RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

7. Serce sercu.

22 lis

 

Obudziła się czując w ustach smak pierza. Jej poduszka była rozdarta . Tej nocy znowu miała ten sam koszmar. Koszmar, w którym postacie w czarnych pelerynach zbliżają się do niej ze schowanymi w długich rękawach rękoma, w których dzierżą płonące groźnym światłem różdżki. Była pewna, że postacie te, zamiast dłoni miały ostre szpony. Szpony, którymi chciały ją rozszarpać. Potem dziesiątki różdżek wybuchają i świetliste groty pędzą wprost w jej ciało. Przez pierwsze noce zrywała się z krzykiem, budząc Billa i Fleur. Potem, kiedy odzyskała już siły, zaczęła rzucać zaklęcia wygłuszające, krzyk zduszając poduszką. Poduszką, która po każdej takiej nocy, była poszarpana i pozbawiona części piór.
Szybkim ruchem różdżki usunęła ślady wydarzeń poprzedniej nocy. Na dworze było jasno, zbyt jasno. Spojrzała na stojący na toaletce zegarek.
– Merlinie – szepnęła, widząc wskazówki wskazujące niemal wpół do dziesiątej. Wszyscy w domu zdążyli już wstać, ba, Bill na pewno już jest w pracy, a przecież miała udowodnić wszystkim jak dobrze się czuje. Teraz, kiedy doktor Proctor powiedział, że jest wystarczająco zdrowa, by wrócić do normalnego trybu życia, musiała udowodnić, że już niedługo nie będzie potrzebowała opieki. Proctor powiedział, że dieta nie jest już konieczna i Ginny powinna powoli wracać do normalnego żywienia, pozwolił jej również na wykonywanie zwykłych czynności domowych, byle tylko się nie przeciążała. Jeśli dobrze pójdzie, za tydzień, może dwa, będzie mogła wrócić do treningów, a potem aurorstwa!
Szybko ubrała się w powycierane Jeansy i flanelową koszulę (którą notabene ukradła Harremu, bo cudownie nim pachniała) i zbiegła po schodach, potykając się na ostatnich stopniach i lądując w dość zgrabnym przysiadzie na dywaniku przed schodami. Od biedy mogła się tłumaczyć, że zrobiła to specjalnie. Na szczęście nie musiała się tłumaczyć, bo nikt czynionego przez nią hałasu nie usłyszał. Nadrabiając minął zgrabnie wkroczyła do saloniku, który był pusty, a z niego do równie pustej kuchni. Przez okno wyjrzała do ogrodu, ale nigdzie nie było ani śladu Fleur. Widziała, że jej bratowa nie śpi. To było zupełnie nie w stylu Fleur spać o takiej porze.
No cóż. Doktor pozwolił na samodzielność. Trzeba być samodzielnym. Ciepła jajecznica na śmietanie z dodatkiem świeżego szczypiorku rosnącego w skrzynce na oknie, wydawała się być tym, na co miała akurat największą ochotę. Do dzieła.

Była dumna ze swojego dzieła. Rzadko miała okazję cokolwiek ugotować i miała o tym mgliste pojęcie, a ta jajecznica wyglądała naprawdę zachęcająco. Właśnie zabierała się, za przekładanie swojego śniadania na talerz, kiedy zamek w drzwiach wejściowych delikatnie kliknął, chwilę później do kuchni wpłynęła Fleur.
– Ginny, Mon dieu! – Wykrzyknęła, przechodząc chwilowo na francuski. – Tobie nie wolno. Powinnaś odpoczywać.
– Doktor powiedział coś innego – Ginny odpowiedziała spokojnie. – No i ciebie nie było, więc postanowiłam poradzić sobie sama.
– Przepraszam, sądziłam że zdążę wrócić – Fleur burknęła zmieszana.
– Nie szkodzi. Chcesz trochę?
– Poproszę. Nic dziś nie jadłam – Bratowa ożywiła się nagle.
Szczęściem Ginny, potrawa okazała się równie smaczna, jak atrakcyjna wizualna i nie musiała się wstydzić przed Fleur, której najwyraźniej również smakowało. Zapowiadał się kolejny dzień z tych „tylko my dwie”, które ciągnęły się niemiłosiernie. Obie kobiety, choć czuły się w swoim towarzystwie coraz swobodniej, nadal mało ze sobą rozmawiały. Wymieniały uprzejmości, pojedyncze uwagi, czasami skomentowały coś, co akurat przeczytały. Od biedy porozmawiały o pogodzie, albo planach Fleur i Billa na najbliższe dni. Nigdy jednak nie mogły się zdobyć na dłuższą konwersację. Zwyczajnie nie wiedziały o czym mogłyby ze sobą rozmawiać. Dwie gadatliwe kobiety, spędzające wspólne dnie w milczeniu.

Tego dnia, Fleur była dziwnie rozkojarzona, nie mogła się na niczym skupić, ciągle zmieniała miejsce, krążyła po domu. Kilka razy wyleciały jej z rąk różne przedmioty. Raz udało jej się strącić łokciem stojący na szafce wazon. Takie zachowanie było normalne dla Ginny, nie dla zawsze pełnej gracji Fleur. Kiedy Fleur omal nie strąciła po raz drugi, stojącej obok niej szklanki z wodą (uratowała ją Ginny, popisując się odzyskanym refleksem i Vingardium Leviosą) Ginny wreszcie nie wytrzymała.
– Czy coś się stało, Fleur? – Spytała delikatnie.
– Nie, nie, wszystko w porządku – srebrnowłosa piękność odpowiedziała niezbyt przekonywująco. – Ja tak tylko.
– Przecież widzę – Ginny żachnęła się delikatnie. – Pokłóciłaś się z Billem?
– Nie, nie. Oczywiście, że nie – zaoponowała. – Naprawdę wszystko w porządku.
Ginny więcej nie naciskała, usiadła tylko naprzeciw bratowej, pozornie zajmując czytaniem „Żonglera”, w którym była relacja z wyprawy Luny dookoła świata, którą odbywała w poszukiwaniu chrapaków krętorogich.
– Ginny? – Fleur odezwała się po kilku minutach, odkładając książkę.
– Słucham? – Szwagierka odpowiedziała jej uprzejmie.
– Jak to… Czy mogłabyś powiedzieć, jak to było z tobą i mamą? – Spytała po chwili wahania. – Czemu się pokłóciłyście?
– Słyszałaś naszą rozmowę? – Właściwie nie musiała pytać, Fleur musiałaby być głucha by nie słyszeć. – Tą sprzed kilku dni.
– Tak, ale jak to się wszystko… jak do tego doszło? – Nie naciskała, kierowała nią ciekawość i coś, czego Ginny jeszcze nie zidentyfikowała. Może niepokój, że to może się powtórzyć, przytrafić, ale komu? Jej i Billowi? Ginny odłożyła Żonglera i zapatrzyła się w morze, gdzieś w oddali, za oknami saloniku.

 

***

Był poranek ostatniego dnia szkoły. Już za kilka godzin, Ginny, Hermiona i inni siódmoroczni po raz ostatni mieli zjeść śniadanie w Wielkiej Sali, a zaraz po nim, ciągniętymi przez niewidzialne dla większości uczniów konie powozami, udać się na peron i na zawsze opuścić ten zamek. W dormitoriach dziewcząt i chłopców panował szalony rozgardiasz. Wszyscy biegali i przepychali się w poszukiwaniu swoich rzeczy, które w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy zdążyły zawędrować w różne, dziwne zakątki zamku.
Ginny nie uczestniczyła w tym ogólnym szaleństwie. Leżała zadowolona w miękkiej pościeli, rozkoszując się chwilą. Była najszczęśliwszą osobą na świecie i nic nie mogło tego zmienić. Absolwentka Hogwartu, zdobywczyni Pucharu Quiddicha i Pucharu Domów, zaręczona z mężczyzną swojego życia, który leżał teraz obok, w tym samym łóżku z baldachimem, w którym leżała i ona. Ich ubrania walały się po podłodze wokoło. Nie, nie leżeli bynajmniej w jej łóżku z kolumienkami, w dormitorium dziewcząt, w wieży Gryffindoru, choć to pomieszczenie wyglądało dokładnie jak jej dormitorium. Tamto łózko było puste przez całą noc. Oni leżeli w szerokim łóżku z baldachimem, w Pokoju Życzeń, który tej nocy wyglądał jak dormitorium Ginny i ciężko powiedzieć, czyje było to marzenie. Byli zaręczeni od nie więcej niż czternastu godzin i czuli się najszczęśliwszymi czarodziejami na świecie, może nawet najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. To wszystko było takie nierealne, jeszcze wczorajszego popołudnia świętowała z innymi zakończenie szkoły, a potem była ta walka w Hogsmeade i był Harry, padł przed nią na kolana i na jej palcu spoczął smok. Czy to wszystko mogło być prawdą, czy może jednak był to cudowny sen? Dla pewności spojrzała na swój palec. Spoczywał na nim smok. Pisnęła z radości i poczęła z radości bić i kopać pościel, niczym małe dziecko.
– Dzień dobry, wiedźmo. – Mruknął, patrząc na nią jednym okiem, z głową wtuloną głęboko w puchatą poduszkę. – Widzę, że się obudziłaś.
Ginny spłonęła rumieńcem, takim, jakim jeszcze nigdy, przez wszystkie lata ich znajomości nie spłonęła. Mgliście zaczęły do niej powracać wydarzenia wczorajszego dnia. Przypominała sobie jak wymknęli się z Hogsmeade, jak spacerowali po terenach szkoły, wreszcie jak wieczorem niemal siłą zatrzymała go w zamku i zaszyli się w Pokoju Życzeń, a potem przypomniała sobie co robili całą noc. Nie, to nie było powodem rumieńca, kochali się już nie raz, choć kochanie się w dormitorium, a przynajmniej jego imitacji było czymś niezwykłym. Rumieńce na jej twarzy, a może całym ciele, które zaczęło ją nieznośnie palić wstydem, wywołało wspomnienie, które zrodziło się kolo północy. Przypomniała sobie na poły ze wstydem, na poły z zadowoleniem, jak wskoczyła na niego, strzeliła go w twarz i kazała nazwać „swoją wiedźmą.” Potem kochali się niemal do rana i było to najbardziej szalone z ich przeżyć, choć ostatecznie uznali, że wolą spokojniejsze i bardziej romantyczne zabawy. Kiedy sobie to przypomniała, poczuła, że ponownie nabiera ochoty na jego ciało, więc profilaktycznie wyskoczyła z łóżka i pobiegła pod materializujący się na jej życzenie prysznic. Znalazł ją tam…

Do wierzy Gryffindoru wracała na miękkich nogach, nie do końca wiedząc co się z nią dzieje. Harry szedł obok niej, skryty pod peleryną niewidką, trzymając ją za rękę. Pod portretem Grubej Damy zapomniała hasła, na szczęście jednak, portret odskoczył właśnie w tym momencie i omal nie zderzyła się z wychodzącą Hermioną.
– Nie chcę wiedzieć gdzie byłaś. – Hermiona przerwała jej ostro, nim na dobre otworzyła usta. – Nie chcę wiedzieć gdzie byłaś i co robiłaś, chociaż to akurat wiem i chyba nie uda mi się wyrzucić tej myśli z głowy. – Potrząsnęła swoją burzą kasztanowych włosów. – W Hogwarcie, w szkole… Nie ważne, podejrzewałam, że prędko się nie zjawisz więc cię spakowałam.
– Dziękuję – bąknęła.
– Nie dziękuj, a teraz podaj mi rękę i idziemy na śniadanie. Nie, nie tą rękę – fuknęła, kiedy Ginny wyciągnęła w jej stronę prawą dłoń. – Podaj mi lewą, już nie będzie ci potrzebna – bezceremonialnie zagrodziła drogę niewidzialnemu Harremu. Hermiona była jednak niesamowita.
– Powiedz mi tylko – poprosiła. – Dobrze się bawiłaś?
– Tak! – Ginny aż podskoczyła.
– Ani słowa więcej – widać było jak na dłoni, że Hermionę gryzie coś więcej. Całe miesiące później dowiedziała się, że liczyła wtedy na Rona, ale przyszło jej jeszcze poczekać.

Zobaczyła go z daleka. Tradycyjne czekał na nią pod szkolną bramą. Stał ubrany w mundur aurorski z szeroko rozstawionymi nogami i rękoma zaplecionymi na plecach. Mijały go kolejne powozy, ciągnięte przez pary Testralii, a zaciekawione spojrzenia odprowadzały samotną postać aurora. Niewielu wiedziało o wczorajszych wydarzeniach w Hogsmeade, jeszcze mniej spośród nich wiedziało, co też może robić pod szkolną bramą auror. Aurorzy nie budzili w tych czasach poczucia bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do członków Patrolu Przestrzegania Prawa, którzy kręcili się w różnych miejscach, pilnując by nie było kradzieży i legitymując publicznie pijących, pojawienie się aurora zawsze zwiastowało kłopoty.
– Cześć Harry! – Usłyszała okrzyk, jadącej kilka powozów wcześniej, Cho. – Wsiadaj do nas, proszę. – Nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem. Czyli w wywiadzie powiedział prawdę, nie utrzymywał z Cho żadnych relacji.
Nareszcie, w chwili, kiedy miała już wyskoczyć i do niego podbiec, ich powóz dojechał do bramy. Harry wskoczył do niego w biegu, a pojazd delikatnie się zakołysał.
– Witam szanowne panie. – Uśmiechnął się szeroko, do jadących w powozie. Siedziały w nim trzy najbliższe mu kobiety. Ona, jego narzeczona, jeszcze nie mogła się przyzwyczaić do tej myśli. Dwie ich najlepsze przyjaciółki, Hermiona i Luna, oraz Hanna Abbot, która dzielnie walczyła w Bitwie o Hogwart. – Prywatna ochrona w drodze na dworzec wita.
– Jesteś sam? – Jako pierwsza odezwała się Hanna.
– Tak. Czy spodziewałaś się kogoś jeszcze? – Spytał uprzejmie.
– Nie, nie, ja tak tylko – bąknęła lekko zawiedziona.
– No więc, dziewczęta, jakie to uczucie opuszczać to miejsce ostatni raz?
– Dziwne.
– Chciałabym jeszcze kiedyś tutaj wrócić. – Hermiona odpowiedziała zamyślona.
– Jeśli ktoś ma na to szanse, to właśnie ty. Taka głowa nie może się marnować. – Odparł Hermionie.
– A ja myślę, że wszyscy kiedyś tu wrócimy. – Luna odpowiedziała swym rozmarzonym głosem.

- Hermiono. – Harry przytrzymał przyjaciółkę za ramię, kiedy wysiadała z powozu. – Wysłałem Arturowi wiadomość, ale gdyby i tak pojawili się na peronie, powiedz im proszę, że odstawię Ginny do domu, ale najpierw muszę jej coś pokazać. – Hermiona przytaknęła skinieniem głowy.
– A co chcesz mi pan pokazać, aurorze? – Ginny zatrzepotała rzęsami, kiedy w ramionach przeniósł ją z powozu.
– Chciałbym cię zabrać w jedno miejsce. Sądzę, że powinienem to zrobić. Do zobaczenia wkrótce, Hermiono.
– Tak, pa Hermiono – rzuciła do ponownie dziwnie nadąsanej przyjaciółki.

Harry obrócił ich w miejscu i już mknęli w dal. Po chwili rozmywający się przed ich oczami świat znieruchomiał. Stali w nisko sklepionej bramie, wychodzącej na placyk z pomnikiem wojennym pośrodku. Harry wziął ją za rękę i poprowadził przez placyk. Kiedy mijali pomnik, ten się zmienił i Ginny zobaczyła trzy postacie, młodych rodziców trzymających w ramionach chłopczyka. Chłopczyk nie miał blizny na czole. Harry nawet nie spojrzał na ten pomnik. Poprowadził Ginny dalej, do małego kościółka, a potem zardzewiałą furtką na niewielki cmentarz.
– Co my tutaj robimy, Harry? – Spytała go niepewnie, rozglądając się po cmentarzu.
– Uznałem, że skoro mamy zostać rodziną. Musisz kogoś poznać.
– Kogo mam poznać?
– Moich rodziców. – Odpowiedział, zatrzymując się przed jednym z pomników. Zobaczyła na nim wyryte imiona jego rodziców wraz z datami ich śmierci i słowami „Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony” – Mamo, tato – przemówił. – To jest Ginny. Ginny i ja właśnie się zaręczyliśmy i chcemy założyć rodzinę, szczęśliwą rodzinę. Chciałem byście ją poznali. Ginny, poznaj moich rodziców. Przykro mi, że nie możecie spotkać się w inny sposób. Porozmawiać. Ja znam twoją rodzinę od tak dawna. To dla mnie bardzo ważne żebyś ty… – Ginny przytuliła go do siebie, kiedy głos mu się załamał.
– Dzień dobry państwu. Bardzo miło mi państwa poznać, mamo, tato. Myślisz, że byli by źli, że tak ich nazywam?
– Myślę, że byli by szczęśliwi że mają taką córkę, że będę miał taką żonę. Tak dzielną, tak piękną. – Pocałował ją delikatnie w skroń. Trwali jeszcze przez chwilę w ciszy, u stóp miejsca ostatniego spoczynku jego rodziców. Potem wyczarowawszy wieniec, deportowali się, by ogłosić szczęśliwą nowinę rodzicom Ginny.

Szli przez podwórko Nory, ramię w ramię, trzymając się za dłonie. Byli szczęśliwi i pewni, że rodzina podzieli ich szczęście.
– Ginny! Czemu nie wróciłaś pociągiem?! – Molly wypadła z kuchennych drzwi i Harremu przypomniało się inne jego przybycie do Nory. Takie, które miało miejsce wiele lat temu i wiązało się z lataniem Fordem Anglia. Wtedy też Molly kroczyła przez podwórze i wtedy też przypominała tygrysa szablastego.
Ginny zdawała się nie dostrzegać w jakim stanie jest jej matka. Cała promieniała szczęściem, niemal podskakując z radości.
– Mamo, mamo! A zgadnij co. Zaręczyliśmy się! – Wykrzyknęła i zapewne pobiegłaby do matki, gdyby nie silna dłoń Harrego, która zatrzymała ją w miejscu. Sam Harry był bardziej powściągliwy w swoim zachowaniu. Molly stanęła jak wryta, porażona tą informacją. Szybko jednak odzyskała rezon.
– Po moim trupie. – warknęła do nich groźnie. – Ginny do domu, a z tobą porozmawiam sobie później. – Jej córka ani drgnęła. – Powiedziałam do domu i ściągaj natychmiast ten pierścionek – wycelowała palcem w błyszczącego w słońcu tysiącami brylancików smoka na palcu córki. Zaręczyny zerwane.
– Że co?! – W głosie Ginny, szok mieszał się z oburzeniem.
– Powiedziałam, zaręczyny zerwane. Ściągaj ten pierścionek i idź do swojego pokoju, zajmę się tobą później. Jak skończę z… nim.
– Nie!
– Słucham?!
– Nigdzie się stąd nie ruszę! – Ginny trzymała się o wiele lepiej niż jej bracia przed laty. Wsparła pięści na biodrach, piorunując matkę wzrokiem.
– Ginny, proszę. – Odezwał się Harry. – Porozmawiam z twoją mamą, idź…
– Porozmawiamy z nią oboje. Nigdzie się stąd nie ruszę – zarzuciła swoją grzywą. – Jak chce coś powiedzieć to niech mówi nam obojgu, jesteśmy zaręczeni!
– Nie jesteście! – Molly wrzasnęła ponownie. – Nie pozwalam! Jesteście za młodzi i zbyt nieodpowiedzialni na zaręczyny. Nie pozwolę by moja córka marnowała sobie życie w związku z człowiekiem który nie potrafi zadbać o siebie, a co dopiero mówić o innych i jest zupełnie pozbawiony rozsądku!
– Nie masz czego pozwalać! Jesteśmy zaręczeni i będziemy rodziną! – To był0 o jedną deklarację zbyt daleko.
– Koniec dyskusji młoda damo! Marsz do swojego pokoju w tej chwili! – Molly dosłownie zapiała i rozkazującym gestem wskazała jej na dom.
– Nigdzie się nie ruszę i nie zmusisz mnie – Ginny aż kipiała ze wściekłości. Harry jeszcze nigdy nie widział jej w takim stanie.
– Jak zechcę to cię zmuszę! – Molly wrzasnęła tak, że nawet gnomy pochowały się w swoich norach, kury pouciekały już wcześniej. – Tak długo jak mieszkasz pod moim dachem, masz robić to, co ja ci każę, a każe ci zerwać zaręczyny! J
– Więc dobrze się składa, że już tu nie mieszkam! – Deportowała ich tak nagle, że Harry omal się nie rozszczepił lądując na schodach Grimmauld Place.
Molly kilka razy odwiedzała Grimmauld Place, by porozmawiać z córką, ta jednak zatrzaskiwała jej drzwi przed nosem, albo nie pojawiała się w ogóle.
Dzień po wydarzeniach w Norze, na Grimmauld Place pojawił się Artur. Jej ojciec był o wiele szczęśliwszy z powodu zaręczyn swojej córki, aniżeli Molly. Pogratulował obojgu i prosił Ginny by wróciła do domu, jeśli nie na stałe, to przynajmniej porozmawiać z matką.
– To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu – mówiła wtedy. – No, drugi najszczęśliwszy, bo zaręczyliśmy się dzień wcześniej. Chciałam dzielić ten dzień z rodziną, chciałam by była przy mnie matka. Jestem jej jedyna córką! A ona wszystko zniszczyła. Zniszczyła cały ten dzień. Kocham cię tato, naprawdę cię kocham, ale możesz wracać do Nory i powiedzieć jej, że może zapomnieć, że kiedyś miała córkę. Ty jesteś u nas zawsze mile widziany, tak jak reszta naszej rodziny. Prawda, Harry? – Krzyknęła do siedzącego u siebie w gabinecie Harrego, który pozostawił ją i Artura samych w bibliotece.
– Nie wiem o co chodzi, ale skoro tak mówisz skarbie. – Odkrzykną.
Urodziny Harrego i zaprzysiężenie Rona, były pierwszą wizytą w Norze od tamtego dnia. Mimo tego, prócz ogólnych grzecznościkobiety nie wymieniły więcej niż jedno zdanie.

***

– Czyli musiałaś się wyprowadzić, tylko dlatego, że się zaręczyliście. Nic więcej? – Fleur odezwała się zamyślona, gdy Ginny skończyła swoją opowieść.
– Tak – Ruda przytaknęła ze smutkiem. Fleur pokiwała i ponownie się zamyśliła. – Fleur. Może nie jesteśmy przyjaciółkami i nieszczególnie za sobą przepadamy, dobrze, ja nieszczególnie za tobą przepadam, ale możesz mi powiedzieć, jeśli coś cię gryzie, jeśli coś się stało…
– Nie, nic się nie stało. Właściwie to jestem szczęśliwa, ale boję się co mamau powie. Was wyrzuciła.
– Was nie wyrzuci, macie własny dom – Ginny powiedziała rozsądnie. – Może co najwyżej was nie odwiedzać, ale to chyba nie byłaby taka tragedia?
– Nie, nie byłaby – Fleur uśmiechnęła się.
– No więc mów – zachęciła ją. – Co siedzi w pięknej Fleur Weasley? – Fleur rozpromieniła się raptownie, na to pytanie.
– Miałam poczekać na Billa, powinnam poczekać na Billa, ale ja muszę powiedzieć bo dłużej nie wytrzymam – zaczęła paplać na jednym tchu. – Jestem w ciąży! – Niemal wykrzyknęła. Ginny wpatrywała się na nią przez chwilę.
– To cudownie! – Wykrzyknęła wreszcie, rzucając się bratowej na szyję. – To zupełnie cudownie i nie bój się, Molly będzie zachwycona. Bill oszaleje z radości, jestem pewna, że oszaleje. Wszyscy oszaleją – mocno tuliła francuską piękność. – To zupełnie cudownie – szepnęła jeszcze. – Będę ciocią – Odsunęła się od Fleur rozpromieniona, siadając na kanapie obok niej. – Cieszę się i gratuluję – Powiedziała na koniec.
– Dziękuję – Fleur przytrzymała jej rękę. – Powinnam powiedzieć najpierw Billowi, ale musiałam wygadać się najpierw przed kobietą.
– Zawsze możesz na mnie liczyć. A teraz mów. Który tydzień, od kiedy wiesz, jak się czujesz, chłopiec czy dziewczynka? – Ginny była wyraźnie podekscytowana.
– Dziewiąty. Dowiedziałam się dzisiaj.
– Dzisiaj? Dzisiaj dowiedziałaś się, że jesteś w dziewiątym tygodniu ciąży?! – Ginny mimowolnie wykrzyknęła. – Czy nie powinnaś wpaść na to wcześniej? Co najmniej trzy tygodnie temu? Przecież jesteś kobietą.
– Podejrzewałam, w ubiegłym tygodniu byłam u doktor Venussi na badaniach, dziś były wyniki. Wcześniej… nie chciałam robić Billowi fałszywych nadziei po tym… A na płeć to jest trochę za wcześniej, szwagierko i ty powinnaś o tym wiedzieć, ale tak sobie myślę, że to będzie chłopiec – Fleur na chwilę przygasła gdy mówiła o Billu, by po chwili ponownie się rozpromienić.
– Po czym, Fleur? – Ginny złapała ją za słowo. – Po czym nie chciałaś robić Billowi fałszywych nadziei? Czy ty wcześniej… – Nie chciała wypowiedzieć tego jednego słowa.
– Non, non, non! – Fleur zaprzeczyła raptownie, ale z uśmiechem. – Głupiutka – Ginny siedziała, wpatrując się w nią. Nie chciała naciskać, nie chciała wyciągnąć, jakiegoś, zbyt drażliwego, tematu.
– Tylko my z Billem staraliśmy się od ślubu – Fleur na chwilę zamilkła. – Najpierw myśleliśmy, że to chodzi o, że coś jest no nie tak.
– Było? – Ginny nie zdążyła ugryźć się w język.
– Doktor Venussia mówiła, że nie – Fleur się zasępiła. – Mówiła, że wszystko w porządku i nic nam nie pomoże. Powiedziała, że za bardzo się staramy i miała rację! – Fleur aż podskoczyła na kanapie.
– Że za bardzo się staracie? – Ginny patrzyła na bratową trochę, jak na wariata.
– Oui, za bardzo się staraliśmy. Za każdym razem, myśleliśmy tylko o tym, że może wreszcie tym razem będzie dziecko. O niczym innym nie myśleliśmy, tylko o dziecku.
– Kochaliście się za każdym razem, po to żeby spłodzić dziecko – Ginny może by i wykrzyknęła, ale szok odjął jej głos (chyba pierwszy raz w życiu) – Fleur, ja nie chcę cię pouczać, bo jestem na to chyba trochę za młoda, ale w seksie chodzi o zabawę, względnie sport.
– Mądra dziewczyna – Fleur uścisnęła ją niespodziewanie. – Może wcześniej powinniśmy o tym pomyśleć.
– Udało się, bo postanowiliście tego nie robić dla dziecka, tylko dla zabawy?
– Głupiutka mądra dziewczyna. Kiedy myślisz, że się kochasz, dla zabawy, nie dla dziecka, to też myślisz o dziecku – Ginny trochę się nachmurzyła, za nazwanie jej głupiutką i mądrą jednocześnie. – Potrzeba było zupełnie nie myśleć. Po niczym nie myśli się tak, jak po dobrym Francuskim winie – Odpłynęła myślami w dal.

***

W Wielkiej Brytanii lato powoli żegnało się z jej mieszkańcami, dawno już opuściwszy północne wybrzeża Szkocji, ustępując chłodniejszej, deszczowej pogodzie znad oceanu. W Wali, chmury zawładnęły niebem i już tylko południowe wybrzeża wciąż stanowiły raj dla spóźnionych urlopowiczów. Tak było w Wielkiej Brytanii, tutaj nie miało to znaczenia.
Słońce królowało na błękitnym, pozbawionym najmniejszego obłoczku, niebie. Wschodni horyzont przesłonięty był wysokimi górami, których stoki okrywa zielony dywan z lasów o łąk, sięgający wysoko, aż ku skrytym pod wiecznym śniegiem, szczytów. Choć śnieg zstępował powoli, każdego dnia przejmując we władanie kolejne stoki, tutaj, w okrytej kobiercem traw i kwiatów, malowniczej dolinie, wciąż królowało lato. Wychodząc z uroczego domku Delacourów, można było podziwiać ośnieżone szczyty alpejskie zażywając kąpieli słonecznych.
Rozpoczął się wrzesień, a wraz z nim rok szkolny w Akademii Beauxbatons. Dla mieszkających w domku czarodziejów i ich gości, oznaczało to odrobinę spokoju. Delacourowie uwolnili się, od wiecznie szczebioczącej i przeżywającej młodzieńczy bunt, młodszej córki. Goszczący u rodziców, w ramach spóźnionego urlopu, Bill i Fleur, mieli wreszcie trochę czasu dla siebie. Byli we Francji już od tygodnia, ale jak dotąd nie udało im się zaznać wiele spokoju. Całe dnie spędzali na zwiedzaniu francuskich miast i nieskończonej liczby butików z ubraniami, które ulokowały się w tych miastach. Jadali śniadania w kawiarni na szczycie Eifla i kolacje w porcie w Marsylli. Udało im się nawet wyskoczyć do kasyna w Monaco. Cały spędzany w domku Delacourów czas (prócz krótkich nocy) zajmowała swoją osobą Gabrielle, towarzysząc siostrze tak często jak to tylko możliwe, opowiadając o chłopakach, wypytując o chłopaków, opowiadając tysiące plotek i za nic sobie mając nawet najmniej uprzejmie próby pozbycia się jej podejmowane przez Fleur (zaznaczyć trzeba, że najmniej uprzejme próby Fleur były i tak niezwykle uprzejme, w porównaniu do niektórych osób). Tego jednak dnia, Fleur i Bill, a za ich przykładem i rodzice, odetchnęli pełną piersią. Zjadłszy śniadanie, nie musieli uciekać w mniej lub bardziej odległy zakątek Francji. Mogli spędzić ostatnie dni urlopu tak, jak urlop powinno się spędzać, na nic nie robieniu.
Zielone i ukwiecone przestrzenie zachęcały do długich spacerów, a malownicze górskie widoki, wprost nie pozwalały oderwać od siebie wzroku. Młodzi państwo Weasley postanowili spędzić dzień na świeżym powietrzu. Dolinkę, w której stał domek Delacourów przecinał uroczy strumyk wijący się wśród łąk, szumiąc delikatnie wśród pokrywających jego dno kamieni, tworząc zakola i niewielkie kaskady. Ze swych młodzieńczych spacerów, Fleur znała wspaniałe miejsce w odległej części dolinki, gdzie strumyk opływa niewielkie wzniesienie, na szczycie, którego rośnie rozłożysty dąb.
Z kocem i piknikowym koszykiem w dłoni, małżonkowie ruszyli, ku wspomnieniom z młodości, a żar lał się z nieba.
Nie dało się ukryć, że z trzech stron otoczony przez strumyk, zwieńczony przepięknym dębem pagórek, wyglądał niczym wyjęty z bajki.

W niektórych rejonach Francji panuje przedziwny zwyczaj i trudno jest dzisiaj powiedzieć, czy przywędrował od Rzymian, wraz z nadejściem ich imperialnych legionów, czy też przywędrował od Szwajcarów, a może to zwyczaj lokalny. Francuzi mieli jednak gdzieniegdzie w zwyczaju jadać potrawę tak przedziwną jak Świeżo krojony z dużego kawałka ser (w swej niezwykle śmierdzącej odmianie) popijany czerwonym, wytrawnym, winem. Mało na świecie jest ludzi, którzy lubią francuskie wina wytrawne, a ze świecą jest szukać takich, którzy skosztowaliby tych win, z tym właśnie serem. Tym nie mniej Bill i Fleur leżąc na kocu w cieniu rozłożystego dębu kosztowali ser, chętnie popijając go czerwonym winem, z wysokich kieliszków, a że magia to potęga, wina w butelce nie brakło.
Są rzeczy, których rozsądni ludzie nie robią, czymże jednak byłaby młodość, gdyby nie robić rzeczy nierozsądnych. Rozsądni ludzie nie piją, kiedy z nieba leje się żar, a nawet ci mniej rozsądni wiedzą, by wina wtedy nie pić. Bill i Fleur byli jednak młodzi i rozsądnymi być nie musieli, wkrótce zaś rozsądnymi i tak być nie potrafili. Dąb nagle przestał dawać ochłodę, kiedy słodki alkohol rozgrzał serce, a to zagotowało krew, rozsyłając ją w każdy zakątek ciała.
Śmiechy niosły się daleko w dolinie, powtarzane przez echo, gdy ocierały się o stoki gór. Młodzi śmiali się, przekomarzali i rozmawiali o niczym, gdyż rozmawiać o czymś w tej chwili raczej nie potrafili. Kiedy człowiek jest w tak błogim stanie, przychodzą mu do głowy szalone pomysły i ochota na przedziwne rzeczy, na które nigdy indziej by się nie zdecydował. Fleur w takiej właśnie chwili odczuła nieopisaną potrzebę, by tańczyć. By tańczyć w promieniach słońca zalewających dolinę. Z gracją poderwała się z koca i w pląsach wybiegła na słońce, gdzie zawirowała w kilku efektownych piruetach, tylko po to by rozłożywszy ramiona paść wśród traw, zwróciwszy swe oblicze ku słońcu. Słońce było tak złociste. Tak ciepłe. Tak cudowne. Powoli rozpięła dwa guziczki, swej letniej sukienki i zsunęła ją odrobinę. Odsłaniając dekolt i ramiona, wystawiając je na spotkanie ze słońcem. Bill podszedł do niej po chwili, siadając na trawie i przyglądając się swojej żonie, która z uśmiechem rozkoszowała się ciepłem i słońcem. Jej dekolt zrosiły delikatne kropelki, odbijając promienie słońca i wyglądając niczym diamenciki. Włosy lśniły jej w promieniach słońca. Uśmiechnął się delikatnie.

 

***

 

W oczach Ginny stały łzy. Odrobinę z zachwytu, odrobinę z zazdrości.
– Wtedy nie myśleliśmy o dziecku – Fleur zakończyła swoją opowieść.
– Piękna historia – Ginny otarła oczy. – Muszę zapamiętać, by unikać alkoholu, kiedy jesteśmy z Harrym sam na sam i bez niego jesteśmy nieodpowiedzialni… Strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy zupełnie przestali myśleć – na jej ustach pojawił się łobuzerski uśmieszek.
– Myślę, że mamau byłaby zachwycona.
– Raczej zeszłaby na zawał – pokręciła głową. – Dobrze, to teraz trzeba Billowi przekazać tą informację w odpowiedniej oprawie – zatarła ręce, wstając z kanapy. Ty sobie odpoczywaj, a ja przygotuję dla was super obiad.
– Jeszcze nie muszę odpoczywać, a ty prawie nie umiesz gotować – Fleur wstała za nią.
– Ale śniadanie było dobre! – Ginny wsparła pięści na biodrach.
– Przepyszne, ale obiad, jeśli bardzo chcesz, zrobimy razem.
– Tylko żadnego wina, tego ci już nie wolno – pogroziła bratowej. – Wy będziecie sobie jedli, a ja zaszyję się w tym czasie w pokoju.
– Raczej zaszyjecie. Harry przecież dzisiaj przychodzi.
– No tak.
– Tylko… żadnego wina – Fleur delikatnie przedrzeźniała szwagierkę.
– Żadnego wina – Ginny przytaknęła i obie wybuchnęły śmiechem.

 

Inspirowane wierszem:

Serce sercu serce dało,

Serce serce pokochało,

Teraz serce serce prosi,

Niech je serce w sercu nosi.

 

 

 

Spotkajmy się w Warszawie.

14 lis

Hej.

Po intensywnym weekendzie Falkonowym w Lublinie wreszcie udało mi się zajrzeć na bloga. Postaram się w miarę wolnego czasu go zaktualizować i odpowiedzieć na wasze komentarze.

Na Falkonie odbyła się prelekcja, która wedle opisu miała pokazywać eliksiry HP z punktu widzenia Chemii. Prelekcja zebrała tłumy, choć zawiodła niemal wszystkich.

Moja propozycja brzmi. Na przełomie lipca i sierpnia w Warszawie odbędzie się kolejna już Avangarda (Spotkanie fanów fantastyki). Tradycyjnie już niemal, będę na nim obecny z prelekcjami bloku star trekowego. Pomyślałem jednak, że moglibyśmy spotkać się tak Potterowo. Chętnie poprowadzę jakiś punkt o HP lub panelik dyskusyjny, jeśli tylko zechcecie wpaść.

Jesteście zainteresowani?

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Falkon kochani Falkon

09 lis

Bardzo was kocham i jesteście kochani ale notki specjalnej rocznicowej nie będzie, a i wszelkie aktualizacje do Poniedziałku poczekają bo Falkon kochani w Lublinie Falkon. Fantastyczny Atak Lublina.
Jeśli ktoś jest z Lublina, albo jest w Lublinie to możecie mnie tam spotkać. Szukajcie mnie na bloku Sci-Fi w czasie prelekcji Star Trekowych, albo na terenie Falkonu, gdzie spaceruję z wielkim, pluszowym, rudym kotem na ramieniu. Nie sposób mnie nie zauważyć. Gwarantuję!
Będę też na jedynym punkcie o Harrym Potterze, Oczywiście z Kotem Spotem na ramieniu!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

6. …Podniosę się.

06 lis

Trzy zdania wstępu.

1. Zupełnie zapomniałem o Halloween i niczego z jego okazji nie napisałem. Zaprezentowany w Halloween tekst to początek niniejszego rozdziału, który tak się zdarzyło, że pasował swym klimatem.

2. Wywołany do tablicy informacją, że jutro mija pierwsza rocznica naszych spotkań – ponownie zupełnie zapomniałem, już dzisiaj wstawiam weekendowy rozdział.

3. Ostatnimi czasy mam tak zajęty grafik, że niemal od miesiąca nie zajrzałem do fanfika. Wybaczcie mi więc proszę wszelkie niepoprawione błędy i cieszcie się historią.

A teraz już rozdział.

_____________________________________________________________________________

Beeeeeeep. Przeciągły dźwięk nieznośnie wwiercał się w mózg, powoli rozsadzając świadomość. Obracał w gruzy cały świat i wywoływał krzyk rozpaczy.

Serce Ginny przestało bić, a wraz z nim przestało bić serce Harrego, w przeciągłym dźwięku aparatury rozpadał się jego świat.

- Ginny, Ginny, Ginny – powtarzał, nerwowymi ruchami trzęsących się dłoni, głaszcząc jej twarz. Jednocześnie, jak szalony wciskał przycisk cichego alarmu, który milczał jak zaklęty. – Ginny, Pomocy! Ratunku! Ginny, proszę, błagam, Ginny, Pomocy! – Krzyknął z całych sił, wyrzucając z płuc resztki życiodajnego tlenu, jeśli ona nie oddychała, jemu też był niepotrzebny.

- Proszę się odsunąć! – Wykrzyknął doktor Proctor, wbiegając do sali w asyście pielęgniarek. Nim Harry zdążył wykonać polecenie, nim je nawet zrozumiał, przefrunął przez salę pod przeciwległą ścianę. W tym czasie medycy otoczyli już Ginny.

- Brak akcji serca.

- Brak oddechu.

- Puls zero zero.

- Brak reakcji na bodźce.

Przekrzykiwały się pielęgniarki.

- Rozpoczynam akcję RKO, eliksir wzmacniający – Wykrzyknął Proctor, kładąc złączone dłonie, na klatce piersiowej Ginny. – Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć… – liczył głośno, przy każdym uciśnięciu klatki piersiowej. – … dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, wdechy! – pielęgniarka zatkała Ginny nos i wykonała za nią dwa potężne wdechy.

Cała procedura powtarzała się w nieskończoność, przerywana co jakiś czas, na ułamek sekundy, dla sprawdzenia funkcji życiowych pacjentki. Harry krążył w nogach łóżka swojej narzeczonej niczym zranione, dzikie zwierze, rwąc sobie włosy z głowy mamrocząc; „Ginny, ratujcie ją. Ginny, ratujcie ją. Ginny, ratujcie ją”… i tak w nieskończoność.

- Brak reakcji. – Odpowiedziała jedna z pielęgniarek, obserwująca cały czas monitory.

- Rozstąpić się – rozkazał Proctor, a jego rozkaz utonął w okrzyku Harrego, nie, nie okrzyku. W wyciu Harrego.

- Ratujcie ją. – Lekarz nie zwrócił nawet na niego uwagi, wyjmując różdżkę i celując nią w klatkę piersiową Ginny.

- Uwaga! – Z różdżki wystrzeliła błękitno biała pajęczyna, Gdy tylko dotknęła Ginny, jej ciało wygięło się w nagłym spazmie, zupełnie jak rażone Cruciatusem, potem jeszcze raz i jeszcze i ponownie w nieskończoność. Harry sądził, że nie może czuć się straszniej, widząc jak Proctor wykonuje masaż serca osobie, która była sensem jego życia. Teraz wiedział co to znaczy czuć się gorzej, obserwując, jak jej ciało jest miotane nagłymi spazmami, kiedy tylko lekarz używał magii. Chciał podejść, wytrącić mu różdżkę z dłoni, nie musiał podchodzić, wystarczyło rzucić czar i uchronić ją od tego sadysty, tylko kto uchroni ją wtedy od śmierci.

Kiedy magia okazała się nieskuteczna, W serce Ginny wbito wielką strzykawkę z jakimś mugolskim środkiem, a potem resuscytacja rozpoczęła się od początku i magia i ponownie resuscytacja i tak bez końca, póki Proctor nie spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Zegar na który Harry przez te wszystkie dni nie spojrzał ani razu.

- Przerywamy – Proctor powiedział, odstępując o krok od łóżka. – Godzina zgonu, ósma dwadzieścia trzy.. – lekarz chciał powiedzieć coś jeszcze, ale jego słowa utonęły w nagłym, dzikiego, wściekłego zwierzęcia.

- Nie!!! Ginny!!! Obudź się, Ginny!!!

- Przykro mi, pannie Potter. Proszę powiadomić rodzinę.

- Ratuj ją! Ona zaraz się obudzi, ratuj ją natychmiast! – Harry nie zamierzał słuchać Proctora. Doskoczył do medyka mocno szarpiąc za poły kitla.

- Zrobiliśmy wszystko co było możliwe, panie Potter.

- Zróbcie więcej! Jesteście magomedykami! – Ryczał Proctorowi prosto w twarz.

- Reanimowaliśmy pannę Weasley ponad dwie godziny – spokój Proctora doprowadzał Harrego do jeszcze potężniejszej furii.

- Reanimujcie ją dwadzieścia. Macie ją uratować, musicie ją uratować!

- Przykro mi. Nie możemy więcej zrobić.

- Macie więcej zrobić! – Harry trzymał już w dłoni różdżkę, celując ją w lekarza. – Macie zrobić więcej, natychmiast.

- Panie…

- Ratuj ją, albo ciebie nie będzie jak ratować. Już!! – Od przepełniającej go magii eksplodowały weneckie lustra, które miał za plecami. – Już!!! – Ryknął, czując, że następna fala magii, może zmieść Proctora, wraz z połową świętego Munga, a tego wolał uniknąć. Znaczy, wysadzenia Munga, nie Proctora.

I pozostała tylko czerń. Czerń jest dobra, czerń jest spokojna, nie zadaje pytań, nie wymaga poświęceń, nie zmusza do wyrzeczeń. Czerń otula cię ciepłym kobiercem, pozwala powoli dryfować, odrywając się od wysiłków codzienności. W czerni po prostu istniejesz i to ci wystarcza. Nie ma nic więcej, tylko istnienie i niemyślenie o niczym. Unosiła się w tej toni bez powierzchni i dna. W tym bezkresie, który był dla niej tak dobry i nic już nie miało znaczenia. Czy w ogóle kiedykolwiek coś istniało? Nieistnienie było tak dobre. Tutaj mogła zaznać spokoju i nie interesowało jej, czy jest coś ponadto i to dobro przerwał nagły zgrzyt, jakby ktoś darł blachę. Znała już ten zgrzyt, ale tym razem po zgrzycie nastąpiła tylko cisza i zamglony kadr, zgrzyt i kadr, zgrzyt i kadr. Zgrzyt, twarze dwojga ludzi, patrzących na coś w łóżeczku. Zgrzyt, chłopak nosi małą dziewczynkę na dłoniach. Zgrzyt, kolorowe obłoczki. Zgrzyt czupryna innego chłopaka, który niesie na barana. Zgrzyt, bliźniacy usmaleni, wysadzili coś pierwszy raz. Zgrzyt, brat wraca ze szkoły z dyplomem. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, lata na miotle swojego brata. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt…. Stacja kolejowa i jakiś chłopczyk o czarnych włosach. Zgrzyt, Hogwartexpress, którym ona nie jedzie. Czarna czupryna w oknie. Zgrzyt, wycinki z gazet na podłodze. Zgrzyt, album z wycinkami. Zgrzyt, bliźniacy uśmiechają się złośliwie, coś spsocili. Zgrzyt, brat załamany gadaniem siostry. Zgrzyt, czarnowłosy w ich domu, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, Oczy zielone jak pikle z ropuchy, tym razem słyszy głos, dziewczynka przekazuje piosenkę krasnoludowi, zgrzyt, krasnolud śpiewa, tłum się śmieje, nie tak miało być, zgrzyt zgrzyt zgrzyt, posępny loch, zgrzyt zgrzyt, Tom, zgrzyt, twarz tego który ocalił, zgrzyt zgrzyt, Rogogon Węgierski, zgrzyt, zgrzyt, czarny pies. Zgrzyt, jakiś posępny dom. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, jacyś chłopcy. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, puchar Quidditcha w dłoniach. Zgrzyt, dotyk ciepłych ust (Wreszcie!), to poczuła, nie zobaczyła, nie usłyszała, poczuła. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt. Feeria obrazów odcieniach szarości i w czerni. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, ból i szereg posępnych cieni. Zgrzyt, obraz, który rozerwał serce. Zgrzyt, jakieś błyski. Czerń jest taka dobra, nie musi w niej cierpieć, nie musi pamiętać o tym wszystkim. Nie ma po co wracać. Zgrzyt, ‚Obudź się, Ginny’, zna ten głos, ten głos jest tak, ważny, był tak ważny. Dla tego głosu warto wrócić. Jak się stąd wyrwać, jak wrócić. Dla tego głosu warto wrócić, ale ta toń. Ta czarna toń, zapadła się już zbyt głęboko, pozostaje jej już tylko jednostajny dryft. Dobrze jej w tym dryfcie. Czemu chciała się z niego wyrwać. Czemu obchodził ją tamten głos. Dryf przez czerń jest dobry. Już nic nie słyszy. Nie ważne co było kiedyś i co będzie dalej. Jest tylko ciepła ciemna toń, w której zostaje się szczęśliwym na wieczność i już nie męczy jej żaden zgrzyt. Pozostaje tylko nieskończony spokój.

Zgrzyt. Ból, jakiego nie odczuła od kiedy zapadła się w tą toń. Oślepiająca eksplozja barw.

- Kadetko Weasley. – Stoi przed drewnianymi drzwiami, słysząc mamroczący głos. Ktoś odwraca jej głowę w stronę skąd dochodzi głos,. Nie, to ona sama odwraca głowę, w innym życiu, w innym świecie – Przed kadetką, jeszcze tylko test praktyczny i ewaluacja okresowa będzie zakończona. Za chwilę wejdzie, kadetka do sali i otrzyma trzydzieści sekund na jej przejście. Zdobycie ponad połowy punktów będzie oznaczać zaliczenie testu. Rozumie kadetka?

- Tak jest. – Oczywiście, że rozumie, robiła to tyle razy. ‚To będzie spacerek. Czysta formalność. Szkoda, że Harry tego nie widzi. Może wreszcie by jej zaufał. Choć i tak, bardziej jej ufa po Hogsmeade. Skup się. Dasz sobie radę, bez jego podziwu. Spacerek Aurora’. Oczyściła umysł i już była gotowa na ostatni test. Eryk Pills otwiera przed nią drzwi. Wchodzi do pomieszczenia. Ogarnia ją całkowity mrok, a potem, w oddali zapala się ogromny zegar, wyświetlający czerwone „30”. Najbliższe trzydzieści sekund jej życia. Zegar ruszył i ona ruszyła. Zbyt wiele buty, chodnik eksploduje, gdy tylko wykonała pierwszy krok. Szybki unik i strzela w miejsce, z którego napłynął czar. Kolejny grot pędzi z przeciwnej strony. Unik i już pędzi kolejny, odbija go, ale pędzą dwa kolejne. Unik, odbicie i piekący ból w plecach, skądś pojawia się trzeci grot. Nim zdołała się podnieść, trafia ją kolejny. Zasłona z cegieł. Rzuca się za zasłonę i czuje jak piekący ból przeszywa jej kostkę, kiedy cztery groty krzyżują się w miejscu gdzie leżała. Co się dzieje, to nie tak powinno być. Wyeliminować ich systematycznie. Trzy groty pędzą na nią. Odbija i atakuje, jednego mniej, ale nadal pędzą dwa groty. Czuje jak eksplozje wstrząsają ścianą za którą się skryła więc jest ich więcej aniżeli tych dwóch. O wiele więcej. Puszcza serią zaklęć przed siebie. Coś wybucha, coś się zapala, coś się wali. Protego! Tarcza nigdy nie zaszkodzi. Teraz może zając się tymi, którzy atakują zasłonę. Expulso! Krzyczy nim w pełni wychyli się zza zasłony. Jeden wylatuje w powietrze, jeden odbija i idzie na nią dziesięciu. Draconis Inflamare! Jeśli coś ją uratuje, to właśnie to, tyle że nie dzieje się nic. Widzi pędzące w nią groty. Pada za zasłonę i jednocześnie pada jej protego. Dwa zaklęcia jednocześnie dosięgają jej ciała, a potem czuje, jak wybucha jej osłona i kolejne zaklęcie trafia jej ciało, a potem już nie czuje nic. Chyba coś miota jej ciałem. Chyba coś błyska. Chyba jakieś postacie pochylają się nad jej ciałem, chyba coś skandują, a potem znikają i „Trzymaj się Weasley”, słyszy odpływając w niebyt. Chyba czuje jak osuwa się grunt spod jej ciała i już wędruje w powietrzu najpierw przez ciemność, potem przez jasność. „Trzymaj się, Weasley. Pomoc jest w drodze”, słyszy raz jeszcze ten głos, ale już nie ma siły otworzyć oczu. „Ginny!”Ten głos, ciepłe ramiona i cudowny zapach. „Zostań ze mną”. Harry, Harry, Harry.

- Harry! – Biała sala, białe łóżko, wokół łóżka ludzie w bieli, kobieta ma w dłoni wycelowaną w nią różdżkę. – Harry? – Widzi go, stoi na wprost niej i wygląda jakby upłynęło dziesięć lat.

- Proszę się kłaść – jakiś mężczyzna dociska ją do łóżka. Ona nie chce się kłaść. Co się stało z jej Harrym? Kruczoczarne włosy dawno straciły swój blask, leżą smętnie, wypłowiałe. Rzadki, długi zarost pokrywa całą jego twarz. Cerę ma bladą wielkie sińce pod oczami, w których czai się obłęd. Mundur wisi na nim smętnie, jakby w krótkim czasie dużo schudł. To nie jest jej Harry. To jest człowiek, na progu szaleństwa. – Proszę się kłaść. – silne ramiona wreszcie przygniatają ją do łóżka.

- Ginny! – Słyszy jego głos. Głos w którym rozpacz miesza się z szaleństwem radością i czymś jeszcze, czego nie potrafi rozpoznać. Czuje jak ciepło rozchodzi się po jej organizmie, coś skrzącego się srebrnym blaskiem płynie rurką, wprost do jej ciała. Ktoś zakłada jej na twarz wielki bąbel i czuje tlen wtłaczany do jej płuc. Otacza ją plątanina aparatury i grupa osób w bieli otacza jej ciało. Harry też tam jest. Klęczy u jej stóp, z oczu płynął mu łzy.

- Proszę pani? – Odzywa się lekarz. – Czy wie pani, jak się nazywa?

- Gi…

- Na razie proszę odpowiadać tylko kiwnięciem głowy – Oczywiście, że wiedziała, kiwnęła głową. – Bardzo dobrze, pamięta pani datę swoich urodzin, a, a, a, tylko kiwamy głową. Doskonale. Czy wie pani gdzie jest? – Rozejrzała się jeszcze raz dla pewności, po pomieszczeniu i kiwnęła głową. – Czy wie pani, dlaczego tutaj trafiła? – Seria barw, błyski, postacie w kapturach. Szarpnęła się, nie chce, ona potrzebuje, potrzebuje…. Harrego! Spojrzała na niego, wciąż klęczał w jej nogach, ale już nie płakał, patrzył tylko na nią, tak, że chciała się zarumienić. Wyciągnęła oplecione rurkami i kabelkami dłonie. Chciała go przytulić. Musiała się przytulić. – Czy wie pani, dlaczego tutaj jest? – Lekarz powtórzył raz jeszcze, ale ona trwała wpatrzona w Harrego z wyciągniętymi dłońmi. Zrozumiał ją, zawsze rozumieli się bez słów. – Czy wie pani, dlaczego tutaj jest? – Harry delikatnie odepchnął jedną z pielęgniarek i ujął jej dłoń. Miał tak ciepłe dłonie. Dopiero teraz poczuła jak jest jej zimno. – Czy wie pani dlaczego się tutaj znalazła? – Lekarz pytał z uporem. Odpowiedziała mu kiwnięciem. – Czy wie pani, od jak dawna tutaj jest? – Rozejrzała się po pomieszczeniu szukając wskazówek, ale nic prócz wyglądu Harrego nie było w stanie jej pomóc. Pokręciła przecząco głową. – Nic nie szkodzi. Nic nie szkodzi. Proszę teraz leżeć spokojnie i nie robić nic głupiego. Pan też, panie Potter. Odsunął się od łóżka i machnięciem różdżki naprawił rozbite lustra. Teraz dopiero zwróciła uwagę, że w ścianie był szereg prostokątnych dziur.

 

- Dziękuję – Harry powiedział, kiedy po kilku kolejnych minutach zespół medyczny wychodził z pomieszczenia.

- Nie ma za co, panie Potter.

- Nie panu – Harry odparł głucho. – Dziękuję, pani – skinął na pielęgniarkę. Tą, która mierzyła w nią różdżką.

- Har… – Zaczęła mówić.

- Ciii – uciszył ją. – Będziemy mieli na to czas. Teraz odpoczywaj

- Al…

- Odpoczywaj uparciuchu.

- Zimno – Wyszeptała jeszcze i okrył ją kocem. Jej kocem, ach ta magia. Spróbowała mocniej uścisnąć jego dłoń. Potem jeszcze tylko przez okno wystrzelił świetlisty jeleń i zamarli w milczeniu, wpatrzeni w siebie. Potem jego twarz zaczęła się powoli rozmazywać, ale on trwał w uśmiechu, odpłynęła w delikatny sen, w którym Harry był bok i trzymał ją za dłoń i stali na jakiejś plaży, w nocy, wśród palm, przy wielkim ogniu, a w tle niebo rozświetlały setki fajerwerków i to był cudowny sen. Gdy się obudziła, Harry nadal trzymał jej dłoń, patrzył na nią, ale jednocześnie rozmawiał z kimś cicho. Nie słyszała o czym mówią. Jego usta wygięły się w delikatnym, ciepłym uśmiechu, gdy zobaczył, że otworzyła oczy. Spojrzał na chwilę w bok, mówiąc coś. Poczuła jak ktoś obejmuje jej drugą dłoń. Powoli odwróciła głowę i Wyszarpnęła swoją dłoń, przesuwając ją tak blisko Harrego, jak pozwalały na to wszystkie wbite w rękę rurki i kable. Odwróciła wzrok, ponownie wpatrując się w niego, był tylko on. Poczuła dotyk na ramieniu i wyprężyła się, otworzyła usta, by powiedzieć Harremu, ale on już rozumiał. Spojrzał w bok i pokręcił głową. Nie dotknęła jej już więcej. A ona trwała wpatrzona w Harrego, w swój świat. Świat, który był tak strasznie inny, świat, który tak strasznie się postarzał. Czy ona leżała tutaj kilka lat?

- Jest ci ciepło? Potrzebujesz czegoś? – Spytał czule. Delikatnie pokręciła głową. Potem ponownie odpłynęła w sen.

Kiedy otworzyła oczy matki już nie było. Zamiast niej, po przeciwnej stronie łóżka siedział Ron. Bez wahania podała bratu dłoń. Ron nie wyglądał tak strasznie jak Harry. Może wcale nie upłynęło tyle czasu. Co się więc stało z Harrym

- Jak się czujesz Ginny? – Ron spytał niepewnie. Jak miała się czuć. Wszystko ją bolało. Wiedziała jednak o co mu chodziło więc kiwnęła głową. Uśmiechnął się. Takie trwanie w milczeniu kiedy inni przy tobie mogą mówić jest niezwykle denerwujące ale cóż miała począć. Tego dnia nie usnęła już do wieczora. Później odwiedzili ją tata i Hermiona, zapewne wracając z pracy. Był Bill i Fleur u których mieszkała. Byli nawet George z Angeliną i Percy. Wszyscy niezwykle się cieszyli widząc ją. Harry też wyglądał o wiele lepiej. Jakby się rozpromienił, choć nada wydawał się być o wiele starszy. Wszyscy jak ognia unikali tematu tego, ile tutaj była, a ona musiała wiedzieć. Następnego dnia, po przespanej nocy, którą Harry spędził na stołeczku obok łóżka, z głową na jej posłaniu (czy tak spędzał noce, od kiedy tu trafiła?) Czuła się na tyle dobrze, że lekarze postanowili zdjąć z jej twarzy maskę. Powili zaczynała mówić. Jej pierwszym słowem, było ‚Harry’, a drugim ‚Wyjdź’, kiedy zobaczyła swoją matkę. Ten rytuał powtarzał się zresztą każdego dnia. Jej matka wchodziła do sali, a ona mówiła wyjdź i skupiała się na Harrym, na Ronie, na każdej innej osobie w sali, byle tylko nie patrzeć na matkę.

- Uparciuch z ciebie, Harry powiedział, trzeciego dnia od chwili kiedy się obudziła. Wiesz, że ona…

- Przestań. Nie będziemy o niej rozmawiać – powiedziała mu kategorycznie. Na tyle kategorycznie, na ile miała siły, a miała ich coraz więcej. Uśmiechnął się pobłażliwie i pogładził jej twarz. – Harry?

- Tak, wiedźmo.

- Nie nazywaj mnie wiedźmą.

- Przepraszam, wiedźmo. Więc słucham, o co chciałaś zapytać, kochanie?

- Jaki mamy dzień? – Uśmiechnął się, bawiąc kosmykiem jej włosów.

- Sobota – odpowiedział łagodnie.

- Spałam pięć dni? – Harry uśmiechnął się w odpowiedzi. – Harry, ale twoja broda… Ona nie urosła w pięć dni, prawda? – Znowu się uśmiechnął.

- Jaki mamy dziś dzień. – Aparatura za jej głową zaczęła szybciej pikać.

- Ciii, to nie jest teraz ważne – Powiedział delikatnie. – Uspokój się, bo przyjdzie doktor i każe ci iść spać – Z całych sił starała się uspokoić swój puls, ale zupełnie jej to nie wychodziło.

- Ile dni spałam? – Powiedziała tak kategorycznie, jak tylko była w stanie. Harry spojrzał na aparaturę za jej głową i na lustra na przeciwnej ścianie, te które były wybite kiedy się obudziła. – Ile? – Aparatura rozpiszczała się na dobre i już słyszała kroki na korytarzu.

- Szlag, no i masz. – Harry powiedział, kiedy w drzwiach pojawił się lekarz. – Siedemnaście – szepnął jej do ucha, na chwilę przed tym, jak odpłynęła uśpiona eliksirem z kroplówki.

Wokół ponownie była ciemność, i wielka trzydziestka w oddali i seria eksplozji i tłum postaci w kapturach i maskach i wycelowane w nią różdżki i błysk. Poderwała się na łóżku, a wokół było ciemno i poderwał się Harry, który najwyraźniej spał z głową na jej posłaniu.

- Co się stało, kochanie? – Spytał z przerażeniem w oczach, nie do końca jeszcze obudzony. – Potrzebujesz lekarza?

- To tylko koszmar. Nic takiego. – Odpowiedziała mu spokojnie, choć serce nadal jej waliło i nie mogła tego ukryć podłączona do aparatury pikającej równie szybko jak jej serce. W drzwiach pojawiła się pielęgniarka.

- To tylko zły sen – Harry odpowiedział za nią. – Tylko sen – Pielęgniarka dla pewności sprawdziła parametry i wyszła skinąwszy głową. – Spróbuj zasnąć Powiedział, ale gdy tylko zamknęła oczy zobaczyła zakapturzone postacie otaczające jej ciało.

- Nie chcę, ale ty śpij jeśli chcesz – nie usnął, rozmawiali do rana. Tego dnia lekarze odłączyli od niej większość aparatury, pozostawiając jedynie czujnik oddechu. Nikt prócz Harrego nie wiedział więc już o jej koszmarach, czasami udawało jej się oszukać nawet Harrego.

 

Ponownie był poniedziałek. Minęły niemal dwa tygodnie od dnia, gdy się obudziła. Zbliżała się pora obiadu. Tego dnia miała stanowczo nietypowy zestaw gości. Prócz Harrego, który wiernie trwał u jej boku i matki, która uparcie sądziła, że w końcu zechce się do niej odezwać była u niej Fleur, która wpadła przy okazji wizyty u lekarza. Fleur była u niej do tej pory tylko dwa razy. W dniu kiedy się obudziła i później… sama nie wiedziała jaki to był dzień. Zawsze jednak z Billem. Dzisiaj przyszła sama. Była delikatnie rozkojarzona, ale całkiem miło było z nią porozmawiać. Nawet jeśli masz przy sobie osobę, którą kochasz najbardziej, to po pewnym czasie, potrzebujesz choć na chwilę kontaktu z kimś nowym. Właśnie rozmawiały o czymś tak błahym jak sztormy, które coraz częściej nawiedzają plażę i klif, gdzie stoi muszelka, niosąc ze sobą wspaniały zapach jodu i soli, kiedy do sali wszedł doktor Proctor. Tych odwiedzin się nie spodziewała, przynajmniej nie o tej porze. Ginny delikatnie się tym zaniepokoiła. Czyżby coś było nie tak z jej porannymi wynikami.

- Dzień dobry, panno Weasley – Odezwał się jak zawsze uprzejmie. – Jak się pani miewa?

- Dziękuję, dobrze – Nie kłamała, czuła się dobrze. – Co jakiś czas trochę mnie rwie w różnych miejscach, ale coraz rzadziej i słabiej – Dokończyła.

- Bałbym się, gdyby pani nie rwało – medyk pokiwał, patrząc w kartę. – Czy jest pani gotowa na wypis?

- Słucham? – Ginny nie w pierwszej chwili zrozumiała o co chodzi Proctorowi.

- Czy czuje się pani na siłach, by opuścić szpital?

- Nie wiem, nie jestem pewna – Ginny przyznała z zakłopotaniem.

- I to jest bardzo dobra odpowiedź – Proctor uśmiechnął się odkładając jej kartę. – Mogę panią wypuścić pod dwoma warunkami. Pierwszy. Zje pani obiad, który niedługo zostanie pani podany. Drugi. Właściwie wszystko z panią w porządku, ale chcę, żeby ktoś miał panią na oku przez najbliższe dwa tygodnie. Czy ma pani możliwość, by ktoś był przy pani cały czas?

- Harry? – Ginny spojrzała z nadzieję, na swojego narzeczonego.

- Przykro mi, kochanie. Jak spałaś była Ramirez. Muszę wrócić do pracy najdalej do piątku inaczej mnie wywalą – Harry zrobił niemal zrozpaczoną minę. Naprawdę chciałby ją stąd zabrać do domu.

- Możesz wrócić do domu – Ożywiła się Molly. – Zajmę się tobą. Jestem cały czas w domu, mogę się tobą zaopiekować. Mogę się nią zaopiekować, doktorze – zwróciła się na koniec do Proctora.

- Nie – Ginny powiedział ostro i stanowczo. – zostanę w szpitalu. Odwróciła głowę w stronę Harrego, tak jak robiła to każdego dnia, od kiedy się obudziła, by nie patrzeć na matkę. Wcześniej jednak jej oczy spotkały się z oczami Fleur. – Wolę zostać w szpitalu, jak u niej. Zostanę tutaj, Harry.

- Będzie mi więcej jak miło, jeśli zechcesz nadal gościć u nas. – Fleur odezwała się niespodzianie. – Ja jestem w domu sama całe dnie – Ginny uśmiechnęła się do niej promiennie. Kto by pomyślał, że może tak promiennie uśmiechnąć się do Fleur.

Proctor pojawił się u Ginny jeszcze raz, zaraz po obiedzie, by dać jej do podpisania wypis ze szpitala i przekazać zalecenia. Ginny przez tydzień miała zakaz jakiegokolwiek wysiłku, podnoszenia, dźwigania. Krótkie spacery, świeże powietrze (ale tylko dobrze ubrana), ćwiczenia oddechowe, dla sprawdzenia, jak się mają płuca i żebra, no i oczywiście delikatna dieta. To ostatnie akurat Fleur mogła jej zapewnić bez dwóch zdań. Po tym tygodniu Ginny miała się zgłosić na badania kontrolne, by otrzymać kolejne zalecenia.

Ginny uparła się, że nie chce żeby matka towarzyszyła przy jej wypisie, więc Harry i Fleur zabrali Ginny do muszelki sami. Ginny starała się zgrywać chojraka i na każdym kroku udowadniać, że nic jej nie jest, ale gdyby nie asekuracja Harrego, już po kilku krokach boleśnie odczułaby, w jak wielkim jest błędzie. Zaprowadził ją do jasnego pokoiku na piętrze muszelki, który zajmowała, przed wypadkiem i wizytą w szpitalu. Z okna miała piękny widok na może i rozbijające się o skały białe bałwany. Ginny uchyliła okno, rzucając jednocześnie zaklęcie rozgrzewające, tak by mieć świeże morskie powietrza, a nie zmarznąć jednocześnie. Zaklęcie wyszło jej raczej średnio, więc Harry wzmocnił je i ustabilizował, gdy tylko nie patrzyła. Po krótkim spacerze po pokoju, Ginny zobaczyła siebie w lustrze i kategorycznie zażądała kąpieli i rozczesania jej rudych włosów. Harry nawet nie zdawał sobie sprawy, jakie cuda może zdziałać kobiecie gorąca kąpiel i delikatne czesanie. Po pół godzinie w wannie, Ginny odzyskała całkiem sporą część swojego zwyczajnego wigoru, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było wyrażenie oburzenia, na wygląd Harrego.

- Harry! – Niemal wykrzyknęła, kiedy owinęła sobie mokre włosy, śnieżnobiałym ręcznikiem. – jak ty wyglądasz?! Jak jakiś łachmyta. Brudne, potargane włosy. Nieogolony – wyliczała, wsparłszy pięści na biodrach . – O mundurze nawet nie wspomnę, brudny, powyciągany. Powinieneś świecić przykładem, a wyglądasz, jakbyś mieszkał pod mostem. Masz go natychmiast ściągnąć – zakończyła kategorycznie.

- Natychmiast? – Spytał, obcinając wzrokiem jej ciało, skryte pod kolejnym białym ręcznikiem, ledwie skrywającym piersi, wokół których był owinięty i sięgający niewiele niżej, niż to było absolutnie konieczne. – Jesteś pewna, że wyzdrowiałaś już wystarczająco? – Ginny przygryzła wargę i przestąpiła z nogi na nogę, wyraźnie ze sobą walcząc.

- Dobrze wiesz o czym mówię – bąknęła wreszcie. – Masz wracać do domu i doprowadzić się do porządku.

Harry dostał jeszcze tylko szybkiego całusa, nim zamknęły się drzwi jej pokoiku, pozostawiając go samotnego na korytarzu. Pożegnał się więc z Fleur, dziękując jej, że zechciała się zaopiekować Ginny (zarzekała się oczywiście, że to nic takiego) i poleciał na Grimmauld Place, gdzie czekali na niego jego podopieczni, których nie widział od miesiąca.

 

Świadomość, że Ginny nic już nie grozi przynosiła mu nieopisaną ulgę. Co prawda wolał by mieć ją już w domu, ale zdawał sobie sprawę, że Ginny potrzebuje jeszcze opieki, a Feur… no cóż, Fleur na pewno się nią dobrze zajmie.

 

Krok za krokiem wspinał się po schodach domu przy Grimmauld Place, Przez cztery tygodnie, jakie spędził w szpitalu, przy życiu podtrzymywała go adrenalina i strach o życie Ginny. Teraz, kiedy nerwy opadły poczuł, jak bardzo brakuje mu sił. Każdy krok po schodach odczuwał jak przebiegnięcie maratonu. Mięśnie zapomniały już jak się pracuje, a miał do pokonania cztery wysokie piętra… Na korytarzu ostatniego piętra, przy drzwiach łazienki wisiało ogromne lustro. Widział swoje odbicie po raz pierwszy od tych czterech tygodni i ledwie siebie poznał. Zazwyczaj potargane, czarne włosy, wypłowiały, straciły swój blask i przylgnęły do głowy. Twarz miał białą jak kreda, a pod oczami ogromne, fioletowe sińce. Całe policzki, broda i usta skryte były pod niegolonym od od dnia, który skończył się szpitalem, zarostem. Mundur wisiał na nim smętnie, był dziwnie powyciągany i jakby zbyt duży. Była już najwyższa pora, by doprowadzić się do porządku.

Przekroczył drzwi łazienki, sięgając po leżącą na umywalce brzytwę, prezent od rodziców Fleur i powiedział ‚gładko’. Brzytwa zaczęła golić go sprawnymi i szybkimi pociągnięciami, a on w tym czasie odkręcił gorącą wodę i zaczął rozpinać mundur. Gdy podniósł głowę jego wzrok padł na wiszące nad umywalką lustro, które zdążyło już zaparować. Był tutaj pierwszy raz od wyjścia do pracy tamtego nieszczęsnego dnia. Nie miał więc szansy zobaczyć, że Ginny odwiedziła dom i wymalowała na lustrze wielkie serce w środku którego odcisnęła swoje usta i podpisała ten obrazek ogromnymi słowami, „Kocham Cię”. Poczuł jak śpiący w jego wnętrzu potwór, ten sam, którego tak doskonale znał z szóstej klasy, nagle się przebudził, rozszarpuje mu serce i w niczym nie pomagała świadomość, że Ginny jest już bezpieczna. Przecież omal jej nie stracił.

Cisnął brzytwą i puścił się do wyjścia przeskakując po trzy stopnie naraz. Nie planował się zatrzymać, póki nie dotrze na miejsce. Jego ciało nagle zapomniało o całym zmęczeniu

 

Odległość dzielącą windy od jego biurka w Biurze Aurorów, pokonał w rekordowo krótkim czasie.

- O! Harry – siedzący na swoim miejscu Urquhart ucieszył się na jego widok. – Jak się czuje Ginewra?

- Lepiej – Harry nawet nie zwolnił. – Jest w Muszelce.

- To dob… Ej, dokąd ty idziesz? – Zawołał, widząc że Harry nie ma zamiaru zostać w biurze.

- Muszę zgnieść pewną pigułę* – Rzucił oddalając się szybkim krokiem.

- Zgnieść pigułę? Jaką pigu.. o szlag, Potter wróć! – Zerwał się ze swojego miejsca, biegnąc za Harrym. – Wracaj tutaj natychmiast! – Do Urquharta dołączyła spora grupka młodszych aurorów i kadetów, zainteresowanych sytuacją.

Drzwi AOS’u otworzyły się, nim wyciągnął po nie dłoń. Znał przepełniające go uczucie. Ostatni raz czuł je wiele lat temu, kiedy straciwszy kontrolę napompował ciotkę Marge. Uczuciem tym była czysta i niczym nieskrępowana furia. Furia go przepełniała, a on się jej z lubością poddawał. Była taka słodka, tak niesamowicie przyjemna. Odczuwał ją całym sobą. Każdą komórką swego ciała, każdym zakątkiem swego umysłu. Czuł, że może wszystko. Teraz jednak, w odróżnieniu od tego wydarzenia sprzed lat, wiedział również, że może zatrzymać się w każdej chwili. Tylko, że nie chciał się zatrzymać, nie po tym co przytrafiło się Ginny. Nie po tym, jak nieomal jej nie stracił

- Pills! – Ryknął, wchodząc na salę treningową.

- Harry? – Eryk był zdziwiony widząc swojego przyjaciela. – W czym mogę ci pomóc?

- Na matę, natychmiast! – Głos Harrego nie znał sprzeciwu. – Musimy porozmawiać – stanął na środku głównej maty treningowej.

Pojedynkujący się na odległej części sali Ron z Nevillem przerwali swoje zajęcie, obserwując sytuację. Rozchełstana peleryna Harrego, falowała niczym powieszona na wietrze, choć powietrze w sali ani drgnęło. Tak samo falowała rozpięta koszula munduru, odsłaniając jego pierś, która opadała i unosiła się w rytm ciężkich oddechów. Wytatuowany na piersi smok wyglądał jakby nagle ożył.

- Uspokój się Harry i spokojnie porozmawiajmy – Eryk czuł, że prośba ta nie poskutkuje i delikatnie zezował w stronę drzwi. Niestety były zablokowane małym tłumkiem gapiów do którego dołączyli właśnie Neville z Ronem.

- Właśnie chcę z tobą porozmawiać – mimo, że słowa skierowane były do Pillsa, wszystkim obecnym, ze strachu, włosy podniosły się do góry.

- Nie będę walczył z przyjacielem – Eryk nie zrobił ani kroku.

- Przyjaźń skończona – Harry odpowiedział głucho i szarpnął różdżką. Nikt nie wiedział, czy było to wyjątkowo silne Accio, czy czar wyuczony w Cannes lub Chinach, ważny był efekt. Eryk Pills oderwał się od ziemi, przeleciał przez salę treningową, minął Harrego i roztrzaskał się o przeciwległą ścianę. Kolejne szarpnięcie poderwało go z ziemi i brutalnie ściągnęło na matę treningową.

- Harry… – Urquhart zaczął pewnym tonem, ale Harry uciszył go gestem dłoni. W twarz Eryka chlusnął strumień lodowatej wody. Pills ocknął się i zaczął pluć i charczeć.

Harry. Daj spokój – poprosił. W chwilę później wisiał do góry nogami przyczepiony za kostkę do niewidzialnej liny. – Wystarczy – jęknął. Huknęło i ponownie leżał na ziemi. Harry stał, patrząc na leżącego na ziemi szefa AOSu, a jego oczy były czarne. – Dasz mi coś powiedzieć? – Huknęło dwa razy. Eryk zawisł w powietrzu, wywinął młynka i opadł na nogi. Wszystko trwało może dwie sekundy. – Poddaję się – rzucił różdżkę na ziemię, a ta się odbiła i ponownie wpadła w jego dłoń. Nikt nie widział, by Harry wykonał najmniejszy ruch. – Zamierzasz mnie zabić? – Harry milczał, jedynie fragment maty treningowej wybuchł, czemu towarzyszył potężny biały błysk. Chwilę później kolejny wybuch oderwał jeszcze większy fragment maty, tuż przed nogami Pillsa. Ten zasłonił się zaklęciem tarczy. Harry ledwie poruszał swoją różdżką. Kolejne machnięcie i tym razem Pills odbił je zaklęciem tarczy. Wściekły auror uśmiechnął się szyderczo.

Jego różdżka ledwie drgała, kiedy rzucał kolejne zaklęcia, Eryk ograniczał się zaledwie do stawiania kolejnych tarcz, od których odbijały się zaklęcia Harrego, lecąc w trudnych do przewidzenia kierunkach i niszcząc wszystko co stanie na ich drodze. Dla własnego bezpieczeństwa, obserwujący pojedynek gapie postawili własne tarcze, powodując jeszcze większy chaos. Twarz Harrego była skoncentrowana, jego przyjaciele nie mogli się jednak pozbyć wrażenia, że Harry zwyczajnie się bawi. Co jakiś czas Erykowi udawało się wyprowadzić jakiś atak, choć udawało się jest w tym wypadku słowem na wyrost. Harry zwyczajnie pozwalał Erykowi na wyprowadzenie ataku. Nie tracił nawet czasu, na stawianie tarczy, zwyczajnie uchylając się od lecących grotów.

W pewnej chwili coś się jednak zmieniło. Może Harremu zwyczajnie znudził się pojedynek, może coś sobie przypomniał. Po jego twarzy przemknął niebezpieczny cień, a w chwilę później przeszył ją grymas bólu. Jakaś niepokojąca myśl, taka która kryje się w tyle głowy, jak to mają w zwyczaju robić niepokojące myśli, podpowiedziała Ronowi, że to się nie skończy dobrze.

Niektórzy pomyśleli, że Harry skończył pojedynek, gdyż nie widzieli ruchów jego różdżki. Ron wiedział jednak, że stały się one jedynie, o wiele szybsze, a zarazem groźniejsze. Dał się ponieść furii. Eryk mógł równie dobrze opuścić różdżkę i czekać na swój koniec. Stawiane przez niego tarcze, raz za razem padały pod naporem zaklęć Harrego. Wkrótce nie miało już znaczenia czy się broni, czy próbuje atakować. Ponownie był miotany po sali treningowej, a wokół niego wybuchały fragmenty podłogi, ścian, luster.

Teraz dopiero w pełni było widać kim jest i co potrafi Harry Potter, teraz gdy nie ograniczał swoich umiejętności, nawet mistrz departamentu w pojedynkach, Pills, nie miał z nim szansy. Pills nie tyle się teraz bronił, co zdawał się walczyć o życie i przegrywać tą walkę sekunda po sekundzie.

- Już wiem co musimy zrobić przed kolejną akcją – szepnął Urquhart do Nevilla. – Wystarczy go porządnie wkurzyć.

- Myślę, że raczej musiał byś postawić przeciwników między nim, a Ginny – odparł mu Neville. Mogli swobodnie rozmawiać. Rozmowa była jedynym co im pozostało. W którymś, trudnym do odgadnięcia momencie, Harry postawił między nimi, a sobą i Pillsem, niewidzialną barierę, skutecznie powstrzymującą każdego, kto chciał by się wtrącić do walki.

Nie trwało to już długo. Po kilku kolejnych uderzeniach o różne przedmioty i przyjęciu na siebie potężnych ogłuszaczy, Eryk nie był w stanie się podnieść. Jego twarz i dłonie pokrywały zadrapania i rany, z popękanych warg i nosa delikatnymi stróżkami ciekła krew. Prawe oko, w którym pękły naczynka, było całe czerwone.

Harry powoli ruszył do nieprzytomnego trenera.

- Harry, nie!

- Potter, wyluzuj.

- Uspokój się.

- Już mu pokazałeś.

- Stary. Proszę cię, opamiętaj się.

- Przecież nie chcesz go zabić.

- Pomyśl o Ginny – wykrzyknął w końcu Neville.

„Właśnie o niej myślę”. Harry odpowiedział sobie w duchu.

- Aquamenti – mruknął, cucąc przeciwnika strumieniem wody. Pills ocknął się i nie do końca przytomnie popatrzył na Harrego. – To było ode mnie – Harry szepnął, klękając przy głowie leżącego na ziemi Eryka. – Teraz coś od niej – trener zamknął oczy, czekając na śmierć. „Czy to jest śmierć?” Pomyślał, kiedy coś zaczęło go potwornie piec w twarz. Ponownie otworzył oczy, Harry odchodził w stronę zebranego tłumku. Na zakończenie walki, poczęstował go upiorogackiem, popisowym numerem Ginny. – Lekcja skończona! Macie chyba coś do zrobienia! – Usłyszał jak Harry krzyczy na zebraną gawiedź, wychodząc z sali treningowej.

 

Kiedy wrócił biura ciśnienie powoli z niego schodziło. Czuł satysfakcję z ukarania tego, przez którego omal nie stracił Ginny. Ramirez siedziała przy swoim biurku. Na pewno wiedziała co działo się na sali treningowej, nie raczyła jednak dołączyć do tłumu gapiów. Czuł do niej za to wdzięczność. Kiedy na nią spojrzał, zobaczył w oczach serdeczność i niepokój, ale nie niepokój o to co mogło stać się na AOS’ie, tylko niepokój o niego i wtedy przypomniał sobie coś jeszcze. Przypomniał sobie jeden z obrazów, które przesuwały mu się przez wszystkie dni pobytu w szpitalu, nie mając żadnego znaczenia. Był to obraz kobiety. Kobiety, która była tam każdego dnia. Siedziała na stołeczku przy samych drzwiach, wchodziła bez słowa. Siedziała tam godzinę, może dwie i wychodziła bez słowa. Ramirez była w szpitalu każdego dnia, kiedy Ginny leżała nieprzytomna. Tak, jak i teraz. Była milczącym i nienarzucającym się wsparciem.

-Dziękuję – jedynie skinęła mu głową, wracając do swoich zajęć.

Urquhart minął go bez słowa. Harry był pewien, że szef najchętniej by go opieprzył w kilku żołnierskich słowach, ale postanowił się powstrzymać.

  • Harry… – Ron zaczął spokojnie, ale Neville wpadł mu w słowo.

  • Ron, masz coś do zrobienia u siebie – powiedział z naciskiem.

  • Tak, mam – odszedł w pośpiechu do swojego boksu. Harry nadal przeglądał zaległe raporty.

  • Neville, jeśli masz coś do powiedzenia. To to powiedz. – Po kilku minutach, stojący w milczeniu przed jego biurkiem przyjaciel stał się męczącym elementem krajobrazu.

  • Musiałeś to robić? Co Eryk, tak naprawdę, zawinił? Nie wystarczyło zwyczajnie porozmawiać?

  • Dużo masz jeszcze tych głupich pytań? – Harry warknął wściekle.

  • Nie. Ani jednego więcej – Neville także wrócił do swojego biurka.

     

Do końca dnia został już w biurze. Przez niemal miesiąc nieobecności, na biurku Harrego nazbierało się sporo raportów do przeanalizowania. Mimo przejęcia pod jego nieobecność części zadań przez resztę członków zespołu, zaległości były gigantyczne. Błogosławił taki nawał pracy, pozwalał on przynajmniej część umysłu zająć czymś innym niż rozmyślanie o Ginny. Harry miał zadatki na pracoholika i w zgodnej opinii jego przyjaciół Ginny była jedynym powodem dla którego opuszczał biuro aurorów. Jakkolwiek kochał swoją pracę, Ginny kochał bardziej. Radość z pracy nie trwała jednak długo i prysła kiedy po raz pierwszy od kilku długich tygodni przy biurku Harrego pojawił się Robards i pojawił się uśmiechnięty od przysłowiowego ucha do ucha.

  • No Potter, jesteś zawieszony. – Urquhart z jakiegoś powodu postanowił nie interweniować, jedynie wpatrując się w napięciu.

  • Na jakiej podstawie. – Harry rozsiadł się wygodnie na krześle, krzyżując ramiona.

  • Pobiłeś Pillsa.

  • Zawiesić pracownika ministerstwa pod zarzutem naruszenia nietykalności innego pracownika można po wszczęciu śledztwa ze zgłoszenia pobitego lub jego przełożonego. Czy Pills albo Roy zgłosił pobicie? Wątpię.

  • Pobicie pracownika Biura Aurorów ścigane jest z urzędu.

  • Tyle, że Pills nie jest pracownikiem Biura Aurorów, a departamentu więc muszą z Royem na mnie donieść.

  • Nie będziesz mnie prawa szczeniaku uczył, za smarkaty na to jesteś. – Robards podniósł głos.

  • Jak go nie znasz to ktoś musi, a teraz wypierdalaj, bo mam robotę. – Harry wciąż siedział rozparty na krześle i mówił z szerokim uśmiechem. Trójka jego współpracowników wstrzymała oddech, słysząc co powiedział do szefa.

  • Doigrałeś się, za znieważenie…

  • Za pierwsze możesz dać mi upomnienie, za drugie naganę, za trzecie karę administracyjną, a za piąte zawiesić.

  • Jeśli zechcę to mogę cię i wywalić na zbity łeb.

  • Gówno możesz zrobić i gówno zrobisz! – Harry powiedział na tyle głośno by usłyszeli go wszyscy aurorzy. W biurze życie zamarło. – Włóczysz się tylko po sali, zawracasz ludziom dupę i przeszkadzasz w pracy. A teraz wypierdalaj do biura i nie przeszkadzaj nam w robieniu tego co do nas należy. – Robards zrobił się czerwony i ruszył do swojego biura pod obstrzałem spojrzeń kilkudziesięciu aurorów. – Nie zapomnij mi wpisać upomnienia. Bo wiesz, że to dopiero nasz pierwszy raz? Prawda, że wiesz? – Harry krzyknął za szefem. Robards nie raczył odpowiedzieć, huknął jedynie za sobą drzwiami.

  • Wiesz, że teraz się za ciebie weźmie? – Urquhart spytał spokojnie. – Będzie się starał cię teraz zgnębić, żebyś go pięć razy obraził.

  • Nie sądzę. Nim przeboleje upokorzenie i wymyśli jakąś ciętą ripostę minął ze dwa miesiące. Poza tym, mam na niego haka, jak stąd do Azkabanu. Więc nawet jeśli spróbuje mi podskoczyć… – Harry wzruszył ramionami i wrócił do wypełniania swoich obowiązków. Ale nadal czuł panujące w boksie ich zespołu napięcie – Przepraszam za to, Urquhart. – Powiedział wreszcie.

  • Mhmm

  • Nie powinienem był tak wybuchnąć.

  • Nie powinieneś był.

  • To było niedopuszczalne.

  • Było.

  • Ale tu chodziło o Ginny.

  • Dlatego dziwię się, że Pills jeszcze żyje. – Urquhart odpowiedział spokojnie. – Ale jak jeszcze raz zrobisz taki numer. Jak jeszcze raz zagrozisz istnieniu tego zespołu to osobiście urwę ci głowę. I tak z niej nie korzystasz, więc różnicy nie odczujemy.

  • Czyli luzik i nic się nie stało. – Ramirez zakończyła z rozbrajającym uśmiechem.

 

Reszta popołudnia w biurze we względnym spokoju. Tak jak Harry się spodziewał, Robards spędził cały dzień w swoim biurze, nie mogąc przeboleć upokorzenia, jakie spotkało go ze strony Harrego i wiedząc, że niewiele może mu za to zrobić. Kiedy o piątej wychodził do domu, poszedł możliwie okrężną drogą, tak, by nie musieć przechodzić w pobliżu boksu Zespołu Szybkiego Reagowania, jak i minąć tak niewielu pracowników, jak to było możliwe. Ci nieliczni, których mijał, przyglądali mu się bezczelnie z dziwnymi wyrazami twarzy.

Harremu udało się do godziny szóstej nadrobić sporą część papierkowej roboty, jaka skumulowała się na jego biurku. Udało się to głównie dzięki temu, że większość z notatek i raportów była całkowicie bezużyteczną makulaturą. Kiedy o szóstej opuszczał biuro, czuł się bardziej wypoczęty, aniżeli kiedy do niego przychodził, ledwie cztery godziny temu. Jak sądził, spora była w tym zasługa Ramirez, a właściwie ogromnego, pikantnego, kebaba w picie, jakiego Elena przyniosła mu wracając z przerwy.

Wsiadał właśnie do pustej windy, gdy usłyszał okrzyk.

- Czekaj! – Urquhart sprawnie przebił się przez grupę, czarodziejów, czekających by wsiąść do tej samej windy. – Winda tylko dla aurorów – Powstrzymał ich gestem, nim kraty zdążyły się zatrzasnąć. – Masz coś na Robardsa? – Spytał wprost.

- Skąd to pytanie?

- Nie zgrywaj się, przecież słyszałem, jak mówisz, że masz na niego „haka jak stąd do Azkabanu.” Więc, co na niego masz?

- Nic co, mógłbym zgłosić.

- Wiesz, że masz obowiązek informowania o przestępstwie – Urquhart naciskał. Zatajenie przestępstwa i ochrona przestępcy to też przestępstwo.

- Ja chronię ofiarę, nie przestępcę. Jeśli teraz to ruszymy, życie mugolskiej rodziny zawiśnie na włosku i to dosłownie.

- Ale możesz go wysłać tym do Azkabanu?

- Na długie lata – Kraty rozsunęły się, kiedy winda zjechała na poziom lobby. – Zaufaj mi.

 

Ponownie stał na progu Muszelki, kiedy to było ostatnio? A tak, w wieczór poprzedzający tragedię. Zapukał delikatnie, drzwi otworzyły się po chwili, w progu stał Bill.

- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że wasze finanse wyglądają fatalnie, a ty postanowiłeś nie chodzić do pracy, pozbawiając się miesięcznej wypłaty?

- Też się cieszę, że cię widzę, Bill.

- Wchodź – Bill uścisnął prawicę Harrego. – Mama była – powiedział konspiracyjnie, kiedy Harry go mijał.

- Dobry wieczór, Fleur – Uśmiechnął się do Francuzki. – Przepraszam za najście o takiej porze.

- Nie przesadzaj, nie jesteśmy dziećmi. Nie chodzimy spać o szóstej. – Powiedziała ze swoim gardłowym akcentem, choć musiał przyznać, jej angielski był coraz lepszy.

- Podobno mama była?

- Ach, mamam. Tak, była.

- Ginny nawet do niej nie wyszła – Bill skończył za swoją żonę.

- Mogę do niej iść? – Harry spytał, tonem człowieka proszącego o pozwolenie. Oboje małżonkowie kiwnęli głową.

 

Kiedy znalazł się na szczycie schodów delikatnie zapukał do jej drzwi. Odpowiedziała mu jedynie cisza. Kolejne pukanie i znowu cisza. Nacisnął klamkę, ale drzwi okazały się zamknięte.

- Ginny, skarbie? – Odezwał się cicho. Efekt był natychmiastowy. Usłyszał szmer pościeli i tupot bosych stóp. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.

Ginny stała przed nim, ubrana jedynie w swoją koszulkę nocną. Przez prześwitujący materiał dostrzegł czerwone i żółte plamy, po miejscach gdzie trafiły ją zaklęcia i sińcach od uderzeń o przedmioty. Wcześniej był tak zachwycony jej wypuszczeniem do domu, że nie dostrzegł w jakim jest stanie, a może nie chciał dostrzec.

- Czy ja nie kazałam ci się ogarnąć? – Zapytała z wyrzutem.

- Przepraszam. Musiałem kogoś załatwić w ministerstwie – Odpowiedział szczerze. – Mogę wejść?

 

Spędził u niej ledwie godzinę, nim wygoniła go na Grimmauld Place, gdzie z utęsknieniem czekały ich pupile. Harry zastał swoich podopiecznych w doskonałym stanie, nakarmionych, zadowolonych z życia i szczęśliwych, że przynajmniej jeden z ich opiekunów wrócił do domu. Na stole w kuchni, Harry znalazł kartkę. „Dziękujemy za gościnę H&R.”

Tej nocy Harry nie spał wiele, do późnych godzin nocnych bawiąc się ze zwierzakami, a potem omal się nie spóźnił do pracy i musiał zabrać śniadanie ze sobą, bo rano ponownie bawił się ze zwierzakami.

Kolejne dni stały się rytuałem. Poranne wstawanie do pracy, dwanaście godzin czasem nudnej, czasem ciekawej służby i ciągnących się w nieskończoność przesłuchań Semitów. Potem wizyta w Muszelce, gdzie dowiadywał się, że Molly znowu nie zobaczyła się ze swoją córką. Krótkie spotkanie z Ginny, która czuła się coraz lepiej i zaczęła już chodzić po całym domu, a nawet planowała mały spacer (Fleur studziła jej zapędy, ograniczając kontakt ze świeżym powietrzem, do przydomowego ogrodu).

 

Było piątkowe popołudnie. Harry właśnie zbierał się do domu, kiedy do jego biurka podszedł niespodziewany gość.

- Jak się masz, Harry.

- Och. Dzień dobry, panie Weasey. Dziękuję, dobrze – podał rękę łysiejącemu mężczyźnie. – Czy mogę w czymś pomóc?

- Kiedy ostatnio byłeś u Ginny? – Artur spytał strapiony.

- Jestem codziennie. Czy coś się stało? – Harrego zaniepokoiło pytanie pana Weasleya.

- Wiesz, że nie chce się widzieć z Molly?

- Tak, wiem. Do czego pan zmierza?

- Próbowałem rozmawiać z Ginny. Przekonać ją. Przecież to jej matka, ale ona nie chce mnie nawet słuchać.

- I liczy pan, że mnie posłucha? Skąd w ogóle pomysł, że spróbuję ją przekonać?

- Harry, Molly naprawdę mocno to przeżyła. Omal nie straciła córki, a teraz, ona nawet nie che jej widzieć. Proszę cię. Porozmawiaj z nią – Artur zakończył niemal błagalnym tonem.

- Przede wszystkim, panie Weasley. Pańska żona sama jest sobie winna. Niech pan nie zaprzecza. Sama jest temu winna i szczerze, nie widzę powodu, dla którego miałbym to zrobić. Na pewno nie zrobię tego dla niej – Harry spojrzał swoimi zielonymi oczami, wprost w oczy Artura.

- Zrób to więc dla mnie. Dla ojca – poprosił. Milczenie panowało długo, kiedy Harry wpatrywał się w Artura. Nie zastanawiał się, co ma zrobić. Decyzję podjął już dawno, podjął ją niemal natychmiast. Teraz starał się wytłumaczyć, tą fatalną w jego oceni decyzję, przed samym sobą.

- Mogę poprosić Ginny, ale najpierw muszę porozmawiać z pańską żoną i nie będzie to przyjemna rozmowa – Harry rozsiadł się wygodniej w swoim fotelu. – Jeśli Molly wreszcie czegoś nie zrozumie. Nie tylko przyjmie do wiadomości, ale nie zrozumie i otwarcie tego nie przyzna, prośba do Ginny nie będzie miała sensu – Artur kiwnął głową.

 

Tego dnia Harry nie poleciał już do Muszelki, spędził popołudnie na bardzo trudnej rozmowie z Molly. Rozmowie, z której, jak sądził, nie wyciągnęła ona żadnych wniosków. Przyznała mu co prawda rację, ale zrobiła to bardziej, żeby poprosił Ginny, niż z przekonania.

Sobota była mroźna. Szron pokrył liście i gałązki roślin. Wysokie nadmorskie trawy, przyodziały się w biel. Wiatr niósł od morza wodę z rozbijających się o brzeg fal, przemieniając ją w igiełki tnące twarze i dłonie. Ogród Muszelki wyglądał, jak wyjęty z jakiejś bajki, cały skrzący się bielą i srebrem, osłonięty od nieprzyjemnego morskiego wiatru. Na kamiennej ławeczce siedziała niewielka postać, ubrana była w ocieplany płaszczyk z obszywanym futerkiem kapturem, zaciągniętym na głowę.

- Nie było cię wczoraj – odezwała się, kiedy do niej podszedł.

- Wiem.

- Czekałam.

- Wiem.

- Więc co masz mi do powiedzenia – mówiła, nie odwracając skrytej w kapturze głowy.

- Wolałbym być z tobą, niż… tam gdzie byłem – Usiadł obok niej, wpatrując się gdzieś w dal. – Wolałbym mieć ciebie w domu, niż odwiedzać cię tutaj. Wrócisz do domu, prawda – Wydało mu się, że kaptur lekko drgnął. Siedzieli w milczeniu przez długi czas, ramię w ramię, czuli swą bliskość, choć się nie dotykali. – Był wczoraj u mnie twój tata – Ginny drgnęła. – Ona nigdy nie przyzna się do błędu. Wiesz o tym? – Ginny sztywno kiwnęła głową. – Osobiście nie widzę powodów, by się z nią pogodzić… póki… nie zrobi tego, co należy – Ginny ponownie kiwnęła. – Myślę… myślę jednak, że zasługuje na rozmowę.

- Nie – ucięła krótko.

- Zasługuje, by usłyszeć to od ciebie – mówił niemal szeptem.

- Nie.

- Ginny.

- Powiedziałam, Nie.

- Jeśli nie siedemnaście lat, przez które o ciebie dbała, to ostatnie tygodnie wypłakiwania oczu, to wystarczająca cena za wysłuchanie tego, co ma ci do powiedzenia – Ginny nie odpowiedziała. Nawet nie drgnęła. – Dobrze. To ja już pójdę – Harry powiedział smutno, wstając z kamiennej ławeczki.

- Dokąd idziesz? – Spytała cicho.

- Do domu, czekają na mnie nasi podopieczni.

- Kiedy wrócisz?

- Nie wiem. Nie chcę się narzucać Billowi i Fleur.

- Kiedy mam z nią porozmawiać? – usłyszał jej ciche pytanie, kiedy był już przy drzwiach kuchennych.

- Czeka na ciebie – trwała jeszcze chwilę w bezruchu, nim wstała i podeszła do niego.

Gdy przekroczyli próg ciepłego domu, zdjęła swój kaptur. Teraz dopiero zobaczył jak zacięty wyraz gościł na jej twarzy. – Jest w salonie – powiedział, biorąc od niej płaszczyk.

Kiedy podeszli do otwartych drzwi, między pomieszczeniami, zobaczyli Molly. Siedziała przodem do nich, w fotelu ustawionym przy kominku, w którym płonęły wyrzucone przez morze polana. Rozmawiała z Billem i Fleur. Ginny weszła ze skrytej w półcieniu kuchni, do rozświetlonego saloniku Muszelki. Harry pozostał z tyłu, nie przekroczywszy progu dzielącego pomieszczenia. Nie chciał się do tego mieszać. Z Jednej strony widział w jakim stanie Molly była przez spędzone w szpitalu tygodnie, z drugiej w pełni zgadzał się z Ginny i na jej miejscu nie zdobyłby się na taką rozmowę.

Molly poderwała się ze swojego miejsca, gdy tylko zobaczyła wchodzącą do saloniku córkę. Zrobiła ruch, jakby chciała do niej podejść i porwać w ramiona. Ginny jednak instynktownie cofnęła się za próg, trafiając wprost w ciepłe i silne ramiona Harrego. W najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Gdyby nie było Harrego, uciekłaby zapewne do ogrodu, może nawet dalej nad morski brzeg.

- To nie ty powinnaś uciekać, wiedźmo – Harry szepnął jej do ucha, jakby czytał w jej myślach.

Bill i Fleur odwrócili się i wpatrywali w nich, wcześniej siedząc tyłem i nie widząc wejścia Ginny. Billowi wystarczyła sekunda, by zrozumieć co się dzieje z jego siostrą. Cicho powiedział coś do matki i spokojnym gestem posadził ją ponownie w fotelu. Kiedy z Fleur mijali ich w kuchennych drzwiach, delikatnie mrugnął do Harrego.

- Jest twoja – Harry szepnął kolejny raz. Jakby zachęcał ją do ataku. Poczuł jak Ginny bierze głęboki wdech i przekracza ponownie próg saloniku. Tym razem Molly nie drgnęła, choć wyglądała, jakby miała ogromną ochotę poderwać się do córki. Ginny siadła na kanapie zajmowanej przed chwilą przez Billa i Fleur, naprzeciw swej matki, krzyżując ramiona.

Kobiety trwały w milczeniu, czekając, aż ta druga rozpocznie konwersację. Ginny naburmuszona, i ciskająca oczami błyskawice. Te groźne, zimne, zarezerwowane dla ludzi, których bardzo nie lubiła. Na przykład Cho Chang. Molly była wyraźnie zestresowana i spięta co chwila zerkała na kuchnię, jakby spodziewała się stamtąd pomocy, lub zagrożenia.

Trzy znajdujące się w kuchni osoby, nie zamierzały jednak w żaden sposób interweniować w wydarzenia w kuchni. Jedynie Harry ukradł Molly różdżkę, mając jednak więcej zaufania do swojej narzeczonej, aniżeli jej matki. W zasadzie, to nie był nawet pewien czy Ginny miała różdżkę. Teraz siedzieli sobie z Billem i Fleur, najspokojniej w świecie jedząc jeszcze ciepłą szarlotkę i rozmawiając o urokach i wadach życia nad morskich wybrzeżem.

W saloniku, atmosfera zaczynała się robić nieprzyjemnie napięta. Milczenie jako pierwsza przerwała Ginny, czując że niedługo mogą puścić jej nerwy.

- Chciałaś rozmawiać, to mów. Od tego zazwyczaj zaczyna się rozmowę, że ktoś mówi to co ma do powiedzenia – Ginny mówiła, jakby wyjaśniała matce zasady działania wszechświata, Jednocześnie jej głos przepełniony był jadem. – Jeśli ty nic nie powiesz, możemy właściwie już zakończyć rozmowę, bo ja nie mam ci nic do powiedzenia.

-Ginny… – Molly zaczęła niepewnie. – Jak się czujesz?

- Dobrze, ale nie dzięki tobie.

- Wiem…. ale boli cię nadal?

- Już nie. Fleur się wspaniale mną zajęła – Głos Ginny był zimny jak lód. Molly delikatnie skinęła głową i milczała – Skończyłyśmy naszą rozmowę?

- Wróć do domu – Molly powiedziała niemal błagalnie.

- Wrócę na Grimmauld Place, gdy tylko poczuję się na siłach. Czekają tam na mnie ci, którzy mnie kochają.

- Wróć do Nory, Ginny. My też cię kochamy i tęsknimy.

- Do Nory? – Głos Ginny poszedł o oktawę wyżej. – Sama mnie wyrzuciłaś. Sama powiedziałaś, że nie mam czego szukać w Norze, póki nie zerwę zaręczyn z Harrym, ale ja nie mam zamiaru zrywać zaręczyn – Teraz już niemal krzyczała. – Wprost przeciwnie, mam zamiar za niego wyjść, a to chyba oznacza, że w Norze nie ma dla mnie miejsca?

- Pobrać się! – Teraz i Molly niemal krzyczała.

 

- Oho, zaczyna się – Bill powiedział w kuchni.

 

- Pobrać się? – Molly powtórzyła jeszcze wyższym głosem. – Jesteście na to zbyt smarkaci. Ty jesteś głupią i podpaloną smarkulą. Zupełnie nie myślisz! Wystarczy, że chodzi o niego i zupełnie tracisz rozum.

- Kocham go!

- Nawet nie wiesz co to znaczy! Kochasz, a to dobre. Kochasz kretyna, który ciągle ładuje w kłopoty siebie i wszystkich wokoło. Przy nim nigdy nie będziesz bezpieczna.

- Przy nim zawsze jestem bezpieczna!

- Bezpieczna? Zostałaś na patrolu zaatakowana tylko raz! Jeden jedyny raz – głos Molly był tak wysoki, że dzwoniły kieliszki. – Właśnie wtedy kiedy on był przy tobie.

- Dzięki niemu wyszłam bez szwanku, nawet jednego zadrapania!

- Omal nie zginęłaś!

- Bo nie było go przy mnie! Nie było go przy mnie. Gdyby nie on. Nie byłoby mnie tutaj. To on mnie zaniósł do munga. On mnie uratował. Nie ty, nie inni aurorzy, nie trener z sali tylko Harry. On jeden.

- Wyjdziesz za niego, po moim trupie!

- Wypadki chodzą po ludziach – Ginny wycedziła przez zęby.

- Może jeden przytrafi się i jemu! – Zamarła na słowa swojej matki.

- Skończyłyśmy – powiedziała niezwykle spokojnie, wstając z fotela. – Nie mamy już o czym rozmawiać. Więcej do mnie nie przychodź. Harry, mam nadzieję, że odwiedzisz mnie w poniedziałek po pracy – Zwróciła się do narzeczonego, który od pewnego czasu ponownie stał w drzwiach.

- Oczywiście skarbie – Odpowiedział, gdy już znikała za drzwiami, po chwili usłyszał jak drzwi naszczycie schodów, zamykają się cicho.

 

 

 
 

  • RSS