RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2014

11. Harpia Nieujarzmiona.

31 sty

Chodziła po ścianach. Autentycznie chodziła po ścianach. Kiedyś nie rozumiała tego określenia, ale teraz już wiedziała co oznacza chodzenie po ścianach, bo właśnie po nich chodziła.
Jednych brak pracy przybija i rozleniwia, a innych doprowadza do szału. Ona dostawała zwyczajnego bzika. Musiała coś ze sobą zrobić, bo bała się ze nie wytrzyma sama ze sobą i zwyczajnie wybuchnie. Za niecały rok mogłaby wrócić i raz jeszcze aplikować do „biura”, ale nie była pewna, czy chce to ponownie ryzykować. Nie żeby miała coś przeciw ryzyku, ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a trzeci raz, to już pomysł poniżej krytyki.
Teraz, kiedy mogła wreszcie bez strachu wyjść na ulicę, kiedy męczące ją koszmary stawały się mniej wyraźne i pojawiały coraz rzadziej, przyszła najwyższa pora, by zrobić coś ze swoim życiem.
Harry opowiadał jej, że w świecie mugoli są specjalne instytucje, istniejące by pomagać w znalezieniu pracy. W świecie czarodziejskim, człowiek zdany jest na samego siebie, łut szczęścia i znajomości. Gdyby szukała pracy w świecie mugoli, postawiłaby sobie pytanie: „Co potrafię? W czym jestem dobra?”. W świecie magicznym to nikogo nie obchodzi. W świecie magicznym wszystkich interesuje jedynie, jakie zdałeś OWuTeMy. Ona zdała dokładnie te, które potrzebne były do zostania aurorem: Eliksiry, Obrona, Zaklęcia, Transmutacja, Zielarstwo. Wszystko co najmniej Powyżej Oczekiwań. Kiedy dłużej się nad tym zastanowić, to dawało jej to wiele możliwości, tyle że ją nic konkretnego nie interesowało. Niestety.
Ostatecznie, nie było co tracić czasu na próżne dywagacje w domu. Trzeba było ruszyć w miasto.
Kiedy szuka się pracy, czy to w świecie mugolskim, czy czarodziejskim, nie można ruszać z pustymi rękoma, ale jej ręce nie były puste. Było w nich naręcze podań z załączonymi ocenami i życiorysem. Może ktoś się skusi na zatrudnienie eksaurora, a właściwie ekskadeta.
Zupełnie nie miała pomysłu gdzie ma swoje podania złożyć, postanowiła więc, że nie zaszkodzi zostawić ich wszędzie, gdzie tylko przyjdzie jej na to ochota – czyli dosłownie wszędzie.

Już po kilku godzinach pół Hogsmeade – a na pewno cała ulica główna – wiedziało, że Ginewra Weasley szuka pracy. Widząc jak ubywa jej pergaminów z dłoni, zaczęła się nawet obawiać, co będzie jak zaczną przylatywać te wszystkie sowy z zaproszeniami na rozmowę. Potem pomyślała jednak, że równie dobrze może nie przylecieć ani jedna , więc nie ma się czym przejmować.
Dlaczego rozpoczęła szukanie pracy od Hogsmeade, skoro stolicą magicznej Wielkiej Brytanii jest Londyn i ulica Pokątna? No cóż, mogła czuć się znacznie lepiej, nie oznaczało to jednak, że pozbyła się wszelkich obaw. Zawsze mogło się tak zdarzyć, że demony dadzą o sobie znać, a Pokątna wydawała się być ku temu stworzona.
Tego dnia na Pokątnej było niemal pusto, środek tygodnia, godziny wczesno popołudniowe, wszyscy o tej porze pogrążeni są swoją pracą. Po ulicy poruszało się może z tuzin osób, w większości kobiet. Ach to zacofanie. Podczas gdy wśród mugoli kobiety pracują równie często jak mężczyźni, dochodząc do naprawdę wysokich stanowisk, w czarodziejskim świecie nadal panowała opinia, że miejsce kobiety jest przy dzieciach i garach, w domu i to niezależnie od tego, czy miała w tym domu co robić, czy też wyręczał ją we wszystkim skrzat domowy.
To nie dla niej! Ona nie będzie kurą domową.
Tak, jak w Hogsmeade niemal wszyscy przyjęli roznoszony przez nią życiorys, tak przy Pokątnej łatwiej było znaleźć lokal do wynajęcia, aniżeli kogoś, kto chciałby na jej podanie rzucić choćby okiem. To było naprawdę deprymujące i w zasadzie zbierała się już do powrotu do domu, kiedy jej wzrok przyciągnęła kartka z napisem „Sprzedawca Poszukiwany”, umieszczona za witryną sklepu z markowym sprzętem do Quidditcha. To było właśnie coś dla niej.
Mogło się walić, mogło się palić, ale miłości czarodziejów do Quidditcha nic przerwać nie mogło. Liga nie została zawieszona nawet na czas wojny! Tak więc i tego dnia, pomimo niesprzyjającej godziny w sklepie panował – niewielki ale jednak – ruch. Kiedy pracowała jeszcze w ministerstwie usłyszała nawet plotkę, że właściciel sklepu, pan Brandon Cooper, złożył w ministerstwie podanie o zamontowanie w jego sklepie kominka z dwukierunkowym przyłączem do sieci Fiuu i był gotów słono za to podłączenie płacić, byle tylko ułatwić życie swoim klientom.
Kiedy tylko zdołała przepchnąć się do lady i zobaczyła mężczyznę, który sprzedawał tutaj od tylu lat zawsze uprzejmie odpowiadając na wszystkie pytania dzieciarni, niemal wykrzyknęła z ekscytacji.
- Chciałam złożyć moje podanie o pracę! – Posyłając mu jednocześnie uroczy uśmiech. To było zupełnie naturalne, wcale tego nie planowała, zwyczajnie cieszyła ją perspektywa pracy w tym miejscu.
- O, pani też? – Odpowiedział z uśmiechem, biorąc od niej pergamin. Teraz dopiero zobaczyła, że w ręku trzyma drugi, prawdopodobnie również z podaniem o pracę. – Kapitan Gryfonów i ten sam rok ukończenia szkoły. Panie się zapewne znacie – Ginny spojrzała w lewo, gdzie jakieś półtora metra od niej stał nie kto inny, a Cho Chang, szukająca Krukonów. Poczuła jak uśmiech spełza z jej ust.
- Tak, znamy się – niemal zgrzytnęła zębami.
- Cześć, Weasley.
- Cześć – Ich przywitania nie można było uznać za ciepłe. Kobiety nie podały sobie nawet dłoni.
- No cóż, dziękuję paniom za zainteresowanie. Na razie zbieramy tylko oferty, kiedy podejmiemy jakieś wiążące decyzje poinformujemy panie – sprzedawca powiedział do nich uprzejmie, chowając oba pergaminy pod ladę. – Czy mogę paniom w czymś jeszcze pomóc? Są panie zainteresowane zakupem jakiegoś towaru?
- Ja dziękuję. Chwilowo niczego mi nie brakuje – Ginny dygnęła i opuściła sklep, by jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej odległości do Cho Chang. Najzwyczajniej w świecie nie trawiła tej kobiety.
Sklep miotlarski może i nie miał jeszcze podłączenia do sieci Fiuu, ale miała je sowia poczta, więc każdy, kto nie miał ochoty na deportowanie się z ulicy Pokątnej, zawsze mógł skorzystać z kominków sowiej poczty.
Budynek sowiej poczty leżał w górze ulicy, w miejscu, z którego blisko było już do Banku, ale co ważniejsze w tym momencie, widać było sklep Georga. Doskonale pamiętała, jak przebiegła jej ostatnia wizyta w tamtym miejscu, ale czy Harry nie mówił, że tutaj chodzi o zmierzenie się ze swoim strachem i pogodzenie się z nim? Jak inaczej mogła to zrobić, jeśli nie idąc w miejsce, z którym łączyło ją tak traumatyczne przeżycie. Poza tym, jak mogła nie odwiedzić brata, będąc tak blisko i nie mając absolutnie nic do roboty. Dwa stopnie, jakie dzieliły ulicę Pokątną od drzwi sklepu pokonywała z sercem łomoczącym jak szalone. Widziała kanonadę jaskrawych barw bijących z setek wypełnionych po brzegi półek, które zajmowały każdy centymetr ścian w sklepie brata. Wiedziała, że gdy tylko otworzy drzwi, uderzy w nią zapewne kakofonia dźwięków wydawanych przez gadżety i klientów. Zaryzykowała. Pchnęła drzwi, przekraczając próg i gdy tylko te zamknęły się za nią, pierwszym co powiedziała, było głośne
- Wow!
- Co Wow, siostrzyczko? – Zjawił się obok, niczym królik wyczarowany z jakiegoś kapelusza. Tylko kapelusza nie było nigdzie w pobliżu, a George wyrósł spod ziemi.
- Jeśli sklep z markowym sprzętem do Quidditcha złożył podanie o podłączenie kominka do sieci Fiuu z myślą o klientach, to ty powinieneś takich kominków mieć całą ścianę! – Z szeroko otwartymi oczami rozglądała się po sklepie. Mimo godzin pracy i środka tygodnia, sklep wypełniony był niemal po brzegi.
- Dobry sprzedawca da sobie radę z największym tłumem. Zresztą, teraz mamy puchy, a na same weekendy takie zabawy sensu nie mają. Chodź, przywitasz się z Ang. Jeśli oczywiście ten, eee tłumek, ci nie przeszkadza?
- Nie, nie przeszkadza – pokręciła głową z lekkim niedowierzaniem. – To nie są godziny szczytu?
- No coś ty, jakby były, to bym nie miał czasu na pogaduchy. No nie? Hej, Ang, zobacz kogo złapałem!
- Nie mów do mnie Ang! Ja mam imię – pierwszą reakcją Angeliny, jak zawsze było zaperzenie. Aż dziw było, że dready nie stają jej dęba buchając czerwienią, tak jak u Tonks gdy psuł jej się humor.
- Cześć Ginny, co porabiasz? – Żadnego „Jak się czujesz”, „Czy wszystko w porządku”. Cudownie zwyczajne „Co porabiasz”, a przecież to ona znalazła ją wtedy, to ona pierwsza powinna zadać to oklepane pytanie, ale nie zadała, tylko uśmiechała się promiennie, w międzyczasie obsługując klienta.
- Chodzę w poszukiwaniu pracy – Ginny odwzajemniła jej uśmiech, ale nie nazbyt przesadnie. Nie chciała wypaść na nienaturalnie szczęśliwą.
- Ha! Chyba nie myślisz o pracy dla tego tyrana? – Wskazała kciukiem na Georga. – To najgorszy szef pod słońcem! „Czemu znowu się ze mnie śmiejesz” „Nie baw się towarem”, „Przerwa w godzinach szczytu? Jasne, ale nie dłuższa niż godzinę”. „Czemu nie przyniosłaś i dla mnie takiej bułeczki z rodzynkami? Daj gryza.” Normalnie mam tu piekło – Wyliczała Angelina naśladując głos Georga i uśmiechając się drwiąco.
- Tak, tak, jeszcze w dodatku pensja jest w terminie i to z premią. Prawdziwa katorga – George wyszczerzył się do niej, a w odpowiedzi pokazała mu język.
- Nie, nie. Nie planowałam pracy dla Georga.
- Dlaczego nie?
- Sklep z gadżetami to nie dla mnie.
- Jesteś pewna? O ile pamiętam to byłaś druga w rodzinie do figli, siostrzyczko.
- Oferujesz mi pracę? – zdumiała się Ginny.
- Czemu nie, nic gorszego od niej i tak mnie już nie spotka – nim jeszcze dokończył swoją wypowiedź, oberwał w głowę Lodowcem Poziomkowym, cukierkiem, od którego zamarza cała głowa. Z przyczyn oczywistych (zamarzniętej szczęki) nie ma sposobu podania odtrutki, trzeba odczekać minutę, aż efekt sam ustąpi. – Hej! To nie było miłe, Ang! – Za zdrobnienie jej imienia, oberwał kolejnym cukierkiem.
- Czy zechce pan zająć na chwilę klientami, panie prezesie? – George zmierzył ją zdziwionym spojrzeniem, ale wzruszywszy ramionami, podszedł do kasy.
- Chodź na zaplecze – Angelina wzięła Ginny pod ramię. – Masz ochotę na kremowe? – Spytała sięgając do jednego z regałów, kiedy tylko opadła za nimi kotara.
- Pijesz w pracy?
- Jakie tam piję! – Oburzyła się czarnoskóra przyjaciółka – Alkohol jest u Georga w mieszkanku, nad nami. Tutaj mamy kremowe – Pstryknęła kapslem ze swojej butelki i pociągnęła łyk. – To chcesz?
- A co mi tam, daj – zgodziła się i opadła na krzesło.
- Ty na serio myślisz o pracy u Georga? – Angelina zapytała, odrywając usta od butelki.
- Generalnie szukam pracy, a skoro George się zaoferował – wzruszyła ramionami. – Wcześniej byłam w sklepie miotlarskim, szukają sprzedawcy.
- Ciekawa kariera, od aurora do sklepikarza – Pokręciła głową, wprawiając swoje grube dready w szalony ruch.
- Harry odbył odwrotną drogę, to może ja hmmm, domknę koło?
- Może, ale nadal myślę że to nie jest praca dla ciebie.
- Chwilowo nic lepszego nie mam na oku.
- Może ja mam – Angelina uśmiechnęła się tajemniczo.

- Hej, wiedźmo! – Usłyszała jego okrzyk, kiedy wspinał się po schodach prowadzących z kuchni, a więc wrócił tym razem do domu siecią Fiuu.
- Jesteśmy w salonie! – Odpowiedziała mu głośno. – No to dzisiaj możesz trochę odpocząć, skoro Rona nie ma w domu – wróciła do rozmowy z siedzącą przy kominku Hermioną.
- Nie ma szans, muszę przejrzeć całe stosy papierów zanim zabiorę się do pisania raportu. Poza tym, Ron nie przeszkadza mi w odpoczynku, skąd w ogóle taki pomysł?
- Może inaczej, często nie dosypiasz, a pracę masz męczącą.
- Kto nie dosypia? – Harry wszedł do salonu, wciąż ubrany w mundur aurora.
- Hermiona kiedy Ron jest w domu, a potem chodzi do pracy zmęczona. Zobacz jakie ona ma podkrążone oczy.
- To fakt, nie dosypiacie oboje z Ronem – Harry przyznał, całując Ginny na powitanie. – Czym ty się tam znowu zajmujesz?
- Przecież wiesz, że Kingsley zlecił mi napisanie „tego” raportu, sam mi to przekazałeś.
- Oj, daj spokój. Nigdy nie przynoś swojej pracy do domu – machnął różdżką, a pergaminy rozpłynęły się w powietrzu między dłońmi Hermiony.
- Hej! Oddaj!
- Jutro o ósmej dostaniesz je z powrotem – z rozmachem opadł na fotel. – A teraz, Ginewro – zwrócił się do siedzącej naprzeciw niego rudowłosej. – Słyszałem, że zostaniesz zawodowym graczem Quidditcha?
- Co? – Hermiona wykrzyknęła, przesuwając się na sam brzeg fotela. – Czemu nic nie mówiłaś?
- Nie zostanę. Zresztą, skąd wiesz?!
- Angelina mi powiedziała.
- Poleciała z tym do ciebie?
- Skąd, byłem u Georga po pracy i zastałem ją zanim wyszła do domu. To niby czemu nie zostaniesz? Chyba mi nie powiesz, ze brak ci umiejętności.
- Nie, nie o to chodzi.
- A o co?
- Przepraszam, czy ktoś mógłby mi wyjaśnić o co chodzi?
- Gwenog Jones została jakiś czas temu nową trener Harpii, o czym możesz nie wiedzieć, bo raczej nie interesujesz się sportem – Harry uprzejmie wyjaśnił Hermionie. – Teraz ogłosiła, że szuka zawodniczek które mogłyby wzmocnić zespół, bo dziewczynom nie idzie za dobrze, no i Angelina zaproponowała Ginny by poszła się zgłosić.
- Super! – Hermiona podskoczyła w fotelu. – Jesteś znakomitym graczem. W szkole wyczyniałaś na miotle cuda. Będziesz świetna!
- Ale ona szuka doświadczonej zawodniczki, jak Angelina, a nie uczennicy – Przerwała im Ginny – Niczego nie ogłaszała, tylko wysłała propozycje czołowym zawodniczkom, stąd Angelina wie o wszystkim.
- Ale Angelina nie może grać, przez swoje oko, a ty możesz – Harry odpowiedział jej spokojnie.
- W życiu nie grałam zawodowo. Wywali mnie z miejsca, nawet nie wsiądę na miotłę.
- Nie wywali cię.
- Skąd wiesz?
- Bo pewna mądra osoba powiedziała mi kiedyś, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko nie brak ci tupetu – uśmiechnął się do niej.
- Kto ci tak powiedział?
- Ty, gdy włamywaliśmy się do gabinetu Umbridge. – Ginny uśmiechnęła się na swój uroczy sposób.
- No to, drogie panie. Ja idę się odrobinę ogarnąć po pracy – Wstał, obciągając na sobie mundur.
- Harry?
- Nie, nie oddam ci ich, Hermiono. Ginny ma rację. Odpocznij, skoro Rona nie ma w domu.

Jeśli któreś z dwójki Harry – Hermiona, myślało, że Ginny zdecydowała się jednak zgłosić przed trener Jones, było w głębokim błędzie albo wykazało się niesłychaną naiwnością. Ginny, mimo że podbudowana słowami Harrego, do samego końca była pełna wątpliwości. Nawet w samą sobotę, gdy odbywały się próby, ona nadal sprzeczała się z Harrym, stojąc pod stadionem na który postanowił ją odprowadzić.
- Wyrzuci mnie.
- Nie wyrzuci.
- Zobaczysz, że wyrzuci.
- No dobra, wyrzuci.
- A widzisz! Ej, jak to wyrzuci? Przecież mówiłeś, że mnie nie wyrzuci.
- Ale skoro ty się tak upierasz, to co mam mówić. Zresztą co ci szkodzi spróbować?
- No, może mnie wyrzucić.
- I coś ci się przez to stanie?
- No nie. Nic.
- No więc, w czym problem – Uniósł delikatnie jedną brew. – Idź, zwyczajnie baw się dobrze i niczym się nie przejmuj.
- No dobrze – Bąknęła nieprzekonana. Dostała szybkiego całusa i delikatny kopniak na szczęście, nim znikła za bramą stadionu z Błyskawicą przewieszoną przez ramię.
Wstyd jej się było przyznać przed samą sobą, ale mimo że była zagorzałą fanką Harpii, nigdy nie była na ich stadionie ani nawet na żadnym meczu ligowym. Zawodową grę widziała jedynie z trybun finałów mistrzostw świata. Teraz szła nie wejściem dla widzów prowadzącym od kas na trybuny, a długim, wysoko sklepionym tunelem, wprost na murawę stadionu. Gdzieś nad nią wznosić się musiały rzędy ławek w kolorach zieleni i złota, przeznaczone dla fanów zespołu. Obiecała sobie, że kiedyś musi wysupłać trochę grosza i przyjść na mecz, zobaczyć jak grają dziewczyny.
W pierwszej chwili oślepił ją nagły blask, kiedy opuszczała zacieniony tunel, wychodząc na skąpaną w słońcu murawę. Spodziewała się, że spotka tutaj sporą grupę zawodniczek oczekujących na swoją kolej. Na murawie stała jednak jedynie trener Jones. Ginny omiotła wzrokiem trybuny, ale te również okazały się puste i jedynie w odległym krańcu boiska latały Harpie, najwyraźniej przygotowując się do treningu. Nie wiedziała czy sprawiła to wczesna pora, czy może inne chętne zgłaszały się we wcześniejszych terminach, tym nie mniej dziwiła ją ta pustka na stadionie. Jak doskonale wiedziała, dobre wrażenie to połowa sukcesu, wyprostowała się więc dumnie i raźnym krokiem ruszyła ku środkowi murawy.
- Pani trener Jones? – Powiedziała głośno, kiedy od kobiety dzieliło ją jeszcze dobre dziesięć metrów.
- Tak. O co chodzi? – Czarnoskóra kobieta odwróciła się w jej stronę. Ginny na chwilę zabrakło słów, kiedy stanęła twarzą w twarz ze swoją idolką.
- Podobno poszukuje pani zawodniczek? – Odpowiedziała, kiedy już odzyskała mowę. Postanowiła że rozegra to tak, jakby usłyszała powszechnie krążącą plotkę – Zgłaszam się do zespołu – Zdjęła z ramienia Błyskawicę, stawiając ją obok siebie.
- A pani to…? – Gwenog spytała zdziwiona. – Nie kojarzę pani z boiska. Gdzie pani grała?
- Ginewra Weasley. Przez cztery lata grałam w reprezentacji Gryffindoru, przez ponad rok byłam jej kapitanem. W tym roku ukończyłam Hogwart.
- Przykro mi, ale szukam doświadczonej i dobrej zawodniczki, nie uczennicy.
- Patrzy pani na najlepszą ścigającą jaką miała okazję spotkać w życiu. – Ginny odparła z kpiącym uśmiechem, a co jej to mogło niby zaszkodzić. – Założę się, że wbiję Green sto goli na sto rzutów – „A co, jak szaleć, to szaleć i tak jestem bezrobotna”.
- Nic z tego, zapraszam do naszych rezerw, może za kilka lat się tu spotkamy – Gwenog Jones odwróciła się w stronę swojego zespołu.
- Ok. – Ginny odparła i odwróciła się na pięcie, choć wcale nie miała zamiaru się poddać. – Kto by pomyślał, że Gwenog Jones nie ma jaj. Też mi Harpia. – Ruszyła butnym krokiem do wyjścia
- Stój! – Jones krzyknęła zdenerwowana.
- Co znowu? – Ginny prychnęła, ledwie powstrzymując się od uśmiechu.
- Jak wbijesz dwadzieścia w pięćdziesięciu rzutach, to cię przyjmę, ale jest jeden warunek. – Jones zrobiła kilka kroków w jej stronę. – Ja będę na ciebie polować z tłuczkiem. Nikt ale to nikt – mówiła, celując palcem w pierś Ginny. – Nigdy…
- Bla bla bla. Lecimy?
- Green! Do pętli – Ryknęła trener.

Czas pod stadionem dłużył się Harremu niemiłosiernie. Chodził w tą i z powrotem po przestronnym placu jaki okalał stadion, co chwila spoglądając na zegarek. Wysokie, zadaszone trybuny zasłaniały mu widok na pętle, a żaden gracz nie wzbił się jak dotąd na tyle wysoko, by mógł go zaobserwować. Przedłużająca się nieobecność Ginny dawała mu nadzieję, że jednak nie została, kolokwialnie mówiąc, spławiona. Oczywiście możliwe było, że było wiele chętnych i Ginny musiała poczekać na swoją kolejkę. Tym nie mniej, wolał tą przedłużającą się nieobecność, przez którą wydeptywał ścieżkę w rozmiękłej ziemi, od zobaczenia Ginny po kilku minutach.
W końcu ją zobaczył. Szła powoli, z miotłą przewieszoną przez ramię i spuszczoną głową. Była zmęczona, to mógł rozpoznać nawet z tej odległości. Niezwykle zmęczona.
- No i? -Harry spytał, kiedy podeszła do niego
- No i co? – Bąknęła.
- Jak to co. Jak ci poszło?
- Przykro mi – rozpoczęła z opuszczoną głową. – Zdaje się, że nie możesz już nazywać mnie swoją wiedźmą. – Harry przytulił ją do siebie.
- Ginny, ja.. – Nie wiedział co ma powiedzieć. Przecież to on namówił ją do przyjścia tutaj. Przytulił ją mocno
- Masz mnie od dziś nazywać Harpią. – Szepnęła mu do ucha.
- Słucham?
- Harpią, Harry, Harpią – Odsunęła się od niego na długość ramion. – Masz mnie nazywać Harpią, bo dostałam się do drużyny! – Skoczyła na niego obejmując go nogami w pasie.
- Moja wiedźma. Brawo! – Zaczął z nią wirować, coraz szybciej i szybciej.
- Harpia! – Wykrzyknęła.
- Wiedźma, dla mnie już zawsze wiedźma – Wirował nadal. – To cudownie, że ci się udało. Musimy to wszystkim ogłosić. Szykuje się wielkie świętowanie. Moja wiedźma Harpią.
- Wszyscy mogą poczekać – szepnęła, kiedy postawił ją na ziemi. – Najpierw my świętujemy – delikatnie ugryzła go w płatek ucha. – Wracamy do domu, kochanie. Objął ją mocniej i w chwili, kiedy miał ich deportować jego wzrok padł na wychodzącą ze stadionu postać. Spojrzała w ich stronę, zatrzymując się na chwilę i kiwnęła mu głową. Delikatnie odwzajemnił jej pozdrowienie, to była Gwenog Jones. W chwile później, pędzili już z Ginny przez czas i przestrzeń do ich domu, przy Grimmauld Place 12. Dzisiaj mieli być co najmniej tak głośni, jak Ron z Hermioną.

Od tamtej soboty Ginny nie miała ani jednego dnia spokoju. Najpierw całą niedzielę polerowała swoją Błyskawicę, wyrównywała witkę po witce, tak by leżały idealnie. Dokładnie sprawdzała, czy z rączki nie wystają jakieś drzazgi, lub nie odprysł choćby najmniejszy okruszek lakieru. Miotła na pierwszym treningu musiała być w idealnym stanie.
A potem były treningi, które ciągnęły się przez sześć dni w tygodniu, zaczynając o dziewiątej rano, czasem nawet wcześniej, a kończąc wieczorem. Gwenog Jones uznała, że skoro dziewczyny za swoją grę dostają pieniądze, to powinny solidnie na nie zapracować, a nie wpadać na godzinę czy dwie trzy razy w tygodniu, jak działo się to w wielu zespołach. Ginny wracała wieczorami zmęczona. Jadła kolację, chwilę poopowiadała co się działo w czasie treningu i usypiała przytulona do Harrego. Nie było koszmarów, nie było zwidów. Było zmęczenie, ale i wiele radości. Czuła, że żyje i chciało jej się skakać z radości – tylko sił na skakanie już nie miała. Harry zaczął nawet coś przebąkiwać, że ledwie się położy, od razu zasypia i nic jej nie interesuje do rana.

Po dwóch tygodniach męczących treningów dla Ginny nadszedł wielki dzień. Pierwszy mecz w barwach Harpii. Udało jej się nawet wydębić darmowy bilet VIP dla Harrego, a na trybunach zasiadła większość rodziny. Zabrakło tylko Rona i Charliego. Jeden musiał być w pracy, drugi rzecz jasna przebywał w Rumunii.

- Witam wszystkich zebranych, na kolejnym w tym sezonie meczu Quidditcha. – Komentował Lee Jordan, do niedawna komentator meczów w Hogwarcie, rodem z Gryffindoru. – W dniu dzisiejszym Osy z Whimbourne podejmą na swym stadionie drużynę Harpii z Holyhead. Po kilku słabszych sezonach Osy pozytywnie zaskoczyły, włączając się w walkę o czołowe lokaty w tabeli, ich kibice muszą być zachwyceni. Z drugiej strony nie pamiętam kiedy po raz ostatni Harpie były pretendentem do jakiegokolwiek tytułu. Obecnie, ze słabymi ścigającymi, słabymi pałkarkami, słabą szukającą i jedynie obrończynią trzymającą poziom usprawiedliwiający grę w Lidze, są murowanym kandydatem do tytułu najgorszego zespołu sezonu. Ubiegłoroczne odejście kapitan Harpii, a wraz z nią większości sponsorów pozbawiło dziewczyny woli walki. Kiedy tak na nie patrzę, wyglądają jakby ktoś podciął im skrzydła, spiłował szpony, założył kagańce i zamknął w klatkach. Na efekty takiej postawy nie trzeba było długo czekać. Harpie przegrały wszystkie swoje mecze, doprowadzając do zmiany na ławce trenerskiej. Kiedy miesiąc temu w zespole pojawiła się nowa-stara miotła, w postaci Gwenog Jones, wszyscy spodziewali się cudu. Jak dotąd, jedyną zmianą jest nerwowość na trenerskiej ławce i wspaniałe wiązanki obelg wysłuchiwane w czasie meczów.
Harry słuchał wystąpienia swojego przyjaciela i z przykrością musiał stwierdzić, że każda kolejna uwaga była coraz bardziej celna. Harpie nie były nawet cieniem dawnego zespołu, one zwyczajnie nie istniały, a on ponosił za to częściową odpowiedzialność.
- Trener Jones – Kontynuował Lee – mogła przywrócić dziewczynom wolę walki, ale wola walki nic nie da, kiedy nie ma komu grać. – Od strony trybun Harpii po raz kolejny dało się słyszeć buczenie. – Remedium na tragiczną postawę zespołu miało być ściągnięcie rutynowanej zawodniczki, która zechciałaby odwiesić miotłę z emerytalnego haka. Wszyscy oczekiwali podania nam sławnego nazwiska, któro pomoże w odbudowie zespołu, zamiast tego do Harpii dołącza zupełna debiutantka, Ginewra Weasley. Weasley przez cztery lata grała w drużynie Gryffindoru, pokazując się z dobrej strony zarówno jako szukająca jak i ścigająca tego zespołu, zdobywając z Gryfonami trzy puchary i przejmując po nikim innym jak słynnym Harrym Potterze odznakę kapitańską. Teraz, po krótkiej przygodzie z aurorstwem, Weasley ponownie wsiada na miotłę. Na własne oczy widziałem grę tej dziewczyny w Hogwarcie i muszę powiedzieć, robi wrażenie, ale czy to wystarczy na Ligę? O tym za chwilę się przekonamy. A oto i zawodnicy, najpierw powitajmy Osy. Simons, Patterson, Evans, małżeństwo Parker, Masterson iiii Hit! – Nad stadionem uniosła się wrzawa, a trybuny zafalowały w żółto czarne pasy. Powitajmy gości. Smith, Gunner, Weasley, Grimm, Beckett, Green iiii Jackobs. – Od strony niewielkiej grupki wiernych kibiców posypały się oklaski. – Jeszcze tradycyjny uścisk dłoni, rzut monetą… Harpie grają pod słońce. Piłki wystrzeliły w powietrze i mamy gwizdek. Do boju!
Evans złapał Kafla i rusza ku pętlom Harpii, Evans do Patterson, Patterson do Evans, wspaniały unik przed Gunner, Beckett nie trafiła nawet w tłuczka, co to za pałkarka? – Po stadionie potoczyły się śmiechy. – Evans wciąż przy piłce ale Smith i Gunner blokują mu drogę, Patterson też może mieć kłopot z Grimm i tłuczkiem, choć bardzo bym się zdziwił. Evans podaje za plecy do Simons, ta dziewczyna pojawiła się znikąd, słowo daję, Simons sprawnie wymija zawodników i pędzi wprost na obstawiane przez Green pętle, Simons, Green, Green, Simons i pętle, Simons szykuje się do wyrzutu, szuka odpowiedniej pętli, Green niepewnie obserwuje przeciwniczkę. Simons, Simons, Simons iii, ale gruchnęło! Simons wiruje na miotle, ale jakimś cudem się na niej utrzymała. Zawodnicy Os pokazują faul ale sędzia mówi grać dalej, a w tym czasie Weasley pędzi już z kaflem, ale ta dziewczyna lata! Simons tak skupiła się na pętlach, że nie zauważyła pędzącego na nią pocisku w postaci Weasley, a przecież to Harpie grają pod słońce! Weasley bez ceregieli i zbędnego szacunku wpadła wprost na przeciwniczkę odbierając jej kafla, niemal zrzucając z miotły i spikowała nad samą murawę. Teraz pędzi kilka cali nad ziemią sprawnie wymijając lecące w jej stronę tłuczki. Odebranie jej piłki w takiej pozycji graniczy z cudem, z drugiej strony mały błąd i Weasley przeorze ziemię.
Harry doskonale o tym wiedział i z przerażeniem oglądał cały manewr. Jeśli Ginny latała w ten sposób cały ubiegły rok, to cieszył się, że widział tylko jeden mecz sezonu. Czuł zbliżający się wielkimi krokami zawał serca. Ginny pędziła nad samą murawą przypominając zielono złotą smugę, zaledwie kilka metrów dzieliło ją już od tyczek pętli, jeśli nie poderwie miotły teraz to niechybnie minie pętle. Jeszcze pięć, cztery, trzy.
- Weasley ostro podrywa swoją miotłę i pędzi pionowo przy samym słupku prawej pętli, nie trafi, tak się nie da trafić. PIERWSZY GOL DLA HARPII!! Masterson nie miał szans – Na stadionie zapadła całkowita cisza, a potem, powoli, niczym grom odległej burzy, w sektorze gości uniosła się wrzawa.

Nim zawodnicy Os zorientowali się co się dzieje było już 50-10 dla Harpii i ich trener poprosił o czas na rozmowę z zespołem. Przygotowali się niewątpliwie na spacerek, a okazało się, że dziewczyny nie boją się użądleń. Podbudowane szybkim golem w wykonaniu Ginny i jej dalszą, efektowną grą, skazane na pożarcie Harpie zaczęły pokazywać pazury – żeby tylko pałkarki trafiały jeszcze w cel. Harry nie słyszał co do swoich zawodników wykrzykuje trener Os, ale był czerwony niczym wuj Vernon i obficie gestykulował rękoma. Dla kontrastu, Gwenog po raz pierwszy w swej trenerskiej karierze, a był to jej czwarty mecz, była zupełnie spokojna. Przebieg meczu zaskoczył i żałować mogli jedynie ci widzowie, którzy na niego nie przyszli.
- Hit złapał znicza! – Lee wykrzyczał po kolejnej godzinie zmagań. – Koniec meczu przy stanie 230 do 170. Harpie, co stało się już niemal tradycją, przegrały, ale pierwszy raz w tym sezonie zostawiły na boisku serce, a nawet trochę krwi i dwa zęby, gdy Beckett przeorała boisko i zerwała się do dalszego lotu, a to miła odmiana. Weasley zbiera nagrodę dla zawodniczki meczu i najskuteczniejszej ścigającej, ze 130 punktami na koncie może czuć się zadowolona ze swojego debiutu. Pokazała, jak powinny latać prawdziwe Harpie.
Ginny była zadowolona, bardzo zadowolona ze swojego debiutu, kiedy Lee wygłaszał swoje ostatnie komentarze stała już w szatni ściskając się z koleżankami z zespołu.

- Spokój panny! – Usłyszały za sobą ostry głos trenerki. Nie ma się z czego cieszyć, znowu przegrałyśmy. – Znowu przegrałyśmy, to była zmiana, która przyszła razem z Gwenog. Nowa trener beształa je na treningach, puszczała soczyste wiązanki w czasie meczu, ale zawsze mówiła „my” i porażki przyjmowała na siebie po równi ze swoimi Harpiami. Ann Fuego, poprzednia trener, na treningach był ciepła i miła, a po meczu mówiła, że wynik to wyłącznie ich wina. – Weasley, nie popadaj w samozachwyt, to twój pierwszy mecz, fuks debiutantki. Poza tym, kilka razy mogłaś się rozbić i gówno byś pomogła drużynie.
- Wszystko miałam pod kontrolą.
- Wątpię. Lataj ostrożniej.
- Ostrożniej! Ja mam zdobywać gole, nie latać ostrożniej! – Ginny nie znosiła krytyki swojego latania, chyba że wygłaszał ją Harry, chociaż nie, wtedy też jej nie znosiła. W dodatku jeszcze nie zapomniała, że była kapitanem. – To jest mecz Quiditcha, a nie balet. Ja mam latać skutecznie.
- Masz latać tak, jak ci każę.
- Mam latać tak, żeby Harpie wygrywały.
- Spuść z tonu gówniaro, bo cię uziemię na resztę sezonu.
- A może potraktujesz mnie zaklęciem i znów trafisz na drugie piętro w ministerstwie magii? – Wśród reszty dziewczyn zapanowała grobowa cisza, a Gwenog Jones, mimo swej ciemnej karnacji wyraźnie zbladła.
- Uważaj Weasley. To, że znasz Harrego Pottera, nie uprawnia cię do braku szacunku. Jeśli zechcę, to wywalę cię z zespołu tak prędko, jak cię do niego przyjęłam.
- Skąd w naszej rozmowie Harry? Ja o nim nie wspomniałam. – Ginny spytała zdziwiona.
- Jutro spotykamy się rano na treningu, może jednak coś z nas jeszcze będzie. Teraz już zmiatajcie. Ty też, Weasley. – Gwenog opuściła szatnię tak szybko, jak to było możliwe, pozostawiając Ginny bez odpowiedzi.
Gdy tylko Harpie opuściły swoją szatnię, wpadły na wychodzących zawodników Os. Pełniący rolę kapitana Hit pogratulował dziewczynom świetnej gry, a Ginny zebrała gratulacje i życzenia by szło jej tak w każdym meczu. Tylko Simons boczyła się na nią, za to pierwsze bezpardonowe starcie.
Gdy tylko obie drużyny wyszły ze strefy przeznaczonej dla zawodników, ze wszystkich stron posypały się pytania rozentuzjazmowanych reporterów a oczy oślepił im blask fleszy. Wokół tłoczył się również spory tłumek kibiców, polujących na autografy swoich ulubieńców. Kiedy w stronę zawodników posypały się pierwsze pytania, na które zaczęli odpowiadać kapitanowie zespołów, Ginny wyminęła przyjaciółki, chcąc się wyśliznąć ze stadionu. Była zmęczona, jak po żadnym meczu wcześniej.
- Panno Weasley, nie tak szybko! – Drogę zastąpił jej jakiś reporter, a po chwili dołączyło do niego dwóch kolejnych i fotograf. – Proszę nam powiedzieć, co pani sądzi o swoim debiucie?
- Jak to się stało, że absolwentka Hogwartu od razu trafia do Ligii?
- Czemu zrezygnowała pani z autorstwa?
- Co sądzi pani o Gwenog Jones?
Reporterzy pytali jeden przez drugiego, nim Ginny zdołała udzielić odpowiedzi na choćby jedno pytanie.
- Ginny, kochanie. – Harry pojawił się znikąd, wręczając jej ogromny bukiet chabrów i obejmując ramieniem. Ubrany był w wyjściowy mundur, który wyciągnął z szafy specjalnie na tą okazję. Nawet bez munduru reporterzy by go poznali. Pytania raptownie się urwały. – Wspaniały mecz. – Delikatnie pocałował ją w skroń. – Zdaje się, że panowie mają pytania, chcesz na nie odpowiedzieć?
- Jestem trochę zmęczona. – Spojrzała na niego z nadzieją.
- W takim razie, przepraszamy panów. – Harry uśmiechnął się do reporterów.
- Chociaż jedno pytanie, dla Proroka. – Stary reporter zastąpił im drogę. – Jak to się stało, że młoda zawodniczka Harpii związała się z gwiazdą ministerstwa w osobie Harrego Pottera? Czy to protekcja wprowadziła panią do zespołu?
- Prorokowi Codziennemu przypominam, że ma zakaz publikowania nieautoryzowanych wywiadów z pracownikami ministerstwa i ich rodzinami oraz nieuzgodnionych artykułów o nich. Jeśli taki artykuł się pojawi, Prorok będzie miał kłopoty. – Harry uśmiechnął się, tym serdecznym uśmiechem, od którego włosy stawały wszystkim dęba ze strachu.
- Panna Weasley nie stanowi rodziny pracownika ministerstwa. Jako osoba pełnoletnia jest osobą samodzielną, nie pracuje już w biurze aurorów i nie pozostaje w związku z żadnym z pracowników ministerstwa. – Reporter zbladł, ale odciął się, dzielnie utrzymując uśmiech.
- Proszę zapytać Barnabasa, czy ma ochotę przekonać się o tym.
- To może Przegląd Quidditcha? – Zapytał młody chłopak, do którego dołączył fotograf.
- Dobrze. – Ginny przystała na prośbę. – Jedno pytanie.
- Jak się pani czuje po swoim pierwszym meczu w Lidze?
- Zmęczona. Zmęczona i szczęśliwa. Nie spodziewałam się, że to będzie tak wymagające zadanie. Zupełnie bez porównania w stosunku do meczów w szkole, ale jestem szczęśliwa, że gram dla Harpii. To zawsze było moje marzenie.
- Wymagające zadanie, któremu pani sprostała i w dodatku została zawodniczką meczu.
- To mógł być czysty przypadek. – Ginny bąknęła niepewnie.
- Nie bądź taka skromna. W drużynie Gryfonów też była nie do zatrzymania. – Harry odpowiedział za nią, a Ginny się zarumieniła.
- Czy możemy to zacytować, panie Potter?
- Proszę bardzo.
- To może jeszcze zdjęcie? – Ginny kiwnęła na zgodę, a Harry usunął się z kadru.
- Nie, Harry zostań. – Przytrzymała go za rękę. – Nie mam twojego zdjęcia w wyjściowym mundurze.
- Tak, zapraszamy panie Potter.
- Jakieś ci dam. – Powiedział odsuwając się na bok. – Dziś to ty jesteś gwiazdą.
Kiedy już oddalali się od zbiegowiska, do Ginny podbiegła mała dziewczynka, nie starsza niż sześć lat.
- Pani Weasley. – Pisnęła nieśmiało i wyciągnęła do Ginny różowy notesik i pióro. Jednocześnie nie spuszczając lekko przestraszonego wzroku z odznaki Harrego.
- Chyba masz pierwszą fankę. – Harry powiedział z szerokim, ciepłym uśmiechem. Dziewczynka poczuła się odrobinę pewniej i pokiwała energicznie głową.
- Jak masz na imię? – Ginny spytała małą osóbkę.
- Linda, proszę pani.
- Dla mojej pierwszej fanki, Lindy. Ginewra Weasley :-) – Wpis zakończyła narysowaniem zgrabnego uśmiechu. Dziewczynka rozpromieniona pobiegła do swojego taty, który czekał przy wyjściu. – Jak sądzisz, powinnam się przyzwyczaić do wypisywania Ginewra Weasley na kartkach?
- Możesz zawsze, jak Lockhart, podpisywać zdjęcia. – Harry wziął ją ponownie pod ramię.
- Ale mi chodzi czy mam się przyzwyczaić do pisania Ginewra Weasley. – Mocniej zaakcentowała swoje nazwisko.
- Możesz zawsze pisać samo imię. – Udał że nie wie, o co jej chodzi, jednocześnie rozmyślając o mugolskim akcie ślubu z Kiribati, schowanym w szufladzie biurka w jego gabinecie. – Nazwisko, to tylko i wyłącznie twoja decyzja.
- Jeśli chciałabym już dzisiaj nie podpisywać się Weasley?
- Myślę, że mogłabyś to zrobić już dzisiaj, ale jutro musielibyśmy szykować się do pogrzebu Molly. Zmarła by w sekundzie, kiedy by się o tym dowiedziała.
- A jeśli mnie to nie obchodzi?
- Ale obchodzi twoich pięciu braci, tatę i jeszcze parę osób.
- Zawsze mogłabym jej nie powiedzieć.
- Poćwicz w domu podpisy, zobaczysz jaki lepiej wygląda i wtedy się zdecydujesz.
Pod stadionem czekała na nich Hermiona. Przyjaciółka mocno wyściskała Ginny i zbeształa za niebezpieczne latanie.
- Balanga, u nas w domu, natychmiast! – Rozkazała i deportowała całą trójkę na Grimmauld Place 12, gdzie czekała rodzina i znajomi.

Postscriptum do Historii

- Wzywałeś mnie Kingsley? – Harry wszedł do gabinetu ministra.
- Tak, usiądź – wskazał Harremu krzesło. -Widzę, że jednak odobraziłeś się na media?
- Nie rozumiem.
- „ W drużynie Gryfonów, też była nie do zatrzymania”, powiedział obecny na meczu Harry Potter – Kingsley teatralnie strzepnął egzemplarz Przeglądu Quidditcha.
- Tak mi się powiedziało. Jakiś problem?
- Nie, skąd. Ja nie mam problemu. Ja tam się nawet cieszę. Bo widzisz, jest taki koncept…

Okładkę „La’Gentelmen” zdobiła fotografia aurora, stojącego w szerokim rozkroku, z pochyloną głową. Jego ramiona były napięte a ręce skierowane ku ziemi. W złączonych dłoniach tkwiła różdżka, wycelowana wprost ku ziemi. Wiatr rozwiewał jego włosy, łopocząc mundurem i peleryną. Po jednym z takich podmuchów strój zmieniał się w jeansy i białą koszulę z wysoko postawionym kołnierzem, oraz okrywający postać czarny, skórzany płaszcz. Po pewnym czasie ubiór ponownie zmieniał się aurorski mundur.

„W pracy jestem zawsze ostry i skoncentrowany, w domu dobrze jest czasem założyć puchate kapcie.” – Harry Potter jakiego nie znacie w szczerej rozmowie dla La’Gentelmen.

La’G: Długo kazał nam pan na siebie czekać.
HP: Rzeczywiście. Zapraszaliście mnie już w lipcu, do pierwszego numeru Gentelmena.
La’G: I nie doczekaliśmy się pana.
HP: Ostrzegałem, że się nie zjawię.
La’G: Ostrzegał pan, ale później ponawialiśmy zaproszenie do każdego kolejnego numeru. Nadal bezskutecznie.
HP: Faktycznie. Wytrwałości i determinacji nie można wam odmówić. Tylko ja nadal nie rozumiem, czemu tak uparliście się na spotkanie ze mną.
La’G: Jest pan symbolem i przykładem czarodzieja sukcesu. Młodzi czarodzieje szukają wzoru, który mogą naśladować i nie są zainteresowani ofertą kierowaną do nich przez osoby, które już dawno zapomniały swoją młodość. Pan jest idolem nastolatków i nastolatek.
HP: Poczekaj, zwolnij trochę! Czy brałeś ostatnio jakieś niedozwolone substancje pobudzające? Nie uważam siebie za czarodzieja sukcesu, wprost przeciwnie, jeszcze nie tak dawno byłem sklepikarzem, nie można tego uznać za sukces, choć z rozrzewnieniem wspominam tą pracę, była masa zabawy. No i popatrz na mnie, ja mam być czyimś idolem? Czy ja wyglądam jak idol? Za idola można uznać któregoś z graczy Quiddicha w ich odjechanych ciuchach od znanych projektantów, czy osobę, która może się poszczycić nienaganną elegancją. Daleko nie szukając, dwa numery temu rozmawialiście z Draco Malfoyem. Jak prezentuje się pan Malfoy, a jak ja?
La’G: Pan się nie prezentuje? Ha! Szkoda, że nie słyszał pan, jaką wojnę prowadziła koleżanka z redakcji, która pana tutaj przyprowadziła, że to ona chce przeprowadzić tą rozmowę z panem i będziemy musieli ją skonfundować, bo nie ustąpi.
HP: Skonfundowaliście ją państwo?
La’G: Nie! Merlinie, nie. Pod okiem aurora? Bądźmy poważni.
HP: A musimy?
La’G: Nie chce pan?
HP: Myślę, że nie po to się tutaj spotkaliśmy, ale nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Ja idolem nastolatek?
La’G: O, już pan mówi o swoich fankach, a nie fanach. Rodzi się męska ciekawość?
HP: Twoje pytanie.
La’G: No już dobrze. Pan Malfoy faktycznie stanowi ikonę szyku i elegancji i powinien być wzorem do naśladowania, ale dla wszystkich urzędników. Wyobraża pan sobie ludzi chodzących w garniturach po ulicach każdego dnia?
HP: Wyobrażam i jest to lepsza perspektywa od tego co widuję w gazetach i na ulicach, jeśli już się na nich znajdę.
La’G: No właśnie, mało widać pana na ulicy, a jak już to w mundurze i nachmurzoną miną.
HP: Efekt uboczny bycia aurorem. W pracy jestem zawsze ostry i skoncentrowany, więc po wyjściu z niej mam ochotę jedynie na powrót do domu, bo dobrze jest czasem założyć puchate kapcie.
La’G: Dzisiaj jednak nie przyszedł pan do nas w puchatych kapciach.
HP: A wierz mi, miałem taką ochotę. Może nawet nie rzucałoby się to tak w oczy, szczególnie biorąc pod uwagę ostatnią kolekcję duetu, jak oni się nazywali?
La’G: Mouden i Staylein? Jest pan na czasie.
HP: Zdarza się. Staram się wiedzieć skąd biorą się różne cuda na ulicy, nim zaatakuję kogoś myśląc, że jest w mundurze jakiejś grupy czarnoksięskiej.
La’G: Odnosi pan takie wrażenie, patrząc na ubrania, które są na topie?
HP: Częściej niż byłoby to wskazane. Dlatego też nie jestem na topie, by nie postrzelił mnie któryś z kolegów z pracy.
La’G: Faktycznie nie wygląda pan, jak ostatki krzyk mody.
HP: Dziękuję.
La’G: Jeansy, biała koszula z wysokim kołnierzem, żółta marynarka ze sztruksu i mokasyny w tym samym kolorze, no i ten nieład na głowie. Skąd pomysł na taki strój?
HP: Hej! Odczep się od moich włosów, one są takie w naturze. Nie chcę nikomu robić antyreklamy, ale nie poradziła sobie z nimi nawet Ulizanna. A co do stroju, dla mnie liczy się przede wszystkim wygoda noszenia, a stroje które teraz królują we wszystkich sklepach i butikach specjalnie wygodne nie są.
La’G: Próbował pan?
HP: Próbowałem.
La’G: Gdzie się pan w takim razie ubiera? Szyte na miarę?
HP: Nie jestem ani tak snobistyczny, ani bogaty, by szyć na miarę. Wszystko kupuję w mugolskim świecie.
La’G: Co też nie jest tanie. Sam pan wybiera ubrania?
HP: Och nie, absolutnie nie (śmiech). Wolę nie myśleć, jak bym wtedy wyglądał. Pewnie tak, jak w czasach szkolnych.
La’G: Czyli jak?
HP: Podobno strasznie (śmiech). Wolę nawet nie myśleć o samodzielnym wybieraniu ubrań.
La’G: Wiec kto?
HP: Można powiedzieć, że mam prywatną stylistkę.
La’G: I jak to się ma do snobizmu?
HP: Złapany, winny, skazany. Masz mnie w tym miejscu. Zakujesz mnie w kajdany?
La’G: Ja nie, ale mogę zawołać którąś z koleżanek, jeśli trzeba.
HP: (śmiech)
La’G: Czyli długie godziny spędzone ze stylistką na zakupach w mugolskim świecie, by zaprzeczyć wszelkim standardom magicznego szyku i mody.
HP: Och, nie. Nie mam na to czasu, pół dnia spędzam w pracy, a potem, jak już mówiłem puchate kapcie i kubek ciepłego kakao. Mam to szczęście, że moja stylistka dokładnie zna moje wymiary, a ja ufam jej bezgranicznie.
La’G: Trudno mi sobie pana wyobrazić w kapciach z kubkiem kakao. Przy biurku, z kawą tak, ale kapcie i kakao?
HP: Nie piję kawy.
La’G: Nie wierzę, że spędzając tyle godzin w pracy, nie pije pan kawy. Ja piję co najmniej trzy w ciągu dnia.
HP: Nie stosuję ani naturalnych, ani tym bardziej sztucznych stymulantów. Jeśli dopada cię senność albo zmęczenie, zrób sobie piętnastominutową rozgrzewkę. Trochę rozciągania, piętnaście pajacyków, kilka przysiadów. Krew od razu krąży inaczej.
La’G: Przecież po czymś takim zmęczyłbym się jeszcze bardziej.
HP: Zdziwisz się, ale nie. Poza tym, od kawy żółkną zęby, no i nie lubię jej smaku.
La’G: Pan nie lubi jej smaku, a producenci i sprzedawcy kawy właśnie przestali lubić pana. Właściwie, to chyba pan nawet tego nie odczuje. Spotkanie pana gdzieś poza godzinami pracy graniczy z cudem. Spotkanie pana w jakimś sklepiku, na przykład takim z kawą, jest niemal niemożliwe.
HP: Praca zajmuje mi dwanaście godzin dziennie, czasem więcej. Po takiej dawce nie mam już ochoty na włóczenie się po mieście bez celu.
La’G: Może znalazłby pan czas, gdyby miał się pan z kim włóczyć?
HP: Mam z kim. Zawsze znajdzie się ktoś chętny do powłóczenia się.
La’G: Kobieta?
HP: Daleko nie szukając, moja stylistka.
La’G: Pańska stylistka, jest jednocześnie pańską dziewczyną?
HP: Nie, nie jest. Nie mam dziewczyny.
La’G: Pan nie ma? To jakie szanse mają inni, na znalezienie sobie dziewczyny.
HP: Inni może mają na to więcej czasu niż ja. Ale dziewczyny nie mam z innego powodu.
La’G: Z jakiego?
HP: Ja jestem stały w moich uczuciach i nie bawię się w przelotne związki, a posiadanie dziewczyny, czy chłopaka, to taki synonim niestałego związku.
La’G: Czyli celuje pan od razu w ślub i żonę?
HP: Taki mam cel.
La’G: Jak pan znajdzie czas na ślub, skoro tyle czasu zajmuje panu praca?
HP: Trzeba mieć pewne priorytety i umieć rozdzielić sprawy zawodowe od prywatnych. Mam taką zasadę: „Nigdy nie zabieraj pracy do domu i domu do pracy, wszystko ma swoje miejsce.”
La’G: Dobra zasada, ale u mnie by się nie sprawdziła.
HP: Może warto spróbować?
La’G: Dobrze, dobrze. Wróćmy do pana. Mówi pan, że nie jest człowiekiem sukcesu. Tymczasem rzucił pan szkołę, przelotna przygoda ze sklepikarstwem, tylko po to by skończyć w ministerstwie.
HP: Zacznijmy od tego, że nikomu nie polecam rzucania szkoły.
La’G: Ostatnie lata wskazują, że najbogatsi wśród czarodziei, nie tylko w Wielkiej Brytanii, często nie ukończyli swojej edukacji.
HP: Powtórzę raz jeszcze, nikomu nie polecam rzucania szkoły. Możliwość pracy w ministerstwie otrzymałem na takich samych zasadach, jak pozostali obrońcy Hogwartu. W przeciwnym wypadku nadal pracowałbym w sklepie u przyjaciela.
La’G: Możliwość to jedno, a stanowisko na jakim pan pracuje to drugie.
HP: Nie przesadzajmy. Jestem zwykłym aurorem.
La’G: Czy aby na pewno? Mamy to szczęście, że biuro prasowe ministerstwa pozwoliło nam porozmawiać o pańskiej pracy i o ministerstwie.
HP: Już się boję.
La’G: Przedstawia pan siebie, jako szeregowego aurora. A tymczasem stanowi pan awangardę tej formacji, zajmując się najpoważniejszymi przestępstwami.
HP: Merlinie (chowa twarz w dłonie), już widzę reakcję moich szefów na tą awangardę. Nie mówiłem, że jestem szeregowym aurorem, tylko zwykłym aurorem. Nie stanowię też jakiejś awangardy. Należę do zespołu, który zajmuje się szybkim reagowaniem na przestępstwa. Nie wiem czy akurat na najpoważniejsze, bo dla nas każde przestępstwo z użyciem czarnej magii jest poważne.
La’G: Jest pan tam szefem?
HP: Merlinie broń! Jestem tam ostatni po bogu, że tak to ujmę.
La’G: Tym nie mniej, znajduje się pan w tej jednostce. Powie nam pan o jakiś przestępstwach? Kogo ostatnio aresztowaliście?
HP: Tutaj obowiązuje mnie tajemnica, niezależnie od tego, co powie biuro prasowe ministerstwa.
La’G: Szkoda, to by była dopiero ciekawa opowieść.
HP: Nie masz nawet pojęcia.
La’G: No dobrze, umniejsza pan swoje zasługi. A co pan powie o tym, jak wysoko znalazł się pański szkolny kolega? Neville Longbottom wspiął się po szczeblach kariery, aż na stanowisko zastępcy szefa Grupy Uderzeniowej, sam dowodząc zespołem bojowym, a teraz pracuje razem z panem w tej doborowej jednostce.
HP: Czy Neville także wam odmówił udzielenia wywiadu?
La’G: Niestety. Nie zaprzeczy pan, że jest to błyskotliwa kariera kolejnego młodego czarodzieja, który nie ukończył szkoły.
HP: Raz jeszcze powtarzam. Należy ukończyć szkołę. Neville nie ma jedynie egzaminów końcowych, ale uczęszczał przez wszystkie lata nauki. Kariera Nevilla jest szybka ponieważ Neville doskonale zna się na tym, co robi. Sądzę, że bardzo szybko osiągnie jeszcze więcej.
La’G: A który po bogu jest pan Longbottom?
HP: Drugi.
La’G: No proszę. Zdaje się, że ministerstwo stawia na młodych.
HP: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale możesz mieć rację. W szeregach aurorów jest teraz wielu młodych czarodziejów, głównie kadetów, ale to wiąże się ze stratami, jakie ponieśliśmy w czasie wojny, a co do innych stanowisk. Zadałeś celne pytanie.
Na pewno pojawiło się sporo nowych twarzy w ministerstwie, szczególnie na stanowiskach szefów departamentów, ale nie tylko. To była konieczność, wielu dawnych szefów straciło życie, część z nich trafiło do więzienia, ale i jest wielu pracowników, którzy powrócili na swoje stanowiska, usunięci z nich przez poprzednie władze.
La’G: Większość z tych nowych pracowników, to osoby młode.
HP: Jasne, że to osoby młode, znacznie łatwiej jest znaleźć osobę młodą, chętną do pracy, niż kogoś w bardziej statecznym wieku, łatwiej też wdrożyć ją na stanowisko. Ale to nie są tyko osoby młode. Mamy sporo czarodziejów i czarownic w naprawdę różnym wieku. Szef mojego departamentu ma niecałe pięćdziesiąt lat, ale już nowa szefowa departamentu współpracy międzynarodowej jest osobą stateczną. Notabene, chciałbym złożyć jej życzenia z okazji doczekania się pierwszego prawnuka.
La’G: Tym nie mniej, minister zwolnił też trochę osób, nawet jeśli nie byli związani z poprzednimi władzami.
HP: Nie jestem zaznajomiony z polityką kadrową, więc nie chcę ci opowiadać bajek, ale sądzę, że możemy to nazwać wietrzeniem ministerstwa. Mogę ci jedynie powiedzieć, że u nas wciąż przyjmujemy podania o pracę i nie spotkałem się z redukcją zatrudnienia.
La’G: Stróże prawa są potrzebni naszej społeczności
HP: A pracownicy zajmujący się innymi sprawami nie?
La’G: Tego nie powiedziałem. Ministerstwo zmienia się nie tylko personalnie. Biuro Prasowe, o które nieustannie się rozbijamy.
HP: Jeśli chcesz płakać w tej sprawie, to trafiłeś pod zły adres. Gorąco kibicuję pomysłowi powołania Biura Prasowego, choć osobiście umieściłbym go w jakimś pomieszczeniu do którego wchodzi się z lobby, a nie na piętrze ministra.
La’G: Nie sądzi pan, że taka blokada informacji, jaką wprowadzono, to przesada?
HP: Ale czemu? W ten sposób działają wszystkie mugolskie firmy i urzędy. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, to zgłaszasz się do rzecznika prasowego z pytaniem. Ministerstwo uregulowało kwestię, w której panowała do tej pory samowola uciążliwa nie tylko dla jego pracowników i ich rodzin, ale i dla działania samego ministerstwa. Uważam, że biuro pod wodzą Percy’ego Weasleya robi naprawdę wspaniałą robotę i odpowiada na pytania bardzo szybko.
La’G: To fakt, ale zabrania też pisać o pewnych sprawach.
HP: No nie przesadzaj, a jak ty byś się czuł, gdyby ktoś wchodził ci do łóżka i pisał z kim i gdzie sypiasz, nawet jeśli byłaby to nieprawda?
La’G: Coś w tym jest.
HP: Dzięki, że przyznajesz mi rację.
La’G: Pan odczuł zapewne sporą ulgę po wprowadzeniu tych przepisów. Cała seria wywiadów w Czarownicy i Proroku. Biografia wydana dosłownie w przeddzień zablokowania prasy.
HP: O dziwo książka Skeeter nie dotknęła mnie w większym stopniu. Kiedy przetaczała się największa burza związana z książką, byłem poza zasięgiem naszej prasy, a kiedy już wróciłem i dowiedziałem się o opublikowaniu książki, emocje zdążyły opaść.
La’G: Co pan sądzi o swojej biografii? Jak się czyta o sobie samym?
HP: Książce, nie biografii. Prawdę mówiąc do dzisiaj jej w całości nie przeczytałem. Rozprawiłem się z nią wystarczająco w wywiadzie dla Czarownicy, tym sprzed pół roku. Sądzę, że nie ma sensu bardziej dobijać szanownej autorki.
La’G: Dopiekła panu? Przyniosło satysfakcję wypunktowanie jej książki?
HP: Nie jestem z natury mściwy, więc rozprawienie się z tymi kłamstwami przyniosło mi satysfakcję, ale ze zgoła odmiennej przyczyny. Nie lubię kłamstw i to nie tylko o swojej osobie.
La’G: Ale uwielbia pan tajemnice. Gdzie pan mieszka, panie Potter?
HP: W pięknym domu, w Londynie.
La’G: Ale nikt, nigdy w pańskim domu nie był.
HP: Byli moi przyjaciele i niektórzy współpracownicy, to wystarczy.
La’G: Czyli jednak tajemnica.
HP: Nie jestem społecznym ekshibicjonistą, moje prywatne życie to sprawa prywatna, nie publiczna.
La’G: Ale pan jest osobą publiczną.
HP: Jestem, co nie znaczy, że mam wyskakiwać z każdej butelki na mleko, jak potocznie określają to mugole. Kiedy jestem osobą publiczną, wtedy jestem dla ludzi. Tak jest w czasie pełnienia służby, tak jest teraz, kiedy rozmawiamy. Po godzinach pracy staję się jednak osobą prywatną i dostęp mają do mnie tylko przyjaciele, znajomi i rodzina.
La’G: Nie wie pan, że status bycia gwiazdą, czy idolem, wiąże się z nieustannym byciem osobą publiczną?
HP: Ale ja nie jestem ani gwiazdą, ani idolem. Ale się uparłeś. Ja jestem aurorem i szeregowym pracownikiem ministerstwa. Nic więcej.
La’G: Jest pan Harrym Potterem. To wystarcza.
HP: Cieszę się z każdego spotkania z kimś, kto nie zna mojego nazwiska.
La’G': Wie pan, psychologowie…
HP: No chyba sobie żartujesz.
La’G: Ale czemu?
HP: Chcesz mi zrobić analizę psychologiczną?
La’G: Ależ skąd! Psychologowie wymyślili taką zabawę. Ja mówię słowo, a pan mówi skojarzenie.
HP: Bardzo ci na tym zależy?
La’G: Jak dotąd każdy gość się z nami w to bawił.
HP: Może stworzyłbym precedens?
La’G: Aż tak panu zależy, by płynąć pod prąd?
HP: A jaka to zabawa płynąć z prądem (śmiech). Dobrze, pograjmy w te skojarzenia.
La’G: Wspomnienie
HP: Hogwart
La’G: Dzieciństwo
HP: Mugole
La’G: Szkoła
HP: Przygoda
La’G: Wakacje
HP: Tęsknota za szkołą
La’G: Mentor
HP: Albus Dumbledore
La’G: Przyjaciele
HP: Rodzina
La’G: Rodzina
HP: Gi… Gdzieś tam czeka.
La’G: Dziękuję za poświęcony nam czas, panie Potter.
HP: Wprost nie mogłem wam odmówić.

 

10. Człowiek, który nie poznał strachu…

23 sty

Rany fizyczne zawsze się goją. Jednym wystarczy kilka dni, dla innych trwa to dłużej. Czasami znikają one bez śladu, czasem zaś pozostawią na naszym ciele bliznę. Rany fizyczne goją się zawsze.
Zranić można jednak nie tylko ciało… Z tymi ranami jest już inaczej…

Kiedy Harry spał u jej boku wszystko było w porządku. Każdy, nawet najmniejszy element jej świata był na swoim miejscu. Kiedy Harry spał u jej boku, czuła się bezpiecznie, w takich chwilach nic jej nie groziło i nikt nie mógł jej zranić. Kiedy Harry był u jej boku, wiedziała, że zawsze ją ochroni. Nie zawsze jednak był u jej boku i nie zawsze mógł ją chronić. Niemal każdego dnia Harry opuszczał ją by pójść do pracy, by chronić każdego, kto potrzebował jego ochrony. Harry był aurorem. Ona też była kiedyś aurorem. W tej właśnie chwili Harrego nie było przy niej, choć tak bardzo potrzebowała ochrony.
Siedziała przyparta do muru, jej dłonie i nogi pokryte były świeżo zakrzepniętymi strużkami krwi, która dopiero co wysączyła się z ran, powstałych kiedy upadała, a potem czołgała się po ostrych kamieniach i żwirze. Oczy jej łzawiły zasypane pyłem, ziemią i igliwiem. Wszystko widziała jak przez mgłę, ale widziała wystarczająco wiele, by jej serce niemal wyskoczyło z piersi i odleciało w siną dal. Straciła swoją różdżkę, jak mogła stracić swoją różdżkę! Auror nigdy nie traci różdżki. Zasada pierwsza: Zawsze miej przy sobie różdżkę. „Harry, nawet nie wiesz ile miałeś w tym racji”.
Słyszała ich. Słyszała ich wyraźnie. Trzask pękających gałązek pod ciężkimi butami, chrzęszczenie igliwia i suchych liści pękających pod ich ciężarem. Chrobot osuwających się kamieni. Szli po nią, a ona nie mogła znaleźć swojej różdżki. Szli nie starając się nawet udać, że ich tam nie ma. Słyszała ich śmiech, szyderczy rechot. Wiedzieli, że tutaj jest i najwyraźniej wiedzieli, że nie ma różdżki. „Co się stało z moją różdżką?”
- Accio, Accio różdżka – jej dramatyczna próba wywołała jedynie głośniejszy rechot. Już ich widziała. Widziała ich poprzez łzawiące oczy, zbliżali się do niej i ją otaczali. W długich, ciemnych szatach, z twarzami skrytymi pod głębokimi kapturami, z wyciągniętymi w jej stronę różdżkami, wystającymi z szerokich rękawów w mroku których nie dostrzegała dłoni.
- Harry. Harry, pomóż mi.
- Harry, pomóż mi.
- Harry, pomóż mi.
- Harry, pomóż mi.
- Harry, pomóż mi.
- Harry, pomóż mi.
Szyderczo zawtórowało jej pięć głosów. Potem był już tylko błysk wydobywający się z wszystkich różdżek i jej ciałem wstrząsnął potężny spazm. Jeszcze tylko coś prychnęło, coś innego jęknęło i nastąpił koniec.
Otworzyła oczy w otaczającym ją półmroku. Mogła się tego spodziewać. Wiedziała, że mogła się tego spodziewać od samego początku, ale jak zawsze, nie spodziewała się. Była w swojej sypialni na ostatnim piętrze domu przy Grimmauld Place. Z podłogi patrzył na nią nastroszony Hektor, którego wyrwała właśnie ze smacznej drzemki na jej łóżku. Doprawdy nie rozumiała uporu tego kota, tyle razy budziła go w ten sposób, a on wciąż wpychał się co noc by z nią spać, przytulając się i mrucząc. Odwróciła głowę i uśmiechnęła się mimowolnie. Na sąsiedniej poduszce spoczywał ogromny, czarny, kudłaty łeb, zakończony mokrym nosem. Właściciel tego łba spoglądał na nią z niepokojem swoimi mądrymi ślepiami, popiskując delikatnie. Pogładziła go po mokrym nosie w podziękowaniu za troskę, w odpowiedzi na co potężny ogon uderzył kilka razy o podłogę. Opadła na wznak, na puchowe poduszki, oddychając głęboko. Nie był to pierwszy taki poranek i nie była to, co ważniejsze, pierwsza taka noc. Kiedy sięgała pamięcią wstecz wydawało jej się, że pamięta „ten pierwszy raz”. To było jeszcze w szpitalu, kiedy leżała w swej izolatce, oczekując by lekarz pozwolił jej wreszcie opuścić to straszne miejsce. Koszmary męczyły ją nie pierwszą noc, nie pierwszy raz budząc ją w ciemnościach, kiedy z łomotaniem serca podrywała się na łóżku, by przekonać się, że Harry jest tam, trzyma ją za dłoń, a ona może iść dalej spać. Nie wiedziała, czy śniły jej się od pierwszej nocy, czy przyszły dopiero później, pamiętała jednak noc, kiedy koszmary były straszniejsze niż kiedykolwiek wcześniej, a ona poderwała się z przerażającym wrzaskiem w pogrążonej w mroku izolatce. Harrego nie było obok, a ona dostała ataku paniki krzycząc jeszcze na jawie. Zjawił się w sekundzie, nie zapytał co się stało, jedynie mocno ją przytulił. Poczuła bicie jego serca, silne, jednostajne i coraz wolniejsze, kiedy uświadomił sobie, że nic złego się jej nie stało.
Podobno kiedy dwoje ludzi przytula się wystarczająco długo, rytmy ich serc synchronizują się. Jej serce już wkrótce biło równie spokojnie i miarowo, co serce Harrego. To był „ten pierwszy raz”, a od tamtej nocy, zawsze kiedy Harrego nie było w pobliżu, krzyczała. Nauczyła się w końcu zduszać swój krzyk w poduszkę, później rzucała jeszcze zaklęcia wyciszające i udawała, że wszystko jest w porządku. Sama nie wiedziała, czy oszukuje innych, czy siebie. Nie miało to znaczenia, to oszustwo stało się częścią dnia codziennego.
W dniu, kiedy wróciła na Grimmauld Place, sądziła że wszystko będzie wreszcie w porządku. Że jej świat się poukłada i wróci na swoje tory. Było. W głębi duszy czuła, że było lepiej. Gdy spała u boku Harrego, wsłuchana w bicie jego serca udawało jej się przespać całą noc, nie budząc się pomimo męczących ją koszmarów. Kiedy była sama, również już nie krzyczała, zrywała się w środku snu zlana potem, z łomoczącym sercem, ale nie krzyczała. Ten dom dobrze na nią działał. Potrafiła sobie nawet przypomnieć noce, w które wcale nie miała koszmarów. Wszystkie te noce, w czasie których kochali się z Harrym. To były dobre noce i chętnie je wspominała.

Nie było sensu marnotrawić dnia w łóżku, skoro i tak nie było w nim Harrego. Podniosła się powoli z ciepłych poduch i stanęła na wyściełanej miękkim dywanem podłodze, dokładnie rozciągając wszystkie stawy swego ciała. Poranna gimnastyka była nawykiem nabytym w ciągu tych kilku miesięcy, które spędziła jako kadet w Biurze Aurorów. Uważała że to dobry nawyk, więc pomimo nocnej gimnastyki jaką odbywała niekiedy z Harrym – Oni w przeciwieństwie do jej brata i Hermiony zachowywali w tym względzie rozsądek, codzienny seks uznając za drobną przesadę – nie zapominała, by odbyć ćwiczenia każdego poranka.
Zebrawszy się w pełni w sobie ruszyła powoli do ich przytulnej, prywatnej łazienki rozdzielającej sypialnie na poddaszu. Poranny prysznic był tym, czego pragnęła teraz najbardziej. Kiedy otworzyła drzwi, Łapa bez większych ceregieli przepchnął się przed nią na korytarz pędząc po schodach na dół domu i szczekając tubalnie.
- Idziesz, Hektor? – Odwróciła się w kierunku swojego łóżka, na którym ponownie mościł się stary kot. W odpowiedzi na jej pytanie, zwierzak ostentacyjnie odwrócił łeb w drugą stronę, dając do zrozumienia, że nie zamierza ruszać się z wymoszczonego właśnie posłania. – Oj kocie, kocie. Tylko żebyś mi zaraz nie drapał w drzwi, że chcesz się napić wody – pokręciła głową z rezygnacją, a Hektor zwinął się w jeszcze ciaśniejszy kłębuszek.
Kiedy wyszła wreszcie na korytarz, Łapa czekał już na nią trzymając w pysku swoją piłkę, po którą popędził chwilę wcześniej. Może i był wielki, ale wciąż był to szczeniak. Wielki, włochaty szczeniak, który lubił by puszczać mu jego piłeczkę w dół po schodach, a on pędził za nią machając ogonem i przynosił ją z powrotem. Wiele godzin Ginny spędzała z nim na takiej zabawie, zaśmiewając się do łez, kiedy ślizgając się wpadał na ścianę, trzepał łbem i pędził z piłką do niej, po kolejną dawkę zabawy.
- Później, Łapo – pies spuścił łeb, patrząc na nią smutnymi oczami. – Obiecuję że pobawimy się, ale trochę później – Potarmosiła go za kudłaty łeb, a pies od razu się udobruchał i położył pod ścianą, z piłką pomiędzy wielkimi łapami. Przez chwilę stała na szczycie schodów nasłuchując, do jej uszu nie docierał jednak żaden dźwięk poza sapaniem psa. Dom był milczący. Zaczęła żałować, że nie spojrzała na stojący koło łóżka zegarek. – Stworek!
- Panienka wzywała? – Skrzat pojawił się w akompaniamencie suchego trzasku.
- Czy ktoś jest w domu, Stworku?
- Nie, panienko. Panicz Harry wyszedł przed szóstą nie jedząc śniadania, bo zaspał, a państwo Hermiona i Ronald tuż przed ósmą, oboje udając się do pracy.
- Która jest teraz godzina?
- Po dziewiątej panienko – Zaskrzeczał skrzat. – Panicz Harry przykazał panienki nie budzić.
- To on wpuścił do mnie Hektora i Łapę?
- Tak panienko.
- Dobrze, przygotuj mi proszę śniadanie i podaj w bibliotece. Tylko Stworku, jestem strasznie głodna.
- Rozumiem panienko – Skrzat uśmiechnął się całą pomarszczoną twarzą i ponownie zniknął z trzaskiem.
Prysznic był przyjemny i odprężający, lubiła brać gorący prysznic i lubiła swój żel o brzoskwiniowym zapachu, choć o wiele przyjemniej było, kiedy brali te prysznice razem z Harrym. W międzyczasie przez szum wody przedarł się dźwięk delikatnego drapania. Nic czego by się nie spodziewała. Nie raczyła jednak przerwać sobie swojej chwili relaksu. Za takie zachowanie musiała później wysłuchać serii oburzonych miauknięć, kiedy przez otwarte przez nią drzwi do łazienki wśliznął się Hektor, robiąc jej wyrzuty w swoim kocim języku. Łapa najwyraźniej mówił po kociemu, a przynajmniej język ten rozumiał, gdyż fuknął z dezaprobatą.
W misce Hektora była chłodna i świeża woda, najprawdopodobniej wlana tam przez Harrego, kota to jednak nie obchodziło. Każdego dnia, za każdym razem, kiedy któreś z nich wchodziło do łazieneczki, Hektor również tam wchodził, siadał przy swojej misce i miauczał żądając, by wlano mu wody. W jego mniemaniu, do picia nadawała się jedynie woda wlana na jego oczach i postawiona przed nim z grzecznym „proszę”. Wedle wszelkiej wiedzy posiadanej przez Ginny i Harrego, taka sama miska i ten sam rytuał odbywał się na pierwszym piętrze, kiedy Hermiona lub Ron korzystali ze swojej łazieneczki. Hektor był naprawdę niesamowitym kotem z niesamowitymi zwyczajami.
Kiedy odświeżona i przebrana weszła wreszcie do biblioteki na drugim piętrze ich domu, taca z jajecznicą na bekonie i jeszcze parującym kubkiem kakao stała już na brzegu jednego ze stolików, przy jej ulubionym fotelu.
Z tym fotelem wiązała się jakaś zagadka, której nikt z domowników nie był w stanie rozwikłać. Był to stary wyliniały fotel. Najstarszy z tych, które stały w różnych częściach biblioteki, czy to przy stolikach, czy w pobliżu regałów. Obity był czerwonym, szorstkim materiałem, w wielu miejscach niemal zupełnie wyblakłym. Jego sprężyste niegdyś siedzisko już dawno zapadło się głęboko, pod ciężarem siadających w nim osób dość pokaźnych najwyraźniej rozmiarów. Wystające tu i ówdzie sprężyny potrafiły ukłuć nieprzyjemnie, jeśli siadło się w nieodpowiedniej części siedziska.
W niektórych domach, a może we wszystkich domach, jest takie miejsce, które jego bywalcy upatrzyli sobie i jest to ich ulubione miejsce z którym nie potrafią się rozstać. Tak było i z tym fotelem. Nie stał on ani w szczególnie dobrze oświetlonej części biblioteki, ani też blisko jakiejś konkretnej półki, do której domownicy najchętniej sięgali. Był najmniej wygodny ze wszystkich tutejszych siedzisk, a i tak był najczęściej wybierany. Siadał na nim każdy. Siadał Harry, kiedy przeglądał jakieś tomy zebrane na półkach. Siadała Hermiona, zagłębiając się w lekturę. Siadał Ron, żeby sobie posiedzieć. Siadała Ginny, lubiąc jadać śniadanie w tym właśnie miejscu. Kładł się w nim Hektor, nie dając siebie przepędzić (można było na nim siąść, a i tak nie sprowokowałoby się go do ucieczki, jedynym wyjściem było branie go na kolana). Z opowieści Harrego wynikało, że nawet Łapa, kiedy był mniejszy i miał jeszcze szanse się w nim zmieścić, również gramolił się na to siedzisko.
Kiedy zaś komuś udało się już ten fotel zająć, zmuszony był znosić zawistne spojrzenia innych użytkowników biblioteki.
Dzisiaj Ginny nie miała z kim walczyć o fotel, rozsiadła się więc w nim wygodnie, zapadając tak, że jak zawsze z przerażeniem zastanawiała się, jak się z niego wygramoli i zabrała się za swoje śniadanie. Był oczywiście ktoś, kto nie zapomniał o jej obietnicy i zjawił się w bibliotece, nim zdążyła skończyć jedzenie. Łapa położył swój wielki pysk na brzegu fotela i rozwierając go pozwolił, by piłeczka potoczyła się po siedzisku, zatrzymując przy Ginny. Samo wzięcie przez nią piłeczki w dłoń wprawiło psa w ekstazę. Niemal do południa Ginny spędziła więc czas w bibliotece, rzucając piłką w odległą ścianę, na której akurat nie było regału z książkami, a psiak pędził za zabawką, łapał i z radością przynosił swojej pani.
- Harry by nam pokazał, jakby się dowiedział, co my tutaj wyrabiamy – zaśmiała się, ponownie rzucając piłkę, a pies szczeknął krótko w odpowiedzi, najwyraźniej nie przejmując się opinią swojego pana.
„Dobrze jest was mieć, zwierzaki” pomyślała wychodząc wreszcie z biblioteki. „Bez was to nie byłoby to samo.”
Harry bywał w domu jedynie w weekendy, wychodząc wcześnie rano i wracając wieczorami. Jeśli nawet go nie było, to bywała tu Hermiona w innych godzinach chodząc do pracy, albo Ron, jeśli miał akurat wolne po nocnej zmianie. Zawsze miała do kogo otworzyć usta i starała się w takich chwilach spędzać jak najwięcej czasu w towarzystwie brata i przyjaciółki, zapełniać jakoś pustkę i tłumić drzemiący w niej strach. Kiedy ich nie było, były przynajmniej zwierzaki, do których mogła mówić, z którymi mogła się bawić. Były jednak takie chwile, że była sama, w takich chwilach strach powoli wypełzał z jej wnętrza i dawał o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach. Nagłe stuknięcie, cichy trzask klepek drewnianej podłogi czy wystrzał z gaźnika mugolskiego samochodu, który przejeżdżał akurat za oknem wystarczał, by się kuliła, lub zrywała się w niekontrolowanym spazmie strachu.
Dzień za oknem był słoneczny, co było miłą odmianą po tygodniach wypełnionych ciężkimi chmurami i nieustannie siąpiącym deszczem, które towarzyszyły im od chwili powrotu z Kiribati
Takiej okazji nie mogła stracić.
Kiedy tylko wyszła na dwór od razu zrozumiała, że nie tylko ona wpadła na tak genialny pomysł, jak spacer. Wystarczyło przejść zaledwie kilkanaście metrów, by z zacisznego Grimmauld Place wydostać się na jedną z bardziej ruchliwych ulic mugolskiego Londynu. Ostatnimi czasy, jeśli wychodziła z domu to udawała się zazwyczaj do magicznych miejsc, często pełnych przemieszczających się za swoimi sprawunkami czarodziejów, ale o wiele bardziej zacisznych niż świat mugolski. Z każdej strony napierała na nią kanonada klaksonów, warkot silników, pisk opon kiedy ktoś hamował lub ruszał o wiele zbyt ostro. Nie pamiętała, czy w Londynie zawsze było tyle samochodów, czy akurat dzisiaj mieszkańcy tego miasta postanowili wyprowadzić swoje warczące potwory. Pewna była natomiast, że wielu Londyńczyków porzuciło tego dnia środki masowego transportu, by zażyć spaceru, tak jak miała to w planach ona. Otaczał ja jazgoczący tłum ludzi, przeciskali się, szturchali ją, pogrążeni w rozmowie nie zwracali na nic uwagi, a ona zaczęła żałować, że zdecydowała się na ten spacer. Cały otaczający świat widziała jakby była oddzielona od niego jakąś szybą, a dźwięki dochodziły przytłumione. Najbliższym skojarzeniem, jakie miała była mugolska telewizja, którą oglądała, gdy byli z Harrym w Rio. Wszystko było niby realne, a jednak odrealnione. Nagle gdzieś w pobliżu ostro strzeliło z gaźnika, huk temu towarzyszący omal nie przyprawił jej o zawał. przystanęła na chwilę, opierając się o niebieską budkę policyjną, mocno zacisnęła powieki, oddychając głęboko i starając zebrać się w sobie. Serce waliło jej jak oszalałe, a dźwięki rozmyły się w kakofonie.
- Witaj. Wszystko w porządku? – Usłyszała ciepły głos. Gdy otworzyła oczy, ujrzała stojącego obok niej, młodego szatyna w pasiastym garniturze. Jego włosy tworzyły nieład, tak bardzo przypominający Harrego. – Czy mogę ci jakoś pomóc? Jestem Doktorem.
- Nie, dziękuję – odpowiedziała, prostując się. Była Ginewrą Weasley, była Ginewrą Potter. Taka drobnostka nie mogła jej przeszkodzić. – Dziękuję, dam sobie radę. – Ruszyła dalej przed siebie, nawet się nie odwracając.
Spacer, jeśli nie liczyć otaczających ją ludzi i ryku samochodu można było uznać za całkiem udany. Odwiedziła kilka mugolskich sklepów, już dawno przekonawszy się, że niezależnie od wszelkich przywar jakie mieli mugole, ich gust w kwestii ubrań był bezsprzecznie lepszy aniżeli najlepszych stylistów świata czarodziejów. Cieszyła się niezmiernie, że Harry wykręcił się jednak od wywiadu dla tej francuskiej gazety dla mężczyzn, której angielskie wydanie lądowało każdej soboty w rękach prenumeratorów i w punktach sprzedaży w magicznej Anglii. Pamiętała, jak bardzo była wtedy wściekła na Harrego, że wykpił się od wywiadu wbrew jej zdaniu. Kiedy jednak przeczytała dwa pierwsze egzemplarze i zobaczyła jak zaprezentowali się w niej najpierw Dragomir Gorgowicz, ścigający Armat z Chudley, a potem burmistrz Hogsmeade, Jerremy Highlander, jej zapał odnośnie występów w tej gazecie opadł radykalnie. Tym nie mniej, prezentowana w tym czasopiśmie moda zaczęła przenikać na ulice i codzienne stroje mężczyzn ulegały coraz większej zmianie, co nijak nie wpływało na ich atrakcyjność. Moda mugolska była inna. Wygodna, elegancka i pozwalająca podkreślić swoją osobowość.
Ginny pamiętała, jak wpędziła się niemal w stan załamania nerwowego, starając się wymienić flanelowe koszule, workowate jeansy i adidasy w jakich chodził Harry na coś, co określiła roboczo jako „WoW”. Przeciągnęła go wtedy przez wszystkie magiczne sklepy z ciuchami w Wielkiej Brytanii i Irlandii, jakie tylko przyszły jej do głowy i nic nie znaleźli. Pamiętała, jak przy nieopisanym jego zrzędzeniu wyciągnęła go za kanał LaManche i też nie znalazła nic, co by pasowało do jej upodobań. W końcu skończyli w mugolskich sklepach i to było to „WoW”. Od tej pory Harry wyglądał jak ciacho – przynajmniej ona tak uważała. Adidasy zamienione na mokasyny lub czarne lakierki z ostrym szpicem, rozszerzane w dzwon jeansy i rozchełstane białe koszule, a na to sportowa marynarka, albo skórzany płaszcz do kolan z obowiązkowym długim rozcięciem z tyłu. Rzadko znajdowali czas by spacerować sobie po magicznym świecie, kiedy jednak to robili, Ginny widziała oglądające się za nim czarownice i to nie tylko te młode. Była dumna ze swego dzieła i sama też ubierała się u mugoli, choć gobliny liczyły sobie słony procent za wymianę galeonów na funty. Mówiło się trudno.
Tego dnia także wstąpiła do swojego ulubionego domu towarowego, gdzie na trzech piętrach mogła dostać wszystko co tylko sobie wymarzy, ubierając się od stóp do głów (dosłownie). Wewnątrz było mniej tłocznie i grała relaksująca muzyka, nie była zakupoholiczką, ale dobrze znała już to miejsce i wreszcie mogła złapać trochę tchu po czasie spędzonym na ulicy.
Lubiła to miejsce ponad inne domy towarowe i butiki z odzieżą z jeszcze jednego powodu. W wielu butikach, ledwo przekroczyła ich próg dopadała ją chmara ekspedientek, które niemal doznawały ekstazy pragnąc pomóc w dokonaniu wyboru wymarzonego stroju. Nie można było spokojnie przejść się pomiędzy półkami i stojakami zawieszonymi ubraniami nie czując na plecach gorącego oddechu przesadnie wyperfumowanej ekspedientki, która co kilka kroków machała jej przed oczami jakąś szmatą, najczęściej na tle innych wyróżniającą się jedynie kosmiczną ceną, czasami połączoną z totalnym brakiem gustu jej projektanta.
Tutaj było zupełnie inaczej. Przy drzwiach witał ją uprzejmy uśmiech dziewczyny stojącej przy kasie, ekspedientki krążyły po całym sklepie, zawsze gotowe do pomocy, ale zjawiały się przy niej dopiero, kiedy sobie tego życzyła i co najważniejsze, służyły naprawdę dobrą radą. Ginny zastanawiała się czy nie przechodzą one jakiegoś specjalnego szkolenia z „mody”, bo naprawdę znały się na swojej pracy. Nigdy jednak o to nie zapytała. Kiedy opuszczała wreszcie sklep, przebrana była w elegancki płaszczyk w kolorze zielonym, ale nie takim spranym jak większość ubrań w tych czasach, jej zielony płaszczyk z wielkimi guzikami aż palił w oczy intensywnością swej barwy. Dla pełnego podkreślenia jego koloru nabyła jeszcze intensywnie czerwoną chustę zastępującą szalik. Na ulicy było mniej ludzi. Zrobiło się popołudnie i mugole udali się właśnie na lunch. Ci nieliczni (co w Londyńskich standardach oznaczało nadal setki ludzi), którzy nadal przemieszczali się po mieście, odwracali się co jakiś czas oglądając na nią. Zdawała sobie sprawę, że starsi patrzyli na nią zdegustowani, a młode kobiety zastanawiały się zapewne gdzie kupiła takie fajne ciuchy. Najbardziej jednak poprawił jej humor chłopak, jeden z tych którzy się za nią oglądali, kiedy odwróciwszy się w ślad za nią oberwał torebką od dziewczyny idącej z nim pod rękę, a zaraz potem został obsztorcowany i musiał wysłuchać długiej litanii. Tak, była kobietą i takie zainteresowanie bardzo jej odpowiadało.
Zadowolona z siebie i w znacznie lepszym humorze dotarła na Charing Cross Road, by dostać się do magicznego świata. Jedyna droga prowadząca z mugolskiego Londynu na ulicę Pokątną wiodła właśnie z Charing Cross, poprzez podwórko na tyłach Dziurawego Kotła. Dziurawy Kocioł było to sławne miejsce, choć na takie nie wyglądało. Stary, odrobinę obskurny bar znali chyba wszyscy czarodzieje Wielkiej Brytanii, podobnie jak chyba wszyscy czarodzieje znali Toma, barmana, który był tutaj od zawsze.
Ginny odrobinę bezmyślnie pchnęła drzwi Dziurawego Kotła, wchodząc do środka z pakunkami w ramionach i dopiero w ostatniej chwili złapała kątem oka wywieszoną na drzwiach kartkę. Cofnęła się, by przeczytać ją dokładnie. Na kartce widniała krótka informacja:
„Na sprzedaż
Wszelkie informacje u Toma, za barem”
Ginny zmarszczyła lekko brwi i weszła do środka. W Dziurawym Kotle jak to w Kotle panował zgiełk i harmider. Najwyraźniej podczas gdy mugole zasiedli do lunchu w restauracjach i kawiarniach, każdy czarodziej, co żyw, wpadł na szklaneczkę do Toma i jego baru.
- Cześć Tom! – Ginny zawołała, przeciskając się do kontuaru.
- Witam, młoda pani Weasley – Tom przyczłapał z drugiego końca kontuaru. – Czyżby miała pani ochotę na coś mocniejszego?
- No weź sobie nie żartuj. O co chodzi z tym ogłoszeniem? Pozbywasz się baru?
- A no tak. Wypadałoby na starość spędzić trochę czasu na zbijaniu bąków.
- Na jaką starość, Tom. Co ty opowiadasz. – Ginny wybuchnęła śmiechem. Znała Toma od zawsze. Nim jeszcze poszła do szkoły, może nawet nim nauczyła się chodzić, Molly zabierała ją do Dziurawego Kotła, kiedy odwiedzały Pokątną robiąc zakupy szkolne dla starszych braci. – Tobie jeszcze długo nie grozi starość, bardziej za dziewczynami powinieneś się oglądać, niż za emeryturą – Tom zarechotał na takie przedstawienie sprawy.
- Ja pamiętam, jak pani dziadek opijał tutaj narodziny pani taty. Właściwie to pamiętam wieczór kawalerski pani dziadka, a już wtedy byłem przekonany, że za długo stoję za tą ladą – teraz dopiero Ginny dokładniej przyjrzała się barmanowi. Owszem, Tom był łysy, pomarszczony i brakowało mu zębów, ale Ginny zawsze uważała, że to raczej fatalna uroda, aniżeli oznaka wieku. Teraz przyglądając się barmanowi dokładniej, widziała że Tom jest jakby bardziej pomarszczony (jeśli to w ogóle było możliwe) i mocniej przygarbiony niż dawniej.
- Chętni walą pewnie drzwiami i oknami? Sama kupiłabym ten bar, być właścicielem tak sławnego miejsca – Westchnęła z nostalgią.
- Prawdę mówiąc, to chętnie wysłucham pani oferty – Tom podchwycił nagle. – To by była pierwsza, jaką dostałem, a ogłoszenie dałem więcej jak przed miesiącem.
- Kusząca propozycja, Tom, ale niestety nie stać mnie na to.
- Wielka szkoda, naprawdę wielka szkoda.
- Może innym razem. Do zobaczenia Tom.
- Do widzenia, pani Ginewro – Tom zamachał jej na pożegnanie.
Kiedy wyszła na podwórze Dziurawego Kotła, a potem na ulicę Pokątną, poczuła że ekstaza jaka opanowała ją po małym zakupowym rajdzie powoli opada. Starała się nie dopuszczać do siebie tej myśli, ale idąc powoli ulicą Pokątną zdawała sobie sprawę, że właściwie nie ma żadnego celu do którego mogłaby zmierzać. Słońce już dawno schowało się za dachami domów, spowijając całą ulicę w półmroku niechybnie zwiastującym noc, witryny sklepów rozświetlały różnokolorowe lampy, ciepłym blaskiem zachęcając do wejścia. Ale ona nie miała powodu, by wejść w którekolwiek z tych miejsc.
To stało się nagle. Nic tego nie zwiastowało i nie było ku temu najmniejszego powodu. Obserwowała przemykających ulicą ludzi ubranych w długie, czarodziejskie szaty, chroniące ich przed zimnym powietrzem końca stycznia. Mijając jedno z przejść zobaczyła skryte w cieniu postacie, ale nim zdążyła się im przyjrzeć, w witrynie mijanego sklepu coś głośno huknęło wypełniając ulicę jaskrawym blaskiem.
Ginny wciąż była na ulicy, wciąż widziała ulicę Pokątną z jej rozświetlonymi witrynami, ale widziała też latające we wszystkie strony świetliste smugi śmiercionośnych zaklęć, słyszała szyderczy śmiech i skandowania. Umykając przed zielonym grotem padła na ziemię i nie mogąc uczynić nic innego zaczęła krzyczeć, krzyczeć i płakać, a jej krzyk był krzykiem małej dziewczynki, histerycznym piskiem dławionym przez szloch.
- Ginny, Ginny, Ginny – Usłyszała jak ten straszny głos powtarza jej imię – Ginny, Ginny – Już trzymał ją za ramię – Ginny, uspokój się, Ginny – ten głos był jakiś inny. – Ginny, czy ty mnie słyszysz, Ginny? – Otworzyła oczy i miała krzyknąć jeszcze głośniej, gdy dotarło do niej że demon na którego patrzy, to nikt inny jak ubrana w jaskrawo żółtą skórę Angelina, której głowę pokrywała burza grubych dredów. – Co się stało, Ginny? – Nie była jej w stanie odpowiedzieć, trzęsąc się ze strachu i szlochu. – Możesz iść? – Kiwnęła głową, ale nogi i tak odmawiały jej posłuszeństwa. Angelina dźwignęła ją do góry i powoli prowadziła w górę ulicy. Ginny szła, a raczej wlokła się krok za krokiem, co chwilę potykając się, bojąc się otworzyć oczy w obawie że znów zobaczy błyski. Najmniejszy dźwięk, najdelikatniejsze stuknięcie, śmiech dziecka, powodowały kolejny pisk przerażenia. – Teraz będą trzy schodki – Angelina szepnęła jej do ucha. Tak cudownie pachniała, jakimś słodkim zapachem perfum. Ginny potulnie weszła po trzech stopniach i poczuła, jak Angelina popycha drzwi. Ledwie te się otworzyły, jej uszu dopadła kanonada dźwięków wymieszanych ze śmiechem i krzykiem dziesiątek wysokich głosików. Wytrzymała to może trzy sekundy, nim ponownie utonęła w krzyku. Poczuła, że Angelina ciągnie ją znacznie szybciej, nie dając czasu na stawianie kroków.
- Co się stało? – Usłyszała inny głos.
- Nie wiem. Weź ją szybko na górę i wycisz pomieszczenie. Ten dźwięk doprowadza ją do szału – Poczuła jak ktoś podrywa ją z ziemi i unosi z dala od hałasu. Najpierw skrzypiały schody, potem drzwi i po chwili leżała na czymś miękkim, a dźwięki ustały. Szlochała zwinięta w kłębek, na miękkim posłaniu, nie śmiejąc otworzyć oczu. Po chwili drzwi skrzypnęły raz jeszcze, wpuszczając kakofonię dźwięków, znacznie cichszą, nie tak przerażającą, jak ta wcześniej.
- Jak ona się czuje?
- Jest taka jak widzisz.
- To lepiej niż przed chwilą. Zawiadomiłam już Harrego i Proctora. Zostań z nią, George. Ja zajmę się sklepem – George, a więc to był jej brat. Poczuła delikatne głaskanie po głowie, kiedy drzwi za Angeliną zamknęły się ponownie.
- Co jest, siostra? – Spytał chcąc być dowcipnym, ale czuła, że jedynie maskuje swój niepokój. – Co się stało? – Teraz w jego głosie było już więcej troski. – Czy ktoś cię skrzywdził? – Pokręciła przecząco głową. Ktoś ją skrzywdził, oczywiście, że tak. Ale zrobił to bardzo dawno temu, ale teraz to nie miało znaczenia. George nie naciskał. Siedział przy niej głaszcząc ją po głowie, póki się nie uspokoiła. Kiedy otworzyła oczy, okazało się że leży na jego łóżku, w jego pokoju nad sklepem z dowcipami. Usiadła z kolanami podkulonymi po samą brodę i zapatrzyła się w starą komodę na przeciwległej ścianie.
Schody zadudniły, kiedy ktoś wbiegał po nich jak szalony, mimo że minął może kwadrans od kiedy się tu znalazła, uspokoiła się już i odzyskała jasność umysłu, wiedziała kto pędzi po tych schodach.
Drzwi otworzyły się nadspodziewanie delikatnie i do pokoju wszedł Harry, jej osobisty auror.
- Co ci jest, Ginny? – Ukląkł przy niej w swoim mundurze. – Czy ktoś cię skrzywdził?
- N… nie – Zdołała wreszcie wydusić ze ściśniętego gardła.
- Co ci się stało? – Mocno zacisnęła powieki w obawie, że wszystko wróci, nie wróciło. Był przy niej, była bezpieczna. – Co jej się stało? – Powtórzył pytanie, tym razem do Georga.
- Mnie nie pytaj, to Ang ją znalazła. Kiedy ją przyprowadziła, cała się trzęsła i krzyczała histerycznie. Uspokoiła się dopiero tutaj.
- Wiedźmo, powiesz mi co ci się stało? – Spytał ją łagodnie. Spojrzała na niego, jego twarz była szara z przerażenia na myśl, co mogło jej się stać. Zaczerpnęła głęboko powietrza, by wreszcie się odezwać, powietrze uleciało jednak wraz ze skrzypnięciem drzwi.
- Doktor Proctor już jest – Angelina odezwała się łagodnie, przepuszczając lekarza w drzwiach i wchodząc za nim. – Zamknęłam już sklep. – Ginny zobaczyła, jak George odwraca głowę w stronę swojej pracowniczki, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko kiwnął głową.
- Dzień dobry pani Weasley. – Lekarz odezwał się kucając przed nią i dokładnie się jej przyglądając. – Proszę mi powiedzieć, co się stało – Mówił dalej unosząc jej drżące dłonie, rozchylając jej powieki, by zajrzeć w rozszerzone do granic możliwości źrenice i dotykiem sprawdzić coś na jej szyi. Poddała się temu dotykowi. Ufała Proctorowi i wiedziała, że nic złego jej się nie stanie. – No więc, pani Weasley. Proszę mi powiedzieć – Raz jeszcze zebrała się w sobie i patrząc na Harrego, powiedziała.
- To byli „oni”, to znowu byli „oni”.
- Ludzie w czarnych szatach?
- Tak.
- Mówiłaś, że już nie masz koszmarów – Harry pogładził ją po głowie, a ona spojrzała na niego przepraszająco.
- Widzi pani wypadek?
- Tak… i nie – wyszeptała.
- Widzi ludzi w czarnych szatach, którzy wtedy ją tak poturbowali na spacerze aurora.
- Nadal ma pani te koszmary? – Ginny kiwnęła głową. – Te, które miała pani w szpitalu? – Ponownie przytaknęła. – Kto ja znalazł?
- Ja – Odezwała się Angelina, ukryta w jakimś kącie pokoju. Wyszłam z piekarni, gdzie wyskoczyłam po coś słodkiego. Ginny szła kilka metrów przede mną, miałam ją dogonić, ale nagle w tamtym sklepie z dowcipami wybuchły pokazowe sztuczne ognie.
- Wykupię ich i zamknę. Że też jeszcze nie padli – George zmielił w ustach przekleństwo.
- Co było dalej z panią Weasley?
- Ginny złapała się za głowę, a po chwili rzuciła się na ziemię i zaczęła przeraźliwie piszczeć. Podeszłam do niej, ale nie docierało do niej nic z tego co mówię. Jakby dostała jakiegoś ataku. Kiedy wreszcie się trochę uspokoiła przyprowadziłam ją tutaj. Ale ledwie weszłyśmy…
- Pani Weasley miała nawrót – lekarz dokończył za nią. – Pani Weasley. Zastosuję teraz delikatne zaklęcie uspokajające, by ustabilizować pani organizm. Zgadza się pani?
- Chce mnie pan skonfundować?! Nie! Nie zgadzam się – Szarpnęła się nagle, odsuwając się od lekarza tak daleko, jak pozwalało na to łóżko.
- Nie chcę pani konfundować. To zaklęcie nie ma nic wspólnego z Confundusem. Cały czas będzie pani świadoma i w pełni będzie pani kontrolować swoje ciało. Może się jedynie pani poczuć odrobinę zobojętniała – Ginny przecząco pokręciła głową.
- Proszę cię, kochanie – Harry powiedział łagodnie, przysiadając koło niej. Gwałtownie szarpnęła głową by zaprotestować i wtedy dotarło do niej, że właściwie nie wie czemu opiera się temu zaklęciu. Przecież Doktor Proctor chce jej tylko pomóc. Tylko że zrozumiała, że wcale nie potrzebuje tego zaklęcia, bo sama czuje się już spokojnie. Serce już jej tak nie waliło, a gdzieś w cieniu nie tłoczyły się zakapturzone postacie.
- Czemu pan to zrobił? – Usłyszała oburzony głos Harrego. – Przecież się nie zgadzała.
- Jako lekarz mam obowiązek działać dla dobra pacjenta, nawet wbrew jego woli – a więc Proctor rzucił na nią zaklęcie, bez pytania o zgodę. „Nie ładnie z jego strony”, pomyślała.
- Dziękuję – Powiedziała cicho, nie zdając sobie sprawy, jak dziecinnie niewinny ma przy tym uśmiech.
- Nie ma za co – Lekarz odpowiedział jej z uśmiechem. – Niech się pani teraz położy na trochę. „W sumie czemu nie, to całkiem fajny pomysł”, pomyślała ponownie, wygodnie układając się na łóżku Georga.
- Co jej jest, doktorze – Głos Georga przepełniony był troską.
- Mugole określają ten stan jako PTSD. Zespół stresu pourazowego, lub zaburzenie stresowe pourazowe. Widzicie państwo, jest to przypadłość, która występuje jako efekt silnego wstrząsu psychicznego. U mugoli ma to miejsce najczęściej wśród żołnierzy, którzy cudem wyszli z ognia walki, stracili wielu towarzyszy, byli na granicy śmierci – słuchała jak lekarz wyjaśniał stan w jakim się znajduje. Nie mogła zrozumieć, dlaczego dotknęło to akurat ją, przecież była taka silna.
- Chodzi o ten wypadek, po którym leżała w szpitalu? – Angelina spytała z odległego kąta pokoju.
- Tak, pani Weasley przeżyła potworny wypadek, który niestety pamięta i szczerze powiedziawszy byłem zadziwiony jej tak szybkim powrotem do zdrowia. Pamięta pan Briana Eddisona? – To ostatnie skierował do Harrego, tak przynajmniej jej się wydawało.
- Oczywiście, był jednym z walczących w Hogsmeade.
- Pan Eddison nadal odwiedza szpital, nawet kilka razy w tygodniu.
- Jak mogę jej pomóc? – Poczuła jego rękę na swej dłoni. Była taka ciepła, taka delikatna, a zarazem silna.
- Musi pan zrozumieć, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Ja zajmuję się składaniem ludzi w całość, nie stroną psychologiczną ich urazów. W tej chwili powinienem skierować panią Weasley do szpitala na leczenie.
- Mówi pan o zamknięciu na oddziale zamkniętym. Nie, odpada – Głos Harrego był ostry i zdecydowany. Dziwiła się, ale nigdy nie słyszała go mówiącego w ten sposób, choć nie, słyszała raz. W Hogsmeade, kiedy dyrygował ewakuacją ministra.
- Rozumiem pana sprzeciw, choć tam pani Weasley miałaby najlepszą opiekę.
- Inne rozwiązania doktorze?
- Terapia. Długa terapia u specjalisty, połączona prawdopodobnie z eliksirami i zaklęciami. To wymaga cierpliwości ale przynosi efekty.
- Zaklęcie zapomnienia?
- Tylko jeśli chce pan uszkodzić swojej siostrze mózg, panie Weasley. Kluczowe w tym procesie nie jest zapomnienie, tylko pokonanie tych lęków, stanie się silniejszym od nich.
- Chciałbym ją zabrać do domu.
- To nie jest dobry pomysł, panie Potter.
- Wiem co robię, doktorze.
- Panie Potter, tutaj potrzeba specjalistycznej opieki, muszę nalegać.
- Doktorze, obaj doskonale wiemy, który z nas jest bardziej uparty. Jeśli coś się będzie działo, zabiorę Ginny do szpitala, ale teraz wrócimy do domu.
- Nie jestem już lekarzem pani Weasley, nie mogę zabronić, ale stanowczo nalegam.
- Ma pan do tego prawo. Chodź Ginny – Delikatnie wziął ją pod ramię, unosząc z łóżka, poddała się temu gestowi z ochotą, chciała wrócić do domu jak najszybciej.
- Zawiadomię o wszystkim mamę – Usłyszała jeszcze Georga za swoimi plecami.
- Ani mi się waż! Chcesz żeby jej się pogorszyło na widok Molly? Już zapomniałeś co jest między nimi? Grimmauld Place Dwanaście – w pierwszej chwili nie zrozumiała o co mu chodzi, kiedy jednak buchnęły szmaragdowe płomienie wkroczyła w nie z ochotą. Zawirowali i już była w bezpiecznym domu, którego miała ochotę nigdy więcej nie opuścić. Dzisiejszy koszmar wydawał się być tak odległy, teraz, kiedy Harry był przy niej.

Harry został w domu przez kolejne dni, czule się nią opiekując. Właściwie nie potrzebowała już opieki, bo wszystko wróciło do normy, a przynajmniej tak jej się zdawało, gdyż po niemal każdym niespodziewanym dźwięku, stukocie, dzwonku, wyłapywała niespokojne spojrzenie Harrego, kierowane w jej stronę. Z początku nie wiedziała czemu tak bacznie się jej przygląda, potem zaczęła siebie obserwować i powoli do niej dotarło, że jest kłębkiem nerwów i zachowuje się niczym usadzona na szpilkach.

To był wieczór piątego dnia, który Harry spędzał z nią nie idąc do pracy. Trwał przy niej wiernie, dbając by nic jej się nie stało.
- To nie może trwać w nieskończoność – powiedziała znienacka, kiedy leżeli w jej łóżku z baldachimem.
- Co, wiedźmo?
- To wszystko, nie możesz nie chodzić do pracy, spędzając całe dnie ze mną.
- Ale ja chcę spędzać całe dnie z tobą – Nachylił się nad nią, delikatnie całując jej szyję.
- Przestań – zasłoniła mu usta – Ja mówię poważnie. Musisz chodzić do pracy.
- Muszę, to opiekować się tobą, wiedźmo. Tak długo, aż wszystko nie będzie w porządku.
- Już wszystko jest w porządku – zapewniła go zupełnie nieszczerze.
- I będzie, jeśli za chwilę zaskrzypią drzwi, albo przewróci się stojak na ubrania?
- Chyba nie – bąknęła.
- No właśnie – delikatnie pogładził ją po twarzy. Zamarli tak w milczeniu.
- Harry?
- Tak, wiedźmo?
- Czy wymazywałeś już pamięć?
- Wymazywałem.
- A zrobisz to dla mnie? – Spytała na wpół zalotnie, na wpół błagalnie.
- Nie – uciął krótko.
- Ale…
- Słyszałaś doktora. To może ci zaszkodzić.
- Tak mówił do Georga, ale ty jesteś wspaniałym czarodziejem, na pewno sobie poradzisz.
- Nie zrobię tego, wiedźmo. Nie myśl o tym i śpij już, proszę.
- Zostaniesz?
- Na zawsze.

Kolejny dzień nie różnił się niczym od poprzedniego. W nocy męczyły ją złe sny, ale były jakby odsłonięte od niej kurtyną z gęstej firany. Widziała je i nie widziała za razem.
Kiedy otworzyła oczy Harry siedział przy niej i tak, jak przez wszystkie poprzednie dni, miał ze sobą tacę ze śniadaniem, które zjedli w łóżku, razem.

- Czy to jest najgorsze?
- Jest naprawdę smaczne. Jak zawsze – Odpowiedziała mu, uważnie patrząc po tacy z potrawami.
- Chodzi mi o wspomnienie. Czy to jest najgorsze wspomnienie, o jakim jesteś w stanie myśleć? To które nawiedza cię w koszmarach? – Odłożyła tost na swój talerz i długo się zastanawiała.
- Myślę, że tak. Nie nawiedzałoby mnie w koszmarach, gdyby nie było takim. Czemu pytasz? – Nie odpowiedział jej, patrzył w otwarte drzwi jej pokoju mocno się nad czymś zastanawiając. Jego twarz przybrała wyraz, którego bardzo nie lubiła. Zawsze wyglądał tak, kiedy z czymś się gryzł, albo coś go irytowało. Za przykładem mugoli nazywała tą twarz „marsową”.
- Przyjdź proszę do saloniku, kiedy zjesz śniadanie – Powiedział wstając. Nic jej nie wytłumaczył, wyszedł cicho zamykając drzwi.

Nie spieszyła się z jedzeniem, ale i nie marudziła zanadto, ciekawa cóż takiego wymyślił Harry. Kiedy zeszła po schodach do położonego na pierwszym piętrze saloniku, w pierwszej chwili nie poznała tego miejsca. W pomieszczeniu panował nieprzenikniony mrok. Wszystkie ściany zasłonięte były czarnym materiałem, z miejsca gdzie były okna nie przedostawał się najmniejszy nawet przebłysk dnia. Z kamiennej podłogi zniknęły dywany.
- Co tutaj się stało? – Spytała zszokowana. Po raz pierwszy od tamtego feralnego dnia, poczuła jak krew w jej żyłach mocniej pulsuje. No może nie po raz pierwszy, ale chwil sam na sam z Harrym nie brała w tej chwili pod uwagę.
- Powiedziałaś, że jest to najstraszniejsze z twoich przeżyć, że nie ma nic gorszego, co mogłabyś wspominać?
- T… tak – Przyznała, skupiając się na nim.
- Kiedy byłem we Francji, jednym ze stawianych przed nami zadań – Harry podjął coś, co zapowiadało się na długą, fascynującą opowieść. – Właściwie to pierwszym z zadań, było zmierzenie się ze swoim największym lękiem. Zmierzenie się i pokazanie innym, jak ten lęk pokonujemy. Od tego zaczęło się nasze prawdziwe szkolenie. Żeby zmierzyć się z tymi lękami, zażywaliśmy to zioło – z kieszeni bluzy wyjął niewielki woreczek, wysypując jego zawartość na dłoń. – Nie wiem jak dokładnie ono działa, ale wiem, że pozwala zmierzyć się z samym sobą. Nie obiecuję że to pomoże, ale sądzę że warto spróbować – Przyglądała się uważnie, to jemu, to spoczywającemu na jego dłoni wysuszonemu ziołu, zastanawiając się co zrobić.
- Dobrze, jestem gotowa – Powiedziała wreszcie.
- Nie, nie jesteś, ale nie sądzę by ktokolwiek był gotowy. Weź szczyptę i włóż pod język, proszę – wyciągnął dłoń w jej stronę. – A teraz zostawię cię samą.
Zamknęła oczy kiedy wkładała wysuszoną roślinkę do ust, nie wiedząc czego może się spodziewać. Kiedy zioło znalazło się pod jej językiem, tak jak polecił to Harry, Ginny poczuła jak po ustach rozpływa jej się uczucie delikatnego chłodu przemieszane z nutą słodkości, w której było coś z karmelu i cynamonu zarazem. Nie było to jednak uczucie przejmującej słodkości, a jedynie wrażenie, że słodkość ta gdzieś tam się czai. Usłyszała jeszcze jak drzwi pokoju się zamykają, a potem jakby wszystko się rozmyło i uciekło za mgłę. Wiedziała to, mimo że stała z zamkniętymi oczami.
Gdy otworzyła oczy, nie było już ciemnego, pustego pokoju w którym stała przed chwilą. Wokół niej zaczynały się formować jakieś kształty i obrazy. Z początku wszystko było rozmyte i niewyraźne, ale z czasem zaczęło nabierać ostrości i gdy tylko zrozumiała co widzi poczuła narastającą w sobie rozpacz, wyrywającą okrzyk przerażenia i bezsilności z głębi jej ciała.
Przed nią, na skrytych w półmroku błoniach stał Hagrid otoczony śmierciożercami z kroczącym obok Voldemortem, którego potworną twarz rozpromieniał szyderczy uśmiech. Na wyciągniętych ramionach Hagrida spoczywało bezwładne ciało. Gdy położył je na ziemi zrozumiała, to był martwy Harry. Wykrzyczała jego imię z całą siłą jaka pozostała w jej płucach i zaczęła na oślep ciskać świetlistymi grotami w stojących wokół śmierciożerców i ich pana. W końcu opadła na kolana szlochając wyczerpana.

- Ginny – poczuła jego zapach i ciepłą dłoń na swoim ramieniu. – To już się skończyło, to zostało za tobą – Spojrzała na niego. Stał z zatroskaną miną, ze swoją zaczarowaną peleryną przewieszoną przez ramię. – Więc to jest najgorsze z twoich wspomnień. To, a nie wypadek.
- Nie wiedziałam – wyszeptała. – Przepraszam.
- Nigdy nie przepraszaj, to oznaka słabości, kochanie. – Usiadł koło niej na podłodze.
- Jeśli koszmary, które nawiedzają cię co noc nie są najgorszym z twoich wspomnień, to może jednak uda nam się z nimi poradzić?
- Jak to?
- Bo widzisz, trudniej jest zmierzyć się z jednym, pojedynczym wspomnieniem, którego się uczepi twój umysł, niż ze strachem samym w sobie. To wspomnienie, to w którym mnie widziałaś. Słyszałem wtedy twój krzyk, chciałem ci odpowiedzieć, ale nie mogłem. Musiałem udawać że jestem martwy, a nie byłem.
- Wiem, jestem głupia – przetarła czerwone oczy. – Uczepiłam się czegoś, co nie jest nawet prawdą.
- Chcesz wiedzieć, co ja widziałem za każdym razem gdy zażyłem to zioło? – Odpowiedział jej z wahaniem.
- Co?
- Zamek, zamek tamtej nocy, tej samej, której ty widzisz moje ciało i widziałem Syriusza na brzegu jeziora i setki dementorów i widziałem ciało Freda. Ale to nie było najgorsze. To dało się znieść – nie popędzała go, czekała, aż sam jej to powie. – Najgorsze było, że widziałem ciebie. Widziałem ciebie jak walczysz, a ja nie mogłem w żaden sposób do ciebie dotrzeć. Nie mogłem cię zasłonić, ochronić. Widziałem jak jesteś sama i walczysz. Teraz widziałbym zapewne walkę w Hogsmeade, myślałem, że do was nie dotrę na czas.
- Już tego nie widzisz? Pokonałeś to, prawda?
- Nie. Nie widzę tego, bo przestałem zażywać to zioło.
- Jeśli tobie nie pomogło, czemu mi kazałeś?
- Bo tutaj nie chodzi o pokonanie swych lęków, tutaj chodzi o pogodzenie się z nimi. Pogodzenie się z przeszłością, zaakceptowanie jej. To się już wydarzyło, nie cofniemy tego. Jedyne co możemy robić to iść naprzód i robić co w naszej mocy by przeszłość się nie powtórzyła.
- Nie potrafię.
- Potrafisz. W życiu nie spotkałem osoby tak silnej jak ty – usta mu zadrgały w delikatnym uśmiechu. – Rozprawisz się z tym szybciej niż myślisz.
- Harry. Czy to dlatego zostałeś aurorem, teraz, gdy nie ma już Jego i śmierciożerców? Przez te wizje?
- Zostałem nim by cię chronić, byś nigdy nie musiała walczyć sama. A ty wbrew rozsądkowi, wbrew moim staraniom postanowiłaś zostać aurorem. Wejść na pierwszą linię walki. Jak mam cię tam chronić? Jaki mam mieć cel w życiu?
- Czemu mi nie powiedziałeś tego wcześniej? Czemu musiałam tyle czasu czekać, aż powiesz prawdę?
- Słucham? – Harry był zbity z tropu.
- Zasłaniałeś się jakimś „to niebezpieczne, możesz tyle rzeczy robić”. – Powiedziała z przekąsem. – Od Hermiony musiałam dowiedzieć się prawdy, bo ty potrzebowałeś na to tylu miesięcy. Daj mi jeszcze tego zioła. Zaczynam od początku. – Wyciągnęła dłoń z miną pełną buty i determinacji.
_______________________________________________________________________________________

Inspirowane: „Dni których nie znamy” wyk: Marek Grechuta.

 

Teoria Upadku Cz.2

17 sty

Szok jaki wywołało aresztowanie Robardsa nie opadał przez kilka kolejnych tygodni, pomimo że w biurze było zaledwie kilkunastu aurorów i wszyscy mieli nakazane milczenie, podobnie jak i członkowie Patrolu i Grupy Uderzeniowej. W niczym to jednak nie przeszkodziło wydostaniu się na świat plotki o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Kwaterze Głównej. Całe ministerstwo i pół magicznej Anglii z mniejszymi lub większymi szczegółami znała przebieg aresztowania i tylko dziennikarze siarczyście przeklinali słysząc kolejne odmowy komentarza w tym temacie.

Tym czasem zaś Robards, rozbrojony i wyprowadzony ze swojego biura pod strażą składającą się z dwudziestu czterech członków Grupy Uderzeniowej siedział w celi przejściowej Azkabanu, w oczekiwaniu na rozpoczęcie procesu, złorzecząc na Harrego Pottera – który w jego opinii był wszystkiemu winny – i wyjąc po nocach o swojej niewinności i tym na czym ministerstwo za nowych rządów stoi.
Wycia te nie wydostawały się jednak poza mury więzienia i życie w domu przy Grimmauld Place toczyło się dalej swoim rytmem.

- Jesteś zupełnie jak mój tata! – Ginny krzyknęła buntowniczo, tupiąc nogą i podpierając się pięściami pod boki.
- Rudy i łysieję? – Harry zapytał bez zbędnego zainteresowania.
- Nie! Tak samo uparty jak on. On też nie chciał nam słowem powiedzieć o Turnieju Trójmagicznym mimo że o nim wiedział.
- Harry po prostu trzyma się regulaminu – Hermiona wtrąciła łagodnie.
- Harry nigdy nie trzyma się regulaminu, tylko się uparł. Zupełnie jak tata.
- A wiesz, że podobno dziewczęta wybierają sobie na mężów mężczyzn podobnych do swoich ojców – Harry uśmiechnął się do niej, nie przestając głaskać Hektora.
- Ja sobie tak nie wybrałam, nie jesteś podobny do taty! – Po zaledwie sekundzie wybuchnęła śmiechem, zrozumiawszy, jak dała się zapędzić w kozi róg.
- Ja jestem aurorem i nie chce mi tego powiedzieć – Ron burknął, pomagając Hermionie w rozbieraniu choinki. Uparli się, że skoro Harry przyozdabiał dom, to oni go teraz uprzątną.
- Ale żonie mógłby powiedzieć! – Ginny pisnęła wysoko, a wszyscy domownicy spojrzeli na nią w konsternacji. Nawet Harremu udało się przywołać na twarz wyraz skrajnego zaskoczenia. – No co, no bo przecież mam ten pierścionek, a to znaczy że jestem narzeczoną, a to eee, znaczy jakby żoną, tylko niezupełnie – Ginny ratowała się pospiesznie.
- No więc, moja „żono niezupełnie”, przykro mi ale nie dowiesz się ode mnie nic.
- Ja to z ciebie wyciągnę, mam swoje sposoby.
- No to od dzisiaj jem i piję tylko to, co sam sobie zrobię i przypominam, że Veritaserum jest prawnie zakazane.
- Nie potrzebuję Veritaserum – ofuknęła go. – Szlaban na seks będzie równie skuteczny, a i odczujesz go dotkliwiej – Ron z Hermioną popatrzyli po sobie i wybuchnęli takim śmiechem, że aż Hermiona straciwszy na chwilę panowanie, rozbiła trzy lewitujące w jej stronę bombki, upuszczając je na podłogę.
- Z wami się nie da wytrzymać! – Harry pokręcił głową z rezygnacją – Nigdy nie słyszałem tak bogatych w szczegóły plotek, a wy domagacie się oficjalnych potwierdzeń, których dać wam nie mogę. Robardsa od pewnego czasu nie ma w jego biurze i prawdopodobnie przez pewien czas go tam nie będzie. Tyle w temacie.
- Ale on naprawdę zabił Knota? – Dopominała się Ginny. – Czemu pracując w biurze nic o tym nie słyszałam?
- No właśnie. Czemu społeczność nie została poinformowana o jakimkolwiek zabójstwie? W gazetach i oficjalnym oświadczeniu była jedynie mowa, że Knot zmarł nagle w swoim domu. W życiu bym nie uwierzyła w plotki, gdyby Ron mi nie powiedział, że to prawda – Harry spojrzał na Rona wilkiem, a ten zrobił minę „No co. Przecież musiałem”.
- Społeczność nie została poinformowana, Hermiono – Harry odpowiedział jej ostro, nazbyt ostro. – Bo to nie było zabójstwo i na tym poprzestańmy.
- Ale czemu to ty i Marietta… – zaczęła Ginny.
- Na tym poprzestańmy! – Harry wyszedł z pokoju, a po chwili usłyszeli jak z hukiem zamyka drzwi swojego gabinetu.
Tak. Przy Grimmauld Place życie toczyło się swoim rytmem.

Mimo że znalazł się teraz w samym środku szaleństwa, które wybuchło wokół sprawy Robardsa, tryb dnia i życia Harrego nie uległ większym, czy nawet mniejszym, zmianom. Wciąż chadzał do pracy na szóstą i o szóstej ją opuszczał. Pisał stosy raportów, sprawdzał tropy a od czasu do czasu wraz z innymi członkami zespołu ruszał na akcję, z których zdarzało im się wrócić z kimś zakutym w kajdany.
Harry dotrzymał też słowa danego Semicie. Jeszcze tego samego dnia, którego dostali z Ginny prezent od Zivy – bardzo żałował że nie zechciała się z nimi spotkać twarzą w twarz, ale miał podejrzenia dlaczego – udał się do przebywającego w areszcie więźnia. Zgodnie z obietnicą wpisał do akt sprawy, że mężczyzna współpracował z biurem aurorów i okazał dobrą wolę, wnioskując o obniżenie wymiaru przyszłej kary. Zdawał sobie sprawę, że każdy kij ma dwa końce i wcześniejsze uwolnienie Semity oznacza, że szybciej może wpaść w ręce ludzi dyrektora Davida, który był niezwykle pamiętliwą osobą. Jednakże umowa była umową i skoro coś obiecał, to zamierzał obietnicy dopełnić.
Semita ucieszył się głęboko, że najprawdopodobniej uda mu się spędzić mniej czasu w towarzystwie Dementorów niż to się na początku zapowiadało, choć wcale tej radości nie okazał. Po tysiąckroć wolałby spędzić resztę życia w tej celi w departamencie, aniżeli choćby rok w Azkabanie.

W tym samym czasie w magicznej Anglii, ba! W samym Ministerstwie działy się sprawy wielkie i doniosłe. Mowa oczywiście o przygotowaniach do procesu Gawaina Robardsa, jak i śledztwie w Biurze Aurorów, które było skutkiem ubocznym tegoż aresztowania. Można powiedzieć, że rozwikłanie przez aurorów zagadki morderstwa, tym samym aurorom odbiło się czkawką, kiedy śledczy z ramienia ministra zaczęli grzebać w biurze. Poszukiwali potencjalnych wspólników potencjalnego sprawcy – tak, bo należy wyraźnie zaznaczyć, że Robards, jakkolwiek niejeden już na nim krzyżyk postawił i stado psów powiesił, nadal był sprawcą potencjalnym.
Wszystkie dokumenty, które w mniemaniu Marietty miały świadczyć o winie Robardsa znajdowały się teraz w biurach służb administracyjnych Wizengamotu, gdzie były lustrowane, segregowane, lustrowane ponownie, oznaczane, raz jeszcze lustrowane, a na koniec przekazywane do analizy faktologicznej zespołu prawnego. Praca ta była niebywale żmudna i raczej niewdzięczna, bo cóż wdzięcznego może być w przesiadywaniu całymi godzinami nad stosami papierów i ocenianie czy znaczą one to co znaczą, czy może znaczą coś zupełnie innego. Co zaś się tyczy Marietty, która to była sprawczynią całego tego zamieszania, to biedaczka nie miała tak łatwego życia w tych dniach, jak miał je Harry. Każdego dnia, w każdej godzinie pracy, a często i poza tymi godzinami, Marietta biegała od pokoju do pokoju pomiędzy pracownikami biur Wizengamotu składając wyjaśnienia, aneksy, podpisy, wpisy, wypisy i odpisy dokumentów które przekazała gryzipiórkom, jak się tych państwa zwykło nazywać. Praca ta była tak czasochłonna, że Marietta wracała do domu kiedy Cho już spała i dom ten opuszczała nim jej przyjaciółka zdążyła wstać, nie miały czasu na rozmowę, ciepły gest czy czułą pieszczotę, ponad przytulenie się przez sen w nocy. Rzec by można, że dom stał się dla Marietty wyłącznie hotelem. Kilkukrotnie udało się nawet Mariettcie spać w pracy, byle tylko stracić jak najmniej czasu. Cho takie zachowanie przyjaciółki zaczęło wielce ciążyć i burzliwe rozstanie zawisło w powietrzu. Marietta zażegnała konflikt solennie przyrzekając po zakończeniu sprawy Robardsa wziąć dłuższy urlop, który spędzą tylko we dwie.

Czas płynął szybko w domu przy Grimmauld Place na śmiechu, żartach i przekomarzaniach, w sklepie Georga czas również płynął na śmiechach i żartach, ale ze zgoła innych powodów – sklep ten ze śmiechu i żartów żył. Były tam również i przekomarzania, pomiędzy Georgem a Angeliną, którzy coraz lepiej czuli się w swoim towarzystwie.
W ministerstwie zaś czas szybko płynął, bo gdy ciąży nad tobą nawał pracy, której wcale nie ubywa, czas zawsze ma tendencję do płynięcia szybciej aniżeli powinien.
Pracownicy Departamentu Przestrzegania Prawa i Biura Wizengamotu pracowali dzień i noc bez chwili wytchnienia i nie minął nawet miesiąc, a już wszystko było gotowe do procesu Gawaina Robardsa. Na dwa dni przed procesem, Biuro Prasowe Brytyjskiego Ministerstwa Magii w osobie Percy’ego Weasleya wystosowało do magicznej prasy i mediów oświadczenie, w którym ogłosiło – przemilczawszy fakt że wszyscy wiedzą o tym z plotek od tygodni – że były Minister Magii, Korneliusz Knot, został zamordowany, a nie jak dotąd twierdzono zmarł w swoim domu.
Jak można się było spodziewać, oświadczenie to wywołało burzę. Przez cały dzień, ten i kolejny również, było ono powtarzane we wszystkich magicznych mediach, zarówno Wielkiej Brytanii jak i innych krajów. „Prorok Wieczorny” zamieścił fragmenty starych wywiadów z Knotem, rozdział z jego niedokończonej biografii – tym razem nie pióra Rity – oraz notę o dotychczasowej karierze Robardsa, opatrzoną analizami i opiniami tak zwanych specjalistów, którzy prześcigali się w domysłach, dlaczego zabił on Knota.
To jednak było jeszcze nic. Sterowana przez Ruch Równości – do którego Robards należał – „Prawda” już w kilka godzin po oświadczeniu wydała ponad stustronicowy numer specjalny, w pełni poświęcony Gawainowi Robardsowi, w którym dowodziła że oskarżenie jest niczym więcej jak bezpardonowym atakiem na szanowanego członka społeczności czarodziejskiej, oraz pośrednio na Ruch Równości, którego jest członkiem. Atak ten miał być kolejnym przejawem polityki ministerstwa mającej na celu zmarginalizowanie starych czarodziejskich rodów i czarodziejów czystej krwi w ogóle, tym samym przekazując pełnię władzy w ręce mugolaków. Przez wiele stron udowadniano dlaczego Robards przestępstwa tego nie dokonał, nie przestawiając żadnego faktu na jego obronę, jak i nie odpierając żadnego faktu stanowiącemu przeciw niemu – tych faktów gazeta zwyczajnie nie znała.
W gazecie nie zabrakło również rzewnego wywiadu z Robardsem, spisanego w nieokreślonej przeszłości a dotąd niepublikowanego, w którym to rozpływał się nad swoim przywiązaniem do tradycji i zwyczajów panujących w czarodziejskiej Anglii, przeciwstawiając je drastycznym i niebezpiecznym – jak je pojmował – zmianom wprowadzanym przez młode pokolenie, zafascynowane mugolskim – zgniłym – stylem życia. Gdyby nie cały kontekst w jakim wywiad został opublikowany, można by odnieść wrażenie, że Robards to konserwatywny i przywiązany do chwalebnych tradycji mąż stanu. Idealny przywódca zarówno na ciężkie czasy jak i czasy dobrobytu. Większość czarodziejów, którzy w mniejszym lub większym stopniu znali Robardsa, pukała się w głowę czytając te bzdury. Wielu spośród nich wiedziało jednocześnie, dlaczego ten wywiad powstał i do czego miał służyć.
Od miesięcy „Prawda” prowadziła politykę wytykania błędów, zarówno prawdziwych jak i wyimaginowanych (na pisanie tych drugich nie potrzebowała zgody ministerstwa), jakie miał popełniać w ocenie jej reporterów minister Shacklebolt i jego współpracownicy. Coraz częściej podnoszone były głosy o potrzebie przeprowadzenia ponownych wyborów na stanowisko ministra, – a że Lucjusz Malfoy, biorąc pod uwagę jego poprzedni wynik wyborczy jak i dość kontrowersyjną przeszłość oficjalnym kandydatem zostać nie mógł, zresztą oficjalnie do Ruchu Równości nie należał – Gawain Robards ukazywał się jako idealny kandydat na przyszłego ministra z ramienia Ruchu. Dojrzały, stateczny czarodziej, z wysoką pozycją w ministerstwie, to było to czego oczekiwano.
Niestety, za sprawą dwójki nieopierzonych aurorów, artykuł ten, zamiast być katapultą która wystrzeli Robardsa wprost na szczyty popularności i na posadę ministra, stał się kołem ratunkowym, które miało uratować go przed politycznym zatonięciem. „Prawda” chciała również wydrukować artykuł na temat Harrego Pottera i Marietty Edgecombe, ale jego poziom i wydźwięk zdyskwalifikowały go przed publikacją.

Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień procesu. Ku ogólnemu oburzeniu, na salę nie wpuszczono ani widzów, ani też reporterów, którzy mogliby przekazać społeczeństwu przebieg rozprawy. Było to działanie celowe, jako że nawet minister magii nie znał wszystkich szczegółów dotyczących tego co stało się z Korneliuszem Knotem w trakcie morderstwa, bo dla śledczych było jasnym, że nie został on zamordowany szybko. Całą prawdę znali jedynie członkowie Grupy Szybkiego Reagowania, Marietta, Timothy Roy i sam Robards, teraz do grona tego dołączyli sędziowie Wizengamotu. Co prawda ciało Knota widziało również kilku aurorów przydzielonych mu tamtego feralnego dnia do ochrony, ale ich pamięć została zmodyfikowana.
Jedno było jasne, rozprawa miała być krótka i zakończyć się tego samego dnia, tak jak wszystkie rozprawy Wizengamotu.

Gawain Robards siedział na środku sali przesłuchań, przykuty stalowymi łańcuchami do kamiennego krzesła. W przeciwieństwie do większości sprowadzanych z Azkabanu osób, nie miał on na sobie więziennego pasiaka, a szatę w której został aresztowany. Widać było, że zaledwie kilka spędzonych w więzieniu tygodni wywarło na nim straszne piętno i to pomimo że nie był przetrzymywany na oddziale strzeżonym przez Dementorów. Robards schudł ładnych kilka kilogramów, jego twarz pokrył rzadki zarost, a włosy niemal zupełnie mu wyblakły i jakby jeszcze bardziej się przerzedziły.
W przeznaczonych dla widowni ławach zasiadali tego dnia jedynie minister magii, Percy Weasley, Timothy Roy, członkowie Zespołu Szybkiego Reagowania oraz Marietta. Czyli wszyscy w jakimś stopniu wtajemniczeni w całą sprawę.
Po sali przesłuchań potoczył się dźwięk trzech głuchych uderzeń ciężkiej kamiennej laski sędziowskiej, o również kamienną podłogę. Do sali powolnym i dostojnym krokiem wkroczyli sędziowie Wizengamotu. Wszyscy zebrani, oprócz przykutego Robardsa, powstali.
- Proszę usiąść – przemówił najwyższy sędzia i przewodniczący składu Wizengamotu. – Rozpoczynamy rozprawę: Społeczeństwo przeciwko Gawainowi Robardsowi w sprawie o morderstwo na osobie Korneliusza Knota. Czy oskarżony znajduje się na sali?
- Jestem – warknął Robards ze swojego krzesła.
- Oskarżyciele posiłkowi, aurorzy Marietta Edgecombe, prowadząca śledztwo w sprawie, oraz Harry James Potter, członek Zespołu Szybkiego Reagowania. Czy oskarżyciele znajdują się na sali?
- Tak – młodzi aurorzy podnieśli się z miejsc.
- Dziękuję. Sprawa dotyczy – przewodniczący składu sędziowskiego otworzył spoczywające przed nim dokumenty – Jak napisano. Morderstwo na Korneliuszu Knocie, emerytowanym brytyjskim ministrze magii. Wyżej wymieniony Korneliusz Oswald Knot, został zamordowany w nocy z 14 na 15 maja 1999 roku, pomiędzy godziną 22.20 a 9.10 rano. Godziny ustalone na podstawie ostatniego potwierdzonego kontaktu wzrokowego z ministrem, a odnalezieniem zwłok. Obu obserwacji dokonali członkowie przydzielonej ochrony ministra, których pamięć notabene już zmodyfikowano.
Morderstwo określane jako „pierwszego stopnia” dokonane zostało ze szczególnym okrucieństwem. Stanowiąc na podstawie raportów członków ochrony Korneliusza Knota – których pamięć zmodyfikowano – oraz raportów Zespołu Szybkiego Reagowania, który dokonał wstępnych oględzin i przeniesienia ciała, ustala się. Korneliusz Knot został najprawdopodobniej zamordowany w swojej willi, aczkolwiek nie zostało wykluczone upozorowanie miejsca zbrodni. Na podstawie zebranych raportów: Korneliusz Knot odnaleziony został w salonie swojego domu 15 maja o godzinie 9.10 rano. Ciało denata zostało magicznie przytwierdzone do drewnianego krzesła, najprawdopodobniej z kompletu kuchennego ministra. Korneliusz Knot był nagi – Harry zobaczył szok występujący na twarz Kinga. – Śmierć nastąpiła na skutek wykrwawienia się poprzez uszkodzoną tętnicę szyjną. Uszkodzenie tętnicy nastąpiło mechanicznie, w wyniku rozszarpania jej przy pomocy zębów, wstępne oględziny potwierdzone późniejszymi analizami potwierdziły przypuszczenia zawarte w raporcie zbiorczym Zespołu Szybkiego Reagowania oraz dwóch z czterech raportów członków jego osobistej ochrony, że układ rany wskazuje na szczęki ludzkie. Reasumując, śmierć nastąpiła poprzez ugryzienie i następujące po nim wyszarpanie fragmentu szyi i powstałe przy tym uszkodzenie tętnicy, dokonane przez człowieka – Kingsley zrobił się po tych słowach blady jak ściana pomimo swej ciemnej karnacji. Percy zaś był zielony i z trudem powstrzymywał się od zwymiotowania. – Ciało ofiary – kontynuował przewodniczący – wykazywało również ślady niedawno odbytego stosunku płciowego. Genitalia ofiary przykryte były wyrwaną z książki ilustracją przedstawiającą kobietę w błękitnej sukience. Jak później ustalono, była to ilustracja z opowiadania o pastereczce, znajdującego się w prywatnych zbiorach ofiary. – Percy wybiegł, nim jednak zamknęły się drzwi sali, słychać było jak wymiotuje na korytarzu. – Czy zebrani świadkowie podtrzymują treść swoich raportów?
- Tak, podtrzymuję, oczywiście, podtrzymuję, jak najbardziej – posypały się odpowiedzi.
- Czy ktoś z państwa ma coś do dodania? – Zebrani świadkowie zaprzeczyli, stwierdzając, że raporty wyczerpują wszystko co mieli do powiedzenia w tej sprawie.
- Gawainie Robards – przewodniczący zwrócił się do siedzącego na kamiennym krześle mężczyzny, który słuchał całej wypowiedzi z umiarkowanym zainteresowaniem. – Sąd przystąpi za chwilę do przedstawienia materiału dowodowego zebranego przez biuro aurorów, czy jest pan zaznajomiony ze stawianymi panu zarzutami?
- Jestem – oczywiście że był, wszystkie dokumenty sprawy Knota przechodziły przez jego biurko i mimo że w większości wypadków nie chciało mu się ich nawet czytać, to znał ogólny zarys sprawy.
- Czy chce pan coś dodać przed przedstawieniem materiału dowodowego?
- Tak wysoki sądzie. Chciałbym wyraźnie podkreślić, że bierzemy właśnie udział w politycznej hucpie mającej na celu zdyskredytowanie mojej osoby, organizacji w której działam na rzecz równego traktowania wszystkich czarodziejów niezależnie od ich pochodzenia, oraz całej społeczności czarodziejów czystej krwi. Wszystko to zostało starannie zaplanowanie i wyreżyserowane przez osoby na czołowych stanowiskach w Ministerstwie Magii, ludzi spoza ministerstwa rozciągających swoje wpływy na ministerstwo, oraz ich zauszników na stanowiskach niższego szczebla. Wszystko to jest niczym więcej, jak jednym wielkim spiskiem zorganizowanym nie tylko przeciwko mnie, ale i całemu społeczeństwu!
- Dziękujemy, panie Robards, przejdźmy do odczytania materiału dowodowego – przewodniczący przerwał Robardsowi i przekazał głos młodej kobiecie zasiadającej na skraju pierwszej ławy.
- Materiały śledczych zebrane w sprawie Społeczeństwo przeciwko Gawainowi Robardsowi. Stwierdza się co następuje. Sprawa ma charakter poszlakowy. Gawain Robards wskazany jest jako osoba, mająca największą ze sposobności do uczynienia wymienionego przestępstwa. Z dokumentów uwzględnionych. Dokument pierwszy: Gawain Robards nie posiada wskazania swojego miejsca przebywania w nocy, kiedy dokonano przestępstwa. Czy oskarżony może powiedzieć, gdzie znajdował się w czasie popełnienia przestępstwa?
- Nie pamiętam. Większość wieczorów, jeśli kolejny dzień jest wolnym spędzam w kawiarni Pustkowie Smauga.
- Załącznik „A” do dokumentu – wtrąciła kobieta – stenogram przesłuchań pracowników i bywalców lokalu „Pustkowie Smauga”, który to notabene jest wyłącznie pijalnią alkoholi. Nikt z przesłuchanych dwudziestu osób obecnych tamtego wieczoru w lokalu nie potwierdził obecności oskarżonego.
- Jeśli nie było mnie tam, to przebywałem z całą pewnością w domu.
- Czy może to ktoś potwierdzić?
- Przebywałem sam, służby nie posiadam.
- Czyli nie ma możliwości potwierdzenia pańskiej obecności tego dnia w domu. Dokument drugi: Gawain Robards był jedną z zaledwie pięciu osób, które znały wszystkie zabezpieczenia, jakie nałożono na dom ofiary. Czy znał pan wszystkie zabezpieczenia?
- Znałem siedem zabezpieczeń nałożonych na posiadłość i dom Korneliusza Knota.
- Załącznik „A”, posiadłość i dom chronione były siedmiostopniowym systemem zabezpieczeń. Dokument trzeci: Gawain Robards dysponował motywem przestępstwa, który stanowi. Korneliusz Knot wstrzymywał w sposób ciągły i celowy awans Gawaina Robardsa na wyższe stanowiska w Biurze Aurorów, Departamencie czy też Ministerstwie Magii, pomimo wielokrotnego otrzymywania dokumentów wnioskujących od przełożonych oskarżonego. Dodatkowo Korneliusz Knot umyślnie utrzymywał Rufusa Scrimgeoura na stanowisku szefa Biura Aurorów, pomimo osiągnięcia przez rzeczonego wieku emerytalnego i wnioskowaniu przez Szefową Departamentu Przestrzegania Prawa o zastąpieniu Rufusa Scrimgeoura właśnie oskarżonym. Korneliusz Knot wykazał się rażącym brakiem działań w obliczu powrotu Sami Wiecie Kogo, co naraziło na szwank działania Biura Aurorów i zagroziło ich bezpieczeństwu. – Czy zgadza się oskarżony z tą oceną? – Robards milczał zgrzytając zaciśniętymi szczękami. – Czy oskarżony zgadza się z tą opinią?
- Nie! – I tak właśnie wszystko się posypało, a krótka w założeniu rozprawa przeciągnęła się najpierw do późnych godzin popołudniowych, by wkrótce przejść we wczesne godziny wieczorne.

Wielki zegar na wieży Hogwartu wybić miał wkrótce godzinę dziewiątą wieczór, kiedy setki mil dalej, na dziesiątym piętrze Brytyjskiego Ministerstwa Magii rozprawa wreszcie dobiegała kresu.
- Sąd wysłuchał słów oskarżonego Gawaina Robardsa – a był to w większości potok haseł propagandowych i pustych oskarżeń kierowanych we wszystkich kierunkach, podszytych czystą demagogią. – Przeanalizowawszy zebrany przez śledczych materiał dowodowy – kontynuował przewodniczący. – Wizengamot stwierdza co następuje: Przedstawione przez śledczych materiały mają charakter poszlakowy. W zebranych materiałach brak jest „materiału dowodowego”. Zebrane materiały wskazują w sposób jednoznaczny i bezsprzeczny na Gawaina Robardsa, jako winnego zarzucanego mu czynu – w niewielkiej grupce zebranych nastąpiło poruszenie, a Percy, który powrócił na salę oczyściwszy żołądek, szepnął coś do Kinga – Wizengamot musi postępować zgodnie z literą prawa, a co ważniejsze, Wizengamot chce zgodnie z tą literą postępować. Litera prawa mówi wyraźnie, że ten, przeciwko komu świadczą dowody i nie jest w stanie dowodów tych podważyć, ani też przedstawić dowodów swej niewinności przedstawić, zostaje uznany winnym. Gawain Robards nie przedstawił przed Wizengamotem dowodów swej niewinności – Przewodniczący zrobił pauzę na zaczerpnięcie tchu. – Jednakowoż, Wizengamot musi postępować również zgodnie z dobrem publicznym, oraz dobrem jednostki, przez które rozumiane jest domniemanie niewinności. Śledczy prowadzący sprawę bestialskiego mordu na Korneliuszu Knocie, bo bestialskim mordem nazwać to należy, przedstawili wiele poszlak, które jednoznacznie mówią „Gawain Robards jest winien”. Wizengamot przychyla się do opinii wyrażonych przez śledczych. Jednakowoż, poszlaki nie mogą stanowić o winie bądź niewinności, a jedynie mogą wskazywać na winnego i być podporą dla materiału dowodowego. Wizengamot nie otrzymał żadnego dowodu winy Gawaina Robardsa, żadnego dokumentu, śladu, czy tym podobnej rzeczy, która wskazywała by bezsprzecznie na oskarżonego.
Biorąc pod uwagę całą zebraną dokumentację, Wizengamot orzeka, że Gawain Robards miał potrzebne umiejętności, wiedzę, motyw oraz okoliczność ku popełnieniu przestępstwa na osobie Korneliusza Knota, oraz nie posiada on dowodu nie popełnienia przestępstwa.
Wizengamot nie może w myśl litery prawa i dla dobra publicznego uznać Gawaina Robardsa niewinnym zarzuconych mu czynów. Wizengamot nie może jednak, postępując w literze prawa, skazać Gawaina Robardsa za przestępstwo popełnione na osobie Korneliusza Knota.
Za chwilę przystąpimy do głosowania za umorzeniem sprawy zabójstwa Korneliusza Knota z powodu braku materiału dowodowego. Jeśli któryś z członków Wizengamotu uznaje, że w toku dzisiejszego przesłuchania należy zagłosować za orzeknięciem winy lub niewinności oskarżonego, proszę głosować przeciwko umorzeniu sprawy.
- Kto z państwa sędziów jest za umorzeniem sprawy morderstwa Korneliusza Knota, niech podniesie rękę – Ku górze poszybowało wiele dłoni, ale i wiele pozostało opuszczonych. – Kto jest przeciw umorzeniu – niemal równie wiele dłoni ponownie znalazło się w powietrzu. – Dziękuję.

Po chwili, kobieta odczytująca wcześniej listę dokumentów sprawy podała prowadzącemu pergamin z wynikiem głosowania.
- Skład Pełny Wizengamotu, w sposób niejednogłośny, umarza sprawę zabójstwa Korneliusza Knota. Może pan odejść wolno panie Robards.
Jeszcze tylko Percy bezgłośnie powiedział „Cholera” i już było po sprawie.

Prawie…

 

Bonus: Teoria Upadku Cz.1

12 sty

Teoria Upadku

Jak dobrze jest wyrwać się z domu, choćby miało to być na niecałe dwie doby – pomyśleli wszyscy czworo, stojąc w strugach deszczu na zadrzewionym placyku przed ich domem. – Teraz życie będzie lepsze – pomyślał Harry, trzymając Ginny za rękę.
Ruszyli równym krokiem jak na rozkaz, choć nikt takiego nie wydał, wprost ku drzwiom domu, który był niegdyś Kwaterą Główną Zakonu Feniksa. Ruszyli niczym wyćwiczona armia, choć byli jedynie grupą przyjaciół, a kochali się jak rodzina.

Drzwi kliknęły cicho, kiedy uderzyli w nie różdżką i cofnęły się ku wnętrzu. W chwilę później poczuli falę ciepłego powietrza uderzającą w nich, jakby dom wydał tchnienie przez otwarte drzwi, swoje usta, na ich powitanie. Lampy gazowe płonęły, rozświetlając wnętrze ciepłym światłem i powodując rozbłyski na srebrnych zdobieniach ułożonych w kształt wijących się konarów starego drzewa rodowego, pokrytego niezliczoną ilością listków. Niegdyś te zielone ściany z srebrnymi zdobieniami były przygnębiające i wiązały się tylko ze złymi wspomnieniami. Dziś dla Harrego był to najszczęśliwszy dom jaki miał.
To niebywałe, jak można zmienić swój stosunek do jednego miejsca. Dawniej Harrego dom ten przygnębiał, Ginny dla odmiany, przerażał. Bała się go, bała się jego zakamarków w których czaiły się boginy, bahanki i szaty, które same chcą cię zabić. Domu w którym obrazy krzyczą na ciebie ze ścian albo szepczą coś z pustych ram całymi nocami. Kiedyś tego domu się bała, bała się całego jego mroku. Dziś, ten dom zawsze był dla niej pełnym światła. Hermiona i Ron podchodzili do tego tematu zupełnie inaczej. Dla nich, choć może sami się do tego nie przyznawali, dom ten był tylko przystankiem, stacją przesiadkową, choć jeszcze nie wiedzieli do jakiego pociągu wsiądą i co z ich życiem będzie dalej.
Ledwie drzwi za nimi zamknęły się z głuchym stukotem, u szczytu schodów pojawił się Stworek, ubrany w śnieżno białe prześcieradło. Zobaczywszy mieszkańców domu, uśmiechnął się szeroko i skłonił do ziemi, a właściwie skłonić się spróbował, bo ledwie zaczął się pochylać, został pchnięty na ziemię przez przebiegającego obok niego wielkiego, czarnego psa. Łapa z donośnym, ostrym i tubalnym szczekiem pędził do swych państwa, machając ogonem tak szybko, jakby chciał odlecieć ku sufitowi niczym mugolski helikopter. Podbiegłszy do Harrego, zarzucił mu swe ogromne łapy na ramiona i wystawił potężny łeb do głaskania. Kiedy tylko otrzymał swoją porcję pieszczot od Harrego, zeskoczył ponownie na ziemię i z głębokim sapnięciem opadł na zad, opierając się całym swoim ciężkim cielskiem o nogi Ginny, omal jej nie powalając. Tymczasem, obok podnoszącego się Stworka przedefiladował z dumnie uniesionym ogonem czarny kot. Hektor, jak na każdego porządnego kota przystało, był dumny, dostojny i przekonany o swojej wspaniałości. Jak zwykło się mawiać, Hektor był ponadto. Zbliżywszy się do swoich państwa na nie mniej i nie więcej jak dwa metry, Hektor obrzucił zdegustowanym spojrzeniem drapanego właśnie po kudłatej szyi Łapę. Przesunął żółtymi ślepiami po zebranych, wydał z siebie krótkie „miau” i uznawszy że spełnił obowiązek przywitania domowników zawrócił ku schodom, gdzie w bibliotece, w pobliżu kominka, stał wymuskany fotel na którym zwykł sypiać.
- Przepraszam panienki i paniczów – Stworek zaskrzeczał wreszcie, kiedy stanął na swych kościstych nogach. – Raczycie wybaczyć tą niezdarność staremu Stworkowi – skrzat skłonił się raz jeszcze. – Śniadanie czeka na stole, a łóżka zasłane, jeśli pragnęlibyście jeszcze odpocząć.
- Dziękujemy ci Stworku – Harry uśmiechnął się do skrzata – ale jesteśmy po kolacji, więc nie skorzystamy ze śniadania.
- Mów za siebie! – Ron zaprotestował z werwą. – Ja tam chętnie skorzystam ze śniadania, mogę zjeść i twoją porcję, jeśli nie chcesz. – Zatarł ręce i ruszył w stronę schodów kuchennych, przy których stał Stworek. Hermiona jedynie przewróciła oczami, delikatnie się krzywiąc. Ona stanowczo wolała uporządkować ich rzeczy po podróży niż objadać się angielskim śniadaniem, (pełnym zapewne jajek, bekonu, tostów z dżemem żurawinowym i mleka z cynamonem) tuż po zjedzeniu kolacji mieszkańców Pacyfiku (pełnej owoców morza i owoców tropikalnych roślin, porastających wyspę).
Ginny także wolała udać się do ich pokoju, po drodze odwiedzając jedynie gorący prysznic. Od czterdziestu ośmiu godzin prawie wcale nie spała, nieustannie podekscytowana wycieczką do raju, zaś ostatnie szesnaście godzin, od niezapomnianej uroczystości na plaży, przeżyła już w całkowitym transie.
Kiedy już mijali Stworka, kierując się na schody prowadzące przez wszystkie piętra, wprost ku ich sypialniom na czwartym piętrze domu, skrzat odezwał się raz jeszcze.
- Panienko, paniczu. Przed godziną przyleciała sowa, przynosząc paczkę dla obojga państwa. Pozwoliłem sobie położyć ją u panicza w gabinecie.
- Dziękuję ci Stworku.
- Paczka, do obojga nas? – Ginny dziwiła się, kiedy szli po schodach. – Kto mógł ją przysłać i to akurat dzisiaj?
- Może spóźniony prezent świąteczny – Harry zachowywał stoicki spokój, choć wiedział że przy skuteczności sowiej poczty pomysł taki jest niedorzeczny. Instynkt, a może wyćwiczone odruchy aurora, kazały być pełnym podejrzeń, nawet on nie był jednak przygotowany na to co zastaną w gabinecie.
Po otwarciu drzwi – które Harry tak zaczarował, by otwierały się tylko przed nim i Ginny – ich oczom ukazało się niewielkie, podłużne zawiniątko, opakowanie zwykłym szarym papierem i przewiązane błękitną tasiemką. Na pierwszy rzut oka przypominało opakowania, w jakich pan Ollivander przekazywał różdżki ich nowym właścicielom. Od tamtego jednak było odrobinę większe. Cóż jednak, mogła to przecież być różdżka w rozmiarze w sam raz dla Hagrida.
Do oplatającej papier tasiemki, zawiązanej w elegancką kokardkę, przytwierdzona była niewielka karteczka adresowa. Kiedy tylko Harry wziął ją w rękę, cofnął się niczym oparzony a w drugiej jego dłoni zagościła różdżka.
- Co się stało? – Spytała Ginny, która została o krok za Harrym.
- Zostań tam – Powstrzymał ją gestem, różdżką celując w zawiniątko, a powietrze pomiędzy różdżką a paczuszką i wszędzie wokół niej zafalowało, niczym rozgrzane żarem pustyni. Po kilku sekundach Harry jakby się rozluźnił, opuszczając odrobinę różdżkę i pozwolił Ginny stanąć obok siebie.
Ginny przeczytała podaną jej przez Harrego karteczkę adresową, na której widniały słowa które tak go przeraziły: „Harry i Ginewra Potter, Londyn”. Nadawca wyraźnie nie wiedział gdzie mieszkają, doskonale jednak wiedział o ostatnich wydarzeniach, chyba że był to jedynie głupi dowcip lub zwykły błąd.
Harry szepnął Erecto, rozwijając paczuszkę i zobaczywszy zawartość pakunku zupełnie opuścił różdżkę.
- Ziva – warknął przez zęby. W tym jednym słowie kryło się tysiąc różnych uczuć zamykających się pomiędzy ulgą, a irytacją.
- Skąd wiesz? – Ginny spytała przyglądając się ciekawie przedmiotowi. Podłużnemu pudełku z drewna i mosiądzu, gęsto pokrytemu jakimiś znakami.
- To jest Mezuza, taki żydowski prezent który dajesz komuś, kiedy wprowadza się do nowego domu, czy też zakłada nową rodzinę – ujął delikatnie przedmiot w dłoń. – W środku znajduje się jakiś wybrany fragment z Tory. Nie pamiętam dokładnie – podjął po chwili – ale powinniśmy chyba powiesić to w drzwiach wejściowych domu.
Ginny ściągnęła na krótką chwilę brwi, co dodało jej twarzy niespotykanie groźnego wyglądu i w skupieniu wpatrzyła się w przedmiot.
- Zastanawia mnie tylko jedno – powiedziała w końcu. – Jesteśmy małżeństwem od niecałych siedemnastu godzin, a ona już wysłała nam prezent. Nie wydaje ci się to dziwne?
- Biorąc pod uwagę, że to Ziva – Harry odłożył przedmiot na biurko i wziąwszy Ginny pod ramię ruszył z powrotem na korytarz. – To nie wydaje mi się to ani trochę dziwne.
- Skąd wiedziała? – Ginny indagowała uparcie. – Myślisz że nas śledziła? Jeśli tak, to czemu się nie pojawiła?
- Wszystko jest możliwe.
- I co ten prezent w ogóle ma oznaczać? – wyrzuciła wreszcie z siebie ostatnie nurtujące ją pytanie.
- Na tyle, na ile ją znam… – Harry zaczął w lekkim zamyśleniu. – Życzy nam najlepszego i przesyła mi wiadomość.
- Jaką?
- Żyję i jestem tu – odparł z uśmiechem – Nie przejmuj się tym wszystkim, kochanie – poprosił wreszcie, gdy objęci szli po schodach do jego pokoju. – To naprawdę miły prezent, niech się pani uśmiechnie, pani Potter – pocałował ją w kość policzkową, delikatnie rysującą się na jej twarzy.
- A co jeśli to nie ona, tylko jej ojciec? – Zatrzymała się w już otwartych drzwiach, do jego sypialni.
- Wtedy wyślę mu kartkę z podziękowaniami.
Sypialnia Harrego tonęła w mroku, jaki panuje przed nastaniem świtu. Godzina piąta rano, w styczniu oznacza grobowe ciemności zalegające każdy zakątek Anglii, jeśli akurat nie jest oświetlony jakimiś latarniami czy lampami. Sypialnia Harrego nie była oświetlona ani latarniami, ani lampami, ani nawet płonącą w kaganku świecą. Jedynie czerwony płomień trzaskających w palenisku kominka brzozowych szczap i pełnej owoców gałęzi jałowca rozświetlał wnętrze pomieszczenia.
Wedle prastarych wierzeń gałąź jałowca wraz z jego owocami palono w kominkach dla przegnania złych duchów i demonów, lub też zapobieżenia złym urokom i klątwom. W dzisiejszych czasach coraz mniej osób wierzyło w istnienie złych duchów i demonów, a jeszcze mniej obawiało się klątw i uroków. Harry był jednak czarodziejem i doskonale zdawał sobie sprawę, że wszystkie te rzeczy istnieją i tylko głupiec się ich nie obawia. Nie dlatego jednak w jego kominku płonęła gałąź jałowca. Harry przykazał Stworkowi by wrzucał ją do ognia, bo od kiedy, w czasie obozu przetrwania jaki zorganizował im Urquhart, poczuł jałowiec wrzucony do ogniska, zakochał się w tym zapachu.
Rozpinał guziki noszonej na Kiribati koszuli, rozkoszując się ciepłem i aromatem bijącym z ognia i nie myśląc już o niczym.
- Czy zechciałbyś – odwrócił się w ułamku sekundy, jak zawsze gdy słyszał jej głos. – Skonsumować, naszą noc poślubną? – Stała tam, w nogach jego łóżka, przybrawszy pozę zwykłą dla uwodzicielskich rzeźb starożytnej Grecji. Czerwony blask ognia rozświetlał jej nagie ciało, delikatnie igrając po każdym jego skrawku, tworząc malownicze cienie na jej zgrabnych udach, kuszących biodrach, zarysowanych kościach miednicy, talii niczym u osy i jej kształtnych jędrnych piersiach, omiatając ramiona i szyję, oraz rozświetlając jej oczy i burzę włosów, które w świetle ognia nabrały przedziwnej mroczności, a zarazem zdawały się być płomieniem, tak jak nigdy wcześniej. – Czekam, panie Potter – Uśmiechnęła się i opadła na łóżko, ręce wznosząc wysoko ponad głowę, tak by jeszcze dokładniej mógł podziwiać jej piękno.
- Bardzo bym chciał kochanie – powiedział, powoli podchodząc do łóżka. – Ale czekają na mnie niestety tak przyziemne obowiązki jak praca i migałem się od niej już tyle razy, że raczej nie uwierzą mi już w kolejne wymówki.
- Nawet, jeśli powiesz że zatrzymała cię świeżo poślubiona żona?
- Przede wszystkim wtedy. – Złożył na jej ustach ciepły pocałunek.
- A gdybyśmy wysłali sowę, że jesteś chory?
- Kazaliby mi zgłosić się do magomedyka w ministerstwie.
- Ale jakbyś coś złamał?
- Przecież wiesz, że da się to wyleczyć w kilka sekund.
- To powiedz, że zatrzymały cię sprawy rodzinne.
- Ale ja nie mam rodziny. No, oprócz ciebie oczywiście.
- No właśnie. Powiesz, że ja cię zatrzymałam – Harry wybuchnął szczerym śmiechem na ten akurat pomysł. – Naprawdę musisz iść? – Spytała wreszcie.
- Naprawdę.
- Zostań przynajmniej, póki nie zasnę. – szepnęła, naga wsuwając się pod kołdrę. Został, poczekał aż uśnie, choć nie musiał czekać długo i gdy tylko jej oddech się uspokoił, wszedł do kominka mrucząc Ministerstwo Magii. Ginny pozostała pogrążona we śnie, w jego łóżku i jak zawsze kiedy go nie było, choć mu o tym nie mówiła, męczyły ją koszmary o ludziach w czarnych pelerynach, stojących nad jej ciałem. Przez sen czuła jego zapach na poduszce, więc i koszmary nie były tak straszne jak zazwyczaj, ale nadal nie chciały jej opuścić.

Harry szedł przez lobby ministerstwa dziwnie puste tego dnia, kiedy to większość pracowników ma wolne i spędza swój czas wolny z rodzinami. On jednak nie miał tego komfortu, był stróżem prawa i zawsze musiał być gotowy.
Czekała na niego przy windach, oparta o ścianę, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.
- Spóźniłeś się.
- Nie jestem ani za wcześnie, ani zbyt późno. Powiedziałbym, że przyszedłem dokładnie wtedy kiedy jestem potrzebny – Odpowiedział jej przewrotnie.
- Dumbledorre?
- Nie, Gandalf. Poniekąd.
- Nie znam – Odpowiedziała po chwili namysłu.
- To taki… a zresztą nieważne. To co, idziemy? Roy już pewnie czeka.
- Pewnie tak, choć nie widziałam żeby szedł do biura, a stoję tu od dobrej pół godziny, czekając na ciebie.
- Nie moja wina, że w przeciwieństwie do większości kobiet, ty zjawiasz się przed czasem – odparł zrezygnowany, ale i rozbawiony tą dyskusją. – Winda czeka, Marietto – Uprzejmym gestem wskazał jej wejście do złotej klatki, która miała ich zawieść do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Korytarze drugiego piętra Brytyjskiego Ministerstwa Magii były zupełnie puste. W zasadzie nie było w tym absolutnie nic dziwnego. Korytarze Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z jakiegoś niepojętego powodu, zawsze były puste. Delikatny gwar rozmów i szum papierowych samolocików dochodził jak zawsze z pomieszczeń Kwatery Głównej Aurorów, Siedziby Patrolu Przestrzegania Prawa i Grupy Uderzeniowej. Harry i Marietta ruszyli spokojnie korytarzem mijając kolejne gabinety zza drzwi których, od czasu do czasu dochodził stuk przybijanych pieczątek, lub też klik, na wskroś mugolskiego, zszywacza do papieru.
Kiedy wreszcie stanęli przed dębowymi drzwiami z wyrzeźbionym na nich ogromnym emblematem departamentu, spojrzeli po sobie. W swoich twarzach widzieli opanowanie i determinację. Idealnie zgranym ruchem, jakby znali siebie od zawsze, poprawili na sobie mundury i bez pukania weszli do środka.
Gabinet był dokładnie taki, jakim Harry go pamiętał z każdej poprzedniej wizyty. Długie pomieszczenie, bardziej przypominające salę konferencyjną jakiejś korporacji, aniżeli gabinet wysoko postawionego urzędnika. Prawą ścianę zajmowały nowoczesne regały z jasnego drewna i aluminium, pochodzące najwyraźniej z tego samego kompletu co długi stół konferencyjny ciągnący się przez pół sali. Lewa ściana cała ze szkła, pokazywała widok na Londyn z wysokiego piętra jakiegoś biurowca. Dyrektor departamentu siedział na końcu, za wielkim biurkiem, popijając przeźroczysty, musujący płyn z wysokiej szklanki. Kiedy tylko ich zobaczył, wstał zza biurka, nie wyszedł im jednak na spotkanie, a jedynie oparł się o biurko i jednym haustem dokończył zawartość szklanki.
- Aspiryna jest ohydna – powiedział odstawiając szklankę i wzdrygając się cały. – Więc, czemuż to dwoje aurorów sprowadziło mnie o poranku pierwszego stycznia do pracy, skoro jest to mój dzień wolny?
- Potrzebujemy nakazu aresztowania – Marietta odpowiedziała, jako prowadząca śledztwo.
- I nie mogło to poczekać do jutra? Dzisiaj nawet przestępcy nigdzie nie uciekają, tylko leczą kaca.
- Niestety, ale nie mogło.
- Dobrze, kogo chcecie państwo aresztować i w związku z jaką sprawą. Nie pamiętam byście prowadzili państwo jakąś wspólną sprawę. Pan jest przecież członkiem „zespołu”, panie Potter.
- Złamany Knut, dyrektorze – Harry odpowiedział, wyciągając w stronę Roy’a folder z dokumentami. Szef departamentu odruchowo złapał się rantu biurka.
- Namierzyliście kogoś? – W odpowiedzi kiwnęli mu głowami.
- Ale dlaczego przychodzicie aż po nakaz? – Roy spytał, zanim otworzył folder by przejrzeć zawartość
- Bo to wysoki urzędnik ministerstwa, dyrektorze – Marietta uprzedziła Harrego. Roy otworzył folder i pospiesznie wrócił za biurko, jakby bał się że za chwilę upadnie. Ruchem różdżki wyczarował butelkę czarnego Johny’ego Walkera i trzy szklanki. Napełnił jedną po brzegi, wypił duszkiem i napełnił drugi raz, upijając spory łyk.
- Czy wyście upadli na głowę, oboje? – Spytał wreszcie.
- Nie – Odpowiedzieli jednocześnie.
- Niby jak. Niby dlaczego. Skąd wam się to w ogóle uroiło? – Zapytał.
- Wszystko jest w dokumentacji – Marietta odpowiedziała spokojnie. Spodziewała się podobnej reakcji. Roy studiował dokumenty przez kolejne dwadzieścia minut, przez które stali przed nim niemal na baczność, jako że zapomniał zaproponować im by usiedli.
- I jesteście tego absolutnie pewni? – Spytał w końcu, spoglądając na nich znad papierów.
- Ona jest, ja nie jestem przekonany – Harry odpowiedział szczerze.
- Jest pani?
- Tak jest, sir – Marietta wilkiem spojrzała na Harrego, który nie raczył się tym jednak przejąć.
- Ale pan nie jest, panie Potter?
- Nie sir, nie jestem przekonany w tej kwestii.
- Mhm – Roy mruknął odkładając dokumenty. – W zasadzie wymagane jest jedynie podanie od oficera prowadzącego śledztwo i jeśli będzie się pani upierała, to oczywiście je wydam, choć wolałbym, żeby miała pani poparcie innego aurora. Czy jest pani pewna, że chce tego nakazu?
- Tak, sir – Marietta odpowiedziała spokojnie.
- No dobrze, niech będzie, że na pani wniosek.
- Na nasz, sir – Wtrącił Harry. – Nie jestem przekonany, gdyż nie udało się zdobyć ani jednego dowodu wskazującego na kogoś, ale zebrane poszlaki jednoznacznie potwierdzają podejrzenia oficer Edgecombe.
- Dobrze więc, skoro się państwo upieracie – Roy sięgnął po druk nakazu aresztowania i wypełnił go zgodnie z wnioskiem Marietty i Harrego, po czym cała trójka złożyła podpisy na nim i jego kopii. – Sam nie wiem, czy mam państwu życzyć powodzenia – powiedział im na odchodne.

Oboje zdawali sobie sprawę, że nie mogą od tak po prostu pójść, zapukać do drzwi biura i dokonać aresztowania. Potrzebowali w tej kwestii zbrojnego wsparcia i musiało ono być niezwykle skuteczne i bezwzględnie pewne. Zdecydowanym krokiem weszli do siedziby Patrolu Przestrzegania Prawa, udając się do jego szefa, Johna Tardisa.
Tardis jak zawsze kręcił się po całym pomieszczeniu Patrolu, wciąż z kimś rozmawiając, wymieniając informacje i uzupełniając swoją wiedzę. Stanowiło to niezwykły kontrast w stosunku do Robardsa, który wychodził z biura tylko po to by powytrząsać się nad którymś ze swoich podwładnych, a polecenia wysyłał papierowymi samolocikami.
- Och, witam! – Tardis niemal wykrzyknął, uśmiechając się od przysłowiowego ucha, do ucha i ruszył w ich kierunku zamiatając swą szatą czarodzieja, która tego dnia była ciemnoniebieska w również ciemnoniebieskie prostokąty. – Witam serdecznie młodych aurorów. Cóż was sprowadza w moje skromne progi? – W tym człowieku było tyle empatii, że zdawało się, że jego wnętrze musi być większe aniżeli cielesna powłoka, by cała ta empatia mogła się w nim pomieścić.
- Potrzebujemy pomocy – Marietta odpowiedziała, uśmiechając się. Nie mogła odpowiedzieć inaczej, bo uśmiech Johna Tardisa był zaraźliwy.
- Pomocy? Ode mnie? No, no, no – Powiedział z udawanym niedowierzaniem. – A cóż to za pomoc jest potrzebna, jeśli można wiedzieć, a raczej można skoro po pomoc przychodzicie.
- Potrzebujemy kilku, a najlepiej kilkunastu członków patrolu na godzinkę, czy dwie.
- Najchętniej grupę uderzeniową, jeśli któryś z zespołów jest w biurze i może z pięciu, do dziesięciu oficerów patrolu – Harry uściślił ich potrzeby.
- Grupy uderzeniowej? – Szef patrolu zdumiał się ogromnie, tym ogromniej że każde uczucie na jego twarzy wyglądało malowniczo i przesadnie.
- Tak. Pierwszego, albo drugiego zespołu, jeśli któryś jest w biurze.
- Tak, tak. Pierwszy jest w biurze i przysłowiowe bąki zbija.
- To cudownie. Chętnie więc skorzystamy.
- Dobrze więc, ale do czego potrzebujecie mojego zespołu?
- Aresztowanie z polecenia dyrektora Roy’a i tej informacji nie może pan nikomu przekazać.
- Aresztowanie kogo?
- Tej informacji, dla odmiany, to my nie możemy przekazać – Wcięła Marietta.
- Dobrze więc. Zespół Grupy Uderzeniowej i pięciu członków patrolu.
- Dziesięciu.
- Pięciu, jest nowy rok, więcej nie mogę wam oddać.
- Pięciu powinno wystarczyć. Dziękujemy.

Nie minęło trzy minuty, a już z pomieszczeń Patrolu Przestrzegania Prawa wymaszerowało dwa tuziny członków Grupy Uderzeniowej i pięciu szeregowych pracowników patrolu, prowadzonych przez Mariettę i idącego u jej boku Harrego. Cała grupa skierowała się wprost ku Kwaterze Głównej Aurorów. Kiedy przekraczali wejście prowadzące ku zajmowanej przez aurorów sali, Marietta gestem dłoni nakazała trzem członkom Patrolu pozostanie na straży i uniemożliwienie komukolwiek opuszczenie biura. Dwóch kolejnych członków patrolu stanęło w drzwiach prowadzących do AOS’u będących jednocześnie jedynym innym wyjściem z kwatery. Początkowo niewielu aurorów zwróciło uwagę na pojawienie się członków Patrolu, kiedy jednak biuro zaczęła równym krokiem przemierzać Grupa Uderzeniowa w swym pełnym składzie, prowadzona przez dwójkę aurorów, coraz więcej osób zaczęło podnosić się z miejsca.
- Wszyscy mają pozostać na swoich stanowiskach, pod groźbą aresztu – Zawołała Marietta. – Niech nikt nie próbuje się ruszyć.
- Harry, o co….
- Zostań na miejscu Urquhart i siedź cicho – Harry polecił swojemu szefowi, mijając go szybkim krokiem.

Drzwi niemal wypadły z zawiasów z hukiem uderzając o futrynę. Marietta nawet nie próbowała użyć klamki. Zamiast tego wyważyła drzwi malowniczym kopniakiem ciężkich butów.
- Gawainie Robards, jest pan aresztowany pod zarzutem zamordowania i zbezczeszczenia zwłok byłego ministra magii, Korneliusza Knota.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Ogłoszenie.

05 sty

Przepraszam was z całego serca, ale w związku z nagromadzeniem obowiązków zawodowych i zbliżającymi się egzaminami zawodowymi nie miałem możliwości poświęcić na pisanie tyle czasu ile bym pragną, w związku z czym nastąpić musi mała zmiana w terminach kolejnych notek.

Nowe Terminy:

Teoria Upadku 18.01.2014 (pierwotnie 04.01)
Człowiek, który nie poznał strachu 25.01.2014 (pierwotnie 11.01)
Harpia nieujarzmiona 01.02.2014 (pierwotnie 25.01)

Kolejne notki pozostają w niezmienionych terminach.

Przepraszam was.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 
 

  • RSS