RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Wesołego Halloween

31 paź

Beeeeeeep. Przeciągły dźwięk nieznośnie wwiercał się w mózg, powoli rozsadzając świadomość. Obracał w gruzy cały świat i wywoływał krzyk rozpaczy.
Serce Ginny przestało bić, a wraz z nim przestało bić serce Harrego, w przeciągłym dźwięku aparatury rozpadał się jego świat.

- Ginny, Ginny, Ginny – powtarzał, nerwowymi ruchami trzęsących się dłoni, głaszcząc jej twarz. Jednocześnie, jak szalony wciskał przycisk cichego alarmu, który milczał jak zaklęty. – Ginny, Pomocy! Ratunku! Ginny, proszę, błagam, Ginny, Pomocy! – Krzyknął z całych sił, wyrzucając z płuc resztki życiodajnego tlenu, jeśli ona nie oddychała, jemu też był niepotrzebny.

- Proszę się odsunąć! – Wykrzyknął doktor Proctor, wbiegając do sali w asyście pielęgniarek. Nim Harry zdążył wykonać polecenie, nim je nawet zrozumiał, przefrunął przez salę pod przeciwległą ścianę. W tym czasie medycy otoczyli już Ginny.

- Brak akcji serca.

- Brak oddechu.

- Puls zero zero.

- Brak reakcji na bodźce. – Przekrzykiwały się pielęgniarki.

- Rozpoczynam akcję RKO, eliksir wzmacniający – Wykrzyknął Proctor, kładąc złączone dłonie, na klatce piersiowej Ginny. – Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć… – liczył głośno, przy każdym uciśnięciu klatki piersiowej. – … dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, wdechy! – pielęgniarka zatkała Ginny nos i wykonała za nią dwa potężne wdechy.

Cała procedura powtarzała się w nieskończoność, przerywana co jakiś czas, na ułamek sekundy, dla sprawdzenia funkcji życiowych pacjentki. Harry krążył w nogach łóżka swojej narzeczonej niczym zranione, dzikie zwierze, rwąc sobie włosy z głowy mamrocząc; „Ginny, ratujcie ją. Ginny, ratujcie ją. Ginny, ratujcie ją”… i tak w nieskończoność.

- Brak reakcji. – Odpowiedziała jedna z pielęgniarek, obserwująca cały czas monitory.

- Rozstąpić się – rozkazał Proctor, a jego rozkaz utonął w okrzyku Harrego, nie, nie okrzyku. W wyciu Harrego.

- Ratujcie ją. – Lekarz nie zwrócił nawet na niego uwagi, wyjmując różdżkę i celując nią w klatkę piersiową Ginny.

- Uwaga! – Z różdżki wystrzeliła błękitno biała pajęczyna, Gdy tylko dotknęła Ginny, jej ciało wygięło się w nagłym spazmie, zupełnie jak rażone Cruciatusem, potem jeszcze raz i jeszcze i ponownie w nieskończoność. Harry sądził, że nie może czuć się straszniej, widząc jak Proctor wykonuje masaż serca osobie, która była sensem jego życia. Teraz wiedział co to znaczy czuć się gorzej, obserwując, jak jej ciało jest miotane nagłymi spazmami, kiedy tylko lekarz używał magii. Chciał podejść, wytrącić mu różdżkę z dłoni, nie musiał podchodzić, wystarczyło rzucić czar i uchronić ją od tego sadysty, tylko kto uchroni ją wtedy od śmierci.

Kiedy magia okazała się nieskuteczna, W serce Ginny wbito wielką strzykawkę z jakimś mugolskim środkiem, a potem resuscytacja rozpoczęła się od początku i magia i ponownie resuscytacja i tak bez końca, póki Proctor nie spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Zegar na który Harry przez te wszystkie dni nie spojrzał ani razu.

- Przerywamy – Proctor powiedział, odstępując o krok od łóżka. – Godzina zgonu, ósma dwadzieścia trzy.. – lekarz chciał powiedzieć coś jeszcze, ale jego słowa utonęły w nagłym, dzikiego, wściekłego zwierzęcia.

- Nie!!! Ginny!!! Obudź się, Ginny!!!

- Przykro mi, pannie Potter. Proszę powiadomić rodzinę.

- Ratuj ją! Ona zaraz się obudzi, ratuj ją natychmiast! – Harry nie zamierzał słuchać Proctora. Doskoczył do medyka mocno szarpiąc za poły kitla.

- Zrobiliśmy wszystko co było możliwe, panie Potter.

- Zróbcie więcej! Jesteście magomedykami! – Ryczał Proctorowi prosto w twarz.

- Reanimowaliśmy pannę Weasley ponad dwie godziny – spokój Proctora doprowadzał Harrego do jeszcze potężniejszej furii.

- Reanimujcie ją dwadzieścia. Macie ją uratować, musicie ją uratować!

- Przykro mi. Nie możemy więcej zrobić.

- Macie więcej zrobić! – Harry trzymał już w dłoni różdżkę, celując ją w lekarza. – Macie zrobić więcej, natychmiast.

- Panie…

- Ratuj ją, albo ciebie nie będzie jak ratować. Już!! – Od przepełniającej go magii eksplodowały weneckie lustra, które miał za plecami. – Już!!! – Ryknął, czując, że następna fala magii, może zmieść Proctora, wraz z połową świętego Munga, a tego wolał uniknąć. Znaczy, wysadzenia Munga, nie Proctora.

***

I pozostała tylko czerń. Czerń jest dobra, czerń jest spokojna, nie zadaje pytań, nie wymaga poświęceń, nie zmusza do wyrzeczeń. Czerń otula cię ciepłym kobiercem, pozwala powoli dryfować, odrywając się od wysiłków codzienności. W czerni po prostu istniejesz i to ci wystarcza. Nie ma nic więcej, tylko istnienie i niemyślenie o niczym. Unosiła się w tej toni bez powierzchni i dna. W tym bezkresie, który był dla niej tak dobry i nic już nie miało znaczenia. Czy w ogóle kiedykolwiek coś istniało? Nieistnienie było tak dobre. Tutaj mogła zaznać spokoju i nie interesowało jej, czy jest coś ponadto i to dobro przerwał nagły zgrzyt, jakby ktoś darł blachę. Znała już ten zgrzyt, ale tym razem po zgrzycie nastąpiła tylko cisza i zamglony kadr, zgrzyt i kadr, zgrzyt i kadr. Zgrzyt, twarze dwojga ludzi, patrzących na coś w łóżeczku. Zgrzyt, chłopak nosi małą dziewczynkę na dłoniach. Zgrzyt, kolorowe obłoczki. Zgrzyt czupryna innego chłopaka, który niesie na barana. Zgrzyt, bliźniacy usmaleni, wysadzili coś pierwszy raz. Zgrzyt, brat wraca ze szkoły z dyplomem. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, lata na miotle swojego brata. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt…. Stacja kolejowa i jakiś chłopczyk o czarnych włosach. Zgrzyt, Hogwartexpress, którym ona nie jedzie. Czarna czupryna w oknie. Zgrzyt, wycinki z gazet na podłodze. Zgrzyt, album z wycinkami. Zgrzyt, bliźniacy uśmiechają się złośliwie, coś spsocili. Zgrzyt, brat załamany gadaniem siostry. Zgrzyt, czarnowłosy w ich domu, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, Oczy zielone jak pikle z ropuchy, tym razem słyszy głos, dziewczynka przekazuje piosenkę krasnoludowi, zgrzyt, krasnolud śpiewa, tłum się śmieje, nie tak miało być, zgrzyt zgrzyt zgrzyt, posępny loch, zgrzyt zgrzyt, Tom, zgrzyt, twarz tego który ocalił, zgrzyt zgrzyt, Rogogon Węgierski, zgrzyt, zgrzyt, czarny pies. Zgrzyt, jakiś posępny dom. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, jacyś chłopcy. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, puchar Quidditcha w dłoniach. Zgrzyt, dotyk ciepłych ust (Wreszcie!), to poczuła, nie zobaczyła, nie usłyszała, poczuła. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt. Feeria obrazów odcieniach szarości i w czerni. Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, ból i szereg posępnych cieni. Zgrzyt, obraz, który rozerwał serce. Zgrzyt, jakieś błyski. Czerń jest taka dobra, nie musi w niej cierpieć, nie musi pamiętać o tym wszystkim. Nie ma po co wracać. Zgrzyt, ‚Obudź się, Ginny’, zna ten głos, ten głos jest tak, ważny, był tak ważny. Dla tego głosu warto wrócić. Jak się stąd wyrwać, jak wrócić. Dla tego głosu warto wrócić, ale ta toń. Ta czarna toń, zapadła się już zbyt głęboko, pozostaje jej już tylko jednostajny dryft. Dobrze jej w tym dryfcie. Czemu chciała się z niego wyrwać. Czemu obchodził ją tamten głos. Dryf przez czerń jest dobry. Już nic nie słyszy. Nie ważne co było kiedyś i co będzie dalej. Jest tylko ciepła ciemna toń, w której zostaje się szczęśliwym na wieczność i już nie męczy jej żaden zgrzyt. Pozostaje tylko nieskończony spokój.

_______________________________________________________________________

Wesołego Halloween.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

5. Wąż Odmieniony?

24 paź

Ten, kto tu nie mieszkał, nie może sobie nawet wyobrazić, jaki chłód panuje w tym pałacu. Chłód bije ze wszystkich kamiennych ścian i chłód bije od jego mieszkańców. Chłodu tego nie były w stanie odegnać wszystkie kominki domostwa. Wielkie kominki, takie jak ten, ogrzewający w tej właśnie chwili duży pokój na najwyższym piętrze zachodniego skrzydła pałacu. Okno pokoju wychodziło na południowy ogród z wieńczącą go trzy poziomową fontanną, alejkami wysypanymi białym żwirkiem, żywopłotami równymi, jakby ktoś przycinał je od linijki i gładkimi trawnikami bez jednego kwiatu, po których to przechadzała się właśnie para białych pawi. Cały ten obraz podziwiał stojący w oknie młody mężczyzna, powolnymi ruchami gęstej szczotki rozczesujący swe sięgające ramion włosy, których odcień sprawiał, że zdawały się być niemal białe.
- Jaśnie paniczu. – Zdrowo huknęło, a na środku pokoju zmaterializowała się pokraczna postać w poplamionej szmacie.
- Zabroniłem ci tu wchodzić – mężczyzna warknął. W jego głosie zabrzmiało coś przypominające plującą jadem kobrę. – Czego chcesz?
- Jaśnie pani zapytuje, czy zechce pan zjeść z nią śniadanie – skrzat uniósł swą pomarszczoną głowę. Kierując słowa do młodego mężczyzny.
- Jak śmiesz na mnie patrzyć, skłoń się gdy do mnie mówisz – z każdym kolejnym słowem, coraz bardziej przypominał kobrę. – Co ty masz na sobie. Ważysz się pokazać w czymś takim na pokojach? Może jeszcze ukażesz się przed naszymi gośćmi.
- Jaśnie pan kazał nosić mi tą szatę.
- A ja ci każę chodzić nago, jeśli nie potrafisz ubrać się jak przystało na sługę tego domu. Wynoś się – nawet na sekundę nie podniósł głosu, nie wykonał najmniejszego gestu. Nie musiał, nie zamierzał. To był tylko marny skrzat domowy.
Zdjął wiszącą na wieszaku marynarkę swego najlepszego garnituru (zapominając, że został on wyprasowany przez takiego samego obskurnego skrzata) i kiedy tylko założył ją na siebie, dokładnie obejrzał się w lustrze. Niechby znalazł na niej choć jeden pyłek… Ale nie znalazł.

Korytarze były tak samo zimne jak cała reszta domostwa. Kamienne ściany, kamienne podłogi, kamienne sklepienia. Bez okien, bez zdobień, jedynie posępne obrazy przodków i rozjaśniające drogę pochodnie, rzucające niepokojące cienie na łukowe sklepienia i chropowate ściany. Niskie obcasy podkutych butów dudniły, kiedy szedł najpierw długim korytarzem, a potem w dół po schodach, prowadzących na obszerny parter.
- Och, nareszcie jesteś – radość jaką wyraziła, zupełnie nie współgrała z jej głosem. – Zechcesz dokończyć ze mną śniadanie?
- Dzień dobry, matko – delikatnie ucałował blady policzek, pochylając się nad siedzącą kobietą. – Przykro mi, ale muszę już wyjść. Obiecuję, że zjemy razem kolację – przytrzymał przez chwilę dłoń, na jej ramieniu, a ona delikatnie ją uścisnęła. Miała zimne dłonie.
- Nie powiesz mi gdzie idziesz?
- Obiecuję, że będziesz ze mnie dumna.
- Zawsze jestem, mój synu – ostatni raz uścisnęła jego dłoń, nim wyszedł z przestronnej jadalni.

Chciał powiedzieć swojej matce dokąd idzie i co będzie robił. Chciał się przed nią zwierzyć, tak jak każdy syn chce się czasem zwierzyć przed swą matką. Życie nauczyło go jednak, że w tym domu tajemnice należy zachowywać dla siebie, inaczej może się o nich dowiedzieć…

- Dokąd to, Draconie? – Usłyszał za sobą cichy głos, przeciągający sylaby równie pretensjonalnie jak on sam.
- Pytasz, jakby cię to obchodziło – odparł z udawaną obojętnością, odwracając się do siedzącego w fotelu mężczyzny, który obserwował go przez otwarte drzwi salonu.
- Ależ bardzo mnie to obchodzi – w głosie mężczyzny, starszej kopii niego samego, kryła się drwina.
- Żaden sługa ci jeszcze tego nie powiedział? Nikt ze szpiegów, którym każesz się włóczyć za mną godzinami?
- Naprawdę myślisz, że każę komuś cię śledzić? – Mężczyzna przestał kryć się z drwiną. – Jeśli mam takie pragnienie, by wiedzieć gdzie idziesz, to cię o to pytam.
- Jeśli masz takie pragnienie, tym bardziej się tego nie dowiesz – Draco charknął równie jadowicie, jak na domowego skrzata i opuścił dom, głośno huknąwszy drzwiami.

- Żaden sługa ci jeszcze tego nie powiedział, żaden sługa ci jeszcze tego nie powiedział, żaden sługa ci jeszcze tego nie powiedział… – powtarzał do siebie, idąc do bramy. Musiał się pozbyć tego pretensjonalnego przeciągania sylab, które odziedziczył po swoim ojcu. – Żaden sługa ci jeszcze tego nie powiedział. Powiedział, oczywiście, że ci powiedział – jak dotąd udało mu się jedynie zmienić sposób mówienia na opryskliwy, a to nie była zmiana jakiej oczekiwał, zwłaszcza że już za chwilę musiał być naprawdę uprzejmy.

Wejście dla interesantów, nie było tym, do czego przywykł. Przywykł do bycia witanym z otwartymi ramionami przez najważniejszych ludzi w miejscu do którego akurat trafił, tak należało witać jego rodzinę. Przywykł do tego, że podróżował siecią fiuu bezpośrednio do najważniejszego z kominków. Teraz było inaczej. Szybkim krokiem podszedł do zniszczonej, pomazanej Graffiti, budki telefonicznej stojącej w zaułku ulicy.
- Sześć, dwa, cztery, cztery i dwa – wymruczał, gdy tarcza obracała się powoli z przeciągłym klekotem.
- Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.
- Draco Malfoy, zapowiedziana wizyta u Willburga Balck-Muda.
- Proszę o przypięcie identyfikatora i okazanie różdżki w punkcie kontroli. – Z podajnika monet wyskoczyła papierowa plakietka z podpisem Draco Malfoy – Zapowiedziana Wizyta. Przypiął ją sobie do klapy marynarki, a winda z terkotem ruszyła pod ziemię.

Kiedy stał przed drzwiami na czwartym piętrze ministerstwa magii był pewien, że jeśli słudzy jego ojca nie donieśli dokąd się wybierał, teraz i tak ktoś już mu doniósł. Najpierw ochroniarz w punkcie kontroli różdżek zwrócił uwagę na jego nazwisko. Potem w lobby skłoniło mu się co najmniej tuzin osób, a kolejny tuzin zaczęło nerwowo szeptać lub łypać złym okiem. W windzie panowało pełne konsternacji milczenie, mimo że chwilę wcześniej wszyscy rozmawiali. Teraz przed tymi drzwiami stał w długiej kolejce interesantów z pełną świadomością tego, że już wszyscy wiedzą o jego obecności w tym miejscu.
Dębowe odrzwia z napisem „Willburg Black-Mud, Starszy podinspektor ds. uzupełnień. Dział Kadr Brytyjskiego Ministerstwa Magii” otworzyły się i wyszła z nich młoda kobieta z rezygnacją malującą się na jej twarzy.
- Następna osoba. – Dobiegło zza drzwi.
Draco poprawił na sobie garnitur i wszedł do pomieszczenia wyprostowany jak struna. Zastanawiał się wcześniej czy powinien się uśmiechać, ale gdy ćwiczył uśmiech przed lustrem w swym pokoju, wyglądał jakby drwił z własnego odbicia, co więc pomyślałby obcy rozmówca. Lepiej było pozostać przy kamiennym wyrazie twarzy.
- Dzień dobry panu. – Kiwnął sztywno.
- Niech pan siada – Willburg Black-Mud był starszym podinspektorem nie tylko z nazwy, ale jak się okazało i z wieku. Mógł mieć coś pomiędzy osiemdziesięcioma a stu osiemdziesięcioma laty i wyglądał jakby on i krzesło, na którym spoczywał, byli jednością. – Nazwisko.
- Malfoy, Draco. – Mężczyzna uniósł oczy zza zasłony krzaczastych, białych brwi, szybkim spojrzeniem omiatając głowę Draco, jakby chciał się upewnić, że to Malfoy z tych Malfoyów. Pospiesznie (Draco mógł się założyć, że pospieszniej niż w przypadku innych interesantów) odszukał przesłane CV.
- Więc, panie Malfoy. Ma pan pięć owutemów.; Eliksiry – Wybitny, Zaklęcia – Zadowalający, Transmutacja – Zadowalający, Obrona – Powyżej oczekiwań, Astronomia – Zadowalający. Hmmm, rzecz w tym, panie Malfoy, że jest wielu kandydatów do pracy w ministerstwie. Przykro mi to mówić, ale mają oni o wiele lepsze oceny. Jak chociażby tamta młoda dama, trzy Powyżej Oczekiwań, dwa Wybitne i zaledwie jeden zadowalający. Ale i tak nie dostała stanowiska, o które prosiła. Mógłbym panu zaproponować Patrol Przestrzegania Prawa, tam wystarczą do pracy SUM’y i egzamin praktyczny. Aurorzy przyjmują teraz na potęgę, ale z tymi ocenami… musiałby pan udowodnić, że bronił pan zamku w czasie ostatniej bitwy – spojrzał przeciągle na młodego mężczyznę, wykonując dłuższą pauzę w swej przemowie. – Jednakowoż. W ministerstwie mamy coraz mniej czarodziejów czystej krwi, biorąc więc pod uwagę pański status krwi, no i pańskiego ojca, znajdziemy dla pana porządne stanowisko.
- Status krwi nie jest w tej chwili brany pod uwagę przy podaniach o pracę, jeśli się nie mylę, a moja rodzina nie ma nic wspólnego z moimi predyspozycjami zawodowymi. – Draco spodziewał się tego typu reakcji, w końcu Black-Mud nie dość, że był z dalekich Blacków, to był czystej krwi, co podkreślał nawet nazwiskiem. – Chciałbym odbyć staż w Departamencie Współpracy Międzynarodowej. W Komisji Wschodnioeuropejskiej jest wolne stanowisko.
- Zaraz – Black-Mud zaczął przeszukiwać jakiś brulion. – Departament Współpracy Międzynarodowej… gdzie tak komisja… gdzie ta komisja….
- Sekretariat korespondencji pilnej i ciągłej – podpowiedział Draco.
- Sekretariat, sekretariat i komisja… Panie Malfoy, to stanowisko stażowe i to bezpłatne, a sama komisja… To jest praca gońca, panie Malfoy. Absolutnie nieodpowiednia dla pana.
- Czy są inni kandydaci na to stanowisko?
- E, nie. Wakat wisi od niemal roku.
- Więc, jeśli moje kwalifikacje są wystarczające…
- Tak, tak są – urzędnik wyjął jakiś dokument i zaczął go pospiesznie wypełniać. – Proszę udać się z tym do Prestona Prestona, szefa komisji. Ucieszy się, że ktoś się wreszcie znalazł – podał Draco wypełniony dokument.
Młody mężczyzna podziękował uprzejmie i opuścił pomieszczenie, udając się do swojego nowego szefa. Stanowisko to wybierał sobie długo i starannie i nie chodziło tutaj o perspektywy jakie ze sobą niesie, czy jakiś prestiż. Wybrał stanowisko w Departamencie zarządzanym przez czarodziejkę półkrwi, w sekretariacie zarządzanym przez mugolaka i komisji, której szefem również był mugolak. Wierzył, że przez takie nagromadzenie szlam nie uda się przebić długim mackom jego ojca. Mackom, które choć mocno osłabione wciąż oplatały ministerstwo, a teraz miały zacisnąć się na nowo.

- Malfoy? – Preston Preston był mężczyzną, który przywodził swym wyglądem na myśl szczupaka. Było to głupie skojarzenie i zupełnie irracjonalne, jednak nie dało się go pozbyć. Był to szczupak i tyle. – Co pan tutaj robi, panie Malfoy?
- Zgłosiłem się do pracy.
- Ha! Bo uwierzę. – Preston Preston prychnął z dezaprobatą. – Tutaj, w samym tyłku departamentu, gdzie zupełnie nic się nie dzieje, przychodzi pan pracować i to w dodatku za darmo?
- Pieniądze nie są mi potrzebne.
- O tak, to wiem. Tak pięknie wam się ułożyło, że nic wam nie zabrała nowa władza. Nic a nic. Co panie Malfoy, a przydałoby się, żeby wam zabrała, tak jak mi zabrała stara – podniósł do góry prawą dłoń, na której brakowało kciuka i palca wskazującego. Draco wytrzymał widok, widział już gorsze rzeczy, kiedy w ich posiadłości przebywał Czarny Pan ze swoim wężem. – Co, piękny widok? A wie pan, że to robota pańskiej ciotuni? Tyle mi ucięła nim dałem dyla – tym razem policzki Draco się zarumieniły. Jego „ciotunia” nie raz napsuła mu już krwi.
- Wie pan, że nie odpowiadam za to co robiła, Bellatriks Lestrange. Chcę tu pracować i dostałem pozwolenie z działu kadr, proszę pana – w ostatniej chwili zreflektował się, że przybiera opryskliwy ton.
- No dobra, nie wiem poco pan to robi, ale skoro sam o pomoc wystąpiłem… Chciałem to mam – prychnął ponownie. – Tam jest pańskie biurko – wskazał na krzesło i niewielki stolik, nie większy jak dwie na trzy stopy, oba zawalone papierami. – Niech pan to zwali gdzieś i siada. Do pańskich zadań należeć będzie roznoszenie korespondencji i znajdowanie ludzi, którzy akurat będą mi potrzebni i mówienie im, że są mi potrzebni. Proponuję więc zakładać wygodniejsze buty.

W ten sposób zaczął się pierwszy dzień stażu Draco Malfoya w ministerstwie. Dzień, w którym przekonał się, że jego rodzina budzi nawet bardziej skrajne emocje niż się tego spodziewał, a wybór stanowiska, jakiego dokonał postrzegany jest jako podstęp i sposób na zrealizowanie jakiegoś ukrytego celu. Faktycznie, Draco Malfoy, wybierając tą nielicującą z jego godnością posadę miał ukryty cel, nie taki jednak, jak się wszystkim wydawało.

Posiadłość Malfoyów była zimna i ciemna, taka jaką zostawiał ją o poranku. Postronnemu przechodniowi mogła się zdawać opuszczoną. W żadnym z okien nie płonęło światło, nie było śladu przemieszczających się mieszkańców. Mieszkańcy tej posiadłości jednak byli w swym domu. Byli i oddawali się codziennej rutynie.
Kiedy zamknęły się za nim wielkie odrzwia, pierwszym co go powitało, było to, co i żegnało go kiedy wychodził wiele godzin wcześniej. Flegmatyczny, pretensjonalnie przeciągający głoski, męski głos.
- Dopiąłeś swego, Draconie? – Usłyszał głos płynący z tego samego fotela, co o poranku. – Dostałeś wymarzoną pracę. Moje gratulacje – ktoś inny mógłby uznać, że Lucjusz Malfoy gratuluje swojemu synowi sukcesu. Ktoś, kto znał Lucjusza Malfoya wiedział jednak, że słowa te przepełnione są szyderstwem. Lucjusz Malfoy już wiedział, jaką pracę wybrał sobie jego syn i jawnie szydził z jego wyboru.
- Nie musiałem przy tym korzystać z pomocy twojej, twoich przyjaciół i twojego złota – Draco mówił do ojca w dokładnie ten sam sposób, w jaki rano mówił do domowego skrzata, z każdym słowem wypluwając z siebie pokłady jadu.
- Ale będziesz potrzebował mojego złota, żeby przeżyć. Za wiele to ci chyba płacić tam nie będą. No tak, nie będą ci płacić wcale – uśmiechnął się kącikami ust. Zupełnie nie przejmując się tonem swego syna.
- Jak będę musiał, to zatrudnię się choćby i u Weasleya. Albo opowiem Prorokowi całą sagę naszej rodziny i twoich przyjaciół, aż po dzień dzisiejszy. Założę się, że sporo mi za to zapłacą. Szczególnie za ostatni rozdział tej opowieści – jego ojciec nie zmienił nawet na sekundę wyrazu twarzy, ale Dracowiedział, że zadał mu celny cios. Teraz mógł spokojnie odejść.
- Myślisz, że ci się uda? – usłyszał za sobą głos ojca. – Szlamy nigdy ci nie uwierzą. Malfoyem jest się na zawsze – czuł desperację w wypowiedzi ojca. Próbę dopieczenia mu do żywego. Tyle, że wszystkie asy były teraz w jego ręku.
- Nie słuchaj go – matka wyszła z biblioteki. – Ja jestem z ciebie dumna – pogładziła jego policzek. Jesteś też pół krwi Blackiem, a w Blackach płynie też i dobra krew.
Nie był pewien czy powinien się cieszyć z tych słów. Krew Blacków oznaczała wszystko od Andromedy, która wyszła za mugola i wychowywała szczenię wilkołaka, po ciotunię Bellatrix, która o niczym nie marzyła tak, jak o zabiciu swej siostry, Andromedy i Harrego Pottrera. Bez tego ostatniego zresztą zwiedzałby teraz celę w Azkabanie.

Obiady w posiadłości Malfoyów nigdy nie były wesołe. W niczym nie przypominały one szczęśliwej biesiady, ale daleko im było nawet do zwykłego, rodzinnego posiłku. Malfoyowie byli kimś lepszym i tą lepszość podkreślali nawet, kiedy byli sami. Obiady Malfoyów pełne były dystyngowania, wysublimowania i patosu. Malfoyowie niemal nie rozmawiali podczas posiłków, wymieniając jedynie zdawkowe uwagi na niezobowiązujące tematy. Każde z nich siedziało też na wyznaczonych dla siebie miejscach. Lucjusz, jako pan domu, zajmował miejsce u szczytu stołu. Jego żona siedziała po jego prawicy, a Draco naprzeciw niej. Posiłek rozpoczynał się dopiero, gdy Lucjusz zaczynał jeść i nikt nie mógł opuścić stołu, nim nie zrobił tego Lucjusz. Tak było przez długie lata. Teraz jednak, przez ostatnie półtorej roku, wiele się w tym domu zmieniło, zmieniły się też i posiłki. Nikt już się w czasie nich nie odzywał. Panowało napięte milczenie, dziwny chłód i odczucie, że każdy z domowników, chciałby jeść sam. Albo w towarzystwie tylko jednej osoby. Draco, pozostawał skłócony ze swoim ojcem, porozumiewając się z nim jedynie przy pomocy opryskliwych uwag. Nie mógł wybaczyć ojcu przeszłości, tego że przez jego zapędy zostali wypchnięci na margines społeczeństwa, a on sam musiał służyć Czarnemu Panu. Lucjusz nie potrafił wybaczyć synowi teraźniejszości i postępowania, które jak twierdził godziło w godność i prestiż rodu Malfoyów. Narcyza kochała obu swoich mężczyzn i cierpiała, że nie potrafią się ze sobą porozumieć. Czuła się rozdarta, bo miała wrażenie, że obaj oczekują, że opowie się po stronie któregoś z nich. Wszyscy zaś zdawali sobie sprawę z tego, że żyją w tej chwili, pożyczonym życiem. Życiem podarowanym im przez ostatnią osobę na świecie, od której by tego pragnęli.

Tak więc obiad w posiadłości Malfoyów przebiegał po raz kolejny w milczeniu i wszyscy marzyli o chwili, by mogli wreszcie wstać od stołu. Pomiędzy marzeniami, a czynami jest jednak wielka różnica i Lucjusz Malfoy, mimo pragnienia opuszczenia już tego stołu, specjalnie przeciągał posiłek, czepiąc namiastkę mściwej satysfakcji z tego, że jego syn chce to miejsce opuścić jeszcze szybciej.
- Czy mogę już odejść? – Draco przerwał milczenie, niemal w pięć minut, od kiedy skończył jeść. Narcyza spojrzała na swojego męża, ten jednak nie raczył odpowiedzieć. – Dziękuję za posiłek – odłożył na stół swoją serwetkę.
- Siadaj. – Lucjusz przemówił, kiedy syn, niemal odchodził już od stołu. Po tym incydencie, nastała ponownie grobowa cisza. – Więc… synu. – Lucjusz upił łyk wina. – Rozpoczynasz karierę urzędnika państwowego? Ważna to posługa dla czarodziejskiej społeczności, wykonywać ważkie zadania w ministerstwie. Tym bardziej, że tak ważną pracę wykonywać będzie czarodziej czystej krwi – pan domu otwarcie szydził z decyzji syna, przy milczącej aprobacie swej żony. – Osiągnąłeś tak wiele, w tak krótkim czasie. To doprawdy imponujące.
- Teraz powinienem wstąpić do Ruchu Równości? – Odparł ojcu z wyraźną ironią.
- Nie! – Lucjusz uciął ostro, zbyt ostro, by jego syn nie mógł się nie zorientować, że celnie trafił. – Jeśli o mnie chodzi, to możesz wstąpić nawet do Zakonu Feniksa, jeśli tylko masz na to ochotę – dokończył wracając do poprzedniego tonu i starając się obrócić wszystko w kolejne szyderstwo. Jego syn wiedział już jednak, jak zadać kolejny cios. – Jeśli nie zauważyłeś, ja nie należę do „tego” Ruchu Równości – wskazał na klapę swej marynarki, gdzie nie widniał żaden znaczek.
- Nie należysz do Ruchu Równości, nie jesteś członkiem Czarnego Legionu i nie masz nic wspólnego z„Prawdą”, a jednak, oni wszyscy spotykają się u nas w domu, albo działają za twoje pieniądze. Co się stało, tato? Myślałeś, że tylko ty masz ludzi, którzy o wszystkim ci donoszą? Tajemnice, sekrety, zagadki, podstępy, to wszystko jest u nas rodzinne. Jakże bym mógł być inny, skoro jestem pół krwi Malfoyem. Na szczęście, jestem też Blackiem – spojrzał wymownie na swoją matkę, nim bez pozwolenia opuścił jadalnię.

Po pierwszym, dość nieprzyjemnym spotkaniu, Preston Preston traktował nowego stażystę normalnie, co dla przyzwyczajonego do nadskakiwania Draco znaczyło zaledwie poprawnie. Nie narzekał jednak, bo i narzekanie byłoby poniżej godności Malfoyów, poza tym, poprawne traktowanie, było i tak czymś lepszym od otwartej wrogości i ciągłej atmosfery podejrzeń, jakiej doświadczał od większości pracowników ministerstwa, których spotykał niemało, niemal nieustannie przemierzając korytarze z powierzoną korespondencją.
Preston Preston miał rację, już drugiego dnia stażu, Draco przekonał się, że musi zainwestować w mniej eleganckie ale za to wygodniejsze buty. Najprawdopodobniej w Draco było coś z kobiety, gdyż udawszy się do Hogsmeade, by zakupić buty w jednej z lepszych światowych marek obuwniczych Schuhmacher, odwiedził też butik designerskiej marki sprzedającej swe wyroby w Hogsmeade, Londynie, Paryżu jak i wielu innych miastach magicznej Europy i świata. Do posiadłości Malfoyów poleciały stosy paczek drogich ubrań kupionych za pieniądze jego ojca (ta myśl sprawiała mu niemałą satysfakcję).
Teraz Draco Malfoy czuł się w pracy wygodnie, ale i nadal nikt nie mógł mu zarzucić, że ubiera się jak przeciętny czarodziej. Gdyby ktoś to zrobił, mógł pokazać metkę. Nikt jednak tego nie zrobił. Właściwie jednak, to zrobił. Jego ojciec to zrobił, ale tym się akurat nie przejmował. Jego ojciec od roku nie opuścił posiadłości i o świecie wiedział tyle ile napisały gazety i donieśli mu jego ludzie.

Krążąc po korytarzach, od biura do biura, można się nasłuchać różnych rzeczy, zazwyczaj są to pojedyncze słowa, jakieś urywki zdań, fragmenty rozmów, czasami daje się przeczytać coś do góry nogami z leżącego na biurku dokumentu ( nie żeby krążył po ministerstwie dla szpiegowania ludzi). Obraz otaczającego świata, tego co dzieje się w ministerstwie, tego co dzieje się w życiu prywatnym jego pracownika, budowany na tych strzępach wiadomości jest co najmniej niepokojący. Wydaje ci się, że świat staną na głowie i coraz szybciej wiruje by się rozpaść od jakiegoś absurdalnego mętliku wydarzeń. Draco z coraz większym mętlikiem w głowie słuchał, że ministerstwo chce zwolnic połowę pracujących w nim ludzi, a ta połowa ludzi, chce zwolnić drugą połowę pracujących. Jakiś staruszek wykłócał się o milion Galleonów na budowę miotły, na której chciał polecieć na księżyc. Egipcjanie próbowali zrobić nalot dywanowy, a może nalot dywanami, na Anglię, ale zostali przechwyceni przez Sycylijską mafię, która zarekwirowała dywany, co nie spodobało się tresującym słonie Kartygińczykom (co miały do tego słonie, nie dosłuchał). W składziku na pierwszym piętrze ministerstwie ktoś regularnie hałasował nieregulaminowo. Podobnie jak w jednym z biur urzędu kontroli nad magicznymi stworzeniami. Z tego ostatniego udało mu się nawet usłyszeć „Jeszcze, rudy zwierzu!” Przyspieszył kroku, nim dowiedział się, co jeszcze ma zrobić rzeczony zwierz. Któregoś poranka dziewczyny w biurze świstoklików plotkowały, że w nocy połączone siły żydo-arabskie próbowały obalić McGonagall i dokonać przewrotu w ministerstwie, ale połowa leży trupem, druga połowa została aresztowana, a ichniejszego ministra ma zjeść smok, w drugiej wersji tej historii ich minister został zamieniony w niekoszerną świnię i zjedzony przez smoka, trzecia mówiła, że był animagiem i zamienił się w smoka. W każdym razie, coś było ze smokiem na rzeczy. Pójść do baru na coś mocniejszego, musiał gdy dowiedział się, że Longbottom się żeni. Wrócił po następną kolejkę, gdy dowiedział się, że Longbottom zrobił komuś dziecko. Profilaktycznie zabrał wtedy ze sobą całą butelkę, gdyby miało się wydarzyć coś jeszcze dziwniejszego. Wydarzyło się, ruda dziewczyna Pottera została aurorką, a potem ci żydo-arabi, był wtedy już tak znieczulony, że powstrzymał się od picia.
- Hmmm. Szkoda, że Ludo już nie pracuje w ministerstwie – o poranku pewnego chłodnego dnia, przemówił jego szef. – Ani Crouch…
- Do czego może się przydać ktoś, kto zbyt często oberwał tłuczkiem w głowę? – Draco nadal uczył się mówić bez akcentu Malfoyów, tego dnia brzmiał akurat, jak Elvis, co i tak było sporym postępem.
- Potrzebujemy kogoś kto zna się na Bułgarach. Jakiś angielski czarodziej, coś u nich narozrabiał. Skąd mam wiedzieć, jak go z tego wyplątać, jak ledwo wiem gdzie Bułgaria leży.
- Znam chyba kogoś idealnego – ucieszył się, że wreszcie będzie miał szanse spotkać się twarzą w twarz z pewną kobietą o kasztanowych włosach i nie chodziło mu o wymianę uprzejmości. – Nazywa się Granger i zajmuje się teraz zwierzakami w ministerstwie – nie miał oczywiście pewności, czy Hermiona ma choćby blade pojęcie o innych Bułgarach niż Krum. Nie miał nawet najmniejszych przypuszczeń co do tego, ale nie było to istotne.
- Granger powiadasz – Preston Preston zaczął przeszukiwać sporą księgę „adresową” ministerstwa. – O, mam. Hermiona Granger… Ta Hermiona Granger? – Draco powili kiwną głową, starając się nie uśmiechnąć, co nadal nie wyglądało w jego wykonaniu przyjaźnie.
- Dobra, idź. Tutaj masz jej biuro – Preston podał Malfoyowi piętro i numer biura zajmowanego przez Hermionę. Jej departament zajmował tak dużo miejsca, mając tak mało pracowników, że nawet podrzędny stażysta miał całkiem przyjemne biuro. Oni zajmowali we dwóch pokoik, który jak wydawało się Draco, był mniejszy od składziku na miotły w ich posiadłości.

Blondyn szedł powoli korytarzem Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami uśmiechając się złośliwie. „ – Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? – Bo miałaś stosunek z pewnym mugolem, a może stosunki, nie pamiętam jaka to miała być liczba.” Powtarzał sobie w myślach, złośliwy komentarz, jaki chciał wygłosić pod adresem Granger. Ostatni raz powtórzył sobie w myślach zaplanowaną złośliwość i bez pukania nacisnął klamkę drzwi, biura zajmowanego przez Hermionę Granger. W tym właśnie momencie dotarło do niego, że zna ten korytarz i te drzwi, rozejrzał się jeszcze w lewo i prawo, by się upewnić, ale tak, stał w otwartych drzwiach do biura, z którego nie tak dawno dobiegły go słowa „jeszcze, rudy zwierzu”.
- Czy mogę ci w czymś pomóc? – Od biurka dobiegł go poirytowany głos. Zorientował się, że od dobrych paru sekund stoi w otwartych na oścież drzwiach, rozglądając się na boki. Spojrzał na siedzącą z biurkiem Hermionę Granger i po raz pierwszy w życiu spłonął rumieńcem.
- A.. e… – zająknął się, zupełnie tracąc swoją kwestię.
- No więc? – Powiedziała przeciągle. Odchrząknął, poprawiając na sobie marynarkę.
- Mój szef przysłał mnie, bo słyszeliśmy że miałaś s… – resztę wypowiedzi przerwał mu huk otwierających się za nim drzwi i uderzenie, nieomal zwalił go z nóg. Kiedy odzyskał równowagę, przy biurku stał nie kto inny, a rudy Weasley. Draco poczuł jak, że ponownie się rumieni, widząc kolor jego włosów. – Uważaj jak…
- Co się stało? – Hermiona spytała z niepokojem.
- Ginny…- Wydyszał rudy. – Wczoraj… w mungu… – ledwie łapał dech.
- Co z nią?
- Gorzej niż z ojcem – powiedział wymijająco, zerkając na blondyna. Draco widział jak Hermiona blednie i oboje, Ron z Hermioną wypadli bez słowa z gabinetu.
- Oboje powinniście być w mungu, na oddziale zamkniętym! – Krzyknął za nimi, kiedy odzyskał już rezon. – I to oni mają strzec magicznego świata – prychnął. Złośliwość pod adresem Granger zupełnie mu się nie udała, a w dodatku dowiedział się kolejnej szalonej rzeczy, przez którą musiał się napić. Kujonka Granger nazywająca Weasleya rudym… Potrząsnął głową by pozbyć się tej ostatniej myśli. Świat zwariował i to nie podlegało dyskusji. Wracając do swojego biura wykazał się inwencją i zaszedł do znajdującego się na tym samym, piątym piętrze międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów, zholowując stamtąd jakąś podstarzałą wiedźmę znającą się na Bułgarii. Dziwne zachowanie Weasleya i Granger nie dawało mu jednak spokoju, o co chodziło w tym szyfrze o ojcu rudzielca.., O ile wiedział, Artur Weasley miewał się całkiem dobrze. Nie licząc tego, że miał porządnie narąbane w głowie. Może i ruda od Pottera też dostała bzika. Tylko co w tym takiego pilnego – prychnął w końcu sam do siebie i wrócił do swoich zajęć.

- Jak tam w pracy, Draconie? – Ojciec przemówił, ledwie drzwi się zamknęły. Draco nie zaszczycił go odpowiedzią, zdejmując i wieszając swą pelerynę. Z jakiegoś powodu, możliwe że na polecenie ojca, skrzaty domowe nie usługiwały mu, jeśli wyraźnie tego nie zażądał. – Co słychać u twoich nowych przyjaciół?
- Jeśli do czegoś zmierzasz, to to powiedz, wprost.
- Nie wiem czy wiesz, Draconie, ale niewiele brakowało, by córka Artura Weasleya pożegnała się z tym światem.
- A ciebie to martwi, czy cieszy, że jedynie „niewiele brakowało”? – Młody mężczyzna odparł bez zbędnego zainteresowania. – Ponadto, to było wczoraj – dodał przypominając sobie wydarzenie w gabinecie Granger – a ty mówisz o tym dopiero dziś. Czyżby twoi ludzie, uznali że nie jesteś już godzien przekazywania ci najświeższych informacji? – Zakończył z drwiną w głosie.
- Weasleyówna nie jest na tyle istotną informacją, by niepokoić mnie niezwłocznie.
- Czy sam mi nie mówiłeś, że nie ma czegoś takiego, jak nieistotne informacje? – Jeśli jego ojciec faktycznie dowiedział się o tym dzisiaj i jeśli faktycznie wydarzenie miało miejsce wczoraj, to oznaczało, że Lucjuszowi Malfoyowi osuwa się grunt spod nóg, a Lucjusz Malfoy, któremu usuwa się grunt spod nóg, to Lucjusz Malfoy wykonujący różne nerwowe, gwałtowne ruchy i kąsający na oślep. Taki Lucjusz Malfoy, taki ojciec, mógł ich zaprowadzić wprost do Azkabanu, a do tego nie mógł dopuścić. Drugi raz Potter nie wyciągnie ich z bagna.
Potter. Kiedy zatrzaskiwał drzwi swojego pokoju, jego myśli powróciły do Pottera. ‚Jak mam nienawidzić Pottera’ – myślał – ‚Czy w ogóle wolno mi nienawidzić Pottera? Gdyby nie Potter siedzielibyśmy wszyscy w Azkabanie. Gdyby nie moja matka, Potter leżał by teraz martwy i bylibyśmy daleko od Azkabanu. Czy bylibyśmy wtedy bezpieczni, czy byłoby nam lepiej? On nam już nie ufał. Stawaliśmy się niczym. Teraz teraz nic nie znaczymy. Ale jesteśmy żywi. Jak mogę nienawidzić Pottera? Mogę, przecież on mnie nienawidzi. Czy mnie jednak nienawidzi? Czy powiedział mi to? Nie, ale jestem Malfoyem, a on Potterem. Musi mnie nienawidzić, tak jak Weasley i Granger. Czy oni mnie nienawidzą? Na pewno, ale czy mi to pokazali? Nie. Na pewno mnie nie lubią, ale kto lubi Malfoyów. Kiedyś się przed nami kładli, bo coś znaczyliśmy, teraz nie muszą się kłaść i widać co o nas myśleli. Czy mogę nienawidzić Pottera? Muszę. Przecież to sens ostatnich ośmiu lat mojego życia. Jak mam go nienawidzić teraz, na pewno trafiło go to z Weasley. A co mnie to obchodzi? Czy on mnie nienawidzi? Muszę go sprowokować, muszę się przekonać, by móc go spokojnie nienawidzić. Tylko po co mam go nienawidzić? Bo to sens mojego życia. Czy taki ma być sens mojego życia? Jestem Malfoyem, znam odpowiedź.’ Wewnętrzna debata dobiegła końca i już znał odpowiedź.
Musiał znaleźć Pottera i się przekonać czy ten go nienawidzi, ale musiał zrobić coś jeszcze. Uratować rodzinę przed ojcem. Musi uratować przed nim matkę i siebie. Najważniejszym było zrobić to tak, by ojciec się o tym nie dowiedział, czyli nie korzystając z jego pieniędzy, tyle że Draco nie posiadał własnych, jedynym co posiadał Draco było nazwisko. Szukał sposobu, jak uratować ich rodzinę przed zapędami ojca posiadając jedynie nazwisko i okazja ku temu nadarzyła się ledwie kilka tygodni później.
Od chwili przeprowadzenia wewnętrznej debaty, Draco znajdował najmniejsze powody, by codziennie znaleźć się na drugim piętrze ministerstwa i przekonać się, jakie relacje panują między nim, a Potterem. Pottera jednak nie było. Każdego dnia, przez kolejne długie trzy tygodnie biurko Pottera pozostawało puste. Po ministerstwie zaczęły krążyć przeróżne plotki i pogłoski, rozsiewane głównie przez te same czarownice, które wcześniej przekazywały wszelkie plotki Potterowi. Zaczęło się dość niewinnie. Potter miał wziąć urlop. Jak się okazało, w ramach tego urlopu poleciał do ciepłych krajów. Później wyszło na jaw, że Potter nie poleciał, tylko wyleciał na kolejne szkolenie. Ktoś dobrze poinformowany skorygował tą informację, Potter faktycznie wyleciał, tyle że nie na szkolenie, a z pracy, ale za co to już nie wiedział. Potem, jeszcze lepiej poinformowana osoba rozgłosiła, że Potter wyleciał z pracy za poturbowanie swojej partnerki na sali treningowej. Tą informację skorygowano jednak jeszcze tego samego dnia, kiedy to ktoś podsłuchał w damskiej toalecie, że Potter nie poturbował Ramirez a samego Robardsa, z którym od dawna miał na pieńku. Nikt jednak nie widział żeby Robards był poturbowany i magomedyk departamentu zaklinał się, że nie składał Robardsa do kupy. No i znowu pojawił się ktoś usłużny. Tym razem informacja pochodzić miała z samej kwatery głównej biura aurorów. Potter nie poturbował Robardsa, a użył na nim czarnej magii i nie na sali treningowej, a w składziku na miotły i nie dlatego, że mieli na pieńku, a przez to, że szef biura nakrył Pottera i Weasley w tymże składziku. Dlatego też obojga ich nie było od dawna już w biurze.
W tym momencie Draco musiał ponownie się napić, choć tym razem bardziej chciało mu się śmiać, niż płakać nad szaleństwem ministerstwa. Pił kolejkę sądząc, że nic dziwniejszego już nie usłyszy. Okazało się, że picie było mocno przedwczesne, bo Potter jednak nie wyleciał z biura, a sieci w Azkabanie, bo nie użył czarnej magii, a zaklęcia niewybaczalnego i Robards kopną w kalendarz, Robardsa faktycznie nikt nie widywał w biurze. Został jednak zauważony na korytarzu i historia zaczęła się sypać. Na pomoc przyszli eliksirowarzy z Biura Aprowizacji Brytyjskiego Ministerstwa Magii, którzy rozgłosili, że Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów zamówił potężny zapas eliksiru wielosokowego, niechybnie by zakamuflować śmierć Robardsa. Tą informację zdementować miał (rzekomo) sam zainteresowany, Robards, który kategorycznie stwierdził (rzekomo), że żyje a Potter zabił, ale nie jego a ministra. Informacja ta wywołała burzę, bo Kingsley jak najbardziej żył, a Scrimgeoura wykończył Yaxley, na co byli świadkowie. Dlaczego więc Potter siedzi, za zabicie Piusa Thicknessa? Tyle, że Potter nie siedział za zabicie Thicknessa, a samego Knota, który miał wcale nie pożegnać się z tym światem w sposób naturalny.
Po tej ostatniej historii, Draco opróżnił resztę butelki (a było to dobrze ponad połowę jej objętości) za jednym zamachem. Żadna z plotek nie była nawet bliska prawdzie, a każda kolejna coraz bardziej szalona więc szedł korytarzem drugiego piętra przerażony tym, co może znowu usłyszeć i czy nie zmusi go to aby do zakupu drugiej butelki, wpędzając w alkoholizm. Okazało się jednak, że zdarzyło się coś zgoła odmiennego.

- Tłumaczył to panu Artur Weasley! Powtarzał to setki razy – Po korytarzu niósł się zirytowany głos starszego człowieka. – Teraz powtarzam to panu ja. Latające Dywany nie latają i latać nie będą nad Anglią i nie oddamy panu ani grosza za tamte, bo to pańska wina, że stracił je pan nad Sycylią. Żegnam panie Bashir! – W drzwiach jednego z biur pojawiło się dwóch mężczyzn, krzyczący staruszek i przysadzisty mężczyzna o oliwkowej cerze. – O, witam panie Malfoy. Pan do mnie?
- Nie, tylko przechodziłem – mruknął Draco, któremu właśnie przyszło coś do głowy.
- Ja się nie poddam, panie Perkins – mężczyzna nazywany Bashirem warknął wściekły. – Oby lumbago dalej pana rwało – dokończył jadowicie, kierując się ku windom.

Draco odczekał chwilę, aż zamknął się drzwi biura Perkinsa i ruszył za Allim Bashirem. To była jego szansa.
- Panie Bashir. Draco Malfoy, poproszę pana na słowo.

W listopadzie słońce szybko kładzie się ku zachodowi i północny kraniec ulicy Pokątnej, gdzie mieścił się „Teatr Pokątny” przez większość dnia tonie w chłodnym cieniu i półmroku. Tradycyjnie już po ulicy kręciło się trochę Goblinów przenoszących towar pomiędzy magazynami i pojedynczy właściciele sklepów i lokali, załatwiający interesy w ajencjach zagranicznych przedsiębiorstw wytwórczych, przetwórczych i handlowych. Teatr ponownie świecił pustkami, jako, że „Zakochany Merlin” okazał się tak wielkim sukcesem, że pojechał w światowe turne. Draco nie był ani fanem teatru, ani tym bardziej stałym bywalcem tej części Pokątnej. Nigdy nie skalał się ciężką pracą i kalać się nie zamierzał. Zamierzał jednak wykorzystać kogoś, by pracował za niego i zarabiał dla niego pieniądze, wiedział też kim ten ktoś jest. Ta część ulicy Pokątnej kończyła się ślepym murem mugolskiej kamienicy, przed samym jednak murem znajdowały się wąskie schody prowadzące do małego sklepiku bez okien, znajdującego się w piwnicy, bezpośrednio pod wybrukowaną gładkimi kamieniami ulicą. Nigdy nie poznał właściciela tego sklepu, ale wiedział, że człowiek ten przy odpowiedniej silnej perswazji, może być tym, który pomoże mu w zrealizowaniu jego planu. Na Nokturnie znalazł by zapewne wielu ludzi, gotowych pomóc mu tylko dlatego, że jest Malfoyem, na Nokturnie jednak pełno było ludzi jego ojca, którzy tym razem mogliby szybko donieść mu o tym, co się święci.
Zszedł ostrożnie po schodach, na których pełno było śmiecia zwianego tutaj przez targające ulicą podmuchy wiatru i zadomowione w kątach schodów pająki. Schody kończyły się okutymi blachą drzwiami rudymi od rdzy i powyżeranymi w wielu miejscach. Mierzące nie więcej jak dziesięć metrów kwadratowych wnętrze lokalu było równie mało zachęcające, jak i prowadzące do niego schody. Pomieszczenie wyglądało, jakby nie zmieniło się ani na jotę od co najmniej stu lat. Pozbawione okien, z niskim sklepieniem. Całe, łącznie z drewnianą podłogą i sufitem pomalowane było stalowo szarą farbą olejną. Nadającą temu miejscu wygląd czegoś pomiędzy schronem a kadłubem mugolskiego okrętu wojennego. Ściany podziurawione były gwoździami i haczykami na których wisiały różne liche towary, których raczej nie można było znaleźć nigdzie indziej, prawdopodobnie dlatego, że nikt nie chciał ich kupować. W drzwiach, a raczej dziurze w ścianie prowadzącej do drugiego pomieszczenia stało niskie obszarpane biurko z płyty pilśniowej, pociągnięte biało-błękitną okleiną w czarne ciapki. Sama okleina odpadłą zresztą w wielu miejscach, a płyta napuchła od wilgoci. Za biurkiem siedział mężczyzna koło sześćdziesiątki, z nadzieję patrząc na swego gościa.

- Słyszał pan o czymś takim jak zaklęcia gospodarskie, skoro nie stać pana na skrzata domowego? – Draco popatrzył krytycznie po pomieszczeniu. Trzeba będzie tu porządnie posprzątać i przemeblować, nim wszystko załatwimy. Mam nadzieję, że tamto zaplecze jest duże? – Głową wskazał na pomieszczenie za sklepikarzem.
- Przepraszam, ale kim pan jest i co chce załatwić? – Mężczyzna spytał uprzejmie, wstając z zajmowanego zydla.
- Draco Malfoy, za chwilę odda mi pan swój sklep – w pomieszczeniu zapadło niezręczne milczenie. – Tak więc, tak jak powiedziałem, mam nadzieję, że zaplecze jest dość duże, wolałbym nie musieć od razu szukać dodatkowego magazynu, co i tak mnie ostatecznie czeka.
- Panie..
- Malfoy.
- Panie Malfoy, skąd pomysł, że zamierzam panu sprzedać mój sklep. – Mężczyzna odpowiedział nadal będąc nad podziw uprzejmym.
- Oddać, nie sprzedać. Ja nie zamierzam niczego od pana kupować. – Draco odparł rozglądając się po pomieszczeniu. Tak. Tych śmieci się ze ścian pozbędziemy. Ściany i podłogę zasłonimy dywanami, na sufit rzucimy jakieś tkaniny. Tam będą siedziska i Szisza. Tutaj postawi się gablotę na mniejszy towar, a tam powiesimy przykładowe wzory.
- Dlaczego miałbym panu przekazać mój sklep?
- Bo to się panu opłaci. To biurko się stąd wyrzuci. Do klienta należy wychodzić z otwartymi ramionami. Powie mi pan wreszcie jak duże jest to zaplecze? Zainteresowanych zakupem klientów będzie się tam zapraszać i muszą oglądać towar w komfortowych warunkach – Draco kontynuował wizualizowanie swych planów.
- Bardzo mi przykro panie Malfoy, ale nie sprzedaję sklepu. Zachęcam za to do zakupu mojego towaru.
- Oddaje, nie sprzedaje, a co do towaru. To jego też się pozbędziemy. Zdaje się, że w sąsiedniej bramie widziałem kontener na śmieci. Przeniesienie nie powinno panu zająć wiele czasu. – No tak, będzie też trzeba dokładnie sprawdzić pańskie księgi obrachunkowe. Nie chcemy, by ministerstwo przyczepiło się do nas nim na dobre się rozkręcimy. Prawda?
- Panie Malfoy. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałbym sprzedać mój sklep.
- Oddać, nie sprzedać. Ale się pan uparł z tą sprzedażą, ja niczego nie zamierzam kupować.
- Nadal jednak nie widzę powodu.
- Ja widzę kilka, a jeden stoi przed moimi oczami – obciął pogardliwym spojrzeniem mężczyznę. Który ubrany był w zakurzone i wytarte sztruksowe spodnie, trzymające się na nim jedynie dzięki szelkom założonym na wierzch włochatego swetra w kolorowe romby, niechybnie zrobionego na drutach i to bardzo niewprawną ręką. – Musi się też pan nauczyć, że gości w sklepie wita się gorącą herbatą, lub kawą i proponuje zapalenie fajeczki. Oczywiście na siedząco – wyczarował dla siebie wygodny fotel rozsiadając się w nim nonszalancko.
- Dobrze, panie Malfoy. Herbaty panu nie zaproponuję, ale wysłucham pana. Bo bez tego raczej pan stąd nie wyjdzie, a i ja mam odrobinę wolnego czasu.
- Raczej wiele wolnego czasu – poprawił go Draco.
- Czemu więc mam oddać mój sklep, skazując się na biedę.
- Pan już jest biedny i to niewyobrażalnie biedny. Przy pańskiej rodzinie nawet Weasleyowie zdają się być bogaczami i stanowczo lepiej się ubierają – raz jeszcze popatrzył na strój swojego rozmówcy.
- Zamierza mnie pan przekonać obrażając?
- Ależ ja wcale nie zamierzam pana przekonywać – Draco uśmiechnął się, co było błędem, gdyż nadal nie opanował tej sztuki. – Ja czekam, kiedy wreszcie będziemy mogli zawrzeć stosowne porozumienie.
- Słucham więc pańskiej propozycji.
- Będzie pan oddawał mi cały dochód sklepu, sobie zostawiając z tego pięć procent. Ja ze swojej strony będę ponosił wszystkie koszta związane z funkcjonowaniem sklepu.
- Chce pan zabierać mi cały dochód sklepu? A z czego ja mam niby żyć?
- Robi to panu jakąś różnicę? Pan i tak nie ma z czego żyć. To prawdziwy cud, że wiąże pan jakoś koniec z końcem.
- Ten sklep ma swoją wartość, więc nie widzę powodu dla którego mam go oddać za darmo.
- Nie. Ten sklep nie ma żadnej wartości. To pomieszczenie może jakąś mieć, ale nie sklep. – Draco uśmiechnął się ponownie, nim zdołał się powstrzymać. – Ja mogę sprawić, że ten sklep będzie miał jakąś wartość, a właściwie sklep, który tutaj ulokuję, bo ten nigdy wartości mieć nie będzie.
- Jak chce pan tego dokonać, panie Malfoy? Handluję tutaj dłużej niż pan żyje, wcześniej handlował mój ojciec i dziadek.
- I każdy kolejny z was jest coraz biedniejszy. Zakładam, że część tego towaru pamięta jeszcze rzeczonego dziadka. Jak tego dokonam, to już moja tajemnica, pozna ją pan, kiedy zawrzemy stosowne porozumienie. Teraz mogę powiedzieć jedynie, że w tym miesiącu zamierzam zarobić tutaj tysiąc galeonów, do końca roku około pięciu a w przyszłym nie mniej niż sto tysięcy. Jak to się ma do niecałych dwustu, które zarobił pan w tym roku?
- Tysiąc galeonów – prychnął sprzedawca. – Prowadząc nielegalne interesy na pewno, ale nie w legalny sposób, a ja nie życzę sobie tutaj nielegalnych interesów.
- Wszystko będzie jak najbardziej legalne.
- Więc jak.
- Jestem Malfoy’em, to wystarczy. Więc jak, zgadza się pan?
- Gdzie mam podpisać?
- Ależ nigdzie nie będzie pan podpisywał. Widzi pan. Za chwilę z biedaka zmieni się pan w figuranta. Miłego dnia – Draco wstał z wyczarowanego fotela i ponownie otworzył drzwi wejściowe. Teraz dopiero zobaczył wiszącą na nich również zardzewiałą tabliczkę. „Różne rzeczy wszystkie. Sklep światowy Greengrassów” – Nazwę też trzeba zmienić. Drac… Nie, miało być incognito, „Scorpius Trade, Sklep Kolonialny”, powinno być dobrze. Widzimy się niebawem, panie Greengrass by „wieczyście” przypieczętować nasze porozumienie. Aha, tak długo jak czarodziej nie zamierza z niego korzystać, sam fakt, że mugolski przedmiot jest zaczarowany nie stanowi problemu. Niech pan to sobie dobrze zapamięta – zamknął za sobą drzwi sklepu.

Draco Malfoy zaczynał nowy rozdział w swym życiu i w historii Malfoyów. Jeszcze trochę i ojciec będzie mógł zaszkodzić tylko sobie, a co się tyczy Harrego Pottera. Harrego Pottera mógł nienawidzić, jeśli tylko znajdzie się ku temu jakiś powód. Póki co, wysłuchiwał kolejnych szalonych teorii na temat nieobecności wyżej wymienionego w ministerstwie.

Inspirowane utworem pt. Behind Blue Eyes wyk. Limb Bizkit
_________________________________________________________________________________________

Groźby karalne pod moim adresem za 3, 2, 1…. ;)

 

4. I choćbym upadł…

09 paź

Kiedy pływak tonie, widzi bezkres wody. Błękitniej, zielonej, krystalicznej bądź mętnej. Kiedy pływak tonie opada w niewzruszoną stałość i niezmienność toni, by po chwili wyrwać się na powierzchnię, gdzie czeka na niego życiodajny tlen i ponownie zapaść się w toń i tak bez końca, póki ktoś go nie uratuje, lub nie pochłonie go toń. Z każdym wynurzeniem, stałość i spokój toni przerwane zostają feerią barw i obrazów świata, który pozostał na powierzchni.

Co jednak, jeśli pływakowi odebrać by wzrok, cóż pozostałoby mu z doznań wynurzania i zapadania się w toń…

Ciemność, ciemność i czerń otulały ciało i umysł ciepłym, ciasnym i miękkim kobiercem. Czerń była wszechobecna i niemal niemożliwa do ogarnięcia dla ludzkiego umysłu. Czerń wciągała coraz bardziej i była coraz bardziej pociągająca. Taka spokojna, taka bezpieczna. Nie krępowała ruchów, nie zabraniała wyrwania się z niej, lecz otulony nią umysł nie odnajdował najmniejszego nawet powodu, by robić tak szaloną rzecz, jak wyrwanie się z tej czerni. Czerń była dobra. Nie zadawała pytań, nie wymagała wyrzeczeń, nie pytała kim jesteś i kim chcesz być. Czerń dawała nieskończone istnienie i nic ponadto, ale czy to nie wystarczało? Było to aż nadto, dla zmęczonego codziennością umysłu.

Nagle spokój bezkresu przerwał nagły zgrzyt, niczym dźwięk dartej blachy i na powierzchnię wyrwał się głos.

- Nic ci… – I nastała cisza. Czy to w ogóle miało miejsce, czy może umysł spłatał szalonego figla, zakłócając wszechogarniający spokój. Kolejny zgrzyt.

- Co się… – I nastała cisza. Czy ten głos nie był dziwnie znajomy… Kolejny zgrzyt – Nie… – Ten dźwięk jest tak bardzo bez znaczenia. – To twoja… Trzymaj się… Zostaw… Ja…. Gdzie oni… medyk…. trzymaj się…. szybciej…. zostań…. zost… – Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt i cisza. Cisza była tak przyjemnie spokojna. Zgrzyt i feeria kolorowych plam. Głosy są tak odległe i niezrozumiałe. Zgrzyt.

- Na salę…. trzysta… pan… spa…- Cisza, i przyjemna czarna toń. Zgrzyt. – Ile… Niej… Wina…. Potrzebna… Czekać…- Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt. Każdy kolejny zgrzyt był coraz cichszy, coraz bardziej odległy. Coraz bardziej pozbawiony znaczenia. Każde kolejne słowa były coraz mniej istotne. Coraz bardziej bełkotliwe i niezrozumiałe, na chwilę umysł przepełniło jeszcze jedno, odległe wspomnienie, wspomnienie czegoś dlaczego warto było wrócić, co stanowiło sens życia. ‚Co to jest życie?’ zapytała czerń, a potem nastała już tylko cisza….

 ***

- Czemu jesteś taka uparta? – spytał z lekkim wyrzutem.

- Bo jestem kobietą – odparła, po czym delikatnie zsunęła ustami spoczywające na srebrnej łyżeczce lody. Na jej wciąż mokrych ustach zagościł filuterny uśmiech.

- Jutro są testy okresowe. Wróć do domu. Poćwiczymy odrobinę razem. – Udał, że nie widzi, jak z nim igra.

- Przyznaj uczciwie… Łóżko jest strasznie zimne, gdy nie ma go kto ogrzać – odpowiedziała, nadal się do niego uśmiechając.

- Hektor z Łapą ogrzewają je aż zanadto.

- Tak, oczywiście. I tobie więcej do szczęścia nie potrzeba. – Patrzyła mu w oczy, jednocześnie zataczając palcem wskazującym powolne okręgi po brzegu wypełnionego winem kieliszka.

- Przestań! – Niemal wykrzyknął, czując jak robi mu się strasznie gorąco.

- Ale co? – Przeczesała dłonią swoje długie włosy, zakładając je za ucho i odsłaniając alabastrową szyję. – Przecież ja nic nie robię. – Przechyliła głowę tak, żeby jeszcze dokładniej zobaczył jej szyję, na której spoczywały wisiorek w kształcie połowy serca z jego zdjęciem wewnątrz i ten, który podarował jej na ostatnie urodziny.

- Właśnie, że robisz – bąknął, walcząc z samym sobą, by nie rzucić się na nią w środku zatłoczonej restauracji. Ostatecznie, mógłby skonfundować wszystkich klientów… Zaśmiała się perliście, widząc co się z nim dzieje.

- Dobrze, już będę grzeczna. – Powiedziała, poprawiając się na krześle. Zakładając nogę na nogę, delikatnie przejechała mu obutą w szpilkę stopą po łydce. Zaśmiała się, widząc jak jego ciało przeszywa dreszcz. – Przepraszam, przepraszam. Nie mogłam się powstrzymać. – Upiła łyk wina, przełykając je powoli, by wyeksponować ruch jej krtani. Harry zgrzytnął zębami, a ona ponownie wybuchnęła śmiechem.

- Kobiety – mruknął, łypiąc na nią z głową spuszczoną w talerz.

- Jestem kobietą. Wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie… – zanuciła, ponownie uśmiechając się filuternie. – To była naprawdę urocza kolacja, panie Potter. To takie przyjemne chodzić na randki i to randki z taką klasą.

- Tak, to bardzo przyjemna odmiana, ale mugole mają taką zasadę trzeciej randki…

- Tak, to dlatego z nikim nie byłam na więcej niż dwóch randkach. Oprócz pana, oczywiście. – Dokończyła pospiesznie.

- Może więc jednak, zechciałabyś wrócić dziś ze mną? – spytał sztucznie obojętnym tonem.

- Panie Potter! – wykrzyknęła oburzona. – W domu mogą zacząć się o mnie niepokoić. Jeszcze pomyślą, że mnie pan uprowadził i wezwą Biuro Aurorów. – Oboje uśmiechnęli się na taki obrót wydarzeń.

- Dobrze ci w Muszelce? – spytał, zmieniając temat.

- Dobrze, ale nie tak dobrze jak w domu.

- A Bill i Fleur?

- Są w porządku. Bill zawsze był najfajniejszym z braci, choć teraz strasznie zrzędzi, że źle się prowadzimy. Znaczy źle prowadzimy nasze finanse. – Oboje prychnęli śmiechem. – Wiesz, chyba źle oceniłam Fleur. – Zaskoczyła go tą wypowiedzią.

- Czemu?

- Zawsze myślałam, że to…

- Krowa. – Wpadł jej w słowo.

- A ona jest naprawdę normalna. Tylko ten jej wygląd.

- Polubiłyście się? – W odpowiedzi posłała mu spojrzenie wyrażające sobą. „No weź, nie opowiadaj bzdur.”

- Chodźmy, na nas naprawdę czas. – Dopiła ostatni łyk swojego wina. – O nie, nie, nie. – Zaprotestowała, kiedy Harry wyjął portfel. – Dziś to ja zaprosiłam cię na kolację i ja płacę. Ty wykażesz się następnym razem. – Włożyła kwotę wraz z napiwkiem do leżącej już na stole okładki.

Powietrze na dworze było zimne i nieprzyjemne, takie, jakim powietrze końca października powinno być. Mogli się jedynie cieszyć, że z zasnutego nieba nie padał deszcz. Ginny mocniej otuliła się swoim płaszczem, pod którym nosiła jedynie niezbyt długą sukienkę koktajlową. Harry narzucił na jej ramiona swoją marynarkę, choć wiedział, że nie zrobi to większej różnicy.

- Mogę odprowadzić cię do Muszelki?

- Możesz – odpowiedziała, przytulając się do niego.

Deportował ich wprost na ścieżkę prowadzącą do niewielkiego domku, którego ściany pokryte były maleńkimi muszelkami. Światła w całym domu świeciły się, rozlewając ciepły blask na targane nadmorskim wiatrem wybrzeże. Harry odprowadził ją pod same drzwi wejściowe. Przytrzymując na chwilę przy sobie.

- Masz rację. Łóżko jest zimne i cały dom jest taki pusty i taki zimny, kiedy nie ma ciebie. Gdyby nie Hektor i Łapa, wcale bym tam nie wracał. Tam jest twoje miejsce, kochanie.

- A przytulałeś się ostatnio do mojej poduszki? – spytała. Teraz dopiero Harrego uderzyło, że Ginny nie mieszka przy Grimmauld Place od ponad miesiąca, a poduszka pachnie jej włosami, jakby dopiero co wstała.

- Ja tam przytulam się do twojej niemal codziennie – powiedziała i zniknęła za drzwiami Muszelki. Pozostawiając go z mętlikiem w głowie i marynarką w dłoni, a z nieba spadały pierwsze krople zimnego deszczu.

Tej nocy ponownie wtulił się w jej poduszkę, która pachniała tym cudownym zapachem kwiatów, którym pachniały włosy Ginny, którym pachniała amortencja.

Świt nastąpił zbyt szybko i musiał wstawać do pracy, nim na dobre zdołał się nacieszyć snem. Nie miał też wiele czasu, by bawić się ze swoimi pupilami, ale te już przyzwyczaiły się, że w dzień bawi się z nimi Ginny, a Harry najbardziej skłonny do zabawy jest wieczorami. Doszedłszy do takich wniosków, przestały nawet fatygować się schodzeniem z nim do kuchni, tylko od czasu do czasu kładły się w poprzek na drodze, którą akurat musiał przejść, jakby liczyły, że się o nie potknie.

Ginny miała tego dnia nocną zmianę, więc i w biurze miała się pojawić dopiero po południu, na tyle wcześnie, by przejść u Pillsa testy okresowe, ale i na tyle późno, by nie trawić tam całego dnia. Harry mógł więc poświęcić całą swoją uwagę na pracy. No prawie całą, gdyż co jakiś czas musiał skupiać się na jakimś fragmencie opowieści, jaką Neville snuł o swojej podróży poślubnej, albo o tym, jak im się żyje z babcią Longbottom. Prawdę mówiąc, to zamierzali się wyprowadzić od babci Longbottom, która okazała się być nieznośnie wręcz męczącą dla osoby, która nie spędziła z nią całego życia, jak miało to miejsce w przypadku Nevilla. U Abbotów, jak się okazało, także nie było wiele miejsca, więc co wieczór, kiedy tylko Neville kończył pracę, szukali z Hanną dla siebie jakiegoś lokum.

Całą uwagę zespołu Urquharta w tych dniach pochłaniała sprawa zatrzymanych Semitów. Po niewątpliwej wtopie, jaką zaliczyli, nie rozwiązując sprawy morderstwa Knota postanowili, że choćby mieli świat podpalić, rozwiążą tą sprawę. Najgorsze było, że wiedzieli „co”, ale nie wiedzieli jak to udowodnić i robili różne szalone rzeczy, typu naloty chybił trafił na potencjalne lokale w magicznym i mugolskim świecie, byle tylko nie dreptać w miejscu. Dziś od rana Harry znowu maglował dwóch zatrzymanych, starając się wyciągnąć z nich coś nowego, jak na złość, wyglądało jednak na to, że nie mieli oni o niczym pojęcia, bo mózg operacji zdawał był się wymknąć. Kiedy Harry koło południa wrócił za swoje biurko, był skonany i zniechęcony. Zaczynał sądzić, że wtedy, w czerwcu miał absolutną rację, twierdząc, że nie nadaje się do tego zespołu.

- A ja mam pomysł. – Ramirez odłożyła egzemplarz „Prawdy”. – Zacznijmy ich łaskotać. Może to ich złamie? – Harry jedynie przewrócił oczami, zabierając się za drugie śniadanie.

- Mózg ci się lasuje od tego szmatławca. – Neville mruknął z rezygnacją.

- Nie przesadzaj. Ja to dla śmiechu czytam. Takich bzdur jak tu wypisują, to nawet w „Żonglerze” ze świeczką szukać.

- Uważaj. „Prawda” ma już niemal tylu czytelników, co „Prorok”.

- Bo ludzie czytają to dla jaj.

- Nie widzicie, co oni robią. – Harry przełknął gryzioną kanapkę. – Doprowadzili do tego, że tą gazetę czytają zarówno ich zwolennicy, jak i wszyscy inni, którzy chcą się trochę rozerwać, czytając bzdury. Sprowadzili dyskusję do swojego poziomu i miażdżą nasze wydumane argumenty swoimi pustymi, ale łatwo strawnymi, hasłami. – Wziął kolejny kęs. – Czytacie to dla jaj. – Zaczął mówić, nim do końca przełknął. – A oni mają z dnia na dzień coraz więcej zwolenników. Ludzie czytają te bzdury. Czytają nasze sprostowania, które oni ośmieszają i ci ludzie zaczynają myśleć, że to „Prawda” ma rację, a my i „Prorok” coś kręcimy. Nie patrzcie na mnie, jakbyście sami na to wcześniej nie wpadli – powiedział w końcu, wrzucając do kosza papierek po kanapce i wytrzepując ręce.

- No dobrze. Ne… Ramirez. Masz ochotę się trochę popojedynkować na AOS’ie?

- Z tobą, zawsze. – Uradowana zerwała się z krzesła.

- Hola. – Urquhart ostudził ich zapał. – Harry, nie myśl, że nie wiem co robisz.

- Niby co? To już nie wolno mi się nawet z nią pojedynkować? – spytał z wyrzutem i oburzeniem.

- Chcesz zobaczyć Weasleyównę w czasie testów okresowych.

- Ty masz paranoję, wiesz? – Harry odparł z politowaniem. – Ginny będzie w biurze dopiero za kilka godzin. Zdążymy wrócić.

- Jesteście mi potrzebni, jakby się coś stało, a ty podobno siedziałeś nad Semitami?

- Ja siedzę, oni siedzą i nic z tego nie wynika. Daj mi trochę dotlenić mózg.

- Właśnie, daj mu trochę dotlenić mózg. Przyda mu się. – Ramirez przytaknęła ze złośliwym uśmieszkiem. – Jakby coś, to zawsze mamy swoje odznaki. – Wyjęła z szuflady odznakę Zespołu Szybkiego Reagowania. Harry poszedł w jej ślady.

- Dobra. Idźcie. Tylko macie trenować, a nie obijać się.

- To nie wolno nam się poobijać? To jak mamy trenować bez obijania siebie? – Latynoska udała zdziwienie.

- Nie filozofuj Ellena. Idźcie już.

- A teraz, Harry. – Ramirez odezwała się, kiedy byli już w bocznym korytarzu. – Czemu ja? Tylko bez kitów.

- Bo Neville nie postawiłby się Urquhartowi, gdyby ten powiedział „Nie”. – Harry wzruszył ramionami. – Poza tym od dawna miałem ochotę na upuszczenie odrobiny twojej, latynoskiej krwi.

- No to będzie ciekawie… Do pierwszej krwi? – spytała, uważnie go obserwując.

- Do ostatniej kropli. – Przytrzymał przed nią drzwi i weszli do sali.

Zwyczajowa mata, na której zwykł trenować ich zespół była wolna, więc mogli w spokoju ulokować się w odległym kątku sali i zacząć pojedynek.

Urquhart nigdy nie pozwalał Harremu i Ramirez chodzić na wspólne patrole w teren, uważając że doprowadzą do jakiejś draki. Nie miał do nich za grosz zaufania, twierdząc, że muszą mieć kogoś, kto będzie kontrolował ich zapędy. Dlatego to, zarówno Harry jak i Ramirez, na patrole wychodzili jedynie w towarzystwie Nevilla lub Urquharta. Względnie cała czwórka ruszała w teren wspólnie.

Oni zaś wierzyli w swój profesjonalizm i byli przekonani, że stanowiliby świetny duet, co zresztą jak na dłoni widzieli podczas tego pojedynku. Harry był szybki, był diabelnie szybki, a przy tym zimny i konsekwentny. Każdym jego czarem kierował bezbłędny instynkt, podszyty wyrachowaniem. Doskonale czytał przeciwnika i bezwzględnie punktował jego błędy. Ramirez dla odmiany była chaosem i żywiołem. Ona nie planowała kolejnego uderzenia, ale i nie kierowała się instynktem. Puszczała zaklęcia całymi seriami, przy czym nie było w tym większego sensu, ani myśli przewodniej. Zwyczajnie, znała prawdopodobnie więcej zaklęć niż cały Departament Przestrzegania Prawa i Komisja do Spraw Eksperymentalnych Zaklęć razem wzięte i nie wahała się zastosować żadnego z nich, choćby nie wiedzieć jak bardzo bezsensowne się wydawało. Zaskoczony stadem pędzących w niego kanarków przeciwnik mógł popełnić błąd, ba, musiał popełnić błąd.

Oboje, mimo tak skrajnie odmiennego podejścia do walki, mieli wspólną cechę. Żadnemu z nich, do głowy by nie przyszło użycie zaklęcia blokującego. „Jeśli coś w ciebie leci, uchyl się i atakuj.” Oboje też lubili widowiskowość, więc postronni obserwatorzy mogli podziwiać feerię barw, niczym przy powitaniu chińskiego nowego roku.

Od pewnego czasu pojedynek jakby jednak spowolnił. Harry rozproszył odrobinę swoją uwagę, by obserwować kątem oka testy okresowe pewnej rudowłosej osóbki. Na wszelki wypadek, gdyby Urquhartowi przyszło do głowy ich sprawdzać, nie przerwał jednak pojedynku.

Ramirez nie starała się wykorzystać chwilowej przewagi. Od czasu akcji w Hogsmeade, również zaczęła z zainteresowaniem obserwować Ginny, która zdawała się być jedną z najpotężniejszych czarownic jej pokolenia, a na pewno jedną z najzdolniejszych kadetek. Może nawet zdolniejszą od Harrego.

Dziewczyna przechodziła przez kolejne testy niczym burza. Właśnie opuściła strzelnicę, zdobywając maksymalną liczbę punktów i szykowała się do przejścia spaceru aurora. Eryk Pills, jak zwykle z podkładką w ręku i różdżką w zębach, mamrotał ostatnie instrukcje, nim za Ginny zamknęły się drzwi. Harry ponownie w pełni skupił się na pojedynku z Elleną. Miał całe trzydzieści sekund do wyjścia Ginny ze spaceru aurora, choć ostatnio przeszła go w siedemnaście sekund.

Ramirez proponowała mu pojedynek do pierwszej krwi, kiedy tutaj szli. Pojedynkowali się dobrze ponad godzinę, a żadne z nich nie uroniło jeszcze kropli krwi, co dopiero mówić o ostatniej kropli, którą proponował on. Może należy trochę podkręcić tempo pomyślał, zakreślając różdżką kilka niezwykle szybkich łuków, od których powietrze między nimi zafalowało. Latynoska odpowiedziała mu kilkoma zaklęciami, których absolutnie nie znał i kiedy już miał wysadzić przed nią kawałek maty, zobaczył jak Pills idzie w stronę drzwi wyjściowych z sali spaceru aurora. „Szybko”, pomyślał, z drugiej strony jednak, w pojedynku czas płynie inaczej. Ta chwila nieuwagi kosztowała go piekący ból, kiedy gorący grot z różdżki Ramirez rozciął mu policzek. Na matę bryzgnęła mała fontanna krwi, z rozszarpanych naczyń krwionośnych.

- Pierwsza krew moja! – wykrzyknęła uradowana. Nie widziała co zdekoncentrowało Harrego, mając Pillsa za swoimi plecami.

- Ostatnia będzie należeć do mnie. – Harry zaśmiał się gardłowo, puszczając w nią krótką serię zaklęć. Właśnie skandował w myślach Expulso! Kiedy zobaczył Pillsa wynoszącego z sali spaceru aurora szmacianą lalkę, o miedzianych włosach. Tym razem, chwila dekoncentracji kosztowała pierwszą krew Ramirez, kiedy to wraz z głośnym – Nie! – Harremu wyrwało się odrobinę więcej mocy aniżeli planował. Ramirez uniosła się o dwie stopy w powietrze i pofrunęła przez salę, podczas gdy Harry biegł już w stronę Pillsa.

- Ginny! – wykrzyknął, kiedy znalazł się tuż obok nich.

- Har…. – Pills podniósł głowę znad złożonej na ziemi Ginny, głos mu zamarł. – Ja naprawdę nie wiem.

- To twoja wina! – Harry ryknął, klęcząc przy głowie swojej narzeczonej. – Ginny, Ginny, Ginny – powtarzał, głaszcząc ją po głowie. – To tylko twoja wina! – ponownie ryknął na Pillsa. – Trzymaj się z dala od niej! – Porwał Ginny w ramiona, kiedy tylko Pills zaczął się nad nią pochylać.

- Pozwól mi ją ustabilizować, nim przybędą magomedycy.

- Nie dotykaj! – Poderwał się z Ginny w ramionach i ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi AOS’u

- Harry! – Ramirez pozbierała się i dopadła do nich w poszarpanych na przedzie szatach. – Pomogę ci.

- Zostaw – warknął, kopniakiem otwierając sobie drzwi. – Powiadom Artura i Rona, jeśli już jest w biurze, ale przede wszystkim Artura. Ja lecę do Munga. No, idź! – krzyknął, znikając w mrocznym korytarzu.

- Ja… – Pills odezwał się, ale zamilkł, widząc, że Ramirez też jest przeciwko niemu.

- Gdzie oni są? – Harry mamrotał, niosąc Ginny mrocznym korytarzem. – Medyk! Trzymaj się kochanie, wytrzymaj. Medyk! – Z głębi korytarza dobiegły go wreszcie kroki.

- Już jestem. – Podbiegł do nich słusznych rozmiarów mężczyzna po czterdziestce. – Jadłem obiad.

- Byś się udławił.

- Już powiadomiłem Munga, nasz zespół medyczny już na nią czeka. Szybciej. – Teraz to on ponaglał Harrego, który biegł bocznym korytarzem do sali deportacyjnej.

- Zostań ze mną, proszę zostań ze mną… – powtarzał w biegu, delikatnie głaszcząc ją po policzku, jakby te słowa, jakby ten dotyk mogły faktycznie coś zdziałać. Wierzył, że mogą i wiedział jednocześnie, że oszukuje sam siebie.

Kiedy wpadli do sali deportacyjnej, medyk złapał Harrego za ramię i deportował całą trójkę do Izby Przyjęć Szpitala św. Munga. Nie była to jednak ta Izba Przyjęć, którą Harry znał ze swych dotychczasowych wizyt. Był to Szpitalny Oddział Ratunkowy, a tak przynajmniej głosił wielki biały napis na jeszcze większym, czerwonym tle.

- Proszę położyć ją na noszach! – krzyknęła jedna z pielęgniarek. Inna przyłożyła do głowy Ginny jakiś skaner. Jeszcze inna zaczęła przesuwać kolejnym skanerem po całym ciele. Nim jeszcze Harry złożył Ginny na noszach, a trwało to zaledwie kilka sekund, mężczyzna w białym kitlu wbił jej w rękę dwie igły z podłączonymi do nich rurkami. Przez jedną z rurek natychmiast zaczęła płynąć przeźroczysta ciecz. Kiedy tylko skończył podłączać rurki, mężczyzna zapalił swoją różdżkę i zaczął świecić nią Ginny w oczy, podnosząc każdą z powiek po kilka razy. Pstrykał palcami przy uszach i ostukiwał różdżką palce dłoni.

- Tętno! – W drzwiach pojawił się medyk, którego Harry doskonale znał z łatania zarówno jego jak i jego kolegów po nieszczęsnej akcji w Boże Narodzenie, ale i składania więźniów, których Ginny nieźle poharatała w Hogsmeade.

- Siedemdziesiąt pięć na pięćdziesiąt – Odpowiedziała pielęgniarka, ta która wodziła skanerem po ciele. Harry nie znał się może na medycynie, ale wiedział, że to o wiele za mało.

- Źrenice niemal nie reagują, brak reakcji na bodźce dotykowe.

- Wzrost, waga wiek. – To pytanie było do ich medyka departamentowego, który miał obowiązek znać dane wszystkich pracowników patrolu i biura aurorów.

- Sto sześćdziesiąt pięć, pięćdziesiąt dwa, osiemnaście i dwa miesiące. – Wyrecytował Harry.

- Na salę. Trzysta jednostek. – Z drugiej rurki, zaczęła płynąć ciecz barwy rubinu. Lekarz puścił się niemal biegiem, a reszta zespołu, prowadząc lewitujące nosze pobiegła za nim. Harry biegł przy nogach noszy. – Panie Leviatan. – Biegnący na przedzie lekarz, rzucił do magomedyka departamentu – Proszę powiadomić jej rodzinę.

- Powiadomiona. – Harry ponownie odpowiedział za Leviatana.

- Zostaje pan tutaj. – Lekarz rzucił do Harrego, kiedy dobiegali do drzwi oddziału wewnętrznego, przeznaczonego dla pracowników departamentu. Przez cały ten czas był opanowany i rzeczowy. Co niesamowicie kontrastowało z wzburzeniem Harrego. – Dalej może tylko rodzina. – Sanitariusz zagrodził mu drogę.

- Jestem mężem. Spadaj. – Harry nie wiedział skąd w ogóle przyszło mu to do głowy. Sanitariusz najwyraźniej jednak uwierzył, albo chciał uwierzyć, bo Harry mógł pójść dalej, aż do drzwi sali operacyjnej. Tutaj już kategorycznie zabroniono mu wstępu.

Chodził po niewielkim korytarzyku o ścianach w kolorze mętnej lawendy, wyposażonym jedynie w kilka plastikowych krzesełek. Nie mógł znaleźć dla siebie miejsca w tej przestrzeni, ale nie mógł jej też opuścić. Trzymała go tutaj potężna siła, siła potężniejsza aniżeli grawitacja, siła, która leżała teraz w tamtej sali i być może walczyła o życie. Jeśli można by wydeptać dziurę w podłodze, zapewne by to zrobił. Chodzenie pomagało. Pomagało, bo człowiek skupiał się nie na tym, co dzieje się za opatrzonymi czerwoną lampą drzwiami, tylko bólu swoich stóp i tym, by nie upaść, by zachować równowagę.

Drzwi otworzyły się z hukiem, ale nie były to te drzwi, na otwarcie których czekał. Otworzyły się drzwi od świata zewnętrznego, który go nic a nic nie obchodził. Chodził więc dalej, czekając, aż zgaśnie czerwona lampa i ktoś powie mu co z Ginny, co z całym jego światem. Wydawało mu się, że ktoś tam jest, że ktoś do niego mówi, wydawało mu się, że ktoś potrząsa go za ramię. Poczuł piekący ból w policzku, kiedy ktoś przyłożył mu z liścia. Złapał za podniesioną do ponownego uderzenia dłoń i już po chwili przygniatał przeciwnika kolanem do ziemi.

- Ron? – Patrzył na twarz przyjaciela.

- No, nareszcie wróciłeś. Co z nią? – Wciąż przygnieciony do ziemi rudzielec wskazał na drzwi i Harry natychmiast zapomniał o jego obecności, skupiając się ponownie na zamkniętym za drzwiami sali operacyjnej, jego świecie. – Harry! Co z nią? – Ron szarpnął nim i usadził na krześle. – Co z Ginny?

- Ramirez was powiadomiła? – Harry spytał półprzytomnie.

- Ojca, a ojciec nas. Jego nie wpuszczą na oddział. Tym bardziej matki. Nie bez zgody Roy’a. Co z Ginny? Gadaj wreszcie. – Harry spojrzał na drzwi sali operacyjnej. – Sam nie wiesz, co? To mów dokładnie, co się stało.

- Pills… spacer aurora… – Harry pokręcił głową.

- Coś poszło nie tak? Nie poradziła sobie? – Harry pokręcił w odpowiedzi głową. – Coś na nią spadło, uderzyło ją? – Harry znowu pokręcił głową.

- Nie wiem. Coś poszło strasznie nie tak. Straciła masę krwi. Jej serce… jej serce ledwie biło, jak, jak tutaj wylądowaliśmy. Nie reagowała na nic. Jeśli… – Nie mógł nawet dokończyć formułować tej myśli. – Zabiję – wyszeptał.

- Merlinie. – Teraz również Ron szeptał. – A od kiedy tam ją zabrali? – Harry zaprzeczył powoli.

- Harry. Muszę przekazać to wszystko rodzicom. – Powiedział, wstając. – Ale ja tutaj wrócę.

- Mama wie? – Harry spytał, właśnie sobie uświadamiając, jak związana z córką jest pani Weasley i ile już wycierpiała przez jej wybory w tym roku.

- Tata powiedział jej tylko, że Ginny miała wypadek. Mi powiedział… Ramirez przekazała mu, że Ginny oberwała na testach i… że zabrałeś ją nieprzytomną do Munga.

- Nie mówcie mamie. Powiedzcie jej, że Ginny jest nieprzytomna, ale nie mówcie jej… nie musi znać szczegółów. Wyślę wiadomość, gdy tylko coś się zmieni. – Ron tylko skinął głową i wypadł z korytarzyka, wprost w objęcia świata zewnętrznego, tego, który już dla Harrego nie istniał.

Nie wiedział ile siedział na tym plastikowym krzesełku, na którym usadził go Ron. Nie patrzył na zegarek, ale mogły to być równie dobrze minuty jak i godziny. Z jednej strony. Ron nie wrócił. Więc chyba nie minęło aż tak wiele czasu. Z drugiej zaś wydawało mu się, że minęła cała wieczność.

Nagle coś się zmieniło. Od razu dostrzegł zmianę, choć nie od razu ją zrozumiał. Spojrzał na drzwi sali operacyjnej i długo skupiał uwagę nim zrozumiał, że czerwone światło przestało się wreszcie palić. Poderwał się z miejsca, a w sekundę później w drzwiach pojawiła się jedna z pielęgniarek. Jedna z pielęgniarek, nie lekarz. Nie wiedział czy to dobry znak, czy może zły, że nie wychodzi do niego lekarz. Drzwi za nią zamknęły się, nim zdołał dokładnie zobaczyć co się działo w salce. Jakieś lampy, jakieś narzędzia, białe prześcieradła. Kilka uwijających się osób.

- Panie Potter? – Pielęgniarka odezwała się delikatnie. Harry skupił na niej swój wzrok.

- Pańska żona trafiła do nas w bardzo złym stanie. Straciła ogromne ilości krwi, nie reagowała na większość impulsów. Długo walczyliśmy by ją ustabilizować, nim w ogóle mogliśmy zająć się naprawianiem szkód.

- Gdzie jest lekarz? – Harry spytał ostro, czując jak z każdym kolejnym jej zdaniem magia zaczyna w nim niebezpiecznie pulsować.

- Doktor Proctor nadzoruje przeniesienie pańskiej żony do sali zamkniętej.

- Chcę… Mogę ją zobaczyć? – Zreflektował się w ostatniej chwili. Czuł, że powoli zaczyna z niego schodzić ciśnienie.

- Pan doktor przyjdzie po pana, gdy tylko żona zostanie już zainstalowana w sali i wszystko panu wyjaśni.

- Zainstalowana. – Harry powtórzył bezgłośnie. Strasznie nie podobało mu się to słowo. – Czy z nią wszystko będzie w porządku?

- Doktor wszystko panu wyjaśni. – Powtórzyła. – Czy mogę pana zostawić samego? Zaczeka pan na doktora? – Harry kiwnął głową. Oczywiście, że zaczeka. Gdzie niby miałby pójść.

Pielęgniarka zniknęła za tymi samymi drzwiami, którymi wyszedł wcześniej Ron, wcześniej… Kiedy to było? Harry po raz pierwszy spojrzał na zegarek i pomyślał, że coś mu się przewidziało. Postukał w szkiełko, potrząsnął ręką i raz jeszcze postukał w szkiełko.

- Jest jedenasta wieczór, panie Potter. – Lekarz stał w bocznych drzwiach korytarza. – Zakładam, że pański zegarek jednak dobrze działa. Zapraszam. – Wskazał Harremu drzwi, w których stał.

- Osiem godzin? – Harry spytał, wstając z krzesła.

- Siedem, mniej więcej. – Proctor poprawił go. – Takie rzeczy trwają, panie Potter. Podał Harremu rękę. – Cieszę się, że choć raz to nie pana muszę łatać.

- Wolałbym być na jej miejscu.

- Wierzę, ale na szczęście pan nie jest. – Harry spojrzał na niego wściekłym wzrokiem. – Pan był poharatany już tyle razy, że mogłoby się to skończyć o wiele gorzej.

- Co to znaczy, o wiele gorzej? Jak ona się czuje, doktorze? – Harry spytał, kiedy z bocznego korytarza wychodzili na oddział wewnętrzny ministerstwa.

- Nie jest pan mężem, prawda? – Proctor jednak nie dał się nabrać. Harry milczał, wytrzymując jego spojrzenie. – Więc nie powinienem panu tego mówić. – Stali przy ścianie opatrzonej szeregiem luster, obok zamkniętych drzwi.

- Nie przyprowadził mnie pan tutaj, żeby mi tego nie powiedzieć, doktorze. Większość jej rodziny nie może wejść na ten oddział. Ci nieliczni, którzy mogą, są w tej chwili na służbie i chronią bezpieczeństwo jej, pana, pańskiej rodziny, więc niech pan wreszcie mówi. Czy z Ginny będzie w porządku?

- Jak się pan miewa? – Proctor wskazał na brzuch Harrego, który łatał w poprzednie Boże Narodzenie.

- Ogólnie dobrze, tylko czasami trochę rwie.

- A zrobi pan skłon do ziemi?

- Nie. – Harry przyznał lekko zawstydzony. – Nie mogę.

- Ano właśnie. A przecież mówiłem, że nie ma medycznych podstaw. – Proctor uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Panna Weasley dotarła do nas w strasznym stanie. Mniejsza o to, co się tam stało. Więcej czasu zajęło nam ustabilizowanie jej, niż naprawianie obrażeń. Panna Weasley straciła mnóstwo krwi. Jako lekarz nie mogę mówić o cudach, ale nie sądziłem, że można przeżyć taką utratę. Podaliśmy serum odbudowujące krew, ale to było zbyt mało. Panna Weasley przeszła zwykłą, mugolską transfuzję.

Zaprosił Harrego do pomieszczenia ukrytego za ścianą luster. Była to niewielka, jednoosobowa sala, jedna z tych, przeznaczonych dla aurorów i oficerów patrolu. Niemal pozbawione mebli pomieszczenie zajmowała w większości mrugająca i pikająca aparatura, otaczająca duże łóżko, na którym spoczywała, blada jak śmierć, Ginny. Do jej ciała podłączone było całe mrowie dziwnie mugolskich czujników, prostymi kabelkami łączących się z stojącym na stojaku urządzeniem i kilkoma monitorami. Harry od razu przypomniał sobie komputer Dudley’a, tyle że ten był o wiele okazalszy. Z umieszczonych na wysokich stojakach woreczków nieustannie kapały cztery płyny, każdy w innym kolorze, spływając długimi wężykami łączyły się z krwią krążącą w żyłach Ginny. Na jej twarzy spoczywała półprzeźroczysta bańka, doprowadzająca tlen z pobliskiej butli z wielkim miechem w środku.

- Oddycha. Wprowadziliśmy pannę Weasley w śpiączkę farmakologiczną. Ta pompa ma tylko ją wspomagać. – Proctor odpowiedział na pytanie, którego Harry nie zadał. – Organizm szybciej się w ten sposób odbuduje. Kiedy parametry się ustabilizują – wskazał na monitory – wybudzimy pannę Weasley.

- Ile to potrwa?

- Naprawiliśmy wszystkie uszkodzenia ciała. Tak jak u pana. Ale również umysł musi się wyleczyć. Musi chcieć się obudzić.

- Ile?

- Dzień, tydzień, miesiąc, może więcej. W tej chwili to zgadywanka, panie Potter. – Harry pokiwał głową. – Musimy się oczywiście liczyć z tym, że parametry się nie poprawią. – Wzrok, którym Harry spojrzał teraz na lekarza, wyrażał milion uczuć naraz. – Panna Weasley ma silny organizm, skoro przeżyła taki wypadek. Nie znaczy to jednak, że organizm nie powie na którymś etapie „dość”.

- Czy ona nas słyszy? – Wolał nie rozważać ostatnich słów lekarza. Nie dopuszczać ich do świadomości.

- Nie. – Proctor powiedział z pełnym przekonaniem. – Panie Potter. Myślę, że powinien pan już iść. Jej rodzina na pewno czeka na wiadomość od pana.

- Zostanę przy niej. – Harry odparł stanowczo, wyczarowując sobie mały stołeczek.

- To nie ma sensu. Niech pan idzie do domu.

- Ta dyskusja nie ma sensu. – Harry mruknął, siadając na stołeczku, przy łóżku Ginny.

- Wie pan, że mogę kazać pana wyrzucić? – Proctor spytał, idąc jednak do wyjścia z sali.

- Jeśli chce pan mieć kolejnych pacjentów. – Harry wyszeptał, wpatrując się w nieruchomą Ginny. Jej pierś podnosiła się i opadała delikatnie.

- Niech pan powiadomi jej rodzinę. W razie potrzeby, zjawię się. Za ścianą – wskazał na ścianę wyposażoną w lustra, zapewne również weneckie – będzie ktoś cały czas czuwał. Dobranoc.

- Dobranoc. Dziękuję. – Harry szepnął, wyjmując różdżkę. – „Expecto Patronum” – szepnął, przypominając sobie moment, w którym Ginny przyjęła jego oświadczyny. Obok niego stanął dostojny jeleń, pochylając swój łeb. – Ron. Ginny jest po operacji. Leży już w sali i.. – Popatrzył na wskaźnik, który pikał, wskazując teraz osiemdziesiąt dwa na sześćdziesiąt siedem. – … jest stabilna. Przez kilka dni będzie spała, więc mama nie musi się spieszyć z odwiedzinami. Zostanę tutaj, aż się obudzi. – Pogłaskał jelenia po łbie, a ten wyskoczył przez okno, mknąc do Rona. Zazwyczaj do wysłania mówiącego patronusa wystarczą myśli, on miał jednak w głowie taki mętlik, że wolał wszystkie słowa wypowiedzieć jasno i wyraźnie.

Delikatnie ujął jej dłoń w swą dłoń, była tak strasznie zimna. Delikatnie pogładził ją kciukiem, po długich delikatnych palcach i objął oboma dłońmi, by ogrzać choć odrobinę. Zamarł w tej pozycji, patrząc na jej spokojną twarz.

- Kocham cię. Słyszysz? Kocham cię, moja wiedźmo i nawet nie myśl o nieobudzeniu się. – Delikatnie ścisnął jej dłoń. Omal nie prychnął śmiechem, kiedy przypomniał sobie, jak to on leżał w skrzydle szpitalnym w Hogwarcie, a Ginny przyniosła mu śpiewającą kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia. Potem przelatywały mu jeszcze przed oczami wszystkie inne wizyty w szpitalu, choć żadna nie była aż tak poważna, jak ta. Z zamyślenia wyrwał go nagły szmer przy łóżku. Różdżka sama wskoczyła do ręki, by ochronić ich od nagłego zagrożenia.

- Dzień dobry, panie Potter. – Uśmiechnęła się pielęgniarka, nic sobie nie robiąc z wycelowanej różdżki. – Przyszłam sprawdzić jak się miewa panna Weasley. Mogę?

- T.. Tak. Oczywiście. – Harry wymamrotał lekko speszony. W pomieszczeniu było dziwnie jasno. Za oknem panowała już Londyńska szarówka. Wstawał nowy dzień. – Usnąłem?

- Tylko na chwilę. – Pielęgniarka naniosła jakieś zmiany na kartę chorobową Ginny. – Należało się panu. Sen dobrze panu zrobił, tak jak i pannie Weasley. – Wskazała na ekran, na którym widniała krzepiąca wartość dziewięćdziesiąt na osiemdziesiąt. – Niech pan pójdzie coś zjeść.

- Zostanę, dziękuję.

- Musi pan jeść, bo będziemy musieli żywić pana, jak pannę Weasley. To nie jest smaczne śniadanie. – Wskazała na worek z przeźroczystym płynem, spływającym powoli do krwiobiegu Ginny.

- Dam sobie radę. Dziękuję.

- Jeśli panna Weasley, albo pan będziecie nas potrzebować. Tutaj jest cichy alarm. – Wskazała na duży czerwony guzik przy łóżku. Oczywiście, cały czas jesteśmy za ścianą. Aha i panie Potter, jest mi pan winny przeprosiny.

- Ja?

- To niegrzecznie z pana strony, tak kłamać, że jest pan mężem.

- Ważne, że zadziałało. – Harry nie uśmiechnął się. Gdyby musiał, skłamałby raz jeszcze, byle tylko nie zostawiać Ginny samej.

Mimo krzepiącej poprawy zdrowia u Ginny, Harry wiedział, że czeka go bardzo ciężki dzień. Po służbie zapewne przyleci do niego Ron, później rodzice Ginny, gdy tylko otrzymają pozwolenie od Roy’a. Może Hermiona, albo Bill i Fleur, skoro u nich teraz mieszkała i wszystkim im będzie musiał powtarzać, co powiedział mu doktor Proctor i pielęgniarka.

Spodziewając się ciężkiego dnia, nie mógł jednak nawet przypuszczać, kto postanowi zrujnować mu resztki dobrego nastroju już z samego rana.

Usłyszał delikatne pukanie, do uchylonych drzwi sali. W progu stał nie kto inny jak Eryk Pills.

- Mogę wejść? – spytał delikatnie.

- Sala jest tylko dla rodziny i przyjaciół. – Harremu nie chciało się nawet na niego patrzeć.

- To możesz wyjść do mnie? Chcę porozmawiać.

- Nie ruszę się od niej. Możesz mówić stamtąd.

- Jak ona się czuje?

- A jak wygląda? – Pytanie przesycone było jadem i ironią.

- Kiepsko. – Eryk przyznał z żalem.

- No to czuje się gorzej, ale i tak o niebo lepiej niż wczoraj. Bo wczoraj była sekundy od śmierci, kiedy ją tutaj przyniosłem. Sekundy.

- Przykro mi.

- Tylko po to tutaj przyszedłeś, bo ci przykro, czy może powiesz mi, czemu Ginny tutaj leży? – Ani na chwilę nie spojrzał na trenera.

- To moja wina. To wszystko moja wina. – Pills przyznał smutno. – Musiała mi drgnąć różdżka, czy coś, jak ustawiałem poziom i dostała taki, jakby miała walczyć cała Grupa Uderzeniowa. – „Dwudziestu czterech chłopa”. Harry dopowiedział sobie w myślach. – Naprawdę nie wiem, jak to się mogło stać.

- Wyjdź. – Harry powiedział cicho. – Wyjdź stąd natychmiast i nie zatrzymuj się póki… nie zatrzymuj się przez bardzo długi czas.

- Harry. Jest mi naprawdę przykro.

- Chyba nie zrozumiałeś. – Harry ponownie czuł, jak rośnie w nim gniew, a wraz z gniewem rośnie w nim magia. – Wyjdź stąd natychmiast, albo zamiast takiego łóżka, będziesz potrzebował sosnowej skrzynki. – Tym razem Pills wycofał się już bez dyskusji. Czuł się podle i nie miał Harremu za złe jego reakcji. Sam zareagowałby zapewne w podobny sposób. Co się zaś tyczy Harrego, jedynie skupianie całej swej uwagi na Ginny powstrzymywało w ryzach wściekłość, jaka płonęła w nim piekielną pożogą i domagała się uwolnienia, wyzwolenia ze słabnących okowów jego woli.

Siedział przy jej nieruchomym ciele, wsłuchując się w równomierne pikania aparatury i przeżywał właśnie drugi, najgorszy dzień w swym życiu. Ten najgorszy przeżył ledwie kilka godzin wcześniej.

Za oknem oddziału zamkniętego Szpitala Świętego Munga robiło się coraz jaśniej i gdyby tylko ktoś otworzył okno, zaraz wdarłby się do środka gwar budzącego się ze snu Londynu. Ale nikt nie otwierał okna i nikt nie zakłócał nagłym gwarem, przerywanej jedynie cichymi piknięciami aparatury magomedycznej, ciszy małej, szpitalnej salki. Gdzieś po korytarzu przemykały się pielęgniarki, za oknami, które z zewnątrz zdawały się być lustrami widać było ludzi przychodzących pod drzwi oddziału i spod nich odchodzących. Tych, którzy rozmawiali ze swoimi bliskimi, siedząc na niewielkich ławeczkach i tych, którzy czekali na bliskich, którzy się nie pojawiali. Te wszystkie obrazy przepływały gdzieś wokół, nie docierając do jaźni Harrego. Były tak nieistotne, jak tylko nieistotny może być śnieg, który dawno już stopniał i spieniony bałwan morski, który rozbił się o skalisty brzeg tysiące mil od tego miejsca. Cały świat Harrego spoczywał teraz przed nim. Jedyna siła, jaka trzymała go na tym świecie, jaka go napędzała, jego powietrze, jego osobisty narkotyk, to wszystko było teraz na wyciągnięcie ręki, a jednak tak odległe.

- Nie widziałem cię już od miesiąca. I nic. Jestem może bledszy, trochę śpiący, trochę bardziej milczący, lecz widać można żyć bez powietrza. – wymruczał dawno zapomniany wiersz, który właśnie do niego wrócił.

- Co ty chrzanisz? – Usłyszał głos od drzwi. Głos który dobrze znał. – Co z Ginny?

- Lepiej. Wyjdzie z tego. – Harry powiedział cicho.

- Próbujesz oszukać siebie, czy mnie? – Ron podszedł bliżej. Jego głos pełen był niepokoju.

- Wyjdzie z tego. – Tym razem w głosie Harrego było więcej przekonania. – Pielęgniarka powiedziała, że z nią lepiej. O wiele lepiej niż wczoraj. – Nie widział cienia zgrozy, który przemknął po twarzy Rona, kiedy przypomniał sobie wczorajsze oczekiwanie przed salą operacyjną.

- Naprawdę z tego wyjdzie. – Tym razem to Ron chciał przekonać siebie.

Harry ujął jej delikatną dłoń, spoczywającą na pościeli i pogładził ją czułym ruchem. W pewnej chwili poczuł delikatne ukłucie. Na jej palcu wciąż spoczywał pierścionek zaręczynowy, który przywiózł z Chin.

- Wyjdzie z tego. Jest jak smok. Takie coś jej nie pokona. – Uśmiechnął się delikatnie. Sam nie mógł się nadziwić, z jaką łatwością przyszedł mu ten uśmiech.

- To dobrze. To cholernie dobrze. – Po policzkach Rona pociekły łzy. – Całą noc tak się bałem, drżałem, że za chwilę przyślesz wiadomość, że… że będę musiał powiedzieć… – Ramiona mu drżały wstrząsane nagłymi napadami szlochu.

- Co powiedzieliście mamie, Ron? Myślałem, że to ona pojawi się tutaj pierwsza.

- Nic nie powiedziałem. – Ron wydusił, powoli się uspokajając. – Jak wczoraj stąd wyszedłem, to wysłałem do ojca patronusa, że Ginny miała wypadek, ale nic jej nie będzie i że teraz śpi i że rano tu przyjdę i dowiem się, kiedy można ją odwiedzić. – Wszystko to wyrzucił z siebie na jednym wydechu, jakby bojąc się, że może więcej nie zdobyć się na taki wysiłek.

- Czemu? – Harry wpatrywał się w swoją narzeczoną.

- Co „czemu”?

- Czemu wysłałeś patronusa?

- A jak miałem stanąć przed nią i kłamać jej w żywe oczy? Ledwie by na mnie spojrzała, wiedziałaby prawdę. – Harry musiał przyznać Ronowi rację, ale nie przyznał.

- Teraz powiedz mamie prawdę i powiedz, że Ginny będzie cała i że lekarze obudzą ją najwcześniej jutro. – Zrobił krótką pauzę. – Mama musi znać prawdę… – Dodał jakby do siebie.

- Zostaniesz z nią? – Ron spytał, zbierając się do wyjścia, choć chciałby zostać tutaj o wiele, wiele dłużej.

- Na zawsze. – Harry pogładził śpiącego na palcu smoka. – Hermiona wie? – Spytał nagle, jakby coś sobie przypomniał.

- Nie. Nocowała u swoich rodziców. Powiem jej dzisiaj, jak tylko… Jeśli przeżyję spotkanie z mamą. Trzymajcie się, Harry. Trzymajcie się. – Wycofał się powoli do drzwi.

- Mam prośbę. – Harry wypowiedział wreszcie to, co wypowiedzieć chciał.

- Cokolwiek, stary.

- Ja tu zostanę. Ale tam, w domu czekają na mnie… Ktoś musi się nimi zająć, nim nie wrócimy do domu. – Nie wyobrażał sobie innego powrotu do domu, niż tylko z Ginny u boku. – Mógłbyś… moglibyście się nimi zaopiekować? Łapa potrzebuje spacerów, więc może niech Hagrid się nim zaopiekuje, jak ostatnio, a Hektor… Może Hermiona by mogła. Wiem, że w tej sytuacji to nie na miejscu, ale…

- Ale jesteś za nich odpowiedzialny. – Ron dokończył za niego. – Nic się nie bój. Będzie dobrze. – Będzie dobrze. Musi być dobrze. Inaczej być nie może. Oczywiście, że będzie dobrze. Nie po to tyle przeszedł przez ostatnie lata, żeby teraz było źle, żeby coś ich rozdzieliło. Nawet sobie tego nie wyobrażał. – Chcesz żebym przyszedł z mamą, czy dasz sobie radę? – To pytanie miało być chyba próbą żartu, ale pozostało bez odpowiedzi, bo dla Harrego znowu istniała tylko Ginny.

Pik, pik, pik, pik, płyną sekundy ich życia. Pik, pik, pik, pik, piekielny zegar odmierza ich czas. Pik, pik, pik, pik, Czy taki dźwięk ma mieć ich życie… Aparatura dzwoniła, piszczała, szumiała, buczała. Mrugała dziesiątkami światełek i wykresów. Wokół unosił się zapach leków, bandaży i czegoś niezidentyfikowanego, co poczuć można było jedynie w szpitalu, nieważne czy był to szpital mugolski czy magiczny. Zapach przytłaczał.

Obrazy z zewnętrznego świata mogły nie wywierać na nim wrażenia, jakkolwiek jednak nie skupiałby się na jej twarzy, wciąż widział co dzieje się wokół. W końcu, do jego jaźni dotarła jedna scena. Pulchna kobieta gestykulująca obficie i niewątpliwie krzycząca na pielęgniarkę stała przed drzwiami wejściowymi na oddział. Widział ją wyraźnie przez okna sali, w której trwali z Ginny w stanie cichego zawieszenia między koszmarem, a równie straszną rzeczywistością.

Pielęgniarka spokojnie wyjaśniała coś pieklącej się kobiecie, kiwając ze zrozumieniem głową i wykonując gesty aż nadto czytelnie wyrażające bezradność. Kobieta nie potrafiła lub nie chciała jednak zrozumieć racji pielęgniarki. W końcu zrezygnowana pracownica szpitala odwróciła się i szybkim krokiem zniknęła w głębi korytarza, kobieta jednak ani myślała opuścić swój posterunek pod drzwiami wejściowymi na oddział. Krążyła jedynie w tą i z powrotem, przypominając coś pomiędzy tygrysem szablastym a nastroszoną kwoką. Po niespełna minucie w korytarzu pojawił się Proctor i teraz on, w zastępstwie pielęgniarki, tłumaczył coś wzburzonej kobiecie.

- Doktorze. – Harry odezwał się, nie siląc się na podnoszenie głosu. Wiedział, że stojący na korytarzu lekarz i tak go usłyszy. Reakcja była natychmiastowa. Medyk w pół słowa odwrócił się od kobiety, niemal podbiegając do drzwi salki.

- Jakaś zmiana, panie Potter? – spytał, zatrzymując się na sekundę w progu.

- Nie. Bez zmian. – Harry odpowiedział spokojnie, ale lekarz już był przy Ginny, sprawdzając parametry. – Proszę ją wpuścić. – Harry nie oderwał wzroku od leżącej na łóżku dziewczyny.

- Nie ma zgody szefa departamentu, ani ministra, panie Potter.

- Ja też nie mam.

- Sugeruje pan, że mam pana wyrzucić? – Proctor wprowadzał nowe dane na kartę choroby wiszącą przy łóżku Ginny.

- Wie pan, kim jest ta rodzina. Proszę ją wpuścić, a potem załatwimy wszystkie formalności… To jej jedyna córka, doktorze Proctorze.

Lekarz skrzywił się lekko, widać było, że nie w smak mu jest wpuszczanie na oddział kolejnej osoby bez pozwolenia, ale już nie protestował. Kiedy opuścił salę, od razu skierował się do drzwi, by wpuścić panią Weasley. Matka Ginny, nie czekając na wyjaśnienia wbiegła do sali, w której leżała jej córka i stanęła porażona widokiem, którego z całą pewnością się nie spodziewała. Wiedziała już, że Ginny miała poważny wypadek i że jest nieprzytomna, ale to… to przechodziło jej najczarniejsze oczekiwania. Ginny otoczona urządzeniami, opleciona dziesiątkami kabli z maską na twarzy i oddychającym za nią wielkim miechem, wyglądała jednocześnie gorzej i lepiej od Artura, kiedy został pogryziony przez tego okropnego węża Sami-Wiecie-Kogo.

Kilka razy niemo poruszyła ustami, nim zdołała wydusić z nich pierwsze słowa.

- To wszystko, to wszystko, to wszystko…

- Niech się pani nawet nie waży mówić, że to moja wina. Od samego początku sprzeciwiałem się jej pracy w biurze. Sprzeciwiałem się najmocniej, a może nawet jako jedyny. Więc niech pani nawet się nie waży tego mówić. – Wypowiedział grobowym głosem, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Była to chyba najdłuższa wypowiedź Harrego od chwili, gdy siadł przy łóżku Ginny. Może nawet najdłuższa od chwili jej wypadku. To było ledwie wczoraj po południu, a wydawało mu się, że od tej chwili minęły już całe dni, a może i tygodnie lub miesiące.

- O… Oczywiście, że nie. – Powiedziała zszokowana. – Chciałam powiedzieć, że to wszystko jej wina i jej upór. Przecież wiem jak o to walczyliście. Jak ona się czuje?

Harry już nie zareagował na jej wypowiedź. Ponownie odpływając z rzeczywistości do świata gdzie była tylko Ginny. Proctor długo wyjaśniał coś pani Weasley, a ona słuchała go z napięciem na twarzy. Kiedy Harry otrząsnął się ponownie z zamyślenia, za oknem nie świeciło już słońce, co niechybnie oznaczało, że dawno już minęło południe, a na krześle, po przeciwnej stronie łóżka siedziała pani Weasley, w skupieniu obserwując na przemian, swoją córkę i jego.

- Dziękuję, że ją uratowałeś. – Powiedziała cicho. Harry odniósł dziwne wrażenie, że nie były to pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziała tego dnia. Nie pamiętał jednak poprzednich i nie pamiętał, by na nie odpowiadał.

- To lekarze ją uratowali – powiedział cicho. – Ja nie potrafiłem jej nawet ochronić przed tym… – Czół że zawiódł, ale bał się wypowiedzieć to słowo, bał się usłyszeć potwierdzenie z ust Molly.

- Ochroniłeś ją dziesiątki razy, a teraz, gdyby nie ty… Lekarz powiedział, że pięć minut dłużej i… – Oczy zaszły jej łzami. – Nie miałabym córki. – Głos jej się załamał. Harry chciał ją pocieszyć, chciałby się rozpłakać razem z nią, ale nie potrafił. Nie czuł żalu, nie czuł rozpaczy ani cierpienia. Jego wnętrze trawiła pożoga gniewu i nienawiści, pozostawiając jego umysł nieznośnie zimnym, nieznośnie logicznym i nieznośnie łaknącym zemsty. Chciałby się osunąć w rozpacz, ale potrafił jedynie balansować na granicy świata, w którym jest Ginny i świata, który go otacza i boli nieznośnym bólem.

- Pani Weasley – odezwał się po kilku kolejnych minutach milczenia. – Proszę mnie nie zrozumieć źle, ale niech pani sobie już stąd idzie. Ma pani jeszcze pięciu synów, którzy panią potrzebują. Artur nie poradzi sobie bez pani. Dowie się pani pierwsza, jeśli coś się zmieni. – Molly pokiwała głową i powoli wstała do wyjścia.

- Może przyjedziesz na noc do nas, zjesz coś i..

- Wyjdę stąd dopiero z nią.

- Dziękuję. Dziękuję, że zawsze z nią jesteś. – Powiedziała jeszcze, nim przekroczyła próg sali.

Co jakiś czas w sali pojawiała się jedna z pielęgniarek lub lekarz. Zmieniali kroplówki, sprawdzali parametry życiowe Ginny i wychodzili w milczeniu, a Harry trwał na swoim stanowisku niczym wierny owczarek przy boku swego pana, lub strażnik strzegący bramy pałacu Buckingham.

Kiedy wieczorem do szpitala przyszła Hermiona w jej ręku wciąż jeszcze tkwiło pozwolenie podpisane przez Roy’a albo, co bardziej prawdopodobne, Kinga. Hermiona formalistka. Harry był pewien, że chciała wykrzyknąć: „To oburzające!”, ale zobaczywszy Ginny, rzuciła się jedynie Harremu na szyję, mocno go przytulając. Wchodzący za nią Ron miał niezdecydowaną minę, nie wiedząc jak zinterpretować to zachowanie. W końcu zadał Harremu wzrokiem nieme pytanie i otrzymał taką samą odpowiedź. U Ginny wszystko było bez zmian. Hermiona zaczęła wałkować, jak w ogóle mogło do tego dojść, że to nie do pomyślenia i absolutnie niedopuszczalne. Ron jej wtórował, dorzucając co jakiś czas co bardziej siarczyste słowo, dla podkreślenia swego oburzenia. Przypominało to dni spędzone na poszukiwaniu kolejnych Horkruksów, kiedy już udało im się zniszczyć jeden z nich i bez końca zastanawiali się, gdzie są kolejne. Harry nie włączał się w dysputę swoich przyjaciół i dopiero gdy wychodzili zadał ważne dla niego pytanie.

- Ron, co z Łapą i Hektorem?

-A, to, no tak, są nadal w domu. – Harry po raz pierwszy od dłuższego czasu oderwał swe spojrzenie od Ginny i zwrócił je na Rona. Jego oczy nie wyrażały w sobie pytania. Nie wyrażały niczego, ale Ron wiedział. – Jeśli nie miałbyś nic przeciw. To z Hermioną moglibyśmy się nimi zajmować.

- Mogłabym się na jakiś czas do ciebie sprowadzić i nimi zajmować. Wyprowadzać. – Hermiona wpadła Ronowi w słowo. Harry odwrócił się ponownie do Ginny, ale obojgu im wydało się, że delikatnie skinął głową.

Słońce zaszło za zachodnim horyzontem, pogrążając ulice Londynu w ciemnościach, a wraz z ciemnościami na ulicach ciemność owładnęła szpitalem, w którym wygaszono światła na salach i korytarzach i już tylko światełka otaczających Ginny urządzeń i pożoga w sercu Harrego, rozświetlały wszechobecną ciemność.

Kolejny dzień był lepszy i gorszy zarazem. Lepszy, gdyż pojawiający się na porannym obchodzie doktor Proctor stwierdził, że stan Ginny jest już na tyle stabilny, że można odłączyć urządzenie wspomagające oddychanie. Kiedy tylko to zrobił, Harry omal nie krzyknął, widząc jak parametry życiowe Ginny spadają. Proktor zdawał się jednak tym nie przejmować i kiedy Ginny ponownie ustabilizowała się z odrobinę słabszymi wynikami, uśmiechnął się delikatnie.

- Jeśli panna Weasley będzie się tak czuła, to zobaczymy co zrobimy dalej, na razie jestem bardzo zadowolony. – Harry też był zadowolony, że z twarzyczki Ginny zniknęła ta okropna maska i pierwszym co zrobił, gdy tylko zniknął lekarz, było czułe muśnięcie swymi ustami jej ust, kiedy jego dłoń gładziła jej policzek. Wiedział, że zza ściany obserwują to pielęgniarki, ale nic go to nie obchodziło. Był o mały krok bliżej do odzyskania jej. Gdzieś w głębi serca czuł ulgę i radość. Miał poinformować o tym panią Weasley, ale pojawiła się nim zdążył to zrobić.

Oboje byli świadkami, jak w południe, pielęgniarka odłączyła Ginny kroplówkę z niemal czarnym eliksirem o rubinowym poblasku, eliksir usypiający. Od tej chwili któraś z pielęgniarek, lub lekarz, niemal bez przerwy towarzyszyli im, co chwila sprawdzając parametry życiowe Ginny. Harry zaś obserwował ją, czekając najmniejszego drgnienia na twarzy, najdrobniejszego ruchu któregoś z palców, spoczywającej między jego dłońmi, dłoni. Nic takiego nie następowało. Ani po godzinie, ani po dwóch. Ginny nie obudziła się do wieczora, ani też do północy. Harry czekał najmniejszej zmiany, ale kiedy nadszedł poranek, nadal nic się nie wydarzyło.

Trzeciego dnia o poranku ulitowała się nad nim pielęgniarka, choć o litość nikogo nie prosił. Nie spał już kiedy przyszła zmienić Ginny kroplówkę, nie był pewien czy spał choć minutę tej nocy. Jak zwykle siedział wpatrzony w jej nieruchomą twarz, czekając na najmniejszy choćby znak, że wkrótce się przebudzi.

- Proszę. – Usłyszał delikatne stuknięcie o metalowy stolik. Nie odwrócił się. – Musi pan coś zjeść. – Spojrzał na stolik, gdzie spoczywał talerzyk z lichym, szpitalnym śniadaniem, takim jak dostają wszyscy pacjenci i powrócił do obserwowania Ginny. – Niech pan zje, bo położę pana na łóżku i podłączę do kroplówki, Morgana mi świadkiem.

- Wtedy będę jadł to co ona.

- Ale nie będzie pan mógł trzymać jej za rękę. No już. Jemy, panie Potter.

Prócz śniadania, trzeci dzień nie różnił się niczym od drugiego, sprowadzając się do długiego czekania. Taki sam okazał się i dzień czwarty, a potem spędzane przy łóżku godziny zaczęły mknąć tak szybko, że zamieniły się w dni, te zaczynały powoli przechodzić w tygodnie, a ludzie odwiedzający Harrego i Ginny zaczęli zamieniać się powoli w twarze, a twarze w obrazy, które coś do niego mówiły, ale czy to miało jakieś znaczenie? Wyławiał z tego potoku pojedyncze słowa jak: potrzeba, silna, czas, wiara, liczyć, pomogę, przy tobie. To ostatnie go wybudziło.

- Pamiętaj, że jesteśmy przy tobie. – Minister podniósł się powoli, z zajmowanego krzesła.

- Ona nie umarła! – Harry krzyknął po raz pierwszy, od kiedy przekroczył progi szpitala. – Ona żyje i to z nią powinniście być, nie ze mną, King! – Po tym wybuchu, ponownie odpłynął w świat, w którym była tylko twarz Ginny, jej dłoń, z serdecznym palcem, na którym spał chiński smok i przesuwające się wokół obrazy ludzi, którzy przychodzili i odchodzili. Czasem była też ciemność. Krótkie chwile ciemności, gdy zapadał w niespokojną namiastkę snu, zawieszenie w pół drogi od hipnotycznego transu do letargu.

Gdy tylko pojawiał się Proctor, z ust Harrego padało niezmienne pytanie.

- Kiedy ona się obudzi?

- Potrzeba czasu, panie Potter. Musimy czekać.

Pamiętał też, jak raz nie wytrzymał. Było to… właściwie to nie wiedział ile czasu tak naprawdę minęło.

- Kiedy ona się obudzi?
- Musimy czekać. Podstawowym warunkiem jest, żeby chciała się obudzić.

- Ona chce się obudzić! – Harry krzyknął tak, że zadzwoniły szyby. – Ona chce się obudzić, ale nie robicie nic, żeby jej pomóc!

- Panie Potter, zrobiliśmy wszystko co było możliwe. Proszę zobaczyć, z panną Weasley jest już wszystko w porządku, prócz tego, że jej umysł śpi i nie wygląda, by chciał się obudzić. – Wskazał na nowy ekran, który pojawił się kilka dni wcześniej. Kiedy Harry zobaczył go po raz pierwszy, ucieszył się. Oglądał mózg Ginny, a ten świecił odcieniami zieleni. Zieleń zawsze kojarzyła się z czymś dobrym. Dopiero później Proktor wyjaśnił mu, że dla umysłu dobre są odcienie żółci i czerwieni, bo wtedy mózg pracuje. Ekran był jednak zielony i należało się jedynie cieszyć, że nie jest niebieski. Proktor opuścił salę, pozostawiając Harrego w samotności i dziwnym odczuciu, że wściekłość jest powoli przytłaczana w jego sercu nowym uczuciem. Rozpaczą.

Później Harry dowiedział się, że był to siedemnasty dzień, od kiedy Ginny trafiła do szpitala. Siedemnasty dzień, który spędził przy jej łóżku, nigdy nie odchodząc więcej niż na dwie minuty, kiedy naprawdę musiał. Siedemnasty dzień wpatrywania się w jej twarz i wyczekiwania najdrobniejszej zmiany.

- Pamiętasz ten dzień, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy – szeptał da niej, siedząc tak blisko jej twarzy, jak tylko pozwalały na to urządzenia, ani na sekundę nie puszczając jej dłoni. – Na pewno pamiętasz i to lepiej ode mnie. Na dworcu była taka mała osóbka, która strasznie chciała jechać do Hogwartu i pokazywała charakterek, kłócąc się o to z matką. Była tak niecierpliwa, że jeden rok czekania więcej, wydawał jej się nie do zniesienia. A potem ta osóbka usłyszała, że w pociągu jest Harry Potter… Pewnie lepiej ode mnie pamiętasz, jak bardzo chciałaś wejść do tego pociągu. – uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni. – Kiedy skończył się rok szkolny, ta mała osóbka… ty… skakałaś z radości, ale nie dlatego, że widziałaś swoich braci. Wołałaś: „To on, patrz mamo to on.” Tak to było? Teraz ja pamiętam, jak pojawiłem się rok później w Norze. Jak przyleciałem Fordem Anglia i kiedy jedliśmy śniadanie, po schodach zbiegła mała osóbka w koszuli nocnej, pisnęła i uciekła. Pamiętasz to? Ja pamiętam, pamiętam ogromne brązowe oczy, wpatrujące się we mnie, kiedy szedłem z Ronem po schodach. Wpatrujące się tylko po to, by zniknąć, gdy tylko je zauważyłem. A pamiętasz jak wszystko wypadało ci z rąk, kiedy tylko mnie widziałaś i nie potrafiłaś wydusić z siebie słowa? Zadziwiające, że już kilka dni później gotowa byłaś rzucić się na Malfoya, tylko dlatego, że był… Malfoyem – ponownie zachichotał. – To był pierwszy raz gdy się przy mnie odezwałaś… Nawet nie wiesz w jakim byłem wtedy szoku… Zawsze zapominam cię zapytać, czy naprawdę włóczyłaś się po błoniach by mnie zobaczyć, tak jak twierdził Hagrid. – Harry zamyślił się na chwilę a potem znowu uśmiechnął się smutno - „Ma oczy zielone jak pikle z ropuchy. Jego włosy są czarne jak tablica. O, gdyby moim został, bohater mych snów, służyłabym mu jak diablica.” Ale ja wtedy byłem głupi, prawda? I jaki byłem później głupi w czasie Turnieju Trójmagicznego. Zawsze byłaś ode mnie mądrzejsza, prawda? Zawsze wiedziałaś czego chcesz i kiedy wreszcie byłem gotowy, to dokładnie mi to pokazałaś. Wtedy, kiedy zdobyłaś za mnie puchar Quidditcha – Harry zamilkł na chwilę, wsłuchując się w ciche pikanie aparatury, odmierzające uderzenia serca, które tak bardzo kochał. Czy tak miało brzmieć ich życie? – Jakie to zabawne, prawda? Mała osóbka, która bała się odezwać, potem sama zdobyła tego, z kim pragnęła być, którego potrzebowała. Teraz ja ciebie potrzebuję. Teraz ja pragnę być z tobą, jak nigdy wcześniej i nigdy cię nie opuszczać. Tylko obudź się moja śpiąca królewno, bo ja już dłużej bez ciebie nie dam sobie rady. Jesteś mi potrzebna do życia, jak powietrze. Nie da się żyć bez powietrza… – Powoli nachylił się ku jej twarzy, powolnym ruchem odgarnął płomiennorudy kosmyk włosów opadający na twarz i po chwili wahania złożył na jej ustach pocałunek. Delikatny i namiętny zarazem. Serce Ginny nagle przyśpieszyło i zaczęło łomotać, niczym mały koliber, który poczuł w swych skrzydłach wiatr i chce się wyrwać z klatki, która więzi go każdego dnia. Po chwili, sekundzie, może dwóch, koliber zrozumiał, że klatka tak naprawdę nie istnieje, a wolność jest w nim. Koliber zamarł i nastało przeciągłe beeeeeeeeeeep.

 

Inspirowane utworem: Mów Tysiące Razy wyk: Skangur.

 
 

  • RSS