green nie musimy bać się o swoje posady w zespole w razie wymiany składu.
- No to też dobrze – Harry się uśmiechnął.
- Nie dobrze, bo to znaczy, że reszta dziewczyn jest do bani – W jej oczach zapłonęły świeczki, niechybnie zwiastujące łzy.
- Chodź do mnie – Wyciągnął do niej rękę nad swoim biurkiem. – No chodź tutaj, Ginewro Weasley. Ginewro Potter – zaczął kiedy już stanęła koło zajmowanego przez niego fotela. – Zapamiętaj sobie jedno. Nie ważne jest jaki masz zespół. Nie ważne jest z kim musisz pracować. Ważne byś dawała z siebie wszystko i to wystarczy.
- Ty chyba zbyt dawno nie grałeś w Quidditcha – Pokręciła głową z rezygnacją. Dała mu szybkiego całusa i już jej nie było.
Nigdy nie piła mugolskiego piwa, a znajomość z tym trunkiem zaczęła w dodatku od jednego z mocniejszych gatunków i choć piła już mocniejsze trunki, jak Ognista Whisky Ogdena, to nie czuła się teraz zbyt pewnie.
Nic tak nie pomagało jej na lekki rausz, jak gorąca kąpiel. Znaczy pomagał jej jeszcze jeden, konkretny rodzaj wysiłku fizycznego, ale nie chciała w tym momencie odrywać Harrego od finansów domowych. Otulająca jej ciało gorąca woda rozluźniła mięśnie i uwolniła jej umysł. Nigdzie nie myśli się tak dobrze, jak podczas bezczynnego leżenia w gorącej wodzie wypełniającej wannę.
Myśli płynęły przez jej umysł nieustannym, wartkim i bezładnym strumieniem. Ledwie prześlizgując się przez jaźń, niemal nie pozostawiając śladu i wtedy uderzyła w nią ta myśl.
Omal się nie zabiła wyskakując z wody, potykając się o rant wanny i tracąc równowagę na mokrej podłodze łazienki. Wybiegła z pomieszczenia momentami niemal padając na czworaka ślizgając się na mokrych, bosych stopach. Wypadła na korytarz odbijając się od framugi drzwi i już miała popędzić schodami na dół, kiedy zobaczyła światło w szparze pod drzwiami Harrego. Wpadła do pokoju i z rozpędu wskoczyła na łóżko, niemal lądując mu na klatce piersiowej.
- Harry! Gdzie mieszka Cho?! – Harry jedynie wytrzeszczył oczy, bezgłośnie poruszając ustami, niczym ryba wyciągnięta z wody. – No gdzie?
- G.. Ginny – Wykrztusił w końcu. – Wpadasz do pokoju jak burza. Naga wskakujesz na mnie i pytasz o Cho Chang? – Teraz dopiero Ginny uświadomiła sobie, że wypadając z łazienki najzupełniej nic na siebie nie założyła. W jego okularach zobaczyła swoją nagą postać z piersiami falującymi w szybkim oddechu i ciałem nadal ociekającym wodą, od której na pościeli zaczęły się tworzyć mokre plamy.
- Ups – Szybko wgrzebała się pod kołdrę, zwracając głową w jego stronę. – No to gdzie mieszka Chang?
- Nie wiem. A po co ci ta wiedza, jeśli mogę spytać? – Harry patrzył na nią podejrzliwie.
- Wiem już czego trzeba zespołowi żeby wygrywać. To było tak proste, że aż o tym nie pomyślałam. Znaczy pomyślałam, ale nie tak jak powinnam. Naszemu zespołowi nie potrzeba pięciu nowych graczy. Wystarczy jeden świetny. Harpie potrzebują ciebie, znaczy kogoś takiego, jak ty – Oczy jej błyszczały, a myśli płynęły szybciej niż słowa.
- Harpiom potrzeba aurora? – Spytał niepewnie, nie mogąc połączyć siebie i Cho w logiczny sposób.
- Nie, nie aurora, głupku. Szukającego. Znaczy szukającej.
- No to ściągnijcie jakąś bezrobotną szukającą i po sprawie.
- Żartujesz? Jeśliby takie były, to dawno byśmy je ściągnęły. Nam potrzeba naprawdę topowej szukającej, takiej która przegrała tylko z nami dwojgiem.
- Chcesz sprowadzić Cho Chang do zespołu?
- Cho nie ma pracy – Ginny zaczęła wyliczać na palcach. – Jest niezłą szukającą, jest lepszą szukającą niż nasza obecna. Nie ma licencji, więc możemy ją ściągnąć w każdej chwili i wyrobić jej licencję. Nie jest zawodniczą żadnego zespołu, więc nie musimy za nią płacić i znowu, czekać do okienka transferowego. Jest po prostu idealna.
- Zapomniałaś o jednym.
- O czym?
- Ona cię, tak jakby nie znosi. Delikatnie mówiąc, oczywiście i sądziłem, że ze wzajemnością.
- Zabiłabym sukę poza boiskiem i zmiotła ją z miotły na meczu, ale do zespołu może się przydać. Ja będę zdobywała gole, a ona latała sobie za zniczem, nie musimy się nawet spotykać na boisku. – Harry tylko wzruszył ramionami na tą deklarację, zupełnie jej nie wierząc. – To wiesz gdzie mieszka?
- Jak ci już mówiłem. Nie wiem.
- A mógłbyś się dowiedzieć?
- Przykro mi, ale nie.
- No ale masz przecież dostęp do akt i rejestrów. Nie mów, że nie masz, bo byłam aurorem i wiem, że masz.
- Wyślij jej sowę.
- Na sowę mi nie odpowie. Muszę sama do niej pójść.
- Na mnie nie licz.
- Ale muszę się z nią skontaktować. Proszę – zakończył przeciągle, robiąc maślane oczy.
- Powiedziałem, nie. Znajdź kogoś, kto wie gdzie ona mieszka.
- Niby kogo?
- Mariettę, by daleko nie szukać. Ona wie.
- Na to nie wpadłam – wymamrotała niezbyt przekonana, czy Marietta ze chce z nią rozmawiać.

Następnego dnia rano, poleciała z nim do biura, choć uparcie jej tłumaczył, że Marietta zaczyna pracę o 8 więc przez dwie godziny będzie się tylko nudziła, kiedy on będzie wypełniał papierki. Była jednak uparta, a wypełnianie aurorskich papierków nigdy jej nie nudziło. Było w tym coś fascynującego, jak jeden z pozoru niewinny dokument może doprowadzić do groźnego, od dawna poszukiwanego przestępcy, choć najczęściej okazywało się że w śledzeniu przestępców ważniejsze było posiadanie „nosa”. Czasami zaś wystarczał czysty przypadek.
Okazało się, że wizyta z Harrym w biurze wcale nie była taka nudna. Na wieść, że w kwaterze przesiaduje „narzeczona Harrego” cały zespół zrezygnował z wypadu do miasta i siedział rozmawiając z nią. Efekt tego był taki, że Ginny siedziała na środku przejścia, między czterema biurkami, nieustannie kręcąc się na obrotowym krześle, by móc rozmawiać ze wszystkimi członkami zespołu naraz. Można by pomyśleć, że aurorzy nudzą się do tego stopnia, że zwykłe odwiedziny Ginny stają się nie lada atrakcją. Tak wirując na krześle, niemal umknął jej gest wykonany jakby od niechcenia, znad czytanych dokumentów. Harry ledwie zauważalnie kiwnął dwoma palcami przywołując kogoś do siebie, jednocześnie nie odrywając wzroku od Ginny. Może uznałaby że jej się przywidziało, ale w chwilę później przy biurku Harrego stanęła Marietta.
- W czym mogę ci pomóc? – Spytała, mocno zdziwiona.
- Ktoś ma do ciebie sprawę – spojrzał wymownie na Ginny. W pierwszej chwili nie wiedziała, jak ma rozegrać sprawę z Mariettą. Stwierdziła jednak ostatecznie, że nie ma się przecież czego, ani tym bardziej kogo, bać.
- Miło cię widzieć – Pewnym krokiem ruszyła w stronę Marietty, z dłonią wyciągniętą dla powitania. Kątem oka wyłapała, jak Harry omal nie parsknął śmiechem. Potem jej się przyznał, że w tej chwili ogromnie przypominała Percy’ego, pełnego dostojeństwa prefekta naczelnego. – Tak właściwie, to mam sprawę do Cho – Marietta bezgłośnie powtórzyła imię swojej partnerki, z uniesionymi ze zdziwienia brwiami. – Ale potrzebuję w tym względzie twojej pomocy.
- Dobrze. Przejdźmy do mojego biura, to znaczy biurka – Marietta wskazała jej drogę.

Jeszcze tego samego dnia po piątej wieczorem obie kobiety stały przed drzwiami prowadzącymi do domu Cho, dzwoniąc mugolskim dzwonkiem. Cho otworzyła im po dobrej minucie, można by nawet pomyśleć, że zwyczajnie jej nie ma.
- Cześć Marietto – Uśmiechnęła się do swojej przyjaciółki, kiedy już stanęły twarzą w twarz.
- Cześć Cho, przyprowadziłam ci gościa – nie wykonała w stronę Ginny żadnego gestu, nie było to zresztą konieczne, skoro wokoło nie było żadnych innych ludzi. Ginny wydawało się, że obie kobiety zachowują się odrobinę sztucznie.
- Witaj, Weasley – Azjatka przywitała Ginny bez uśmiechu, wpatrując się prosto w jej oczy.
- Chang – Ginny nie spuściła wzroku, nie mówiąc nawet o kiwnięciu głową. – Wejdźcie – Cho powiedziała w końcu, nie spuszczając wzroku z Ginny.
Kiedy znalazły się wewnątrz, odczucie Ginny co do sztucznego zachowania dziewczyn jeszcze się pogłębiło. Marietta jednocześnie zdawała się znać rozkład mieszkania i nie wiedzieć gdzie ma iść. Kiedy tylko wydawało jej się że Ginny nie patrzy, rzucała ukradkowe spojrzenia, uważnie przeczesując wszystkie pomieszczenia. W gruncie rzeczy, Ginny wcale by to nie obeszło, gdyby nie chodziło o Cho Chang.
- Więc czego sobie życzysz, Weasley? – Chang odezwała się, kiedy już usiadły z herbatą w saloniku. – Co jest tak pilne, że sowa nie byłaby wystarczającym sposobem komunikacji? – Ginny zaczęła podejrzewać, że uczestniczy w jakiejś szalonej inscenizacji rozmowy pomiędzy Harrym a Snapem.
- Na sowę mogłabyś nie odpowiedzieć. – Ginny odpowiedziała sucho.
- Słuszna uwaga, ale tak mogłam cię zwyczajnie nie wpuścić do środka.
- Mogłaś, ale nie zrobiłaś tego.
- Nie zrobiłam. Mów więc, jaką masz do mnie sprawę i rozejdźmy się już – upiła łyk herbaty, wpatrując się w milczącą Mariettę, która jakby uparła się nie włączać w rozmowę pomiędzy kobietami.
- Jak tam poszukiwania pracy, Chang?
- Nie twój interes.
- Nie, nie mój, ale twój na pewno. – Ginny odpowiedziała spokojnie. – Jakoś to lokum musisz przecież utrzymywać – Azjatka wymieniła zaniepokojone spojrzenia z Mariettą, nim ponownie skupiła się na Ginny.
- Nie interesuje mnie, skąd bierzesz na to kasę – Ginny doznała nagłego olśnienia. – Myślę jednak, że jeśli nadal pracy nie znalazłaś, to nie tylko ty byłabyś szczęśliwa jeśli takową znajdziesz. To znalazłaś tą pracę, Chang?
- O co ci chodzi, Weasley? – Cho pochyliła się do siedzącej naprzeciw Ginny.
- Potrzebuję cię – Ginny powiedziała cicho i przeciągle, również pochylając się w stronę swojej rozmówczyni, tak że ich twarze dzieliło teraz nie więcej niż pół metra. – A właściwie, my cię potrzebujemy.
- Jacy „my”?
- Dziewczyny, zespół, Harpie – Ginny niemal wyszeptała z pasją.
- Chcesz, żebym grała dla ciebie w Quidditcha? – Cho wyszeptała zdziwiona.
- Nie bądź śmieszna – Ginny parsknęła ponownie rozpierając się w fotelu z takim impetem, że noga zakładana na nogę o centymetry minęła twarz Azjatki. – Nie jestem ani kapitanem, ani trenerem, byś miała grać dla mnie. Zresztą, w życiu nie chciałabym z tobą grać.
- A jednak, mówisz mi, że Harpie mnie potrzebują. Czy nie sądzisz, że to co mówisz, nie trzyma się kupy? – Cho zapytała uśmiechając się ironicznie i równie wygodnie rozsiadając na swoim miejscu.
- Nie wiem, na ile ostatnio śledzisz Ligę i czy śledzisz ją w ogóle – powiedziała Ginny. – Ale nasza obecna szukająca… – Ginny wciągnęła powietrze z taką siłą, że pobielały jej płatki nosa. – No cóż. Jestem pewna, że profesor Trelawney również mogłaby być szukającą. Jones nie ogłosiła, że szuka szukającej, ale jak przyjdziesz po pierwszej, to… Będzie w stanie lekkiej furii. Wyśle cię do diabła albo do rezerw. Wykłóć się próbę, to cię weźmie.
- Bo jestem aż tak dobra?
- Nie, bo nie możesz być gorsza – Ginny sprowadziła ją na ziemię.
- Może i nie jesteś trenerem, ale jakie dostanę pieniądze?
- Chang – Ginny zaczęła lekko zdziwionym tonem. – Nie sądziłam, że w twojej sytuacji może być coś takiego, jak zbyt małe pieniądze. Na mnie już pora – podniosła się z zajmowanego miejsca. – Nie, nie musisz odprowadzać mnie do drzwi. Dziękuję za herbatkę, była przepyszna.
Szybkim, ale i pełnym elegancji krokiem opuściła mieszkanie Cho i Marietty.

Historia 2. Hanna

Wystarczył tydzień, aby Hanna z dziewczynkami została wypuszczona przez lekarzy ze szpitala. Wszystkie trzy kobiety Nevilla czuły się świetnie, więc nie było sensu trzymać ich w szpitalu. Umówiła się z lekarzem na wizyty kontrolne raz w tygodniu i już w kilka minut później była w ich nowej sypialni, w ich nowym mieszkanku, na poddaszu ich baru. Lekarz nakazał Hannie odpoczynek, ale bez zbytniego lenistwa, więc Hanna skupiła się na przeglądaniu katalogów z meblami i elementami wystroju wnętrz, oraz wysyłaniu sów z zamówieniami, tak, że już w dwa dni miała niemal w pełni urządzone mieszkanie.
Kiedy mieszkali u Augusty, Hanna dostawała niemal białej gorączki na wścibstwo Augusty i kiedy babcia Nevilla zapowiedziała swoją wizytę w ich mieszkaniu, Hanna niemal błagała Nevilla, by był przy tym spotkaniu obecny. Jak na złość, akurat wtedy jej mężowi trafiło się śledztwo, którego nie mógł nawet na chwilę zostawić.
Kiedy Augusta zapukała do drzwi, Hannie przeszło przez myśl udawać, że nie ma jej w domu i nie wpuścić swojej „przysłowiowej teściowej”, jak czasami zwykła nazywać sama sobie Augusta. Jako żona aurora nie mogła jednak pozwolić sobie na bycie takim cykorem i po głębokim wdechu otworzyła drzwi. Niemal natychmiast wpadła w silne objęcia Augusty, która obcałowała jej policzki i dosłownie przenosząc o kilka kroków zaczęła niczym drapieżnik rozglądać się po pomieszczeniu.
- Gdzie moje prawnusie? – Spytała napastliwie nie odnajdując dziewczynek wzrokiem.
- W naszej sypialni – wydukała speszona Hanna.
- Śpią?
- Nie, w tej chwili nie – po tych słowach przysłowiowa teściowa popędziła do sypialni. Nie musiała pytać o drogę, mając tylko jedne drzwi do wyboru. Hanna z przerażeniem patrzyła na bieg Augusty obawiając się że swoim wtargnięciem przestraszy dziewczynki. Jak się okazało, Augusta poruszała się cicho niczym duch. Młoda pani Longbottom zaczęła się nawet zastanawiać, czy aby nie rzuciła na siebie zaklęć uciszających. Kapelusz z wypchanym ptakiem tenisowym serwem posłała za siebie, by wylądował na nowo kupionej przez Hannie sofie.
Augusta zatrzymała się tuż za drzwiami sypialni, nie podchodząc do łóżeczek, nim nie dołączyła do niej Hanna.
- Śpicie razem z dziewczynkami? – Augusta spytała ostrym tonem.
- Tak, w ten sposób możemy od razu reagować.
- Bardzo mądrze z waszej strony – Augusta odpowiedziała już o wiele cieplejszym tonem
- No i jeszcze nie mamy pokoików dla dziewczynek – Hanna dokończyła swoją myśl.
- Nie spieszcie się, są jeszcze za małe by wiedzieć że są w swoim pokoiku, a tak macie je na oku – Powiedziała kiwając głową. – Neville spędził w sypialni mojego syna i jego żony, a potem w mojej prawie trzy lata. Teraz myślę, że to może było odrobinę za długo, a może nie – Zrobiła minę, jakby rozważała przez chwilę ten temat. – Czy mogę do nich podejść?
- Oczywiście – Hanna pierwsza podeszła do łóżeczek. Dziewczynki faktycznie nie spały i rozglądały się wokoło, grzebiąc rączkami i nóżkami. Kiedy Hanna podeszła Hope uśmiechnęła się szeroko. Młoda mama wiedziała, że córka jeszcze nie wie do kogo się uśmiecha, ale i tak zrobiło jej się przyjemnie. Augusta również podeszła bliżej łóżeczek, ale nie na tyle co Hanna. Z zachwytem przyglądała się dziewczynkom, które do tej pory widziała tylko dwa razy w szpitalu i to przez krótką chwilę.
- Niech babcia podejdzie bliżej – Hanna powiedziała spokojnym głosem.
- Nie chcę ich przestraszyć, jeszcze nie widziały z bliska takiej Baby Jagi – mimo swych słów podeszła bliżej łóżeczek. – Jadły już dzisiaj? – Spytała, nie odrywając od nich wzroku.
- Tak, niedawno je karmiłam, bo były głodne.
- W szpitalu nauczyli cię wszystkiego? – Spytała Hannę z troską.
- Tak, myślę że tak.
- Jak przewijać?
- Tak.
- Kąpać dziewczynki?
- Tak.
- Dbać o nie?
- Tak.
- Rozpoznawać czy im czegoś nie potrzeba, albo sprawdzać czy nic im nie dolega?
- Myślę, że tak. Byli bardzo pomocni. Tłumaczyli i pokazywali wiele rzeczy.
- Mam nadzieję. Mnie wszystkiego nauczyła moja matka, a ją jej matka. Jakbym miała córkę, to też bym ją wszystkiego nauczyła, no ale miałam syna. Nie znoszę tej paplaniny gazetowej o tym, jak to się zajmować dziećmi. Tyle pokoleń się wychowało zdrowe, silne i normalne, a oni teraz wymyślają jakieś dziwadła i a to tego nie wolno, a to nie tak robisz. Mam nadzieję, że ci w szpitalu nie są tak głupi i wiedzą co i jak robić – Wzięła głębszy oddech, Hanna nie była pewna, czy przed kontynuacją tyrady, czy może Augusta powiedziała już wszystko, co leżało jej na sercu. – Jeśli będziesz potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, jakiejś rady. Cokolwiek. Powiedz tylko słowo, a ja przylecę pomóc. Wychowanie jednego dziecka, to nie lada wyzwanie. Pomoc przy dwójce, to nie wstyd.
Tego dnia babcia została u nich do wieczora, patrząc jak Hanna radzi sobie z dziewczynkami, podpowiadając kiedy coś robiła nie tak, albo jak można było zrobić to lepiej i łatwiej. Czasami pomagała, by Hanna nie musiała się męczyć sama. Kiedy Neville przed samą szóstą wrócił do domu, Augusta nadal tam była spokojnie rozmawiając z Hanną, jakby były najlepszymi przyjaciółkami. Od tego dnia odwiedzała Hannę codziennie, pomagając jej przy dziewczynkach.

Mimo wizyt Augusty, Hanna niesamowicie nudziła się w domu. Pomimo, że była osobą raczej cichą, jednocześnie była niezwykle żywa i siedzenie w jednym miejscu, teraz kiedy już dziewczynki nie sprawiają że musiała się toczyć jak kuleczka sprawiało, że dostawała zupełnego kręćka.
Wystarczył niewiele ponad tydzień, by Hanna wymogła na Nevillu wyremontowanie pokoiku na parterze, w którym mieszkał ostatnio Tom, tak by mogła w nim zajmować się jednocześnie sprawami baru i dziewczynkami. Wkrótce miała do dyspozycji przytulny pokój z oknem (niestety wychodziło na porośniętą bluszczem ścianę), w którym znalazło się zarówno miejsce dla biurka do pracy, jak i wygodnej leżanki dla Hanny i łóżeczek dziewczynek.
Dzień w którym Hanna po raz pierwszy zeszła do pokoiku, lewitując przed sobą śpiące w kołysce dziewczynki, pracownicy Dziurawego Kotła mieli popamiętać do końca życia.
George nie pomylił się ani na jotę, mówiąc, że pańskie oko konia tuczy. Pod nieobecność nieustannego i bacznego oka szefa zatrudnieni w Kotle ludzie niezwykle się rozpaśli. Sprzątaczka zaczęła sprzątać zabrudzenia jedynie tak ordynarne, że w żaden sposób nie udało się powiedzieć „nie zauważyłam”, kiedy ktoś zwróciłby jej uwagę. Kucharka gotowała byle jakie potrawy, podawała ledwie ledwie odgrzane , smakujące zupełnie inaczej, aniżeli te, które dostawała Hanna. Kucharka oszczędzała na produktach i przyprawach, ale zaoszczędzone w ten sposób pieniądze i tak w magiczny sposób (jak to na magiczny świat przystało) znikały. Stojącemu aktualnie za barem Johnowi pozostały jego niektóre nawyki z czasów, kiedy zajmował się sprzątaniem głównej sali po klientach. Jednym z tych nawyków było wycieranie podawanych klientom szklanek zawsze tą samą, brudną szmatą. Kiedy tylko Hanna przyuważyła go na tym procederze nie raczyła sobie nawet strzępić języka na chłopaka. Prostym zaklęciem skłoniła szmatę do ścigania Johna po lokalu przez pół godziny i chlastanie go po Glowie i twarzy. Należy uczciwie przyznać, że każdy z pracowników zasłużył sobie na obsztorcówę, którą zebrał tego dnia (sprzątaczka załapała się nawet na dwie). Od tego dnia Dziurawy Kocioł zaczął też przynosić wyższe zyski.
Nie wszystko oczywiście szło pięknie i idealnie. Jak się okazało, część klientów przychodziła do Kotła ze względu na Toma i stanowczo odmówiła obsługi od innej osoby, opuszczając lokal. Niektórzy spośród klientów byli nawet na tyle absurdalni, że wykłócali się, żądając by Tom natychmiast wrócił na swoje miejsce za barem i nie docierały do nich żadne tłumaczenia, że sprzedał on ten lokal. Zwyczajnie nie chcieli słuchać. Zdarzają się tacy klienci, którzy nie słuchają co się do nich mówi, przekonani o własnej racji. Mylili się też, jeśli sądzili że da im coś wywrzaskiwanie na Hannę. Hanna nie zamierzała się szarpać i już w ciągu pierwszych dwóch dni siedmiu klientów zostało wyprowadzonych przez zaprzyjaźnionych z Hanną i Nevillem oficerów Patrolu Przestrzegania Prawa, z zakazem ponownego wstępu do lokalu. Taki obrót sprawy porządnie ostudził zapędy innych awanturników.

- Więc zostałaś właścicielką Dziurawego Kotła? – Siedziały z Parvati w pokoiku na parterze, rozmawiając półgłosem, popijając herbatę i doglądając dziewczynek.
- Nie ja, tylko Neville i nie właścicielem tylko dzierżawcą – Hanna poprawiła przyjaciółkę. – I Parvati… proszę, nie odbieraj tego, że zrobiłam to za twoimi plecami.
- Ależ nie odbieram – Uspokoiła ją przyjaciółka. – Przecież mówiłaś, jak to wyszło. Neville był o dwa kroki przed nami. Ale naprawdę nie wiem, jak ty sama sobie z tym wszystkim radzisz. Neville w pracy, a ty masz na głowie i dziewczynki i Kocioł.
- Augusta pomaga mi z dziewczynkami. Nie sądziłam, że kiedyś będę się tak cieszyła z tego że jest babcią Nevilla – Hanna pokręciła głową z niedowierzaniem, poprawiając przy tym kocyk, na którym spała Vivian.
- Tak, nasza „kochana” Augusta pomocną. No ale ona nie pomoże ci z prowadzeniem lokalu i awanturującymi się klientami.
- Myślę, że poradziłaby sobie z nimi świetnie – Hanna powiedziała z pełnym przekonaniem.
- Brutalnie ich pacyfikując?
- Na przykład – obie kobiety zachichotały, bojąc się pozwolić sobie na głośny śmiech. – Ale na poważnie, to w barze jest już o wiele spokojniej. Patrol zrobił swoje.
- Ale i obroty ci spadły.
- Odejmując to, co przepadło mi ze stałymi klientami Toma i dodając to, co udaje mi się uchronić przed pracownikami, wychodzę niemal na to samo. No może te kilkadziesiąt galeonów mniej, ale nadal jesteśmy na swoim.
- Nie zamierzasz chyba trzymać takich pracowników?
- Nie, nie zamierzam. Ale ja…. – Hanna zawahała się. – Ja nie potrafię ich zwolnić. Jeszcze nikogo w życiu nie zwalniałam.
- No to niech Neville to zrobi. Powiedz mu, żeby ich zwolnił, jeśli trzeba.
- To nadal będzie tak, jakbym to ja to zrobiła. Nie wiem czy to udźwignę. Poza tym, skąd mam wiedzieć że znajdę kogoś uczciwego i że znajdę kogoś w ogóle.
- Wiesz, Greg jest dyrektorem i zauważyłam, że on musi często kogoś zwalniać. Oczywiście, że ma więcej pracowników, ale rotacja jest tam ogromna. Przynajmniej ja tak uważam, bo on mówi, że teraz to już jest spokojnie i ludzie coraz dłużej pracują.
- No tak, ale on prowadzi zupełni inny biznes. Musi zatrudniać fotografów, grafików, jakichś stylistów itp. Nie barmanów, sprzątaczy i kucharki.
- Oczywiście, ale wydaje mi się, że zasada jest ta sama. Greg jak zatrudnia ludzi to ich cały czas pilnuje.
- Ja też pilnuję ich cały czas, dlatego tutaj siedzę.
- Wiem, wiem. Ale słuchaj. On pilnuje tych ludzi i jak widzi, że ktoś się obija, nie słucha poleceń i robi co mu się podoba, to ten ktoś wylatuje bez pożegnania. Jak sobie nie radzi, ale ma potencjał, to Greg stara się, że może inny pracownik mu to wytłumaczy i ten się nauczy. Nie umiesz to się naucz, ale nie chce ci się to spadaj. Greg mówi, że lenistwo i „niechcemisizm” jest jak zaraza, jak nie zdusisz w zarodku to i ci pracownicy, którzy dobrze pracowali zobaczą, że obijanie się niczym nie grozi i wtedy masz problem.
- Tak, ale jak będę tak wyrzucać, jak Greg mówi, to nie będę miała kogo zatrudniać.
- Mylisz się, przede wszystkim, jak wyleci jeden drugi czy nawet trzeci, to kolejny już będzie wiedział, że ma pracować albo do widzenia.
- Nadal, jak tak powyrzucam to się chętni skończą i zostanę bez pracowników
- Tym to się nie martw. Jak sama powinnaś zauważyć, w magicznym świecie o pracę wcale nie tak łatwo jakby mogło się wydawać. Myślę, że jeśli dasz ogłoszenie, że szukasz barmana, czy sprzątacza, sprzątaczki, to dostaniesz stos podań o pracę. Szczególnie od kobiet.
- Ale o kucharkę już nie tak łatwo.
- To może postarajcie się o skrzata domowego?
- Nie będę uczestniczyła w handlu ludźmi.
- Słusznie, o tym nie pomyślałam – Parvati pokiwała głową. – Myślę, że jakoś i z tym byś się uporała. No i nie dowiesz się czy znajdziesz, jeśli nie zaczniesz szukać. Daj ogłoszenie.
- Najpierw muszę porozmawiać o tym z Nevillem. Muszę też pomyśleć nad jakimiś zmianami, coś co pomogłoby przyciągnąć nam więcej klientów?
- Może muzyka? Greg, jak byliśmy w Stanach, zabrał mnie do kilku takich pubów. Najwięcej ludzi było zawsze w tych, w których grała muzyka i generalnie było głośno i wesoło. Mieli też stoły do bilarda, a u mugoli to, jak to się nazywało, kako, karate, nie pamiętam. W każdym bądź razie masz scenę, mikrofon i śpiewasz ulubione piosenki, których tekst wyświetla ci się na takim ekranie. Zapytam Grega, jak to się nazywało.
- Fajnie, ale nie mogę zrobić w Dziurawym Kotle głośnej muzyki. Tutaj ludzie przychodzą też, żeby coś zjeść, porozmawiać, no i dostać się na Pokątną.
- Hmmm. Szkoda, bo muzyka zawsze się sprawdza – Parvati nadal myślami była przy muzyce. – Jak nie muzyka, to myślę że musisz to miejsce najpierw odremontować.
- Tyle to i ja wiem, Parvati. Tylko nie do końca wiem, z której strony się do tego zabrać.
- Na początek zacznij od położenia na stoły jakiś obrusów, może daj też po kwiatku, albo świeczce na stolik. Serwetki do sztućców. Dodatki mają gigantyczne znaczenie.
- A ty skąd to niby wiesz? – Hanna spojrzała podejrzliwie.
- Greg. – Parvati tylko bąknęła. – Poza tym. Jestem kobietą – dodała wyzywająco i głośno. Trochę nazbyt głośno, by uniknąć obudzenia Hope.
- No i masz – Hanna podniosła się do maleńkiej, nim jej kwilenie przerodzi się w płacz budzący jej siostrzyczkę.
- Przepraszam – Parvati powiedziała z przestrachem. – Nie chciałam jej wystraszyć.
- Nic jej nie będzie, a i tak dała nam długą chwilę wytchnienia. Poza tym, ciocia – Powiedziała, trzymając swój mały skarb w ramionach. – Ucz się ucz. Jak nic ci się przyda.
- Tak szybko się uspokoiła – Parvati patrzyła na niemowlaka, którego maluteńka piąsteczka wyciągała się ku mamie, licząc że zostanie nakarmiona.
- Bo to Hope. Ona jest taka cichutka. Vivian dałaby nam popalić – uśmiechnęła się do pogrążonej we śnie drugiej córeczki. – Maleńka chce amci? – Spytała trzymanego w objęciach szkraba, widząc jego wędrującą piąsteczkę. – Zaraz będzie amci.
- To może ja już pójdę? – Hinduska spytała speszona.
- Daj spokój, my sobie siądziemy teraz na sofie i będziemy się karmić i dalej rozmawiać. Tak dawno się nie widziałyśmy – dokończyła siadając na sofie, poza wzrokiem przyjaciółki, która teraz nachylała się do Vivian. – Więc doradzasz mi udekorowanie Dziurawego Kotła?
- Co? A, tak. Udekorowanie i porządne wymycie. Myślę też, że drewniane talerze i łyżki, to też nie najlepszy wybór.
- To jest tylko do wybranych potraw. Zazwyczaj na normalnej zastawie podajemy.
- Kasza z sosem i skwarkami to nie jest potrawa, która wymaga tak specyficznej zastawy – odparowała Parvati. Hanna nie zamierzała dyskutować, wiedząc że przyjaciółka ma w tym względzie rację.
- Dobrze. Pomyślę nad tym dekorowaniem Kotła, ale ludzi zwalniać nie będę. Muszę dobrze wiedzieć na czym stoję nim zrobię jakąś głupotę i zostanę sama w kuchni i za barem.
- Na kuchni to ja się absolutnie nie znam – Parvati odwróciła się do Hanny, nic sobie nie robiąc z tego, że karmi małą. – Ale za barem to mogłabym cię jakoś wspomóc. Nalewanie drinków tak strasznie być nie może. Albo wiesz co. Pozwól mi pomóc sobie w dekorowaniu Dziurawego Kotła. Ty będziesz dyrygować, a ja przerabiać – dokończyła podekscytowana.
- Parvati. Ja nie mogę cię zatrudnić, jeśli o to ci chodzi.
- No ja wiem, ale Neville to chyba może?
- Nawet nie minął jeszcze miesiąc, jak prowadzimy Kocioł. Musimy to wszystko ogarnąć nim kogokolwiek zatrudnimy albo zwolnimy. Przykro mi.
- Rozumiem, tak tylko myślałam – Parvati spuściła nos na kwintę, robiąc żałosną minę.
- Greg nie daje ci pieniędzy? – Hanna spytała zdziwiona chęciami, jakie przyjaciółka wyraża względem pracy w barze. – Przecież tutaj zarobiłabyś grosze w porównaniu z jego pensją.
- Daje. Pewnie że daje, ile chcę i kiedy chcę. Ale to jest okropne takie. Greg, daj mi dziesięć galeonów na torebkę. Greg, daj mi galeona, idę do sklepu. Daj mi pięć sykli na lizaka malinowego – wyrecytowała. – Chcę móc kupić sobie durnego lizaka, za własnoręcznie uciułane grosze. Chce kupić mu prezent na urodziny bez kłamania, że to na sprawunki, albo odkładania knuta po knucie z reszty z codziennych zakupów.
- Nawet nie wiesz, jak dobrze cię rozumiem. W walentynki kupiłam Nevillowi takie bokserki z muszką, niby że to fra…k – Hanna uświadomiła sobie, co właśnie zdradziła przyjaciółce i spłonęła rumieńcem. – Pożyczałam kasę od taty – Dokończyła spuszczając wzrok.
- Widziałam je – Parvati podchwyciła – Świetna sprawa z tymi bokserkami i za tą muszkę można pociągnąć to rozpinają się guziki same, te z przodu.
- Tak. Świetna sprawa, a jak dobrze dopasujesz rozmiar to jest to idealne rozwiązanie dla leniwych – oczy Hanny zapłonęły.
- Greg powiedział, że absolutnie się nie zgadza. Powiedział, że tyle widział tych bzdur w pracy, że w domu chce mieć odrobinę normalności – Parvati wzruszyła ramionami. – Hanno, kochana. Ja już naprawdę będę uciekać. Greg przebąkiwał coś o niespodziance, a że mamy piątek to niespodzianka może obejmować jakieś wyjście z domu, więc wolę się przygotować.
- Cudownie było że wpadłaś.
- Nie, nie, nie. To mi było cudownie cię odwiedzić, poznać dziewczynki i porozmawiać. A z barem i tak chętnie ci pomogę bez zatrudniania, tak w ramach rozrywki i zabawy.
- Przemyślę to wszystko i zobaczymy co się zmieni.
- Przemyśl muzykę, to się dobrze sprzedaje. Mówię poważnie. Pa – Dała jeszcze Hannie całusa w policzek i w podskokach opuściła bar. Hanna jedynie pokręciła głową z niedowierzaniem.

Kiedy tego wieczora Neville wrócił z pracy, Hanna była już w ich mieszkanku, po raz kolejny przeglądając księgi rachunkowe i obliczając utargi z ostatnich dni. Wciąż jeszcze szło jej to opornie, ale numerologia na coś się przydała i mimo początkowego lekkiego ataku paniki, z dnia na dzień czuła się w tym pewniej.
- Cześć skarbie – Neville odezwał się przekroczywszy próg mieszkania..
- Mhm – odparła gryząc koniuszek ołówka.
- Dziewczynki śpią?
- Mhm.
- Bardzo dały ci się we znaki?
-M, m – mruknęła przecząco.
- Dostałem dzisiaj dokumenty baru z wydziału podatkowego – Zawachlował przed sobą grubą teczką. – Zastanawiam się, czy w Dziurawym Kotle nie było jakiegoś tajnego więzienia. Wie…
- Neville – przerwała mu, nie odrywając się od rachunków. – Może ja czegoś nie łapię. Jeśli butelka Ogdena jest po pięć galeonów, a my sprzedaliśmy drinków na półtorej, to powinno być siedem galeonów i osiem sykli plus nasz zarobek, razem jakieś dziewięć galeonów?
- Tak sądzę, a co?
- Z jakiegoś powodu mamy siedem galeonów i jedenaście sykli.
- Może coś się rozlało, albo ktoś nie zapłacił?
- Może, ale to samo mamy z kremowym, beczka skończyła się szybciej niż wynika z rachunków – podrapała się ołówkiem po głowie. – Coś mówiłeś o jakimś więzieniu?
- Tak – wrócił do swojej opowieści. – Dostałem papiery lokalu z wydziału podatkowego, przepisane na nas i zastanawiam się, czy tutaj nie było jakiegoś tajnego więzienia dawniej.
- Czemu? – Hanna nie widziała sensu w pomyśle męża.
- Zastanawiam się, po co nam dwa poziomy piwnic pod barem, skoro wszystkie zapasy mieszczą się w spiżarni obok kuchni?
- Jakie dwa poziomy piwnic? Pokaż mi to – wyjęła z dłoni męża dokumentację baru, rozkładając przed sobą jego plany.
- Widzisz, o tu – Neville wskazał jej palcem.
- No widzę, widzę… – Dalszą rozmowę przerwał im płacz jednej z dziewczynek.

Wychodząc rano do pracy Neville nie budził Hanny, która starała się odespać nocne wstawanie do dzieci. Zawsze wychodził cichutko niczym myszka, tak że nie miała nawet szans na pożegnanie. Tego dnia również nie słyszała wyjścia swego męża, ale o nieprzyzwoicie wczesnej porze, przynajmniej w jej mniemaniu, została obudzona stukaniem do drzwi.
- Musimy babci dorobić dodatkowy klucz – Mruknęła ziewając, kiedy otworzyła drzwi przed Augustą.
- Może lepiej nie – zaprzeczyła kobieta. – Wtedy zupełnie już nie miałabym oporów przed porannymi odwiedzinami.
- Babcia sobie usiądzie i zamówi nam herbatkę, a ja się za momencik się ogarnę – powiedziała, przecierając oczy.
- Mogę w tym czasie pójść do dziewczynek?
- Tak, tak. Oczywiście – Odpowiedziała niemrawo, drepcząc do łazieneczki.
Uważała, że obudzenie jej o tej porze, kiedy w nocy co kilka godzin musiała wstawać do dziewczynek, było niemal zbrodnią. Obawiała się jednak, że żaden z zaprzyjaźnionych członków Patrolu, a tym bardziej aurorów, nie podzieli jej opinii.
Kiedy już odświeżona i rozbudzona – na tyle, na ile rozbudzić się była w stanie – powróciła do pokoiku, Augusty nie było już przy dzieciach. Siedziała przy stoliczku, popijając sobie herbatkę. Druga filiżanka jeszcze parującego płynu stała na stoliku czekając na nią.

Wizyty Augusty przebiegały zawsze wedle pewnego schematu, składającego się z szybkiego powitania, szybkiego spojrzenia Augusty na śpiące dziewczynki i ciągnące się cały dzień rozmowy o niczym, przerywane opieką nad dziewczynkami, które co jakiś czas domagały się kolejnego posiłku, lub uwagi ze strony mamy. Traf chciał, że nigdy nie chciały jeść jednocześnie, tak by dać mamie dłuższą chwilę wytchnienia.
Pan doktor, kiedy wpadł na wizytę domową, powiedział zaniepokojonej tym Hannie, że takie zachowanie u bliźniaków jest najzupełniej normalne i niestety ale nic na to nie poradzi. Dziewczynki będą się tak zachowywały i jakoś musi to znieść. Jako że Hanna chodziła większość czasu nie tyle zmęczona, co rozdrażniona ciągłym nocnym wstawaniem, doktor zalecił jej picie delikatnych ziół i słodkiej herbaty. Więcej dla Hanny nie mógł niestety zrobić.
Kiedy Hanna wracała do saloniku, świadoma że dostała może dwie godziny wytchnienia, Augusta przeglądała pozostawione przez nią na wierzchu dokumenty, które Neville przyniósł poprzedniego wieczora.
- Co to jest? – Augusta zapytała, z zaciekawieniem przeglądając dokumenty. W odpowiedzi Hanna posłała długą listę przekleństw pod kierunkiem wścibstwa babci Longbottom. Zrobiła to oczywiście w myślach. Najspokojniej w świecie odpowiadając
- Dokumentacja Dziurawego Kotła.
- Nie powinniście tego trzymać tak na wierzchu. – Augusta powiedziała autorytatywnym głosem. „Nie były na wierzchu. Leżały pod stosem innych papierów!” Wykrzyknęła w myślach.
- Tak, wiem babciu. Ale dziewczynki przerwały nam przeglądanie ich, a potem już tutaj nie wróciliśmy – Podeszła do Augusty wziąć z jej rąk dokumenty. Jej wzrok padł na leżący na wierzchu teczki plan Kotła, o którym rozmawiali z Nevillem wczoraj wieczorem. – Babciu – Zaczęła, przyglądając się dokładniej planowi. – Czy mogłaby babcia zająć się dziewczynkami przez trochę sama?
- Oczywiście – Augusta odpowiedziała zdziwiona. – Musisz gdzieś wyjść?
- Tylko na dół do baru. Ale zajmie mi to z pół godzinki – Wzięła plan Kotła ze stosu papierów. – Muszę coś sprawdzić.
- A jeśli dziewczynki będą głodne? – Augusta po raz pierwszy od kiedy pomagała w opiece nad dziewczynkami, wykazała niepokój.
- Bransoletka poinformuje mnie, jak tylko zaczną płakać. Zjawię się natychmiast – Zamachała noszoną na nadgarstku srebrną bransoletką, która dostała od Nevilla kilka dni po powrocie do domu. Kiedy zaczęła zajmować się sprawami Dziurawego Kotła. Neville wystarał się, by czarodzieje z Wydziału Zaklęć Eksperymentalnych rzucili na nią zaklęcie Proteusza, które reagowało na dźwięk krzyku dziewczynek, pozwalając Hannie przenieść się bezpośrednio do swoich córek, niezależnie od tego, gdzie były.
Hanna powoli zeszła po schodach, na parter. Czuła się już dobrze, ale nadal wolała nie ryzykować biegania po schodach. Kiedy tylko znalazła się na parterze, usłyszała nagły brzęk. Spojrzała w stronę kontuaru, za którym stał John. Chłopak był blady jak ściana wpatrując się w nią. Kiedy ich oczy się spotkały momentalnie cały się zaczerwienił i drżącą ręką podał klientowi jego piwo.
Hanna przeniosła swój wzrok na trzymany plan i raz jeszcze odszukała wejście do piwnic pod barem. Powinno się ono znajdować pod schodami po których właśnie zeszła. Tyle że, gdyby były tam jakiekolwiek drzwi, powinna była je widzieć za każdym razem kiedy przechodziła koło schodów, a nie kojarzyła by była tam choćby komórka pod schodami. Zwróciła się w stronę schodów, dokładnie ogladajac biegnącą pod nimi ścianę. Była jednolita. Nierówna, jak wszystkie inne ściany Dziurawego Kotła i pobielona farbą, która już dawno wypłowiała i przybrała kolor, który w najlepszym razie uznać można było za szary, często mocno pożółkły od dymu papierosowego i wydostających się z kuchni oparów.
Dwukrotnie przeszła wzdłuż ściany, nie znajdując na niej najmniejszego śladu drzwi. Szła przesuwając dłonią po tynku i zastanawiając się co zrobić dalej. Może zwyczajnie odpuścić sobie to szukanie, w końcu do czego niby potrzebna była jej ta piwnica? Nigdy miała się nie dowiedzieć, jak jej umysł odpowiedziałby na to pytanie, bo pod palcami poczuła kolejne wybrzuszenie na nierównej ścianie. Pewnie nie zwróciłaby na nie uwagi, gdyby nie to, że na niemal identyczne natrafiła chwilę wcześniej. Dokładniej przesunęła palcami po wybrzuszeniu. Było delikatnie, ale wyraźnie wyczuwalne. Podłużna, biegnąca pionowo wypukłość szeroka na jakieś dziesięć może piętnaście centymetrów. Cofnęła się o kilka kroków i odnalazła podobną wypukłość. Biegła od podłogi w górę, wyżej niż Hanna mogła sięgnąć. Zastanawiała się, co z tym fantem zrobić. Mogła spróbować rozbić tą ścianę jakimś zaklęciem, ale tak długo jak w barze byli klienci, nie wydawało jej się to rozsądnym rozwiązaniem. Trzeba było poczekać, aż wszyscy wyjdą z baru. Chyba żeby…. szybkim krokiem poszła do gabinetu obok baru, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Dziurawy Kocioł, podobnie jak większość czarodziejskich budynków miał założone zaklęcia antyaportacyjne. Czy jednak aurorzy nie mogli dzięki swoim odznakom przebić się przez proste zaklęcia, lądując w takich miejscach? Delikatnie obracała w palcach spoczywającą na jej nadgarstku bransoletę. „Może przenieść cię bezpośrednio do dziewczynek, nieważne gdzie one albo ty wtedy będziecie. Po prostu się deportuj myśląc o nich.” Czyli jej odznaka mogła przebić się przez jakieś zaklęcia blokujące, zapewne niezbyt silne, przenosząc ją do dziewczynek – pomyślała. – A gdybym tak chciała przenieść się gdzieś indziej. „O tym nic mi nie wspomniałeś, Neville.” Co mogło się stać, najwyżej nic się nie stanie, albo wyląduje wprost u dziewczynek. Intensywnie pomyślała o ścianie przed którą stała, miejscu gdzie być może była framuga. Usilnie skupiła się na tym miejscu, a potem wyobraziła sobie przestrzeń o pół metra dalej, za pobielaną ścianą. „Jak tam będzie? Na pewno będzie ciemno. Prawdopodobnie zimno. Nic nie będę widzieć” Myślała. „Wyląduję między ścianami, na klatce schodowej, na jej podeście. A jeśli wyląduję od razu na schodach i runę w dół!?” Wykrzyknęła w myślach. „Spokojnie, wtedy zwyczajnie przeniesiesz się do dziewczynek. Tam musi być podest. Za każdymi drzwiami jest podest. A jeśli cała przestrzeń jest zamurowana! Aportuję się wprost w murze! Spokojnie. Nigdy o czymś takim nie słyszałaś. Powiedzieliby o tym na kursie. Ale czy aby na pewno. A może nic się nie stanie, nie znam tego miejsca, nie wiem nawet czy jest. Może nigdzie mnie nie przeniesie. Może ta bransoletka działa tylko w podróży do dziewczynek.” Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić dzikie łomotanie serca. Raz jeszcze zmaterializowała w swojej wyobraźni przestrzeń za drzwiami. Wzięła głęboki oddech, zacisnęła powieki i obróciła się. Przez ułamek sekundy sądziła, że nic się nie stało. Odczucie było tak krótkie, że mogło się zdawać, że było tylko wytworem jej wyobraźni. Pomyślała, że nic się nie stało i zwyczajnie się odbiła. Poczuła, że robi jej się zimno. Otworzyła oczy i dostała ataku paniki. Zapewne zaczęłaby krzyczeć, gdyby nie to, że ze strachu odebrało jej głos. „Jestem w ścianie, jestem w ścianie, jestem w ścianie! Uspokój się głupia, nie możesz być w ścianie. Przecież żyjesz, oddychasz, nie możesz być w ścianie. Więc oślepłam. Straciłam wzrok. Przez swoje głupie pomysły straciłam wzrok. Zaczęła wymachiwać wokół rękoma, aż trafiła na zimną i twardą powierzchnię. Była jakby delikatnie wilgotna. Przesunęła dłonią dalej za siebie i poczuła jak powierzchnia zmienia się na miększą, dziwnie znajomą, ale i dziwnie nieprzyjemną.
Drżącą ręką sięgnęła do kieszeni, wyjmując z niej różdżkę.
- L..m..s, lums, lummos – Za bardzo dygotała ze strachu i zimna, by wymówić zaklęcie dokładnie. W końcu skupiła umysł i zawołała je w myślach. Różdżka zapłonęła. Nie była ślepa. Co za ulga. Świadomość, że wszystko z nią w porządku dodała jej trochę otuchy. Zaczęła rozglądać się wokoło. Z dwóch stron otaczały ją kamienne ściany, nad sobą widziała belki wspierające schody. Czyli jednak była, tam gdzie chciała, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Spojrzała za siebie i tak jak się spodziewała, napotkała potężne drzwi ze zmurszałego od wilgoci drewna. Miały prawie dwa metry szerokości i sięgały daleko poza zasięg ich ramion. Mogły mieć dwa i pół metra, może mniej, może więcej. Schody w tym miejscu były jakieś trzy metry nad ziemią, a drzwi nie wydawały się wiele niższe. Spojrzała w ziejący mrokiem otwór, w którym niknęły prowadzące w dół schody. „Nie ma się czego bać, Hanno” pomyślała i powoli ruszyła w dół. Ostrożnie stawiała każdy krok. Co prawda nie musiała się obawiać że zapadnie się w zmurszałą deskę, bo schody były kamienne, ale kto wie, czy jeden z kamieni nie zechce się odłupać kiedy postawi na nim stopę. Jednocześnie szukała jakiegoś źródła światła, coś musiało przecież oświetlać te schody, gdy były używane.
Wkrótce natrafiła na dwa wystające ze ścian stalowe uchwyty. „ Pochodnie. Mało rozsądny pomysł.” Kiedy wreszcie znalazła się u stóp schodów, zrobiło jej się jeszcze zimniej. Zaczęła żałować, że nie zabrała ze sobą jakiegoś sweterka, czy choćby chusty. „Mądra wiedźma po szkodzie”, pomyślała z goryczą i rzuciła na siebie zaklęcie rozgrzewające. Zrobiła kilka kroków w głąb piwnicy świecąc w różnych kierunkach i potknęła się. Zapomniała świecić sobie pod stopy. Zrobiła kilka kolejnych kroków i tym razem omal nie wpadła na kamienny słup. Tym razem zapomniała świecić przed siebie. Stanęła wreszcie w miejscu i zaczęła omiatać przestrzeń zapaloną różdżką, ale niewiele to dało. Zaklęcie rozświetlało zaledwie kilka metrów przed nią, dalej ginąc w nieprzebranych ciemnościach. Starała się omieść przestrzeń wokół, w poszukiwaniu umieszczonego na którejś ze ścian uchwytu, w którym jakimś cudem mogłaby znajdować się pochodnia. Niestety, po uchwytach nie było śladu. Może by tak puścić strumień ognia na oślep. Licząc, że trafi na coś drewnianego, co się zapali oświetlając jej pomieszczenie. Co jednak, jeśli trafi na jakieś sztucznie ognie, albo coś gorszego i wysadzi bar razem ze swoimi córkami i sobą! Wytężyła swoją pamięć do granic możliwości. Było takie zaklęcie. Profesor Flitwick pokazywał je tylko raz, mówiąc, że to magia wykraczająca poza ministerialny zakres nauczania, bo im powinno wystarczyć Lumos – jak widać nie wystarczało. – Jak to szło….
- Illuminati! – Wykrzyknęła. Z jej różdżki wystrzeliła świetlista kulka, nie większa od piłeczki golfowej, która poszybowała ku górze, uderzyła w sklepienie i rozpłynęła się w mgłę, która świecąc delikatnie srebrzystym blaskiem rozlała się na całym sklepieniu oświetlając każdy zakątek piwnicy.
Piwnica Dziurawego Kotła okazała się być jednym wielkim pomieszczeniem, rozciągającym się pod całym budynkiem. Poprzecinanym jedynie ceglanymi słupami, połączonymi ze sobą rozpiętymi pomiędzy nimi łukami wykonanymi z tego samego materiału, na których wspierała się powała piwnicy i budynek nad nią. Wszędzie wokoło leżały poprzewracane stalowe stojaki na pochodnie. Jakieś klatki. Pudła i beczki. W kilku miejscach z sufitu zwisało kilka zakończonych hakami łańcuchów. Niektóre nadal przytwierdzone były do okutych stalą pudeł.
- Może jednak Neville nie mylił się tak bardzo z tym więzieniem – mruknęła do siebie.
Rozejrzała się raz jeszcze po wypełnionym srebrnym światłem pomieszczeniu. Dokładne spenetrowanie go zajęłoby na pewno sporo czasu. Kilka metrów od schodów po których zeszła widniał otwór prowadzący na niższy poziom. Jeszcze zanim tam zeszła, rozświetliła dolny poziom przy pomocy kolejnego Illuminati i dopiero kiedy schody utonęły w srebrnym blasku, ruszyła nimi na dół. Tym razem schody wyposażone były w stalową balustradę, uniemożliwiającą runięcie wprost w dół. Pomieszczenie było jeszcze wyższe aniżeli poprzedni poziom piwnicy i tym razem, zupełnie zawalone połamanymi skrzyniami, roztrzaskanymi beczkami i całą gamą różnego innego śmiecia. Wszystko to leżało w bezpośredniej bliskości schodów, co wskazywało na wykorzystanie tego miejsca jako zwykłego śmietnika przedmiotów, które nie nadawały się już do użytku o piętro wyżej. Im dalej od schodów, tym przedmiotów było mniej i jak się jej zdawało większość pomieszczenia była całkiem pusta. Hanna zastanawiała się, jakby przekroczyć leżące u stóp schodów rumowisko, kiedy jej bransoletka zaczęła wibrować i zrobiła się nieznośnie gorąca. Bez zastanowienia obróciła się w miejscu.
- Co się stało, maleńka? – Zaszczebiotała, do coraz silniej kwilącej Vivian. Brała małą na ręce, kiedy do pokoju wbiegła Augusta i krzyknęła, wpadając plecami na futrynę i łapiąc się za serce. Bransoletka była szybsza aniżeli słuch i bieg babci Longbottom.
- Ha.. Hanno, jak? – Wydyszała w końcu.
- Przecież mówiłam, że bransoletka od razu mnie poinformuje. – Hanna odparła najspokojniej w świecie, zabierając się za przewijanie córki.

Augusta boczyła się na Hannę do samego wieczora, za to że ją tak nastraszyła swoim pojawieniem się przy dziewczynkach. Hanna za to była zachwycona, że udało jej się sprawić taki psikus babci i była cała w skowronkach, kiedy Neville wrócił do domu.
Kiedy zjedli kolację – jedzenie jak zawsze było lepsze od tego, co kucharka podawała klientom. – Hanna poprosiła Nevilla, żeby poczekał jeszcze z pójściem spać, bo chce mu koniecznie coś pokazać.
Dziurawy Kocioł zamykał swoje podwoje około dziewiątej wieczór, ale zazwyczaj już od ósmej nie było w nim żywej duszy. Ostatni czarodzieje opuszczali Pokątną, a nocujący w Kotle szli do swoich pokoi spać.
Hanna zaprowadziła Nevilla pod ścianę, za którą znajdowała się ukryta klatka schodowa.
- Co tutaj robimy? – Neville zapytał niepewnie.
- Za tą ścianą są schody prowadzące do naszych piwnic – odpowiedziała mu rzeczowo. – Drzwi zostały z jakiegoś powodu zamurowane.
- Skąd wiesz?
- Byłam tam dzisiaj koło południa.
- Ale jak?
- Aportowałam się.
- Ale jak? – Neville spytał jeszcze bardziej zdziwiony.
- Będziemy musieli poważnie porozmawiać, dzióbasku. – Powiedziała, machając mu przed nosem bransoletką. Neville spłonął rumieńcem, chrząknął i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.
- Chcesz się tam ponownie aportować? – Spytał.
- Nieeee. Nie tym razem – pokręciła głową. – Diffindo – Fragment tynku odłupał się, odsłaniając drewno drzwi. – Diffindo, diffindo, diffindo – Powtarzała, aż całe drzwi były odsłonięte. Wtedy jednym ruchem zniknęła cały tynk zalegający na podłodze. Przed sobą mieli potężne drewniane drzwi z metalowymi okuciami. Drewno było w fatalnym stanie. Poczerniałe, miejscami nadgnite i zmurszałe. Zamiast klamki wyposażone były w metalowe kółko. Neville mocno szarpnął i drzwi ustąpiły, ukazując podest na który uprzednio aportowała się Hanna. Na podłodze widniały nawet ślady jej stóp. Rzucone przez nią zaklęcie już wygasło, na powrót spowijając pomieszczenie w mroku. Nie chcąc ponownie się potknąć albo w coś uderzyć, od razu rozświetliła całą piwnicę, a następnie zaprowadziła swojego męża na niższy poziom, obejrzeli pomieszczenia i prawie natychmiast musieli wracać do kwilących dzieci.
Tego dnia nie zeszli już na dół. Było późno, Neville musiał wyspać się przed służbą, a mieli świadomość, że dziewczynki obudzą ich w nocy kilka razy.
Oba poziomy piwnic przeczesywali wieczorami przez najbliższy tydzień, nie znajdując w nich nic ciekawego. Jak się okazało górna piwnica oświetlana była wypełnionymi oliwą metalowymi misami, zawieszonymi na ścianach i pod sufitem, w miejscach, gdzie były już poza zasięgiem ludzkich rąk. Dawały one przytłumione, ale ciepłe światło. Na dole nie było jednak najmniejszego źródła światła. Nie mieli najbledszego pomysłu, do czego mogą się im przydać te piwnice. Kilka razy rozmawiali nawet o ponownym ich zamurowaniu, ale jakoś nie mogli się i na to zdobyć.

To wydarzyło się niemal dwa tygodnie po odnalezieniu tajemniczych piwnic. W drugim miesiącu ich zarządu nad Dziurawym Kotłem. Hanna ponownie siedziała nad księgami obrachunkowymi licząc przychody i wydatki, sumując, dzieląc i obliczając nadwyżki i braki. Była wściekła, bo kilka dni temu musieli zapłacić Georgowi pierwszą ratę za bar i jak się okazało, musieli dopłacić niemal sto galeonów z pensji Nevilla. Oczywiście George nie dostał swoich 15% przychodów, bo i przychodów nie było. Co prawda wcale się tym nie przejął, ale ona i tak była wściekła, bo sto galeonów piechotą nie chodziło, a oni zamiast pięciuset, jakie wykręcał Tom, zarobili trochę ponad dwieście. W kasie były pustki, a ona musiała zaraz zamawiać towar, żeby mieć z czego gotować, żeby mieć co nalać ludziom do kufla. W kasie leżały ciągle pieniądze inwestycyjne od Georga, ale była świadoma, że nie może ich wykorzystać do pokrycia kosztów. Zapowiadało się, że będą musieli sięgnąć ponownie do pensji Nevilla. Był wściekła, niewyspana i bolała ją głowa. Żałowała, że nie może usnąć kiedy jej się żywnie podoba, jak dziewczynki. Czując, że zaraz eksploduje powlokła się do kuchni, zaparzyć sobie ziółka które zalecił jej lekarz. Nadal nie brała do ust żadnych środków ani eliksirów przeciwbólowych czy uspokajających, nawet tych zaaprobowanych dla karmiących matek. Wolała nie ryzykować.
Wyszła ze swojego gabineciku na tyłach baru w najlepszym, a zarazem najgorszym momencie. Zależnie od tego, z czyjej perspektywy na sytuację patrzeć. Drzwi gabinetu otwierały się tak, że widziała jednocześnie to, co dzieje się w kuchni i tył kontuaru za którym stał John. On obsługując klientów, nie mógł widzieć otwierających się drzwi, ona za to idealnie mogła zobaczyć, jak nalawszy klientowi ognistej, John wrzuca pieniądze za stojące za kasą zakurzone butelki, zamiast nabić kwotę na kasie i schować pieniądze do wyskakującej szufladki. Stała chwilę w otwartych drzwiach, obserwując co będzie działo się dalej. Przy ladzie było jeszcze kilku klientów, których musiał obsłużyć. Kolejny mężczyzna podał Johnowi pieniądze, a ten nabił je na kasę i wydał resztę. Kiedy jednak odliczona przez trzeciego kwota ponownie wylądowała za kasą, w Hannie napędzana potężnym bólem głowy furia wybuchła ze zdwojoną siłą.
- John! – Wydarła się głosem, którego pokładów nawet się w sobie nie spodziewała. Chłopak aż podskoczył, wypuszczając z rąk kufel. – Teraz już wiem, gdzie znikają pieniądze, ty parszywy złodzieju! – Cały bar zamarł oglądając scenę.
- Nie bardzo rozumiem – Chłopak wydukał blady jak ściana.
- Nie rozumiesz? – Spytała sapiąc ze wściekłości. – Gdzie się podziewają galeony za towar, którego nie ma na półkach?
- Czasami coś mi się stłucze, albo rozleje. To się zdarza, jakby pani popracowała w barze choć trochę, to by pani wiedziała – Zaczął odzyskiwać hardość.
- Wiedziałabym? – Krzyknęła, choć jej głos nie za bardzo nadawał się do krzyku. – Wiedziałabym też, co pieniądze robią za kasą? – Chłopak nerwowo zezował za kasę. – Accio! – Machnęła różdżką w stronę kasy. Z za kasy i butelek wyleciało w jej stronę kilkanaście monet, tworząc na dłoni zgrabny stosik.
- To, to musiało mi wypaść – Powiedział szybko. – Ja nie wiem co to jest.
- To nie wiesz co to jest, czy musiało ci wypaść?! – Nadal krzyczała, choć w gardle zaczynała czuć chrypkę.
- Musiało mi wypaść.
- Cztery galeony musiały ci wypaść?! – Krzyknęła raz jeszcze, podrzucając w dłoni stosik sykli i knutów, oraz jeden złoty galeon. – Mało ci tego co ci płacę? Mało ci z napiwków jakie dostajesz? Kraść jeszcze ci się zachciało?
- Nie kradnę! – Zapiał o wiele za wysoko, jak na mężczyznę.
- Nie. Wcale. Pieniądze boginy stąd wynoszą. Zabieraj się zza baru! Już tu nie pracujesz. Wynocha!
- Nie może pani.
- Czego nie mogę? – Wściekła Hanna zapytała kucharki, która wyjrzała do baru przez okienko do podawania potraw.
- Nie może pani wyrzucić Johna.
- Nie mogę?
- Nie, nie może pani. To pani mąż tutaj rządzi, pani nie ma nic do powiedzenia.
- Ja nie mam nic do powiedzenia?! Dobrze, jak widzę ty masz wiele do powiedzenia, więc powiesz mi może, gdzie znikają produkty które nie lądują w talerzach klientów, choć powinny tam być? Dlaczego kupuję kilogram mięsa, a w talerzach ląduje pół? Gdzie się rozpływa reszta? Masz dużo do powiedzenia, to mów!
- Wszystko ląduje w talerzach.
- To na pewno, tyle że nie w talerzach klientów!
- Popierdzieliło się pani w głowie od tej ciąży i bachorów! Lepiej niech pani do nich wraca i nie ośmiesza się na oczach ludzi.
- Ja się ośmieszam?! Ja?! Ośmieszam się, bo dbam o swój interes i chronię go przed bandą oszustów i nierobów?! Ty też wylatujesz. Do wieczora ma nie być was obojga – Hanna przejechała palcem od kucharki do barmana i z powrotem.
- Nie zamierzam się stąd ruszać ty smarkulo! – Kucharka podniosła wreszcie głos. – Wracaj bawić bachory, których sobie narobiłaś w szkole! – Hanna zrobiła się czerwona ze wściekłości.
- Jeśli jutro zobaczę choć jedno z was w tym barze, to wyjdziecie stąd w towarzystwie chłopaków z Patrolu! A ty! – Wycelowała palcem w obserwującą scenę ze szczytu schodów sprzątaczkę.
- Ja nic nie ukradłam! – Kobieta pisnęła histerycznie.
- Ty się bierz do roboty, nie stoisz. – Huknęła za sobą drzwiami. Na łóżeczka dziewczynek nałożone były zaklęcia wyciszające, więc nie słyszały żadnego z krzyków, które mogłyby je obudzić.
Jeszcze tego wieczora w dziale ogłoszeń Proroka Wieczornego pojawiło się duże ogłoszenie za dziesięć sykli, informujące że Dziurawy Kocioł poszukuje pracowników do kuchni i baru, a Hanna spędziła w gabinecie resztę dnia, co jakiś czas sprawdzając, co dzieje się w kuchni i za ladą.
Kiedy Neville wszedł do gabinetu, siedziała przy dziewczynkach cicho im śpiewając. Neville uwielbiał, gdy Hanna śpiewała. Czy było to, kiedy byli jeszcze we dwójkę, a ona nuciła sobie bo akurat miała nastrój na nucenie czy teraz, kiedy śpiewała dziewczynkom kołysanki.
- Czy mogłabyś kochanie mi powiedzieć – cmoknął ją delikatnie w czoło, by nie przerywać jej śpiewania. – Dlaczego właśnie zwolniłem dwoje pracowników i od kilku godzin poszukujemy ich następców?
- Zwolniłeś ich? – Spytała z błogim uśmiechem, przerywając śpiewanie.
- Powiedzieli, że wykrzykiwałaś na nich, że są zwolnieni i mają się wynosić z baru, że dostałaś furii i zrobiłaś scenę przed klientami.
- A ty ich zwolniłeś?
- Jeśli moja żona mówi komuś że jest zwolniony, to tak jest – Neville usiadł obok niej, mocno ją obejmując. – Tylko chciałbym wiedzieć, dlaczego właściwie ich zwolniłem?
- John kradł.
- Jesteś pewna? – Neville wydawał się zszokowany.
- Złapałam go na tym, jak nie nabił dwóch klientów, a w skrytce miał cztery galeony, dziesięć sykli i trzy knuty – Wskazała na kupkę monet na biurku. Z ksiąg wychodzi, że w ciągu miesiąca mogliśmy stracić tak koło dwustu galeonów.
- Czemu nie wezwałaś chłopaków z Patrolu! – Neville krzyknął cicho. – Zaraz się tym zajmę.
- Nie – przytrzymała go. – Chcę po prostu żeby się wyniósł z baru.
- A kucharka?
- Kucharka. Hmmm nie zgadza mi się stan produktów, ale to nic pewnego. Obraziła mnie, a na to sobie nie pozwolę.
- A o co chodzi z Marggot?
- Zwolniłeś ją? – Hanna się obruszyła.
- Nie – zaprzeczył. – A powinienem?
- Nie, ja tak tylko.
- Więc o co z nią chodzi.
- A co się dzieje?
- Sprząta jakby od tego zależało jej życie. Nie przerwała nawet witając się ze mną – Hanna zachichotała.
- Marggot była świadkiem całej awantury i kazałam jej brać się do roboty, a nie stać. Chyba do niej dotarło.
Tak jak przepowiadała to Parvati, Hanna o nowych pracowników martwić się nie musiała. Jeszcze przed nocą przyleciało całe stado sów z podaniami o pracę. Po przeczytaniu ich wszystkich Neville wysłał Nocną Sowią Pocztą Priorytetową zaproszenie na kolejny dzień do siedmiu osób, pięciu potencjalnych barmanów i dwóch kucharek. O ile z barmanami nie było większego problemu, bo właściwie każdy się do tej roli nadawał, o tyle znalezienie kucharki było naprawdę ciężką sprawą. W magicznej Anglii było niewiele barów czy restauracji, więc tak naprawdę sprawa sprowadziła się do dwóch kobiet, które miały kilka nagród za potrawę miesiąca czasopisma Czarownica. Jeśli zaś chodzi o barmanów, tutaj sprawa była jasna. Nadawał się niemal każdy rozgarnięty człowiek, jako że właściwie nikt nie miał w tym temacie jakiegokolwiek doświadczenia. Wyjątek stanowili młody chłopak, który pracował przez dwa miesiące w mugolskiej knajpce dworcowej i Romilda Vane, która latem pracowała w lodziarni w Hogsmeade.
Z kucharkami Hanna umówiła się o godzinie siódmej, na dwie godziny przed otwarciem kuchni, kiedy klientów było jeszcze mało i mogła poświęcić na rozmowę z kucharkami wystarczająco dużo czasu. Kandydaci na barmanów mieli przychodzić co dwie godziny i spędzać je z Hanną, obserwując jak ona pracuje za barem i samemu prezentując swoje umiejętności. Hanna z rozmysłem umówiła się z Chłopakiem i Romildą jako dwoma ostatnimi osobami, chcąc zobaczyć jak poradzą sobie w popołudniowym szczycie dwie doświadczone w pewnym stopniu osoby. Wiedziała, że zadanie jest bardzo karkołomne, ale miała nadzieję poradzić sobie jakoś jednocześnie z barem i dziewczynkami.
Jak się okazało, na przyjaciół zawsze mogła liczyć.
Drzwi otworzyły się, nim na dobre skończyła wycierać blat baru za którym tego dnia miała stać. Pierwszy klient siadł za barem.
- Jeszcze zamknięte, ale czym mogę służyć – Powiedziała, nie podnosząc głowy.
- Nigdy nie mów klientowi że jeszcze jest zamknięte, tylko pytaj co możesz podać, a poza tym od dziewięćdziesięciu sekund jest już otwarte. – Na barowym stołku siedziała Parvati.
- Cześć. – Hanna mocno przytuliła ją przez dzielący je kontuar. – Co ty tutaj robisz o tej porze?
- Nie mogłam już wyleżeć koło Grega, więc wpadłam zobaczyć jak sobie radzisz. O wczorajszej awanturze już krążą legendy po mieście – Dodała szeptem i konspiracyjnie mrugnęła okiem.
- Cudownie – Mruknęła Hanna. – Tylko tego mi brakowało.
- Właściwie to masz rację. Tego ci właśnie brakowało. Nic nie działa tak, jak kontrowersje. Załatwiłaś sobie wspaniałą darmową reklamę – Uśmiechnęła się szeroko. – To co, dzisiaj sama stoisz za barem i gotujesz w kuchni?
- Niezupełnie. Na siódmą mam umówioną rozmowę z dwiema kucharkami, a od ósmej mają przychodzić kandydaci na bar. Wybrałam pięciu.
- Tak szybko? Ogłoszenie było ledwie wczoraj.
- A wieczorem przyleciało do mnie stado sów.
- Aha! A nie mówiłam! – Wykrzyknęła Parvati.
- Możesz się obnosić, jeśli kogoś przyjmę.
- Przyjmiesz, przyjmiesz, a na razie szykuj się na klientów.

Tak jak przewidziała jej przyjaciółka, Hanna już w kilka minut po otwarciu musiała zajmować się sporą grupką klientów, którzy przyszli nie tyle napić się przy barze, co sprawdzić jak radzi sobie szefowa po zwolnieniu wszystkich pracowników. Zapewne radziłaby sobie znacznie gorzej, gdyby nie sprawna pomoc Hinduski, która bez pytania o zgodę władowała się za bar koło Hanny i zaczęła obsługiwać klientów. Tuż przed siódmą do baru przepchnął się młody, najwyżej trzydziestoletni mężczyzna.
- Hej maleńka, mogłabyś zawołać właściciela – Zawołał do Parvati.
- Nie, cukiereczku, nie mogłabym – Odpowiedziała mu w locie idąc do kolejnego klienta.
- Złociutka – złapał Hannę za ramię, by zwrócić jej uwagę na siebie. – Szefa szukam.
- Znalazłeś go – Odpowiedziała, wygładzając sobie rękaw, za który ją przytrzymał. Chłopak ostro się speszył.
- Przepraszam panią. Nie wiedziałem.
- Przeprosin nie przyjmuję – Odpowiedziała mu zimno. – W czym mogę ci pomóc.
- Wczoraj za późno się zorientowałem i nie zdążyłem przynieść, ale chciałbym złożyć podanie o pracę – wyciągnął w stronę Hanny zwykłą kartkę papieru z mugolskiej drukarki.
- Barmani już są na dzisiaj umówieni, ale zostaw podanie, jak nikogo nie przyjmę to jutro…
- Ale…
- Parvati, dokończ sprawę z panem. Ja muszę iść – Bransoletka paliła ją coraz mocniej.

Kiedy weszła do biura dziewczynki rozpłakały się już na dobre. Jak rzadko obie małe damy postanowiły zgłodnieć w tym samym momencie. Z jednej strony Hanna wiedziała, że będzie dzięki temu miała później więcej wolnego czasu, gdy obie będą spać. Z drugiej zaś, dziewczynki były na tyle ciężkie, że myśl o jednoczesnym karmieniu obu, przyprawiała ją o lekki strach. Cóż jednak było począć.
Kiedy wreszcie udało jej się nakarmić, a potem uśpić dziewczynki, była już spóźniona na spotkanie z zaproszonymi kucharkami. Obie kobiety siedziały już przy jednym ze stolików i gawędziły wesoło. Obie miały koło siedemdziesiątki i kilka dekad gotowania za sobą.
- Dzień dobry paniom – Hanna przywitała się wesoło, podchodząc do stolika. – Przepraszam za to spóźnienie, ale zatrzymały mnie ważne sprawy. Panie Linda i Melinda, nie mylę się? – Przeniosła wzrok z jednej kobiety na drugą. Obie skinęły potwierdzająco. – A ty czego tutaj szukasz, „złociutki”? Mówiłam, że barmani są już umówieni.
- Ale ja jestem tutaj w związku z pracą kucharza – Hanna spojrzała szybko na Parvati, ale ta jedynie wzruszyła bezradnie ramionami. Chłopak wyciągnął w jej stronę mugolskie CV. Hanna przyjrzała mu się dokładnie.
- Co to ma być? – Spytała wreszcie.
- Moje CV – Odpowiedział spokojnie, z lekką dumą.
- Szkoła podstawowa w Preston? – Hanna zaczęła czytać powoli.
- Zgadza się.
- Szkoła Kucharska I i II stopnia w Dover?
- Dokładnie.
- Technik żywienia.
- Również w Dover. W międzyczasie miałem praktyki w kilku barach i restauracjach, a ostatnio pracowałem w restauracji w Liverpoolu. Ale od roku już tam nie pracuję. Teraz piszę magisterium z Zarządzania na Uniwersytecie Glasgow.
- Magisterium na uniwersytecie? – Hanna nie bardzo wiedziała o czym chłopak mówi.
- Tak. Zarządzanie małymi i średnimi lokalami gastronomicznymi. Mógłbym być szefem kuchni, ale skoro Dziurawy Kocioł szuka kucharza, to grzech by było nie skorzystać – Dłoń Hanny zaczęła powoli wędrować w stronę schowanej w kieszeni różdżki.
- A o ogłoszeniu dowiedziałeś się z…?
- Z Proroka Wieczornego, ale tak jak mówiłem pani wcześniej. Wczoraj nie zdążyłem już przynieść CV. Z Liverpoolu jest jednak kawałek.
- Mógł pan wysłać pocztą.
- Wolę nie trzymać w wynajmowanym mugolskim mieszkaniu sowy. To mogłoby się nie spodobać właścicielowi – Hanna poczuła, że zaczyna jej się robić delikatnie zimno i gorąco jednocześnie. Ta rozmowa zmierzała w dziwnym kierunku. – Ach, no tak. Zapomniałem powiedzieć. Jestem charłakiem – Rzucił niedbale. Zaproszone na rozmowę starsze kobiety zachichotały. Hanna nie widziała w tym nic śmiesznego, ale wyraźnie się rozluźniła.
- Dobrze, panie James Jerremy.
- Proszę mówić mi J.J.
- Dobrze. Proszę siadać.
- Drogie panie – Hanna również siadła przy stoliku z trojgiem kucharzy. – Będę mówiła szybko, bo zaraz sprawy mogą mnie ponownie od pań… stwa odciągnąć. Zaprosiłam panie, ponieważ macie panie za sobą lata doświadczenia w gotowaniu i kilka wyróżnień od przeróżnych czasopism, za wymyślone przez siebie przepisy. Pan się wprosił i jest po szkołach, o których nie mam bladego pojęcia, ale skoro już pan jest…. Ciężko jest mi ocenić na papierze, kto z państwa poradzi sobie w kuchni, przy gotowaniu na zamówienie najsprawniej. Chciałabym zatrzymać państwa na cały dzień, albo przynajmniej na tak długo, ile będziecie państwo w stanie mi poświęcić. Zobaczę, kto z państwa radzi sobie najlepiej i ta osoba będzie miała największe szanse na dostanie pracy. Oczywiście każde z państwa dostanie pensję za przepracowany dzień. Czy zgadzacie się państwo na taki układ? – Cała trojka skinęła zgodnie, że taki układ im odpowiada. – W takim razie zapraszam do kuchni. Za chwilę do ciebie dołączę Parvati – Powiedziała do przyjaciółki, kiedy przechodzili koło baru.
- Spokojnie, ja się tutaj świetnie bawię – Powiedziała podając kolejnego drinka. – Ale napiwki będę mogła sobie zatrzymać? – Spytała zaznaczając coś na kawałku kartki.
- Pewnie – Hanna uśmiechnęła się widząc entuzjazm przyjaciółki.
- No dobrze – Zaczęła ponownie, kiedy przekroczyła z trójką kandydatów progi kuchni. – Oto kuchnia Dziurawego Kotła.
Kuchnia Dziurawego Kotła była przestronnym pomieszczeniem na planie kwadratu. Do którego wchodziło się z baru przez szerokie przejście. Pod ścianami stały długie szeregi szafek.
- Tam jest kuchenka – Hanna wskazała pod przeciwległą ścianę, gdzie szereg szafek przerwany był szeroką, staroświecką kuchnią na sześć przykrytych fajerkami palenisk i dwoma zlewami – Tutaj są paleniska z kotłami, w których gotowane są zupy. – Wskazała na dwa przerośnięte kominki z zawieszonymi nad nimi kociołkami. – Przez to okienko przyjmujecie państwo wypisane na karteczkach zamówienia i wydajecie gotowe potrawy. Tamtym okienkiem wracają brudne naczynia. Garnki i patelnie są tam. Talerze i sztućce tam, a przyprawy w tamtej szafce. Wydawanie ciepłych posiłków zaczyna się od godziny ósmej, więc macie jeszcze pół godziny. Świeże produkty są w spiżarni za tamtymi drzwiami. Codziennie cały czas gotowe do podania mają być dwie zupy i dwa dania główne. Inne potrawy robione są na zamówienie. Są jakieś pytania do mnie?
- Ja mam dwa – Chłopak podniósł rękę.
- Słucham?
- Pierwsze, czy kartki z zamówieniami będą jakoś oznaczane dla kogo jest to zamówienia, albo w jakiej kolejności spłynęły?
- Nie, zbieracie je w takiej kolejności, jak spływają i wydajecie, kiedy będą gotowe – Chłopak wzruszył ramionami, nie będąc zadowolony z takiego stanu rzeczy – Jakie było drugie?
- Jak mamy informować, że zamówienie jest gotowe?
- Krzyknijcie przez okienko, do osoby za barem co jest gotowe i tyle. Panie chcą o coś zapytać?
- Mamy w godzinę zrobić cztery dania? – Melinda spytała lekko oburzona.
- Tak. Jest was troje. Zazwyczaj będziecie mieć na to godzinę w pojedynkę.
- Luzik, to gdzie są przepisy? – J.J zatarł ręce.
- Tam, na ladzie – Hanna wskazała na szafkę przy drzwiach do spiżarni. Chłopak był na miejscu w sekundzie.
- Luzik, to ja biorę gulasz i forszmak, będę miał podobne produkty. Cebulowa i wątróbka dla pań i na przyszłość, wątróbkę trzeba było wymoczyć w mleku przez noc – Zawołał znikając już w spiżarni. Hanna postała jeszcze dwie minuty patrząc, jak troje kucharzy przygotowuje swoje stanowiska pracy. Kobiety zaczęły wymachiwać różdżkami przywołując różne sprzęty i produkty, magicznie wzniecając ogień pod kotłami, wprawiając noże i chochle w ruch. Podczas gdy one zajęły się dokładniejszym studiowaniem przepisów i dosypywaniem przypraw, J.J ułożył potrzebne mu produkty w długi szereg, obok stawiając słoiki z niezbędnymi przyprawami i wziął się za siekanie. Na oko Hanny, był coraz bardziej w tyle w stosunku do kobiet. Wzruszyła ramionami i wróciła do Parvati, odciążając ją od coraz większej liczby klientów.
Kiedy pojawił się pierwszy kandydat na barmana, Hanna bez zbędnej rozmowy pchnęła go za bar każąc obsługiwać klientów. Sama skupiła się tylko na nabijaniu na kasę, dopóki chłopak nie połapał się, jak to działa. Potem wycofała się rozmawiając z Parvati i obserwując poczynania kandydata.
Szło mu całkiem nieźle, na pewno o wiele lepiej niż kolejnemu kandydatowi, który miał poważne problemy z matematyką i nie wiedział ile ma wydać reszty, oraz jego następcy, który tak się zestresował że nie mógł zapamiętać co zamawiali klienci i ciągle podawał niewłaściwe drinki. Hanna postanowiła nie interweniować, bo i tak nie mogli przynieść większych strat, aniżeli ich zwolniony poprzednik. Kobiety stały oparte o ścianę przy drzwiach do biura, skąd miały idealny widok zarówno na bar jak i kuchnię, oraz mogły zaglądać co chwila do dziewczynek, patrząc jak się miewają.
Tuż przed dziewiątą Hanna zauważyła, że pracujący w kuchni chłopak stoi oparty o ladę rozglądając się leniwie po kuchni.
- Mogę w czymś pomóc, panie Jerremy? – Spytała, zaglądając do kuchni.
- Nie proszę pani, nie trzeba.
- Możesz mi więc powiedzieć, czemu nic nie robisz? – Spytała widząc, że kobiety nadal krzątają się po kuchni.
- Już skończyłem. No prawie skończyłem. – Wskazał na leniwie bulgoczące dwa garnki. – Gulasz jest już gotowy do podania, a forszmak dochodzi. Myślę, że za jakiś kwadrans będzie do podania.
- Zrobiłeś tylko tyle? – Hanna oburzona wskazała na niezbyt wielki garnek.
- W kotle jest więcej, ale będzie jeszcze dochodziło, a na początek tyle wystarczy – kiwnął w stronę bulgoczącego kotła. – Tak na przyszłość, to na zrobienie dobrego forszmaku trzeba ze dwie godzinki.
- Jak nie masz co robić, to posprzątaj po sobie.
- Posprzątałem. W zlewie, to pań, nie moje.
- Co z zupą cebulową?
- Jakieś pół godziny, nie wiedziałam, że w kotle tak powoli się gotuje, mimo że magicznie podgrzałam.
- Wątróbka?
- Gotowa do podania.
- Świetnie. Zaraz zacznie się wydawanie, więc bądźcie gotowi. Aha i zatrzymujcie kartki z zamówień które zrealizujecie, żebym wiedziała ile kto zrobił.
Kuchnia pracowała do godziny siedemnastej, dość sprawnie wydając zamówione posiłki, a w tym czasie Hanna użerała się z kolejnymi barmanami. Po chłopaku, który nie potrafił zapamiętać zamówień przyszedł czas na jedyne osoby, które miały doświadczenie w pracy za barową ladą.
- Romildo – Hanna zatrzymała dziewczynę, nim ta zaczęła swoją próbę. – Możesz mi powiedzieć dlaczego nie jesteś w szkole?
- Szkoła była do bani. Albo ja byłam do bani – powiedziała z uśmiechem. – Tak czy siak, mi i nauce nie było po drodze, więc odpuściłam sobie ostatni rok.
- A co z egzaminami?
- A komu potrzebne jest pięć Zadowalających na świadectwie? Wolałam pracować.
- No dobrze, na początku będę ci pomagać, a potem zobaczę jak radzisz sobie sama. Będziesz…
- Będę odbierała zamówienie od klienta i jak zapłaci podawała to co zamówi, żeby nie wyszedł bez płacenia. Nabijam kwotę na kasę. Jak wyskoczy szuflada to wydaję resztę i zatrzaskuję szufladę. Jeśli klient daje mi napiwek, to nabijam go na kasę i zaznaczam sobie, że dostałam napiwek, żebyśmy mogły się potem rozliczyć – mówiła podchodząc już do lady, gdzie czekał pierwszy z klientów. Kiedy go obsłużyła kontynuowała. – W lodziarni miałyśmy taki system, kawałek wafelka to knuty, czekoladka to sykle a listek mięty to galeon. Tutaj nie wiem, mogę jakimiś dodatkami do drinków? – Wydała klientowi resztę. – Jeśli oczywiście dostanę napiwki.
- Zaznaczaj na kartce. Dostaniesz – Hanna wycofała się zza baru, by obserwować, jak idzie Romildzie.
Po dwóch godzinach była zachwycona sprawnością dziewczyny i niemal pewna, że ją zatrudni, poprosiła więc, żeby zaczekała, aż zastępujący ją chłopak skończy swoją próbę. Romilda siadła sobie w tym czasie sącząc drinka.
- Kuchnia skończyła pracę – Kobieta imieniem Linda wyszła do Hanny, a za nią podążyła Melinda.
- Dobrze, już do was idę. – Hanna odeszła od kontuaru, o który się opierała. – Parvati przypilnuj Petera, żeby nie narozrabiał.
- Jasne – Hinduska oderwała się na chwile od rozmowy z Romildą. – Leć załatwiać sprawy kuchenne.
- Wejdźmy do kuchni. Nie będziemy rozmawiać na korytarzu – Hanna poprosiła kobiety, które mrucząc coś o biurze i skończonej pracy weszły z powrotem do kuchni.
- Przepraszam, proszę pani. – James Jerremy odwrócił się na chwilę od wycieranej lady. – Za chwilę skończę sprzątać miejsce pracy. Tylko zmyję podłogę – Odłożył szmatkę, którą wycierał blat do wyjętego ze schowka wiaderka z przyborami do sprzątania.
- Niech pan sobie przerwie na chwilę panie Jerremy.
- To mi zajmie tylko minutę, a stanowisko musi lśnić.
- Na pewno. Proszę do mnie – Hanna powiedziała z naciskiem. – Panie jak rozumiem skończyły już sprzątać swoje miejsce pracy?
- Ja już pozmywałam naczynia i schną na suszarce.
- Moje kończą się zmywać.
- A te, które wróciły z ostatnich posiłków?
- Nie było wolnego zlewu – Odpowiedziała jej Melinda.
- Ale teraz jest już wolny – Hanna machnięciem różdżki przeniosła naczynia do zlewu, by się umyły.
- Teraz kuchnia już jest zamknięta – Melinda odezwała się ponownie.
- A blaty są powycierane? Podłoga umyta?
- Tak jak mówiłem. Nie zdążyłem jej umyć jeszcze, ale miałem to zrobić.
- Rozumiem. Magia jest w tym względzie szybsza – Hanna skinęła głową. – Zaraz dokończyłby pan zmywać swoje stanowisko.
- A panie nie zmyły? – Hanna przesunęła się na tyle, by widzieć nieumyte blaty i podłogę.
- Miałyśmy zrobić to jutro rano. Dzisiaj już skończyłyśmy przecież pracę.
- No dobrze. Proszę pokazać mi kartki z zamówieniami – Kobiety wyciągnęły z kieszeni swoje kartki, podając je Hannie.
- Panie Jerremy?
- Już, już. Wyjmuję, wyjmuję – Chłopak opróżnił dwie wypchane zamówieniami kieszenie.
- To wszystko pana?
- Tak.
- Czemu panie mają tylko tyle? – Hanna pokazała plik zamówień podanych przez kobiety. Każda przyjęła po kilkanaście, góra kilkadziesiąt zamówień.
- Bo on brał prawie każde, jakie się pojawiło, zostawiając nam prawie wyłącznie te na wątróbkę i zupę cebulową.
- Jeśli miałem wolne ręce, to brałem zamówienie na kuchnię. Tak się robi w mugolskiej kuchni.
- Mhm – Hanna mruknęła, przyglądając się to zamówieniom, to znowu trójce kucharzy. – Musiałabym skłamać, jeśli nie powiedziałabym, że pan Jerremy poradził sobie najlepiej z państwa.
- Ale… – Jerremy podjął w miejscu, w którym Hanna skończyła mówić.
- Nie ma ale – Hanna powiedziała po chwili zawahania. – Myślę, że spotkamy się jutro, by sprawdzić, jak poradzi pan sobie sam.
- Chce pani zatrudnić charłaka?! – Oburzyła się Melinda.
- To szaleństwo. Bez czarów nikt sobie nie poradzi z taką ilością klientów.
- Jak widzę, pan Jerremy poradził sobie z większością zamówień i w przeciwieństwie do pań, posprzątał swoje miejsce pracy.
- Straciłyśmy cały dzień przez charłaka?!
- Ja bym tego tak nie odbierała. Zgodnie z umową, otrzymacie panie zapłatę za swoje usługi. Po trzy galeony dla każdego z państwa – Kobiety wzięły zapłatę i z obrażonymi minami opuściły Dziurawy Kocioł. – No cóż. Pana zapraszam jutro na godzinę ósmą. Jak dzisiaj.
- Prawdę powiedziawszy, to dojazd mugolskimi środkami transportu z Liverpoolu by mnie zabił. Chciałbym wynająć pokój w Dziurawym Kotle.
- Oczywiście. Nie ma problemu.
- Na cały okres, kiedy będę dla państwa pracował.
- Nie bardziej opłacałby się panu dojazd Błędnym Rycerzem?
- Charłakom się nie zatrzymuje.
- A, no tak. Dobrze. To jutro o ósmej widzimy się w kuchni, a za chwilę dam panu jakiś pokój. Teraz muszę zająć się wyborem barmana.
- Dobrze, ja chętnie poczekam, bo chciałbym porozmawiać o kilku pomysłach na usprawnienie pracy kuchni.
- No dobrze, ale to po osiemnastej.
- Jasne.

- Jak mu idzie? – Hanna spytała Parvati o pracującego za barem chłopaka.
- Myślę, że tak dobrze, jak Romildzie. Prawdę mówiąc, to nie wiem, które z nich jest lepsze.
- A które byś wzięła? – Parvati wzruszyła ramionami.
- Romilda zarobiła więcej pieniędzy i zgarnęła wyższe napiwki, tak przynajmniej mi się wydaje, ale wielu facetów próbowało z nią flirtować. Chyba dlatego więcej wypili – Tak, Hanna też to zauważyła. Romilda co chwila musiała odmawiać drinka, którego chciał jej postawić któryś z młodszych klientów i radzić sobie z tymi, którzy próbowali z nią flirtować. Mimo to świetnie radziła sobie z przyjmowaniem i wydawaniem zamówień. Chłopak nie miał aż takich problemów z klientami i także poradził sobie bez najmniejszego problemu.
- Peter – Hanna zawołała chłopaka. – Koniec twojej zmiany.
- Stanę na ten czas za barem – Parvati klepnęła Hannę w ramię, zastępując chłopaka.
- Siądź sobie – Hanna wskazała Peterowi miejsce za barem obok Romildy. Sama oparła się przed nimi o bar. – Pokaż mi swoją kartkę z napiwkami, Peter – Dokładnie przeanalizowała kartki Romildy i Petera, sprawdzając ile ma im wypłacić. – No dobrze, Peter. Dwa galeony, czternaście sykli i knut dla ciebie. Romilda… Hmmm. Poczekaj. Muszę skoczyć do biura. Nie mam już tyle w kieszeni – Wynik Romildy jeśli chodzi o napiwki był naprawdę imponujący, ale Hanna nie miała najmniejszych wątpliwości, że prawdziwy. – Siedem galeonów, dwa sykle i trzy knuty dla ciebie, Romildo – Powiedziała, gdy wróciła z biura z odliczoną kwotą. – Naprawdę mam wieli dylemat, które z was mam zatrudnić. Niewątpliwie zarobiłaś więcej i zebrałaś lepsze napiwki, Romildo. Nie wiem jednak, jak na dłuższą metę poradzisz sobie ze stawianymi ci drinkami. Wolę nie mieć pijącego barmana.
- Spokojnie. Mogę popijać drinki piwem.
- A co to za różnica, same czy z piwem? – Hanna spytała, zdając sobie sprawę, że ma najwyraźniej jakieś braki w edukacji alkoholowej.
- Parvati! Jedną lufę, piwo w butelce i kufel. Reszta twoja – Romilda rzuciła dwa galeony, które przejechały po ladzie wprost w ręce Parvati.
- Jesteś pewna tej reszty? – Parvati spytała przynosząc zamówienie. – Przecież to ponad galeon.
- Jasne, ale zostań. Pokażę ci czary – Romilda wlała całą zawartość butelki z piwem do kufla, a potem pomachała nią do góry nogami, pokazując, że jest pusta. – No to do dna – jednym haustem opróżniła pięćdziesiątkę wódki, stawiając na ladzie odwrócony do góry dnem kieliszek i zapijając lufę pustą butelką.
- No i gdzie tu te czary? – Hanna spytała zdziwiona.
- Wypiła pięćdziesiątkę, nawet się nie krzywiąc – wyjaśniła jej Parvati. – Ja tu widzę czary.
Romilda uśmiechnęła się i pomachała butelką, na dnie której zabulgotał płyn.
- Oczywiście, w normalnej sytuacji butelka powinna być tak do połowy pełna, żeby nikt się nie zorientował, ale chciałam wam to lepiej zobrazować.
- Dobre, dobre – Podchwycił Peter. – Gdzie się tego nauczyłaś?
- Jak jest się dziewczyną, to faceci często i chętnie stawiają ci drinki, licząc że jak cię spiją to bardziej będą ci się podobać. Idioci – Wzruszyła ramionami. – Życie to najlepszy nauczyciel.
Hanna długo jeszcze rozmawiała z obojgiem, nim podjęła ostateczną decyzję. Mimo świetnych wyników, jakie osiągnęła Romilda, nowym barmanem Dziurawego Kotła został Peter. Hanna wolała mieć na tym stanowisku mężczyznę. Romilda mogła przyciągnąć sporo młodej klienteli, ale Hanna obawiała się, że skończy się to zatrudnieniem ochrony przed zbyt natrętnymi gośćmi.
J.J miał kilka propozycji odnośnie usprawnienia działania kuchni, które w większości przypadły Hannie do gustu. Kazała mu dogadać szczegóły z Peterem, którego współpraca przy niektórych zmianach była konieczna, po czym, zamknąwszy bar, powlokła się z dziewczynkami na górę.

Tego dnia Neville wrócił do domu wyjątkowo później, mocno po godzinie siódmej, jako że miał jakąś poważną akcję Aurorską. Wykończona Hanna leżała już w łóżku i kiedy położył się obok, usnęła w trakcie opowiadania swojego dnia.

Kolejne dni przynosiły w Dziurawym Kotle coraz więcej zmian. J.J wprowadził system sprawiający, że nie mieszała mu się kolejność spływających zamówień, a potrawy trafiały dokładnie tam, gdzie trafić miały. Generalnie sprowadzało się to do zamontowania w okienku rozciągniętej pomiędzy dwoma bloczkami tasiemki, po której wędrowały spinacze z zaczepionymi do nich karteczkami, które J.J po kolei sobie zdejmował przygotowując potrawy. Na każdej kartce prócz złożonego zamówienia znajdowała się teraz również adnotacja z numerem stolika – J.J z Peterem ponumerowali sobie umownie stoliki, by łatwiej im było dostarczyć zamówienie. Stawiając w okienku potrawę J.J uderzał w świeżo zamontowany w nim dzwoneczek i mówił numer stolika, zajmując się kolejnym zleceniem. Te kilka czysto mugolskich zmian niemal wyeliminowało oczekiwanie na zamówienia, chyba że wymagały one naprawdę długiego przygotowania. Na stolikach w Kotle pojawiły się obrusy i serwetki. Klienci nie dostawali już żadnej potrawy w drewnianej misce. Zakwaterowanie głównego kucharza w pokojach Dziurawego Kotła sprawiło, że klienci mogli tuż po otwarciu zjeść ciepłe śniadanie, co kiedyś było nie do pomyślenia, albo szybką kolację przed samym zamknięciem baru. Mocno zmotywowania do pracy sprzątaczka sprawiła, że podłoga w barze lśniła niczym nowo położona. Kocioł zmienił się niemal nie do poznania i była to zmiana na lepsze.

Po wprowadzeniu nowych porządków bar zaczął wreszcie przynosić odpowiednie zyski. Pomysły kulinarne J.J’a, który sam zaczął ustalać codzienne menu i wprowadzenie większej ilości potraw sprawiły, że w Kotle pojawiało się coraz więcej klientów chcących skosztować porządnej, czasem nietypowej kuchni, zamiast nudnych domowych obiadów.

Minęły dwa tygodnie od kiedy Hanna zrobiwszy wielką awanturę pożegnała się z większością starej załogi Dziurawego Kotła i były to najspokojniejsze dwa tygodnie, jakie do tej pory przeżyła w Dziurawym Kotle
- Czemu jeszcze jesteście tutaj, kochanie? – Neville wszedł do jej biura na parterze. Powinnyście być już w łóżkach.
- Dziewczynki są – Odpowiedziała mu, kołysząc się w fotelu.
- Ty też powinnaś.
- Powinnam, ale mi się nie chce. Dzióbasku.
- Czemu ci się nie chce?
- A bo właśnie skończyłam obliczać nasze księgi.
- No i?
- No i mamy sto pięćdziesiąt galeonów.
- No to znowu dołożymy – Pocałował ją w czubek głowy. – Damy sobie radę.
- Mamy sto pięćdziesiąt galeonów po opłaceniu podatków, zaopatrzenia, pensji pracowników i czynszu dla Georga. Mamy sto pięćdziesiąt galeonów dla siebie i ponad pół miesiąca tylko dla nas! – Zerwała się z fotela skacząc na Nevilla i obejmując go udami w pasie. – Tylko dla nas!
Neville usadził uwieszoną na nim Hanne na biurku przy którym pracowała, mocno ją całując. Jeszcze mocniej oplotła go udami i rękoma, wzmagając jego pocałunek.
Dziewczynki grzecznie spały, nie przeszkadzając swoim rodzicom.

Kiedy już byli ponownie w stanie rozmawiać, Hanna opowiedziała Nevillowi o swoim pomyśle na wykorzystanie piwnic pod Dziurawym Kotłem, na które dotąd nie mieli pomysłu. Kiedy skończyła opowiadać, ponownie długo nie mieli czasu rozmawiać i nie wiadomo, jak długo by to trwało, gdyby dziewczynki nie przerwały zabawy rodziców.

-Mam pomysł na rozkręcenie Dziurawego Kotła – Hanna powiedziała podekscytowana do Georga, gdy następnego dnia koło południa odwiedzili go z Nevillem w sklepie.
- Wy tam rządzicie. Ja będę podziwiał efekty – George odpowiedział nie przestając obsługiwać klientów.
- Ale to za duża sprawa, żebyśmy zdecydowali sami z Nevillem – Upierała się Hanna, starając się skupić na sobie całą jego uwagę.
- No to, co to za pomysł, Hanno? – Spytał, nie patrząc na nich i podając buteleczkę eliksiru miłosnego.
- Chcę otworzyć tam bar! – Podekscytowana przekrzyknęła ludzki zgiełk.
- Bar? Przecież to jest bar – Rudzielec wydał resztę kolejnemu klientowi, nabijając na kasę prawie dziesięć galeonów.
- Ale nie taki. Chcę otworzyć taki prawdziwy bar!
- Angelina – Krzyknął do swojej pracowniczki. – Wszyscy twoi. No dobrze, a teraz po kolei. Jaki bar? – Przechylił się do Hanny przez ladę.
- Pod Dziurawym Kotłem są dwa poziomy piwnic. Chcę otworzyć w nich taki prawdziwy bar.
- Jaki to jest „prawdziwy bar”? – George zapytał, machnięciem ręki odsyłając klienta do Angeliny.
- Taki w mugolskim stylu. Nie będzie żadnego jedzenia. Co najwyżej jakieś orzeszki. Tylko alkohol i muzyka. Głośna muzyka. Postawilibyśmy też kilka stołów do bilarda. Takiej…
- Wiem co to jest bilard – Ubiegł ją George. – Chcesz w piwnicy Dziurawego Kotła otworzyć bar, w którym będzie tylko alkohol i muzyka? Jak zamierzasz skłonić ludzi, żeby zeszli napić się do piwnicy, skoro alkohol mają i w Dziurawym Kotle?
- Będzie otwarty od ósmej wieczorem, do szóstej rano, jak Dziurawy Kocioł będzie już zamknięty – George popatrzył na nią sceptycznie. – Młodzi ludzie, muzyka, zabawa. To się uda! – Hanna powiedziała równie pełna zapału, co on sceptycyzmu.
- Angelina? – George zawołał do swojej pracowniczki. – Co powiesz na bar. Taki mugolski, z muzyką i bilardem?
- Zapraszasz mnie? Ekstra. Kiedy idziemy? – Odkrzyknęła czarnoskóra.
- To wasz bar – George zwrócił się ponownie do Hanny i Nevilla. – To wasza decyzja, ale pierwszą klientkę chyba już macie.

Jeszcze tego samego popołudnia Hanna zabrała się do pracy nad nowym barem, w której ochoczo pomagała jej Parvati. Hanna nie mając pojęcia o tym, jak powinien wyglądać i funkcjonować taki bar, zatrudniła Parvati do zarządzania nowym lokalem. Parvati aż skakała z radości, kiedy przekazywała tą informację Gregowi. Była zachwycona, że może pracować z Hanną i to w barze, tak jak tego chciała. Gerg postawił jednak jeden, twardy warunek. Parvati miała wracać do domu nie później, jak o jedenastej wieczór – chyba, że nie będzie go akurat w domu – bo on nie zamierza sypiać sam.
Pod kierownictwem Parvati dwa poziomy piwnic zmieniły się nie do poznania. Na pierwszym, bezpośrednio pod Dziurawym Kotłem znalazło się miejsce na lokal z bilardem, rock and rollową muzyką i długim barem pełnym alkoholi. Na dole zaś ulokował się bardziej elegancki klub ze spokojniejszą, Jazzową i Soulową muzyką, czasami przeplataną kawałkami Funky. Tutaj skupiały się głównie kobiety, popijając kolorowe drinki od przystojnego barmana w białej koszuli, który zawsze rozmawiał z nimi ciepłym i niskim głosem, uśmiechając się uroczo. W wybrane dni tygodnia na części klubu organizowane były wieczory taneczne, wstęp na który miały jedynie osoby ubrane w odpowiedni sposób. Sala oświetlona została przytłumionymi fioletowymi, pomarańczowymi i zielonymi światłami, delikatnie wirującymi po pomieszczeniu, sprawiając że zawsze tonęło ono w delikatnym półmroku.
Parvati długo szukała odpowiedniego kandydata na stanowisko barmana w klubie, tak by był on jednocześnie przystojny i nadawał się do tej pracy. W końcu padło na Roberta, przystojnego, wysportowanego dwudziestopięciolatka o gęstych, kasztanowych włosach i dużych oczach w kolorze czekolady, w których można było utonąć.
Za barem górnego lokalu stanęła Romilda i nikomu nie przyszło nawet do głowy robić castingu na to stanowisko. Obie, Hanna i Parvati od pierwszej chwili wiedziały, że będzie to właśnie Romilda i koniec.

Początki baru „Pod Dziurawym Kotłem” – choć początkowo rozważane były nazwy takie jak: drugie dno, podwójne denko, podziemia, piwnice, lochy, czy Palenisko, które omal nie zwyciężyło – nie były łatwe. Okazało się, że czarodzieje są o wiele większymi domatorami i w przeciwieństwie do mugoli nie mają ochoty wychodzić nocami do barów.
Nie można było powiedzieć, żeby lokal na siebie nie zarabiał – choć Robert czasami nie miał absolutnie nic do roboty – tym niemniej mogło być lepiej. Często zdarzało się, że mężczyźni przychodzili, zamawiali sobie po jednym piwie, po czym całą noc okupywali stół do bilarda, nie będąc zainteresowani barem.
Tak było aż do wieczora, kiedy mocno wkurzyli Romildę.
Było ledwie po dziewiątej i Parvati wciąż jeszcze była za barem, razem z Romildą, która nie miała komu nalewać. Stoły bilardowe były zajęte przez kilku kolesi, którzy nawet nie zaczęli pić rozgazowujących się w kuflach piw. Przy barze siedziało kilku facetów, którzy w większości rozmawiali z kumplami nie zwracając uwagi na Romildę, zachęcającą ich do zamówienia czegoś. Parvati rozważała nawet wprowadzenie opłat za wejście do baru, kiedy do rzeczywistości przywołał ją głośny okrzyk Romildy.
- Chrzanić to! Jestem jeszcze młoda! – Dziewczyna krzyknęła z całych sił, po czym jednym haustem opróżniła stojącą przed klientem Whisky i wskoczyła na bar. Przez gwar rozmów i muzykę, przedarł się ostry i przeciągły gwizd.
- Pierwsze co powinien zrobić dobrze wychowany mężczyzna, gdy przyjdzie do baru – Romilda zaczęła przemawiać, tak głośno, by usłyszał ją cały bar. – To znaleźć kobietę, której może postawić drinka, a potem napić się razem z nią. Jeśli takiej kobiety znaleźć nie może. Mężczyzna powinien napić się z barmanką. Są tu dobrze wychowani mężczyźni, czy same buraki? Dla bardziej ślepych i z metra ciętych, panie są tam, tam i na barze. To kto pierwszy postawi mi drinka? Może ty, kochasiu? – Postawiła obutą w szpilkę stopę, na ramieniu jednego z siedzących przy barze mężczyzn.
Takie były początki baru „Pod Dziurawym Kotłem”, który jak czas pokaże, stanie się miejscem kultowym, a jednym z jego znaków rozpoznawczych będą barmanki, często spacerujące po kontuarze, z którymi będzie można się zdrowo napić, choć nigdy, nikomu, nie uda się ich spić. Popijanie drinka piwem, to wszak magiczna sprawa.

 
 

  • RSS