RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Bonus Sylwestrowy: Coś się kończy, coś się zaczyna.

31 gru

Miło było się oderwać od nijakiej, szaroburej i mokrej aury Anglii, świątecznej tylko z nazwy, gdzie jedynym śniegiem jaki można było zobaczyć, był ten leżący na sklepowych wystawach, zrobiony z czegoś pośredniego pomiędzy kurzym pierzem, a pomalowanymi na biało kłębkami kurzu spod kanapy.
To nie była aura świąteczna o jakiej ktokolwiek by marzył i wszyscy chodzili ze spuszczonymi głowami, w nastrojach, jakby świat miał się wkrótce skończyć. Prawdę mówiąc świat miał się ku końcowi, a przynajmniej tak wieszczyli niezliczeni prorocy przełomu milleniów.
Ziemia miała wkrótce zmienić się nie do poznania.
Optymiści twierdzili, że jeśli los będzie łaskawy dla ludzi, o północy da o sobie znać pluskwa millenijna, która wyłączy wszystkie komputery, a wraz z nimi i elektryczność, cofając ludzkość do epoki kamienia łupanego. Bardziej mistyczni i religijni, spośród tych siewców trwogi i proroków przełomu milleniów, mówili o wielkim potopie, który zaleje świat, lub też lodach Arktyki, które ruszywszy na południe skują kilometrowymi warstwami wszelkie przejawy cywilizacji. Przez ziemię miała się również przetoczyć niezliczona liczba plag, a na swych szkieletowych koniach mieli przegnać nad nią jeźdźcy apokalipsy, spędzając ludzi na sąd ostateczny, gdzie spotkać ich mieli archaniołowie ze złotymi mieczami, czekający, by strącić grzeszników w wielką szczelinę, ku ognistym czeluściom. Stronnictwo wizjonerów ognistego końca świata było zresztą liczne i należeli do niego, prócz fanów Apokalipsy Świętego Jana, również i ludzie wieszczący, że w planetę uderzy potężna kometa, meteor lub inne, bliżej nie znane ciało niebieskie. Wielu wierzyło, a nawet widziało już przez teleskopy, tajemniczą planetę Nimburu, a nawet Czarne Słońce, o bliżej nieznanych możliwościach i nikogo nie interesowały słowa astronomów, przeczących istnieniu komet i planet zmierzających ku ziemi i nikt nie wierzył fizykom udowadniającym, że czarne gwiazdy nie istnieją i istnieć nie mogą. Nikt też nie potrafił dokładnie powiedzieć, którą północ należy uznawać za tą, która przyniesie koniec świata. Tą, która jako pierwsza wybije na oceanach Pacyfiku, tą na południku zero, wyznaczającym środek dnia, tą w Mekce, Jerozolimie, a może ponownie na Pacyfiku, kiedy ostatni z ludzi będą żegnać przemijający rok. Może zaś kataklizmy będą się przetaczać przez ziemię powoli, wraz z ruchem wskazówek zegara i obrotem naszej planety.
Były też na świecie osoby, których wszystkie te rozważania nie interesowały w najmniejszym choćby stopniu. Dwoje spośród nich trzymało się właśnie za dłonie, idąc powoli po ciepłych, śnieżno białych piaskach szerokiej plaży, jaka oddzielała ocean od lasów palmowych Kiribati. Nisko zawieszone słońce rzucało długie cienie, muskając już horyzont, daleko za plecami spacerujących. Choć pogoda w Anglii nie nastrajała do spacerów, tutaj, w kraju, w którym istniały tylko tylko dwie pory roku, ciepła i gorąca, panowała tropikalna wiosna.
Cudowne ciepło przenikało każdą, najmniejszą nawet, komórkę ciała, rozlewając się po całym organizmie i budząc w nim fale czystej, niczym niepohamowanej ekstazy. Nie jest sobie w stanie wyobrazić radości, jaką niesie ciepło słońca, ten, kto zimą nie odwiedził tropikalnych krajów.
- Tak sobie myślę – Ginny odezwała się tak delikatnie, jakby bała się spłoszyć ulotność tej chwili. – Czy nie moglibyśmy zamieszkać tutaj na stałe, codziennie rozkoszować się tym rajem – popatrzyła na majaczące w oddali domki wyrastające wprost z oceanu. – Zamieszkalibyśmy w jednym z nich. Nigdy nawet nie myślałam, że można mieć domek na wodzie.
- Myślę, że przestałyby ci się podobać już przy pierwszym sztormie – Harry doskonale pamiętał sztormową noc, podczas której poznał Hagrida. Wtedy spał w drewnianym domku na skale i był przekonany, że był on o wiele trwalszy niż trzcinowe domki postawione na kilku palach i połączone z brzegiem drewnianymi pomostami, które marzyły się Ginny. – No i chyba nie udałoby się zamontować w nich kominka?
- Ale z ciebie mruk – dała mu kuksańca w bok. – Musisz patrzeć na to tak przyziemnie, daj się ponieść fantazji. Poza tym, jestem pewna, że gdzieś tutaj mają kominek.
- Ktoś musi twardo stąpać po ziemi byś mogła bujać w obłokach, kochanie, a z tym kominkiem to nie byłbym taki pewien. Rożny, grille, ogniska tak, ale kominek?
- No to teleportacja, a jak nie to byś sobie zorganizował stały świstoklik dwukierunkowy, albo rzucił aurorstwo i został rybakiem, albo poławiaczem pereł, z których ja robiłabym naszyjniki – Harry wybuchnął szczerym i niepohamowanym śmiechem.
- Widzę, że ty sobie już to wszystko dokładnie zaplanowałaś?
- Mhm – przytaknęła z ochotą.
- No więc dobrze, żono poławiacza pereł. Nie tęskniłabyś za rodziną i przyjaciółmi?
- Sprowadziłabym ich z nami – Ginny aż podskoczyła z ekscytacji. – Rodzicom przydałoby się wygrzać kości na stare lata, na pewno dobrze by im to zrobiło. Mogliby zamieszkać w takim samym domku jak my.
- I nie miałabyś nic przeciw mieszkaniu koło mamy? – Harry uśmiechnął się kącikiem ust.
- Przecież nie musiałabym wpadać do niej na herbatkę – odcięła mu się ostro. – My byśmy mieli swój domek, oni swój i pływałoby się między nimi łódeczką.
- Znasz to stare, angielskie wierzenie, że wiedźmy boją się wody?
- A ja się już nie boję! – Wykrzyknęła za śmiechem, spychając go z pomostu na który przed chwilą weszli i zaraz za nim lądując w wodzie. Lekcje pływania w wykonaniu Harrego zrobiły swoje.
Ginny z całych swoich sił, starała się zatopić Harrego, wchodząc mu na ramiona, a on zwinnie się jej wymykał nurkując i ciągną ją a to za kostkę, to znów za dłoń. Ginny z piskiem zapadała się w wodę, by po chwili się wynurzyć prychając wodą i chichocząc. Wodne szaleństwa dwojga młodych ludzi o zachodzie słońca, wzbudziły ciekawość kilkunastu osób spacerujących po plaży i siedzących w skrytym wśród pierwszych palm, niewielkim barze.
Kiedy wreszcie Ginny i Harry wyszli z wody na piaszczysty brzeg, oboje ociekali wodą, a włosy mieli posklejane w grube stronki. Zwykle, kiedy człowiek wyjdzie z wody na brzeg, szczególnie kiedy słońce niemal już zniknęło za horyzontem, zaczyna trząść się od przenikliwego zimna. Temperatura jaka panuje na Kiribati nie pozwalała zmarznąć ani na chwilę, nawet, kiedy człowiek jest całkowicie mokrym.
Ponownie szli pomostem do swojego domku na wodzie, śmiejąc się, przekomarzając i marząc, co by było, gdyby mieszkali w raju.
- … a Ron mógłby prowadzić jeden z tych przy plażowych barów i serwować gościom drinki w łupinach z kokosa.
- Kto serwowałby drinki z kokosa? – Z umiejscowionego przy tym samym co ich pomoście domku, dobiegł głos Rona.
- Ty braciszku – Odpowiedziała, skręcając na kładkę, prowadzącą do trzcinowego domu.
Kiedy stanęli w progu ich oczom ukazało się wnętrze konstrukcji. Była to jednoizbowa, co by nie mówić, chatka, której główne pomieszczenie pełniło jednocześnie rolę sypialni jak i salonu z którego jedne drzwi prowadziły na kładkę i pomost, którym można było dostać się na brzeg, drugie zaś, szersze, wychodziły na niewielki taras, do którego można było przycumować niewielką łódkę, taką jak te, którymi pływali rdzenni mieszkańcy, wykonaną z drzewa palmowego i trzcinowych mat.
W kącie, jeśli o kącie w niemal okrągłym pomieszczeniu można mówić, były jeszcze jedne drzwi. Prowadziły one do niewielkiej łazienki. Co zaś tyczy się kuchni… Kuchnia była. Znajdowała się ona w restauracji, nad brzegiem oceanu.
- Na miłość Merlina! – Hermiona wykrzyknęła zszokowana. – Co wam się stało? – W tej chwili, oboje uświadomili sobie dopiero, że nadal ociekają słoną wodą oceanu, w którym chwilę wcześniej się kąpali.
No bo widzisz – Ginny odpowiedziała z błyskiem w oku. – Jesteśmy na wyspie, czyli takim miejscu na środku oceanu i ciężko jest się dostać gdziekolwiek, nie zmoczywszy przy tym choćby stopy.
- Szczególnie, jak jest się takimi gapami, jak my dwoje – Harry dokończył za nią.
- Mów za siebie! Ja nie jestem gapą. Ja tam trafiłam z premedytacją – wsparła złożone w pięści dłonie, na osłoniętych jedynie chustą biodrach.
- Już dobrze, dobrze kochanie – pocałował ją delikatnie. – Więc jakie macie plany na dzisiejszą noc? Podobno cały następny rok będzie taki, jak go zaczniecie, a to przecież i przełom millenium!
- Harry – Hermiona ofuknęła go delikatnie. – Zdajesz sobie sprawę, że to całe liczenie lat, jest robione od datyy narodzin Chrystusa, dlatego mamy datowanie Przed Chrystusem i Po Chrystusie – Harry tylko przewrócił oczami. Możliwe, że w mugolskiej szkole i mówili coś takiego, ale jeśli tak, to niewiele z tego już pamiętał. – Powinieneś też zdawać sobie sprawę z tego, że ci, którzy tworzyli nasz kalendarz, robili to wiele lat po śmierci Chrystusa i pomylili się w swoich obliczeniach o co najmniej sześć lat, a najpewniej o kilkanaście. Tak więc żadnego przełomu millenium teraz nie mamy.
- Daj spokój Hermiono – Harry raz jeszcze przewrócił oczami. – Więc co robicie w tą zupełnie zwyczajną i niczym nie wyróżniającą się noc sylwestrową?
- Prawdę mówiąc, to planowaliśmy zostać tutaj – Hermiona odpowiedziała enigmatycznie. – Stąd będzie lepszy widok na sztuczne ognie, a po balu bożonarodzeniowym dość mamy tłumów na jakiś czas – uśmiechnęła się na wspomnienie wspaniałego balu, jaki odbył się zaledwie przed kilkoma dniami. – Ale wy bawcie się dobrze – dodała z zapałem.
Harry i Ginny w mig złapali aluzję, by sobie już szli i tylko wychodząc Ginny mruknęła do Harrego – To będzie ciekawy rok – Mając wciąż w myśli to, jak zamierzają go rozpocząć jej brat z narzeczoną.

Kiedy na dworze zupełnie już się ściemniło i zewsząd poczęły płynąć mocne rytmy wybijanej na bębnach muzyki, powodując szybsze łomotanie serca i wprowadzając w przedziwny, na wpół narkotyczny trans, Harry i Ginny ruszyli na kolejny spacer, który miał się zakończyć podziwianiem sztucznych ogni na wyspie, która jako pierwsze miejsce na Ziemi, powitać miała nowy rok.

Do północy pozostała już mniej niż godzina, Harry i Ginny mieli jednak wątpliwości, czy ktokolwiek z zebranych wokół osób zwrócił uwagę na wybicie północy i nastanie nowego roku, nawet gdyby towarzyszył temu przelot ognistej komety i legiony zstępujących na ziemię archaniołów, a co dopiero mówić o planowanych sztucznych ogniach. Wszyscy zwyczajnie zbyt dobrze się bawili.
W pewnym, bardzo urokliwym zakątku plaży, pod baldachimem palm kokosowych, pośród gigantycznych wachlarzy zrobionych z liści bananowca, zebrał się niemały tłum gapiów, otaczając płonące na piasku ogniska i stojące wewnątrz osoby.
Dwoje młodych czarodziejów przemknęło zwinnie przez skupisko ludzi, stając w pierwszym szeregu gapiów. Przed ich oczami, ukazał się widok iście niesamowity. Na skraju dżungli przy wielkim ognisku stał niebagatelnych rozmiarów rdzenny mieszkaniec wyspy, w koronie ze splątanych pnącz i stroju z liści palmowych, w dłoni trzymając otwartą księgę. Na skraju zaś kręgu z gapiów, po jego wewnętrznej stronie, stała dość młoda para, trzymając się za dłonie, które związane były dodatkowo ze sobą lianą tak, że mężczyzna miał kobietę po swej prawicy i nie mogli się oddalić od siebie na więcej aniżeli odległość ramion. Pomiędzy tą parą a zwalistym mężczyzną stała konstrukcja z dwóch niskich słupków i rozwieszonej między nimi poprzeczki.
- Duch miłości jest potężny – zagrzmiał krajowiec. – On każe wodom się rozstąpić i góry spiętrzać potrafi i wielkim ogniem plunie i wichrami złe demony rozprasza i tak oto powstało Kiribati. Dla niego nie ma niemożliwego, a potrafi patrzeć głęboko przez serca i tylko prawdziwie zakochanym pomoże przekroczyć swą bramę – po tej nad wyraz pompatycznej przemowie, bogato okraszanej malowniczą gestykulacją, trzykrotnie zaklaskał w dłonie, a bębny zagrzmiały ze zdwojoną siłą.

To, co początkowo wydało się Ginny i Harremu przeszkodzą nad którą należy przeskoczyć, co byłoby bajecznie proste, ze względu na jej niskie zawieszenie nad ziemią, okazało się poprzeczką, której nie wolno strącić przechodząc pod nią. Nie było to proste, gdyż nie wolno było jednocześnie przewrócić się na piasek, lub choćby podeprzeć się ręką, a pamiętać należy, że przechodziło się pod nią we dwoje, trzymając się za dłonie.
Pierwsza para dość szybko odpadła z konkurencji, a po niej kolejna i kolejna, a występ każdej z nich poprzedzany był tym samym przemówieniem zwalistego mężczyzny. Jak dowiedzieli się młodzi czarodzieje od jednego z zebranych obserwatorów, zabawa ta jest na Kiribati rodzajem ślubu, jaki zawierają ze sobą młodzi zakochani i przejście pod poprzeczką zastępuje składanie przysiąg i dopełnianie wielu innych formalności. Wyjaśniający to człowiek, mimo że był rdzennym mieszkańcem wyspy nie potrafił sobie jednak przypomnieć, kiedy ostatnio komuś udała się ta sztuka, choć jak się zarzekał jest to wykonalne i sam kilkukrotnie takie zdarzenie widział.
Porażki kolejnych par nie zrażały nikogo i chętnych wciąż nie brakowało, a i zabawy i śmiechów przy tym było co niemiara.
- Tutaj nie potrzeba jest mięśni – Harry wzruszył ramionami, kiedy blond włosy paker rodem z USA rąbnął plecami w piach, ciągnąc za sobą swoją długonogą dziewczynę. – Tutaj potrzeba jest idealne wyczucie równowagi, jak u surfera, albo gracza Quidditcha, żeby daleko nie szukać.
- Auror też by się nadał – Ginny odpowiedziała, krytycznie przyglądając się dziewczynie. – Pod warunkiem, że nie będzie mu ciążył silikonowy biust – Harry już wcześniej zwrócił uwagę na nienaturalnie wyglądający biust dziewczyny. Zakładał, że to tym właśnie biustem, strąci ona poprzeczkę, nim chłopak zdąży się przewrócić, ale nawet auror wszystkiego nie przewidzi.
- Tak, gracz i auror, na pewno by sobie poradzili, szczególnie używając magii.
- A ja myślę, że i bez magii by się udało – odpowiedziała mu z pełnym przekonaniem.
- Chcesz spróbować? – Zapytał lekko zdziwiony, rozumiejąc do czego zmierza jego narzeczona.
- No chyba się nie boisz?
- Ja? Pff. – Prychnął teatralnie i ruszył do człowieka, który obwiązywał dłonie chętnym do zmierzenia się z bramą boga Kiribati.
Harry nie słuchał co mówi mężczyzna. Uporczywie wpatrywał się w niską bramę starając się znaleźć sposób na przejście pod nią. W pewnej chwili poczuł, że Ginny mocniej ściska jego dłoń, spojrzał na nią, uśmiechała się. Wiedział, że ona już wie, jak poradzić sobie z tym zadaniem, nim jednak zdołał ją zapytać bębny zagrzmiały i przestał już dostrzegać cokolwiek.
Próbie tej, podobnie jak wszystkim poprzednim, przyglądał się spory tłumek gapiów złożony z mieszkańców wyspy i przybyłych turystów, oraz dwie osoby jakby z innej bajki. Młoda blondynka w różowym pulowerze i kurtce jeansowej i mężczyzna o wydatnym, orlim nosie, ubrany w skórzany płaszcz do kolan. Oboje skryci pod baldachimem palm, stali wsparci o starą, niebieską budkę policyjną.
Nim Harry oprzytomniał, na tyle, by zrozumieć co właściwie się stało. Stali już z Ginny po drugiej stronie przeszkody, a poprzeczka wciąż pozostawała zawieszona pomiędzy słupkami. Na chwilę wszystko ucichło, a zaraz potem podniosła się wrzawa. Udało im się. Jak zawsze, kiedy robili coś razem tak i teraz im się udało. Stali przed urzędnikiem Urzędu Stanu Cywilnego Wyspy Kiribati.
- Udało wam się przebyć bramę boga Kiribati – zagrzmiał ponownie urzędnik ubrany dla efektu w palmowe liście. – Spojrzał on w wasze serca i dostrzegł w nich miłość. Dostąpiliście zaszczytu zaślubin na Kiribati, czy pragniecie je zawrzeć.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się tajemniczo.
- Tak – odpowiedzieli niemal jednocześnie, w idealnej zgodzie.
- Dobrze więc, stańcie przede mną i poproście swoich świadków.
- Świadków? – wyrwało się Harremu.
- Obrzęd może wyglądać rytualnie, ale jest prawnie wiążący – urzędnik przemówił zupełnie innym głosem, tak cicho by tylko oni usłyszeli. – A że jest prawnie wiążący, więc potrzebujecie świadków.
- Ale nasi przyjaciele zostali w hotelu.
- Możemy po nich pójść – Ginny wtrąciła pospiesznie, widząc że urzędnik się nachmurza.
- Może my możemy pomóc? – Młodzi czarodzieje usłyszeli za swoimi plecami kobiecy głos, mówiący z wyraźnym, angielskim akcentem. Za nimi stała para, wcześniej podziwiająca całe zdarzenie spośród palm.
- A państwo to? – Urzędnik spytał uprzejmie.
- Rose, Rose Tyler – Dziewczyna odpowiedziała z uśmiechem.
- A pan?
- Och, mów mi po prostu, Doktorze.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Bonus Świąteczny. Tańcz, Zaprosili Cię Na Bal.

26 gru

Sklepienie rozświetlała mozaika tysiąca gwiazd, spod których wprost na głowy zebranych opadały miliony płatków śniegu, skrząc się w blasku świec, kiedy delikatnie wirowały poruszane niewyczuwalnymi dla obecnych, magicznymi podmuchami wiatru i choć w Londynie była pochmurna i deszczowa noc, tutaj wszyscy w pełni odczuwali atmosferę świąt. Pośrodku sali ustawiono choinkę, najwyższy i najpiękniejszy świerk, jaki wielu spośród zebranych widziało w życiu. Każda z jego gęstych, pachnących, zielonych gałęzi uginała się delikatnie od ciężaru świec, ozdób z jeszcze ciepłego i aromatycznego piernika, polanego delikatnym lukrem, oraz cukierków w różnokolorowych pozłotkach. Jej szczyt zdobiła ognista kometa, a przy pniu wiewiórki, rude kitki, ze smakiem chrupały żołędzie.
Długi rząd kominków, z których na co dzień raz po raz buchają zielone płomienie dziś płonął ciepłym, szkarłatem i złotem sosnowych polan.
Wokół krążyło setki par. Przepiękne panie w balowych sukniach, dostojni panowie w galowych mundurach i eleganckich frakach, lokaje w złotych liberiach, a wszyscy oni zdawali się oczekiwać na jakiś znak.
Wtem ucichł cały gwar i jakby zatrzymał się czas, zupełnie jak w chwili, gdy dyrygent podnosi batutę, a wszyscy oczekują na pierwszy takt muzyki. Tłum się Rozstąpił tworząc ogromny krąg, a gdy nastał pierwszy takt muzyki, dostojnym krokiem w krąg wkroczył sam minister, prowadząc za dłoń dyrektor McGonagall. Dalej już poniósł ich walc. Nie minął długi czas, a już raz po raz z ogromnego kręgu poczęły się odrywać kolejne pary, które podobnie jak ministra poniósł takt. Wkrótce cała sala wirowała niczym w jakiejś najpiękniejszej z baśni, gdzie jest pałac i jest bal i są suknie, a wokół panuje radość i miłość, raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy, walc.
Stalowe mundury członków patrolu mieszały się z białymi, najwspanialszymi spośród aurorskich mundurów i odświętnych szat zwykłych czarodziejów, a wśród nich wszystkich pełna tęcza barw balowych sukien jakich od dawna nie widział świat. Zewsząd dobiegały śmiechy i delikatny, radosny szmer przyciszonych rozmów.

- Przez wszystkie te lata – zaczął, odrywając od niej wzrok i rozglądając się z uśmiechem, a w jego oczach płonęły radosne płomienie. – Nie sądziłem, że tego doczekam.
- Czego doczekasz? – Spytała ciekawie, podążając za jego spojrzeniem.
- Takiego dnia – ponownie skupił się tylko na niej. – Ty, ja, razem w Boże Narodzenie, ten bal, a najważniejsze z tego wszystkiego, że już nic nam nie zagraża.
- Bo ty o to dbasz – Oderwała swą dłoń od jego ramienia i delikatnie przesunęła kciukiem po ostro zarysowanej kości żuchwy, policzku, aż zanurzyła dłoń w jego czarne włosy.
- Nie wyobrażam sobie, że ten dzień mógłby być szczęśliwszy, że jakikolwiek dzień mógłby być szczęśliwszy – poprawił się szybko.
- Ten dzień mógłby być piękniejszy, oboje moglibyśmy tańczyć w mundurach. – Odpowiedziała mu spokojnie. – wyobrażam sobie także szczęśliwszy dzień – jej oczy jakby delikatnie się zamgliły gdy na krótką chwilę odpłynęła w marzenia.
- Teraz każdy dzień będzie piękny. Obiecuję.
Wirowali nadal w rytm walca na trzy, a wraz z nimi wirował cały świat. Ta chwila i ten wieczór stanowiły przedsmak tego, jakim już wkrótce ich życie stanie się piękne.

- Pięknie to wystroili – przemówił, niby wpatrując się w udekorowane drzewko, a co chwila zezując na stojące pod ścianą stoły. – Nigdy nie sądziłem, że lobby ministerstwa może być tak piękne. Zwykle jest tu tłoczno i ponuro.
- A teraz jest tłoczno i radośnie – odparła mu z przekorą.
- Gdyby nie było tłoczno, to nie byłoby ministerstwo, kochanie – odparł spokojnie. – Zobacz na wszystkie te ozdoby na choince i te stoły. Tam muszą być tony jedzenia.
- Zastanawiałam się, kiedy pierwszy raz wspomnisz o jedzeniu – zaśmiała się krótko.
- Nic na to nie poradzę, że jestem wiecznie głodny. Skrzaty domowe musiały nad tym pracować całymi tygodniami.
- Na szczęście nie tylko skrzaty domowe – nachmurzyła się delikatnie. – Chcieli wykorzystać do tego skrzaty domowe, ale zagroziłam, że do końca życia nie dam im spokoju, a jak będzie potrzeba to będę straszyć i po śmierci – tym razem to on wybuchł śmiechem. Gromkim i niepohamowanym. – Skrzaty domowe się napracowały, a jakże, ale i czarodzieje musieli się porządnie przyłożyć do roboty.
- Czasami nie mogę się zdecydować, czy na drugie imię masz terrorystka, czy dyktator.
- To zależy czy jesteśmy sam na sam, czy akurat jestem w pracy – Jej uśmiech zdradzał w tej chwili zarazem wszystko i nic.

- To miło z twojej strony, że zaprosiłeś mnie na bal – uśmiechnęła się nieśmiało.
- Z kim innym mógłbym przyjść – Spytał lekko zdziwionym tonem. Tańczyli znacznie wolniej od pozostałych, gdyż żadne z nich nie było mistrzem parkietu. Trzymali się przy tym na wyciągnięcie ramion, niczym dzieci na pierwszej szkolnej potańcówce, które boją się jeszcze bliskości swych ciał.
- Mimo wszystko, przyjście ze swoją podwładną, nie jest czymś zwyczajnym. Zdaje się, że łamiemy kilka zasad panujących w ministerstwie.
- Nie sądzę, by ktoś w ministerstwie wierzył jeszcze, że jesteśmy tylko współpracownikami. Poza tym, nikt nie zwraca na nas uwagi, wszyscy się świetnie bawią. Co zaś najważniejsze, nie interesuje mnie ile łamiemy teraz reguł.
- Twoi rodzice mogą nie być tym zachwyceni – brnęła w swój upór. – Nie wiem czy mnie lubią.
- Uwielbiają cię – wziął ją delikatnie pod brodę. – I jestem pewien, że nie mają nic przeciw. Zresztą mama właśnie nam się przygląda i jest uśmiechnięta.

- Nasze dzieci chyba dobrze się bawią – Molly bez skrępowania rozglądała się po sali, w tańcu prowadzona przez Artura.
- Mhm – Artur jedynie mruknął z aprobatą. Nie miał ani zwyczaju, ani ochoty, tak natarczywie przyglądać się zebranym wokół.
- Jak to dobrze, że King zgodził się na przywrócenie tego balu.
- Mhm.
- Nareszcie są szczęśliwi i bezpieczni. – Molly wsparła głowę na ramieniu swego męża. – Cieszę się, że udało im się tak cudownie ułożyć życie. Ron i Hermiona wyglądają cudownie, a Ginny aż promienieje szczęściem.
- Czy to nie ty mówiłaś, że Harry i Ginny zmarnują sobie życie? – Artur spytał z niewinnym zainteresowaniem.
- To było co innego! – Molly nastroszyła się odrobinę.
- Tylko patrzeć, aż nasza rodzina znowu się rozrośnie.
- Już nie mogę się doczekać – Oczy Molly zalśniły z ekscytacji na taką myśl.

Takty nastrojowego walca ucichły. Nie urwały się jednak one nagle, niczym wyszarpnięte nagłą złowieszczą siłą i rzucone w nicość, lub zagłuszone złowrogą ciszą. Było to raczej bliższe usypianiu małego dziecka, które leżąc w swej kołysce wsłuchuje się w melodię kołysanki nuconą przez rodzica i czując się bezpiecznie i radośnie odpływa coraz dalej i dalej do krainy radości i marzeń, a słyszalna melodia cichnie w jego umyśle, choć trwa nadal. Tak właśnie cichł walc otwierający wielki bal i mimo że muzyka przestała już grać, wszyscy nadal słyszeli jej brzmienie i mogliby podjąć natychmiast dalszy taniec.
Na sali rozbrzmiały powoli brawa, które zebrani słali w kierunku muzyków, którzy wprowadzili ich w tak cudowny nastrój i mieli towarzyszyć muzycznie przez cały dzisiejszy wieczór i większą część nocy.
Nim jednak wszyscy zdołali choćby opuścić parkiet, na podwyższenie przygotowane dla orkiestry wkroczył minister Shackelbolt wraz z Timothym Roy’em, szefem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
- Poproszę was, moi drodzy, jeszcze o chwilę uwagi – Kingsley przemówił swym, donośnym, głosem. – Na co dzień strzeżecie naszego bezpieczeństwa, niejednokrotnie kładąc na szali nie tylko swoje bezpieczeństwo, czy wygodę, ale i zdrowie, a nawet życie. Wymagamy od was, niejednokrotnie, bezprecedensowych poświęceń i jesteśmy wam za nie dozgonnie wdzięczni.
- Przed laty – podjął dalej Roy – Istniał taki zwyczaj, że rok rocznie, wszyscy pracownicy departamentu zbierali się i wspólnie ze swymi rodzinami bawili się i świętowali. Miało to na celu zarówno podziękowanie im, za ofiarna służbę, jak i zadzierzgnięcie więzi, jako że wszyscy stanowimy jedną, wielką, rodzinę. Nie wyobrażamy sobie więc lepszego czasu dla takiego spotkania jak święta Bożego Narodzenia, najbardziej rodzinne ze świąt.
- To spotkanie jest dla was, to jest wasz wielki wieczór – mówił dalej Kingsley. – Pragnę jednak podziękować dyrektorowi Roy’owi, za danie mi możliwości spędzenia tego wieczoru razem z wami. Jednocześnie, sądzę że będę mówił teraz w naszym wspólnym imieniu – Spojrzał na stojącego obok Roy’a. – Pragnę wam złożyć najszczersze życzenia szczęśliwych i radosnych świąt Bożego Narodzenia, w gronie rodziny i przyjaciół i obyśmy za rok spotkali się w tym samym, a nawet większym gronie, jeszcze szczęśliwszy niż dziś.

Jego przemówienie utonęło w oklaskach.

Inspirowane: balet „Dziadek do orzechów” – Piotr Czajkowski.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

9. Cokolwiek uczynisz kobiecie.

20 gru

- Czy ktoś mógłby drugie piętro wcisnąć? – przemówił stos dokumentów, wchodząc do windy. Ukryta za nim osoba usłyszała kliknięcie przycisku i windą szarpnęło.
- Daj – odezwał się jeden ze współtowarzyszy podróży magiczną windą. – Pozwól, że ci pomogę. – Ponad połowa trzymanego stosu zgrabnie wysunęła się z jej dłoni, odsłaniając widok i twarz uczynnej osoby. Poznała go od razu i poczuła jak robi jej się gorąco. Czemu musiała wsiąść akurat do tej windy, którą jechał Harry Potter? Ten sam Harry Potter, którego władowała w niezłe tarapaty w szóstej klasie i ten sam Harry Potter, od którego przejęła chyba jedyną sprawę, jakiej nie udało mu się rozwikłać. Obawiała się tego spotkania od pierwszej chwili, w której Harry zaczął pracować w Biurze Aurorów, ale jak dotąd udawało jej się zgrabnie unikać spotkania. Aż do dzisiaj. Trwali teraz w milczeniu, dzieląc się stosem dokumentów i wpatrując w siebie wyczekująco. Czuła, jak powietrze robi się coraz cięższe.
- Knock, Knock? – zapytał wreszcie, wskazując brodą na jej połowę stosu.
- Kto tam? – spytała, łapiąc aluzję i oboje wybuchnęli śmiechem. Lody zostały przełamane.
- Nie wpadłaś na to, żeby wylewitować je przed sobą różdżką?
- Niby jak? Nim się zorientowałam, miałam je wszystkie w dłoniach, a zębami sobie różdżki z tyłka nie wyciągnę, choćbym nie wiem jak się starała.
- Cyt, cyt, cyt – zacmokał. – Szalonooki mawiał, żeby nie nosić różdżki w tylnej kieszeni, bo można sobie tyłek odstrzelić.
- Połowa czarownic zaczęłaby nosić je właśnie w tylnej kieszeni, licząc na odstrzelenie tyłka, jako szybką metodę zrzucenia zbędnych krągłości. – Uśmiechnęła się mimowolnie. Harry otworzył usta, lecz ponownie je zamknął, najwyraźniej nie znajdując odpowiedzi na taką tezę.
Winda minęła kolejne dwa piętra, szczęśliwie zbliżając się ku Departamentowi Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
- Zmieniłaś fryzurę – stwierdził, patrząc na długie, grube loki w kolorze jasnego blond, które spływały na jej ramiona i plecy.
- Tak, już jakiś czas, te lepiej pasują do jasnego makijażu, który noszę po… – urwała nagle, zdając sobie sprawę do jakiego tematu doszli.
- Dobrze ci w nich. Wyglądasz, niczym z zupełnie innej bajki. Ich też niemal nie widać – ciągnął po krótkiej przerwie. – Teraz nawet nadają ci pewnego uroku. – uśmiechnął się ciepło.
Z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że unikanie Harrego Pottera było niezwykle dobrym pomysłem.
- Co słychać u Cho? – spytał nagle, tak że nieomal upuściła stos dokumentów.
- Ch-Cho? – wydusiła.
- Tak, spotykacie się?
- Tak, spotykamy. To znaczy, widujemy się czasami. U niej wszystko w porządku. Mam przekazać pozdrowienia?
- Nie trzeba. Pytałem z czystej ciekawości.
Winda zatrzymała się nareszcie i kraty się rozsunęły, a kobiecy głos począł im obwieszczać, że znajdują się na piętrze drugim, gdzie znajdują się biura Patrolu Przestrzegania Prawa, Komisja Niewłaściwego Użycia produktów Mugoli, Biura Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej, oraz Kwatera Główna Aurorów.
- Dzięki, dalej poradzę sobie sama – powiedziała, wyciągając swoją połowę stosu, po resztę dokumentów.
- Daj spokój. Pomogę ci je zanieść. – Wzruszył ramionami, wychodząc z windy.
- Nie jedziesz do ministra? – spytała z nadzieją w głosie.
- Nie, nie dzisiaj. Na dzisiaj minister ma mnie już dość. – Rzucił przez ramię, prąc naprzód. Chcąc nie chcąc, ruszyła za nim. Kiedy skręcili z głównego korytarza i znaleźli się w pomieszczeniu zajmowanym przez Kwaterę Główną, Harry zwolnił, zrównując się z nią. – Który boks jest twój?
- Na końcu, ostatni rząd po prawej. – Powiedziała, tracąc resztki nadziei, że się go pozbędzie.
Szli ramię w ramię przejściem pomiędzy boksami i odnosiła wrażenie, że wszyscy odwracają głowy, by lepiej się przyjrzeć. Czuła się jak na jakimś wybiegu, na którym wszyscy chcą cię obserwować. Ona i Harry Potter idący ramię w ramię… Oczywiście zdawała sobie sprawę, że to jej bujna wyobraźnia i absolutnie nikt nie zwraca na nich uwagi, bo kogo mogliby obchodzić. Tym nie mniej czuła się niepewnie. Harry najspokojniej w świecie wszedł do jej boksu, kładąc stos dokumentów na biurku i nim zdołała się przepchnąć do swojego krzesła, rozejrzał się po wnętrzu, które niemal w całości pokryte było dokumentami dotyczącymi „śmierci” Knota. Białymi kartkami pergaminu, zapewne zaczarowanymi zdjęciami i dokumentami dowodzącymi, że został zamordowany, a to wszystko gdzieniegdzie przetkane było osobistymi akcentami i pamiątkami. Robione na szydełku kwiatuszki, jakieś koronkowe serwetki, kilka obrazków i zaczarowane zdjęcie na biurku, takie samo jak u niego. Biała kartka w drewnianej rameczce. Tylko dla jej oczu.
- Dziękuję ci za pomoc – odezwała się, przerywając mu ocenę jej biura. – Następnym razem będę pamiętała o różdżce.
- Proszę, powiedz mi, że nie wzorowałaś się ze swoją fryzurą na niej – odpowiedział, patrząc na dowód rzeczowy K-69a. Mugolski obrazek pastereczki w niebieskiej sukience, bogato zdobionej koronkami. Pastereczka miała dokładnie ten sam kolor włosów, tyle że jej skryte były pod czepkiem i jedynie kilka kosmyków opadało na pliczki i ramiona.
- Co? Merlinie broń! – Niemal wykrzyknęła, widząc gdzie patrzy. – To czysty przypadek. Poza tym – uspokoiła swój oddech – nie jestem fanką idylliczno-rustykalnych sukienek.
- Wiem, że zapewne nie możesz podać mi szczegółów, ale tak ogólnie, jak ci idzie śledztwo?
- Tak ogólnie. Skoro i tak znasz wszystkie fakty… Mam kilka teorii, wszystkie równie mało realne i niemal żadnych poszlak i dowodów na ich podparcie.
- Znajdziesz tego kogoś, a jak będzie ci potrzebna pomoc, to wiesz gdzie mnie szukać. – Harry wycofał się z jej boksu, kierując z powrotem do siebie.
- Harry! – Zatrzymała go cichym wołaniem. – Ja… ja chciałam cię przeprosić…. – zaczęła, kiedy cofnął się do niej.
- Nigdy nie przepraszaj, to oznaka słabości – odpowiedział spokojnie.
- Daj mi dokończyć – ofuknęła go. – Chciałam cię przeprosić, bo jest mi naprawdę przykro w związku z tym co się stało… co wam się stało, ale jeśli byłabym tam jeszcze raz i miała dokonać tego wyboru jeszcze raz, to zrobiłabym dokładnie to samo.
- Zasada sześćdziesiąta ósma. Dla rodziny rób to co trzeba, nie oglądaj się za siebie. – Uśmiechnął się do niej, sama nie wiedziała, który to już raz tego dnia.
- Nie masz o to do mnie pretensji? – Nie mogła otrząsnąć się z małego szoku.
- Już nie, bo wiesz co? Nie mam pojęcia, co zrobiłbym na twoim miejscu. Do zobaczenia Marietto. – Odszedł do swojego biurka z rękami w kieszeniach, pogwizdując jakąś melodię. Szybko zaczarowała obrazek Pastereczki, by komuś nie przyszły do głowy jakieś niebezpieczne skojarzenia i wróciła do przeglądania dokumentacji w poszukiwaniu dowodów, podpierających którąś z jej teorii co do tego, kto dokonał morderstwa.

To był niezwykle szalony dzień w pracy, choć takim się zapowiadał i gdy opuszczała Biuro Aurorów, nie marzyła o niczym innym, jak powrót do domu, zrzucenie z siebie opinającego ciało munduru i wygodne opadnięcie na kanapę, z kieliszkiem dobrego wina w dłoni.
Spotkanie Harrego Pottera wytrąciło ją na pewien czas z równowagi, ale nawet kiedy już się uspokoiła, nie potrafiła do końca dnia przestać myśleć o tym co jej powiedział. Harry Potter, który nieomal pochwalił ją za wydanie siebie i swoich przyjaciół w ręce różowej ropuchy…
Gdyby nie potrzeba zrobienia zakupów w prowadzonym przez Pakistańczyka mini markecie na przedmieściach Bristolu, gdzie mieszkała, zapewne myślałaby o całym zdarzeniu, wchodząc do domu. Rzeczony Pakistańczyk miał jednak niesamowity wprost dar do wciągania w długie dyskusje i w dodatku, jak każdy arab, wprost nie mógł się oprzeć, by nie podrywać kobiety o blond włosach, niezależnie czy były one naturalne, czy jedynie farbowane.
Jak co dzień Marietta musiała się opierać jego nieporadnym zalotom, podpartym hipnotyzującym spojrzeniem, dużych kasztanowych oczu. Może inna uległaby tym oczom, w tym jednak wypadku, Pakistańczyk stał na straconej pozycji.

Kiedy drzwi zamknęły się za nią, usłyszała delikatne kliknięcie zapadek w samozatrzaskowym zamku, chroniącym dom przed dostępem mugoli. Nie ujmując nic ze swoich marzeń, rozpięła na sobie mundur, pozwalając mu opaść na podłogę hallu i ubrana jedynie w bieliznę boso ruszyła ku salonowi, z różdżką zatkniętą za wąski pasek materiału na jej biodrze.
- Wróciłam! – zawołała w głąb domu, choć wołanie było zbyteczne, gdyż dom mógł ustąpić wielkością niejednemu mieszkaniu, a co za tym idzie i z jednego jego skraju ku drugiemu nieomal można było usłyszeć szept.
- To cudownie, skarbie. Jak ci minął dzień? – usłyszała słowa płynące z kuchni.
- Męczący, a twój?
- Jak każdy dzień w biurze. Mój, hmm, kilka rozniesionych podań, sprzątanie domu, gotowanie dla nas kolacji i czytanie gazet w poszukiwaniu ogłoszeń o pracę. Zwykły dzień, jak co dzień.
- Wpadłam dzisiaj na Harrego Pottera. – Marietta powiedziała miękko, opadając na sofę w salonie, do którego weszła podczas rozmowy. – Pomógł mi przenieść stos papierów.
- Miło z jego strony.
- Porozmawialiśmy sobie chwilę. Podoba mu się moja nowa fryzura.
- Naprawdę?
- Mhm.
- Mi też się podoba.
- Wiem, mówiłaś mi to miesiące temu.
- A on powiedział ci to dopiero dzisiaj? Przecież codziennie pracujecie w jednym biurze.
- Faceci nie zauważają takich rzeczy.
- Myślę, że to tylko on ma z tym problemy.
- Mówisz z doświadczenia? – Marietta świdrowała ją rozbawionym wzrokiem.
- Jego wpadki mogę wymieniać godzinami. – Przewróciła oczami, podając Marietcie kieliszek wina i opadając ze swoim na fotel.
- Kazał cię nie pozdrawiać. – Blondynka ukryła uśmiech w kieliszku.
- A nie mówiłam? Taktowny do bólu. – Cho pokręciła głową z niedowierzaniem. – Możesz mu przekazać, że również go nie pozdrawiam.
- Więc oboje możecie się czuć niepozdrowieni. – Obu kobietom wyrwał się niekontrolowany chichot.
- Wiesz co mi powiedział? – Marietta ciągnęła, kiedy już się odrobinę uspokoiła.
- Że podoba mu się twoja nowa fryzura? – Cho upiła łyk ze swojego kieliszka.
- Nie, znaczy to też, ale powiedział mi, że na moim miejscu zrobiłby to samo co ja. – Było oczywistym, że Harry powiedział jej co innego, ale nie chciała się wdawać w dywagacje „co, by” „gdyby”.
- Trochę mu zajęło dojście do takich wniosków. – Cho uśmiechnęła się z nieskrywaną ironią. – A przy okazji nie przeprosił cię aby za ten malunek na twarzy?
- Nigdy nie przepraszaj, to oznaka słabości. Poza tym to nie on, tylko Hermiona Granger mnie tak urządziła.
- Co on poparł i pochwalił mi w twarz i co to w ogóle z tą oznaką słabości?
- Nie wiem, on mi to powiedział, jak chciałam przeprosić.
- Uroczo.
- Przestań. Mogłabyś być odrobinę milsza. W końcu zrobiłaś mu kilka niezłych scen, kiedy byłaś jego dziewczyną.
- Nigdy nie byłam na serio jego dziewczyną. On był taką zasłoną dymną, no i nauczyłam go kilku rzeczy. Młoda Weasley może powinna mi nawet podziękować. Może i nie udało mi się zrobić z niego faceta, ale na pewno wyleczyłam go z bycia ostatnią sierotą.
- Ej, serio, mogłabyś z niego trochę zejść. – Marietta obruszyła się odrobinę.
- Mogłabym, na przykład, wchodząc na ciebie. – Cho uśmiechnęła się, odstawiając swój pusty kieliszek. Marietta wygodniej ułożyła się na sofie.

Kiedy jest się niepoprawną bałaganiarą, pozostającą w namiętnym związku z drugą niepoprawną bałaganiarą, dobrze jest znać całą paletę silnych zaklęć gospodarskich. Kiedy wychodziła z sypialni, do której trafiły wczoraj z sofy, po drodze odwiedzając stół kuchenny, na którym nie tylko jadły, i prysznic, pod którym akurat tylko się myły, choć trwało to bardzo długo i robiły to niezwykle dokładnie, jej mundur wciąż leżał na podłodze hallu.
Sięgnęła po różdżkę, która ponownie znajdowała się za tasiemką majtek (ciekawe co na temat takiego noszenia różdżek powiedziałby Szalonooki) i delikatnym szarpnięciem wylewitowała ubranie w powietrze. Spódnica szybko oddzieliła się od żakietu i koszuli w kolorze khaki i wszystkie te części stroju zawisły w powietrzu, formując swoisty trójkąt. Kolejne machnięcie spowodowało nagłe spienienie się ubrań. Następne je opłukało, potem jeszcze jedno, które uwolniło z różdżki podmuch gorącego powietrza, dla osuszenia tkanin i ostatnie, zaklęcie nagłego wyprasowania. Niecałe trzy minuty i wczorajsze ubrania wyglądają i pachną niczym nowe. Ach te nowinki magii gospodarczej.

Marietta wsunęła na siebie spódniczkę, zasuwając ją na krótki suwak i pojedynczą haftkę, a następnie sięgnęła po nadal zawieszoną w powietrzu bluzkę, którą poczęła powoli zapinać, guzik po guziku, aż ta opięła się na jej obfitych i jędrnych piersiach. Nie zwykła nosić staników, chyba że było to bezwzględnie konieczne. Jej piersi nie potrzebowały żadnej pomocy, by dumnie się prezentować i budzić zachwyt przedstawicieli obu płci.
Kiedy już uznała, że jest gotowa do wyjścia, niespiesznym krokiem ruszyła ku zamontowanemu w jednej ze ścian salonu, kominkowi. Wystarczyła szczypta zielonego, delikatnie opalizującego proszku, by już po chwili Marietta wirowała, mknąc wprost ku kominkom Ministerstwa Magii.

Nie lubiła tej formy transportu. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że sieć Fiuu jest o wiele bezpieczniejsza od aportacji, podobno jest ona nawet bezpieczniejsza od latania na miotle – wszak z miotły zawsze możesz spaść, możesz się na niej przeziębić, albo wlecieć w jakiś szybowiec. – Mimo wszystko, nie lubiła tej formy transportu i oddałaby wiele, by móc co rano aportować się z progu swojego domu. Cóż jednak było począć – mugole, wszędzie mugole. Kiedy wirowanie ustało i mogła wreszcie wyjść z kominka w lobby Ministerstwa Magii, zamknęła na chwilę oczy, policzyła do pięciu i wzięła głęboki oddech. Stało się to już jej codziennym rytuałem. Na pewno lepiej było zatrzymać się na kilka sekund i policzyć do pięciu, niż łapać się framugi kominka, w irracjonalnej obawie przed upadkiem. Gdy tylko otworzyła oczy, obciągnęła na sobie mundur i natychmiast energicznie pomachała, by przywitać się z pierwszą znajomą osobą, na jaką padnie jej wzrok. Kolejny stały rytuał, mający na celu zakamuflowanie „traumy kominkowej”.
- Peter! – Tym razem padło na młodego chłopaka z Biura Głównego Sieci Fiuu, który nie tak dawno dokonywał przeglądu ich kominka i przedłużał pozwolenie na podłączenie ich domu do sieci.
- Witaj. – Chłopak odmachał, uśmiechając się niepewnie. Z całą pewnością nie spodziewał się tak radosnego powitania, od osoby, z którą rozmawiał zaledwie przelotnie. Po tej małej inscenizacji, w międzyczasie której ustąpiło drżenie kolan, mogła raźno ruszyć ku windom, które zawiozą ją na drugie piętro Ministerstwa Magii.
Kiedy skręciła z głównego korytarza do pomieszczenia zajmowanego przez Kwaterę Główną Aurorów, jej wzrok padł na oddalony o zaledwie kilka metrów boks zespołu szybkiego reagowania. Każdy wchodzący do Kwatery Głównej spoglądał na ten boks, zwyczajnie inaczej wejść się nie dało, poza tym, obecność lub nieobecność zespołu dawała pojęcie o tym, co aktualnie dzieje się w biurze. Wzrok każdego wchodzącego mimowolnie padał na Harrego, który siedział niemal przy samym przejściu, twarzą do wejścia i korytarza. Marietta wiele razy widziała już jego czuprynę, kiedy siedział pochylony nad jakimiś papierami. Czasami też widziała jego profil, kiedy rozmawiał z którymś z członków zespołu. Tym jednak razem, kiedy wchodząc zobaczyła jego czarne, sterczące we wszystkich kierunkach włosy, przypomniała sobie wczorajszą rozmowę w jej boksie i stanęła jak wryta, odwracając wzrok i mimowolnie dotykając swoich włosów. – Idiotka! – powiedziała do siebie. – Nic głupszego ponad zablokowanie przejścia nie mogłaś zrobić, by zwrócić na siebie uwagę. – Kiedy ponownie spojrzała w jego stronę, przyglądał jej się, w dłoniach nadal trzymając jakiś dokument. Jego twarz wyrażała raczej nikłe zainteresowanie. – No tak, osiągnęłaś dokładnie to, czego mogłaś się spodziewać – warknęła na siebie i delikatnie skinęła mu głową. W odpowiedzi otrzymała ciepły uśmiech, po którym, nie czekając na więcej ruszyła do swojego boksu. Jeszcze kilka razy rzucała okiem w jego kierunku, ale ani razu nie podniósł już wzroku znad czytanego dokumentu. Sama nie wiedziała, czemu zareagowała tak panicznie na wspomnienie wczorajszej rozmowy. Czy chodziło o to, że przejęła po nim sprawę, o jej fryzurę, a może o wspomnienie o Cho? Każda ta rzecz z osobna i wszystkie razem wydawały się zupełnie nieistotne i nie wiedziała co w nich mogło ją do tego stopnia wytrącić z równowagi i dopiero, gdy już siadała za swoim biurkiem wróciły do niej ostatnie słowa jakie do niej wypowiedział „Bo wiesz co, nie mam pojęcia, co zrobiłbym na twoim miejscu…” To było tak szokujące. Harry Potter nie wykluczający zdrady przyjaciół w imię rodziny. Tylko, czy on powiedział, że nie wykluczał zdrady przyjaciół, czy może miał na myśli coś innego, jakieś zupełnie odmienne rozwiązanie, które jej nie przyszło nawet do głowy.

Otrząsnęła się z tych myśli i zaparzywszy sobie wielki kubek mocnej kawy, zabrała się za pracę. Od tygodni ślęczała nad tą samą sprawą, której nie udało się rozwiązać Harremu Potterowi i zdawała sobie sprawę z tego, jakie znaczenie, zarówno w kwestii bezpieczeństwa, jak i prestiżowe ma ona dla Biura Aurorów. Udało jej się zawęzić listę osób, które miały możliwość zabicia Korneliusza Knota, do kilkunastu, może nawet kilku najbardziej prawdopodobnych. Dla każdej z tych osób dysponowała niemal identyczną liczbą poszlak i właściwie zupełnym brakiem dowodów. Odetchnęła z rezygnacją. Kiedy przejmowała sprawę od Harrego Pottera zdawała sobie sprawę, że nie uda jej się zdobyć choć jednego dowodu, na kogokolwiek. Gdyby choć jeden dowód istniał, Harry Potter na pewno by go odkrył i już dawno zaaresztował tę osobę. Czekało ją więc zbieranie poszlak i szukanie sposobu, by udowodnić tą malowniczą zbrodnię komuś. Z westchnieniem sięgnęła po gruby plik folderów zawierających nazwiska potencjalnych morderców i wskazujące na nie poszlaki. Zaczęła je przekładać z kupki na kupkę niczym pokerzysta tasujący karty, powoli czytając kolejne nazwiska widniejące na okładkach. Shacklebolt, Weasley, Pascal, Newton, Goyle, Zabini, kilku innych śmierciożerców, Cuffe, Pills, Preston, Potter.

Zatrzymała się na folderze, długo wpatrując się w widniejące na nim nazwisko Harrego i intensywnie myśląc. Zawsze kiedy Marietta intensywnie myślała, miała w zwyczaju ściągać brwi tak, że na jej czole tworzyła się głęboka, pionowa zmarszczka. Ostatecznie, niedbałym ruchem odrzuciła od siebie folder, umieszczając go w stojącym koło biurka koszu. Nie zawracając sobie więcej głowy leżącą w śmiechach teczką. Sięgnęła po kolejny z odrobinę stopniałego już stosu folderów i długo trzymała go w dłoni, jakby sprawdzając jego wagę. Wiedziała, że w tym folderze znajduje się prawdopodobnie więcej dokumentów, niż w którymkolwiek innym. Jednocześnie jednak miała w stosunku do niego największe wątpliwości, czy warto rzucać rękawicę. Siedziała tak, w zawieszeniu przez długie sekundy, z każdą kolejną uświadamiając sobie dobitniej, że prawdopodobnie kolejny już dzień nie podejmie żadnej decyzji i kiedy już miała odłożyć folder na ten sam stos, na które powędrowały poprzednie, nagłym impulsem poderwała się z krzesła. Uświadomiła sobie nagle, że przecież nie musi rzucać tej rękawicy sama, że jest ktoś, kto być może ją poprze. Być może stanowiło więcej, niż mogła sobie marzyć.

Rzędy boksów pokonała w na wpół radosnym transie, póki nie zatrzymała się u celu.
- Hej, Harry, mogę prosić cię na słowo? – powiedziała, zdając sobie sprawę, że brzmi chyba odrobinę zbyt radośnie.
- Jasne. W czym mogę ci pomóc? – spytał, podnosząc wzrok znad pisanego raportu.
- Wolałabym na osobności. – Harry wstał bez słowa, kierując się ku przeciwległej ścianie, miejscu oddalonemu zaledwie o kilkanaście kroków od jego biurka, w którym jednak nikt nie mógł ich już podsłuchać. Teraz sobie uświadomiła, że widywała go już tutaj, jak rozmawiał z różnymi osobami, i zawsze się dziwiła takiemu miejscu spotkań, z dala od automatów z kawą, czy przekąskami, bez okna, by można podziwiać widoki, czy wygodnego fotela. Ot, nic ponad fragment ściany. Teraz poznała tajemnicę tego miejsca i zrozumiała ile tajemnic musi w sobie nosić Harry Potter.
- Więc, w czym mogę ci pomóc, Marietto? – spytał uprzejmie.
- Pamiętasz, jak wczoraj mówiłam, że nie mam realnych teorii i dowodów na ich podparcie? – Harry milczał, wpatrując się gdzieś, ponad jej ramieniem. – Trochę kłamałam. – Dokończyła niepewnie. Ponownie czekała na jego reakcję, on jednak wygodnie oparty o ścianę przeczesywał wzrokiem salę za jej plecami. Nie ponaglał, czekał aż sama powie to, co chce mu przekazać. – Jest jedna teoria. – Po chwili wahania podała mu folder. Nawet na chwilę nie zawahał się, widząc nazwisko na okładce, otworzył przekazaną teczkę i bez słowa komentarza zaczął przeglądać zgromadzone w niej materiały. Kiedy do niego szła, spodziewała się, że rzuci ledwie okiem na dokumenty i przekartkuje je, czytając nagłówki, on jednak powoli i uważnie przeglądał każdy znajdujący się w folderze zapis. Zaczęła już żałować, że nie wybrał sobie wygodniejszego miejsca na rozmowę i poczęła rozważać możliwość wyczarowania sobie krzesła, kiedy Harry wreszcie się odezwał, nadal przeglądając dokumenty.
- Jesteś tego absolutnie pewna? – mruknął bez większego zainteresowania, nadal pochylony nad dokumentami.
- Tak. Sam widzisz akta. Dowody wskazują jednoznacznie.
- To są poszlaki, Marietto. Nie zawarłaś ani jednego dowodu w tych aktach – mówił, niemal nie poruszając ustami, pochylony nad dokumentami. Na początku pomyślała, że nie chce jej spojrzeć w oczy, dopiero po sekundzie zrozumiała, że nie chce, by ktoś wyczytał mu choć jedno słowo z ruchu warg.
- Nie ma ani jednego dowodu – przyznała. – Nie udało się go znaleźć tobie, tak samo nie udało się znaleźć go mi. Tam zwyczajnie nie został żaden dowód.
- Jeśli sprawa upadnie, to śledztwo zostanie zamknięte i nikt już nie zostanie oskarżony. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- Zdaję.
- Masz pewność, że to nikt inny? Jest długa lista Śmierciożerców, jego znajomych, którzy mieli dostęp do domu. Może ktoś z nich?
- Może, ale na żadnego z nich nie ma aż tylu dowodów, przepraszam, poszlak.
- Wiesz, że rozpęta się piekło?
- Mam tego świadomość – przyznała z niechęcią.
- Jeśli okaże się, że nie miałaś racji, to może być twój koniec. Jesteś na to gotowa? – To było bardzo dobre pytanie. Czy była gotowa położyć na szali swoją karierę, a może nawet życie i wytoczyć tę sprawę?
- Tak – odpowiedziała zdecydowanie. Na tyle zdecydowanie, na ile była w stanie.
- Przygotuj mi wszystkie materiały – powiedział, tym razem już prosto w jej twarz. – Muszę się z tym na spokojnie zapoznać. – Oddał jej folder i wrócił do swojego biurka. Zakończenie rozmowy choć uprzejme, było odrobinę bezceremonialne. Miała jednak świadomość, że większość aurorów uznałaby, że nie warto podejmować tej sprawy. Harry chciał się zapoznać z pełną dokumentacją, więc widział w jej działaniach przynajmniej cień szansy powodzenia. Wróciła do swojego boksu w o wiele lepszym nastroju. Po drodze odwróciła się delikatnie, by spojrzeć na Harrego. Spodziewała się, że będzie wymieniał się informacjami z członkami swojego zespołu, a przynajmniej relacjonował rozmowę szefowi, z szokiem więc odkryła, że w milczeniu wrócił do swojej pracy. – Harry Potter, auror, którego nigdy nie odgadniesz – pomyślała, wracając do swoich zajęć.

Przez resztę dnia nikt jej nie niepokoił i nie przerywał pracy. Właściwie to rzadko kiedy ktoś ją niepokoił w jej boksie, na AOSie, archiwum, czy innym miejscu, gdzie akurat zastała ją praca. Nigdy nie starała się zawierać przyjaźni w pracy. Najpierw unikała ludzi, kiedy to na jej twarzy wciąż widniał jakże uroczy ślad po krostach z pozdrowieniami od Hermiony Granger. Potem już była na tyle zasiedziałym pracownikiem, że większość uznała ją za odludka i spontaniczne próby zadzierzgnięcia przyjaźni także spalały na panewce. Wreszcie była na tyle szeregowym pracownikiem, że i szef nie miał zbyt często powodów by ją niepokoić, czy rzucać jej na głowę gigantyczne ilości zadań. Ostatnie tygodnie spędziła, właściwie siedząc i starając się dopasować posiadane poszlaki tak, by wreszcie kogoś oskarżyć, a potem skazać i wsadzić, udowadniając, że był tym, kto zabił Knota. Teraz zbierała wszystkie posiadane dokumenty, by je usystematyzować i przekazać Harremu dla zapoznania się z nimi.

Kiedy myśli się o dokumentach w biurze, urzędzie, a tym bardziej instytucji strzegącej bezpieczeństwa, wyobraża sobie człowiek przegródki zajęte stosami dokumentów, głębokie szuflady podzielone przekładkami, w których równiuteńko, jedna obok drugiej, spoczywają niezliczone teczki. Tak sobie to człowiek wyobraża i zapewne tak jest, ale nie tutaj. W boksie Marietty panował bałagan lub, jak wolała to nazywać, twórczy nieporządek. Generalnie sprowadzało się to do tego, że ona sama wiedziała dokładnie gdzie co leży, nikt inny jednak nie był w stanie odnaleźć w tym biurze czegokolwiek. Wiedziała, że zwykłe zgarnięcie papierów na stos i wrzucenie ich do pudełka nie załatwi sprawy, bo Harremu całe dnie, albo i tygodnie zajmie rozeznanie się w tym wszystkim, albo co gorsza, uzna, że szkoda zachodu i jednak jej nie pomoże. Oczywiście znała całą gamę zaklęć gospodarskich, które uporządkowałyby te dokumenty, istotą takich zaklęć jest jednak, by osoba porządkująca wiedziała w jaki sposób chce rzeczy uporządkować, a ona nie miała na to najmniejszego pomysłu. Wreszcie, kiedy już odrzuciła układ rzeczowy, alfabetyczny, czy chronologiczny dokumentów i była rozdarta między załamaniem się i płaczem z bezsilności, uznała, że zrobi rzecz na wskroś zabawną i uporządkowała całą dokumentację wedle grubości teczek w jakiej poszczególne poszlaki się znajdowały. Nie było to może profesjonalne i nie ułatwiało przekopywania się przez stos, było jednak na tyle dowcipne, by Harry z miejsca nie odrzucił papierów w trzy diabły. Kiedy już ogarnęła wszechobecny burdel z szybkością kwalifikującą ją na dyrektora dużej instytucji zarządzającej ubezpieczeniami społecznymi, mogła wygodnie wyciągnąć się na swoim krześle, kontemplując nic nierobienie. Nie musiała się spieszyć z niesieniem dokumentów Harremu. Doskonale wiedziała, że wszyscy członkowie zespołu szybkiego reagowania spędzają w ministerstwie bite dwanaście godzin, a czasem i więcej, jeśli zdarzało się coś niespodziewanego. Ona, z drugiej strony, podobnie jak większość aurorów i niemal wszyscy z pozostałych pracowników Ministerstwa Magii była, jak to mawiają mugole, zwierzęciem korporacyjnym. Przychodziła na ósmą, wychodziła o szesnastej i poza tymi godzinami pracę miała głęboko w nosie. Nie rozumiała pracoholików z ich zamiłowaniem do przesiadywania nad zadaniami zawodowymi nawet po godzinach pracy i podziwiała tych, którzy mimo przesiadywania w pracy, potrafili jakoś utrzymać się w związkach z inną osobą. Skoro zaś była już przy związkach z innymi osobami, przypomniała sobie, że i na nią czeka ktoś w domu, więc nie ma co zbytnio zamarudzić w pracy.
Spojrzała na zegar, który wskazywał, że powinna spędzić w biurze jeszcze bite trzy kwadranse. Zaczęła więc powoli pakować wszystkie swoje manatki, starając robić to jak najwolniej i najdokładniej, byle tylko zabić czas. Kiedy już przepakowała swoją torbę po raz trzeci i upewniła się, że na żadnej półce czy w szufladzie nie pozostawiła swoich drobiazgów, ponownie spojrzała na zegar. Przez chwilę wpatrywała się w niego tępo, zastanawiając się, czy aby się nie zepsuł. Robiąc wszystko powoli i pieczołowicie, udało jej się stracić zaledwie dziesięć minut z czterdziestu pięciu jakie pozostawały do fajrantu. Przeklęła w myślach w sposób najzupełniej nie przystający kobiecie, rzec by się chciało, że w sposób nie przystający urzędnikowi, ale życie uczy, że nie ma czegoś takiego, jak rzecz nie przystająca urzędnikowi, o czym sami wielokrotnie zwykłym ludziom przypominają, tak więc i przekleństwa w gamie rzeczy przystających zapewne się znajdują. – Nie, tak nie będzie – powiedziała sobie w myślach już bardziej kulturalnie po czym sięgnęła po druk polecenia wyjścia służbowego. Jeśli nawet komuś zechciałoby się sprawdzać czy jest w pracy, trafi na informację, że pracuje w terenie, a gdzie to „w terenie” jest, to już nikt nie jest przecież w stanie odgadnąć. Wypisany kwit złożyła w kształt samolociku i stukając w niego różdżką posłała na biurko szefa zmiany, gdzie miało wylądować pomiędzy co najmniej tuzinem innych samolocików z ostatniej godziny.

Kiedy zyskała pewność, że samolocik dotarł już do adresata, szybkim ruchem poderwała się z zajmowanego krzesła, przerzuciła torbę przez ramię, w dłoń chwytając uprzednio zmniejszone pudełko z wszystkimi zebranymi dokumentami. Była już w drzwiach boksu, kiedy jej spojrzenie padło na stojący koło biurka kosz. Na jego dnie nadal spoczywał folder z nazwiskiem Harrego Pottera. Najwyraźniej sprzątacze po raz kolejny urządzili strajk włoski. Strajk Włoski. – Ciekawe, skąd ta nazwa? – pomyślała przelotnie i już miała wyszeptać „Evanesco”, kiedy zupełnie zmieniła zdanie. Sięgnęła po folder i płynnym ruchem schowała go do przewieszonej przez ramię torby. Dopiero wtedy na dobre pożegnała się ze swoim boksem.
Kiedy podeszła do Harrego, by przekazać mu pudełko z dokumentami, nie podniósł nawet głowy znad jakiejś mapy, mamrocząc coś pod nosem, jedynie delikatnym ruchem palca, wskazując gdzie ma postawić pudełko. Rzuciła szybkie „cześć” i czmychnęła do wind. Był piątek, chciała więc jak najwcześniej dostać się do domu i odpocząć sobie przez cały długi weekend, w którym udało jej się nawet zdobyć w niedzielę dzień wolny od pracy. – Dzień wolny od pracy! Jak mogłam zapomnieć. – pomyślała i jej radość z piątkowego popołudnia jakby odrobinę przygasła. Uświadomiła sobie, że wzięła urlop na prośbę Cho, by obie mogły pojechać na obiad, zaproszone przez jej rodziców.

Cho i Marietta dość często wpadały w odwiedziny do swoich rodzin. Czasem same, czasami wspólnie. Po tylu miesiącach wspólnego życia stało się to już niepisaną tradycją. Dobrze jest utrzymywać więzi rodzinne, szczególnie, jeśli rodzina jest naprawdę zgrana i można z nią konie kraść. Taka była rodzina Marietty, jeśli zaś chodzi o Cho… Cóż, by zrozumieć reakcję Marietty w pierwszej kolejności musimy wiedzieć, że jej rodzina doskonale wiedziała jakie relacje panują między oboma młodymi kobietami. Co się zaś tyczy rodziny Cho… Tutaj było zupełnie inaczej.

Poranny rozgardiasz, tak zwyczajny dla niewielkiego domku na przedmieściach Bristolu, tego ranka wzmógł się jeszcze bardziej. Zazwyczaj – jeśli zdarzyło im się wstać jednocześnie – młode kobiety zderzały się w niewielkim korytarzyku lub drzwiach, kiedy jedna z nich ubierała mundur aurorski, druga zaś chodziła w krok za nią w pidżamie z metką Victoria’s Secret, z bułką maślaną w jednej dłoni i kubkiem mleka w drugiej. Dzisiaj, obie kobiety uwijały się jak w ukropie. Walcząc ze sobą o jedyne nadające się do zrobienia makijażu łazienkowe lustro, przed drzwiami mikroskopijnej garderoby, zapinając odświętne ubrania i kilkukrotnie potykając się o siebie, co skutkowało nagłym piskiem i śmiechem, kiedy któraś z nich lądowała na łóżku. Jakie to szczęście że łóżko zajmowało ponad połowę ich sypialni, więc każde potknięcie kończyło się na jego miękkim materacu.

Gdyby szli do państwa Edgecombe skończyłoby się na wytartych pulowerach i jeansach z szafy. Ale dom państwa Chang, rządził się własnymi prawami. Najpierw jednak trzeba było do niego dotrzeć.
- Już wiem, powiedzmy, że złapałam grypę, albo jeszcze lepiej, że ty złapałaś grypę i musiałyśmy obie zostać w domu. – Marietta przemówiła tonem osoby, która opracowała właśnie genialną strategię wojenną, czyli tonem aurora.
- Oj przestań wreszcie. To tylko obiad z moimi, nie wyprawa wojenna – żachnęła się Azjatka.
- O! Właśnie, wyślemy im sowę, że musiałam pójść na jakąś wyprawę wojenną. Operacje aurorów i tak są tajne, więc nie dowiedzą się, że to lipa. – Marietta aż pstryknęła palcami, zadowolona opadając na łóżko. Cho jedynie przewróciła oczami, nie przerywając sobie wpinania zielonej aksamitki w swoje gęste, kruczoczarne włosy.
- Czy musimy przechodzić tę dyskusję za każdym razem? Ja jeżdżę do twoich rodziców bez szemrania.
- Moi rodzice to co innego – Marietta zripostowała szybko.
Faktycznie, jej rodzice, to co innego – pomyślała Cho. – Cała jej rodzina, to co innego.

Po dobrych dwóch godzinach, obie kobiety stały w holu ubrane w odświętne kostiumiki uszyte z czarnego, lśniącego materiału. Cho założyła żakiet i spódnicę w kolano, na co Marietta odpowiedziała buntowniczym – przynajmniej jak na standardy domu państwa Chang – założeniem spodni. Obie też ubrały niemal identyczne białe bluzki ozdobione krynoliną, Marietta przyozdobiła sobie dodatkowo szyję wisiorkiem z dużym zielonym kamieniem oprawionym w srebro, idealnie komponującym się z aksamitką Cho. Tak ubrane, obie kobiety gotowe były na stawienie czoła rodzicom Cho.

Niewielki dworek w stylu wiktoriańskim stał na przedmieściach Glasgow, otaczał go wysoki na dwa metry mur z czerwonej cegły, sponad którego dostrzec można było jedynie zielone czubki żywopłotu z ostrokrzewu. Stalowa brama z pięknie zdobionych, wijących się na podobieństwo bluszczu, czarnych prętów, obita była od środka grubymi płatami blachy. Brak było jakiegokolwiek domofonu, dzwonka, czy choćby prostej kołatki. Okoliczni mieszkańcy przekonani byli, że dworek ten należy do jakichś pomniejszych członków rodziny królewskiej, lub też do sławnego celebryty. Nikt jednak nigdy nie widział, by przez bramę przejeżdżał choć jeden samochód, lub też zza muru startował jakiś helikopter, lub inny środek powietrznego transportu. Jedynie od czasu do czasu, do bramy podchodziły dwie młode kobiety. Tak jak działo się to właśnie teraz.
Marietta i Cho szły chodnikiem oddzielającym wąską uliczkę od muru okalającego wiktoriański pałacyk. Trzymały się za dłonie, nie rozmawiając jednak ze sobą. Obie nie czuły się komfortowo, a sposób podróżowania do domu państwa Chang, który kiedyś był dla Cho czymś normalnym, teraz irytował do granic możliwości. Kiedy od bramy dzieliło je nie więcej niż trzy metry, nagle rozłączyły swoje dłonie i odsuwając się od siebie, przybrały możliwie wesoły wyraz twarzy. Kiedy skończył się mur, obie stanęły naprzeciw stalowej bramy, wpatrując się w nią wyczekująco. Dla postronnego obserwatora ich zachowanie pozbawione było jakiegokolwiek sensu, bo po cóż wpatrywać się w stal zamkniętej na głucho bramy. W chwili, kiedy większość osób wzruszyłaby już ramionami i poszło dalej w swoją stronę, coś kliknęło, skrzypnęło i jednolita na pozór powierzchnia lewego skrzydła bramy jakoby pękła, ujawniając w sobie niewielką furtę, wystarczającą jednak, by można było swobodnie przez nią przejść.
Kiedy tylko obie kobiety zniknęły za stalową bramą, furta z cichym skrzypnięciem wróciła na swoje miejsce, zamek kliknął delikatnie i nie pozostał w bramie najmniejszy ślad po przejściu.

Brama się zatrzasnęła, a Mariettą owładnęło uczucie klaustrofobicznego przytłoczenia, które sprawiało, że wszystkie jej zmysły krzyczały „Uciekaj!” Dokładnie tak samo czuła się w dniu, kiedy po raz pierwszy stanęła na szerokiej alejce wysypanej białym tłuczniem, po obu stronach której rosły szpalery wysokich róż. Ogród różany był dumą mamy Cho, ale zapach jaki od niego płynął przytłaczał. Teraz, całym szczęściem ogród stanowił jedynie plątaninę kolczastych gałęzi, stanowiących odrobinę złowieszczy widok, a może to ona była już zwyczajnie uprzedzona do tego miejsca. Żwir chrzęścił pod ich stopami, kiedy szły alejką w kierunku nadzwyczaj urokliwego pałacyku z czerwonej cegły, tej samej, z której zrobiono parkan. Mariettcie nadal trudno było sobie wyobrazić, że jest to miejsce, w którym wychowała się Cho.
Kiedy wchodziły po szerokich granitowych schodach, dębowe drzwi rozwarły się przed nimi, nie wydając najmniejszego dźwięku. Dalej wszystko odbywało się wedle ustalonego rytuału. W głębi korytarza oczekiwała na nie matka Cho. Szczupła (choć Marietta uparcie twierdziła że zasuszona jak śliwka) kobieta, o raczej bladej cerze, ubrana w swoją tradycyjną bordową, tweedową garsonkę i czarne pantofle. Ręce trzymała prosto wzdłuż ciała. Kiedy weszły do środka, drzwi się za nimi zamknęły, równie bezgłośnie jak uprzednio się rozwarły.
- Dzień dobry, matko. – Cho skłoniła się nisko. Marietta poszła w jej ślady, choć jej ukłon był o wiele płytszy. Kobieta odpowiedziała im ukłonem i gestem zaprosiła je do jadalni. Miejsce to niezmiennie bawiło Mariettę i niezmiennie, resztkami sił, powstrzymywała się przed uśmiechem. Pomieszczenie wyściełane ciemnym dywanem o nieokreślonej barwie, posiadało wysokie ściany, wyłożone ciemną, mahoniową boazerią i równie ciemny sufit, z którego zwisał złoty żyrandol. Ściany ozdobione były ogromnymi obrazami przedstawiającymi rzekomo przodków Cho. Wszyscy ci mężczyźni ubrani byli w tradycyjne, europejskie stroje, odpowiadające epokom, w których żyli, cofając się do połowy XVII wieku. Nie byłoby może w tym nic zabawnego, gdyby nie fakt, że rodzice Cho sprowadzili się do Wielkiej Brytanii z Chin zaledwie na kilka lat przed jej urodzeniem. O ile Marietta wiedziała, a zdarzyło jej się to nawet kiedyś sprawdzić, żaden z przodków Cho, nie opuścił wcześniej nawet Chin. Większość nie opuściła nawet swoich miejsc zamieszkania, a dopiero pradziadek sprowadził się do Miasta Smoka. Ojciec Cho siedział sobie w fotelu z jakąś książką, popalając cygaro. To także bawiło Mariettę, bo wedle wszelkiej jej wiedzy, były to jedyne okazje, przy których pan Chang sięgał po jakąkolwiek książkę.
Potrawy pojawiły się na stole, ledwie do niego zasiedli. Marietta, jak zawsze, jadła w milczeniu, wiedząc, że włączenia się do konwersacji będą od niej wymagać dopiero na poobiedniej herbatce w saloniku. Słyszała jak Cho rozmawia ze swoimi rodzicami, ale póki nie padło jej imię, nie widziała sensu we wsłuchiwaniu się w sens prowadzonej rozmowy. Dopiero, kiedy głosy stały się bardziej podniesione, wróciła do rzeczywistości. Kłótnia przy obiedzie w domu państwa Chang była czymś dotąd nie spotkanym.
- Nie, nie będę słuchać, mamo. Nie interesuje mnie co robi i posiada pan Lee, tak jak nie interesuje mnie jego syn. Ja już jestem w związku i nie zamierzam wstępować w inny. Marietta jest moją dziewczyną i jesteśmy ze sobą szczęśliwe….

***

Wiele mil od tego miejsca, w ciemnym gabinecie pokrywa opadła z głuchym stukotem na kartonowe pudło, po brzegi wypełnione dokumentami, a wraz z pokrywą zapadła decyzja. Aurorzy zaczynają taniec, niech gra muzyka…
___________________________________________________________________________________________________________________
inspirowane: Jestem kobietą wyk: Edyta Górniak.

 

8. Dwoje Znaczy Czworo.

07 gru

Ponownie zastukał w drzwi, jednak jego pukanie do gabinetu i tym razem pozostało bez odpowiedzi. Nacisnął więc na klamkę, delikatnie je popychając. Odskoczyły, nie stawiając oporu i nie wydając najmniejszego dźwięku. Kiedy wszedł do środka zrozumiał, czemu jego pukanie pozostawało bez odpowiedzi.

- Na litość boską – jęknął. – Jesteś w pracy! – Kiedy tylko znalazł się wewnątrz pomieszczenia, jego oczom ukazała się Hermiona, leżąca na swoim biurku i mocno trzymająca za włosy Rona, który zapamiętale całował jej dekolt. – Moglibyście zamykać przynajmniej drzwi, jeśli nie możecie wytrzymać tych kilku godzin. – Zatrzasnął za sobą drzwi, ani myśląc wychodzić z pomieszczenia.
- Harry! – Hermiona pisnęła przestraszona, próbując poderwać się z biurka.
- Stary, czy nie mógłbyś wyjść? – Ron spytał z naciskiem.
- Nie, nie mógłbym, bo jestem tutaj służbowo, a ty jesteś w pracy.
- Mogę sobie przecież zrobić godzinkę wolnego, żeby spotkać się z narzeczoną! – Ron był oburzony.
- Nie sądzę, by Robards podzielał twoje zdanie. Zmykaj, mam sprawę do twojej narzeczonej – odpowiedział chłodno. Zachowanie przyjaciela w godzinach pracy, zaczynało go mierzić. Ron, wściekły, opuścił gabinet, podczas gdy Hermiona zapinała rozchełstaną bluzkę, spod której wystawał koronkowy stanik.
- Jeśli macie problem z mieszkaniem u rodziców, u nas jest sporo wolnych sypialni. Musicie tylko spytać Ginny – powiedział do przyjaciółki, kiedy zamknęły się drzwi za Ronem.
- Dziękuję, ale jakoś rozwiążemy ten problem. – Hermiona skończyła poprawiać ubranie.
- Jeszcze włosy, Hermiono – podpowiedział. – Ja ci podsuwam rozwiązanie. My korzystamy z dwóch sypialni i kuchni. Reszta pomieszczeń, a wiesz jak ten dom jest wielki, stoi pusta.
- Zobaczymy. Miałeś do mnie sprawę.
- Tak. Podpadłaś kilku osobom – uśmiechnął się kącikiem ust.
- Ja? Podpadłam? Ale jak? – Hermiona była zmieszana i zdziwiona jednocześnie. W jej oczach zagościły też ogniki niepokoju.
- Twój szef nie wyrabia się z przeglądaniem raportów od ciebie, mój szef nie może sobie poradzić z twoimi wnioskami, Kingsley… Kingsley ma już oddzielną półkę tylko na twoje papiery – skutecznie udawał, że ma zafrasowaną minę. – Panowie uzgodnili, że muszą pozbyć się ciebie ze swoich głów.
- Ale co? Chcą mnie przenieść?
- Nie, nie zamierzają cię przenosić, nie są na tyle złośliwi, by zwalić cię na głowę komuś innemu.
- No, ale chyba mnie nie zwolnią?!
- Zostają z ciebie zdjęte dotychczasowe obowiązki i masz się zająć opracowaniem „Zbiorczego raportu na temat traktowania innych ras inteligentnych i ich miejsca w prawodawstwie” – wyrecytował z pamięci. – Czy jakoś tak. W każdym razie bełkotliwy tytuł.
- A mogę się spytać, czemu informuje mnie o tym auror?
- Bo w poszukiwaniu Roy’a, nadziałem się u Kinga na ich zebranie. – Harry wzruszył ramionami. – W każdym bądź razie, tutaj są dyspozycje – podał jej pismo – i naprawdę, ogarnijcie się trochę z Ronem, bo w końcu któreś z was właduje się w kłopoty. Miłego dnia, Hermiono.
- Harry? – odezwała się, kiedy już trzymał dłoń na klamce.
- Słucham ciebie uprzejmie.
- Ja ten, no, tego… – Hermiona zacinała się i wyraźnie miotała, nie wiedząc jak ma do czegoś podejść. – Ja, ja naprawdę nie mam nic przeciw i jestem otwarcie nastawiona i ja nie powiem ani słowa Ronowi… – urwała, patrząc z niepokojem, nim wydusiła – przysięgam, że to zostanie tylko między nami i ja, ale….. – Wyglądało na to, że zacięła się na dobre w dodatku jej ręce wędrowały w różne strony, nie bardzo wiedząc, jak ręce powinny się zachować. To chowała je w kieszenie, to znowu splatała w różnych miejscach. Tak podenerwowanej dawno jej nie widział.
- O co właściwie chodzi? – Harry pozostawał uprzejmy i uśmiechał się zachęcająco.
- Ale Harry, tylko się nie wścieknij i nie obraź, proszę, bo ja nie mam nic, ale tego, ale długo się nad tym zastanawiałam i wiele mi pasuje. Harry, czy ty jesteś gejem? – Wyrzuciła z siebie na jednym wydechu. Dłoń Harrego zsunęła się z klamki i opadła bezwładnie.
- S… słucham? – wydyszał zszokowany.
- Ja przysięgam, że Ron się nie dowie. Ale chciałabym wiedzieć. Naprawdę, przecież mówimy sobie wszystko.
- Hermiono, czyś ty postradała rozum? – spytał cicho, obserwując ją z niepokojem, jakby spodziewając się nagłego wybuchu szaleństwa, kwalifikującego przyjaciółkę do Munga. – Jak, skąd w ogóle taki pomysł?
- No – odetchnęła z ulgą, widząc, że na nią nie krzyczy. – Masz w sobie tyle empatii, wiele więcej niż zwyczajny facet. Dajesz takie świetne rady, jakbyś nadawał na tych samych falach co kobiety. Starasz się, by wszyscy byli w szczęśliwych związkach. To, jak pomogłeś Ronowi z moimi rodzicami, jak Percy’ego i Audrey, Georga…
- Hermiono, czy sugerujesz, że mam być opryskliwym szowinistą, nie pomagać, jeśli ktoś pyta mnie o radę i co, przestać starać się zrozumieć kobiety? Poza tym zapominasz, że ja mam narzeczoną – odpowiedział nadal spokojnie, ale i z naciskiem.
- No, ale wiesz, wy się ciągle kłócicie, niby o aurorstwo, ale tak naprawdę nie wiadomo o co. Teraz Ginny się wyprowadziła.
- Tylko czasowo, chce mi coś udowodnić, uparciuch. Przecież by ze mną nie była, gdybym był…
- Ona szaleje za tobą od dziecka – wpadła mu w słowo. – Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się pogodziła… byle być z tobą.
- Hermiono Granger, wkrótce Weasley – Hermiona wykonała nieokreślony tik. – Zaświadczam ci oficjalnie i ostatecznie. Nie jestem gejem. Ok?
- Ok. Ale to w takim razie, czy ja jestem aż tak brzydka?
- Że co znowu? – Tym razem niemal wykrzyknął.
- No bo, wtedy w Norze, byłam niemal rozebrana, a ty bez problemu patrzyłeś mi w oczy, teraz też, ani na chwilę nie uciekł ci wzrok. To nie jest normalne. Facet powinien nie móc oderwać oczu od kobiecego ciała!
- Przepraszam cię, ale jeśli ci tak na tym zależy, to możesz rozpiąć tą bluzkę i wlepię wzrok w twój stanik. Czy to jakoś cię usatysfakcjonuje? – Zaczynał się robić wyraźnie zirytowany.
- Nie o to pytam. Jeśli nie jesteś gejem i nie jestem brzydka, to czemu, nigdy się do mnie nie przystawiałeś, a teraz nawet nie patrzysz?
- Bo to tak, jakby Ron obłapiał wzrokiem Ginny, to by było chore, nienormalne! Ogarnij się, Hermiono. Poza tym, przypomnij sobie wigilię Doliny Godryka… – Wyszedł, trzaskając drzwiami i zostawiając Hermionę z kacem moralnym. Kiedy szedł korytarzami ministerstwa kark miał czerwony niemal tak, jak Percy przed laty w Hogwarcie.

***

Wydarzenia w gabinecie, a właściwie rozmowa z Harrym, bo z Ronem zabawiała się tam już nie raz, męczyła Hermionę przez cały dzień, tak, że jeszcze po powrocie do Nory, gdzie pomieszkiwała tym razem, wciąż była nieswoja. Zwykle uprzejma i czująca się swobodnie w towarzystwie Molly, dziś nieustannie traciła wątek, zacinała się i odpływała gdzieś myślami. Wiedziała, że miał rację, tam w gabinecie, miał niezrównane wprost wyczucie, które tyle razy pomogło wyjść mu z opresji. Teraz wyczucie również dobrze mu podpowiadało, nie miała co do tego wątpliwości, tyle że kiedy tylko Ron… Nagle zrobiło jej się gorąco i to w bardzo nieodpowiednim miejscu. Zagryzła wargi i uciekła do „swojego” pokoju.
Z zamyślenia wyrwało ją delikatne pukanie do drzwi, otworzyła oczy, na dworze panowała już noc, a ona wciąż spoczywała w pozycji embrionalnej. Pukanie powtórzyło się, a potem usłyszała:

- Hermiono? – Głos Rona przepełniony był niepokojem. – Mogę wejść?
- Mhm – mruknęła, przekręcając się na plecy. Nie chciała, by zaczął się mocniej martwić, widząc ją zwiniętą w kłębek. Drzwi otworzyły się powoli, wpuszczając do pomieszczenia strugę światła z korytarza.
- Czy coś się stało? – Usiadł koło niej. – Mama mówiła, że wypadłaś z kuchni w czasie obiadu i od tamtej pory się nie pokazałaś. Źle się czujesz? – Pokręciła przecząco głową. – Więc co się dzieje?
- Ty i Harry – szepnęła.
– Tak, Harry to dupek. Później mu wygarnąłem w biurze. Jak on w ogóle śmiał…
- Miał rację – przerwała mu, nim na dobre nakręcił się na Harrego. – W ten sposób wpędzimy się w kłopoty.
- W jakie znowu kłopoty? – Ron niemal wybuchnął śmiechem. – Jestem pewien, że pół ministerstwa robi takie rzeczy.
- Nie wolno ci opuszczać pracy…. tylko po to – mruknęła, biorąc go za rękę. – Dobrze, że to był Harry, a nie ktoś obcy. Na przykład… Malfoy.
- Przesadzasz, jak zawsze. – Przysunął się bliżej niej. – Nawet sam minister, nie powstrzyma mnie, jeśli będę chciał się kochać z moją narzeczoną.
- Mówię poważnie, musimy z tym skończyć – powiedziała kategorycznie, a przynajmniej na tyle kategorycznie, na ile była w stanie, obserwując pochylającego się nad nią Rona. – Tutaj też nie możemy. – Zamknął jej usta pocałunkiem. – Mówię poważnie, nie możemy.
- Wiem – powiedział, przeczesując jej włosy dłonią. Jej ciało przeszedł delikatny, przyjemny dreszcz.
- Mama… – zaczęła, nim ponownie uciszył ją pocałunkiem.
- Wiem. – Był już nad nią, delikatnie rozsuwając jej uda swoim kolanem. Pożałowała, że uciekła, gdy tylko zrobiło jej się gorąco, zamiast poczekać na jego powrót.
Zawsze, kiedykolwiek to robili, traciła kontakt z rzeczywistością, najpierw poczuła jego dłoń, która pieściła ją czule (zapomniała zapiąć spodnie!), a potem wszystko potoczyło się szybko, szybciej i nim się spostrzegła to nie była już jego dłoń, w głowie jej wirowało, a jej usta zasłoniła jego dłoń. Potem wydarzyło się coś, co nie powinno się wydarzyć. Pokój ponownie zalał strumień światła z korytarza i przez ułamek sekundy, ponad ramieniem Rona, zobaczyła stojącą w progu postać Molly. Drzwi zamknęły się z hukiem, nim zdołała przemówić. Ron opadł na łóżko obok niej, z różdżką w dłoni. Nastrój prysł i żadne z nich, nic by już nie zyskało.
- Nie możemy przeprowadzić się do ciebie – powiedział, oddychając ciężko.
- Nie możemy.
- Coś znajdziemy. – Hermiona wiedziała, że liczy w głowie na co mogą sobie pozwolić. – Stać nas – dodał z pełnym przekonaniem. Tylko, że ona nie była pewna, czy jest gotowa na taki ruch. Pokój z łóżkiem, wydawał się tym, co im teraz wystarczało, ale wspólne mieszkanie?
- Dzisiaj… – nie wiedziała jak ma zacząć tą wypowiedź, kiedy on wciąż leżał na wpół nagi. – Możemy przeprowadzić się na Grimmauld Place – dokończyła, dobierając słowa tak, by nie wypowiedzieć imienia Harrego.
- Myślisz, że Harry by się zgodził? – Ron zapytał po dłuższym milczeniu. Cieszyła się, że to on pierwszy wypowiedział to imię, biorąc pod uwagę poranne wydarzenia.
- Sam to zaproponował – przytuliła się do niego mocniej.
- Porozmawiam z nim – Ron powiedział z pozornym spokojem, choć wszystko się w nim gotowało po nagłym najściu matki.

Następnego poranka Hermiona opuściła Norę bez śniadania, wymykając się frontowymi drzwiami, tak, by nie spotkać się w kuchni z Molly. Nazbyt bała się tego spotkania i palił ją wstyd. Nie wstydziła się bynajmniej tego co robili. Była mugolaczką, a mugole nie byli w tej kwestii tak zacofani jak czarodzieje. Wstydziła się tego, że nakryła ich Molly.
Poranna ucieczka skończyła się tym, że w ministerstwie pojawiła się niemalże skoro świt. W jej departamencie spotkała jedynie sprzątaczy, którzy snuli się leniwie, czyszcząc korytarze przed długim dniem pracy urzędników. Windy były niemal puste i nie trzeba było na nie czekać, na co nie zwróciła zresztą większej uwagi. Dopiero znalazłszy się na drugim piętrze, gdzie dotarła w poszukiwaniach Harrego, poczuła że ministerstwo jednak nie śpi, że ktoś czuwa. Gwar rozmów, dochodził zarówno z pomieszczeń Patrolu Przestrzegania Prawa, jak i Kwatery Głównej Aurorów. Ludzie z nocnej zmiany nie spali, w napięciu wyczekując, że coś się wydarzy.
Zespół Szybkiego Reagowania mimo tak wczesnej pory pracował pełną parą. ‚Nic dziwnego, że to do nich należą niemal wszystkie ostatnie aresztowania’. Pomyślała.

- Cześć, Neville – odezwała się, podchodząc do ich boksu.
- O, hej, Hermiono. Wieki cię nie widziałem. – Auror ucieszył się na widok swojej przyjaciółki. – Co tam u ciebie słychać?
- Właściwie to w porządku. Harry, czy mogłabym cię prosić na sekundę? – spytała, odchodząc delikatnie na bok.
- Oczywiście. Co się dzieje, Hermiono? – spytał, kiedy już znaleźli się pod ścianą, kilka metrów od boksu jego zespołu.
- Chodzi mi o wczorajszą rozmowę – zaczęła niepewnie. – Czy twoja propozycja jest nadal aktualna?
- Tak. – Skinął głową. – Czy coś się zmieniło? – Wydało jej się, że się delikatnie uśmiechnął. To był dobry uśmiech, uśmiech najlepszego przyjaciela.
- Czyli możemy się przeprowadzić na Grimmauld Place?
- Wiesz jaki jest warunek, Hermiono. – Ledwie poruszał ustami, jakby obawiając się, że ktoś go usłyszy.
- Zapytam Ginny zaraz po pracy. Kiedy możemy się przeprowadzić?
- Jeśli się Ginny zgodzi? Myślę, że kiedy tylko zechcecie. Co się zmieniło, Hermiono? – Powtórzył swoje pytanie.
- Molly, no wiesz. – Harry skrzywił się, wiedząc jaka byłaby reszta historii. – Harry, czy ja mam wrażenie, czy cały zespół przygląda się nam jakoś podejrzliwie?
- Węszą jakiś podstęp – Harry odpowiedział najspokojniej w świecie, wzruszając ramionami. – Od wypadku Ginny nie złamałem jeszcze żadnego punktu regulaminu. Nie mają do mnie za grosz zaufania.
- Po Pillsie też bym na ich miejscu nie miała.
- Jemu się należało – zripostował ostro. – Porozmawiaj z Ginny i myślę, że do zobaczenia w domu. – Uśmiechnął się wracając do swojego biurka.

Tego dnia Ron nie odwiedził jej w gabinecie, ale i bez jego obecności miała problem ze skupieniem się na pracy. Musiała uporządkować stare sprawy i zająć się nowym zadaniem, co osobie uporządkowanej tak jak ona nie powinno zająć więcej jak dwie godziny. Tymczasem szło jej jak po przysłowiowej grudzie. Nie mogła się na niczym skupić, a przez to nie rozumiała tego co czyta. Co chwila powtarzała sobie „Gdzie jesteś Hermiono Granger z Hogwartu?” i za każdym razem odpowiadała jej cisza. Zastanowiła się od kiedy nastąpiła ta przemiana i tak daleko jak sięgała pamięcią, to zaczęła się ona podczas pogoni za Horkruksami. W szkole sądziła, że wszystko wróciło do normy, ale teraz czuła, jak logika umyka gdzieś w dal. Czy tak miało wyglądać jej życie? Czy tak wyglądało życie osoby zakochanej? Bo ona była zakochana, była, była!

Pamiętała, jak obiecywała sobie, że nie zajmie się prawem czarodziejów, bo chce robić coś pożytecznego. Dlatego też wystarała się o ten właśnie staż, zajmując się stworzeniami i istotami magicznymi mogła zrobić coś naprawdę pożytecznego. Jak się jednak okazało, prawodawstwo dopadło ją nawet tutaj. Z lekkim przerażeniem spojrzała po raz pierwszy na nowe dyspozycje. Miała napisać raport o tym jak prawo czarodziejów traktuje inne rasy inteligentne. Musiała odszukać, które rasy uznawane były za inteligentne i jakie prawa ich dotyczyły. Wiedziała, że będzie musiała sięgnąć po kodeksy prawa, które spoczywają całymi stosami w archiwum ministerstwa. Widziała je raz. Tylko jeden jedyny raz, kiedy Harry zaprowadził ją do zamkniętej części archiwum. Widziała dziesiątki grubych ksiąg spoczywających na murszejących regałach i wiedziała, że w przeciwieństwie do podręcznych kodeksów dostępnych w Departamencie Przestrzegania Prawa, tamte zapisywane były nie alfabetycznie, czy tematycznie, a chronologicznie. Nawet wtedy jednak, nie zdawała sobie sprawy ile ta praca, tak naprawdę, zajmie jej czasu. Ale to miało nastąpić za jakiś czas. Tego, pierwszego dnia, dopiero przygotowywała się do swojej nowej pracy i nim się spostrzegła na zegarze wybiła czwarta i czas było opuścić biuro.

W pierwszym odruchu miała udać się do Nory, wtedy jednak przypomniała sobie poprzednią noc. Musiała lecieć do swoich rodziców, gdzie wciąż jeszcze czekał na nią przytulny pokoik. Najpierw jednak, pomna rozmowy z Harrym, deportowała się wprost do Muszelki. Wiedziała, że jeśli nawet Harry miał się pojawić tego dnia u Ginny, to miała na spotkanie całe dwie godziny.

Muszelka była tego wieczora cała rozświetlona. Ze wszystkich okien rozlewał się ciepły blask. Jakież to było odmienne od domostw mugolskich. Tam wieczorami dom rozświetlany jest jedynie bladym, niebieskawym światłem telewizora. Czasem dołącza do niego światło lodówki, lub lampa nad kuchenką, gdy któryś z domowników idzie po przekąskę. W czarodziejskich domach było zupełnie inaczej. Tutaj wieczorami dom tętnił życiem. Chyba, że jego mieszkańcy mieli akurat inne plany. Hermiona podeszła do drzwi wejściowych i świadoma, że nikogo nie zbudzi, zapukała raźno, acz delikatnie. Po chwili drzwi rozwarły się przed nią, stał w nich uśmiechnięty od ucha do ucha, Bill.

- Wejdź, Hermiono. – Wciągnął ją do środka, nim zdążyła się odezwać. – Jesteśmy wszyscy w kuchni. – Zdawał się lekko chichotać, pomagając zdjąć jej palto.
Bill był z natury wesołą osobą, więc jego nad wyraz dobry humor nie był czymś niezwykłym, teraz, kiedy wszyscy mogli się już śmiać. Pierwszą niezwykłość Hermiona dostrzegła, nim jeszcze dotarła do kuchni. Wybuchy śmiechu niosły się po całym domu, a przez otwarte drzwi, które oddzielały kuchnię od salonu dostrzegła, że śmiejącymi się osobami były Fleur i Ginny, które pochylone do siebie, coś sobie opowiadały, drżąc delikatnie od duszonego śmiechu.
- ‚Ermiona!
- Hermiona! – Kobiety zawołały niemal jednocześnie, odwracając się w jej stronę. W ich oczach stały łzy i tańczyły ogniki, a Ginny była nawet czerwona, co wyraźnie wskazywało na skrajne rozbawienie. – Chodź, siadaj, Fleur opowiada nam właśnie historie z lat szkolnych. – Cała trójka zachichotała ponownie.
- Może opowiesz nam trochę o Hogwarcie. Bill i Ginny to tacy nudziarze, albo nie chcą się przyznać. – Fleur malowniczo wzruszyła ramionami.
- Hermiona była grzeczną dziewczynką – odpowiedziała za nią Ginny.
- A ja nie wierzę. Wiktor zawsze nabiera wody w usta, kiedy pytam go o Bal Bożonarodzeniowy – ponownie zatrzęśli się od śmiechu.
- Wiktor jest dżentelmenem – uśmiechnęła się Hermiona. – Nie chciałam wam przeszkadzać, ale wpadłam właściwie do Ginny.
- Ale bzdura, Hermiono. – Bill rozparł się wygodnie na kuchennym krześle. – Ostatnio i tak mam wrażenie, że prowadzimy tutaj dom otwarty. Ciągle ktoś nas odwiedza, wpada i wypada. Trochę jak na dworcu kolejowym. – W tle, któraś z dziewcząt udała gwizdek parowozu.
- Mnie to tutaj ciągle ktoś odwiedza. W życiu tylu gości nie miałam – zaśmiała się Ginny. – Jest mi miło, że do mnie wpadłaś, Hermiono. Czy coś mogę dla ciebie zrobić?
- Możemy pogadać, tak na osobności? – spytała niepewnie, nie chcąc urazić gospodarzy.
- Pewnie, że możemy. – Ginny poderwała się z krzesła zwinnie i niemal w podskokach podeszła do Hermiony, chwytając ją za rękę. Po niedawnych urazach fizycznych nie pozostał najwyraźniej najmniejszy ślad. – Chodź do salonu. – Pociągnęła przyjaciółkę z powrotem, w kierunku z którego przyszła.

- No to, co tam? – spytała, kiedy obie opadły na kanapę przed kominkiem.
- Miałam cię zapytać, jak się czujesz, ale chyba widzę. – Hermiona zaczęła od mniej zobowiązującego tematu.
- Ano, już lepiej. Byłam grzeczną dziewczynką i słuchałam zaleceń lekarzy, no i oczywiście nieoceniona opieka Fleur. – Rozpromieniła się. – Ale przecież nie przyszłaś pytać o zdrowie. – Przechyliła zabawnie głowę, wciąż rozbawiona rozmową z kuchni.
- Mam, mamy do was prośbę z Ronem.
- Do nas? – Ginny zdziwiła się lekko.
- Do ciebie i Harrego.
- Ślub, czy chrzciny? – Ginny aż podskoczyła z ekscytacji.
- Słucham?
- No, ślub czy chrzciny? Co wam się szykuje? – Oczy Ginny płonęły.
- Nie, my nie. Chodzi o coś zupełnie innego.
- Aha. – Rudowłosa kobieta zdawała się mieć odrobinę zawiedzioną minę. – Więc w czym możemy wam pomóc?
- Chodzi o twoją mamę.
- Ha! – Ginny wykrzyknęła, oskarżycielsko wskazując palcem prosto w Hermionę. – Wreszcie wam dopiekła?
- Mhm – Hermiona mruknęła, odwracając wzrok. – Coś w tym stylu.
- Poważnie? Nakryła was! – Ginny czytała jej w myślach. – Mówiłam, że to takie cudowne mieszkać bez mamusi! Pomóc wam w szukaniu własnego lokum?
- No, niezupełnie – bąknęła. – Czy moglibyśmy zamieszkać z wami?
- No wiesz, ja bardzo chętnie. Ale to Harrego powinniście pytać. To on jest właścicielem domu – Ginny powiedziała rozsądnie.
- Harry kazał zapytać ciebie.
- Aha. No to ja serdecznie zapraszam was na Grimmauld Place – poklepała Hermionę po kolanie.
- A ty zamierzasz tam wrócić? – Hermiona spytała ostrożnie.
- No pewnie, ale jeszcze trochę. Głuptas musi coś zrozumieć. Jak wrócę do biura to pomyślę o powrocie.
- Właśnie. Wracasz do biura?
- Pewnie. W piątek mam ewaluację i wracam – Ginny teraz cała już promieniała. – Dość tego leniuchowania i strzelania do śmieci na plaży. Czas rozwalić kilka manekinów treningowych i przy odrobinie szczęścia… może Harrego w pojedynku.
- Nie sądzę byś dała radę.
- Oj nie przesadzaj. Mistrzem w pojedynkach to on nie jest.
- Aham. To ty nic nie wiesz…
- O czym?
- O niczym, zupełnie o niczym… – Hermiona uśmiechnęła się delikatnie. – Dowiesz się w biurze, na pewno.
- Został mistrzem pojedynków w międzyczasie? – Oczy Ginny się rozszerzyły ze zdziwienia.
- Coś w tym stylu, ale ja już będę lecieć. – Hermiona poderwała się z miejsca, obawiając, że coś jeszcze wypapla. – Do widzenia, Fleur, Bill – powiedziała, stając na chwilę w drzwiach kuchni.
- Może zostałabyś na kolację? – Fleur spytała uprzejmie.
- Dziękuję, ale śpieszę się do domu. Rodzice czekają na mnie. – Rodzice oczywiście nie czekali, ale chciała się wyspać i pomyśleć, co musi spakować, jeśli faktycznie mają się przeprowadzić na Grimmauld Place 12.

Tego poranka w pracy było nawet zabawnie. Perkins miał wieczorem nagłą interwencję. Musiał lecieć na jakieś mugolskie urodziny, na których ktoś dowcipny zaczarował rekwizyty zaproszonego klauna. W większości było to zaklęcie gemini, ale trafiło się i kilka zabawniejszych rzeczy, jak chociażby biały królik, który po wyciągnięciu go z kapelusza, założył sobie rzeczony kapelusz na głowę. Zabrał klaunowi batutę, wkładając ją sobie pod pachę i zaczął się przechadzać na tylnych łapach pogwizdując God Save The Queen.

W zasadzie interwencja Perkinsa nie powinna mieć wpływu na codzienną pracę departamentu, ale miała. Perkins był już stary i niedołężny, a królik niezwykle zmyślny. Kiedy w nocy nikt go już nie pilnował, królik otworzył biuro Perkinsa, wypuszczając z niego balony, które kiedy próbowało się je przebić robiły niestosowny dźwięk i pompowały się ponownie. Bańki mydlane, które pęknąwszy dzieliły się na co najmniej trzy kolejne, wygrywając przy tym szalone melodie. Nos klauna, który to (nos, nie klaun) po naciśnięciu trąbił i dzielił się na kilka kolejnych, przy czym każdy był innej barwy, potoczył się gdzieś między biurkami wciąż kopany, nadeptywany i mnożący się w nieskończoność. Tak więc kiedy przed godziną szóstą Harry przyszedł do biura, panował tutaj chaos i nic nie zmieniło się do godziny ósmej, czyli chwili obecnej, nic też nastąpienia jakiejkolwiek zmiany nie zapowiadało. Z jednej strony było to w pewnym stopniu męczące, z drugiej zaś coś się wreszcie działo.

Przy ogólnie panującej atmosferze irytacji i rozprężenia Harry siedział i po raz pierwszy od dłuższego czasu… uśmiechał się. Był naprawdę zadowolony z życia. Może jeszcze nie szczęśliwy, ale zadowolony na pewno. Od kilku dni, kiedy po wizycie u Ginny – która czuła się już świetnie – wracał do domu, nie czekały tam na niego jedynie zwierzaki i cisza.

Hermiona postanowiła przyjąć propozycję Harrego i wraz z Ronem przeprowadzili się na Grimmauld Place. Harry przydzielił im do dyspozycji sypialnię, którą Hermiona zajmowała z Ginny, kiedy dom był Kwaterą Główną. Tą na drugim piętrze, obok której mieściła się przytulna łazienka i salonik. Mogli oczywiście swobodnie korzystać z całego domu – z wyłączeniem jego gabinetu i ostatniego piętra – tak więc mieszkanie tutaj na pewno miało okazać się o wiele ciekawsze. Harremu nowi lokatorzy bardzo odpowiadali, miał wreszcie do kogo otworzyć usta i z kim podowcipkować. Hermiona zawsze miała coś ciekawego do powiedzenia, a Ron bawił go, pomstując na Robardsa i niektórych starszych aurorów, którzy postawili sobie za cel uprzykrzyć życie kotom. Nowa sytuacja miała też dwie wady. Niewielkie, ale jednak. Jedną było znikające w zastraszającym tempie Piwo Kremowe – tego właśnie ranka Harry wydał Stworkowi nakaz, że w domu mają być jednocześnie tylko cztery butelki Kremowego i ma je zabezpieczyć tak, by mógł je przywołać tylko on. Stworek miał też odpowiadać Ronowi, że Kremowego nie ma (Harry wyszedł z założenia, że kto pije, ten kupuje). – Drugą wadą były dochodzące z sypialni na drugim piętrze odgłosy, które jeszcze bardziej przypominały Harremu, że Ginny nie ma w domu, a od kiedy nie ma jej w domu, a było to już trzy miesiące, ani razu się nie kochali. Ta myśl sprawiła, że przez jego ciało przeszedł dziwnie bolesny skurcz. Pomimo tych dwóch wad, Harry siedział przy swoim biurku i delikatnie się uśmiechał. Zapowiadał się naprawdę dobry dzień.

Te ostatnie dni przyniosły jeszcze jedną zmianę, prócz przeprowadzki Hermiony i Rona. Zmianę, która pozwoliła Harremu ponownie zajęć się codzienną pracą, a wszystko to dzięki wkurzonemu Urquhartowi (tak, Urquhartowi zdarzyło się wkurzyć). Jego zwierzchnik w przypływie irytacji wysłał jednym podpisem Semitów do Azkabanu, czyli zrobił coś, na co niezmierną ochotę miał Harry, a czego obaj nie mogli zrobić. Wezwany na dywanik, Urquhart wymógł na Roy’u, by pozostawił ich tam do procesu, co było zupełnie jeśli nie wbrew, to przynajmniej w poprzek prawu. W nagrodę za ten wyskok Urquhart został wysłany na tygodniowe szkolenie do Quantico w USA. Cóż to była za nieopisana ulga mieć tych ludzi z głowy. Ponadto, Harry był pewien, że spotkanie z Dementorami dobrze im zrobi na chęć współpracy.
Tak, Dementorami!
Hermiona zrobiła o to awanturę na cztery departamenty i biuro ministra, kiedy się dowiedziała. Kingsley przywrócił Dementorów na stanowisko strażników Azkabanu. Prawdę mówiąc, nie miał większego wyboru. Mógł ich sprowadzić do Azkabanu, albo przeprowadzić eksterminację. Przez tamten, straszny rok Dementorzy rozplenili się do tego stopnia, że i tak konieczne było zamknięcie części z nich w gettach, bo było ich zbyt wielu dla jednego Azkabanu. Hermiona oczywiście uważała, że eksterminacja byłaby niedopuszczalną, ale równie niedopuszczalne było dla niej przywrócenie ich na strażników więziennych. Co z nimi zrobić powiedzieć jednak nie umiała, więc ostatecznie zamilkła naburmuszona.
Pod nieobecność Urquharta dowodzenie nad grupą przejął Neville, jako najbardziej doświadczony z oficerów. Pierwotnie miał on lecieć razem z szefem na szkolenie, ale powiedział, że odpuszcza tą propozycję, by dać szansę innym. Harry generalnie odnosił wrażenie, że od czasu ślubu Neville jest jakby odrobinę bardziej wycofany i zachowawczy. Najwyraźniej, małżeństwo dało mu do myślenia.

Ramirez przeszła nad tymczasową zmianą dowódcy gładko i bezboleśnie. Dla niej nie było większej różnicy kto dowodził, byle robił to w sposób rozsądny. Harry generalnie mający problemy z przestrzeganiem łańcucha dowodzenia i szeroko rozumianym regulaminem, teraz miał dodatkowe problemy z traktowaniem na serio Nevilla jako dowódcy. Oczywiście szanował swojego przyjaciela i wykonywał jego polecenia, ale zdarzało mu się czasami zapomnieć zapytać o pozwolenie.

- A może coś na południowym wybrzeżu? Dziecku dobrze zrobi porządna dawka jodu, a i szum fal działałby uspokajająco, nie mielibyście problemów z usypianiem maleństwa.
- Myśleliśmy o tym, ale jakoś nie jesteśmy przekonani ku morzu.
- To z drugiej strony. Góry Szkocji. Latem bezkres zieleni i wrzosowiska, zimą piękne ośnieżone szczyty. Nic tylko żyć.
- Tak, to brzmiało nieźle, ale na północy nie ma wiosek czarodziejskich, a my nie chcemy się izolować od ludzi, albo kryć między mugolami. Sama rozumiesz, chcemy móc wyjść na spacer nie bojąc się o to, że jak rzucimy czar rozgrzewający na wózek, to zleci się pół Patrolu. – Neville dyskutował z Ramirez nad kwestią poszukiwania nowego lokum dla niego i Hanny, oraz ich jeszcze nienarodzonego dziecka. Harry przysłuchiwał się rozmowie z umiarkowanym zainteresowaniem, kontemplując wspaniałość niczym niezakłócanej pracy.
Przechwalił.
Na wiszącej w ich boksie tablicy niewidzialna ręka zaczęła pisać eleganckie litery układające się w napis: „Zatrzymanie w punkcie kontroli różdżek. Zatrzymany obiekt zainteresowania Zespołu Szybkiego Reagowania Biura Aurorów. Potrzebna asysta przy transporcie zatrzymanego.” Troje aurorów zamarło w połowie wykonywania swych zadań.
- Czy to zawsze musimy być my? Nie mogłoby to raz dotyczyć szeregowych aurorów? – Harry jęknął, pytając retorycznie. – Jakoś wątpię, by wpadł do nas w odwiedziny jakiś śmierciożerca.
- Nie marudź – ofuknął go Neville. – Idź, zobacz kogo oni znowu zatrzymali.
- Jak sobie życzysz. – Harry wzruszył ramionami, wstając od biurka. – Ale zobaczysz, że tylko się przelecę, to na pewno nikt ciekawy.
- Stawiam dychę, że się mylisz. – Neville uśmiechnął się szeroko.

Najspokojniej w świecie, wcale się nie spiesząc, szedł sobie przez lobby, rozglądając się bezmyślnie. Absolutnie nie śpieszyło mu się do punktu kontroli różdżek, choć jak widział kłębiła się tam większość ochrony przydzielonej temu poziomowi ministerstwa i kilku członków Patrolu. Kiedy podszedł do kłębowiska, tworzący je ludzie rozstąpili się.
- Myliłem się – odezwał się, kiedy tylko zobaczył gościa. – To niewątpliwie ktoś ciekawy.
Przed jego obliczem stał nie kto inny, a sam Elliah David.
- Jestem przez pana dychę w plecy – przemówił uprzejmie.
- Niezwykle mi z tego powodu przykro, panie Potter. – Dyrektor David absolutnie nie wyglądał na kogoś, komu jest z jakiegoś powodu przykro.
- Czy został rozbrojony?
- Tak, mam jego różdżkę – odpowiedział mężczyzna siedzący w punkcie kontroli, pokazując długi przedmiot. – Mahoń i łuska z ogona syreny. – Podał Harremu różdżkę, a ten schował ją do wewnętrznej kieszeni.
- Zabrać go. – Harry rozkazał krótko.
- Do sali przesłuchań, czy do ministra? – Jeden z członków patrolu zapytał z pozoru rozsądnie.
- Zwariowałeś? Nie puszczę go nigdzie w pobliże aresztu. Zabrać go do Komisji Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami. Gabinet ósmy i powiedzcie, że to ja go tam wysłałem i macie być z nim i go pilnować. Żeby mi żaden się nie ruszył na metr! Niedługo tam będę. – Opuścił ich szybkim krokiem, nim jeszcze przebrzmiało „Tak jest!”, jakim odpowiedzieli mu regulaminowo.

Harremu niezwykle często zdarzało się wpadać do biura niczym huragan, więc przestano zwracać na to jakąkolwiek uwagę. Podobnie było i tym razem. Kiedy wbiegł do Kwatery Głównej, nikt nie raczył nawet podnieść głowy. Nie podniósł jej nawet Neville, przynajmniej do chwili, w której na jego biurku wylądowało dziesięć złotych Galleonów, robiąc przy tym sporo hałasu.

- Każ Komisji Magicznego Transportu sprawdzić wszystkie nieautoryzowane aportacje do kraju w ciągu ostatniego tygodnia i niech prześledzą wszystkich Izraelczyków przybywających do nas mugolskimi środkami transportu. Mają prześwietlić wszystkich i każdego z osobna. Aha i dyskretnie rozejrzeć się w Ministerstwie – Harry wyrzucił z siebie na jednym wydechu.
- Co się stało? – Ramirez spytała zaniepokojona.
- Tatuś Zivy wrócił do kraju. – Po tym obwieszczeniu zapanowało chwilowe milczenie.
- Sądzisz, że mógł zabrać kogoś ze sobą? – Neville przemówił pierwszy.
- Ja nie sądzę, ja to wiem. Zrób to. Ja muszę wracać tam. Aha i alert drugiego poziomu dla całego piętra.
- Wiesz, że to ja dowodzę, nie ty?
- Wiem i dlatego mam pewność, że wszystko pójdzie gładko. – Klepnął Nevilla w ramię i już go nie było.

Kiedy tylko wszedł na korytarz Komisji Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, przy którym leżał rzeczony wcześniej gabinet numer osiem, od razu przybrał skwaszoną minę. Na korytarzu stało dwóch członków patrolu, którzy mieli pilnować więźnia. Co oznaczało nie mniej, nie więcej a tyle, że nie wykonano jego polecenia.
- Mieliście pilnować więźnia.
- Pilnujemy – odparł jeden z oficerów, wyprężając się jak struna. – Trzech naszych jest wewnątrz, a my stanowimy przednią straż w razie kłopotów.
- Dobrze. – Harry kiwnął głową, mógł jedynie marzyć, by wszyscy aurorzy byli tak zorganizowani jak „Patrol”. – Wchodzę.
- Chwileczkę. – Oficer zasłonił mu dostęp do klamki i stuknął w swoją odznakę. Po chwili ta zawibrowała w odpowiedzi, zupełnie tak, jak robiły to odznaki noszone przez Harrego i pozostałych członków zespołu. – Może pan wejść. – Harry pchnął drzwi, wchodząc do środka.

Hermiona siedziała za swoim biurkiem, pracując. Minę miała niezwykle naburmuszoną, nawet jak na swoje „standardy”. Po przeciwnej stronie biurka, w fotelu dla petentów spoczywał Elliah David. Jego twarz wyrażała jak zwykle stan uprzejmego znudzenia. W kątach pomieszczenia ustawili się trzej oficerowie patrolu, celując w „gościa” różdżkami.

- Witaj, Hermiono. Jak się miewasz?
- Byłoby lepiej, gdybyś mi wyjaśnił czemu kazałeś przyprowadzić tego mężczyznę do mojego gabinetu? – spytała lekko poirytowana.
- Jeśli jeszcze nikt tego nie uczynił, pozwól że ci przedstawię. Elliah David, szef izraelskich służb bezpieczeństwa.
- Żydowskich – poprawił go dyrektor David. – Miałem już przyjemność przedstawić się tej młodej damie – dokończył uprzejmie znudzonym tonem.
Po poprzednim spotkaniu Harry odrobił pracę domową i zapoznał się z bogatym dossier dyrektora Davida. Można było wiele z tej lektury wywnioskować. W tej chwili ważne były dwa fakty. Niezwykła bystrość umysłu Izraelczyka, oraz powierzchowność, która nie miała nic wspólnego z jego energicznością i sprawnością jaką się wykazywał.
- Potrzebowałem miejsca, w którym mógłbym spokojnie porozmawiać z panem Davidem. – Harry wyczarował sobie drugi fotel, i rozsiadł się naprzeciw Izraelczyka, jednocześnie gestem rozkazując członkom patrolu opuszczenie pomieszczenia. – Obiecuję, że nie zajmiemy ci wiele czasu, Hermiono.
- Mhm – mruknęła. – A nie przyszło ci do głowy żeby porozmawiać z panem Davidem, nie wiem, w sali przesłuchań?
- Pan Potter nie chce mnie dopuścić nigdzie w pobliże przetrzymywanych arabów w obawie, że spróbuję ich uwolnić, wykorzystując do tego, zapewne, moich podwładnych – Elliach przemówił, kiedy za oficerami zamknęły się drzwi. – Zabrał mnie więc do możliwe odległego od aresztu, ale zaufanego miejsca w ministerstwie, by mnie odizolować i spokojnie porozmawiać, a w tym czasie Anglia jest przeszukiwana w poszukiwaniu moich agentów.
- Ale pan doskonale wiedział, że właśnie w ten sposób postąpię. Prawdopodobnie wiedział pan również, że zabiorę pana właśnie tutaj, do tego gabinetu. W miejsce, którego pańscy ludzie nie mieli podstaw by rozpracować operacyjnie. – Dyrektor David powoli skinął głową. – W tej chwili powinienem z satysfakcją powiedzieć, że udało mi się powstrzymać pańską operację.
- Ale była ona i tak niepotrzebna, bo więźniowie zostali tydzień temu przetransportowani do Azkabanu, skąd przyznam szczerze, nawet my ich nie wyciągniemy.
- Oczywiście, że przyzna pan to szczerze.
- W tej chwili zastanawia się pan również, jak ważny musi być człowiek, który został dzisiaj rano przetransportowany do ministerstwa na podpisanie dokumentów procesowych, że akurat tego dnia zjawiam się jako sposób na odwrócenie uwagi. Oczywiście nie mamy szans na odbicie tego osobnika.
- Bo wprowadziliśmy w departamencie drugi poziom zagrożenia i nikt obcy się nie prześliźnie.
- Istnieje oczywiście ryzyko, że zagramy waszym ministrem.
- Ale stawka jest zbyt niska, by ryzykować taką aferę. – Hermiona przyglądała się tej swobodnej wymianie zdań z coraz większym zdumieniem. Mężczyźni grali na jej oczach jakąś dziwaczną, szpiegowską partię szachów w swoich umysłach i zdawali się przewidzieć już wszystkie swoje posunięcia do końca partii, mimo że ona nie była nawet pewna jaki będzie kolejny ruch.
- Zdaje się, że mnie pan zaszachował, panie Potter.
- Mam taką zasadę, panie David. Nigdy nie staraj się ograć gracza. Ja tylko gram pańską partię, dokładnie tak, jak pan to sobie założył, licząc że uda mi się zablokować pański ostatni ruch.
- Dobra zasada, panie Potter. Wracamy więc do partii?
- Czemu nie, gra będzie się toczyć niezależnie od tego, gdzie będę, choć jak sądzę, chce pan mnie dokładnie tutaj. Wszedł pan do ministerstwa, doskonale wiedząc, że nie ma w nim Semitów, których mój szef wysłał do Azkabanu. Wiedział pan również, że mojego szefa nie ma, bo w przeciwnym razie to oficer Longbottom, nie ja, zostałby wysłany po pana. Chce pan więc, abym wierzył, że to ja jestem celem pańskiej wizyty, a dla uwiarygodnienia tego pomysłu powie pan coś dramatycznego jak…
- Ziva zaginęła. – Dokończył za niego Elliah David, tym razem jego twarz pozbawiona była wyrazu uprzejmego znudzenia. Ściągnęła się i jakby nachmurzyła.
- Odważne wyjście. Jeśli uwierzę, ma pan otwartą drogę do zwycięstwa, jeśli nie uwierzę, przegra pan całą partię.
- Ziva zaginęła, panie Potter i nie wiem gdzie jest.
- W to akurat nie wątpię. Mogę się nawet założyć, że Ziva poleciała z jakąś misją, na którą ją pan wysłał i kontakt się z nią urwał i mogę się założyć, że ani pan, ani nikt z pańskich ludzi nie wie gdzie ona jest.
- Dokładnie tak.
- Rodzi się tylko pytanie, czy nie kazano jej zaginąć i gdy panu uwierzę i zacznę jej szukać, nie okaże się nagle, że zobaczę ją deportującą się z moimi więźniami. Myślę, że mogę ją właśnie w taki sposób zobaczyć.
- Naprawdę nie wiem co stało się z Zivą, panie Potter. Nie kazałem jej robić żadnej operacji w kwestii zatrzymanych arabów.
- Słowo gracza, przeciw słowu gracza, panie David.
- Czy Ziva się ostatnio z panem kontaktowała? Czy miał pan od niej jakieś informacje, panie Potter?
- Nie.
- Słowo gracza, przeciw słowu gracza, panie Potter? – Harry wykonał jedynie niewielki tik brwią, wygodnie siedząc w fotelu. – Teraz powinien pan zapytać, czemu przyleciałem z tym właśnie do pana.
- Nie, nie powinienem. Zaryzykował pan i przegrał. Teraz stąd wyjdę, a za chwilę oficerowie odprowadzą pana na świstoklik powrotny do domu. Trzecia wizyta skończy się pobytem w Azkabanie, panie David – Harry zakończył, wstając z fotela.
- Panie Potter! Ziva naprawdę zaginęła.
- A pan, bojąc się pokazać, że pańscy agenci znikają bez wieści, nie wyśle na poszukiwania swoich ludzi, tylko chce do tego wykorzystać mnie. Żegnam, panie David.
- Teraz pan wychodzi stąd, udając, że to pana nie obchodzi. Ale po powrocie do biura rozpocznie pan poszukiwania Zivy.
- Gra się skończyła, panie David. Oczywiście, że obchodzi mnie los Zivy, ale nie zamierzam rozpraszać uwagi swojej, ani żadnego innego aurora poszukiwaniami pańskiej córki. Zamierzam skupić całą swoją uwagę na polowaniu na czarnoksiężników i pilnowaniu, żeby nie zniknął mi ani jeden Semita. Jeśli w pobliżu pojawi się Ziva, może pan uznać, że ją znalazłem i gwarantuję, że wróci do domu równie szybko jak pan. Pod warunkiem oczywiście, że jej nie zamkniemy. Jeśli gra toczyłaby się dalej, powiedziałbym, że to smutne, że od chwili, w której opuszczę ten gabinet, nie zrobi pan nic, dla znalezienia swojej córki… ale gra się już nie toczy.
- Gra się zawsze toczy, panie Potter. Tylko, że rozpoczynamy właśnie nową partię. – Harry opuścił pomieszczenie, polecając dalsze pilnowanie Elliaha Davida, aż do chwili deportacji z terytorium Anglii. Jeden z członków patrolu został wysłany z poleceniem, by Urząd Transportu Magicznego przygotował w trybie pilnym Świstoklik do Izraela w jedną stronę.

Kiedy Elliah David leciał do domu, Harry siedział już przy swoim biurku, kontynuując czytanie stosów raportów. Po powrocie pokrótce wyjaśnił współpracownikom co się wydarzyło w czasie jego rozmowy z dyrektorem Davidem, potem napisał krótką notę dla Roya i Kingsleya i zapomniał o całej sprawie.
- Neville? – spytał, kiedy podpisywał dokumenty procesowe sprowadzonego dzisiaj do ministerstwa Semity. – Czy nasz gość jest jeszcze w departamencie?
- Który gość?
- Ten Omar Ashi, Eshi, Heshi. Oj, ten Semita z Azkabanu.
- Jeszcze jest. – Neville spojrzał na zegarek. – Mają go odesłać dopiero za godzinę, a co?
- Zaraz wrócę! – Harry wypadł z biura, wprost ku aresztowi.

Więzień siedział w jednej z sal przesłuchań, był skrępowany, ale nie skonfundowany. Było to zbędne, tydzień w Dementorami i świadomość, że wkrótce tam wróci działały wystarczająco dobijająco na każdego człowieka.
- To twój szczęśliwy dzień! – Harry niemal wykrzyknął, wchodząc do pomieszczenia. – Chcesz Kremowego? Na pewno chcesz. – Postawił na stole przed więźniem butelkę. – Spokojnie, to jest bezalkoholowe. – Zaklęciem uwolnił dłonie Semity. – Nie patrz tak podejrzliwie, nie jest zatrute. Mogę wypić pierwszy, jeśli chcesz. W Azkabanie takiego ci nie dadzą raczej.
- Bezalkoholowe?
- Tak, no przecież mówię.
- Czego chcesz tym razem, powiedziałem ci już wszystko. – Semita trzymał butelkę w rękach, obracając ją powoli. Nie patrzył Harremu w oczy.
- Masz ochotę skrócić sobie wyrok?
- Nie masz takich możliwości.
- Wystarczy, że napiszę w dokumentach, że współpracowałeś.
- Ale nie na piszesz.
- Mogę napisać.
- Ile możesz mi skrócić wyrok?
- To zależy na ile będziesz skory do współpracy.
- Ja będę z tobą „współpracował” a ty mi urwiesz rok z wyroku – Semita bąknął, nadal nie patrząc na Harrego.
- Idziecie tam na dwadzieścia do trzydziestu lat. Po ostatnim tygodniu w Azkabanie wiesz chyba jakie 30 lat to będzie? Mi nawet rok zrobiłby różnicę. – Więzień wzdrygnął się na wspomnienie ostatniego tygodnia.
- Ja nic nie wiem.
- Nie musisz, ważne, żeby twoi koledzy na wolności wiedzieli.
- Każesz mi wsypać moich braci? Wydać ich tym niewiernym?
- Nie chrzań – żachnął się Harry. – Izraelczycy zrobili z nas balona i jakbyś nie widział robię wszystko, żebyście nie trafili w ich ręce. Wydawanie im twoich… braci, jest ostatnim na co mam teraz ochotę.
- Dostaniesz rozkaz i mnie wydasz.
- Ale nie dostałem.
- Mogłeś dostać.
- Więcej wiary.
- Więc, czego ode mnie oczekujesz? – Semita spytał po chwili wahania.
- Odrobiny dobrej woli. Zaginęła moja przyjaciółka, a twoi przyjaciele mogą móc ją zlokalizować, albo inaczej. Muszą ją zlokalizować.
- Czemu moi bracia mieliby wiedzieć gdzie jest twoja przyjaciółka?
- Bo co jak co, ale to, gdzie jest Ziva David powinni wiedzieć.
- David?! Zapomnij, nie będę dla ciebie szukał jakiejś żydówki. Możesz mnie odesłać z powrotem do tamtego piekła.
- Nie jakiejś, tylko konkretnie tej i doskonale wiesz kim ona jest.
- Nie pomogę ci w poszukiwaniach tej żydówki.
- Czemu?
- Bo to żydówka, to jest wróg. Święta wojna. My ich nienawidzimy, oni nienawidzą nas.
- Poważnie, a Ziva powiedziała mi, że czarodzieje arabscy i izraelscy żyją w przyjaźni w przeciwieństwie do mugoli. Powiedziała, że się lubicie.
- To się zmieniło.
- Tak, wiem. Minister się zmienił, ale to że minister jest kawał drania to nie znaczy, że nienawidzicie wszystkich, prawda? Ty i twoi „bracia” polujecie na ich ministra i mam to gdzieś, ale nie na wszystkich Izraelczyków. – Semita milczał w odpowiedzi na argumentację Harrego. – Pójdziemy na układ – ciągnął Harry. – Ja zatrzymam cię w areszcie aż do procesu, a ty wyślesz wiadomość do swoich braci, że Ziva David ma się znaleźć i to ma się znaleźć cała i zdrowa.
- Czemu mają jej szukać?
- Oni nie mają jej szukać, ona ma się znaleźć. Nie obchodzi mnie, czy twoi bracia się zapędzili i ją złapali, czy dorwał ją ktoś inny. Ziva David ma się znaleźć cała i zdrowa i mają na to miesiąc. Jasne?
- A co, jeśli tego nie zrobią? – Semita spytał nieśmiało.
- Pamiętasz co się stało z twoim bratem pod bramą szkoły, kiedy się aportował?
- To byłem ja. – Mężczyzna skrzywił się i wzdrygnął.
- No widzisz.
- To ty mi to zrobiłeś? – Mężczyzna najwyraźniej nie pamiętał, albo nie zdołał dostrzec kto rozszczepił go podczas aportacji. Harry postanowił zagrać Va banque.
- Ja i zrobię tak każdemu Arabowi, Azjacie, Afrykańczykowi, Hindusowi, czy przedstawicielowi innej rasy i nacji, który stanie mi na drodze. Napisz swoim kolegom o wypadku w Hogsmeade i niech się rozpytają, kim jest Harry Potter, a potem zbierają się i szukają Zivy David. Mamy układ? – Podsunął Semicie wyczarowane pióro i pergamin. Więzień zaczął pisać po arabsku.

Harry wracał do biura bardzo zadowolony z siebie. Możliwe oczywiście było, że grał właśnie pod dyktando Elliaha Davida, ale miał przynajmniej świadomość i satysfakcję, że nie marnotrawi na tą grę czasu i zasobów swoich, czy ministerstwa.

- Nie wściekaj się, Neville, ale nasz koleżka z aresztu zostanie w ministerstwie aż do procesu – Harry zaczął bez zbędnego wstępu, kiedy tylko znalazł się przy biurku kolegi.
- Mogę wiedzieć czemu? – Neville nie wykazał najmniejszego zdziwienia tym, że Harry ponownie coś namieszał. – Czuję, że to nie skończy się dobrze. – Pokręcił głową. – Już wiem co czuje Urquhart codziennie, kiedy tutaj jesteś – bąknął jeszcze, kiedy Harry szedł do swojego krzesła.
- Harry, nie siadaj! – Ramirez niemal wykrzyknęła.
- Czemu? Zamontowałaś mi łajnobombę i zreflektowałaś się w ostatniej chwili?
- Nie. Ginny jest w sali ćwiczeń od jakichś pięciu minut. Sądziłam, że zechcesz wiedzieć.
- Jesteś kochana! – Tyle dobiegło jej uszu, kiedy Harry znikał w bocznym korytarzu.

Nie chcąc straszyć obecnych na sali swym nagłym – zwyczajowym – wtargnięciem, delikatnie pchnął wahadłowe drzwi. Ginny wciąż jeszcze nie było na sali. Na sali tak naprawdę nie było niemal nikogo. Kilka osób ćwiczyło na mugolskiej siłowni za szklaną ścianą i to wszystko, nikogo więcej.
Harry zaczął się zastanawiać czy Ramirez nie zrobiła go w jajo, kiedy z korytarzyka prowadzącego do biura Pillsa wyszła Ginny, z rzeczonym mężczyzną. Teraz dopiero Harremu przyszło do głowy, że przecież musiała też zdać ponownie ten durny test psychologiczny, co najwyraźniej jej się udało.

Twarz Ginny była wyraźnie nachmurzona, wiele też było w niej determinacji, lecz gdy podniosła głowę i jej wzrok padł na opartego o framugę drzwi Harrego, uśmiechnęła się ciepło. Nie odwzajemnił uśmiechu, tylko skinął głową. Wiedział, że potrzebowała teraz wsparcia, nie otuchy. Przynajmniej on w tej chwili wolałby otrzymać wsparcie i zaufanie niż otuchę. Ginny nagle jakby urosła o kilka cali i zaczęła iść bardziej sprężyście.
Harry nie zbliżał się, kiedy stawała na strzelnicy. Dawał jej przestrzeń i kredyt zaufania. Patrzył jak Pills tłumaczył Ginny zasady strzelnicy i jak sięga ona po różdżkę, by oddać pierwszy strzał. Jej ruchy były zdecydowane, szybkie i ostre. Trochę nazbyt ostre, by Harry mógł uwierzyć, że robi to na luzie. Możliwe, że była głodna magii. Głód magii był dobry, pozwalał wykrzesać niesamowite pokłady energii w walce. Możliwe było jednak, że Ginny stara się coś udowodnić. Nie, nie starała się udowodnić czegoś jemu. Wtedy byłaby nonszalancka i sztucznie wyluzowana. Starała się udowodnić coś sobie, a to niekoniecznie musiał być dobry pomysł… No i miał rację…
Ginny posłała w pierwszego z manekinów Reducto, może zaklęcie to nie było jej autografem tak, jak miało to miejsce z upiorogackami, ale i tak „miało moc”. Manekin rozbłysnął i znikł, zmniejszając się do rozmiarów ziarnka piasku. Expulso rozerwało kolejny manekin na strzępy, choć możliwe, że lepszym określeniem byłoby ponownie „obróciło go w pył”. Po tym wyczynie Ginny trochę się zreflektowała. Harry zobaczył, jak jego narzeczona bierze głęboki wdech. Trzeci manekin stanął w płomieniach. Czwarty został zmrożony, a piąty poleciał dwa metry, uderzając w ścianę, po której powoli się osunął.
„Nie było źle” pomyślał.
Ginny odrobinę się rozchmurzyła. Złapała trochę luzu, a jej ruchy stały się bardziej swobodne. Wciąż jednak była maksymalnie skoncentrowana.
Kiedy podeszła do drzwi, za którymi czekał ją spacer aurora, Harry powoli ruszył w ich stronę. Szedł na tyle powoli, by Ginny zniknęła za drzwiami nim tam podejdzie, wystarczająco jednak szybko, by zjawić się przy weneckich lustrach nim zacznie ona test.
- Pills. – Sztywno kiwnął głową na powitanie, stając obok trenera, kiedy tylko drzwi za Ginny się zamknęły.
- Harry. Nie wolno ci tutaj być w tej chwili – trener mruknął w odpowiedzi.
- Pilnuję, żebyś znowu czegoś nie skopał, więc rób co do ciebie należy i jak należy.

Pomieszczenie było ciche i ciemne. Spacer aurora zawsze zaczynał się w ten sposób, w ciemnym pomieszczeniu, do którego nie dopływał ani jeden dźwięk świata zewnętrznego. Tym razem odnosiła jednak wrażenie, że ta ciemność i ta cisza są czymś jeszcze, że już kiedyś je spotkała, w innym miejscu, w innym czasie… w innym życiu? Otrząsnęła się z tej myśli i ponownie skoncentrowała na zadaniu, które było przed nią.

W oddali zapłonęła czerwona trzydziestka, potem rozbrzmiały trzy krótkie syreny i wreszcie jedna przeciągła, długa niezmiennie irytująca. Zegar ruszył. Miała trzydzieści sekund, ale nie ruszyła się z miejsca. Tym razem nie zamierzała walczyć z czasem. Wyjęła różdżkę i odczekała jeszcze dwie sekundy. Niech przeciwnik sam wykona pierwszy ruch. Nie wykonał. Ugięła delikatnie nogi, by jej chód stał się bardziej sprężysty, a ona mogła w każdej chwili uskoczyć przed lecącym w jej stronę grotem lub też obiektem, i ruszyła naprzód. Na początku nie wydarzyło się nic, ale po nie więcej niż sekundzie zobaczyła kątem oka jakiś ruch za jednym z drzew ( tym razem sala przybrała wygląd pełnego wielkich głazów i starych drzew, leśnego parowu). Załopotał płaszcz, a ona posłała silne i precyzyjne zaklęcie. Kolejny szelest dobiegł jej z przeciwnej strony parowu, trochę za nią. Zrobiła szybki obrót, ale to tylko młody jeleń szukał czegoś między liśćmi. Poczuła jak powietrze faluje i, niewiele myśląc skoczyła w bok, padając na ziemię i turlając się odrobinę bezwładnie po wilgotnych liściach. Przy okazji przerysowała sobie twarz o jakiś konar. Przez miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała, przemknął świetlisty grot. Przeturlała się jeszcze o dwa obroty i zobaczyła go. Wciąż stał na środku z uniesioną różdżką, a po chwili błysnęło światło i już go nie było. Został zredukowany do rozmiarów ziarnka piasku. Poderwała się i pochylona pędem puściła do przodu, czas nieubłaganie upływał, a do końca było jeszcze daleko. Biegła, możliwie często klucząc między kamieniami i konarami, co jakiś czas ciskając zaklęciami w różne strony. Wystrzeliła czerwony grot w przeciwnika atakującego ją ze skarpy, gdzieś za jej plecami, w tysięczną część sekundy później błysk oślepił ją, trafiając o kilka cali od jej głowy. Skała, przed którą stała, eksplodowała, obsypując ją pyłem, od którego zaczęła kaszleć i trzeć oczy. W uszach jej dzwoniło od nagłego huku.

Powoli zjechała po skale, siadając na ziemi, wypluwając pył zalegający w jej ustach i zasłaniając się tarczą, przed kolejnym grotem. Strzeliła jeszcze raz, ale łzawiące oczy nie pozwoliły jej porządnie wycelować i chybiła o dobre trzy stopy. Odbiła kolejną czerwoną błyskawicę, która mknęła w jej stronę. Światło ponownie ją oślepiło, a potem był drugi grot, puszczony przez przeciwnika, który zeskakiwał właśnie ze skarpy po prawej. Ten grot również odbiła swoją tarczą, zamykając oczy przed kolejnym rozbłyskiem światła. Wokół ponownie panował półmrok, słyszała huk wybuchającego bruku wokół i rozsypującą się w pył ceglaną ścianę. Postacie w czarnych szatach ponownie kroczyły w jej stronę, skandując nieskończoną litanię zaklęć, a ona powtarzała tylko Protego, Protego, Protego.

„Protego, protego, protego”, najpierw były to okrzyki, potem mowa, a na koniec ledwie słyszalny szept, w którym więcej było błagalnej prośby niż wiary w siłę tego czaru. Trzech przeciwników skradało się w jej stronę i Harry doskonale wiedział, że jeśli tylko zechce, jeśli się zbierze w sobie, to rozwali ich w kilka sekund. Najwyraźniej jednak Ginny nie była w stanie zebrać się w sobie i zaatakować. Nie była nawet w stanie się poderwać, by biegiem pokonać resztę trasy, jedynie uchylając się od zaklęć.

- Wchodzę tam – warknął, ruszając ku drzwiom na końcu sali, tym, nad którymi wisiał magiczny zegar.
- Nie możesz tam wejść, ona musi skończyć ten test sama, inaczej obleje! – Pills krzyknął, łapiąc go za ramię. – Jeszcze dwanaście sekund.
- Ona nie skończy tego sama, idioto! – Z hukiem otworzył drzwi, wpadając do sali i puścił się przez magiczny parów, przeskakując głazy i konary.
W biegu zakreślił różdżką zamaszysty, skomplikowany układ i zbliżający się do Ginny przeciwnicy dosłownie zniknęli, na ułamek sekundy zamieniając się w obłok mgły. Dobiegając do głazu, za którym kryła się Ginny, rzucił się na klęczki, ostatni metr przejeżdżając na kolanach, rozdzierając sobie materiał spodni, zdzierając skórę i głęboko raniąc nogi.
- Protego, protego, protego – usłyszał jej szept, choć oczy miała zamknięte, a dłoń z różdżką dawno już opadła, ona wciąż powtarzała zaklęcie.
- Ginny, Ginny… – wyszeptał, delikatnie ujmując jej ramiona, lecz ona nie reagowała. – Ginny, Wiedźmo. – Delikatnie pogładził ją po twarzy. Usłyszała go, odwróciła swą twarz w stronę skąd dochodził jego głos. Zegar doszedł do zera i świat wokoło się rozmył, zamieniając w czerń. Ginny otworzyła oczy i natychmiast je zamknęła. – Skarbie, spójrz na mnie – powiedział ciepłym głosem. Gwałtownie zaprzeczyła, kręcąc głową. – Spójrz na mnie.
- Ciemno, ciemno – wyszeptała. – Ja nie chcę ciemności. – Harry wykonał delikatny ruch i nad ich głowami zapłonęła sfera, rzucając na nich srebrny blask.
- Otwórz oczy, wiedźmo – zachęcił ją raz jeszcze. Ginny powoli rozchyliła powieki. Jej brązowe oczy spotkały się z jego płonącymi głęboką zielenią oczami i poczuła się bezpieczna. – Chodźmy. – Pomógł jej wstać i wtuloną zaczął prowadzić do wyjścia, sfera płonęła za ich głowami, rozświetlając zaledwie kilka pierwszych kroków. Ginny rozejrzała się i szybko wtuliła twarz w tors Harrego.
- Ciemność – szepnęła, drżąc.
- Expecto Patronum. – Z jego różdżki wyskoczył dostojny jeleń. – Prowadź nas. – Jeleń stąpał tak blisko nich, by Ginny nie była w stanie dostrzec mroku, rozpościerającego się poza jego blaskiem. Gdy doprowadził ich do drzwi, pochylił dostojny łeb, spoglądając swym świetlistym okiem i zniknął.
Wyszli ku światu zewnętrznemu. Tutaj Ginny oderwała się odrobinę od Harrego, wciąż jednak pozostając w jego objęciach.

- Przykro mi, kadetko Weasley. – Pills podszedł do nich ze swoją zwyczajową podkładką. – Test nie został zal… – Nie dokończył. Harry odwinął się, zadając mu cios pięścią prosto w zęby, niczym zawodowy bokser. Trener pchnięty siłą uderzenia wylądował boleśnie tyłkiem na podłodze. Z jego strzaskanych ust popłynęła krew. Więcej się nie odezwał, podał tylko Ginny jej ewaluację.
Poszli korytarzem z powrotem do biura, nie rozmawiali. Czasami słowa są zwyczajnie zbędne. Rozdzielili się dopiero przy jego biurku. Harry dał jej całusa w policzek, na odwagę w dalszej drodze do biura Robardsa. Nim usiadł, przez chwilę jeszcze obserwował ją z uwagą mieszającą się z niepokojem, jak idzie między rzędami boksów.
- Może powinieneś pójść z tym do sanitariusza? – Neville spytał z troską, przyglądając się jego nogom. Teraz dopiero Harry zauważył, że ma podarte spodnie, a z poharatanych nóg gdzieniegdzie cieknie jeszcze krew, mieszając się z brudem i krzepnąc w czarne strupy.
- To nic takiego. Bywało gorzej – Harry wyciągnął ze stosu papierów jakiś folder i zaczął go przeglądać bezmyślnie. Jego oczy prześlizgiwały się po tekście, litery nie składały się w słowa, a tym bardziej zdania. Po prostu tam były.
- Jak poszło Ginny? – Neville odezwał się ponownie, ale Harry tylko potrząsnął głową. – Nie zdała testu psychologicznego?
- Dopadły ją demony – Ramirez odpowiedziała za niego.
- Jest silna – Harry uciął krótko.
-Jest, dlatego sobie poradzi, ale będzie cię potrzebować. – Nie odpowiedział. Obserwował jedynie przejście prowadzące wprost do wind, mając nadzieję, że jej w nim nie zobaczy. Mając nadzieję, że Robards wbrew przepisom, wbrew rozsądkowi pozostawi ją na służbie. Wiedział, że tak się nie stanie, serce kazało mu jednak mieć nadzieję.
Płynęły długie minuty. Wiedział, że odprawa musi zająć trochę czasu, wiedział, że wypełnienie papierów musi również zająć trochę czasu. Wiedział, że Ginny zapewne wróci do swojego biurka, by się spakować, wiedział, że nie jest beksą, która wybiegnie z biura, robiąc scenę rozpaczy. Wiedział… Wiedział, że każda kolejna minuta to pokarm podsycający jego nadzieję i tym większy będzie potem ból.

W końcu, mimowolnie włączył się do rozmowy przyjaciół, którzy omawiali jak najlepiej przygotować pokoik dla dziecka, kiedy najlepiej wyprowadzić się od Augusty, oraz o relacjach Nevilla z teściem, który jak się okazało był naprawdę zabawnym człowiekiem.
Harry już niemal zupełnie wciągnął się w rozmowę, kiedy jego czujne oko wychwyciło płomiennorudą czuprynę osóbki, która opuszczała biuro z opuszczoną głową, trzymając w objęciach wielki karton ze swoimi rzeczami. Jakże mugolska scena. Harry poderwał się na równe nogi, nieomal powalając krzesło i obserwował jak Ginny powolnym krokiem zmierza ku wyjściu z biura i windom. Wszystkie jego zmysły krzyczały, że ma za nią biec, nogi miał jednak jak wmurowane.
- Będzie ciebie potrzebować. – Ramirez powtórzyła gwałtownie.
- Jak ktoś cię spyta, idziesz sprawdzić trop. – Neville odpowiedział bardziej enigmatycznie, a Harry, nie czekając już ani minuty, wyskoczył zza swojego biurka, cicho biegnąc ku swojej narzeczonej.

Nie słyszała zbliżających się kroków, a może nie chciała ich słyszeć. Szła powoli z nadal opuszczoną głową, po raz ostatni opuszczając to miejsce. Nie zareagowała, nawet kiedy chwycił ją za ramiona, obracając w swoją stronę, a pudło z głuchym stukotem wylądowało na podłodze. Nie spojrzała na niego.
- Wracamy do domu. Już dzisiaj wracamy do naszego domu – wyszeptał w jej włosy, mocno przytulając ją do siebie. Poczuł jak lekko skinęła głową, a po chwili zaczęła się trząść w niemym szlochu.

 
 

  • RSS