RSS
 

Archiwum - Luty, 2014

13. Z Życiem Rodzi się Nadzieja.

22 lut

Na wstępie chciałbym was przeprosić za brak bonusa walentynkowego. Powody jego nieukazania są dwa. Po pierwsze, nie będę ukrywał, że zaczęło mi powoli brakować czasu na napisanie wszystkich rozdziałów.
Po drugie zaś i nie wiem, czy nie ważniejsze. Postanowiłem świadomie nie publikować tego rozdziału, bo jakkolwiek mówił o historii miłosnej i to takiej, która wydarzyła się naprawdę, to po długiej rozmowie z nieocenioną w tym miejscu Nikitką, doszedłem do wniosku, że lepiej nie opowiadać tej historii w walentynki. Możliwe, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Teraz już zapraszam na kolejny rozdział. W zadośćuczynieniu za brak bonusa, postarałem się o naprawdę długi.

Pozdrawiam

__________________________________________________________________________

- Bolą mnie plecy – jęknęła, patrząc na niego z wyrzutem.
- Tak, tak, wiem. To w połowie moja wina – odpowiedział, jakby recytował wyuczoną regułkę.
- W jakiej połowie? – Zdumiała się. – To nie ja nie wytrzymałam.
- A ja ci zejść zabraniałem i ani słowem nie ostrzegłem żebyś przerwała?
- Przerwać? W takiej chwili? To by była zbrodnia!
- No właśnie. Więc to w połowie twoja wina – uśmiechnął się triumfalnie.
- Nie! To ty nie wytrzymałeś, wina jest twoja.
- Tylko w połowie.
- Cała.
-Tylko w połowie
- Cała
- W połowie – zaczął ją delikatnie łaskotać.
- Cała – Nie poddawała się, wijąc się w ucieczce przed łaskotkami. Po policzkach ciekły jej łzy wywołane śmiechem i łaskotkami.
- Połowa – Nie poddawał się nawet na chwilę.
Kto wie ile trwała by ta łaskotana wojna, gdyby ponowne terkotanie budzika nie uświadomiło mu, że musi wyjść do pracy. Wyprasowany w kant mundur spoczywał na krześle w rogu pokoju, tam gdzie zostawił go poprzedniego wieczoru.
Aportował się wprost do pustej alejki, na tyłach zamkniętego teatru. Tej samej alejki, do której aportowali się czarodzieje i czarownice w czasie, kiedy u władzy był Sami-Wiecie-Kto. W dzisiejszych czasach znacznie więcej magicznych domów podłączonych było do sieci Fiuu, więc i kolejki do wejścia dla pracowników umiejscowionego w miejskim szalecie były znacznie krótsze. Lubił zacząć dzień od aportacji i krótkiego spaceru, nic tak nie otrzeźwiało umysłu, jak skupienie się na tym by się nie rozszczepić.

- Przepraszam za lekkie spóźnienie, szefie. Sprawy osobiste zatrzymały mnie w domu – powiedział, siadając za swoim biurkiem,
- Spokojnie, pięć minut to nie tragedia – Urquhart odezwał się znad „Proroka Codziennego” – W razie czego są odznaki. A tak poza tym, to jak mają się sprawy osobiste? – Zapytał odkładając gazetę na biurko.
- Trochę obolałe, trochę bardziej złorzeczą, ale dajemy sobie radę.
- Za kilka tygodni inaczej będziesz śpiewać – Ramirez odezwała się znad kubka z kawą. -Wiem co mówię, mój brat i szwagierka najpierw dostali hopla z radości, a potem z przemęczenia.
- Oj już nie strasz go, na pewno świetnie dadzą sobie radę.
- Ale ja go nie straszę, tylko mówię szczerą prawdę. Na waszym miejscu naprawdę zastanowiłabym się, czy przeprowadzka to taki dobry pomysł. Dodatkowa para rąk Augusty może wam się przydać, Neville.
- Damy radę. Dziecko to w końcu nie trójgłowy pies.
- Ani sklątka tylnowybuchowa – podpowiedział Harry.
- Poza tym – Neville podjął, otrząsając się na wspomnienie sklątki tylnowybuchowej – Nadal nie wybraliśmy mieszkania. No a Hanna nie nadaje się teraz na jakiekolwiek oglądanie kolejnych mieszkań.
- Ile wy ich widzieliście, z trzysta?
- Ja obstawiam coś bliżej tysiąca.
- Dużo, ale na nic nie mogliśmy się zdecydować.
- Wiecie przynajmniej, gdzie chcecie mieszkać, czy dalej miotacie się po całej Wielkiej Brytanii?
- Nie zapominaj, że raz byli u żabojadów w Normandii.
- I dwa w Irlandii – Urquhart dorzucił do dyskusji. Dawno już odpuścił swoim pracownikom pogaduszki w pracy, widząc że nie ważne ile by nie rozmawiali, robota i tak była zawsze wykonana.
- Stanęło na Londynie. Ja będę miał blisko do pracy, a Hanna nie będzie musiała ruszać się daleko po rzeczy dla dziecka, czy do Munga jeśli będzie taka potrzeba. No i jest masę czarodziejów, więc nie będziemy musieli bać się wyjść na spacer z różdżką, czy coś.
- Rozsądna decyzja – pochwaliła go Ramirez. – To czemu jeszcze nic nie wybraliście?
- Wiesz, jak absurdalne są ceny mieszkań na Pokątnej? W cenie kawalerki na Pokątnej można wynająć ładny domek w Walii, nie mówiąc już o zakupie.
- Ależ wy jesteście marudni. Normalnie jak baba w sklepie z ciuchami – mruknął Urquhart.
- Ej! – Ramirez krzyknęła z oburzeniem. – Ja nie jestem marudna w sklepie z ciuchami. Zresztą co ty możesz wiedzieć, singlu.
- Mam siostrę. To wystarczy.
- To może pomyślcie o mugolskim Londynie, ja sobie chwalę.
- Nie mam, jak to mówią mugole, zdolności finansowej. Okazuje się, że Brytyjski Zarząd Toalet i Sanitariatów za mało nam płaci – zakończył patrząc na Urquharta.
- Hej, nie patrz na mnie – dowódca podniósł ręce w obronnym geście – To nie ja wymyślałem naszą firmę przykrywkę.
- Tak, czy siak, za Londyn przepłacilibyśmy absurdalnie.
- Obrzeża Hogsmeade byłyby na pewno tańsze od Pokątnej.
- Hanna uważa, że za dużo się tam ostatnio dzieje. Bożonarodzeniowa bitwa, rozróba w czasie twoich oświadczyn – spojrzał w przy tym na Harrego. – Napaść na izraelskiego ministra.
- No to zostaniecie dalej z Augustą i koniec dysputy – Harry wzruszył ramionami.
- To nie wchodzi w grę. Dawniej jej opiekuńczość mi tak nie przeszkadzała, ale teraz zrobiła się nie do zniesienia. Wmusza w Hannę po trzy dokładki przy każdym posiłku, wchodzi do naszego pokoju bez pukania i codziennie daje nam do zrozumienia że powinniśmy byli najpierw zapytać ją o zgodę na ślub, a z dzieckiem poczekać jeszcze przynajmniej rok. To cud że Hanna jeszcze się sama nie wyprowadziła – Neville schował głowę w dłoniach, w geście rezygnacji.

Tego popołudnia miał jeszcze wstąpić do kilku sklepów na Pokątnej, więc zabrawszy swoją dwukierunkową odznakę komunikacyjną wyszedł z biura tuż po godzinie trzeciej. W Londynie rozpoczynał się właśnie popołudniowy szczyt i ulice pełne były samochodów, co w tym wiecznie zakorkowanym mieście oznaczało całkowity paraliż.
Na drzwiach Dziurawego Kotła nadal wisiała kartka zachęcająca do nabycia lokalu, na co najwyraźniej nikt nie chciał się skusić. Wnętrze baru jak zawsze było pełne klientów.
- Och, pan Longbottom! – Stary Tom zaskrzeczał, kiedy za Nevillem zamknęły się drzwi. – Czym mogę panu służyć?
- Dziękuję Tom, tylko przechodzę.
- Co za szkoda. Pan zawsze tylko przechodzi. Nie pamiętam kiedy pan u mnie się czegoś napił, albo coś zjadł.
- Takie życie, w ciągłym biegu – Neville wzruszył ramionami, zatrzymując się na chwilę.
- Chociaż jedną szklaneczkę – Tom już trzymał napełnioną szklankę, wyciągniętą w stronę Nevilla.
- Eh, no dobrze. Jedną szybką i biegnę dalej – Naville oparł się o kontuar.
- A dokąd to pan tak biegnie, panie Longbottom?
- Sprawunki dla żony.
- A no tak, tak. Jak się miewa pańska żona?
- Dziękuję, całkiem dobrze. Choć byłoby lepiej, gdyby babcia jej tak nie dokuczała.
- No tak, nasza droga pani Augusta. Jakże jej nie kochać – Oczy Toma rozbłysły.
- Tak, jakże – Neville mruknął odstawiając szklaneczkę. – Musimy się wyprowadzić, ale znalezienie mieszkania w Londynie graniczy z cudem. Nie słyszałeś może o jakimś mieszkaniu za rozsądną cenę, co Tom?
- Prawdę mówiąc, to ja mam takie mieszkanie – Tom nagle się ożywił.
- Ty masz? – Neville nie mógł na początku uwierzyć w słowa Toma.
- Tak. John, zastąp mnie – zawołał do chłopaka, który zazwyczaj krzątał się ze szmatą po sali, sprzątając po klientach. – Proszę za mną panie Longbottom – poprowadził Nevilla na schody wiodące do położonych na wyższych piętrach pokoi dla klientów. – Jest tutaj, na poddaszu baru. Kiedyś w nim mieszkałem, ale teraz przeniosłem się do pokoju na dole i już dawno stoi puste, ale jest naprawdę przytulne, ja takiego nie potrzebowałem. Trzy pokoiki i łazienka – zachwalał dalej mieszkanie. – Kuchni nie ma, ale po co, skoro na dole w barze jest kuchnia do dyspozycji. Na pewno się panu spodoba, panie Longbottom.
Kiedy znaleźli się na ostatnim piętrze baru, gdzie sądząc po ilości kurzu i pajęczyn dawno nikt już nie zaglądał, Tom wskazał Nevillowi złuszczone drzwi z kluczem tkwiącym w zamku.
- Zostawiłeś klucz w drzwiach? – Neville spytał zniesmaczony.
- A kto by chciał się tutaj włamywać. Zostawiłem żeby go nie zgubić, panie Longbottom. Proszę do środka – Po krótkim mocowaniu się z zardzewiałym i zastanym ze starości zamkiem, drzwi w końcu ustąpiły z głośnym zgrzytem zawiasów.
Znaleźli się w wąskim korytarzyku zakończonym osadzonym w facjacie okienkiem. Ściany i sufit pokryte były staroświecką groszkową tapetą w białe kwiatuszki. Tapeta w wielu miejscach była złuszczona i odchodziła od powierzchni do których była przyklejona, ukazując zawilgocone ściany i zmurszałe deski powały, przez szpary w których widać było gdzieniegdzie belki podtrzymujące dach.
- Na lewo ma pan łazieneczkę – Tom wskazał na otwór drzwiowy zasłonięty fiołkową, do połowy zjedzoną przez mole, zasłoną. Nie trzeba było odsuwać zasłony, by przez dziury zobaczyć wnętrze. Pomieszczenie było mniejsze od łazienki w domu Augusty i zniszczone niemal równie mocno, jak korytarz. Na jego korzyść mogło przemawiać tylko to, jak bardzo jasne było dzięki wychodzącemu na południe oknu. Neville jednak widział już ładniejsze łazienki z południowym oknem. – Na prawo są dwa pokoje – Tom pociągnął Nevilla za łokieć. – Ten jest większy i przechodzi się przezeń do kolejnego, trochę mniejszego. Meble może pan zostawić albo wyrzucić, są w nie najlepszym stanie, więc pewnie pan się ich pozbędzie.
Neville pomyślał, że „nie najlepszy stan”, to co najmniej nie najlepsze określenie dla tych mebli. One najzwyczajniej w świecie się rozpadały, podobnie zresztą jak stojące w kolejnym pokoju łóżko, któro dodatkowo cuchnęło stęchlizną. Żeby tego było mało, kiedy tylko weszli do ostatniego pokoju pod Nevillem załamała się jedna z desek podłogi. Był pewien, że jest to jedno z najgorszych mieszkań jakie oglądał, jedynie sympatia dla starego Toma powstrzymała go przed natychmiastową rezygnacją, więc z czystej kurtuazji zapytał.
- Ile sobie życzysz, Tom?
- Trzydzieści tysięcy galeonów – odpowiedział barman, uśmiechając się bezzębnym uśmiechem.
- Trzydzieści tysięcy?! Za to mieszkanie? Chyba sobie żartujesz – Nevillowi nie udało się powstrzymać okrzyku.
- Nie, nie za mieszkanie, panie Longbottom. Za cały Kocioł.
- Chcesz mi sprzedać mieszkanie razem z barem?
- Pan potrzebuje mieszkania, ja kupca na bar. Obaj skorzystamy. – Tom miał prawdziwy dar do robienia interesów, aż dziw, że skończył jedynie z jednym Dziurawym Kotłem.
- I tak nie mam tyle pieniędzy – Neville wzruszył ramionami – musiałbym ci płacić ratami.
- Gotówka, tylko gotówka i od czego są gobliny w Gringottcie? – Neville zacisnął szczęki na tą uwagę, perspektywa posiadania Kotła była naprawdę kusząca. Nie chciał jednak mówić Hannie o tym mieszkaniu, póki nie będzie się ono nadawało do zamieszkania, a to wykluczało pożyczkę u goblinów.
- Przykro mi. Nie mogę sobie na to pozwolić.
- Wielka szkoda, panie Longbottom. Wielka szkoda.
Wracali do baru w milczeniu. Neville zżymał się w myślach na tak kuszącą propozycję. Tom żałował, że nadal nie ma klienta.
- Tom – Neville odwrócił się do barmana, kiedy byli już niemal na parterze. – Czemu tyle?
- Panie Longbottom, nie mam ani dzieci, ani krewnych. Życia wiele mi nie zostało. To co dostanę to przepuszczę, a potem będzie jeszcze emeryturka z Ministerstwa, która powinna mi wystarczyć. – Neville pokiwał głową w zamyśleniu i z całego zaaferowania sprawą baru, wyszedł z Dziurawego Kotła bez pożegnania.
Zrobiło się naprawdę późno i sklepy na Pokątnej już się zamykały. Dosłownie w ostatniej chwili udało mu się zrobić polecone przez żonę sprawunki. Do domu dotarł był już dobrze po kolacji.

- Gdzie byłeś Nevillu Longbottom! – Krzyk Augusty dopadł go jeszcze w ganku domu.
- Właśnie, gdzie byłeś Neville? – Hanna zawtórowała z piętra, gdzie mieścił się ich pokoik.
- Zatrzymały mnie różne sprawy – bąknął do babci i czym prędzej pobiegł do Hanny.
- Te sprawy powstrzymały cię zapewne, od zakupienia wszystkiego, o co cię prosiłam? – Burknęła do niego.
- Nie zapomniałem, kochanie. Mam wszystko o co prosiłaś – Wyjął ze swojego nesesera papierową torbę ze sprawunkami. – To gdzie byłeś tak długo? Ariel zatrzymał cię do końca? – Zawsze mówiła o szefie Nevilla jego imieniem, choć sam szef Zespołu Szybkiego Reagowania nie używał swojego imienia i okropnie się wściekał, gdy ktoś go używał.
- Urquhart wypuścił mnie, tak jak prosiłem.
- Więc? – Naciskała, a Neville naprawdę nie miał ochoty mówić jej co robił. Wiedział jednak, że jest kiepski w ukrywaniu prawdy.
- Oglądałem jedno mieszkanie.
- Naprawdę? – Podciągnęła się wyżej na łokciach. – Gdzie to mieszkanie?
- W magicznym Londynie, tak jak chciałaś.
- No opowiadaj – ponaglała go podekscytowana. – Jakie jest? Ile pokoi? Weźmiemy je? – Neville uwielbiał, kiedy tak się ekscytowała, choć przez większość czasu była raczej cichą myszką.
- Dwa pokoje z łazienką i kuchnią – kuchnia była oczywistym naciągnięciem prawdy. – Na poddaszu. Bardzo słoneczne – Neville zaczął opisywać mieszkanie w Dziurawym Kotle.
- Brzmi naprawdę ciekawie. To co, weźmiemy je? Nie mówiłbyś, gdybyśmy mieli nie brać, prawda? – Neville zawahał się, nim odpowiedział.
- Raczej nie weźmiemy. Jest na sprzedaż i musielibyśmy brać spory kredyt.
- Może warto?
- Nie wiem, obawiam się, że nie jest warte swojej ceny. Powiedz lepiej co ty dzisiaj robiłaś?
- A co może robić kobieta w moim stanie i w tym domu – pogładziła się po brzuchu.
- Znowu ukrywałaś się cały dzień przed babcią?
- No prawie. Po obiedzie odwiedziła mnie Parvati. Kazała cię tak właściwie pozdrowić.
- Dzięki – Neville leżał na łóżku, wpatrując się w oczy swojej żony,
- Opowiadała co u nich słychać. Padma ma nowego faceta. Podobno rodowity hindus i jest dyplomatą. Parvati i Greg mówią, że to ta wielka i jedyna miłość. Tylko nie mogą się doliczyć, która z kolei. On upiera się przy piątej, ona doliczyła się tylko czterech.
- To Greg też był?
- Nie. Greg jest w delegacji w tym tygodniu. Wysłali go do centrali do Stanów, więc ona umiera z tęsknoty.
- Dobrze jej się trafiło z Gregiem – Neville powiedział z uśmiechem. – Facet za nią szaleje i potrafi o nią zadbać.
- Sądziłam, że nie jesteś nim zachwycony?
- Czemu miałbym nie być. Porządny facet ze stabilną, dobrze płatną pracą.
- W charakterze dyrektora artystycznego brytyjskiego wydania Playbooka – Wcięła mu się.
- Nie powiem, żeby była to praca jak każda inna, ale zła nie jest.
- To co miał znaczyć ten foch, po tym jak nam go przedstawiła? – Spytała, głaszcząc go po głowie.
- To było zboczenie zawodowe – odpowiedział. – Kiedy bogaty i przystojny facet zaczyna się kręcić koło mojej koleżanki, to włącza mi się ostrzegawcza lampka.
- To tylko brzydcy biedacy mogą kręcić się koło twoich koleżanek? – Zaśmiała się.
- Nie, ale znali się od tygodnia, a jego praca to łowienie młodych dziewczyn na rozbierane sesje zdjęciowe.
- Zaraz mi może powiesz, że go prześwietliłeś? – Neville tylko odchrząknął. – Mniejsza o to. Greg to spoko facet, ale wracając do Parvati, wiedziałeś że Tom sprzedaje bar?
- Tak – Nevillowi zrobiło się przez chwilę zimno. – I mówiłem ci o tym.
- Nie mówiłeś. Pamiętałabym.
- Usnęłaś w trakcie opowiadania, nasz potomek postanowił ci wtedy nie dokuczać – pogłaskał jej brzuch, tylko po to by po chwili poczuć kopnięcie. Zaśmiał się – Co to ma wspólnego z Parvati, bo nadal nie rozumiem.
- Parvati starała się namówić Padmę żeby kupiły ten bar na spółkę.
- Oczywiście za pieniądze ich facetów?
- A jakże – Hanna uśmiechnęła się nieznacznie. – Wygląda na to, że Greg zgodził się dla świętego spokoju.
- A jakże – Teraz Nevillowi zadrgały usta.
- Facet Padmy oczywiście się nie zgodził, mimo że Padma bardzo się starała. Tak przynajmniej mówi Parvati.
- Bliźniaczki Patil barmankami, to by było ciekawe.
- Co w tym takiego ciekawego? Parvati twardo stąpa po ziemi
- Ale ja nie mówię, że nie. Ale o Padmie tego samego powiedzieć nie możesz
- Parvati by sobie poradziła, a jak nie, to ja bym jej za barem pomogła.
- Ty? – Neville wybuchnął śmiechem. – Ty, to mogłabyś się położyć i objadać winogronami, a nie pomagać za barem.
- Niedługo maluch i tak nie da nam poleżeć. Jakbym mogła, to bym sobie poradziła i pomogła Parvati. Dzióbasku?
- O, nie, nie, nie – Neville zagroził jej palcem. – Od początku do tego zmierzałaś.
- Ale dzióbasku – zrobiła do niego maślane oczy.
- Nie, nawet nie proś. Nic z tego – Wzrok Hanny zrobił się jeszcze słodszy. – Powiedziałem, nie.
- Ale dzióbku – delikatnie przesunęła dłonią po jego policzku, kości szczęki, zahaczając kciukiem o usta. Doskonale wiedziała, jak ten gest na niego działa.
- Eh, czy Parvati dowiadywała się ile Tom chce za bar?
- No… Nie. Ale ile on może być wart.
- Trzydzieści tysięcy, płatne w gotówce.
- Oj, ups – pisnęła.
- Ups, ups – pokiwał głową. – Nie wiem, na ile Greg może sobie pozwolić, ale nas by to zjadło, a musimy dbać, by ten maluszek miał co jeść, jak już pojawi się na świecie – Po raz kolejny poczuł kopnięcie pod swoją dłonią. Hanna miała zasępioną minę. – Niech zgadnę. Wy już dekorowałyście wnętrze Kotła? No przyznaj się, przyznaj – powiedział ze śmiechem. Nie przyznała się, ale jej mina zdradzała wszystko. – No dobrze… dzióbas. Pora spać.
- Wytłumacz to swojemu potomkowi, sam czujesz jaki żwawy jest.
- On może i tak, bo pośpi sobie jutro. Ja muszę do pracy iść.

Neville położył się spać, ale nie spał dobrze. Męczyła go sprawa z Dziurawym Kotłem. Wiedział, że nie było ich na zakup Kotła stać i nie był im potrzebny, ale wiedział też, że mieszkanie na poddaszu było tym czego potrzebowali. Doskonałe – przynajmniej w mniemaniu jego niewyspanego umysłu – rozwiązanie przyszło mu do głowy nad ranem.

W Biurze było wiele rzeczy niezmiennych – choć jak się okazało, Robardsa udało się zmienić. Jedną z tych rzeczy był Harry, który pojawiał się przed pozostałymi członkami zespołu – chyba, że trafiło się niespodziewane wydarzenie o skali globalnej, w stylu trzęsienia ziemi, wielkiego meteorytu, końca świata, albo zachcianki Ginny by został dłużej w domu.

- Harry. Pożycz mi trzydzieści tysięcy galeonów – Prośba była na tyle niespodziewana, że pite właśnie przez Harrego kakao w całości wylądowało na mundurze stojącego Nevilla.
- Przepraszam, że tak spytam, ale…. Z Graupem się na mózgi pozamieniałeś?!
- Nie, pytam poważnie.
- To powtórz pytanie, bo się chyba przesłyszałem.
- Czy pożyczysz mi trzydzieści tysięcy galeonów.
- Niestety, nie przesłyszałem się. Chodź – Harry pociągnął Nevilla za sobą, w swoje zwyczajowe miejsce konferencyjne, pod ścianą. – Wpadłeś w jakieś kłopoty?
- Nie.
- Długi? Hazard? Szantaż?
- Coś ty. Nic z tych rzeczy.
- No to po co ci tyle kasy?
- Pożyczysz?
- Po co ci taka kasa?
- Jak nie pożyczysz to i tak nie ma znaczenia.
- Nie mam tyle. A nawet jeśli bym miał, to i tak musiałbym to najpierw ustalić z Ginny.
- Reasumując, nawet jeśli masz, to mi nie powiesz, póki jej nie zapytasz.
- Powiedziałbym, nie mam.
- No ok, to nie ma tematu. Ale dzięki i tak.
- Czekaj – Harry złapał Nevilla za ramię. – Po co ci ta kasa. Powiesz, czy mam polecieć do Hanny?
- Hanna nic nie wie.
- Zdaje się, że tym bardziej powinienem do niej polecieć.
- No dobra – Neville powiedział zrezygnowany. – Tom ma mieszkanie na poddaszu, zaniedbane, ale po wyremontowaniu byłoby idealne. Tylko, że chce je sprzedać razem z barem.
- To nie ma już więcej mieszkań w Anglii, że musisz cały bar kupować?
- Są, ale to by było idealne.
- No to weź Hannę i weźcie kredyt u Goblinów.
- Nie chcę mówić Hannie, zresztą, w banku zjedzą nas odsetki.
- Ooo kolego. Źle to zaczynasz. Takie sprawy ustala się najpierw z żoną, potem się robi – Harry miał grobową minę. Zupełnie jakby Neville popełniał jakieś przestępstwo. – Ustalcie to razem. Niech zobaczy mieszkanie.
- Jak je zobaczy przed remontem, to się nie zgodzi.
- Aż tak?
- Przecież wiesz, jak wygląda część użytkowa Kotła, a to jest od lat nieużywane.
- No tak, racja. Tak czy inaczej, przykro mi, ale ja ci nie pomogę.

Nie mogąc wymyślić innego sposobu pozyskania pieniędzy Neville porzucił myśl o mieszkaniu na poddaszu Dziurawego Kotła i w ciągu kilku dni niemal zupełnie zapomniał o sprawie. Mieszkanie u babci nie było w sumie takie złe. Co prawda mieli do dyspozycji tylko jeden pokój, ale przynajmniej nie musieli się trudzić takimi sprawami, jak gotowanie posiłków, czy sprzątanie niemal całego domu. Augusta mogła być namolna i uciążliwa, ale była też pomocna i to bez dwóch zdań.
Kiedy w piątkowy wieczór Neville wrócił do domu, czekała na niego zaskakująca wiadomość. Bill Weasley zapraszał go, nie jego i Hannę, tylko konkretnie jego, na kolejny dzień do swojego domu, na godzinę dziesiątą rano. Kiedy pojawił się na progu Muszelki, Fleur powiedziała mu, że Bill i chłopcy już czekają na niego w gabinecie Billa.
Okazało się, że owymi „chłopcami” byli Harry i George. Bracia Weasleyowie siedzieli po przeciwnych stronach potężnego, dębowego biurka rozmawiając o czymś półgłosem, Harry zaś rozparty w fotelu z nogą przerzuconą przez jedno z oparć przeglądał sobie jakąś książkę. Najpewniej ściągniętą z stojącej obok biblioteczki. Na powitanie, jedynie kiwnął Nevillowi głową, nie odrywając się od lektury.
- Neville! – Bill obszedł biurko podając gościowi dłoń. Na jego twarzy nadal wyraźne były szramy po szponach wilkołaka – Cieszę się, że zechciałeś przyjąć moje zaproszenie. Proszę, usiądź – wskazał mu fotel obok tego zajmowanego przez Georga (który podał mu dłoń ze znudzonym wyrazem twarzy), sam zaś wrócił na swoje miejsce – Skoro jesteśmy już wszyscy, możemy zaczynać – Bill otworzył opasłą księgę – Harry, ty także mógłbyś zacząć uważać.
- Nie widzę takiej potrzeby –odparł Harry znad lektury. – Ja tu stanowię takie tło artystyczne historii. W stylu: „Harry Potter też tam był, miód i wino pił”, ale wy sobie nie przeszkadzajcie.
- Wszyscy wiemy, dlaczego tutaj jesteśmy – Bill podjął zniechęcony olewczym stosunkiem Harrego. Jako jego bankier powinien się przyzwyczaić, że Harry raczej nie za bardzo dba o swoje wydatki, więc czemu miałby dbać o cudze.
- Przepraszam cię Bill, ale ja nie wiem – Neville przyznał szczerze.
- George? – Gospodarz wyraził niemą prośbę.
- Kilka dni temu odwiedził mnie Harry – Jednouchy rudzielec podjął historię. – Nawet nie wyobrażasz sobie mojego zdziwienia, kiedy w dość miłej, jak na standardy Harrego ( Harry nie raczył zareagować ) rozmowie, poprosił mnie w niezwykle taktowny, jak na jego standardy, sposób o pożyczenie mu trzydziestu tysięcy galeonów – Neville rzucił ostre spojrzenie na swojego przyjaciela. – W normalnych warunkach doznałbym szoku….
- Raczej furii – Harry poprawił go beznamiętnie.
- I odmówił, ale że prosił mnie mój przyjaciel…
- I główny inwestor.
- Postanowiłem najpierw dowiedzieć się o co chodzi – George dokończył głośniej, by Harry więcej mu nie przerwał. – Jak się okazało, Harry potrzebował tych pieniędzy na zakup Dziurawego Kotła. Nie powiem, inwestycja wydawała się niegłupia, ale nijak się miała do zwyczajowych pomysłów mojego „inwestora”, więc postanowiłem podrążyć.
- A jakże by inaczej – Harry przewrócił stronnicę, uprzednio oblizawszy palec.
- George słusznie zrobił, biorąc pod uwagę twoją historię rachunku bankowego – Harry jedynie uniósł brwi, wiedząc że Bill omal nie złamał tajemnicy zawodowej.
- Tak więc, okazało się że dysponentem moich pieniędzy i nabywcą baru nie będzie Harry, a ty – George wskazał palcem na Nevilla. – Na takich warunkach, mimo gwarancji spłaty ze strony Harrego, pieniędzy pożyczyć nie mogłem. Zresztą, Bill w życiu by mi nie pożyczył.
- Nie bardzo rozumiem co w takim razie tutaj robimy – Wtrącił Neville.
- Poczekaj na to, najciekawsza część dopiero przed nami – Zachęcił go Harry.
- Tak jak powiedziałem, inwestycja wydawała się niegłupia, więc zleciłem mojemu bankierowi przeanalizowanie ksiąg.
- Nie było to łatwe zadanie – powiedział Bill – ale ostatecznie zgodziłem się, że zakup tego lokalu, zainwestowanie w nieruchomość stanowiącą przejście pomiędzy światem mugolskim i magicznym stanowi świetną inwestycję długoterminową, nawet jeśli chcieć wykorzystać ją do innych celów, aniżeli kontynuowanie działalności gastronomicznej. Sam bar zaś, przy odpowiednim prowadzeniu rzecz jasna, może stanowić rentowną działalność.
- Tyle, że ja nie mam ani czasu, ani ochoty na prowadzenie baru, a że „pańskie oko konia tuczy”, pracownika trzeba dopilnować, czego przy nawale obowiązków związanych z prowadzeniem dwóch sklepów robić nie będę mógł. Potrzebuję do tego zaufanej osoby i tu pojawiasz się ty.
- Chcesz mnie zatrudnić jako… nadrządcę twoich pracowników w Dziurawym Kotle? Wiesz, że nie mam na to czasu, prawie tak jak ty.
- Ale Hanna ma. Myślę, że nawet kiedy już urodzi będzie miała czas, by raz na jakiś czas zejść na dół do baru.
- Wynajmiesz nam to mieszkanie, na poddaszu?
- Nie do końca.
- Oj skończcie już tą ciuciubabkę, mam wolny dzień, a marnuję go z wami. – sarknął Harry. – George proponuje ci wynajęcie Dziurawego Kotła.
- Dokładnie rzecz biorąc to wydzierżawienie – poprawił go rudzielec. – Chciałeś kupić bar, by móc zamieszkać w mieszkaniu na jego poddaszu, notabene nie wiem co w nim widzisz bo jest w strasznym stanie. Oferta powinna ci się więc spodobać.
- Po przeanalizowaniu wszystkich dokumentów Dziurawego Kotła i potencjału tego lokalu przygotowałem zgodnie z zaleceniami mojego brata trzy oferty. Uważam, że wszystkie one są z rynkowego punktu widzenia skrajnie niekorzystne, ale legalne z punktu widzenia prawa więc możemy ci je zaproponować, nazwijmy to warunkami koleżeńskimi. Więc tak. Każda z tych ofert dotyczy dzierżawy wieczystej lokalu pod adresem Londyn, Charing Cross Road/Pokątna 1. W ramach każdej z ofert zawarta jest możliwość wykupu lokalu na własność. Prawo podatkowe uchwalone przez Ministerstwo Magii w roku 1986 zakłada, ze cena wykupu nie może być niższa niż 1/3 kwoty za jaki lokal został zakupiony, jeśli raty dzierżawy osiągnęły lub przekroczyły wysokość kwoty jego zakupu lub nie mniejsza aniżeli 1/3 wartości nominalnej lokalu w dniu jego nabycia przez właściciela, pod warunkiem osiągnięcia 105 procent wartości nabycia lokalu. W chwili nabycia lokalu przez Georga, wartość nominalna lokalu została ustalona na kwocie 60 tysięcy galeonów. – Neville wyglądał na całkowicie zagubionego w bankowym bełkocie Billa. – Spokojnie, to tylko na początku wydaje się takie skomplikowane. Naprawdę jest jasne i łatwe.
- Akurat.
- Harry nie przeszkadzaj sobie w lekturze – Uciszył go Bill. – No to przejdźmy do ofert – Wyciągnął i położył przed Nevillem długi rulon pergaminu zapisany tabelami. – Pierwsza oferta wygląda tak.
Otrzymujesz Dziurawy Kocioł w wieczystą dzierżawę. Miesięczny czynsz dzierżawy w tym wypadku wynosiłby 500 galeonów miesięcznie z możliwością wykupu lokalu po pięciu latach. Jak łatwo możesz policzyć i zresztą napisałem ci to tutaj. Pięć lat daje ci sześćdziesiąt miesięcy po 500 galeonów, czyli kwotę łączą 30,000 galeonów, za którą George nabył lokal. W tym wypadku możemy zastosować kwotę wykupu w wysokości 1/3 ceny zakupu, czyli 10,000 galeonów. Łącznie lokal wyniesie was wtedy 40,000 galeonów.
- 500 galeonów, to rata, jaką ponosiłbym w banku Gringotta. Nie mogę sobie na nią pozwolić. To ponad połowa moich zarobków.
- W przeciwieństwie do banku – wtrącił się George. – ja do tej kwoty nie doliczam żadnych dodatkowych opłat, no i nie wymagam podpisu Hanny.
- Nadal, jest to lwia część moich zarobków.
- Zapominasz, że Kocioł będzie przynosił ci zyski, z których będziesz mógł pokryć całość lub część czynszu, Neville – George uświadomił go spokojnie.
- Mimo wszystko.
- Dobrze, nie podejmuj jeszcze decyzji, są jeszcze dwie propozycje – Bill zwrócił mu uwagę.
- W drugim wypadku, również otrzymujesz lokal w dzierżawę wieczystą. Miesięczna rata czynszu wynosi 350 galeonów, z możliwością wykupu po ośmiu latach. Daje to razem 33,600 galeonów i 10,000 tyś ceny wykupu. Razem 43.600 galeonów.
- Na to mógłbym już sobie pozwolić.
- Również tak uważam, szczególnie biorąc pod uwagę dochody, jakie osiągać możecie z lokalu, jest to jak najbardziej atrakcyjna oferta.
- Bill – Przerwał mu George. – Trzecia oferta.
- Spokojnie, pamiętam. Nie mam celu ani interesu w naciąganiu Nevilla na droższą ofertę.
- Masz. Dostajesz ustawowe dziesięć procent od kwoty transakcji.
- Nie obrażaj mnie, ok? Prowadzę twoje interesy i interesy niemal całej rodziny praktycznie za darmo.
- Pięć procent, to darmo?
- To najmniej ile mogę wziąć. Podziękuj ministerstwu, że tylko tyle każe mi brać. Idź do Gringotta, niech dadzą ci doradcę, poczujesz jak kosztuje dwadzieścia procent to zmiękniesz.
- Pragnę wam przypomnieć, że pojedynkowanie się w obecności dwóch aurorów może nie być najmądrzejszym pomysłem – Harry odłożył wreszcie książkę. – A ja jestem ci bardzo wdzięczny za ogrom twojej pracy i swobodnie możesz brać stawkę rynkową, Bill.
- Tak, masz rację i dziękuję, ale nie skorzystam. No dobrze, Neville. Trzecia propozycja to 300 galeonów z możliwością wykupu po pięciu latach. Daje ci to kwotę 18,000 i 20,000 kwoty wykupu. Czyli 38,000 galeonów łącznie.
- Gdzie jest haczyk? – Neville zapytał przytomnie.
- Nie ma haczyka – Odparł George
- Najniższa oferta i nie ma haczyka?
- To nie jest haczyk w zasadzie, ale musisz być gotowy na poważną kontrolę wydziału podatkowego przy transakcji wykupu. Ta oferta dosłownie ślizga się nad wymaganą kwotą 105% – Wyjaśnił mu Bill. – Oczywiście nic nie znajdą, bo umowa jest jak najbardziej legalna. Tylko niemal nieopłacalna dla Georga.
- Ok, co jeszcze powinienem wiedzieć?
- Powinieneś znać warunki ogólne dzierżawy. Przede wszystkim. Jako dzierżawca ponosisz wszystkie koszty związane z utrzymaniem i prowadzeniem lokalu. Płacisz za dostawy towaru, straty powstałe w wyniku działalności klientów, czyli potłuczona zastawa, połamane meble etcetra, ty ponosisz wszelkie opłaty w postaci podatków i innych opłat ściąganych przez urzędy i instytucje. Mieszkanie na poddaszu, ale i inne pomieszczenia Kotła wymagają remontów, poważnych lub doraźnych. Ty ponosisz ich koszty. W twojej gestii leżą wynagrodzenia zatrudnionych pracowników.
- W tej chwili zatrudnionych jest tam przez Toma trzy osoby, ale jak dla mnie, to pracuje pół – Wtrącił George. – Będziesz musiał sobie z tą kwestią poradzić w ten czy inny sposób.
- Dodatkowo, w ramach dzierżawy, prócz czynszu, George będzie pobierał piętnaście procent z zysku lokalu pomniejszonego o wszystkie koszty jego funkcjonowania.
- Jeśli zysk wyniesie zero, to dostanę zero – Uśmiechnął się jednouchy.
- Ty dostaniesz zero, a ja mogę ponieść straty.
- O to bym się tak nie martwił – uspokoił go Bill. – Ostatnia kolumna – wskazał końcem pióra. – Uśredniony dochód z trzech ostatnich miesięcy, po odliczeniu kosztów to około 500 galeonów.
- Czyli 500 galeonów, minus powiedzmy 75 dla Georga i kolejnych 300 na czynsz to mi daje 125 galeonów, a w ciągu pięciu lat muszę odłożyć 20 tysięcy. Czyli tak czy siak będę musiał dołożyć.
- Z tego lokalu można wykręcić nawet tysiąc galeonów, jeśli się postarać – Wtrącił George.
- Rozmawiajmy o tym co mam, a nie co mogę mieć, a mogę nie mieć – Neville zwrócił się do niego sceptycznie. – Tak więc, będę musiał dołożyć do wykupu ponad 10 tysięcy.
- Nie będziesz musiał, tylko będziesz mógł. Nie masz obowiązku wykupu lokalu, Neville – poprawił go Bill – Możesz do końca życia być dzierżawcą, albo zrezygnować z lokalu, kiedy uznasz, że nie jest on dla ciebie korzystny z jakiegoś powodu. Przy rezygnacji obowiązuje trzymiesięczny okres wypowiedzenia.
- A co z kwestią wypowiedzenia przez Georga?
- George ma prawo do wypowiedzenia w przypadku, jeśli w sposób celowy i uporczywy będziesz działał na niekorzyść lokalu pomimo pisemnych upomnień ze strony Georga lub jego sukcesora prawnego.
- Sprzedaż lokalu przez Georga?
- Masz wtedy prawo do pierwokupu lokalu za jego wartość rynkową pomniejszoną o wpłaconą kwotą czynszu i poniesione nakłady finansowe na lokal. Jeśli nie będziesz mógł sobie pozwolić na wykup, obowiązuje trzymiesięczny okres wypowiedzenia i odszkodowanie.
- Dobrze – Neville raz jeszcze przejrzał tabelę opłat. – Myślę, że zdecyduję się na tą trzecią ofertę. Wydaje się być najbezpieczniejsza i nie masz nic przeciw temu, że prawie nic na tym nie zarobisz? – George jedynie wzruszył ramionami.
- Neville – Harry podszedł do biurka. – Ja nadal uważam, że powinieneś w pierwszej kolejności skonsultować się z Hanną. Tak się nie robi. To są wasze wspólne pieniądze i wspólne życie.
- Nie chcę żeby oglądała to mieszkanie przed remontem.
- Tu muszę się zgodzić – wtrącił George. – Lepiej żeby go nie widziała.
- Poza tym ostatnio mówiła, że mogłaby być barmanką w Kotle, więc może za mocno się nie wścieknie – Faktycznie. Czas pokazał, że Hanna nie wściekła się… za bardzo.
- No dobrze, panowie. Robi się późno, ja jestem bez porządnego śniadania i jest sobota, którą wolałbym poświęcić żonie – popędził ich Bill. Weźmy się za spisywanie tego kontraktu – przesunął Nevillowi mały stosik papierów. – Tutaj masz umowę, ze wszystkimi jej warunkami i obostrzeniami, jakie tyczą się ciebie, mojego brata, oraz Harrego jako żyranta. Tutaj jest mowa o wysokości czynszu i zysku procentowym pobieranym przez Georga. Tutaj jest mowa o kwocie wykupu, oraz okresie po jakim możesz go dokonać.
- A to?
- To jest okres po jakim możesz wykupić lokal z dopłatą dziesięciu tysięcy. Sto miesięcy od chwili podpisania umowy. Niecałe dziesięć lat. Tutaj jest mowa o pobieranej przeze mnie opłacie. W tym wypadku 380 galeonów płatnych w ciągu 48 godzin na moje konto w Banku Gringotta. Dalej jest mowa o kosztach jakie spoczywają na tobie w związku z prowadzeniem lokalu, oraz o tym czego za koszty uznać nie możesz, i że w przypadkach spornych decyzję o poniesieniu kosztów ustalacie między sobą, a wszelkie roszczenia rozstrzygane będą przez stosowne organy ministerstwa.
- A to 10 tysięcy galeonów?
- To bezzwrotne środki wnoszone przez Georga dla poniesienia kosztów związanych z rozruchem lokalu.
- Zapłacę z tego wszystkie koszty roboty papierkowej w ministerstwie, a resztę, czyli jakieś 7 tysięcy, potraktuj jako pieniądze inwestycyjne. Wyremontuj z tego mieszkanie, a resztę właduj w lokal.
- George, nie mogę przyjąć takich pieniędzy.
- Ja ci nie daję żadnych pieniędzy. To są moje koszty, które ponoszę w ramach dofinansowania biznesu jako właściciel, a formalnie mieszkanie jest częścią tego biznesu, bo może być potencjalnie wynajmowane. Ze wszystkiego masz się rozliczyć rachunkami. Co do ostatniego knuta.
- Podpisujemy?
- Podpisujemy – Zgodził się Neville i wszyscy czterej mężczyźni złożyli swoje podpisy na czterech kopiach dokumentów.

Wieczorem Neville przyznał się Hannie, że wynajął dla nich mieszkanie za 300 galeonów miesięcznie. Jak można było się tego spodziewać, Hanna od razu chciała lecieć i je oglądać. Neville musiał wznieść się na szczyty swoich zdolności perswazji, by ją przed tym powstrzymać do czasu aż skończy remont. Zgodziła się niechętnie, ale jednak.

Łatwo było powiedzieć „skończyć remont”, najpierw taki remont trzeba było zacząć, a to nie jest łatwe, gdy praca zajmuje dwanaście godzin dziennie przez pięć, a czasem i sześć dni w tygodniu. Neville doskonale zdawał sobie sprawę, że weekendy to o wiele za mało na sprawne wykonanie tego zadania. Tutaj, niespodziewanie, z pomocą przyszedł mu Pascal.
Po zwolnieniu Gawaina Robardsa, ministerstwo, a co za tym idzie, Departament Przestrzegania Prawa nie spieszył się z wyborem jego następcy. Powołana została specjalna, międzydepartamentowa komisja mająca lustrować ubiegających się o stanowisko kandydatów, a biurem miał w tym czasie zarządzać Pascal.
Sergiusz Pascal, dla większości pracowników departamentu funkcjonował jako „szef nocnej zmiany”. Tak naprawdę był on najbardziej doświadczonym z pracujących w tym czasie aurorów, Sergiusz miał osiemdziesiąt sześć lat i od blisko siedemdziesięciu pracował w Biurze Aurorów. Dawno już powinien był pójść na emeryturę, ale jako że nie miał rodziny, nie miał do kogo wracać, więc rokrocznie składał podanie o przedłużenie służby i rokrocznie udawało mu się zdawać testy okresowe. Nie był najwybitniejszym z aurorów – choć w tej formacji bycie przeciętnym i tak oznaczało bycie naprawdę kimś – ale nie był też jednym z tych, którzy ledwie zdają testy. Zawsze ciężko pracował, dbając by być w najwyższej możliwej formie, ale nad efektowne akcje i walki przedkładał systematyczną pracę za biurkiem, która do przestępców mogła doprowadzić.
Ta oto systematyczność, skrupulatność i ponad półwiekowa determinacja zaprowadziła go w końcu na stanowisko szefa Biura Aurorów. Tymczasowego, bo tymczasowego, ale szefa.
Pascal przyjmując stanowisko zastrzegł, że podchodzi do całej sprawy i siebie samego rozsądnie i nie zamierza kandydować na stanowisko szefa, które zwolniło się po Robardsie. Nie oznaczało to jednak, że nie planuje on zostawić po sobie jakiejś spuścizny.
Już pierwszego poranka po objęciu przez Sergiusza stanowiska, czyli drugiego dnia jego rządów, na ścianie Kwatery Głównej zawisł tajemniczy napis „Job Well Done”. Hasło to miało być kwintesencją nowej polityki biura. Według Robardsa auror pracujący, to ten, którego można zastać przy jego biurku przez pełne osiem godzin jego służby, niezależnie od tego czy ma, czy może nie ma nic do zrobienia w biurze.
Dla Pascala liczyły się efekty. Jeśli miałeś coś do zrobienia w biurze, to miałeś to zrobić, tak skrupulatnie jak tylko potrafiłeś, ale potem nikt nie wymagał od ciebie siedzenia za biurkiem. Jeśli zaś papierkowej roboty nie miałeś wcale, w biurze też być nie musiałeś. Sergiusz wychodził z założenia, że auror pracuje zawsze. Nie ważne czy jest za biurkiem, czy spaceruje środkiem Pokątnej. Tak więc, już wkrótce Kwatera Główna porządnie się wyludniła, za to przemieszczających się dwójkami lub trójkami aurorów z przydzielonymi kadetami można było spotkać niemal wszędzie. W nowo otwartej lodziarni przy Pokątnej, w Miodowym Królestwie, czy przy kościółku w Dolinie Godryka. Można by pomyśleć, że Wielka Brytania zaroiła się od aurorskich mundurów. Wszystko to nie byłoby oczywiście możliwe, gdyby Sergiusz nie dokonał w kilka dni tego, z czym Robards nie poradził sobie przez całe miesiące. Wystarczył niecały tydzień, a wszyscy aurorzy, od szefa biura po kadeta, wyposażeni byli w dwukierunkowe odznaki komunikacyjne, takie jakimi posługiwał się dotąd zespół Urquharta.
Aurorzy mogli teraz przebywać gdzie im się żywnie podobało, pod warunkiem że było to miejsce publiczne.
Te właśnie zmiany, pozwoliły nie prowadzącemu aktualnie żadnych śledztw Nevillowi na zgarnięcie równie znudzonego Harrego i spędzanie całych dni na remontowaniu mieszkania na poddaszu Dziurawego Kotła. Najtrudniejsze były początki.
- Sprzedaj to – Harry powiedział z pełną determinacją. – Pomyliłem się, sprzedaj to, rozwiąż umowę z Georgem i rzuć to w diabły.
- Nie przesadzaj – Neville skarcił przyjaciela. – Wystarczy trochę pracy i będzie jak nowe.
- Trzeba wyburzyć całe piętro i wybudować je od nowa, by wyglądało jak nowe – poprawił go przyjaciel.
- Tu się wymieni kilka desek, tam się wymieni kilka. Położy się trochę tapety i po sprawie.
- Tam może zostać kilka desek, tam nie może zostać ani jedna, a tapety bym nie dotykał, bo sądzę że to ona trzyma wszystko w kupie.
- Czyli uważasz że nie damy sobie rady z remontem tego mieszkania?
- Uważam, że jak się za to zabierzemy, wszystko może zawalić nam się na głowy.
- Czyli odpadasz? – Neville spytał z rezygnacją.
- Żartujesz? W życiu nie zostawiłbym kumpla w takim bagnem na głowie, znaczy ruderą – ale za nic się dzisiaj nie bierzemy. Muszę poszukać, czy Blackowie nie mieli w biblioteczce czegoś o budownictwie magicznym.
- Chyba remontach?
- Nie poprawiaj mnie, wiem o czym mówię.

Blackowie faktycznie mieli takową pozycję w swoim księgozbiorze. Przestudiowanie księgi zajęło Harremu tak wiele czasu, że zdążyło się zrobić bardzo późno i przyniósł ją sobie do łóżka, a Ginny uznawszy że przegrała ze starą książką, obrażona poszła spać do swojego pokoju.

Następnego dnia Neville poszedł do Biura z czystego przyzwyczajenia, zupełnie zapominając że nie czyha tam już zła siła, marząca tylko o tym by wyrzucić ich wszystkich z pracy. Dopiero w drzwiach Kwatery Głównej uświadomił sobie, że Robards już nie trzęsie biurem i cicho siedzi w swoim boksie, wypełniając jakieś papiery. Zawracanie w progu wydało mu się wysoce niestosownym, poszedł więc do boksu zajmowanej przez Zespół Szybkiego Reagowania, tylko po to by przekonać się, że nie ma tam absolutnie nikogo. Ramirez z Urquhartem pojedynkowali się na sali treningowej, po Harrym pozostał zaś jedynie wpis na liście obecności. Aurorzy mieli obowiązek poruszać się w terenie co najmniej parami, Neville spodziewał się więc że Harry poszedł na zwykłe plotki. Z drugiej strony, to nie byłby pierwszy raz kiedy Harry nie do końca poważnie traktowałby przepisy.
W ostatecznym rozrachunku, nie mając nic do zrobienia za biurkiem, Neville (idąc w ślady Harrego) samotnie opuścił budynek ministerstwa, udając się w teren. W jego wypadku „teren” oznaczał poddasze Dziurawego Kotła.
Lokal do końca miesiąca pozostawać miał jeszcze pod opieką Toma, Neville nie musiał więc przejmować się chwilowo sprawami dziejącymi się na parterze i w pokojach gościnnych. Szybkim krokiem niemal wbiegł na poddasze budynku, gdzie zatrzymał się na szczycie schodów z wyciągniętą różdżką.
Na poddaszu, oparty o futrynę drzwi prowadzących do mieszkania, skryty w półmroku stał człowiek.
- Słyszałem cię przez dwa piętra – odezwał się spokojnie. – Widziałem przez ostatnie pół i miałem wystarczająco dużo czasu, by cię zaatakować. Ale… doceniam sprawianie pozorów.
- Harry, na litość Merlina – Neville schował różdżkę. – Przez ciebie można dostać zawału serca.
- Przesadzasz – Harry odbił się od ściany. – Przecież wiedziałeś, że tu jestem.
- Niby skąd miałem wiedzieć?
- No przecież umawialiśmy się, że ci pomogę – Wzruszył ramionami. – To co, zabieramy się do roboty?
- Tak, już otwieram i się bierzemy – Neville wyciągnął z kieszeni stary klucz.
- Zanim wejdziemy. Co jest za tamtymi drzwiami? – Harry wskazał drzwi, widniejące w sąsiedniej ścianie.
- Strych. Zajmuje drugą część poddasza – Neville pchnął drzwi, wpuszczając Harrego do mieszkania.
- Poczekaj chwilę – Harry wstrzymał przyjaciela, sięgając do torby. Wyjął z niej grubą księgę, którą czytał w łóżku i otworzył na pierwszej z zakładek. Przeczytawszy raz jeszcze instrukcję, rzucił na pomieszczenie jakieś zaklęcie.
- Co to było?
- Zaklęcie spajające. Zabezpieczy to wszystko przed zawaleniem się, kiedy my będziemy w środku – wyjaśnił. – Od czego zaczniemy?
- Myślę…. – Neville rozejrzał się po widocznych pomieszczeniach, czyli pokoju, łazience i korytarzu w którym stali. – Myślę, że zaczniemy od usunięcia stąd wszystkich mebli i szpargałów.
- Robimy z nimi coś konkretnego?
- Nie. Zwyczajnie je stąd wymiatamy.
- Ok.
Propozycja Nevilla była niezwykle trafiona, gdyż dopiero po usunięciu z mieszkania wszystkich mebli wraz z zalegającymi na nich przedmiotami, dywanów, firan i zasłon, widać było co w pustym mieszkaniu jest do zrobienia tak naprawdę.
Oczywiście, nim zobaczyli puste mieszkanie musieli stoczyć w nim walkę na śmierć i życie, gdyż walczyło ono równie dzielnie, jak niegdyś dom przy Grimmauld Place. Zamaskowani słusznych rozmiarów chustami chroniącymi przed kurzem, uzbrojeni w różdżki i środki przeciw szkodnikom ruszyli do boju.
Mieszkanie okazało się nie być wcale tak opuszczonym jak wyglądało na początku. Znikając łóżko, szafę, długi kredens i kilka innych mebli, aurorzy doprowadzili do furii kilka boginów, kudłatego bobołaka, rodzinkę stworzeń których nigdy nie widzieli w żadnej książce i na pewno nie chcieli ponownie spotkać na żywo. Do tego trafiło się kilka swojskich szczurów domowych, dwie myszki, oraz stado bahanek z pogryzionej zasłony, odgradzającej drogę do łazienki. W rurze odpływowej wanny coś potężnie dudniło, ale kiedy się do niej zbliżyli, owo tajemnicze dudnienie stwierdziło, że woli dać nogi za pas niż próbować otwartej konfrontacji. Całe to sprzątanie zajęło im czas do późnej pory obiadowej i kiedy zeszli na dół do baru, zalewajka i sos z kaszą były już mocno przestygnięte. Byli jednak tak skonani, że najzupełniej im to nie przeszkadzało. W czasie jedzenia, podobnie jak robili to już kilkukrotnie, wysłali do Urquharta zapytanie, czy są do czegoś potrzebni w biurze lub terenie. Ponownie ich uświadomił, że jak będą to nie omieszka ich wezwać. Nie ucieszyło to Harrego, który był już odrobinę zniechęcony, a najgorsze było dopiero przed nimi.
Kiedy mężczyźni zdarli i tak odłażące od ścian i częściowo sufitu tapety, okazało się że znajdujące się pod spodem deski są w tak fatalnym stanie, że ich także należy się pobyć.
Remont trwał okrągły tydzień trwając od wczesnych godzin porannych do wieczora. Kiedy tylko mężczyźni wracali do domu, padali spać i nie podnosili się z łóżek (lub innych miejsc, w których sen ich zastał) do samego rana. Praca się jednak opłaciła, a przynajmniej opłacić miała. Po pięciu dniach otwierając drzwi widziało się jedną, wielką otwartą przestrzeń pozbawioną ścian, w których miejscu pozostały jedynie pojedyncze słupy konstrukcji nośnej dachu. Pozbawioną sufitów, tak że spód owego dachu było widać, oraz pozbawioną podłóg, tak, że chodzić trzeba było po potężnych belkach stropu niższego piętra. Jak się okazało, rozbieranie trwało znacznie dłużej aniżeli odbudowa (możliwe, że było to związane z nieustanna obawą, że cały Dziurawy Kocioł może się zawalić od ich zabaw). Dzięki zaledwie kilku zaklęciom z książki Blacków i wytrwałości, po kolejnych trzech dniach mieszkanie było odbudowane. Powróciła ściana łazienki, tym razem wyposażona już w drzwi i ściana pokoju sypialnego na końcu mieszkania. Mężczyźni uznali jedynie, że nie będą odbudowywać korytarzyka, tak że z drzwi wejściowych wchodziło się od razu do przestronnego salonu, z wyrastającymi w miejscu dawnej ściany dwoma wspornikami (również odbudowanymi z nowego drewna) dachu, które kiedyś ukryte były w ścianie.
Na tym etapie rozpoczęło się dekorowanie wnętrz i jakkolwiek obaj mężczyźni, a przynajmniej Harry, wierzyli w swoje zdolności i poczucie smaku, zdecydowali się jednak poprosić o pomoc kobietę.
Ich wybór padł na Ramirez, która i tak aż paliła się od kilku dni, by zobaczyć efekt ich pracy.
Harry miał nigdy nie powiedzieć Nevillowi, jakie piekło przeżył, kiedy Ginny z Hermioną dowiedziały się, że nie poprosił żadnej z nich. Były one jednak przyjaciółkami Hanny i mogły jej wszystko wypaplać, co było wielce niepożądane w tym wypadku. Z tego samego powodu mężczyźni nie poprosili o pomoc Rona, który z całą pewnością wypaplałby wszystko Hermionie albo Ginny.
Ramirez do kwestii dekoratorskich podeszła bardzo rozsądnie. Kiedy szła z nimi po schodach na poddasze, sądziła że zaprowadzą ją do mieszkania, które wystrojem nie będzie się zbytnio różniło od pokojów gościnnych Dziurawego Kotła. Kiedy jednak weszła do pachnącego nowym drewnem mieszkanka o pobielonych ścianach i podłogach z jasnych desek sosnowych, zatrzymała się zdumiona w progu. Zakomunikowała mężczyznom, że tym czego trzeba temu miejscu są dłonie Hanny, gdyż mieszkanie jest w tak idealnym stanie, że można je stworzyć od podstaw takim jak się wymarzy.
Po tej deklaracji pomogła Nevillowi jedynie w wyborze sprzętów do łazienki oraz szerokiego, małżeńskiego łóżka i życzyła powodzenia w sprowadzaniu Hanny, bo była na to najwyższa pora.
Podbudowany opinią Ramirez o mieszkaniu, Neville faktycznie poleciał po Hannę.

- Dzień dobry kochanie – Powiedział szeptem, wchodząc do ich pokoju. Hanna spała, wykorzystując jego nieobecność na popołudniową drzemkę. Przebudziła się jednak, kiedy usiadł koło niej na łóżku.
- Zaspałam? – Powiedziała odrobinę nieprzytomnie. – Zdążyłeś wrócić nim wstałam – delikatnie podciągnęła się na łokciach.
- To nic, potrzebujesz teraz dużo snu. To już niedługo – pogładził ją po mocno zaokrąglonym brzuchu. – A ja jestem sporo wcześniej, niż powinienem.
- Czemu? Czy coś się stało? – Zaniepokoiła się.
- Nie. Wszystko jest w absolutnym porządku – uspokoił ją. – Nawet lepiej. Skończyłem remontować nasze nowe mieszkanie.
- Naprawdę? – Ożywiła się natychmiast.
- Naprawdę.
- Jak wygląda? Jaki kolor mają ściany? Jest naprawdę takie słoneczne jak mówiłeś? Opowiadaj.
- Myślę, że lepiej będzie, jak sama je zobaczysz.
- A mogę je zobaczyć?
- Oczywiście – Przytaknął. – Dlatego wróciłem wcześniej. Jeśli chcesz… – Nie dokończył zdania, bo Hanna już wygrzebywała się spod ciepłej pościeli gotowa natychmiast udać się do nowego mieszkania.
Kiedy wylądowali na ulicy Pokątnej, Hanna była odrobinę zdumiona czemu, zamiast zagłębiać się między magiczne budynki, idą w górę ulicy.
- Czy nasze mieszkanie jest w północnej części Pokątnej? – Spytała z niepokojem. – Gdzieś między magazynami?
- Nie bądź niemądra. Oczywiście, że nie – uspokoił ją, całując w skroń. – Idziemy do Dziurawego Kotła – Powiedział, choć w zasadzie było to już zbyteczne, bo przechodzili właśnie przez ukryte przejście w murze na tyły baru.
- Przecież mówiłeś, że nasze mieszkanie jest w czarodziejskim Londynie.
- Bo jest.
- Ale przez Kocioł idzie się do mugolskiego świata – upierała się.
- Ale Dziurawy Kocioł, to nie mugolski świat.
- Dzień dobry, panie Longbottom – Tom zakrzyknął zza baru. – Pani Longbottom, nareszcie panią widzimy – dodał z radością, widząc Hannę.
- Dzień dobry, Tom – przywitała się uprzejmie.
- Zastanawialiśmy się, kiedy się pani wreszcie zjawi w Kotle, a pani mąż to odwlekał i odwlekał, ale nareszcie pani jest.
- Tom. George ustalił wyraźnie, jeszcze pięć dni – Neville zwrócił uwagę barmanowi.
- I nigdzie przez te pięć dni się nie ruszam. Ale cieszę się widząc panią Hannę. Mam nadzieję, że się spodoba. Napracowali się panowie – Uśmiechnął się szeroko.
- O czym mówi Tom? – Hanna spytała Nevilla.
- O naszym mieszkaniu – wyjaśnił jej. – Jest na poddaszu.
- Na poddaszu Dziurawego Kotła? – Hanną targnęły raczej mieszane uczucia. Z jednej strony super by było mieszkać nad barem. Z drugiej jednak, wiedziała w jakim stanie jest Dziurawy Kocioł. Była w nim nie raz.
- Tak. Pozwól, że wezmę cię na ręce. To jednak dosyć wysoko – Neville poderwał Hannę, jakby była piórkiem i poniósł po drewnianych schodach.
Kiedy wchodził na ciąg prowadzący na ostatnie piętro, sam na chwilę się zawahał. Ściany pokrywała zupełnie nowa tapeta w barwach Puchonów, delikatnie przetkana czerwienią i złotem Gryffindoru. Korytarzyk przed drzwiami do ich mieszkania pokryty był ta samą tapetą, a drzwi zostały gruntownie odnowione i tylko dokładne przyjrzenie się pozwoliło Nevillowi upewnić się, że to te same, przez które przechodził w ostatnich dniach. Wszędzie było też jakby jaśniej. Ta zagadka rozwiązała się jednak, ledwie spojrzał na jedną z gazowych lamp. Jej klosz okazał się być całkowicie wyczyszczonym, jakby dopiero co opuścił progi huty szkła. Delikatnie postawił Hannę na podłodze i nim otworzył drzwi, zasłonił jej oczy swoim krawatem. Wpadł na ten pomysł dosłownie w ostatniej chwili. Pomyślał jedna, że jak niespodzianka, to niespodzianka. Pozwolił jej na odsłonięcie oczu dopiero, kiedy stanęli niemal na środku pustego saloniku.
Hanna powiodła wzrokiem po białych ścianach i sosnowej podłodze. Spojrzała na różowiejące od zbliżającego się zmierzchu niebo za oknami w facjatach. Spojrzała na podpierający dach słup i ponownie na swego męża.
- Nie wstawiałem mebli i nie malowałem ścian, bo pomyślałem że może wolałabyś zrobić to sama, tak by wyglądał jak sobie go wymarzysz. Do tego czasu możemy sprowadzić nasze meble – Neville zaczął mówić coraz szybciej. – Ale nic się nie bój, umeblowałem łazienkę i naszą sypialnię. Chodź, pokażę ci łazienkę – Objął Hannę delikatnie i poprowadził do znajdującej się zaledwie kilka metrów dalej łazieneczki, z przestronną wanną dla dwojga na mosiężnych nogach, do której woda lała się z dwóch również mosiężnych kranów, umywalką w kształcie myślodsiewni umieszczoną na wprost okna i toaletką z wielkim lustrem, idealną dla kobiet.
- Neville? – Hanna spytała, kiedy szli w stronę ich sypialni, a szli powoli, kaczym chodem, bo inaczej chodzić już nie mogła. – Sam to wszystko zrobiłeś?
- Nie, Harry mi pomagał i bez niego nie dałbym rady tak szybko. Prawdę mówiąc, tamta tapeta, to jego sprawka. Tak się skupiliśmy na mieszkaniu, że zupełnie zapomniałem o tym, co jest na zewnątrz.
- Tyle dni je remontowaliście? Prawie dwa tygodnie?
- Tak, całe dnie. W pracy byliśmy podpisać tylko listę obecności. Nic więcej – Hanna pokręciła głową z niedowierzaniem. Wiedziała, że jej mąż potrafi działać sprawnie, jeśli tylko chce, a Harry także należał raczej do tych prędkich. Ile więc w tym mieszkaniu musiało być pracy. – Proszę. To jest nasza sypialnia – pchnął drzwi za którymi krył się pokoik wielkością delikatnie tylko przewyższający ten, którym dysponowali u babci. W pokoju stała jedynie przestronna szafa na ubrania, szerokie łóżko i ustawione w jego nogach dziecięce łóżeczko z różowymi i błękitnymi zabawkami wirującymi nad nim. Tutaj ściany były pomalowane i miały ciepły, morelowy kolor, który tak lubiła Hanna – I jak ci się podoba? – Spytał.
- Jest puste – zaczęła powoli, a Neville nie wiedział, co ma myśleć. – Jest puste, ale naprawdę cudowne. Już nie mogę się doczekać, kiedy się za nie zabiorę. Ale mam dwa pytania.
- Słucham, dzióbasku?
- Jak już pojawi się maluszek. Notabene sądzę, że to będzie chłopiec, więc ten różowy jest zbyteczny. Zrobi nam się odrobinę ciasno, jak podrośnie.
- Jak podrośnie, to wybijemy drzwi z salonu i powiększymy nasze mieszkanie. Reszta poddasza też należy do nas, ale póki co jest tam strych. No i padlibyśmy z wyczerpania, jeśli przyszłoby nam się brać za nie z Harrym już teraz.
- I nic więcej nie dopłacimy wtedy?
- Nic, a nic. Jest nasze.
- To może jednak warto je wybić, tutaj nie mam kuchni. Jak sobie ugotuję?
- W Dziurawym Kotle jest duża kuchnia na dole.
- Dzióbku – pogładziła go delikatnie po twarzy. – Jak zapewne pamiętasz wniosłeś mnie tutaj, jak ty sobie wyobrażasz, że będę biegała kilka razy na dzień tyle pięter po coś do jedzenia? Poza tym, to będzie kosztować fortunę.
- Nie będziesz biegać – Powiedział odwracając ją i wskazując na niewielkie drzwiczki w ścianie salonu. – To jest winda, jaką kiedyś montowano w starych mugolskich domach. Na górze będziesz miała listę potraw i tylko będziesz windą wysyłała karteczkę, a wracać będzie nią ciepły posiłek. No i nic nie będziesz za to płacić.
- Posiłki gotowane przez kucharkę Dziurawego Kotła mamy w cenie najmu?
- Niezupełnie – Neville speszył się nie na żarty, nie wiedząc, jak wybrnąć z częścią prawdy o której jeszcze jej nie powiedział. – Bo widzisz…
- Co widzę? – Spytała podejrzliwie.
- George kupił Dziurawy Kocioł od Toma.
- George Weasley jest właścicielem Kotła?
- No w zasadzie tak, ale niezupełnie. No bo on jest zajęty swoimi sklepami i nie ma czasu na zajmowanie się barem i…. Te trzysta galeonów to płacimy za dzierżawę Dziurawego Kotła – Wyrzucił wreszcie z siebie na jednym wydechu.
- Pomóż mi usiąść! – Hanna krzyknęła nagle. – Pomóż mi usiąść! – Powtórzyła odrobinę się zataczając, była blada jak ściana. Złapał ją szybko i posadził na ich nowym łóżku. – Wydzierżawiłeś Dziurawy Kocioł od Georga Weasley’a? – Mówiła oddychając szybko, na jej bladej twarzy pojawiły się krople potu.
- Tak, potrzebował zarządcy, a my mieszkania.
- Wydzierżawiłeś go za trzysta galeonów? Cały bar łącznie z mieszkaniem. Żadnych więcej opłat? Nic dodatkowo?
- Nic. Znaczy George dostanie jeszcze 15% zysku miesięcznego, ale nic więcej.
- Ale to… nas na to nie stać – Pisnęła, nadal oddychając szybko, ale już jakby głębiej.
- Stać. Trzysta galeonów, to tyle, ile zapłacilibyśmy za zwykłe mieszkanie.
- Ale cały bar… Musimy dokładać do baru.
- Sprawdzałem, nie musimy, nawet uda nam się odłożyć. Dokładnie to przemyślałem.
- A to mieszkanie? Ile kosztował remont? – Oddech niemal jej się uspokoił i jakby ponownie zaczynała nabierać rumieńców.
- George wyłożył pieniądze na rozruch i potrzebne remonty i powiedział, że mogę wykorzystać je na wyremontowanie mieszkania.
- Dobrze. Czyli tutaj mieszkamy i dodatkowo zajmujemy się baaaa – skończyła urwanym krzykiem – Zaczęło się.
- Co się zaczęło?
- Zaczęło się. Rodzę idioto.
- Ale to dopiero za dwa tygodnie miało być – Neville powiedział zszokowany.
- Powiedz to naszemu synowi! – Porwał ją w ramiona zbiegając na sam dół, aż na podwórko Kotła i deportował ich wprost do św. Munga.
- Moja żona rodzi! – Krzyknął na całą poczekalnię.
- Jeszcze jedna? Pchają się drzwiami i oknami! –krzyknęła na ich widok rejestratorka.
Wokół niego momentalnie zaroiło się od pielęgniarek i sanitariuszy z noszami, którzy ponieśli młodą panią Longbottom na oddział położniczy szpitala. Neville cały czas szedł, trzymając ją za rękę. Uśmiechała się mimo powtarzających się skurczy. Był bardziej przerażony od niej. Rozdzielić musieli się dopiero w chwili, kiedy Hanna znikała za drzwiami sali porodowej. Podczas gdy wśród mugoli popularne były porody rodzinne, w czarodziejskich szpitalach wiele rzeczy działo się nadal za zamkniętymi drzwiami.
Neville pozostał więc w niewielkim korytarzyku kończącym się drzwiami porodówki pogrążony w stresie i rozmyślaniach. O tym, że nie jest na korytarzu sam, „dowiedział się” dopiero, gdy otworzyły się drzwi porodówki, a czterech innych mężczyzn podskoczyło ze swych krzeseł jak oparzeni.
- Panie Longbottom – Przywitała go doktor Venussia, ubrana w biały kitel i błękitny czepek na głowie. Pozostali mężczyźni usiedli, czujne nasłuchując, gdyby jednak padło ich nazwisko. – Panie Longbottom.
- Co z moją żoną?! – Neville niemal zapiszczał.
- Wszystko w porządku. Pańska żona jest na sali porodowej i czeka aż nadejdzie pora.
- Ale ona ma termin na za dwa tygodnie dopiero!
- Niech pan się uspokoi. Pańska żona już wszystko mi powiedziała. Miała dzisiaj trochę przeżyć. Silne emocje czasami mogą mieć taki, albo inny wpływ na tym etapie ciąży. Dwa tygodnie mniej to naprawdę nic groźnego. Niech pan lepiej poinformuje rodzinę i sobie usiądzie. Przyjdę do pana, jak tylko dojdzie do rozwiązania. Panowie też musicie poczekać, ale już niedługo. Szczególnie pan, panie Shroddinger – Po tych słowach lekarka wróciła na salę porodową. Neville wziąwszy kilka głębszych oddechów wysłał patronusy do swojej babci, ojca Hanny i najbliższych przyjaciół. Nim ktokolwiek zdołał się jednak zjawić, szybciej nawet niż nagrzało się plastikowe krzesełko które zajął, drzwi porodówki ponownie się otworzyły. Podobnie jak pozostali mężczyźni poderwał się na równe nogi.
- Panie Shroddinger. Gratuluję, ma pan zdrowego syna. Za chwilę przyjdzie po pana pielęgniarka i zabierze do żony. Panie Longbottom – podeszła o krok bliżej Nevilla. – Również gratuluję, może być pan dumny. Ma pan naprawdę dzielne dziewczęta.
- Więc mam córkę? Hanna podejrzewała, że będziemy mieli syna, a jednak córka?
- Ściślej mówiąc, córki. Ma pan bliźniaczki, panie Longobottom. Również za chwilę będzie mógł się pan z nimi spotkać.
- J… już? Znaczy tak szybko?
- Dziewczynkom bardzo śpieszyło się poznać rodziców. Nawet nie poczekały na mnie – uśmiechnęła się lekarka.
Po zaledwie kilku minutach, w czasie których zdążyła pojawić się rodzina Hanny, babcia i przyjaciele, do Nevilla wyszła pielęgniarka, by zabrać go na salę na której leżała Hanna z dziewczynkami.

Neville nie mógł się napatrzeć na swoje trzy kobiety. Był zauroczony, ale i wiedział że rodzicielstwo nagle mogło stać się dwa razy cięższą sprawą, aniżeli zakładali. Hanna też zdawała sobie z tego sprawę, ale widząc jego zestresowaną minę, przywitała go dowcipnym:
- Chyba będziemy potrzebować więcej łóżeczek.
- I różowych dekoracji – dodał, odgarniając z jej czoła włosy i czule całując.

Czasami jest tak, że imię dziecka planuje się na długo przed zajściem w ciążę, albo przez całe dziewięć miesięcy rozwoju dziecka. Oni tak nie planowali, nie chcąc nawet wiedzieć czy czeka ich syn, czy córka (teraz to się na nich mściło). Czasami jest tak, że trzyma się na rękach dzieciątko i godzinami dyskutuje nad imieniem dla niego. Czasami wystarczy jedno spojrzenie i już wiadomo, jakie będzie jego imię. Tak było tym razem.
Nie ustalali tego, nie zmawiali się wcześniej. Nie wiedzieli też, skąd wziął się taki a nie inny pomysł na imiona. Może było to związane z nadziejami jakie ze sobą niosły, a może dlatego że były pierwszymi dziećmi z nowego pokolenia, które miało nie zaznać strachu ani wojny. Może to była siła wyższa, która im podszepnęła. Ale razem z nimi leżały w tej salce Nadzieja i Życie. Hope i Vivian.

 

12. Geneza Upadku

08 lut

- Wzywał mnie pan szefie?
- Tak, panie Robards. Niech pan siada. – Roy wskazał szefowi Biura Aurorów krzesło po przeciwnej stronie biurka. – Wczoraj odbyło się zebranie władz departamentu.
- Nie zostałem o nim poinformowany. – Robards doskonale panował nad mimiką, ale w jego głosie zabrzmiała nuta oburzenia.
- Nie, nie został pan. Tak jak i nie został szef Patrolu, ani dowódca Grupy Uderzeniowej – Roy był spokojny, ale chyba po raz pierwszy na jego twarzy nie gościł przyjazny półuśmiech, jakim zwykł obdarzać swoich rozmówców w czasie spotkań. Nawet tych spotkań, które nie wróżyły nic dobrego. – Departament dostał pismo „z góry”. Ministerstwo chce przeprowadzić kontrolę w departamencie. Są zaniepokojeni spadkiem efektywności naszego działania i prawdę mówiąc, ja też jestem – zamilkł, wyraźnie dając do zrozumienia, że piłeczka jest po stronie Robardsa.
- Czy oni sobie wyobrażają, że mamy adresy wszystkich przestępców w Wielkiej Brytanii i wystarczy chodzić od drzwi do drzwi i ich aresztować? – Zwierzchnik aurorów zaczynał być wyraźnie wkurzony.
- Mniej więcej tak to sobie wyobrażają.
- To są politycy, nie mają bladego pojęcia o pracy aurora!
- Niech pan nie zapomina, panie Robards, że Minister był aurorem – Robards prychnął w odpowiedzi na tą uwagę. – Rzecz w tym, panie Robards, że władze departamentu dostrzegają problem. Od Upadku minęło półtorej roku, a Biuro Aurorów ma na koncie zaledwie trzynaście zatrzymań, z tego siedem osób stanęło przed Wizengamotem jako czarnoksiężnicy. Wśród zatrzymanych nie było ani jednego śmierciożercy. Patrol Przestrzegania Prawa ma w tym czasie ponad sto zatrzymań. Panie Robards, po co panu kilkudziesięciu ludzi, jeśli od pół roku wszystkich zatrzymań dokonało czworo aurorów z zespołu Urquharta? – Pytanie Roya przepełnione było oburzeniem i niedowierzaniem.
- Ja nie mam kim pracować, całe biuro jest zawalone kadetami. Poza tym, czy to wina Biura Aurorów, że czarodzieje częściej kradną książki z Esów i Floresów niż zajmują się czarną magią?
- Ma pan siedemdziesięciu pracowników, dwudziestu aurorów ze złożoną przysięgą, ponad połowa z nich to ludzie pracujący w Biurze od lat.
- To tylko liczby – mruknął niezadowolony Robards.
- To liczby się liczą. Nie jakieś opinie i fantasmagorie, tylko te właśnie liczby. W tej chwili wygląda to tak, że Biuro Aurorów można zredukować do czterech pracowników, bez uszczerbku na jego wynikach.
- Bzdura, nikt nie odważy się tego zrobić – auror prychnął zniesmaczony,
- Ministerstwo się odważy. Szukają oszczędności, a Biuro samo się podkłada.
- Wszyscy moi ludzie pracują. Nie moja wina, że aresztowań dokonuje tylko garstka.
- Tylko, że nikt nie widzi ani przebiegu, ani efektów tej pracy, panie Robards. Patrol Przestrzegania Prawa widzą wszyscy.
- Aurorzy nie patrolują ulic!
- Może powinni zacząć?
- Absurd.
- A jak tam sprawa Knota? – Roy zainteresował się nowym tematem.
- Badamy nowe tropy. – Robards oświadczył blednąc, na jego czoło wystąpiły krople potu. – Jesteśmy coraz bliżej odkrycia sprawcy.
- Naprawdę? Słyszałem, że utknęliście w punkcie równie martwym, jak sam Knot?
- Bzdury. – mruknął, oglądając swoje dłonie, które lekko drżały. – Mamy kilku podejrzanych, których sprawdzamy.
- A ja sądziłem, że to pan był ostatnim podejrzanym, jakiego miało Biuro?
- Zostałem uniewinniony! – starał się nie krzyknąć, ale wyszło to odrobinę histerycznie.
- Nie, nie znaleziono dowodów pańskiej winy, a to różnica. Zaliczyliście z Knotem sporą wpadkę. Były minister zamordowany w domu strzeżonym przez aurorów.
- Przecież to nie moja wina.
- Rzecz w tym, że ktoś musi odpowiedzieć za tą wpadkę, a pan ma coraz gorsze notowania. Słabe wyniki biura, rozruchy w Hogsmeade, potem morderstwo Knota i sprawa z Potterem.
- Potter napadł na Eryka Pillsa!
- Czego Pills nie zgłosił i nie potwierdza.
- Dokonał napaści słownej na mnie.
- Czego pan nie zgłosił.
- Wpisałem do jego akt.
- Nie to jest istotne, panie Robards. Podkłada się pan na każdym kroku. Wizengamot rozważa odrzucenie pańskiego sprawozdania z działań Biura.
- Raport składam dopiero za miesiąc, panie Roy! – Robards odzyskiwał swoją butę.
- Niech pan na mnie nie wykrzykuje, bo to w niczym panu nie pomoże, a może zaszkodzić. W maju osiągnie pan wiek emerytalny. Może czas pomyśleć o odpoczynku?
- Słuchaj no… – Robards wstał z zajmowanego krzesła. – Byłem aurorem zanim ty się urodziłeś. Poświęciłem temu Biuru większość swojego życia! Złapałem więcej przestępców niż możesz sobie to wyobrazić!
- Siadaj pan! – Roy wrzasnął, prawdopodobnie po raz pierwszy w swojej karierze. Jego krzyk dziwnie przypominał szczekanie psa. – Może i jesteś pan aurorem od pięćdziesięciu lat, może byłeś pan świetnym aurorem, ale mam to gdzieś i Wizengamot też ma to gdzieś, bo z prowadzeniem Biura pan sobie absolutnie nie radzisz – po tym nagłym wybuchu, Roy odchrząknął, jakby zmieszany i poprawił krawat.
- Do złożenia sprawozdania może jeszcze wiele się zmienić. – Robards warknął siadając.
- Najwyraźniej nie rozumie pan aluzji, więc powiem to inaczej. Nie ważne co by się panu nie udało przez ten miesiąc zrobić, Wizengamot odrzuci pańskie sprawozdanie, a departament poprze tą decyzję. Zostanie powołany nowy szef Biura Aurorów.
- Odwołam się!
- Gdzie? Do Wizengamotu, który pana zwolni? Do ministra? Służył pan w Biurze przez pięćdziesiąt lat, departament pójdzie więc panu na rękę. Jeśli podpisze pan zobowiązanie, że po osiągnięciu wieku emerytalnego przejdzie pan w stan spoczynku, pozostawimy pana do emerytury na stanowisku. Damy panu medal za wzorową służbę i odejdzie pan z honorami, u szczytu kariery. Niech pan podpisze – przesunął w stronę Robardsa pergamin i pióro.
- Może pan zapomnieć. Nie zrezygnuję.
- Warto sobie szargać imię wracając do roli szeregowego pracownika? Ministerstwo i tak odeśle pana na emeryturę. Niech pan podpisze. To pana jedyna szansa.
- Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze? Czeka na mnie praca. Spoczywa na mnie odpowiedzialność za pracę Biura.
- Jest mi naprawdę przykro, panie Robards – Roy wskazał drzwi.

Robards wrócił do biura czerwony, niczym dobrze nagrzany piec węglowy, wpadając do pomieszczenia niczym tornado, sposobem jakże podobnym Harremu. Już wkrótce wszyscy aurorzy mieli odczuć furię, jaka przepełniała umysł ich szefa. Do tego dnia, Robards wyżywał się jedynie na Harrym, w stosunku do innych pracowników będąc zazwyczaj obojętnym. Tego dnia jednak wyżywał się na wszystkich, prócz Harrego, co dla tego ostatniego było nie tylko niezrozumiałe, ale wręcz niepojęte. Kilkukrotnie wydawało się, że już chce coś powiedzieć Harremu, ale po chwili wahania zaciskał szczęki i szedł dalej.
Spotkanie w biurze Timothy’ego Roya w pracy Biura Aurorów zmieniło wiele.
Wiele osób sądziło, że to co wydarzyło się tamtego dnia będzie jedynie chwilowym epizodem w historii aurorów. Nie mogli bardziej się mylić. Następnego dnia, na wielkiej tablicy ogłoszeń w Biurze zawisł grafik dyżurów. Każdemu aurorowi, który nie robił w biurze nic konstruktywnego przydzielony został kadet, z którym patrolować miał ulice Wielkiej Brytanii. Wyglądało na to, że jeśli Roy i minister Shacklebolt chcieli widzieć aurorów na ulicach, to będą ich widzieć. Grupa Urquharta nie została uwzględniona w grafikach i miała kontynuować rozpoczęte już śledztwa, czekając na ewentualne wezwanie. Robards najwyraźniej postanowił popsuć im statystyki. Harry nie miał absolutnie nic przeciw takiemu obrotowi sprawy i prawdę mówiąc jedynie Urquhart zgłaszał jakiekolwiek zastrzeżenia w tym względzie. Reszta zespołu cieszyła się chwilą błogiego lenistwa, wiedząc że nie będzie trwała ona wiecznie i zapał, jaki wstąpił w Robardsa, za kilka dni opadnie.
Zapał jednak opaść nie chciał. Robards postanowił najwyraźniej, że rozwiąże wszystkie nierozwiązane sprawy w historii Biura Aurorów, jak na złość jednak czarnoksiężnicy okazali się być bardzo sprytni i za żadne skarby nie dawali się schwytać.
Nowy sposób funkcjonowania Biura, który w pewnym stopniu przypominał Harremu czas spędzony w Chinach, bardzo przypadł mu do gustu. Wreszcie wyglądało na to, że aurorzy wykonują swoją pracę i miał nadzieję, że tak już pozostanie. Przeciwnego zdania był (co nikogo chyba nie zdziwiło) Ron.
- Stary, ja ci mówię, on nas wykończy – utyskiwał jednego wieczoru, kiedy Harry wrócił już do domu.
- Przesadzasz, trochę ruchu nikomu nie zaszkodzi.
- Tobie łatwo mówić, ty siedzisz sobie w biurze i nic nie robisz. To ja muszę zasuwać po ulicach niezależnie od pogody.
- Przesadzasz, od tego jesteś aurorem, żeby pilnować porządku.
- Żeby szukać przestępców, nie spacerować od bramy do bramy – Harry żachnął się, słuchając marudzenia Rona.
- Harry, on ma rację – Hermiona poczuła się w obowiązku stanąć w obronie swojego narzeczonego, mimo że musiała robić to zupełnie nieszczerze, wiedząc że tak właśnie powinna wyglądać jego praca. – Po co włóczycie się po ulicach, to robi Patrol Przestrzegania Prawa, jaki jest sens dublować ich pracę?
- Siedząc w biurze nie mamy szans na szybką reakcję w wypadku popełnienia przestępstwa, a tak możemy być na miejscu w przeciągu kilku sekund.
- Naprawdę sądzisz, że jakikolwiek śmierciożerca czy inny czarnoksiężnik zaatakuje w biały dzień na środku Pokątnej, czy w Hogsmeade? Zwłaszcza, kiedy kręcą się tam aurorzy?
- To jest dobre pytanie Hermiono – zgodził się Harry. – Czy taki czarnoksiężnik zdecyduje się popełnić przestępstwo, wiedząc że aurorzy kręcą się po okolicy? Może takie jest właśnie założenie. Zapewnienie bezpieczeństwa poprzez prewencję? – na to Hermiona nie potrafiła odpowiedzieć.
- Harry, łamiesz swoje własne zasady – Ginny weszła do salonu z wielkim turbanem na głowie, najwyraźniej właśnie myła włosy. – Czy to nie ty powiedziałeś, że nie przynosi się pracy do domu?
- Tak, przepraszam wiedźmo.
- No właśnie, nikt nie chce słuchać o pracy, siedząc wieczorem przy kominku – zwinnie wskoczyła mu na kolana, zwijając się w sposób iście koci. – Słuchajcie, dzisiaj na treningu, leciałam w stronę Green, ćwicząc taki nowy manewr…
- Czy ty nie mówiłaś czegoś o rozmowach o pracy przy kominku? – Odezwał się do niej z udawanym oburzeniem.
- Ale ja nie mówię o pracy! Ja mówię o Quidditchu – wszyscy czworo wybuchnęli śmiechem.
Tak, Ginny mówiła o Quidditchu i mówiła o nim wiele. Widać było ile gra sprawia jej frajdy i jak bardzo dzięki niej odżyła. W tym domu chyba każdy mówił o swojej pracy i nikogo rozmowy te nie nudziły. Po tym poznaje się przyjaciół, że są chętni by słuchać i rozmawiać, nawet jeśli to o czym mówisz nie jest im bliskie.
Harry nie musiał długo znosić nowych porządków Robardsa, gdyż zaledwie po dwóch tygodniach Kingsley zabrał cały Zespół Szybkiego Reagowania w charakterze ochrony do Bonn, na Międzynarodową Konferencję Ministrów Magii pod auspicjami czarodziejskiej Wicekanclerz Niemiec, a następnie z roboczą wizytą do Wiednia.

W Anglii tymczasem działania Robardsa wchodziły w coś, co zakulisowo nazywano „Fazą B”. Nie złapawszy żadnego przestępcy w czasie patrolowania ulic, Robards pewnego pięknego poranka zarządził jednoczesny nalot na kilkanaście domów osób, które były w przeszłości podejrzane o współpracę ze śmierciożercami, lub zainteresowania czarną magią. Wbrew pozorom i obiekcjom, jakie zgłaszał później Roy, akcja ta (tylko Robards wiedział w pełni, jak była desperacka) okazała się umiarkowanie skuteczna. Okazało się, że czarnoksiężnicy nie byli wcale tak sprytni, jak ich malują i w kilku wypadkach udało się znaleźć materiały, które pozwoliły na zatrzymanie i przesłuchanie kilku osób. W większości była to banda młodych czarodziejów, o miernych zdolnościach magicznych, którzy byli szeregowymi członkami Mrocznej Ligi, ale trafiło się także trzech szmalcowników i… to ciekawe, Lucjusz Malfoy.

Aresztowanie Lucjusza Malfoya było czystym przypadkiem i początkowo nikt nawet nie planował przeszukania posiadłości, dopóki w jednym z przeszukiwanych domów nie znaleziono listu z bardzo interesującym zdaniem „Lucjusz powiedział, że działania zarówno Ruchu jak i Ligii są nieostrożne i powinny być poważnie rozważone.” To wystarczyło, by po zakończeniu przeszukania aurorzy, zamiast wracać do Kwatery Głównej, polecieli wprost do posiadłości Malfoyów.

Ogromna stara brama, wykonana z powykręcanych, stalowych prętów, otworzyła się z delikatnym jękiem, niemal natychmiast gdy zakołatali stalową kołatką stylizowaną na głowę kobry. Ruszyli szeroką aleją, ku drewnianym odrzwiom, niemal równie ogromnym jak sama brama. Po obu stronach mijali starannie przystrzyżone, wiecznie zielone krzewy, tworzące klasyczny, angielski ogród. Było ich ośmiu. Ośmiu aurorów u drzwi pałacu Malfoyów.
Wbrew zwyczajom panującym w starych dworach w których nie ma ordynansa, pan domu nie oczekiwał na gości w hallu. Wpuszczenie aurorów tak daleko równałoby się zgodzie na to, by robili co im się podoba. Lucjusz Malfoy czekał na ośmiu aurorów w drzwiach swego domu, uniemożliwiając im przekroczenie progu.
- W czym mogę panom pomóc? – zapytał uprzejmie, swym pretensjonalnym tonem.
- Dzień dobry, Biuro Aurorów – jeden z oficerów pokazał Lucjuszowi swoją legitymację.
- To widzę.
- Mamy nakaz rewizji pańskiego domu, proszę się odsunąć i umożliwić nam wejście – oficer pokazał panu Malfoyowi rulon pergaminu z pieczęciami Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i Biura Aurorów.
- Proszę pokazać mi ten dokument – Lucjusz Malfoy pozostawał niewzruszony. Kiedy tylko otrzymał pergamin, rozwinął go szybkim ruchem i zaczął czytać, trzymając w wyciągniętych ramionach. – To nie jest nakaz rewizji mojego domu – powiedział oddając pergamin oficerowi.
- Jest to nakaz rewizji każdego domu osoby podejrzanej o stosowanie czarnej magii lub o związki z osobami dokonującymi przestępstw z jej udziałem.
- Jeśli panowie nie wiedzą, moja rodzina została objęta amnestią i nie prowadzę działalności przestępczej w żadnym tego słowa rozumieniu.
- Posiadamy dowody, że jest inaczej. Proszę nas przepuścić, panie Malfoy – Lucjusz Malfoy wzruszył jedynie ramionami i wpuścił aurorów do wnętrza swego domostwa. Ostatecznie, nakaz przeszukania to nie nakaz aresztowania.
- Czego panowie sobie życzą? – Z pomieszczenia przylegającego do hallu wyszła Narcyza, z oprawioną w czerwoną skórę książką w dłoni.
- Panowie przyszli przeszukać nasz dom, Narcyzo – Lucjusz wyjaśnił swojej żonie. – Rzekomo paramy się czarną magią.
- Doprawdy? – Narcyza odpowiedziała bez większego zainteresowania i skierowała się ponownie ku bibliotece.
- Proszę zaczekać chwilę, pani Malfoy – ten sam oficer, który wcześniej pokazał nakaz rewizji odezwał się ponownie. – Zgodnie z obowiązującymi procedurami, proszę na czas przesłuchania zdać nam swoje różdżki. Oficerze Pirx, proszę o odebranie różdżek od państwa Malfoy. Czy w domu przebywa ktoś jeszcze?
- Nie – Lucjusz warknął, niechętnie oddając swoją różdżkę.
- Dziękuję. Przystępujemy do przeszukania.

Przeszukanie takiego miejsca, jakim jest dwór Malfoyów z całą pewnością nie jest łatwym zadaniem. Jak w każdym starodawnym dworze, tak i tutaj znajdowały się dziesiątki większych i mniejszych pokoi. Tuziny schowków, dwie kuchnie ze spiżarniami, kilka wolno stojących budynków gospodarczych przeznaczonych dla ogrodników i innych pracowników dbających o wygląd nie tylko pałacu, ale i całego jego otoczenia. Wszyscy aurorzy zdawali sobie również sprawę, że jak w każdym dworze, tak i tutaj znajdować się musi co najmniej jedna ukryta komnata. Ukryte komnaty miały jednak to do siebie, że były ukryte przed postronnymi ciekawskimi osobami. Dwór Malfoyów w ostatnich latach przeszukiwany był już trzykrotnie. Dwa razy przez Artura Weasleya, jeszcze przed powrotem Lorda Voldemorta i raz po jego upadku, jako warunek uzyskania amnestii. Pomimo przestawienia właściwie każdego regału w domu, zdjęcia każdego malowidła i arrasu, przesunięcia niezliczonych posągów, wejścia do ukrytej komnaty odnaleźć się nie udało. Jedną z osób biorących udział w ostatnim przeszukaniu był właśnie oficer Pirx, doświadczony auror z ponad piętnastoletnim stażem, któremu jedynie dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności udało się przeżyć upadek Ministerstwa, gdyż przebywał u rodziny w Urugwaju i nim wrócił do Anglii, pozostała mu już tylko walka partyzancka.
Pirx pamiętał, że w aktach posiadłości znajdowała się adnotacja, że anonimowe źródło donosiło o komnacie ukrytej pod podłogą salonu w posiadłości Malfoyów. Przy całej złożoności tego pałacu, z jego kilkoma jadalniami, pokojami w których można było napić się kawy, lub poczytać gazetę w wygodnym fotelu, określenie „salon” było niezwykle mało precyzyjne.
Pirx stał właśnie w jednym z takich pokoi, wcale nie najbardziej okazałym, ani umiejscowionym w szczególnym miejscu. Zwyczajnie, w jednym z salonów dworu Malfoyów. Tym, co nie po raz pierwszy przyciągnęło jego uwagę w tym miejscu, była przepiękna spiralna mozaika na podłodze, z niewielkim sześciokątnym otworem w jej centrum. Kiedy podczas poprzedniego przeszukania, zapytano Lucjusza Malfoya o przeznaczenie tego otworu, bez zająknięcia odparł, że w czasach jego dziadka, znajdował się tutaj bardzo nieestetyczny, wysoki świecznik, a otwór ten był pozostałością po jego mocowaniu. Oficerowi już wtedy coś nie podobało się w tym wyjaśnieniu i męczyło go niejasne przeczucie. Dzisiaj stojąc nad tym otworem, wypowiedział już chyba wszystkie zaklęcia otwierające i ujawniające, jakie znał, a i tak nic się nie wydarzyło. Zastanawiał się właśnie, czy nie wysadzić by podłogi w powietrze, kiedy usłyszał nawoływanie oficera prowadzącego przeszukanie.
- Kończymy panowie. Zbiórka w hallu.
Wykonał polecenie, nadal męczony dziwnymi przeczuciami i sfrustrowany ponowną porażką. W miejscu zbiórki zjawił się jako jeden z pierwszych, jako że i przeszukiwany salon nie był położony daleko.
- Dziękujemy za współpracę i przepraszamy za najście, proszę pana – dowódca grupy powiedział do stojącego przed nim Lucjusza – Zwracam państwa różdżki.
- Proszę już opuścić moją posiadłość – Malfoy warknął, wskazując na drzwi swoją laską, z którą nigdy się nie rozstawał.
- Chwileczkę – Pirx doznał nagłego olśnienia. – Proszę mi pokazać pańską laskę – wyciągnął rękę w stronę przedmiotu, trzymanego przez Lucjusza Malfoya.
- W jakim celu? Przeszukanie zostało już zakończone, nieprawdaż?
- Proszę wykonać polecenie, panie Malfoy – włączył się dowódca oddziału. Lucjusz podał Pirxowi swoją laskę, której ten przyjrzał się z uwagą.
- Proszę ponownie oddać nam różdżki – Powiedział Pirx – Dowódco proszę za mną. Panie Malfoy, pana także proszę – Skierował się na powrót do pomieszczenia z mozaikową podłogą. Kiedy tylko znalazł się nad otworem, wetknął w niego koniec laski. Pomimo towarzyszącemu mu napięcia, a może jemu właśnie na przekór, głęboko westchnął gdy nic się nie stało. Zawiedziony i sfrustrowany, zapewne przyznałby się do błędu, gdyby nie to, że laska idealnie pasowała. Zgrzytnął zębami i zaczął nią nerwowo poruszać, to w lewo, to znowu w prawo. W końcu coś cicho kliknęło. Otaczające otwór spirale, najpierw delikatnie się rozmyły, a w chwilę później zapadły, tworząc spiralne schody prowadzące pod salon. Połowa aurorów natychmiast skierowała swoje różdżki na Lucjusza, co nie miało większego sensu, skoro i tak był rozbrojony. Kiedy tylko zeszli na dół, w czerwonym świetle płonących pochodni zobaczyli okrągłe pomieszczenie, ze schodami w jego centralnym punkcie. Ściany pomieszczenia, zastawione były regałami, komodami i stołami, a w wolnych przestrzeniach wisiały obrazy, miecze, fragmenty zbroi i różne, bardziej tajemnicze przedmioty. Większość regałów zdawała się być pusta, gdzieniegdzie jednak stały słoje, fiolki i tajemnicze urządzenia.
- Co to za miejsce, panie Malfoy?
- Rodzinna izba pamięci.
- A te przedmioty to pamiątki?
- Po przodkach.
- Rozumiem. Panowie, rozejrzyjcie się.

Już po kilku minutach oględzin okazało się, że w pomieszczeniu, prócz przedmiotów które mogły stanowić rodzinne pamiątki, znajdowały się również przedmioty niewątpliwie czarnoksięskie.
- To także pamiątki po przodkach, panie Malfoy? – Jeden z oficerów wskazał na zmumifikowaną i zmniejszoną ludzką czaszkę z wypalonym znakiem śmierciożerców na czole.
- To akurat moja pamiątka.
- Zdaje pan sobie sprawę, że był pan zobowiązany zwrócić wszystkie przedmioty czarnoksięskie i te które związane były ze śmierciożercami, jako warunek uzyskania amnestii dla pana i pańskiej rodziny? – Nim Lucjusz Malfoy zdążył odpowiedzieć, z przeciwnej strony sali zawołał inny z aurorów.
- A ta cykuta, to także pańska pamiątka?
- Nie, to akurat Dracona – wypalił pan Malfoy.
- Mamy dość, jest pan zatrzymany i zapraszamy na przesłuchanie.

Lucjusz Malfoy został wyprowadzony z dworu i przetransportowany do Ministerstwa w kajdanach, a wobec jego żony zastosowano areszt domowy.
Timothy Roy nie był zachwycony faktem, że wśród zatrzymanych jest pan Malfoy. Nie chodziło o szczególne względy dla osoby zatrzymanego, ale piekło jakie zapewne rozpęta później w prasie. Gawain Robards przeciwnie, przepełniającego go szczęścia wprost nie da się opisać. Uznał – nie bezpodstawnie – że to właśnie może być jego wielka szansa. By nie zaprzepaścić wspaniałej okazji postanowił sam przeprowadzić przesłuchania Lucjusza Malfoya. Sposób prowadzenia tych przesłuchań i padające tam słownictwo były tak niskich lotów, że odbywający się w dwa dni później przewód sądowy w sprawie Lucjusza wyłączył je z jawności, żeby nie gorszyć osób postronnych.
Pan Malfoy jakkolwiek przyznał się do posiadania przedmiotów czarnoksięskich pozostających na indeksie przedmiotów zakazanych na terenie Wielkiej Brytanii, w sprawie sporego zbioru trucizn utrzymywał, że nie zna źródła ich pochodzenia i należą niemal na pewno do jego syna, Dracona. Ta linia obrony z całą pewnością nie przysporzyła mu miłości ze strony żony i okazała się najzupełniej bezsensowna, jako że Draco od ponad miesiąca nie tylko nie mieszkał, ale i nie bywał w domu rodzinnym, wynajmując elegancki apartament w czarodziejskiej dzielnicy Dublinu.

Po przeanalizowaniu wszelkich dowodów i wysłuchaniu zeznań świadków – w tym Dracona – sąd uznał, że Lucjusz Malfoy jest winien posiadania przedmiotów znajdujących się na liście przedmiotów zakazanych, oraz zbioru trucizn i ingrediencji potrzebnych do ich wytwarzania. Uznano jednak, że brak jest dowodów jakoby Lucjusz Malfoy stosował te trucizny, czy też parał się czarną magią. W taki oto sposób Malfoyowie, a właściwie głowa tej rodziny, wywinął się po raz kolejny.
Nie przyszło mu jednak to tak łatwo jakby mogło się wydawać. Lucjusz nie został co prawda osadzony w więzieniu, stało się tak jednak jedynie dlatego, że stać go było na opłacenie stanowiącego alternatywę pokaźnego mandatu. Magiczna Wielka Brytania posiadała względem pomniejszych przestępców system prawny wzorowany na mugolskim prawie działającym w Norwegii oraz innych krajach skandynawskich. Każdy przestępca ma do wyboru odsiedzieć swój wyrok, lub zapłacić jego równowartość, czyli 150 galeonów za dzień odsiadki. Mała wpadka Lucjusza kosztowała rodzinę Malfoyów 109,5 tyś galeonów. Kwotę, na którą niewielu czarodziejów w Wielkiej Brytanii byłoby stać. Skarbiec rodzinny w banku Gringotta w niebezpieczny sposób zbliżył się wyglądem skrytki rodziny Weasleyów sprzed kilku lat.

Robards przyjął ten wyrok jako kolejny cios w jego osobę, mimo to jego zapał wcale nie opadł i w dalszym ciągu wysyłał podwładnych mu aurorów na prowadzone na chybił trafił naloty i patrole w przeróżnych, często wcale nie związanych z magią, miejscach. Licząc że zdarzy się cud i uda mu się przypisać sobie jakiś sukces, do ostatniej chwili zwlekał ze zdaniem rocznego raportu z działania Biura Aurorów. Ostatecznie jednak, nie mając wyboru, w ostatnim możliwym terminie złożył dokument w sekretariacie Służb Administracyjnych Wizengamotu.

Analiza złożonego raportu prowadzona przez Komisję Weryfikacyjną jak każdego roku ciągnęła się w nieskończoność. Złożona z emerytowanych aurorów, członków Patrolu Przestrzegania Prawa, prawników i zwykłych ministerialnych polityków komisja, porównywała każdy zapis raportu Robardsa z raportami przedkładanymi przez jego podwładnych, sprawdzając ich zgodność, a właściwie doszukując się niezgodności i uchybień. Członkowie komisji wiedzieli, że tak naprawdę to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo czarodziejów Wielkiej Brytanii, bo to oni decydowali o tym, kto tego bezpieczeństwa będzie strzegł. Ostatecznie po długich dniach pracy, komisja wezwała Robardsa przed swoje oblicze.
Pokój w którym zasiadała komisja był niczym więcej, jak przestronną salą z długim stołem konferencyjnym, którego jeden z boków zajęli wszyscy członkowie komisji.
- Dzień dobry, panie Robards – przemówił przewodniczący komisji, dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku, o włosach i brodzie tak rudych, jakby pochodził z rodziny Weasleyów. – Prosimy usiąść.
- Dziękuję, postoję – Robards przyszedł ubrany w swój wyjściowy mundur z dowódczymi dystynkcjami przypiętymi na sercu i pagonach.
- Niech pan nie będzie śmieszny – beznamiętnie odpowiedział kolejny z członków komisji. Robards jednak zdania nie zmienił.
- Zaczynajmy. Panie Robards. Styczeń 1999, sprawa 01/01/1999 – omawianie każdej kolejnej sprawy ciągnęło się w nieskończoność, tak że zaproszony na dziewiątą rano Robards, opuszczał komisję dobrze po północy. Głodny jak wilk ( nie zaproponowano mu przerwy na obiad czy kolację), ale zadowolony z siebie. Przekonany, że obronił wszystkie przeprowadzane w ostatnim roku sprawy i operacje. Kolejnego dnia w południe, czyli de facto za zaledwie kilka godzin, czekało go posiedzenie sprawozdawcze Wizengamotu, na którym wszystko miało się rozstrzygnąć.
Kiedy wybiło południe, Robards już stał pod salą posiedzeń Wizengamotu, oczekując aż zostanie zaproszony do środka. Nikt go jednak do środka nie prosił, ani o dwunastej, ani też o pierwszej. Szybko minęło wpół do drugiej, a on nadal stał czekając, nie śmiąc odejść nie otrzymawszy pozwolenia najwyższego wymiaru sprawiedliwości magicznej Anglii. W końcu, kiedy wskazówki jego zegarka zaczęły zbliżać się do godziny drugiej, drzwi otworzyły się i pisarz sądowy poprosił go do środka.
Opisywać sali Wizengamotu nikomu chyba nie trzeba. Była to ta sama, okrągła, kamienna komnata w której sąd prowadził wszystkie swoje procesy i przesłuchania. Sala, którą tak doskonale pamiętał Harry ze swojej wizyty w ministerstwie przed rozpoczęciem piątego roku nauki. Tym razem jednak, sala rozświetlona była kilkunastoma zawieszonymi pod sklepieniem świetlistymi kulami, a na środku, zamiast kamiennego krzesła, stał wygodny fotel.
- Proszę usiąść – Roy przemówił z miejsca przewodniczącego sądu, jako że pełnił tą funkcję pod nieobecność ministra, który wciąż bawił w Niemczech i Austrii. – Przepraszamy za to opóźnienie spotkania, ale dokładna analiza materiałów zajęła nam więcej czasu aniżeli początkowo zakładaliśmy. Wizengamot nie doszukał się uchybień w pracy Biura Aurorów, sprawy prowadzone są sprawnie i zgodnie z obowiązującymi przepisami. Biuro jest zarządzanie w sposób prawidłowy i co cieszy, rośnie jego stan liczbowy, dając podstawy do oczekiwań wzrostu skuteczności i zdolności operacyjnych Biura. Aurorzy w przeważającej liczbie otrzymują satysfakcjonujące wyniki na testach okresowych. Komisja Weryfikacyjna oraz Wizengamot zaniepokojone są jednak niską skutecznością, jaką wykazuje Biuro – Robards już otwierał usta by przemówić, jednak Roy mu przerwał – Na tym posiedzeniu jedynie pan słucha. Wyjaśnienia składał pan przed komisją. Jak mówiłem, niepokoi niska skuteczność Biura w kwestii wykrywania przestępstw oraz łapania poszukiwanych przestępców. Nie stoi to oczywiście w sprzeczności ze sprawnym prowadzeniem spraw, gdzie przestępcy zostali wykryci. Uważamy, że możliwe byłoby wykrycie większej liczby przestępców, jeśli zmieniony zostałby sposób planowania i prowadzenia działań i misji, tak by był on równie sprawny, jak zarządzanie wewnętrzne Biurem. To tyle jeśli chodzi o kwestie formalne analizy pańskiego sprawozdania.
Inną kwestią pozostaje, że Wizengamot pragnąłby aby szefami wszystkich jednostek organizacyjnych w Ministerstwie, a w szczególności formacji odpowiadających za ochronę i przestrzeganie prawa były osoby o nieposzlakowanej opinii. Stanowiące wzór dla obywateli. Jako, że żaden przepis tego nie wymaga, aspekt ten nie jest brany pod uwagę – Roy odszedł od mównicy, siadając na swoim miejscu, w pierwszym rzędzie foteli.
- Przejdźmy do głosowania – przemówiła stara czarownica siedząca na skraju pierwszego rzędu, na lewo od Robardsa. – Kto z państwa sędziów jest za przyjęciem sprawozdania Gawaina Robardsa? – W powietrze uniosło się kilka dłoni. – Dziękuję. Kto jest za odrzuceniem? – Przeważająca większość sędziów zagłosowała za odrzuceniem sprawozdania Gawaina Robardsa, a tym samym usunięciem go z zajmowanego stanowiska.
- Dziękujemy za obecność panie Robards. Decyzję Wizengamotu wraz z uzasadnieniem, oraz decyzją co do dalszych działań otrzyma pan w najbliższych dniach. Do tego czasu pozostaje pan na dotychczas zajmowanym stanowisku.
Robards wrócił do biura wściekły jak osa. Nie żałował odrzucenia oferty Roya sprzed niecałego miesiąca, miał jednak w pamięci słowa szefa departamentu, że odwołania od decyzji nie mają sensu, bo zostaną odrzucone. Działanie takie uznał za zamach na jego osobę. Działaniom biura pod jego dowództwem nic nie można było zarzucić – tak przynajmniej uważał – a wyrok był tylko i wyłącznie pretekstem do przekazania kolejnych stanowisk w Ministerstwie w ręce mieszańców i szlam.
Na decyzję Wizengamotu Robards długo czekać nie musiał. Wizengamot postanowił usunąć go z zajmowanego stanowiska w trybie natychmiastowym. Na czas wyboru nowego szefa Biura Aurorów, pełniącym obowiązki dowódcy został Sergiusz Pascal, wiekowy auror pełniący dotąd obowiązki szefa nocnej zmiany. Ten sam, który wysłał Harrego w jego pierwszą misję w bożonarodzeniową noc do Hogsmeade.
Roy postanowił nie spieszyć się z wyborem nowego dowódcy i dokładnie przeanalizować wszelkie kandydatury tak, by wybrać najlepszego możliwego szefa, który wreszcie doprowadzi do złapania ukrywających się szmalcowników i śmierciożerców.

Post Scriptum do historii.
Park Wienerwald, Wiedeń, Austria.

Stał na tarasie widokowym, na szczycie wzgórza wieńczącego park i przyglądał się rozciągającym się poniżej żwirowym alejkom, wijącym się pośród drzew, stawów i fontann. Patrzył dalej na rysującą się na horyzoncie panoramę Wiednia i myślał o tym pięknym mieście, z jego parkami, pałacami, pięknie zdobionymi kamienicami i strzelistymi wieżami gotyckich kościołów. Myślał o bliźniaczych budynkach muzeum sztuki i muzeum historii, o królewskim zamku i setkach pomników. Myślał o tym jakie to miasto jest piękne i o tym, że musi oglądać je sam. Ile jeszcze razy praca pchnie go w daleki zakątek świata na długie tygodnie, z dala od domu, z dala od Ginny. Kiedy wysłano go do Francji a potem Chin, miał świadomość, że porzucił jedynie swojego wiernego psiaka. Teraz porzucił kogoś kto jest cząstką niego i po co to wszystko? Kiedy zadał sobie to ostatnie pytanie jego myśli poszybowały daleko na północ, za wysokie Alpy do niemieckiego Bonn.
Niemcy były powszechnie uważane za europejską stolicę magii. To tutaj w świadomości mugoli zakorzenionych było najwięcej legend o czarownicach, to tutaj inkwizycja działała najsilniej, to tutaj wreszcie naprawdę było najwięcej ludzi magicznych. Jeśli chciało się opowiedzieć jakikolwiek historyczne wydarzenie magiczne o prawdziwym znaczeniu, na którymś etapie opowieści zwyczajnie nie można było nie wspomnieć o Niemczech i powiązanych z tym krajem magikach. Niemcy były uważane za europejską stolicę magii i Niemcy siebie za stolicę uważali. Nikogo więc nie zdziwiło kiedy to tam właśnie zostali zwołani wszyscy europejscy ministrowie, aby obradować o wielu niezmiernie nudnych sprawach. Kingsley zabrał jako swoją ochronę Urquharta i jego zespół i tym oto sposobem Harry ponownie znalazł się daleko od domu. Spotkania ministrów ciągnęły się w nieskończoność od wczesnych godzin porannych do wieczora. Tak długo jak ministrowie siedzieli w zamkniętej sali obrad ich ochrona nie miała wiele do roboty. Praca zaczynała się na wieczornych bankietach, kiedy politycy wychodzili się bawić. Harry nie mógł jednak uznać tego czasu za całkowicie stracony. Okazało się, że w osobistej ochronie wielu dygnitarzy znajdują się jego znajomi z Cannes. Dobrze było porozmawiać z dawno nie widzianymi znajomymi. Powymieniać się opowieściami i anegdotami, dowiedzieć się co w trawie piszczy w dalekich krajach.
Wielu spośród przyjaciół postawiło sobie za punkt honoru przedstawić Harrego swoim szefom i tak już wkrótce Harry był mniej lub bardziej towarzyskich stosunkach z połową ministrów magicznej Europy.

Teraz stał tutaj, na tym wzgórzu, w tym parku, w mieście do którego przylecieli na specjalne zaproszenie austriackiego ministra. Sycił się tym cudownym widokiem.
- Dies ist eine schone Aussicht – Usłyszał za sobą jej gardłowy głos. Odwrócił się w ułamku sekundy, ale już nie patrzyła na niego, a z jej twarzy znikał ciepły uśmiech. Wpatrywała się w jakiś punkt za nim, w dole parku. Podążył za jej wzrokiem, nie musiał długo przeczesywać widoku, by zobaczyć trzech nienaturalnie typowych mugoli zmierzających do nich szybkim krokiem. Odwrócił się by spytać kto to, ale zobaczył już tylko jej czarne loki, znikające w tłumie turystów. Nie biegł za nią. Po co naprowadzać pościg.
- Miło było cię znów widzieć, Zivo – powiedział w pustkę. – Najwyższa pora wracać do domu.

 
 

  • RSS