RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

3. Będziemy Mieli Dziecko.

26 wrz

- Cześć – usłyszał nad głową, grzebiąc na dolnych półkach swojego biurka. – Cześć, Harry.

- Cześć – mruknął schylony. Autor przywitania najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi, co nie było wcale takie dziwne wśród kadetów, którzy ubzdurali sobie, że trzeba się zaprzyjaźnić ze starszymi aurorami i Harrym.

- Mam coś dla ciebie – Harry spojrzał pod blatem, buty i nogi stojącego przed biurkiem mężczyzny nie mogły należeć do aurora czy kadeta, chyba że przyszedł bez munduru. Podniósł się wreszcie do pionu i spojrzał z krzesła na stojącego przed nim szczurowatego chłopaka, raczej niewiele starszego od niego. Chłopak uśmiechał się, wpatrując się w Harrego.

- Morąg MacDougal – przedstawił się chłopak. Harry nadal wpatrywał się w niego wyczekująco. Właściwie to taki wstęp nie był czymś niezwykłym, jeśli było się Harrym Potterem. – Byłem na twoim roku w Huffelpuffie. Nie pamiętasz, prawda?

- Niestety nie – Harry postarał się przybrać przepraszający ton. – Podobno coś dla mnie masz? – Spytał myśląc już o powrocie do przeszukiwania swojej szafki.

- Nic nie szkodzi i tak mam. Przyszedł do ciebie list – wyciągnął w jego stronę kopertę ze zwykłego, białego papieru.

- A zamiast sowy przynosisz mi ją ty, bo?

- Bo pracuję w Biurze Współpracy z Mugolami, a to przyszło mugolską pocztą. Podpisz – wystawił przed siebie kartonową podkładkę i pióro. – Dzięki. Do zobaczenia – powiedział, gdy tylko Harry złożył swój podpis i już go nie było.

Harry popatrzył na trzymaną w dłoni mugolską kopertę z naklejonym dziesięciopensowym znaczkiem z wizerunkiem królowej.

 

Sz.P Harry Potter

Brytyjskie Ministerstwo Magii,

Kwatera Główna Aurorów,

Londyn, U.K

 

Pismo było odrobinę koślawe i mało eleganckie, ale nawet gdyby go nie rozpoznał, tylko jeden mugol wiedział, jak adresować listy, by trafiły do niego.

Szybkim ruchem rozerwał kopertę, wyjmując z niej list, napisany tym samym, koślawym pismem, którym zaadresowana była koperta. Wiadomość nie była długa, ale bardzo zaskakująca.

 

Kuzynie.

Dziękuję ci za życzenia, które odesłałeś w ostatnie święta. Były naprawdę miłe. Mam nadzieję, że jesteś zdrów i wszystko ci się ułożyło. Jeśli pracujesz w ministerstwie, to pewnie tak.

Czy zechciałbyś się spotkać i powspominać stare czasy. Byłoby mi bardzo miło jeśli wpadłbyś do mnie w najbliższym czasie. Mieszkam w Bristolu, przy Pretoria Av. 18/243.

Liczę na szybkie spotkanie.

D.D

 

- Co jest, Harry? – Usłyszał głos Urquharta.

- Wyglądasz jakbyś dostał list od ducha – Harry zignorował uwagę Ramirez, mimo że jak rzadko, nie była to złośliwość.

- Kuzyn chce się ze mną spotkać – Spojrzał na swojego szefa. Urquhart, znając już historię rodzinną Harrego, zmrużył oczy.

- Kiedy?

- Liczy na szybkie spotkanie… w najbliższym czasie – Harry zacytował fragment listu. – Sam zobacz – podszedł do biurka Urquharta, by podać mu list. Szef zespołu zagłębił się na chwilę w lekturę, delikatnie ściągając przy tym brwi. – I co myślisz?

- To ty jesteś naszym analitykiem, plus to twój kuzyn – odpowiedział – Może chodzić o magię?

- W wypadku Dursleyów? Weź, nie rób sobie żartów – Harry prychnął, wracając do swojego biurka.

- Poleć tam dzisiaj po pracy.

- Ty mówisz serio, szefie?

- Poleć tam po pracy. Lepiej wiedzieć za dużo niż za mało.

- Ale czemu po pracy – jęknął niezadowolony.

- Bo kobieta i tak w domu na ciebie nie czeka. Pamiętasz? – Oczywiście, że pamiętał. Jak mógłby zapomnieć, że Ginny się wyprowadziła i mieszka w Muszelce. Nawet gdyby jakimś cudem zapomniał, sama by mu przypomniała codziennym fochem (choć zdawało się, że więcej w tym gry). Od jej wyprowadzki mijały już trzy tygodnie i spotykali się przez ten czas właściwie tylko w pracy, jeśli oczywiście nie liczyć tych kilku kolacji „na mieście”, na które się wybrali, zaskakująco dobrze się bawiąc. Ginny nazywała to randkowaniem i mówiła, że od tego powinni byli zacząć swój związek, w pierwszej kolejności. Harry powstrzymał się przed powiedzeniem jej o mugolskiej zasadzie trzeciej randki.

 

Słońce kładło się już nisko ponad horyzontem, przemykający po ulicy ludzie nie mogli się jednak o tym przekonać, kuląc głowy przed lejącymi się z czarnego nieba strumieniami deszczu. Włosy lepiły się nieszczęśnikom do głów, zlepiając w grube stronki. Ubrania nasiąkały i wyciągały się w różnych kierunkach, a w butach chlupotało. Niektórzy posiadali co prawda parasole, deszcz był jednak tak potężny, że pod jego naporem pękały delikatne druciki, które podtrzymywały materiałowe czasze. Wśród tych zmokniętych ludzi przemykała się jeszcze jedna postać. Mężczyzna szedł, niepewnie przyglądając się budynkom, co jakiś czas zwalniał i ponownie przyspieszał, jakby czegoś szukał. Niektórzy z przechodniów obserwowali go i zazdrościli. Mężczyzna miał na sobie długi, skórzany płaszcz, taki, który nie miał szans przemoknąć, jego głowa skryta zaś była pod zaopatrzonym w szerokie rondo kapeluszem, z którego spływały małe strumyki wody. Cały ten strój nadawał mu wygląd przemoczonego kowboja i prawdopodobnie nikt by się nie zdziwił, gdyby mężczyzna rozpiął za chwilę płaszcz, po którym skryte byłyby wysokie buty z ostrogami i pas z koltami. W zaułku zaś mógłby stać jego wierzchowiec i to też nikogo by nie zdziwiło. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę, a potem ruszył szybkim krokiem w kierunku długiego mrówkowca. Niemal wbiegł na trzecie piętro, tonącymi w deszczu schodami i ruszył wąską antresolą wzdłuż prowadzących do niewielkich mieszkań drzwi. Zatrzymał się przed kremowymi drzwiami z markerem wypisanym numerem 243. Zakołatał i czekał. Upłynęła może minuta, a może nie, kiedy drzwi szczęknęły i otworzyły się na oścież.

- Słucham? – Spytała, stojąca w nich, ładna blondynka o smukłej i zgranej figurze… jeśli nie liczyć brzuszka wskazującego na jej zaawansowaną ciążę.

- Dzień dobry. Czy zastałem Dudleya Dursleya? – Spytał uprzejmie.

- A pan to?

- Proszę wybaczyć. Harry Potter. Jestem kuzynem Dudleya – zdjął kapelusz, a kobieta obcięła go wzrokiem od góry do dołu i z powrotem.

- Sparkles! – Usłyszał okrzyk z głębi korytarza. – Nie powinnaś wstawać. Byłem zaraz otworzył. – W ich stronę szedł Dudley i był jakby jeszcze większy niż kiedy Harry widział go ostatnio.

- Byłeś w toalecie. Nie chciałam żeby ktoś czekał – powiedziała z cudownym uśmiechem.

- Jak ktoś ma interes, to poczeka – teraz już stał przy dziewczynie. – Zmykaj się położyć. Jak coś potrzebujesz, to ci przyniosę. Cześć kuzynie! – Wciągnął Harrego do środka, mocno klepiąc po plecach na powitanie. – Opowiadałem ci o moim kuzynie – zwrócił się raz jeszcze do dziewczyny. – Wprowadzę go tylko do salonu i zaraz ci przyniosę, co tylko zechcesz.

- Nie trzeba. Mamy jeszcze fistaszki i truskawki. Dziękuję ci De. – pogładziła się po brzuszku odchodząc, prawdopodobnie do pokoiku.

- Wieszaj te szmaty i właź – Dudley powiedział Harremu, kiedy dziewczyna zniknęła za drzwiami, prowadzącymi zapewne do jej pokoju. – Fajne wdzianko – dodał, widząc mundur, który Harry miał pod płaszczem. – chodź.

Poprowadził Harrego wąskim korytarzykiem z czworgiem drzwi po jednych do kuchni, łazienki, pokoiku w którym zniknęła dziewczyna i saloniku właśnie. Usiedli w dwóch fotelach naprzeciw siebie i zastygli w milczeniu.

- Chcesz się czegoś napić, kuzynie? – Dudley zaczął się podnosić z fotela.

- Nie, nie trzeba – Dudley ponownie zapadł się w swój fotel. Harry rozglądał się po niewielkim pomieszczeniu, zagraconym dwoma fotelami, wąską sofą, stolikiem na kawę, telewizorem i kilkoma kwiatkami. Na ścianach wisiały półki, zastawione różnymi bibelotami, kilkunastoma zdjęciami przedstawiającymi Dudleya, Sparkles, Dudleya i Sparkles oraz ich rodziców. Pomiędzy fotografiami stały przeróżne złote, srebrne i brązowe puchary, medale i tarcze. Tych srebrnych i złotych było najwięcej. – Twoje? – Teraz Harry przerwał milczenie.

- Tak. Boks, Dudley „Wielki De” Dursley. He he – zamarkował serię ciosów i zaśmiał się odrobinę sztucznie. Harry nadal wodził wzrokiem po pokoju, aż natrafił na sporą fotografię, przedstawiającą ubraną w skąpy strój kąpielowy dziewczynę z kartonową tablicą z numerem „5” trzymaną nad głową.

- Sparkles. Tak się poznaliśmy – ponownie zaśmiał się krótko i sztucznie.

- A co u cioci u wuja? – Harry ponownie przerwał ciszę.

- U rodziców w porządku – przyznał. – Znaczy mamy. Tata nie tak bardzo.

- Coś się stało?

- Ci twoi…

- Dedalus i Hestia?

- Widzisz. Tata ciężko przeżył tą… magię – ostatnie słowo wypowiedział niemal szeptem. – Mama dała radę, bo… no bo znała twoją mamę, ale tata – pokręcił głową. – Sam wiesz.

- De. Mów, ja naprawdę nie wiem co się z wami działo, przez ten czas.

- No, ukryli nas w domu. To była fajna chata nawet, tylko telewizora nie było.

- Czary zakłócają elektronikę.

- Tak. Tak nam tłumaczyli. Ale to była fajna chata i kawał ogrodu miała i wielką salę ćwiczeń. Fajna chata, ale pełno tam było zaklęć. Takich co sprzątały, gotowały i takie tam – Harry zaczynał rozumieć, jaką próbę musiał przejść wuj Vernon. – Ojciec musiał rzucić pracę i w ogóle, no i nawet jak wróciliśmy już, jak nam powiedzieli, że już po wszystkim to ojciec nie mógł się pozbierać. Nerwy go zjadły. Rozumiesz?

- Rozumiem.

- A potem, jak wróciliśmy to ja się przeprowadziłem tutaj, a rodzicom, jak to powiedzieli: Oddali poprzednie życie. Szast prast i ojciec miał swoją robotę z powrotem, ale był trochę nieswój już. Tak czy siak, serce było nie to i dopadło go, jakoś tak koło nowego roku.

- Merlinie, ale żyje?!

- Tak. Ale czeka go operacja, a na to się czeka.

- Nasi powinni załatwić mu leczenie u nas, czarami, za to wszystko co przeszliście.

- Ojciec nie chciał. Nawet nie wiesz. Mama go nawet namawiała na to. Rozumiesz. Ona namawiała go na czary, ale się uparł, że woli paść jak się w wasze ręce oddać.

- To dlatego mnie zaprosiłeś?

- E, no nie – De zaczął nerwowo wiercić się w swoim fotelu i zerkać na korytarz. – Będziemy mieli dziecko – wydusił w końcu z siebie. – Znaczy ja i Sparkles.

- Moje gratulacje. – Harry szczerze się ucieszył szczęściem swojego kuzyna.

- E, no dzięki. Ale widzisz boję się.

- To chyba normalne – Harry przyznał niepewnie. – Ale chyba nie zamierzasz ich zostawić. Nie chodzi ci o jakieś wymazywanie pamięci?

- Nie! No coś ty, kuzynie. Tylko, ja… zbieram się do tej rozmowy od kiedy się dowiedziałem. Wiesz, ta kartka w święta, już wtedy chciałem, ale mam cykora trochę.

- Przede mną? De, ale święta były dziewięć miesięcy temu…

- Wiem. Za kilka dni będziemy mieli dziecko, więc nie mogłem już czekać. Muszę wiedzieć jak coś.

- Ale co, De?

- Ty jesteś czarodziejem, ja jestem człowiekiem.

- Mugolem – Harry poprawił go machinalnie. Nie podobało mu się rozróżnienie na ludzi i czarodziejów.

- Twoja mama była jedną z was. Moja nie i nasi dziadkowie byli no… zwyczajni.

- No tak. – przyznał Harry. – Dziadkowie byli mugolami i z tego co wiem pradziadkowie też, przynajmniej ci nasi wspólni.

- No. Sparkles też jest normalna, znaczy jest jedną z nas. Harry, czy moje dzieci będą takie jak wy? – Wyrzucił wreszcie z siebie.

- Sparkles nie miała w rodzinie żadnych czarodziejów?

- Nie miała.

- Jesteś pewien? – Harry naciskał.

- No wiesz. „testowałem ją” – powiedział trochę konspiracyjnie.

- Testowałeś? Jak?

- No wiesz, ja trochę tego zapamiętałem. Voldemort. Dementorzy, Hogwart i takie tam. Ale ona na żadne słowo nie zareagowała. Nie wiedziała zupełnie o co chodzi. Powiedz. Jakie będę miał dzieci. Jak robili jej różne badania to nic nie mówili, żeby coś było dziwnego.

- Bo nie będzie. My się zupełnie niczym nie różnimy. Nawet nasi magomagicy nie znaleźli odpowiedzi na to, czemu my mamy magię – De zasępił się.

- Czyli one mogą być?

- Ale nie muszą. Nie wiem czy masz na to większe szanse… ryzyko – poprawił się, widząc minę kuzyna. – niż inni mugole, tylko dlatego, że moja mama była magiczna. Myślę, że masz takie samo… ryzyko, jak i każdy inny mugol. Zdarzają się czarodzieje wśród mugoli tak jak i zdarza się, że urodzi się mugol czarodziejom. Choć to zdarza się rzadziej. Tak czy siak, teraz tego nie stwierdzisz.

- Ale zaraz po urodzeniu. Można wtedy sprawdzić i się dowiedzieć. Chcę przygotować na to rodziców i… siebie też.

- Przykro mi De, musisz poczekać. Zwykle moce ujawniają się koło ósmego, dziesiątego roku życia. U dziewczynek wcześniej u chłopców później. Jeśli do jedenastych urodzin nic się nie stanie, to już raczej nic się nie wydarzy wcale.

- Muszę czekać jedenaście lat?!

- Przykro mi kuzynie. Chciałbym ci pomóc, ale nie potrafię, raczej nikt nie potrafi.

- De! – Usłyszeli wołanie z sąsiedniego pokoju.

- Już idę, Sparkles – odkrzyknął jej.

- To ja też pójdę. – Harry wstał z fotela.

- Nie musisz.

- Muszę, jestem po długim dniu pracy. Chcę odpocząć.

- A właśnie. Zapomniałem zapytać. – Dudley przytrzymał go na chwile na korytarzu. – Co to jest ta Kwatera Główna Aurorów? Kim ty jesteś w tym ministerstwie?

- Aurorem. – Harry odpowiedział spokojnie, na twarzy Dudleya gościł całkowity brak zrozumienia. – To takie służby bezpieczeństwa.

- Jesteś policjantem?

- E, nie. Ja się zajmuję bardziej takimi poważnymi zbirami.

- Czyli jesteś armii, też fajnie.

- Wiesz co. Chyba najbliżej to będzie, jak ci powiem, że jesteśmy trochę jak ten no, James Bond?

- Ekstra! Mam kuzyna agenta. Masz licencję na zabijanie? Na pewno masz. Dopadłeś już kogoś? Ukatrupiłeś?

- Jeśli ci powiem, będę musiał wymazać ci pamięć. Dobrej nocy kuzynie. Zdaje się, że Sparkles na ciebie czeka.

 

To spotkanie było nawet ciekawsze niż się tego spodziewał. Obawiał się wizyty u Dudleya, a okazało się, że ich stosunki są normalniejsze, niż wtedy, kiedy mieszkali pod jednym dachem. Na dworze przestało już padać, więc i Harry nie zawracał sobie głowy zakładaniem kapelusza na, no właśnie, głowę. Wokół panowała już szarówka, spojrzał na swój zegarek, na którym było już pięć po ósmej. Nie chciało mu się wracać do pustego domu. Wiedział, że Ginny, jak zawsze w takie dni, na pewno spędziła sporo czasu z Łapą i Hektorem, nim poleciała do biura, na nocną zmianę. Nie wiedział czy chciał się w tej chwili spotkać akurat z Ginny, ale widział, że jego biurko, w boksie zespołu szybkiego reagowanie, było tym miejscem, w którym chciał teraz być.

 

Lobby i korytarze ministerstwa były puste i pogrążone w półmroku. Większość ludzi zdążyła już opuścić swoje stanowiska pracy i wrócić przed nocą do domu i tylko kilku pracoholików wciąż okupowało swe gabinety, z okien których wylewało się światło, gdzieś wysoko, ponad podłogą po której przemierzał lobby.

Niemal wszystkie windy oczekiwały na pasażerów, mógł więc spokojnie wybrać tą najmniej trzęsącą się i pojechać nią ponownie do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Światła głównego korytarza, drugiego piętra ministerstwa, także były przygaszone, choć od strony pomieszczeń Patrolu Przestrzegania Prawa, podobnie jak i z niektórych biur dochodziły odgłosy zwyczajowo towarzyszące papierkowej pracy i towarzyskiemu rozprzężeniu. Nie inaczej było i z kwaterą główną aurorów. Między boksami kręciło się co najmniej kilkunastu kadetów i aurorów, podczas gdy kolejni siedzieli przy swoich biurkach przekładając papierki, grając w samopowtarzalnego wisielca i robiąc inne, nieregulaminowe rzeczy. Harry wychwycił Ginny, która siedziała w swoim boksie bawiąc się w mugolską grę, polegającą na odbijaniu paletką do pingponga, przywiązaną do niej gumką, piłeczkę. Uśmiechnął się delikatnie, nie zamierzał jej przeszkadzać. Usiadł przy swoim biurku i zaczął przekładać spoczywające na nim raporty. Z jednej kupki na drugą i z powrotem. Bez większego sensu, ale sprawiało mu to frajdę i wiedział z doświadczenia, że w ten właśnie sposób zdarza mu się wychwycić coś istotnego, co wcześniej mu umykało. Przeglądając je praz trzeci, może nawet czwarty przez przypadek zgarnął list od Dudleya.

Przeczytał korespondencję raz jeszcze i zawahał się. Spojrzał na odziedziczony po Fabianie Prewettcie zegarek, było już późno. Stanowczo za późno, by w bibliotece i archiwum był ktoś prócz nocnego stróża, pilnującego, by nikt niczego nie wyniósł. Jak to dobrze, że był aurorem i wolno było mu wynosić różne rzeczy.

 

- Ja będę w archiwum, jeśli będzie mnie pan potrzebował – powiedział do Pascala, który jak zawsze pełnił funkcję szefa nocnej zmiany.

- Merlinie wielki! – Siwiutki mężczyzna aż podskoczył za swoim biurkiem. – A co ty w ogóle tutaj robisz, Potter? – Teraz dopiero Harry uzmysłowił sobie, że nikomu nie zgłosił swojej obecności w biurze. – Przecież ty jesteś po służbie.

- Jestem tutaj od ósmej i jeszcze trochę posiedzę. Zamelduję się, jak będę wychodził.

- Dobra, leć do tego archiwum – powiedział, wpisując Harrego na listę stanu osobowego biura.

 

- Baw się baw, szybciej wylecisz – powiedział, przechodząc za boksem, w którym jego narzeczona nadal bawiła się mugolską piłeczką i paletką. Słysząc jego głos, Ginny spadła z krzesła na którym przy okazji się kołysała. Nie zatrzymał się by na to popatrzeć.

 

Umysł Harrego zwykł niejednokrotnie wędrować pokrętnymi drogami, by osiągnąć jakiś, sobie tylko znany cel. Czasami sam Harry nie wiedział, jak docierał w pewne rejony wiedzy i świadomości. Tym razem, udając się do biblioteki, by poczytać o mugolakach i sprawdzić czy dziecko Dudleya i Sparkles może być czarodziejem, wylądował w rejonach archiwum, których niemal nikt nie odwiedza, w dodatku wizytę tą przypłacił bólem pleców.

Pierwszym zwiastunem jego powrotu do biura, był głośny huk sterty starych, zakurzonych ksiąg i rejestrów, które przywlókł z archiwum. Drugim zwiastunem była chmura pyłu, która uniosła się w powietrze po tym uderzeniu.

Przeczytawszy w jednej z mądrych ksiąg medycznych, że szansa na urodzenie się mugolaka jest tym większa im więcej czarodziejów było w przeszłości w rodzinie jego rodziców, Harry zapragnął poznać drzewa rodowe Evansów, Dursleyów, oraz przodków Sparkles. Najprostszym sposobem dokonania tego było przejrzenie Rejestru Czarodziejów Wielkiej Brytanii, oraz składowanych w ciemnym koncie archiwum, kopii mugolskich spisów ludności i akt metrykalnych. O ile odszukanie Dursleyów i Evansów nie nastręczyło większych problemów, o tyle Sparkles była jednym wielkim problemem. Problemem tak irytującym, że Harry wściekł się do stopnia nie pozwalającego mu na odpuszczenie.

Tak oto wylądował przy swoim biurku ze stosem ksiąg z archiwum. Przekładając kartka po kartce przeklinał w myślach siebie, swoją ciekawość, autorów tych ksiąg, same księgi i ponownie siebie, ale nie odpuszczał.

 

Praca ma tą przedziwną właściwość, że gdy człowiek skupi się na niej wystarczająco mocno, to powoduje ona przyspieszony upływ czasu. Tak i Harry skupiwszy się na szukaniu rodowodu Sparkles nie zauważył upływających sekund, minut, a nawet godzin. Nie zauważył przyjścia do biura Urquharta. Nie zauważył przyjścia Ramirez. Nie zauważył nawet przyjścia Nevilla, który wreszcie wrócił z podróży poślubnej w którą wyprawili jego i młodą panią Longbottom ich przyjaciele. Nie żeby reszta zespołu jakoś specjalnie informowała Harrego o swoim przybyciu do biura. Po tych kilku miesiącach, przez które razem pracowali ukuła się w zespole pewna teoria, a właściwie niepisana zasada: „Nigdy, przenigdy nie przeszkadzaj Harremu w prowadzeniu śledztwa.” Raz mu przeszkodzili… Może lepiej nie wiedzieć.

Cóż innego mógł zaś robić o szóstej rano Harry, obłożony stosami ksiąg, jeśli nie pracować nad śledztwem. Zwłaszcza, że wciąż jeszcze prowadzili przesłuchania zatrzymanych po rozróbie w Hogsmeade Semitów. Harry uparł się, że musieli mieć pomoc ze strony poszukiwanych przez nich czarnoksiężników.

- O cholera…. – Harry przeklął przeciągle, podrywając się z krzesła.

- No, najwyższa pora – Ramirez popatrzyła na zegar, który wskazywał właśnie kwadrans po ósmej. – Ej! A ty gdzie?! – Krzyknęła widząc, jak Harry wypada z biura, nie zabierając nawet swojej peleryny.

 

- Hej! Uważaj jak chodzisz – Ginny krzyknęła, gdy ktoś pchnął ją o ścianę windy, wpadając do środka, nim kraty za nią zdążyły się zamknąć – A, to ty. – burknęła, odwróciwszy się w stronę napastnika.

- Cześć wiedźmo – złożył na jej ustach głęboki pocałunek. Chciała go odepchnąć, była na niego nadal obrażona. Przecież była na niego wściekła. Chciała go odepchnąć, tylko czemu to było tak cholernie trudne. Jej ręce, zamiast oprzeć się o jego tors, odsuwając od niej, oplotły się na jego karku, przyciągając go jeszcze mocniej do siebie. Nie obchodziło jej, że w windzie są inne osoby, nie obchodziło jej, że to ludzie z którymi widzi się codziennie, że będzie musiała znosić ich spojrzenia, może chichoty. Nie obchodziło jej to wszystko.

Kraty rozsunęły się gdy dotarli do lobby. Harry oderwał się od niej, tak szybko jak wcześniej złożył pocałunek i popędził ku wyjściu dla pracowników nim zdążyła ponownie krzyknąć; „Hej!”

 

 

Ponownie stał przed mrówkowcem w robotniczej dzielnicy Bristolu, patrząc na antresolę ciągnącą się wzdłuż drzwi trzeciego piętra. Tym razem się nie śpieszył, szedł powoli, a nad jego głową wznosiło się poranne słońce.

 

Drzwi otworzyły się, ledwie zdążył w nie zapukać. Ponownie stała w nich Sparkles.

- Oh… Pan…

- Potter, przecież pani pamięta – Harry odparł spokojnie. – Czy mogę wejść?

- Dudleya nie ma w domu.

- Chciałem porozmawiać z panią.

- Dobrze, dobrze. Proszę. – niechętnie przepuściła go w drzwiach do mieszkania. -Może się pan czegoś napije, woda, jakiś napój? – Spytała szybko, kiedy znaleźli się w saloniku, tym samym, w którym rozmawiał z Dudleyem.

- Dziękuję, odrobinę się spieszę, przejdźmy już do rzeczy.

- Więc o czym chciał pan rozmawiać?

- Odrobinę o przeszłości – Harry złączył dłonie, podobnie, jak robił to kiedyś Dumbledore. Sparkles opadła na fotel. – Chciałem pogratulować znakomitej gry. Udało się pani mnie nabrać. A to nie zdarza się często. Przynajmniej nie ostatnimi czasy. – dziewczyna milczała, wpatrzona w jego usta. – To taksowanie wzrokiem, kiedy się wczoraj przedstawiłem. Naprawdę genialnie ukryła pani spojrzenie na moją bliznę.

- Nie wiem o czym pan mówi – wypaliła.

- Dudley twierdził, że „testował” panią – ciągnął niezrażony. – Mugole, Dementorzy, Hogwart i nie było reakcji – dziewczyna milczała, wpatrując się nadal w jego usta. – Pojawia się pani w wieku dziewięciu lat na progu sierocińca w jednym ubraniu, bez walizki, bez listu, jedynie z aktem urodzenia. Przez pierwsze tygodnie pani krzyczała. Wykrzykiwała jak się nazywa, gdzie mieszka. Tylko, że takiego miejsca nie ma na mapie, prawda? W końcu zamknęli panią w pięknym ośrodku, tam pani wyjaśnili, że wszystko to sobie pani wmówiła, a może tylko pani udała, że pani wyjaśnili?

- Skąd pan o tym wszystkim wie? – Spytała po chwili, w ciszy jaka nastała gdy Harry przestał opowiadać.

- Bo jestem aurorem – odparł spokojnie. – Podobnie jak pani ojciec.

- Podał mi ten dokument, ten akt urodzenia, a potem coś zrobił i stałam na progu tego sierocińca, a jego nie było…

- Zmienił pani nazwisko, stworzył nowe dokumenty i oddał do sierocińca. Potem udał przed sąsiadami, że pani zmarła. Jest nawet bardzo ładny, mały nagrobek na cmentarzu. Który czarodziej czystej krwi chciałby mieć córkę, charłaczkę – dokończył z przekąsem.

- Czy, czy on żyje?

- Och, żyje i ma się dobrze.

- Chciałabym żeby zdechł – burknęła.

- Tak, nie pani jedna, panno Emmo Parker. Choć może powinienem powiedzieć, Elleonoro Robards?

 __________________________________________________________________________

Inspirowany: Piotr Rubik, Zbigniew Książek – Koncert: Tu Es Petrus. Utwory: Ten który zdradził (jako myśl przewodnia), Ludzie to Adam i Ewa. (Jako utwór towarzyszący).

___________________________________________________________________________

1. Zapraszam też do poczytania nowego opowiadania dla dorosłych na blogu 18+.

 

2. Kryzys Przy Grimmauld Place

13 wrz

 

Cote de Pablo, Za osiem prawdziwie magicznych lat.

Poranek w domu przy Grimmauld Place 12 nie po raz pierwszy już przerwała potężna awantura pomiędzy jego mieszkańcami.

- Ile jeszcze razy będziesz mi powtarzał, żebym zrezygnowała z pracy?

- Aż mnie posłuchasz.

- Myślałam, że będziesz mnie wspierał. Że będziesz dumny!

- Kochanie, zawsze, ale to nie zmienia faktu, że chcę żebyś zrezygnowała.

- Czemu?

- Bo to niebezpieczne.

- Ale ty to robisz.

- I robię to źle, bo ciągle martwię się o twoje bezpieczeństwo.

- To przestań się martwić, bo ja sobie naprawdę dobrze radzę. Sam wiesz jakie mam wyniki na treningach.

- Trening to jedno, walka to drugie! Mogą wysłać cię gdzieś w teren. Możesz trafić na całą bandę czarnoksiężników, albo setki dementorów i ja nie będę ci w stanie pomóc.

- Walczyłam ze śmierciożercami! Broniłam zamku! Poradzę sobie z kilkoma czarnoksiężnikami.

- Wtedy walczyć musiałaś, teraz nie musisz. Znajdź sobie coś innego. To nie jest praca dla ciebie.

- Ale to jest praca, o jakiej marzę. Nie zabronisz mi jej wykonywać!

- Ale będę kibicował, żebyś wyleciała jak najszybciej. Dla twojego własnego dobra.

- Wyprowadzam się do domu – Ginny stwierdziła nagle spokojniej, lecz kategorycznie.

- Przecież jesteś w domu.

- W domu byłabym wspierana!

- Przecież cię wspieram. Pomagam ci przy nauce, ćwiczę z tobą.

- Ale chcesz żebym zrezygnowała.

- Tak, chcę żebyś zrezygnowała!

- Ale dlaczego?

- Tłumaczyłem ci to już tysiąc razy.

- Tłumaczyłeś, ale mnie nie przekonałeś. Powiedz wreszcie prawdę.

- Mówię prawdę. To niebezpieczne, a ja nie chcę żeby coś ci się stało.

- Nie wierzę.

- To już twój problem. Chcę żebyś zrezygnowała. Możesz robić wszystko, co tylko zamarzysz.

- Ale nie to, o czym marzę?

- Nie bycie aurorem.

- Ty chcesz zrobić ze mnie kurę domową. Chcesz mieć grzeczniutką kwokę, która będzie czekać z obiadkiem!

- Chcę mieć mądrą, rozsądną i nie poharataną przez czarną magię żonę, która będzie szczęśliwa i nic nie będzie jej zagrażać. Przykro mi, że nie potrafisz tego zrozumieć.

- Może jestem za głupia?

- Raczej uparta jak osioł, który nie chce słuchać mądrych rad!

- Dość tego. Wyprowadzam się do matki.

- Prześlij Molly całusy! Ucieszy się, jak cię zobaczy – zawołał jadowicie.

- Nie będziesz mnie zatrzymywał? – spytała zupełnie innym, zszokowanym tonem.

- I tak mnie nie posłuchasz. Nigdy tego nie robisz.

- W takim razie. Wszystkiego najlepszego! – wsypała do kominka szczyptę proszku Fiuu.

- Ale, czy ty…. – Harry się zreflektował.

- O nie, nie, chciał byś. Ten smok na zawsze zostanie na moim palcu – wskazała na pierścionek zaręczynowy. Wskoczyła do kominka i już jej nie było. Harry poczuł się samotny, jak nigdy dotąd.

- Nie, nie chciał bym – powiedział do siebie.

Szczęściem dla Harrego, zbliżała się szósta, nie pozwalając mu na nazbyt długie wsłuchiwanie się w ciszę domu, w którym nie rozbrzmiewał głos Ginny.

Siedząc za swoim biurkiem w kwaterze głównej co chwila spoglądał na zdjęcia, na których on i Ginny obejmowali się to na tle wieży Eiffla, to znów na jednej z uliczek Rio. Zastanawiał się czy tak właśnie czuje się narkoman, któremu odbierze się jego używkę. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest uzależniony od jej obecności. Od trzech miesięcy widzieli się codziennie. Wcześniej, kiedy Ginny była jeszcze w szkole, wciąż towarzyszyła mu świadomość jej obecności, odległej, ale jednak obecności. Teraz czuł jak zostały rozerwane spajające ich więzy. Czuł się jakby odebrano mu jego osobistą Heroinę i bardzo, ale to bardzo nie lubił tego uczucia.

Wskazówki zegara przesuwały się niesamowicie powoli, każda sekunda stawała się minutą, każda minuta stawała się godziną, każda godzina stawała się całą epoką w dziejach ziemi, a wszystko to w oczekiwaniu na jej pojawienie się w drzwiach biura. Jak na złość, tego dnia nie miał najzupełniej nic do zrobienia. Sprawa Knota została z nich zdjęta, raportów i donosów było jak na lekarstwo. Odłożył czytaną notatkę służbową i zsunął się nisko w zajmowanym krześle, delikatnie się na nim obracając. Biuro ich zespołu było dziwnie ciche i puste. Neville pojechał w podróż poślubną i miało go nie być jeszcze przez kilka najbliższych dni, Urquhart siedział pochylony nad jakimiś papierkami. Był niesamowicie wesołym i wyluzowanym człowiekiem, ale kiedy w grę wchodziły kwestie zawodowe, oddawał im się w całości. Ramirez, zarzuciwszy nogi na biurko, oddawała się zajęciu zupełnie do niej niepodobnemu. Czytała gazetę.

- Pssst – Harry syknął w jej kierunku. Urquhart podniósł na chwilę głowę, ale widząc, że to nie do niego, powrócił do swych zajęć. – Pssst – powtórzył, nadal nie doczekawszy się reakcji. Wziął z biurka kawałek kartki i zwinąwszy ją w kulę rzucił tak, że przeleciawszy nad gazetą, odbiła się od czoła Ramirez i opadła jej na podołek.

- Mógłbyś tutaj podejść – odezwała się najspokojniej w świecie. – Musisz coś zobaczyć.

- Co muszę zobaczyć? – Harry rozsiadł się zadowolony na blacie jej biurka.

- To – podała mu do ręki gazetę. Wydrukowana była na lekko szarawym papierze, bardziej przypominającym te mugolskie, aniżeli żółty pergamin Proroka Codziennego. Brunatne szpalty tekstu poprzedzielane były czerwonymi liniami, nadając jej wygląd bardziej obwieszczenia, aniżeli prasy codziennej. Przekręcił ją na stronę tytułową. Na samym szczycie, na czerwonym tle widniały białe litery układające się w napis „Naszą linią jest”, a pod spodem o wiele większym, tłustym drukiem wypisane było czerwone słowo „Prawda”.

- Co to za nowy szmatławiec? – Harry spytał z zainteresowaniem.

- Sam przeczytaj – wskazała mu na artykuł na stronie tytułowej.

- „Gdzie leży Prawda” – zaczął czytać na głos.

W dobie, kiedy edykty ministerstwa krępują wolność prasy, a jedyny opiniotwórczy dziennik w kraju jest finansowany z pieniędzy rządowych, ludziom odmawia się prawa do poznania Prawdy. Wmawia się im, że jedynymi istotnymi informacjami są wyniki meczów, konkurs na najlepszy wypiek miesiąca, wybory czarownicy roku, czy kolejna nieudana wyprawa w poszukiwaniu buchorożców. Prawda jest zupełnie inna i ludzie mają prawo poznać tą Prawdę. Na naszych łamach przeczytacie państwo jaka jest Prawda na temat działań ministerstwa, mających miejsce „dla naszego dobra.” Powiemy o prawdziwej stronie wszystkich wydarzeń, jakie mają miejsce w naszym magicznym świecie i wyjawimy te, które innym gazetom kazano przemilczeć. Tylko u nas cała Prawda.
Tylko Prawda was wyzwoli i my tą Prawdę przedstawimy.

Jaka to prawda? Jest to prawda o masakrze ludności cywilnej, dokonanej przez pracowników ministerstwa w Hogsmeade 29 czerwca tego roku. Prawda o brutalnym stłumieniu pokojowego zgromadzenia czarodziejów, w Bożonarodzeniową Noc zeszłego roku, w wyniku którego to tłumienia doszło do uszkodzenia znacznej części wioski Hogsmeade. Prawda o brutalnym potraktowaniu kibiców quidditcha i aresztowaniu Gwenog Jones. Prawda o działaniach mających na celu przejęcie pełnej kontroli nad naszym światem przez mugolaków i czarodziejów półkrwi. Tylko my przedstawimy państwu wywiady z pracownikami ministerstwa, którzy nie boją się głośno mówić o działaniach ministerstwa. Czarodzieje Wielkiej Brytanii mają prawo poznać Prawdę.” – Harry zakończył czytanie, spoglądając na Ramirez. Urquhart również na nich patrzył, delikatnie marszcząc brwi.

- Wewnątrz są teksty na temat tych wydarzeń – wskazała palcem na ostatnie zdania tekstu. – Są też zwykłe artykuły codzienne, takie jak w Proroku. – Harry powoli kartkował gazetę przelatując wzrokiem po tytułach i wytłuszczonych nagłówkach, aż dotarł do rozkładówki.

- „Rozmowa Prawdy: Benjamin McCarty, ‚Różdżki dla nieludzi? Ruch Równości mówi NIE!’” Co to za Ruch Równości?

- O tym też jest, trochę dalej. Żądają równouprawnienia czarodziejów czystej krwi z mieszańcami i mugolakami.

- To chyba dobrze.

- Niezupełnie. Oni dają do zrozumienia że czysta krew jest dyskryminowana, tak między wierszami.

- Hmmm – mruknął Urquhart. – Ciekawe kto sponsoruje tą gazetę.

- Ciężko powiedzieć. Redaktor jest mi zupełnie nieznany z nazwiska. Jakiś Marcus Flint.

- Ślizgon, był kapitanem ich drużyny w Quidditchu, jak zaczynałem szkołę – powiedział Harry szybko. – Nie jestem jednak pewien, czy on w ogóle umie czytać i pisać. Mnie bardziej interesuje, kto należy do tego Ruchu.

- Robards na pewno należy – Ramirez odpowiedziała grobowo.

- Skąd wiesz?

- Bo idzie właśnie przez biuro z ich emblematem w klapie. Zobacz – Harry spojrzał najpierw na idącego kilka rzędów dalej Robardsa, potem na zdjęcie w gazecie. Na zdjęciu widniał emblemat na który składały się dwie litery R, normalna i jej lustrzane odbicie, a ich wspólną pionową linię stanowiła różdżka z której sypały się iskry. Harry śledził wzrokiem przechodzącego szefa biura, a ten wpatrywał się w niego z dziwnym uśmieszkiem, trochę podobnym do uśmiechu Snape’a, kiedy Harry coś przeskrobał w jego obecności. „Ciekawe co temu człowiekowi chodzi znowu po głowie”, pomyślał.

- Siemasz, Harry! – za swoimi plecami usłyszał głos nadchodzącego Rona.

- O, cześć stary – Harry przekręcił się na blacie biurka Eleny Ramirez. – Jak tam leci.

- A w porządku.

- Molly musiał się pewnie humor poprawić, co?

- Nie, niekoniecznie – Ron pokręcił głową lekko zafrapowany.- O czym tak rozprawiacie, coś się stało?

- Nawet nie masz pojęcia – Ramirez wyciągnęła gazetę w jego stronę.

- Ja poproszę to najpierw – odezwał się Urquhart, wyciągając dłoń.

- Tak, jasne – Latynoska wylewitowała gazetę szefowi. – Przykro mi Weasley, musisz sobie kupić własną Prawdę. – Uśmiechnęła się odrobinę drwiąco, bynajmniej jednak nie do Rona.

- No więc, czy mogę ci w czymś pomóc, tak generalnie, Ron? – Harry spytał przyjaciela.

- Właściwie, to ja mam pytanie od Hermiony. Spytała, czy nie zechcielibyście wpaść z Ginny na kolację. Takie spotkanie towarzyskie, czy coś. Wiesz. Babskie pomysły – wzruszył ramionami.

- Ej! Ja jestem babą i na pewno nie zaprosiłabym was do siebie na kolację – oburzyła się jedyna dziewczyna w ich towarzystwie.

- Spoko Ramirez, i tak bym nie przyjął. Śmierć od trucizny jest bardzo nieprzyjemna. Prawda, Ron? – rudzielec wzdrygnął się na samo wspomnienie szóstego roku nauki.

- Po co miałabym was truć u siebie w domu? Tyle niepotrzebnych pytań. Wybrałabym bardziej niebudzące podejrzeń miejsce – odgryzła się Harremu.

- Słyszałeś szefie, jak zostanę otruty, musisz ją aresztować.

- Jeśli dasz się otruć to osobiście cię zamorduję, a jeśli dasz się otruć jej, to cię zamorduję a potem ożywię i zamorduję ponownie – Urquhart mruknął znad przeglądanej gazety.

- No dobra, trucizny truciznami. Wiesz Ron, że ja chętnie was odwiedzę, ale czemu pytasz o to mnie. Hermiona nie nocowała u ciebie?

- No nocowała.

- To czemu sama Ginny nie spytała?

- Bo Ginny nie ma jeszcze w biurze. No właśnie, nie przylecieliście dzisiaj razem? – Ron spytał ściągając brwi.

- Ano, nie przylecieliśmy – Harry mruknął zmieszany. – Widzisz, Ginny dzisiaj się…

- Odrobinę spóźniła – wpadła mu w słowo. – Raz jeszcze, dzień dobry, kochanie – dała mu całusa w policzek. – Co to za obgadywanie mnie za moimi plecami?

- Hermiona zaprasza nas na kolację. – Harry odpowiedział, delikatnie ją obejmując.

- Do siebie, do Londynu? – spytała lekko uradowana. Raz była u państwa Grangerów i bardzo jej się tam spodobało.

- Do Nory, wiedźmo. Do Nory – Harry odpowiedział spokojnie, świadom że Ron uważnie przygląda się całej tej rozmowie.

- Podziękuj Hermionie, ale nie skorzystamy z zaproszenia do Nory, Ron – Ginny odpowiedziała zdecydowanym głosem. – A teraz przepraszam. Mam trochę zajęć.

- Możemy chwilę porozmawiać? – Harry przytrzymał ja za dłoń, gdy odchodziła.

- Później. Teraz mam sporo pracy. Zbliża mi się kolejny egzamin, pamiętasz? – Harry zgrzytnął w odpowiedzi zębami. Jak mógłby zapomnieć. Popatrzył za odchodzącą do swojego boksu Ginny.

- To ja też lecę – Ron powiedział szybko, ruszając w dokładnie przeciwnym kierunku.

- Ej, a ty gdzie? Zaraz zaczynasz służbę! – Harry krzyknął za przyjacielem.

- Do Hermiony. Zaraz wrócę!

- Akurat – Harry dokończył do siebie.

Wrócił do swojego biurka i do nic nie robienia. Nieczęsto zdarzały się biurze takie dni, kiedy Zespół Szybkiego Reagowania nie miał nic do roboty. W takie dni jak ten, po skończonym porannym treningu, siedzieli zazwyczaj za swoimi biurkami obijając się ile wlezie, czytając książki i gazety, albo plotkując jak stare baby. Teraz w dodatku nie było Nevilla, przez co w zespole było jeszcze nudniej. Czasem śmiali się, że są jak palce jednej dłoni, idealnie do siebie pasują i idealnie ze sobą współpracują. Kiedy ktoś raczył im zwrócić uwagę, że dłoń ma pięć palców, odpowiadali że piąty jest Robards. Trzyma się w oddali od reszty palców, sterczy w zupełnie inną stronę, psuje piękny wygląd dłoni, sam nic nie potrafi zrobić, ale bez niego reszta palców bywa bezużyteczna.

Koło południa Urquhart oświadczył, że ma dość i idzie się przejść. Ramirez upierała się, że chce iść z nim, zasłaniając się protokołem, który nakazywał chodzić na patrole parami. Urquhart oświadczył jednak dobitnie, że idzie na lunch i spacer, nie patrol. Elena pozostała więc w biurze, utyskując przez kolejne pół godziny.

Harry na wpół leżał w swym krześle z zamkniętymi oczami i skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Kontemplował ciszę, jako że Ramirez raczyła się wreszcie zamknąć.

- Dzień dobry. Szukam szefa – usłyszał kobiecy głos, było w nim coś znajomego.

- Obdrapane drzwi po drugiej stronie biura – wskazał kciukiem w kierunku, gdzie był gabinet Robardsa.

- Chodziło mi najlepszego aurora, to nie on powinien być szefem? – kobiecy głos indagował dalej.

- Tamto biurko, ale Urquharta nie ma – tym razem delikatnie skinął głową.

- Nie pamiętam, by jakiś Urquhart był jedynym, który pokonał mnie w Cannes – tym razem przemówiła z właściwym sobie, lekko gardłowym akcentem. Teraz Harry wiedział już do kogo należał głos. Wyskoczył zza biurka, nim na dobre otworzył oczy.

- Ziva! – pochwycił ją mocno w ramiona, robiąc klasycznego niedźwiedzia. Odpowiedziała mu niepewnym poklepaniem po plecach. – Super cię widzieć – odsunął ją, wciąż trzymając za ramiona i lustrując wzrokiem. Ubrana była tak, jak tylko Ziva mogła być ubrana. Ciężkie trepy na nogach, spodnie bojówki, dająca swobodę luźna koszula w barwie khaki i z długimi, kręconymi włosami spiętymi w kucyk.

- Więc masz nad sobą dwóch szefów? – spytała ciekawie. – Sądziłam, że szybciej awansujesz.

- Wiesz, u nas jest mniejsza śmiertelność.

- Mimo wszystko. Dorobiłeś się już fajnego biura – spojrzała obok jego ramienia. – Ja tam wcale nie mam biurka.

Harry patrzył zafascynowany na koleżankę. Jedną z niewielu kobiet, które potrafiły mu dokopać. Po prawdzie to Ziva potrafiłaby dokopać dowolnemu facetowi. Za swoimi plecami usłyszał znaczące chrząknięcie.

- Och, Ginny – Ginny stała za jego plecami przejąwszy ciężar ciała na jedną nogę, jakby szykowała się do ciosu karate. Ręce miała skrzyżowane na piersi, a jej oczy ciskały błyskawice. – Ginny, to jest Ziva. Zivo to Ginny.

- Oczywiście, te włosy – Ziva szybko zlustrowała dziewczynę. – Jest piękniejsza niż to wspominałeś – powiedziała Harremu.

- Harry absolutnie nic o tobie nie powiedział – zwróciła się do Ginny potrząsając energicznie jej dłonią. – Więc ty jesteś tajemniczą dziewczyną ze wspomnień Harrego Pottera.

- Narzeczoną – Ginny poprawiła ją chłodno.

- Jesteście zaręczeni? To wspaniale. Ale to chyba po seminarium? Harry, masz aurorkę za narzeczoną? Poważna sprawa. Musimy koniecznie się spotkać i pogadać. Co powiecie na wspólny wypad do jakiejś kawiarni, po godzinach pracy? Harry wie jak przyjmuję odmowy. A teraz przepraszam, ale jestem w pracy i chciałam się tylko przywitać.

- Co właściwie tutaj robisz? – Harry dopiero sobie uprzytomnił największą dziurę w posiadanej wiedzy.

- Chronię mojego ministra podczas wizyty dyplomatycznej. Do zobaczenia wieczorem – machnęła dłonią i już jej nie było.

- Jak ona przyjmuje odmowy? – Ginny spytała wciąż zimnym tonem.

- Trochę tak jak ty. Nie przyjmuje ich – Harry odparł lekko zafrasowany. Pamiętał z kursu jak raz, jeden jedyny raz, przedstawiciel USA odmówił czegoś Zivie. Wzdrygnął się na to wspomnienie.

- Kim ona właściwie jest?

- Koleżanka z seminarium – odpowiedział spokojnie. – To ona była najlepsza, a skoro już rozmawiamy…

- Nie rozmawiamy, ja tylko tak – chciała wykręcić się na pięcie, ale została przez niego przytrzymana.

- Skoro już rozmawiamy, możesz mi powiedzieć dokąd poleciałaś, jak rano wypadłaś z domu?

- Przecież ci mówiłam, gdzie lecę.

- Nie chrzań mi Weasley! – warknął na pół biura. – Rozmawiałem z twoim bratem. – Dokończył już cicho.

- Chyba nie myślałeś, że wrócę do Nory – prychnęła. – Poleciałam do Muszelki.

- Czyli wrócisz do domu? – powiedział z ulgą w głosie.

- Nie, zabrałam już potrzebne mi rzeczy. Zamieszkam z Billem i Fleur – odpowiedziała z dumą. – Przyjęli mnie z otwartymi rękoma.

- Czy mogę wiedzieć, co im powiedziałaś?

- Że muszę się w spokoju uczyć do egzaminów – wzruszyła ramionami.

Dalszą rozmowę przerwał im papierowy samolocik, podlatując do Harrego i kręcąc się wokół jego głowy. Pochwycił nachalny przedmiot i rozprostował. Ściągnął brwi, przeczytawszy wiadomość.

- Powiadom Urquharta, że zostałem wezwany do ministra – rzucił do Ramirez. – Dokończymy to później – mruknął do swojej narzeczonej i niemal wypadł z biura.

Dawno nie zdarzało się, żeby Kingsley wzywał go do siebie. Jasne, często bywał w jego biurze składając raporty, sprawozdania i przechodząc odprawy, ale miało to zazwyczaj związek z jego wyjazdami i przechodzonymi szkoleniami. Dawno jednak nie został wezwany bez wcześniejszego powodu i to bezpośrednio do ministra, a nie do któregoś z jego asystentów, którzy to zazwyczaj przekazywali polecenia służbowe w zastępstwie ministra.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że niemal na pewno ma to jakiś związek z wizytą izraelskiego ministra, co jednak nie przybliżało go do rozwiązania zagadki.

Zapukał do drzwi i wszedł nie czekając na odpowiedź. W pomieszczeniu było dziewięć osób: Kingsley z Timothym Royem, Ziva, dwóch mężczyzn w średnim wieku i czterech dwudziestokilkuletnich w mugolskich ubraniach. Kiedy Harry wszedł do środka, dwóch z nich zasłoniło mężczyzn w średnim wieku, a dwóch kolejnych wyszarpnęło nagle różdżki kierując je w jego stronę. Nim jednak zdołali na dobre nimi wycelować, ręce wygięły im się pod dziwnym kątem w stawie łokciowym i obaj klęknęli sycząc z bólu.

- Właśnie wymyśliłem nową zasadę – Harry spokojnie minął klęczących idąc przez pomieszczenie. Różdżka w jego dłoni, jak zawsze pojawiła się nie wiedzieć skąd, jak i kiedy. – Nie radzę panowie, chyba że chcecie dołączyć do kolegów – zwrócił się do dwóch kolejnych ochroniarzy, którzy sięgali po różdżki. Jedynie Ziva pozostała niewzruszona. – Czy mógłby pan powiedzieć tym panom, panie ministrze, że w moim kraju, w moim ministerstwie, gdy ktoś podniesie na mnie rękę, musi się liczyć z tym, że mu ją złamię? Roy – skinął głową na powitanie, zwracając się ku stojącemu obok ministra szefowi departamentu.

- Dobra zasada – Ziva odezwała się, wyraźnie dusząc śmiech. – Mogę ją wykorzystać?

- Proszę bardzo – nie odwrócił się do stojącej kilka kroków za nim Izraelki.

- Harry. Puść proszę tych panów – Roy przemówił spokojnym tonem. Dłoń Harrego nie drgnęła, ale mężczyźni z ulgą opuścili swoje ręce.

- Imponujące – Ziva mruknęła wybitnie do siebie.

- Panie Potter – King przemówił oficjalnie. – To są panowie Aronn Berg i Elliah David. Izraelscy minister magii i szef agencji bezpieczeństwa.

- Shalom – Harry skłonił się mężczyznom.

- Shalom – odpowiedział jedynie ten, nazywany Elliahem Davidem.

- Panowie składają nam przyjacielską wizytę. Pan minister Berg pragnie odwiedzić Hogwart, by spotkać się z panią dyrektor. Potrzebujemy zapewnić mu dodatkową ochronę.

- Przepraszam za pytanie, ale do czego potrzebna jest dodatkowa ochrona, przy transporcie Fiuu do gabinetu pani dyrektor?

- Dwóch oficerów pozostaje w ministerstwie z panem Davidem, a pan minister Berg życzy sobie zwiedzić Hogsmeade – Izraelski minister skinął delikatnie głową. Teraz dopiero Harry spostrzegł, że człowiek ten mimo swego raczej młodego wieku, wygląda jak trzy ćwierci do śmierci. Cerę miał chorobliwie szarą, oczy były podkrążone, a znajdujące się pod nimi sine wory sięgały niemal połowy policzków. Skóra policzków i wokół ust była dziwnie obwiśnięta.

- Dobrze, wyznaczymy eskortę. – Harry kiwnął głową. – Czy to wszystko, panie ministrze?

- Minister i pan David proszą o twoją eskortę – sprostował szef departamentu.

- Odmawiam – Harry odparł sucho. Usłyszał za sobą poruszenie, jakie wśród oficerów izraelskich wywołała jego twarda odmowa. Wyłapał kątem oka jak ich szef również wykonał bliżej nieokreślony ruch. Dlaczego odniósł wrażenie, że stojąca dokładnie za jego plecami Ziva, uśmiecha się kręcąc głową? – Szefie, dobrze pan wie że Neville jest na urlopie, więc nie mam partnera. Urquhart z Ramirez mogą się tym zająć.

- Nie chcę wysyłać całego zespołu, a poza tym pan minister poprosił o ciebie.

- Punkt 16 regulaminu wyraźnie mówi, że auror musi poruszać się w terenie w towarzystwie partnera.

- Nie chrzań Potter – żachnął się Roy. – To byłby pierwszy przypadek, kiedy przestrzegałbyś regulaminu.

- Ja go zawsze przestrzegam – Harry prychnął. – Czasami tylko go interpretuję.

- Ja mogę pójść jako twoja partnerka – odezwała się Ziva.

- Nie – uciął ostro. – Kingsley. Nie po to formowałeś ten zespół, żeby go teraz głupio narażać.

- Weź kogoś z biura. To spacer po Hogsmeade i Hogwarcie, nie wojna – powiedział czarnoskóry obojętnym tonem – Daję ci wolną rękę.

- To zawsze jest wojna – Harry mruknął – Mogę Weasley? – Naszło go nagłe olśnienie.

- Ronalda czy Ginewrę?

- Ginewrę. Chcę ją zobaczyć w terenie.

- Jak powiedziałem. To twoja decyzja – King przychylił się do prośby, a Roy potwierdził skinieniem. Harry obrócił się na pięcie, opuszczając gabinet ministra szybkim krokiem. Powinien się właściwie cieszyć, bo od kiedy Neville pojechał w podróż poślubną, Harry ani razu nie był na patrolu i zaledwie raz w terenie, kiedy wezwany został cały zespół. Pomimo zaufania do ich profesjonalizmu, Urquhart nie chciał puszczać Harrego i Eleny na wspólne patrole, obawiając się że nie pilnowani mogą rozpętać jakąś drakę, po której on będzie musiał sprzątać, albo co gorsza, nie będzie miał czego sprzątać. Wszystkie patrole wykonywał więc sam z Ramirez, Harrego pozostawiając z papierkami na głowie. Harry powinien więc się cieszyć, ale się nie cieszył. Robienie za ochroniarza może i było przyjemną pracą, ale na pewno nie jego wymarzoną, dodatkowo nikomu prócz trójki towarzyszy z zespołu nie powierzyłby swojego życia. Zwyczajnie, nikomu na tyle nie ufał. Ginny wybrał tylko dlatego, że wiedział, że zadanie to sprawi jej mniejszą przyjemność niż sprawiłoby Ronowi.

- Urquhart – odezwał się do szefa, który siedział już przy swoim biurku i ponownie przeglądał „Prawdę”.

- Wiesz co mnie niepokoi? – Szef wpadł mu w słowo.

- Nie?

- Czemu w tej gazecie, nawet w kontekście Hogsmeade, nie ma ani słowa o Czarnej Lidze.

- Może to mało poczytny temat?

- Może… – jego szef odparł z namysłem.

- W każdym razie. Kingsley wysyła mnie w teren. Mam ochraniać izraelskiego ministra w Hogsmeade i Hogwarcie.

- Odpada. Nie masz partnera, a z Ramirez was nie puszczę. – Odpowiedziało mu przeciągłe, oburzone ‚Hejjj’.

- To samo mu odpowiedziałem – Harry był aż niezdrowo zadowolony z siebie.

- My pójdziemy.

- To też mu powiedziałem. Nie zgodził się. Mam iść ja i koniec. Mam sobie wziąć kogoś z biura – uprzedził kolejne zdanie Urquharta.

- Oficjalnie zgłaszam, że mi się to nie podoba. Napiszę protest do Roya.

- Mogę mu zanieść. Jest u ministra. Robardsowi nie napiszesz protestu?

- Ale masz dowcip dzisiaj. Dobra, bierz kogoś i leć – machnął ręką.

- Weasley! – Harry krzyknął na całą salę.

- Co jest, stary? – Ron podniósł się z miejsca.

- Nie ty. Kadet Weasley – poczekał, aż zobaczy jej rudą burzę włosów. – Do mnie – wydał ostre polecenie. Nie czekając na Ginny podszedł do biurka Nevilla, sięgnął do górnej szuflady i wyjął z niej jego srebrną odznakę.

- Musi ją mieć – powiedział, zwracając się ponownie do Urquharta.

- Przecież nic nie mówię – popatrzył na przechodzącą między biurkami zespołu, Ginny. Z przeciwnej strony przejścia obserwowała ją Ramirez, puszczając oko, kiedy tylko ich oczy się spotkały. Ginny zmarszczyła czoło, nie wiedząc czego ma się spodziewać.

- Czego chcesz. Muszę się uczyć – spytała wyzywająco, maskując tym jednak sporo niepewności.

- Więcej szacunku. Jestem od ciebie starszy stopniem – prychnęła. – A od tej chwili jestem twoim zwierzchnikiem. Zostałaś tymczasowo włączona do Zespołu Szybkiego Reagowania – podał jej odznakę. Ginny przyjęła przedmiot i przyglądała się na przemian jemu i Harremu, węsząc jakiś podstęp. – Odznaka służy do komunikacji wewnątrz zespołu. Bierzesz ją w dłoń i myślisz komunikat i adresata – ścisnął przypiętą do swojej klapy odznakę, a ta w dłoni Ginny zawibrowała i pojawił się na niej komunikat, „Masz zadanie polowe, przypnij odznakę.” Kiedy wykonała polecenie, kontynuował cicho. – Lecimy do Hogsmeade w charakterze obstawy. Wspólnie z trojgiem izraelskich oficerów będziemy osłaniać ich ministra w trakcie spaceru przez wioskę i w drodze do szkoły. Prawdopodobnie nie wydarzy się nic, ale masz mieć oczy wokół głowy. Jasne?

- Dlaczego ja?

- Pytałem czy zadanie jest jasne.

- Jasne.

- Gdzie masz różdżkę? – Ginny sięgnęła do tylnej kieszeni, wyjmując długi przedmiot. – Daj i podwiń rękaw. – Wziął w dłoń różdżkę Ginny, celując nią w jej własne przedramię i kręcąc głową. – Rzucenie czaru powinno ci zajmować nie więcej niż trzy sekundy jeśli chcesz poważnie myśleć o przeżyciu, a nie możesz jej nieść w dłoni, bo wzbudziłabyś zainteresowanie. Szalonooki powiedziałby, że masz nie nosić różdżki w tylnej kieszeni, bo lepsi od ciebie odstrzelili sobie kawałek tyłka – Ramirez zachichotała w tle. – Najlepiej noś ją w rękawie. Możesz przyczepić ją do rękawa, ale sprawdzimy czy dasz sobie radę z uprzężą. – Wyczarował na jej przedramieniu skórzaną uprząż, taką samą, jaką nosił sam i schował w niej różdżkę. – Sprawdź czy możesz swobodnie ruszać ręką. – Ginny wykonała kilka ruchów, a Harry pokiwał z aprobatą. – Dobrze. Teraz delikatny ruch nadgarstkiem, o taki i chowasz ponownie do rękawa. Teraz ty. – Powiedział, kiedy jego własna różdżka zniknęła ponownie w uprzęży. Ginny wykonała ruch dłonią i różdżka wystrzeliła na podłogę nim zdążyła ją złapać. Elena wybuchnęła śmiechem. – Mam ci przypomnieć ile razy twoja gdzieś poleciała, nim odpuściłaś sobie uprząż, „Szybkoręka”? – Śmiech natychmiast się urwał, ustępując miejsca naburmuszeniu. Ginny złapała (ledwo ledwo) różdżkę już za drugim razem i całkiem sprawnie za trzecim. – Czas nas goni. – Ruszył w stronę drzwi, nie czekając na Ginny.

- Musisz być taki oficjalny? – odezwała się wreszcie, kiedy w milczeniu dojechali na pierwsze piętro i szli długim korytarzem.

- Muszę, dopóki nie zobaczę jak sobie radzisz – odpowiedział sztywno.

- Daj spokój, jesteśmy w ministerstwie. Spinać będziesz się w terenie, jak tak ci zależy.

- Słuchaj – odwrócił ją za ramię, przygniatając do ściany. – Na służbie jesteś dzisiaj od ósmej do dwudziestej, albo tak długo jak powie twój zwierzchnik i masz być czujna cały ten czas. Nigdy nie wiesz co się może stać, nawet w biurze.

- Ty jakoś się nie spinasz w biurze – odszczeknęła mu.

- Ja mogę sobie pozwolić na podzielenie uwagi bo mam za sobą dziesięć miesięcy służby. Dodatkowo wiem, że tyłka pilnuje mi troje partnerów, z którymi przebywam codziennie od czterech miesięcy i mam do nich pełne zaufanie mimo tego, w terenie zachowujemy się z dokładnie tak jak teraz.

- Więc nie masz do mnie zaufania?

- Jako auror? Ani trochę. Idziemy – ruszył w dalszą drogę. Od gabinetu Kinga dzieliło ich jeszcze z dziesięć metrów, ale Ginny nie odezwała się już ani słowem. – Zostań i uważaj na wszystko. Nikogo nie wpuszczaj.

- Nareszcie pan jest – usłyszał po raz pierwszy izraelskiego ministra, kiedy wszedł ponownie do biura Kingsleya. – Już myślałem, że ktoś pana porwał.

- Jako że bezpiecznie zalega pan sobie w fotelu, mogłem spokojnie zadbać o to by to pana nikt nie porwał – odparł bez wahania. W pomieszczeniu pozostało już tylko pięć osób. Izraelski minister, jego trzyosobowa obstawa i Kingsley.

- Jest pan bezczelny! – oburzył się minister Berg.

- Powszechnie uważa się mnie za wrzód na tyłku ministerstwa – Ziva wybuchnęła śmiechem. – Bezczelny w tym towarzystwie jest pan, a ty chyba zgłupiałeś – wskazał na Kingsleya. – Zostałeś sam z trzema potencjalnymi zagrożeniami i jednym realnym. Powinieneś mieć co najmniej dwie osoby obstawy.

- Wrzuć na luz, Harry – mruknął minister lekko speszony.

- Więc jaki jest plan?

- Zaprowadzicie gości do sali deportacyjnej i zabierzecie stamtąd do Hogsmeade. Myślę, że najlepiej będzie wylądować…

- Wiem już gdzie wyląduję – przerwał ministrowi. – Gotowi?

- Tak – odpowiedziała mu Ziva, czyli to ona była szefem tamtego zespołu. Harry dotknął odznaki, wysyłając do Ginny pytanie „Czysto?”, po chwili nadpłynęła odpowiedź „Tak”.

- Idziemy – otworzył drzwi, wychodząc przed gośćmi. – Osłaniasz tył – rzucił do Ginny, ruszając korytarzem. Kolumna ustawiła się tak że prowadzącym był Harry, w dwa kroki za nim szła Ziva prowadząc swojego ministra, który z tyłu osłaniany był przez dwóch oficerów, a Ginny zamykała pochód. Dzięki takiemu ustawieniu, gdy wysiedli z winy na drugim poziomie Harry mógł mieć na wszystko oko, idąc jako ostatni.

- Oficer Weasley – odezwał się, kiedy znaleźli się w sali deportacyjnej. – Proszę wziąć jednego z oficerów i deportować się na ulicę Wylotową.

- Tak jest – Ginny skinęła głową, biorąc za ramię jednego z Izraelczyków i już ich nie było.

- Poprowadzę państwa – Ziva z drugim oficerem chwycili ministra, a Harry dotknął ramienia Zivy.

Deportował ich na przedmieście Hogsmeade, gdzie czekali już Ginny z drugim z izraelskich oficerów.

- Prowadzisz. Najpierw na Główną, a później w drogę do szkoły. Ja będę zamykał – Ginny skinęła głową, ruszając ku centrum wioski. Ziva została z tyłu, idąc obok Harrego.

Kiedy tylko znaleźli się na ulicy Głównej, wpadli między przemieszczających się po wiosce mieszkańców, oraz czarodziejów załatwiających tutaj swoje interesy. Idący przed Bergiem oficerowie niemal natychmiast rozstąpili się i wtopili w tłum, ochraniając swojego ministra z oddali. Harry znał tą metodę z Cannes, ale bardzo jej nie lubił, a już na pewno nie zostawił by swojego ministra w towarzystwie dwóch obcych i zaledwie jednej zaufanej osoby. Trzech oficerów mogło od biedy ochronić ministra od bezpośredniego ataku, ale dwoje obcych i Ziva, to był hazard. Harremu znacznie bardziej odpowiadał model chiński, gdzie czterech, a najczęściej siedmiu ochroniarzy ciasno otacza dygnitarza, a kilku tajniaków kręci się dodatkowo w okolicy. Taki, jak mawiali Chińczycy, żółw, był nie do przejścia. Widząc zniknięcie Izraelczyków, Ginny cofnęła się i szła teraz zaledwie pół kroku przed Bergiem. Izraelski minister w najmniejszym stopniu nie interesował się wioską. Mimo, że Harry widział jedynie tył jego głowy, odnosił wrażenie, że jest on znudzony i naburmuszony. Ziva zaczęła dla odmiany luźną gadkę z Harrym.

- To gdzie cię wysłali z Cannes? Próbowałam się skontaktować z Michaiłem, ale po tym trzydziestym pierwszym miejscu wylądował gdzieś na Kamczatce.

- Całkiem blisko Kamczatki – odparł jej, a kąciki ust lekko mu zadrgały. – Wylądowałem w Chinach.

- Dobra twoja – dała mu przyjacielskiego kuksańca w ramię. Ginny drgnęła nerwowo, widząc to kątem oka. – Musiałeś się sporo nauczyć, co?

- Nawet nie masz pojęcia – przyznał. – To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałem. Ta twoja żebym brał Daleki Wschód.

- No widzisz, a ja dla odmiany w Indiach nauczyłam więcej szamaństwa i eliksirów, bo okazało się, że oni są głównie bezróżdżkowi i tej magii od dziecka trzeba się uczyć. Ale nie żałuję, nie myśl sobie. Nauczyłeś się jakiś fajnych czarów?

- Wiesz, jest taki jeden – uśmiechnął się na wspomnienie Draconis Inflamare. – Prawidłowo wykonany zmiótłby pół tej ulicy.

- Już go lubię. Musisz mi pokazać.

- Tak. Mi też – Ginny odezwała się niezbyt głośno, ale na tyle, żeby to usłyszał.

- Ok, ale może lepiej nie teraz i w kontrolowanych warunkach.

- Tylko nie zapomnij.

- Ja go przypilnuję – Ginny odpowiedziała im, nawet się nie odwracając. – Harry, widzisz to?

- Widzę – przyznał. Doskonale wiedział na co zwróciła uwagę i sam dostrzegł to kilka sekund wcześniej.

- Co widzisz?

- Tutaj – rzucił do Ginny, nim Ziva dokończyła swoje pytanie. Ginny skręciła nagle w mijane przejście między domami. Harry chwycił ministra za ramię i pociągnął w przejście, po chwili przejęła go Ginny, a on sam wepchnął Zivę w to samo przejście i machnął różdżką w kierunku ulicy. Ginny machnęła różdżką przed sobą i wepchnęła Berga na tyły budynku przy którym przechodzili.

- Sklep Georga? – spytała.

- Za daleko i zbyt wielu ludzi. Mamy trzydzieści sekund nim znajdą przejście. Leć pod bramę szkoły. Masz piętnaście sekund na odpowiedź, jaka jest sytuacja. Jeśli nie odpowiesz lecimy do Londynu i zostajesz sama. Jak będzie czysto aportujemy się trzy metry od wschodniej flanki bramy. Zostało dwadzieścia sekund, leć. Ginny zniknęła z trzaskiem.

- Co się dzieje?! – odezwała się wreszcie Ziva. Była na tyle pewna Harrego, że nie wycelowała w niego różdżką, co raczył zrobić jej minister. Harry różdżka ministra bynajmniej się nie przejął.

- Na ulicy było co najmniej sześciu semitów, raczej Arabów niż waszych.

- To mógł być przypadek. Przylecieli zwiedzać.

- Nie ma czegoś takiego jak przypadek. Cała grupa Arabów na ulicy na której nigdy nie było ani jednego, akurat w dniu waszej wizyty, to żaden przypadek. Choć oczywiście jest coś takiego jak pech – mówił to licząc w myślach sekundy. – Jeśli żyje to ją zamorduję – powiedział, gdy doszedł do czternastu, ale w tej chwili odznaka zawibrowała, „Czysto”.

Harry deportował całą trójkę wprost w wyznaczone miejsce. Zaledwie jeden rzut oka wystarczył by zorientować się w sytuacji. Ginny położyła dwóch przeciwników, zapewne zupełnie zaskoczonych jej aportacją.

- Do bramy – rozkazał i puścił Patronusa w stronę szkoły. Ziva chwyciła ministra pod ramię i pociągnęła w stronę ogromnej bramy, strzeżonej przed dwa skrzydlate dziki.

- Za bramę już nikt nie przejdzie – kiedy kończył to mówić, kilka metrów od Ginny strzeliło i aportowała się kolejna osoba. Ginny wykazała się jednak refleksem i nim aportacja się skończyła, puściła w materializującą się osobę Expulso. Efekt był taki, że aportująca osoba rozszczepiła się i przed nimi wylądowały jedynie głowa bez jednego oka i jedno ramię. Głowa zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Na szczęście nie był to nikt z ich ludzi, albo ludzi Izraelczyków.

- W dechę – rudowłosa aurorka powiedziała z zachwytem.

- Nie sądzę – rzucił zaklęcie w stronę kolejnej aportującej się postaci, dwie następne wylądowały między drzewami i wyskoczyły ciskając już zaklęciami.

Harry z Ginny odpowiedzieli kilkoma klątwami, wywiązując niezłą strzelaninę. Ziva i jej minister byli już po przeciwnej stronie bramy. W pobliżu aportowało się trzech kolejnych przeciwników, a od strony wioski nadbiegali już oficerowie Zivy.

- Wycofujemy się! – rozkazał Harry puszczając jeszcze kilka klątw, kiedy przekraczali z Ginny bramę. Semici puścili jakieś zaklęcia w ich stronę, ale zostały one pochłonięte przez tarcze osłaniające szkołę.

- Niewiele brakowało – dziewczyna najspokojniej w świecie poprawiała potargane włosy.

- Mówiłem ci, że to niebezpieczne zajęcie. Teraz mi wierzysz? – głos miał grobowy, ale Ginny wiedziała, że cały aż gotuje się od emocji.

- Nie przesadzaj, nie raz już byłam w terenie i nic się nie działo. To ty jesteś magnesem na kłopoty. – prychnęła.

- Proszę zaprowadzić gości do pani dyrektor – zmienił temat rozmowy.

- A ty?

- Ja muszę poczekać na resztę zespołu i Grupę Uderzeniową. Zaraz tutaj będą. Wykonać.

- Tak jest! – odparła mu oficjalnie, choć więcej było w tym żartu jak spełnienia obowiązujących reguł. – Proszę przede mną – wskazała gościom kierunek.

- A moi ludzie? – Berg spytał, patrząc na nie mogących się przedostać przez barierę oficerów.

- Zostaną po tamtej stronie.

- Żądam wpuszczenia moich ludzi.

- Oficer David. Proszę wyjaśnić swojemu ministrowi, że w zaistniałej sytuacji nie mogę wpuścić nikogo obcego na teren szkoły. Proszę też udać się pod eskortą oficer Weasley do gabinetu dyrektora.

- Panie ministrze. Proszę pójść z nami – Ziva powtórzyła spokojnym, acz stanowczym tonem.

Kiedy szli przez błonia kierując się w stronę zamku, Ginny odwróciła się. Harry wciąż stał przed bramą ze spuszczoną głową, nie zwracając uwagi na wściekających się po przeciwnej stronie dwóch Izraelczyków i członków jego zespołu, którzy właśnie zaczęli swoją pracę. Podobny był w tej chwili posągowi, jakiemuś wiecznemu strażnikowi, który czeka na sygnał by zbudzić się do działania. Czuła promieniującą od niego siłę, ale też podziwiała spokój. Chciała być obok niego, ale wiedziała, że ona nie potrafiłaby w tej chwili stać w bezruchu, pozwalając by inni rozprawiali się z przeciwnikami. Prawdopodobnie nie potrafiłaby też odpuścić walki i wycofać się za szkolną bramę. Może to właśnie dlatego ona była kadetem, a on członkiem doborowego zespołu. Może właśnie to opanowanie i konsekwencja w wykonywaniu swojej pracy były tą jedyną rzeczą, która ich różniła.

- Idziemy – rzuciła do podążających z nią osób. Nie żeby ich popędzić, ale żeby otrząsnąć się ze swych myśli.

- Czy nie powinna nas pani prowadzić. Skąd niby mamy wiedzieć gdzie jest gabinet dyrektorski? – Minister nadal był opryskliwy.

- W obecnej sytuacji bezpieczniej jest gdy osłaniam tyły. – „Raczej też wam nie ufam.” dodała w myślach. – Powiem, którędy macie państwo iść.

Szkoła była o tej porze niemal pusta bo właśnie trwały zajęcia lekcyjne, co można było uznać za okoliczności sprzyjające. Trojgu gości udało się przemknąć przez szkołę niemal niezauważonym. Ci nieliczni uczniowie którzy ich dostrzegli albo Ginny nie rozpoznali, albo też udali że tego nie zrobili, postanawiając nie zbliżać się do aurora prowadzącego dwoje obcych ludzi, z których jedno – Ziva – było uzbrojone i wyglądało raczej groźnie.

Strzegący gabinetu gargulec zdawał się ich oczekiwać i odskoczył gdy tylko podeszli. Magiczne schody powiodły ich w górę, ku dyrektorskiej wieży, najwyższej z wież zamkowych. Gdy Ginny zastukała ciężką kołatką, zamiast zwyczajowego, ostrego „proszę”, drzwi zwyczajnie się otworzyły pozwalając im wejść. McGonagall wstała ze swego fotela, kiedy tylko znaleźli się w środku. Uprzejmie przywitała się z ministrem, prosząc go by spoczął w przeznaczonym dla gości fotelu i oferując herbatę i ciastka. Minister wciąż był naburmuszony za odrobinę bezceremonialne potraktowanie jego osoby i całkowicie bezceremonialne potraktowanie jego ochrony, ale odmówił w miarę uprzejmie.

- Panna Weasley? – teraz dyrektorka zwróciła się do niej. – Co pani tutaj robi?

- Stanowię osłonę wizyty pana ministra – Ginny odpowiedziała z niejaką dumą w głosie.

- Pan Potter poinformował przez patronusa, że minister zostanie przyprowadzony przez aurora, bo on musi pozostać przy bramie.

- I minister został przyprowadzony przez aurora – wskazała na swoją odznakę.

- Co zatrzymało pana Pottera, czy coś się wydarzyło w drodze? – w odpowiedzi usłyszeli prychnięcie izraelskiego ministra.

- Oczywiście, że się stało. Ci… aurorzy, przerwali mi spacer po wiosce, zasłaniając się jakimiś wyimaginowanymi napastnikami i przenieśli w sam środek przygotowanej zasadzki, licząc że stracę życie.

- Jeśli chcielibyśmy, żeby stracił pan życie, to tak by się stało – warknęła Ginny. – Mamy w tym wprawę.

- Zasadzka na pańskie życie? Tutaj, w Hogsmeade? – dyrektorka wykrzyknęła, łapiąc się za serce.

- Tak. Zasadzono na mnie bandę Arabusów, ale to nic nowego, tyle że u nas już leżeli by trupem, położeni przez moją ochronę.

- Pańska ochrona ich przepuściła, więc to nie dzięki nim nie leży trupem pan! – Berg odpowiedział Ginny lekceważącym prychnięciem.

- Trzeba natychmiast powiadomić ministerstwo – McGonnagall podeszła do biurka, by sięgnąć po pióro i pergamin.

- Ministerstwo już wie. Zespół Szybkiego Reagowania i Grupa Uderzeniowa już zajmują się sprawą. Jeśli uznają to za konieczne, na pewno powiadomią szefa departamentu – Ginny starała się zapanować nad nerwami na tyle, na ile była w stanie. Wyobrażała sobie, że właśnie tak zachowałby się Harry.

- Trzeba przekazać tą wiadomość Kingsleyowi.

- Minister nie ma w tym kontekście władzy.

- Tu chodzi o zagranicznego gościa, trzeba przekazać tą wiadomość najwyższym władzom.

- Ta wiadomość dotarła już dokładnie tam gdzie powinna dotrzeć, pani dyrektor – Ginny stanęła pomiędzy kominkiem a dyrektorką, która trzymała już w dłoni list i proszek Fiuu.

- Ta decyzja nie należy do pani.

- Właściwie to należy.

- W tej szkole rządzę ja, panno Weasley. Proszę się odsunąć.

- Jestem tutaj najstarszym stopniem przedstawicielem biura aurorów, odpowiadam za bezpieczeństwo ministra Berga i dopóki nie zostanę zwolniona przez starszego stopniem oficera, to ja decyduję o tym kto i czego się dowie. – „Spokój, zachować spokój” powtarzała sobie w myślach, czując, jak zaczynają jej drżeć mięśnie. Zawsze zbyt szybko puszczały jej nerwy, to pewnie dlatego tak często się kłócili. „Zachowaj spokój”. Na szczęście nie musiała go zachowywać na długo. Ledwie skończyły tą wymianę zdań, drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem.

- Panna Weasley ma rację. Była tu najstarsza stopniem i to do niej należała ta decyzja – Urquhart przemówił jak zawsze spokojnie, wchodząc do gabinetu. Za nim wkroczyli dwaj ochroniarze ministra Berga i Harry.

- Oficerze…

- Urquhart.

- Oficerze Urquhart, czy teraz możemy zawiadomić ministra?

- Nie – odpowiedział Harry.

- To nie pana pytałam, panie Potter.

- Oficer Potter dowodzi akcją. Ja tu tylko sprzątam – Urquhart odrzekł z lekkim uśmiechem.

- Ja żądam wezwania ministra Shackelbolta – Berg poderwał się z fotela, choć nie zrobiło to na nikim większego wrażenia.

- Oczywiście ma pan takie prawo – przyznał mu Harry. – Timothy Roy został już poinformowany o zaistniałej sytuacji, jeśli zajdzie taka potrzeba poinformuje ministra. Elliah David i reszta pańskiej ochrony przebywa teraz w Hogsmeade i asystuje naszym oficerom w sprawie. Zjawią się tutaj z oficer Ramirez, kiedy zakończą czynności służbowe. Urquhart, poczekaj tutaj na Ramirez i resztę Izraelczyków. Ja chciałbym porozmawiać z oficer Weasley i szefem ochrony ministra na osobności. Jeśli można – ostatnie powiedział do Zivy.

- Panowie – milcząca dotąd Ziva, zwróciła się do dwóch izraelskich oficerów i ruszyła za Harrym i Ginny.

- Chodźcie nad jezioro – Harry powiedział spokojnie, kiedy znaleźli się już na korytarzu u stóp zaczarowanych schodów do gabinetu.

Trafili akurat na początek przerwy obiadowej w szkole, więc ze wszystkich stron płynęły okrzyki „Harry!”, „Potter!”, „Siemasz stary?”. Harry co chwila musiał komuś machać, kiwać głową, podawać rękę lub przybijać piątkę. Co jakiś czas napływały również pozdrowienia dla Ginny, te jednak wypowiadane były w głównej mierze przez Gryfonów.

- Więc tak to jest być tobą? – Ziva spytała, kiedy wydostali się wreszcie na błonia.

- Mniej więcej.

- Raczej więcej – wtrąciła mu Ginny złośliwie.

- Powiedz, jak podoba ci się Anglia, oficer David?

- Nie sądziłam, że będzie taka ekscytująca. Tylko przeciwnicy tendencyjni. Przydał by się ktoś „nowy” – Ginny zachichotała niekontrolowanie.

- Przykro mi, że nie spełniliśmy twoich oczekiwań. Następnym razem postaramy się bardziej.

- Trzymam cię za słowo. Harry, chciałam was przeprosić – powiedziała niepewnie.

- Nie przepraszaj, to oznaka słabości.

- Ale ja naprawę chcę was przeprosić.

- Ale za co? – odwrócił się, tak by stanąć do niej przodem – Za to, że twój minister nazwał tych ludzi Arabusami? Czy może za to, że jest gburem i dupkiem, a może za tych kolesi, którzy czekali na nas przed szkołą?

- Myślę, że za wszystkie te sprawy.

- Mhm – Harry odpowiedział wymijająco.

- Spoko. Zdarza się – Ginny przyjęła przeprosiny za niego.

- Powiesz mi może, kto tak właściwie się na nas nasadził?

- Nie mam pojęcia, trafiają się tacy wariaci co jakiś czas. Trochę jak u was śmierciożercy. Jak ich przesłuchacie, to się dowiemy kto to.

- Mhm. W ten czy inny sposób coś od nich wyciągniemy.

- Tylko dlatego nas tutaj wyciągnąłeś?

- Nie. Skąd – odparł z szerokim uśmiechem. – Chciałem się przejść. Tęsknię za tym miejscem.

- Ja też. Pięknie tu jest, prawda?

- Nawet nie macie pojęcia jak. Nasza szkoła jest niemal na pustyni. Słońce cały rok, gorąco jak w piekle, wokół tylko piasek i wyschnięte krzaki. Czasami, wiosną, aby coś zakwitnie i tyle. Chętnie bym się tutaj uczyła, choćby i pół życia.

- A drugie pół? – spytał z zaciekawieniem.

- No wiesz, są inne przyjemne rzeczy, których w szkole nie da się robić.

- Zdziwiłabyś się – wyrwało się Ginny, nim zdążyła ugryźć się w język. Ziva popatrzyła na nich przymrużonymi oczami, ale nic nie odpowiedziała.

- Obiecałem wam pokazać jedno zaklęcie, jak byliśmy Hogsmeade.

- To którym udałoby nam się ich wszystkich pokonać. Musisz je pokazać! – ucieszyła się Ginny.

- No to pokaż te swoje, chińskie cuda.

- Rozsuńcie się – polecił i odczekał aż się rozstąpią, stając po kilka metrów od niego. – Jeśli mi się uda, to będzie dopiero drugi raz. Tylko tak ostrzegam, jeśli nic by się nie stało. – Skierował różdżkę w stronę jeziora, na brzegu którego stali i skupił się na wszystkich przepełniających go uczuciach. – Draconis Inflamare! – wykrzyknął, a z jego różdżki wystrzelił potężny, wężowy smok, z którego oczu, pyska i nozdrzy buchały płomienie, cały był przerażającym płomieniem. Smok ryknął, jeszcze mocniej buchnął płomieniami z pyska i pomknął niczym kometa ponad jeziorem, by zniknąć po jego przeciwnej stronie.

- Wow – wyrwało się Ginny.

- W rzeczy samej – przytaknęła Izraelka, wciąż wpatrując się w punkt, gdzie zniknął smok.

- Chcecie spróbować? – obie kobiety kiwnęły głowami. – Pamiętajcie, Draconis Inflamare.

Obie kobiety wykrzyknęły zaklęcie jednocześnie i obie poniosły całkowitą porażkę. Jakże dziwnie podobne, nachmurzone miny teraz miały.

- To trochę jak z zaklęciami niewybaczalnymi. Musicie bardzo tego chcieć. O tak – tym razem wykrzyknął zaklęcie w myślach i zrobił to po chińsku. Było to jedno z tych niewielu chińskich zaklęć, które potrafił wymówić. Tym razem, przywołany po chińsku smok, był o wiele potężniejszy i bardziej przerażający. Wystrzeliwszy ponad jezioro ryknął potężnie, wykręcił przepiękną pętlę, przemknął nad głową Ginny, która padła na ziemię i począł wirować wokół Zivy, tworząc wokół niej ognisty krąg bez wyjścia.

- Ok, on jest ekstra, ale już mnie wypuść – Ziva krzyknęła poprzez ryk smoka i płomieni. W odległych drzwiach zamku pojawiła się spora grupka uczniów, ale nikt nie odważył się podejść.

- Kim byli ci ludzie w Hogsmeade? – spytał ją spokojnie, wciąż trzymając wyciągniętą dłoń z różdżką, która delikatnie drżała.

- Mówiłam ci. Różni wariaci się trafiają, nie mam pojęcia.

- Kontrola tego smoka wymaga wiele koncentracji i wysiłku, wystarczy, że na chwilę się zdekoncentruję, albo puszczą mi nerwy i może dojść do tragedii – powiedział, w napięciu obserwując ognistą istotę. – Kim byli?

- Jak się jest Izraelczykiem w Palestynie to takie rzeczy się zdarzają, Arabowie nas nie lubią – krzyknęła. Harry skrzywił się delikatnie jakby z bólu, a smok minął Zivę swym pyskiem o nie więcej niż pół metra.

- Harry! – krzyknęła Ginny, która właśnie odzyskała głos.

- To był przypadek. Właśnie straciłem koncentrację – odpowiedział narzeczonej. – Na seminarium mówiłaś mi, że w przeciwieństwie do mugoli, wy żyjecie w pokoju. Zaklęcia go tylko wzmacniają – dokończył zupełnie zmieniając temat, po tym, jak Ziva cisnęła jakimś zaklęciem w płomienie.

- To się zmieniło! – odpowiedziała mu lekko histerycznie. Ona nigdy nie mówiła histerycznie.

- Co się zmieniło?

- Minister się zmienił! – Harry czekał w napięciu. – Jest mugolakiem. Synem szefa mugolskiej radykalnej organizacji.

- No i co?

- Jego ojciec domaga się wypędzenia Arabów z Palestyny, przynajmniej domagał, póki nie zginął i Berg zaczął domagać się tego samego! – Harry odesłał smoka nad jezioro, gdzie ten eksplodował. Ziva upadła na kolana, z ulgą łapiąc chłodne powietrze. Była rozgrzana do czerwoności od szalejących wokół niej płomieni.

- Nie mogliście ich namierzyć sami, więc przylecieliście do nas, żebyśmy ich złapali, a wy potem?

- Na mocy przepisów wymoglibyśmy ich wydanie i przesłuchali u siebie – dokończyła za niego. – Przepraszam cię jeszcze raz.

- To ty mi powiedziałaś żebym kierował się w służbie zasadami. Pamiętasz jak brzmi twoja własna zasada, która to była? Czterdziesta piąta?

- Sam sprzątasz swój bałagan?

- Ta też pasuje, ale chodziło mi akurat o: „Nigdy nie przyjmuj przeprosin od kogoś, kto właśnie cię wyrolował” – mruknął.

- Czterdziesta druga.

- Nie ważne. Wracamy do zamku. Nie zostawiajmy twojego ministra bez opieki.

- Skąd wiedziałeś, Harry? – Ginny spytała gdy wracali.

- Jeśli wydaje ci się, że ktoś z tobą pogrywa, zapewne tak jest – wyjaśnił ze spokojem.

- Ale skąd wiedziałeś, że to ona, a nie minister.

- Minister nie wygląda na aż tak inteligentnego, a tatuś tak.

- Tatuś?

- Elliah David, Ziva David?

- David to bardzo popularnie nazwisko w Izraelu – odezwała się Ziva idąc kilka kroków za nimi.

- Mhm.

Kiedy wrócili do gabinetu dyrektorki było tam znacznie tłoczniej. Do już zebranych osób dołączyli już Ramirez z Elliahem Davidem i kolejnymi dwoma oficerami izraelskimi.

- Jak sytuacja? – Harry zwrócił się do Ramirez.

- Opanowana. Wszyscy są już w naszym areszcie. Udało nam się nawet poskładać tego rozszczepionego – powiedziała z dumą. – Widowiskowa robota, Weasley.

- Żądamy wydania nam przestępców – Elliah David odezwał się niemal natychmiast.

- Ramirez, leć do departamentu i wprowadź pierwszy stopień gotowości.

- W departamencie? – spytała zdziwiona.

- Jak chcesz, to możesz w całym ministerstwie – odparł spokojnie.

- Przecież to może tylko Roy…

- To co się głupio pytasz. Leć! – sarknął. Wystarczyło kilka sekund by drzwi gabinetu huknęły, a Ramirez popędziła przez Hogwart.

- Żądamy…

- Słyszałem za pierwszym razem, ale to akurat należy do ministra. Nadal chce się pan z nim spotkać, panie Berg? – Harry spytał uprzejmie. Za uprzejmie. Urquhart od razu wyczuł sarkazm i począł się zastanawiać, co zaszło w czasie rozmowy z izraelską.

Harry dał Elenie Ramirez kilka minut na powrót do ministerstwa i wykonanie jego polecenia, nim zgodził się na wykorzystanie przez nich sieci Fiuu.

Po wylądowaniu, u ministra rozpętało się małe piekło. Izraelczycy domagali się przekazania im więźniów, na co nie zgadzali się biorący udział w całym zamieszaniu aurorzy. Jako, że napastnicy tak naprawdę starli się z aurorami, nie Izraelczykami, wydanie ich zależało od chęci Kingsleya, który miał w sobie zbyt dużo dobrej woli. Gdyby Harremu nie udało się przekonać go, że zostali wystawieni przez Izraelczyków, co chcąc nie chcąc potwierdziła Ziva, zapewne więźniowie polecieliby do Tel-Awiwu razem z zagranicznymi gośćmi.

Cała wizyta skończyła się małym skandalem, kiedy to w nocy izraelscy oficerowie próbowali wykraść więźniów i porwać ich ze sobą. Na ich nieszczęście wpadli na niemal wszystkich aurorów, kadetów i oficerów patrolu, którzy pozostali w departamencie ze względu na najwyższy poziom gotowości zarządzony przez Harrego.

Sam Harry zresztą również tam był, gdyż pomimo wydarzeń całego dnia, po wprowadzeniu pierwszego poziomu gotowości tylko umieranie w Mungu zwalniało z przebywania na służbie. O dziwo, tym razem Robards nie wygłosił pod jego adresem żadnego komentarza, nie żeby Harremu szczególnie tego brakowało.

Siedmiu Izraelczyków – tak, siedmiu, jako że najwyraźniej prócz oficjalnej ochrony do Anglii przybyło trochę tajniaków – w tej liczbie i Ziva, siedzieli skrępowani w pokojach przesłuchań. W tym czasie, minister Berg i Elliah David wykłócali się piętro wyżej o sposób traktowania oficjalnej delegacji.

- I co, Ziva – Harry przemówił, siadając naprzeciw niej w pokoju przesłuchań. – Nocne zwiedzanie bez przewodnika?

- Można tak to ująć.

- Czego tutaj szukaliście?

- Przecież wiesz.

- Chcę to usłyszeć od ciebie.

- Przecież wiesz.

- Przyszliście ich odbić?

- Tak sądzisz? – zdziwiła się. – Przecież to by było niegrzeczne.

- Włamanie do ministerstwa. Próba odbicia więźniów.

- Naprawdę sądzisz, że to tutaj robiliśmy? – zdziwiła się ponownie. – Jak sam powiedziałeś. My jedynie urządziliśmy sobie nocne zwiedzanie.

- Za taki numer czeka dziesięcioletnia wycieczka po naszej największej atrakcji turystycznej. Nazywa się Azkaban. Może słyszałaś?

- Tak. Zawsze chciałam go odwiedzić. Ale podobno jest tam teraz o jedną atrakcję mniej. Nie ma dementorów?

- I tak nie da się tam nudzić.

- To bardzo dobrze. Mam nadzieję, że dziesięć lat wystarczy na dobre poznanie tego miejsca?

- Obawiam się, że nie. Za dziesięć minut macie świstoklik w jedną stronę, bez prawa powrotu. Ciesz się, że King ma za miękkie serce. Ja się chyba cieszę… a może jednak nie… – Harry opuścił salę przesłuchań, musiał przygotować transport dla wszystkich zagranicznych gości.

Minister Berg i Elliah David czekali już w gabinecie ministra, trzymając się sporego wieszaka na płaszcze, na tyle dużego, by mogło go chwycić dziewięć osób, kiedy do pomieszczenia została wprowadzona pozostała siódemka. Prowadzona przez Harrego i Ginny Ziva szła na końcu.

- Zdajesz sobie sprawę, że właśnie przetrąciłeś mi karierę? – Spytała go najspokojniej w świecie.

- Nigdy nie zadzieraj z aurorem – odparł. – Poza tym, to ty skopałaś tą operację, nie ja. – Delikatnie popchnął ją w stronę wieszaka.

- Trochę szkoda – Ginny powiedziała pół godziny później, gdy ponownie stali przy biurku Nevilla, tym razem odkładając odznakę do szuflady.

- Co szkoda?

- Że ta kolacja nie wypaliła. Zaczynałam ją lubić.

- Spokojnie. Jeszcze będziecie miały okazję się spotkać.

- Skąd wiesz? Przecież ma zakaz przyjazdu.

- Ziva tak łatwo mi tego nie daruje. Możesz być tego pewna – zamknął szufladę z odznaką Nevilla. – To co, lecimy do domu? Należy nam się porządny odpoczynek.

- Chyba coś ci się pomyliło – prychnęła na niego. – Zapomniałeś, ja mieszkam teraz w Muszelce.

- Przecież nie będziesz ich budzić w środku nocy.

- Dla twojej wiadomości, jest piąta rano, więc nikogo nie obudzę.

- Właśnie Potter. Jest piąta rano – Urquhart powiedział, wchodząc do biura. – Za godzinę zaczynasz zmianę. Kawa dla ciebie. – Podał mu spory, mugolski kubek z gorącym napojem.

- Ja nie piję kawy – mruknął.

- Pa skarbie. Smacznego – Ginny dała mu całusa i pobiegła do wyjścia, uśmiechając się odrobinę złośliwie.

- Ja nie piję kawy – mruknął drugi raz, stawiając kubek na biurku Ramirez, obok tego postawionego przez Urquharta. – I ty o tym wiesz. I od kiedy to dajesz nam w ogóle kawę?

- Wie, ale to jego zawoalowane „Dobra robota” – odpowiedziała mu Ramirez. – Dał ci kawę, żebyś nie poczuł się zbyt doceniony. Ode mnie sok dyniowy z parasolką- podała mu trzymany kubek. – Naprawdę dobra robota Harry, no i dzięki za kawę chłopaki. Kawy nigdy zbyt wiele – postawiła sobie na biurku trzeci kubek.

Harry usiadł przy swoim biurku pociągając łyk soku przez ozdobioną parasolką słomkę. Spojrzał na Urquharta, który obserwował oboje swoich pracowników, a po chwili uśmiechnął się szeroko, zakładając nogi na biurko i delikatnie kręcąc krzesłem. Jeszcze nigdy nie był tak dumny ze swojego zespołu. Jeszcze tego nie wiedział, ale to był dopiero początek i miało być już tylko lepiej.

Inspirowane utworem pt. „Niepokonani” wyk. Perfekt.

1. Mam nadzieję, że wybaczycie mi oczywisty plagiat, jakiego dokonałem opisując Zivę David. Kiedy wprowadzałem Zivę do swojego opowiadania w ubiegłym roku w Cannes, miałem przed oczami postać Zivy David byłej agentki Mosadu z serialu NCIS. Wtedy jednak nie zastanawiałem się, kim tak naprawdę jest moja Ziva. Miała być silną kobietą, która wywrze duży wpływ (jeśli nie na kartach tego opowiadania, to poza nimi) na Harrego jako aurora. Miała nauczyć go postępowania w pracy według kodeksu, który sam dla siebie stworzy, ale też pomóc w wewnętrznej walce z przeszłością (efekty tego ostatniego jeszcze przeczytamy). Miała być przede wszystkim postacią epizodyczną, która co jakiś czas będzie mieszała w życiu naszych bohaterów.

Taką epizodyczną Zivę opisałem początkowo w tym właśnie rozdziale. Izraelkę z nieokreśloną przeszłością, trochę tajemniczą, silną kobietę. Później jednak dowiedziałem się, że Cote de Pablo postanowiła opuścić serial NCIS, a co za tym idzie i Ziva David opuści ten serial. Nie mogłem się powstrzymać, by nie przepisać części rozdziału tak, by uwiecznić w nim moją ulubioną kobiecą postać w moim ukochanym serialu i jedną z ulubionych postaci telewizyjnych w ogóle.

2.Draconis Inflamare – Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym czarem jeszcze w ubiegłym roku, w ostatnim rozdziale „Roku Ósmego”. Harry pojechał na wymianę by uczyć i wynieść z tej nauki to co najlepsze. Szukałem więc najpotężniejszych czarów i najtrudniejszych, jakie mógłby wykonać (jak sam powiedział, jeśli mu się uda, będzie to dopiero drugi raz). Chiny zawsze kojarzyły mi się ze smokami i sztucznymi ogniami (to Chińczycy wynaleźli proch strzelniczy i to prawie tysiąc lat przed Europejczykami). Naturalnym więc wyborem był „Smoczy Ogień”(Transkrypcja Polski->Chiński->Łacina).

3. Harry – Ginny – Molly. Trójkąt intrygi się zacieśnia…

4. Nie jestem Antysemitą (paradoksalnie zarówno Żydzi izraelscy, jak i Arabowie zamieszkujący Liban, Syrię, Jordanię, Palestynę i okoliczne tereny to ludy Semickie) i rozdziałem tym nie chciałem urazić niczyich uczuć, czy też dyskryminować jedno z wyznań/nacji. Usłyszałem opinię, że cały pomysł Żydowsko – Arabski był karkołomny. Był, ale chciałem ukazać, że to nie wyznanie, czy narodowość są problemem tego regionu. Problemem są ludzie, którzy nie chcą porozumienia. W Cannes Ziva mówiła Harremu, że czarodzieje Izraelscy żyją dobrze z tymi, arabskimi. Wystarczyła zmiana ministra…

 

Zmiana Terminów?

12 wrz

Co byście powiedzieli, żeby Rozdziały (nie Bonusy) przewidziane na ten rok, ukazywały się o tydzień wcześniej, co oznacza najbliższą za dwa dni?

Przejrzałem raz jeszcze chronologię wydarzeń i doszedłem do takiego dziwnego wniosku, że opisywane wydarzenia dzieją się tak średnio o tydzień przed publikacją notki, a jeden z rozdziałów nawet o ponad miesiąc.Z notkami przyszłorocznymi tego problemu nie ma i pozostałyby w niezmienionych terminach. Myślę, że byłoby to łatwiejsze i logiczniejsze w czytaniu.

Co myślicie o takiej zmianie? Publikować tydzień wcześniej?

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

1. Ślub, którego nikt się nie spodziewał.

04 wrz

Jak do tego doszło. Pomyślał stojąc przed ołtarzem i nie mogąc oderwać wzroku od Ginny. Jak to wszystko się strasznie poplątało, kończąc tym ślubem. Ślubem, którego nikt nie planował, ba, nikt tak naprawdę się nie spodziewał. Starał się przypomnieć sobie ostatnie miesiące, te które doprowadziły ich przed ten ołtarz, jednocześnie uważając by nie stracić kontaktu z rzeczywistością i nie przegapić najważniejszego momentu imprezy.

Był poniedziałkowy poranek, rozpoczynał się trzeci tydzień lipca, a Harry rozpoczynał pierwszy dzień pracy po powrocie z Norwegii. Siedział w ministerstwie od piątej rano, najpierw przechodząc odprawę u ministra, potem u Roya, na koniec u Urquharta. Błogosławił fakt, że Robards nadal się na niego boczy i nie zechciał przeprowadzić odprawy. Nanosił właśnie ostatnie poprawki na raport z operacji „Złamany Knut”, jak określono śledztwo w sprawie zamordowania Korneliusza Knota. Oficjalnie media otrzymały komunikat o nagłej śmierci byłego ministra, który został odnaleziony pewnego ranka w swoim wiejskim dworku. Nikt spoza Biura Aurorów, nawet szef departamentu i minister, nie znali wszystkich szczegółów tej sprawy. Nie łatwo było okłamywać Kinga, ale Harry jakoś sobie z tym radził.

Minął już miesiąc bezowocnych poszukiwań i sprawa miała zostać przekazana innemu zespołowi aurorów, brakowało do tego już tylko raportu Harrego, nad którym ślęczał od ponad godziny.

- Harry, Harry! – usłyszał okrzyk zdyszanego Nevilla. „Najwyższy czas”, pomyślał, jako że jego przyjaciel powinien był być w pracy niemal dwie godziny temu. – Żenię się! – dokończył stając przy biurku Harrego.

- Nie, nie żenisz się – Harry odpowiedział flegmatycznie, nie podnosząc nawet głowy.

- Stary, super że jesteś! – usłyszał okrzyk Rona. Ten przynajmniej był w pracy na czas. – Żenię się!

- Moglibyście koordynować swoje dowcipy. Jeden niech je opowiada, a drugi potwierdza historię. Teraz tracicie wiarygodność.

- Harry, ale ja naprawdę się żenię! – upierał się Neville.

- Neville – Harry spojrzał wreszcie na mężczyznę. – Ja nie wątpię, że tak ci się wydaje. Ale zapewniam cię, że się nie żenisz. Widzisz, Ron ma przynajmniej dziewczynę, więc w jego wykonaniu jest to bardziej wiarygodne, ale nie, ty też się nie żenisz, Ron – dokończył, przenosząc wzrok na drugiego z przyjaciół.

- Ależ żenię się! – zaoponował rudzielec.

- Hermiona o tym wie?

- No nie.

- Więc się nie żenisz.

- Ale…

- Co to? Męskie koło plotkarskie? – usłyszał ją nim zobaczył.

- Czy możesz wytłumaczyć swojemu bratu, że się nie żeni? A wracając do ciebie, Neville… Ginny! – Właśnie się zorientował co mu nie pasuje. Ginny powinna spać w swojej sypialni przy Grimmauld Place, nie chodzić po Biurze Aurorów. – Co ty tu robisz i dlaczego jesteś w mundurze?!

- Jestem kadetką – odparła z dumą.

- Eee, nie, nie jesteś?

- Czy ty się nabawiłeś jakiejś tropikalnej choroby w Norwegii, ciągle tylko mówisz „nie”? – dotknęła mu czoła wierzchem dłoni, zupełnie jakby sprawdzała temperaturę. – Więc się żenisz Ron?

- Tak…

- Nie, nie jesteś kadetką – Harry nie dawał za wygraną.

- Ależ jestem, zdałam egzaminy jak byłeś w Norwegii, porozmawiamy o tym później. Ron, czy Hermiona o tym wie?

- No, nie wie.

- Więc się nie żenisz.

- A kiedy w ogóle zamierzałaś mi powiedzieć? Widzieliśmy się wczoraj, widzieliśmy dzisiaj.

- Przy dobrej okazji.

- A jaka okazja byłaby dobra?

- No, myślałam że może właśnie taka. Jaka mogłaby być lepsza niż spotkanie niespodzianka w pracy?

- Nieważne. – Harry pokręcił głową i postanowił zająć się jedną sprawą naraz. – Więc Neville, Ron na dziewczynę, ale się nie żeni – ostatnie dwa słowa powiedział głośniej, zerkając na rozmawiającego z Ginny Rona.

- Ale ja też mam dziewczynę – Neville przytaknął skwapliwie.

- Czy ona o tym wie?

- Że bierzemy ślub?

- Nie! Że jest twoją dziewczyną! – Harry czuł się, jakby pytał o „oczywiste oczywistości”.

- No wie i wie, że bierzemy ślub.

- Będę tego żałował – wygodniej rozparł się w krześle, zdejmując okulary i mocno pocierając kąciki oczu – ale zapytam. Kto to jest?

- Hanna.

- Jaka Hanna?

- Nasza Hanna? – wtrąciła się Ginny – Hanna Abbott?

- Tak – Longbottom uśmiechnął się od ucha do ucha.

- Dobra, państwo aurorzy, wynocha – Harry machnął ręką w stronę Weasleyów jakby odganiał kury – a ty bierz tu krzesło. Masz sporo do wyjaśnienia.

- Ja ci dam wynocha! – zaperzyła się Ginny.

- Kadetko Weasley – dotąd milczący Urquhart, przemówił spokojnie. – Zdaję się, że było to polecenie służbowe, a nie sugestia, więc proszę się oddalić do swojego biurka. Panie Weasley?

- Tak, tak. Już idę – Ron uprzedził polecenie.

- Harry, Neville, wy też jesteście w pracy – Urquhart zwrócił uwagę swoim podwładnym.

- Nie panikuj szefie – Harry delikatnie wzruszył ramionami. – Po miesiącu Knot nawet nie poczuje, że przez godzinę się nim nie zajmowałem.

- Właśnie, nie przerywaj. Knot bardziej martwy i tak już nie będzie, a chłopaki ciekawe rzeczy opowiadają – Ramirez przytaknęła z zapałem. – Mówcie dalej chłopaki, zamieniam się w słuch.

- No dobra, Neville. Powiedzmy, że masz dziewczynę.

- Bo mam – Neville siedział już wyprostowany dumnie na krześle, naprzeciw Harrego.

- Powiedzmy, że masz dziewczynę. Jak do tego doszło, że to ona?

- Jak wy we trójkę polowaliście na Horkruksy, my walczyliśmy w szkole.

- To akurat wiem, przewiń historię.

- Hanna dołączyła do Gwardii. Świetnie nam się gadało, bo wiesz, ona lubi zielarstwo i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy ze sobą niby spotykać

- Jakoś tak wyszło – Harry mruknął z lekkim niedowierzaniem. – Że zaczęli się niby spotykać… Neville, na gacie Merlina! Spotykanie to jedno, a ślub to zupełnie co innego. Zresztą, kiedy się spotykaliście, jak ona była w szkole?

- No, widzieliśmy się na uroczystościach rocznicowych, tych na których cię nie było.

- Super, widzieliście się na tych uroczystościach. Zdaje się, że zapomnieliście o kilku etapach. Spotykanie się, chodzenie ze sobą, zaręczyny, narzeczeństwo, planowanie ślubu i dopiero ślub.

- Wiesz, on ma trochę racji – wtrąciła latynoska.

- Tylko, że jak się spotkaliśmy wtedy w maju, to zaczęliśmy rozmawiać i jakoś tak wyszło.

- Matko Boska – Harry ukrył twarz w dłoniach, widząc już dokąd zmierza Neville. – A pomyśleć, że się bałem, że to z Ronem będą problemy.

- Wiesz, że brzmisz teraz jak sfrustrowany ojciec? – Ramirez przypięła mu szpilę.

- Jakoś tak się czuję. Rozumiem Neville że postanowiłeś być dojrzałym facetem i wziąć odpowiedzialność. Chwali ci się, ale po co od razu ślub, przecież możecie dziecko wychowywać bez ślubu. Hanna się upiera, czy coś?

- Nie, ona by mogła bez.

- To co, babcia? Możemy z Augustą porozmawiać.

- Ja chcę, Harry. Ja chcę tego ślubu.

- Ale po co?

- Harry, będę miał dziecko, chcę żeby to dziecko miało rodziców.

- Przecież będzie miało. Papierek w tą czy w tą – Harry wzruszył ramionami.

- Jakby tobie i Ginny się zdarzyło, też byś mówił że ślub jest niepotrzebny?

- No dobra, skoro się upierasz. Czego oczekujesz ode mnie? – uciekł od odpowiedzi, czując że robi mu się gorąco.

- Czy zostaniesz moim drużbą?

- Stary, no jasne że tak – Harry od razu się rozpromienił. Nigdy nie był drużbą, ba, zaledwie raz był na ślubie i kawałku wesela, ale wiedział jaki to zaszczyt i czuł się zaszczycony. – Ale skoro tak, to dzisiaj widzimy się u mnie.

- Zaraz po pracy! – Ucieszył się Neville.

- Nie, nie tak od razu. Najpierw muszę się z kimś rozmówić, wpadnij tak o dziewiątej. Ok?

- Jasne.

- Ty też, Ron! – krzyknął na całą salę.

- Co ja też?

- Też jesteś idiotą i masz się stawić u mnie w domu o dziewiątej wieczór! – w głosie Harrego zadźwięczała wyraźna nutka drwiny.

Przez cały dzień Harry nie miał okazji do rozmowy z Ginny. Nie był też pewien czy chce tą rozmowę przeprowadzać w biurze, w obecności tylu świadków. Zirytowany i zawiedzony bił się z myślami. Powinien być dumny, że udało jej się dostać do biura, ale czuł złość i zawód, że nie porozmawiała z nim o swoich planach i nie pochwaliła się, gdy tylko wrócił do kraju. Czuł się oszukany. Uważał, że pewne rzeczy powinni ustalać razem, a przynajmniej o nich rozmawiać. Byli parą i planowali, ciszej czy głośniej, ale planowali, wspólne życie, więc powinni o tym porozmawiać. Ok, ok, on nie zapytał Ginny o zdanie, ale wtedy nie byli jeszcze narzeczonymi, poza tym znał jej opinię na ten temat. Zresztą, nie o to chodzi!

- Porozmawiamy w domu – szepnął jej do ucha, kończąc swoją zmianę.

Teraz siedział przy kuchennym stole, z Łapą przy nogach i Hektorem na kolanach, czując jak narasta w nim wściekłość na narzeczoną. W końcu, prawie pół godziny po ósmej z kominka buchnęły zielone płomienie i zawirowała w nich Ginny.

- Jak wyglądam? – zapytała wesoło, wykręcając zgrabny piruecik przed paleniskiem. Idealnie dopasowany mundur podkreślał wszystkie zalety jej figury. Cały zły humor szlag trafił.

- Jak zawsze, przepięknie – bąknął.

- Fajną niespodziankę ci zrobiłam?

- Nie.

- Nie podobała ci się? – uśmiech Ginny przygasł.

- Ani trochę.

- No ale przecież teraz jestem aurorem, będziemy razem pracować, razem walczyć. Będzie super!

- Nie, nie będzie super! – przypomniał sobie właśnie, o co był tak wkurzony. – Czy ty myślisz, że to jakaś zabawa? Jakaś gra? Że co, posiedzisz sobie ze mną przy biurku, potem pójdziemy gdzieś do miasta, szast prast i położymy kilku śmierciożerców?! – Harry dawno nie krzyczał, tak naprawdę nie krzyczał nigdy i nie pamiętał by kiedykolwiek podniósł głos na Ginny. – Pozwól, że zdradzę ci wielki sekret. To nie jest gra, to nie jest zabawa. To jest poważna sprawa. To jest niebezpieczne!

- Harry, ja nie…

- I zdradzę ci jeszcze jeden sekret! – krzycząc, nie pozwalał jej dojść do słowa. – Fajna panuje atmosfera w biurze, prawda? Śmiejemy się, dowcipkujemy, robimy z siebie żarty, prawda? – Ginny sztywno kiwnęła głową. – Powiedzieć ci dlaczego? Chcesz wiedzieć? Śmiejemy się, bo to może być ostatni raz kiedy się widzimy, żartujemy sobie, bo już za chwilę może nie być nam do śmiechu. Za chwilę mogą wysłać nas na cmentarz, gdzie odradza się Voldemort, albo do Hogsmeade w Bożonarodzeniową noc. Pamiętasz Boże Narodzenie? Pamiętasz w jakim stanie wróciłem? – Ginny ponownie kiwnęła sztywno. – A wiesz, że trzech chłopaków z Brygady Uderzeniowej wcale nie wróciło do swoich rodzin? Wiesz, że pięciu naszych wylądowało w Mungu? Wiesz, że leżeli tam całe tygodnie? Wiesz, że jeden już nigdy nie wrócił do biura? Że krzyczy po nocach i nie chce dotknąć różdżki? – Ginny zbladła. – Dalej myślisz, że to zabawa? Że to tak fajnie jest być aurorem? To nie jest żadna pieprzona zabawa. Tutaj giną ludzie!

- Obiecuję nie zginąć – powiedziała głucho. Harry milcząc patrzył na nią przez chwilę.

- Usiądź skarbie. Musisz być skonana – odezwał się niespodziewanie łagodnie. Poderwał się z krzesła, a Hektor zgrabnie przeskoczył na sąsiednie siedzisko z delikatnie urażoną miną. – Już podaję ci obiad – z uśmiechem na twarzy zaczął nalewać jej zupę grzybową i nakładać leczo.

- Dziękuję – pocałowała go w policzek, kiedy stawiał przed nią talerze.

- No to teraz opowiadaj – powiedział, ponownie siadając naprzeciw niej. – Jak ci poszły egzaminy?

- Przecież wiesz, że nie mogę! – odparła z oburzeniem.

- Tylko cię sprawdzałem, tylko cię sprawdzałem – uśmiechnął się delikatnie, choć strasznie go korciło dowiedzieć się jakie miała wyniki. Wątpił jednak, żeby Pills zechciał mu powiedzieć.

- No dobra – Ginny wypaliła w końcu, wiercąc się na krześle. – Było super i totalna prościzna. Normalnie spacerek.

- Tak, spacerek też tam był – puścił do niej oko.

- Dwadzieścia sekund – mrugnęła w odpowiedzi. Była niesamowita. Po prostu niesamowita.

Siedzieli przy kuchennym stole i śmiali się do siebie, rozmawiając o dniu dzisiejszym, o dniu wczorajszym, o tym co będzie jutro i co już było. O wszystkim i o niczym. Siedzieli i śmiali się, jakby niedawna kłótnia wcale nie miała miejsca.

Rozmowę przerwał im dzwonek do drzwi. Harry spojrzał na zegarek, minuta dzieliła ich od dziewiątej.

- Przepraszam cię skarbie, ale czy mogłabyś zostawić nas samych?

- Męskie sprawy – bardziej stwierdziła, niż spytała, wspinając się za nim po schodach prowadzących na parter ich domu.

- Coś w tym stylu.

Kiedy znaleźli się na szczycie schodów w końcu holu wejściowego, przez próg właśnie przechodził wpuszczony przez Stworka Neville.

- Czołem, Harry. Dobry wieczór, Ginny – skłonił się delikatnie. – Na pewno wam nie przeszkadzam o tak później porze?

- No coś ty, wchodź – Ginny przywitała się z przyjacielem.

- Hej! Zaczekajcie na mnie, nie zamykajcie! – usłyszeli z dworu najpierw okrzyk, a potem głuche gruchnięcie i w drzwiach pojawił się Ron, podtrzymując się futryny. Najwyraźniej potknął się na schodach. – Cześć siostra. No to czego chcesz, stary? – dokończył patrząc na Harrego.

- To ja was zostawię – Ginny uśmiechnęła się uroczo i wywinąwszy piruet pobiegła po schodach na górę. W chwilę później tą samą drogę pokonał Łapa, omal nie przewracając niczego nie spodziewających się mężczyzn, kiedy przemknął im między nogami w pogoni za swoją panią.

- Chodźcie do kuchni – Harry zaprosił swoich towarzyszy do tradycyjnego już miejsca odbywania narad w tym domu.

Kuchnia oświetlona była tylko jedną, zawieszoną nad stołem lampą naftową, pod którą grzał się Hektor.

- Wiesz że jesteś niesamowity, kocie? – Harry powiedział, biorąc czarnego futrzaka na ręce, w odpowiedzi na co kot zaczął z miejsca mruczeć. Delikatnym ruchem różdżki przywołał szmatkę, która wyczyściła kuchenny stół i wracając do zlewu pacnęła rozglądającego się po garnkach Rona w potylicę. – Siadajcie – wskazał im krzesła naprzeciw siebie. – Ron, nie będzie nic do jedzenia. Byłeś na kolacji w domu – poczekał aż obaj mężczyźni usiedli przed nim, w międzyczasie drapiąc za uchem mruczącego Hektora. – Muszę powiedzieć, że zdrowo wam obu odwaliło i musimy się zastanowić co z waszym szaleństwem mamy zrobić.

- Czyli omawiamy mój ślub – ucieszył się Ron.

- Nie, omawiamy ślub Nevilla, ty się nie żenisz i czy mógłbyś nie przywoływać kremowego ze spiżarni nie pytając gospodarza o pozwolenie? A jak już to robisz, to powinieneś się upewnić czy inni też nie mają ochoty – powiedział na jednym wydechu. – Tak czy siak, twoją sprawą zajmiemy się później.

- Ja się żenię, Harry – powiedział z naciskiem Neville.

- Wiem.

- I nie odwiedziesz mnie od tego pomysłu.

- Nie zamierzam, ale jako twój drużba muszę wiedzieć na czym stoimy.

- Jesteś jego drużbą?! – Ron omal nie zachłysnął się pitym kremowym. – A czemu je nie jestem?

- Nie wiem czy można mieć dwóch – spojrzał na Harrego, a ten wzruszył ramionami w geście niewiedzy.

- Pewnie, że można! – wykrzyknął Ron. – Mój wujek miał trzech.

- W takim razie. Chcesz być moim drużbą, Ron? Razem z Harrym oczywiście.

- Pewnie! – Ron cały się rozpromienił. – Więc, skoro już jestem twoim drużbą, to mów co, jak i kiedy. Zacznij od tego z kim się żenisz.

- Przecież mówił.

- Poważnie, kiedy?

- Dzisiaj w biurze.

- Musiało mnie nie być. – Ron wzruszył ramionami. – Więc kto to.

- Hanna, Hanna Abbott – odpowiedział mu Neville.

- Hanna? Ekstra! Nie znam jej za dobrze, ale i ta ekstra – Ron był wulkanem entuzjazmu. – Hanna to ta blondyna, prawda? – Harry jęknął, ukrywszy twarz w dłoniach.

- Tak, Hanna to ta blondyna – powiedział głosem zduszonym przez dłonie. – Byłeś przy tym, jak Neville mówił to w biurze. Była przy tym też Ginny i powtarzała imię Hanny przynajmniej dwa razy.

- Nie pamiętam.

- Czy ja mógłbym przeprowadzić na tobie oklumencję? – zapytał go Harry.

- Ale po co?

- Bo twój mózg jest dla mnie nieodgadnioną tajemnicą. Nie ważne. Neville – zwrócił się ponownie do drugiego z przyjaciół. – Czy już coś zaplanowaliście?

- W sumie to nie, bo dopiero po zakończeniu roku mi powiedziała. Ale chcielibyśmy w miarę szybko, nim będzie bardzo widać.

- Co będzie widać?

- Że Neville będzie tatusiem – powiedział dobitnie Harry, zerkając z ukosa na niedomyślnego rudzielca. – Niegłupio, a załatwialiście już coś w ministerstwie? Pozwolenia i te sprawy.

- Tak, musimy czekać dwa miesiące na wolny termin.

- No to mamy trochę czasu. Ok, czyli termin z grubsza macie, a jak chcecie to organizować. Małe, duże, u niej, u ciebie, czy coś wynajmujecie?

- Wiesz, żadne z nas nie ma wielkiej rodziny, ani odpowiednich finansów, więc będzie raczej skromnie. Myśleliśmy zwyczajnie, o sali ślubów, w ministerstwie.

- Odpada, robimy ci normalne wesele – Harry z werwą zaprzeczył pomysłowi przyjaciela.

- Będziesz ojcem? Ale jak? Co na to twoja babcia? – Ron wyrwał się wreszcie z szoku.

- Merlinie, niech ci Hermiona wyjaśni skąd się dzieci biorą, albo George, on będzie miał przy tym więcej śmiechu. Drugie pytanie jest za to całkiem sensowne, Ron. Co na to Augusta? Cieszy się, że będzie prababcią?

- No ten. Babcia jeszcze nic nie wie – Neville szepnął, blednąc na samą myśl o poinformowaniu babci.

- Jeśli tak – Harry wykonał krótki ruch różdżką, wyczarowując trzy szklanki i przezroczysty trunek, jednocześnie znikając z ręki Rona butelkę kremowego, czemu towarzyszyło oburzone „Ej!”. Odkorkował butelkę, napełnił do połowy trzy szklanki i opróżnił swoją jednym haustem, po czym nalał sobie kolejne pół. – Pij – przesunął jedną ze szklanek w stronę Nevilla. Przyjaciel spojrzał podejrzliwie na podsuwany trunek. – No pij.

Neville upił łyk płynu i zakrztusił się nim.

- Na gacie Merlina! – wycharczał.

- Chorwacka Grappa – wyjaśnił gospodarz. – Duszkiem do dna! – Neville wykonał polecenie, a Harry nalał mu kolejne pół. W międzyczasie Ron wypił swoją porcję.

- Piękna Morgano, z czego to jest zrobione, z jadu bazyliszka? To ma z czterdzieści procent!

- Koło siedemdziesięciu, to bimber z winogron. Więc Augusta nic nie wie? Kiepsko Neville – Harry pokręcił głową. – Lubi chociaż Hannę? Jak lubi, to jakoś powinna to przełknąć.

- One nigdy się nawet nie spotkały. Babcia wie tylko, że mam dziewczynę.

- Pij następnego. Robi się coraz ciekawiej. Zakładam, że rodzina Hanny też nie wie? – Neville pokręcił głową. – No to będziemy musieli się zastanowić, jak powiedzieć o tym Auguście, z rodziną Hanny jakoś sobie poradzicie. Ron – zwrócił się do przyjaciela – załatwmy to krótko, ty się nie żenisz dopóki Hermiona nie powie, że się żenicie i to powinno być dla ciebie jasne. – Ron kiwnął głową, upijając kolejny łyk Grappy. – Hermiona nie powie ci że się żenicie, póki się jej nie oświadczysz, co powinno być dla ciebie oczywiste, więc lepiej zacznij od zastanawiania się, jak i kiedy zamierzasz się jej oświadczyć. Jasne?

- Jasne.

- No to wracamy do Nevilla… – przerwało mu delikatnie pukanie do drzwi, po chwili do pomieszczenia weszła Ginny.

- Już późno kochanie – przewiesiła się Harremu przez ramiona, stając za jego krzesłem. – Poczekać na ciebie, czy kłaść się spać?

- Idź spać – pocałował ją delikatnie w policzek. – Nam jeszcze tutaj zejdzie.

- Tylko nie zapominaj że jutro idziesz do pracy. I ty też, Neville. Będę u siebie – zmierzwiła mu delikatnie czuprynę.

- Pamiętam – odprowadził ją wzrokiem. – Więc, Neville… – zaczął ponownie, kiedy wyszła.

Rozmowy przeciągnęły się do późnych godzin nocnych i było już dobrze po północy, kiedy przedyskutowawszy większość istotnych szczegółów ożenku Nevilla i rozpracowawszy do dna pokaźną butelkę Grappy, mężczyźni postanowili zakończyć spotkanie. Zaprawiony przez Michaiła i resztę ekipy z Cannes Harry trzymał się całkiem dobrze, czego nie można było powiedzieć o jego kolegach, których zmuszony był odprowadzić do domu.

W pierwszej kolejności trzeba było odholować Nevilla, który zniósł spotkanie z butelką Grappy najgorzej z nich trzech. Harry zastanawiał się nawet, czy jego przyjaciel miał kiedykolwiek alkohol w ustach. Harry wspomagany przez Rona (choć ten również był w nie najlepszym stanie), deportowali kolegę wprost pod furtkę wejściową do domku, w którym mieszkał z babcią. W kuchennym oknie wciąż płonęło światło, co groziło spotkaniem z Augustą. Harry planował pozostawić go przed drzwiami i deportować się z Ronem, nim jednak zdołali doprowadzić wspierającego się na ich ramionach, radośnie rozgadanego Nevilla na próg, drzwi otworzyły się na oścież.

- Nevillu Longbottom, gdzieś ty się podziewał! – wykrzyknęła oburzona Augusta.

- Dobry wieczór, pani Longbottom – grzecznie przywitał się Harry.

- Dobry wieczór, Harry Potterze. Czy mojemu wnukowi coś się stało? – spytała, nagle zmieniając ton.

- Skąd, jest tylko pijany w sztok – Ron palnął, nim zdołał ugryźć się w język. Nie było zresztą pewne, czy w tym stanie przyszłoby mu nawet do głowy gryźć się w język.

- Pijany? – oczy Augusty niebezpiecznie się zwęziły, przypominając w przedziwny sposób spojrzenie profesor McGonagall.

- Tak, babciu! Pijany i szczęśliwy – Neville był najwyraźniej jedną z tych osób, które upijają się na wesoło. – Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Wykrzyknął, śmiejąc się.

- Co ty bredzisz, dziecko?

- Jestem szczęśliwy, bo się żenię! – Harry odniósł wrażenie, że już to kiedyś przeżywał. Deja Vu było wręcz nieznośne. – Żenię się i będę ojcem!

- Po moim trupie! – no tak, już wiedział kiedy to przeżył. Gdy ogłaszali Molly swoje zaręczyny, on i Ginny. – Nie żenisz się!

- Harry powtarzał mu to cały ranek – Ron zachichotał. – Dobrze, że nie zabroniła mu mieć dziecka, tu już po ptokach jest. – powiedział do Harrego teatralnym szeptem.

- Przymknij się stary.

- Już się zamykam – udał, że zasuwa sobie usta.

- Czy ktoś mi powie, o jakim on mówi dziecku? – Augusta wodziła po nich wzrokiem. – Ty, Harry Potterze. Wyglądasz na najtrzeźwiejszego.

- Czy możemy najpierw wejść do środka? – Harry zapytał uprzejmie.

- Ależ nie ma takiej potrzeby! – Neville wykrzyknął radośnie, wyplątując się z ramion towarzyszy. Widzisz babciu, będziemy mieli dziecko. Znaczy nie ty i ja, tylko Hanna i ja, a ty będziesz prababcią!

- Chyba muszę się położyć – mruknęła Augusta, zawracając do domu. Neville pomachał kolegom i podążył za nią, zamykając drzwi.

- Myślisz, że jakoś się dogadają?

- Wiesz, przyjęła to o wiele lepiej niż twoja matka, a my nie spodziewamy się dziecka. Skoro zaś mowa o twojej matce… – deportowali się do Nory.

Następnego dnia Harry pojawił się rano w pracy ze szklistymi oczami i butelką wody. Neville za to przywlókł się spóźniony i ledwie podnosząc nogi. Oczy ukryte miał za ciemnymi okularami i błagał by do niego szeptano, bo każdy, najmniejszy nawet dźwięk sprawiał mu ból. Gdy zaś Ramirez zaczęła rozprawiać o swoim śniadaniu, uciekł do łazienki. Harry postawił mu na biurku wysoką szklankę wody z rozpuszczoną w niej aspiryną, choć nie był pewien czy pomoże ona na stan Nevilla.

Kolejne dni mijały szybciej aniżeli ktokolwiek mógłby się spodziewać. Neville przedstawił babci Hannę i pomimo początkowego ataku paniki w wykonaniu Augusty, ostatecznie obie kobiety przypadły sobie do gustu.

Rodzina Hanny, dla odmiany, była wręcz zachwycona ślubem i ciążą. Harry uznał, że upadli na głowę, ale to nie był jego problem.

Dni Harrego szybko mijały na pracy w biurze, pomaganiu w przygotowaniach do ślubu, przynajmniej w takim stopniu jakiego oczekiwano od drużby i przyjaciela, pilnowaniu żeby Ron nie zrobił jakiejś głupoty względem oświadczyn, ciągnących się w nieskończoność kłótniach z Ginny i następujących po nich szczęśliwych chwilach.

Nim się obejrzeli, nadszedł ranek ostatniego dnia lipca. Urodziny Harrego i dzień złożenia przysięgi przez Rona. Był to jeden ze „Spokojnych Dni”, jak przyjaciele z biura zwykli nazywać dni, kiedy Ginny nie miała wspólnej zmiany z Harrym. Kwaterą nie wstrząsały wtedy syki, krzyki i trzaskania pięściami w stoły, jakie towarzyszyły sprzeczkom narzeczonych

Harry towarzyszył Ronowi w sali Wizengamotu, w czasie składania przysięgi. Wszystko odbywało się dokładnie tak samo, jak w dniu gdy stali tutaj z Nevillem.

Ron stał pośrodku sali, wyprostowany jak struna, z prawą dłonią na sercu, lewą uniesioną na wysokość głowy i dwoma palcami skierowanymi ku górze. Ubrany był w najbardziej galowy z mundurów, taki sam, jaki miał wtedy na sobie Harry, W obecności ministra magii i szefa Departamentu Przestrzegana Prawa, składał przed Wizengamotem Przysięgę Aurorską, najważniejszą jaką składał w życiu.

Ja, auror. Uroczyście ślubuję. Sumiennie przestrzegać czarodziejskich praw i nakazów. Chronić wszystkich, czarodziejów i mugoli, przed zagrożeniami płynącymi z czarnej magii. Dbać o ich bezpieczeństwo. Chronić domy. Strzec bezpieczeństwa wolności i niepodległości magicznej Wielkiej Brytanii. Nieść pomoc, tym którzy jej potrzebują. Bronić honoru aurora i strzec aurorskich tajemnic. Wolności Brytyjskiego Ministerstwa Magii nigdy nie poddać.

Ja, auror. Oczekuję od siebie najwyższych poświęceń. Krwi własnej nie szczędzić i godnie oddać życie, jeśli nadejdzie taka konieczność.

- I tego od ciebie się oczekuje – odparł Kingsley. – Przysięgę twoją przyjąłem. Idź aurorze i czyń swoją powinność.

- Tak jest! – Ron odparł dumnie. Zebrani w sali członkowie Wizengamotu oklaskami powitali go w szeregach aurorów. Kingsley zszedł z mównicy by uścisną

mu prawicę, a Timothy Roy przypiął do piersi odznakę aurorską, oraz pierwsze insygnia na pagonach.

Harry obserwował całą sceną z przejścia pomiędzy przygotowanymi dla uczestniczących w procesach widzów ławkami. Więc tak to wyglądało z boku. Ron wydawał się tak strasznie mały w tej ogromnej sali, o wysokich, czarnych ścianach i sklepieniu tonącym w mroku. Przed ludźmi w krwisto czerwonych togach. Jeśli Ron wyglądał tutaj tak niepozornie, to jak musiał wyglądać on. W oku zakręciła mu się łza. Był dumny ze swojego przyjaciela, jednocześnie jednak bał się w tej właśnie chwili bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

- Ty płaczesz, Harry? – Ron podszedł do niego sprężystym krokiem. – Coś się stało?

- Tak. Właśnie stało się coś strasznego. Nie wiem jak biuro aurorów przetrwa twoją obecność. – Otarł łzę, uśmiechając się złośliwie.

- Ciebie przetrwało, to mnie tym bardziej – objął Harrego ramieniem. – No to obaj jesteśmy aurorami! – popchnął przyjaciela do wyjścia.

- Ani mi nie mów.

Aurorzy udali się z powrotem do biura, gdzie koledzy i koleżanki tradycyjnie czekali już z oklaskami na nowo zaprzysiężonego. Harry wrócił do swojego boksu, starając się skupić na pracy, choć jego myśli uciekały wciąż do zbliżającego się wieczoru. Nie wiedział co dokładnie się wydarzy, ale wiedział że jakkolwiek finał tego dnia się nie ułoży, to i tak będzie ciekawie. Zwłaszcza, że ma się zjawić w Norze po raz pierwszy od zaręczyn z Ginny.

- No i co Harry? – Neville pochylił się nad jego biurkiem. – Zrobi to?

- Nie zrobi – Harry odparł spokojnie.

- Zrezygnował?

- Nie, ale zcykorzy w ostatniej chwili.

- A ja myślę, że jednak da radę. Za bardzo mu zależy. Mogę się nawet o to założyć.

- Dziesięć Galleonów?

- Wchodzę – Neville przypieczętował zakład.

- Wierz, że najpierw lecimy do jej rodziców, do mugolskiego szpitala, prosić o pozwolenie? – zapytał, gdy przyjaciel wrócił do swojego biurka. Neville lekko się skrzywił, poruszył szczęką, jakby starał się coś zgryźć. – I tak uważam, że to zrobi – powiedział z wymuszonym przekonaniem.

- Łatwa kasa. To wpadniesz zobaczyć czy wygrałeś?

- Przecież wiesz, że mamy kolację zapoznawczą rodzin.

- A, no to miłej zabawy. Dasz sobie radę.

- Wiem – odparł Neville z dumą.

- A wiecie, kto jeszcze dzisiaj świętuje w tym biurze? – po sali potoczył się donośny głos Rona.

- Ja go zabiję, gołymi rękoma go zabiję – Harry warknął przez zęby, a Ramirez zachichotała.

- Harry ma dzisiaj urodziny! – dokończył Ron.

Po sali poniosła się burza oklasków i do Harrego podbiegło co najmniej tuzin kadetów i aurorów, wyciągając na środek sali i śpiewając sto lat.

- No to, twoje zdrowie, Harry – Ramirez wcisnęła mu w dłoń szklankę whiskey. – Za Harrego Pottera, starzejącego się aurora.

- Za starego Pottera! – zebrani odpowiedzieli chórem.

- Za Harrego Pottera, wrzód na tyłku szefostwa! – Urquhart wykrzyknął, stojąc przy swoim biurku.

- Za wrzody na tyłku szefostwa! – tym razem wykrzyknęła już cała sala.

- Dzięki – Harry zasalutował im szklanką i wypił jej zawartość do dna.

- Opa hej! – krzyknęło kilka osób.

- Harry, Weasley. Podejdźcie tutaj. – Zawołał ich Urquhart.

- Słucham szefie. – Harremu udało się po jakimś czasie wyrwać z kręgu przyjaciół i pociągnąć za sobą Rona.

- Przede wszystkim. Gratulacje Weasley – zwrócił się do rudzielca. – Pracuj sumiennie i trenuj, to osiągniesz wiele. Masz zadatki na świetnego aurora. Teraz ty, Harry. Ze względu na urodziny i to, że macie coś do zrobienia jak mniemam, dostajesz wolne do końca dnia.

- Dzięki szefie.

- Nie dziękuj, tylko spadaj. Ty też Weasley.

Reszta dnia była dla mężczyzn jeszcze bardziej emocjonująca aniżeli jego początek. Wizyta w mugolskim szpitalu przyprawiła ich obu o ciarki i gdyby nie to, że po aferze w Mieście Smoka kiedy omal nie spłonął, Harry niczego się nie bał – no bał się Ginny – zapewne by sobie odpuścili. Szczególnie widząc jak lekarze zszywają ludzi nićmi, a mama Hermiony wierci komuś dziurę w zębach. Harry nigdy nie był u dentysty kiedy mieszkał u mugoli i teraz błogosławił ten fakt.

Rodzice Hermiony pamiętali Harrego z ich spotkania w Australii. Przywrócenie pamięci nie wymazało im wspomnień spędzonego w tamtym kraju roku ich życia. Przypomnienie sobie Harrego ułatwiło im przełamanie pierwszych lodów i po poważnej rozmowie, w czasie której mama Hermiony się popłakała, zgodzili się oddać rękę swej jedynej córki Ronowi. Harry mógł tylko marzyć, żeby Molly przyjęła informację o zaręczynach własnej córki równie gładko. Ale właściwie to sam był sobie winien. Mógł nie zatrzymywać dziewczyny w Boże Narodzenie na Grimmauld Place bez pozwolenia Molly, mógł nie porywać Ginny do Rio i przede wszystkim, mógł najpierw poprosić o jej rękę, nim oświadczył się na środku ulicy przy dziesiątkach gapiów.

Wieczór i noc w Norze były radosne i szalone, ale codzienność dopadła ich zbyt szybko i po weekendzie musieli ponownie wracać do codzienności pracy w biurze aurorów, czytania donosów i raportów, patrolowania ulic.

Wraz z rozpoczęciem sierpnia, rozpoczął się też staż Hermiony w ministerstwie i rozpoczęły się częste zniknięcia Rona z kwatery głównej w godzinach jego służby, choć te dwa fakty łatwo było powiązać ze sobą.

Z dnia na dzień znanych było coraz więcej szczegółów ślubu Nevilla i Hanny. Wiadomo już było, że wesele będzie skromne, jako że oboje nie mieli licznej rodziny, ani licznej grupy przyjaciół, choć ci których mieli byli wierni jak nikt inny. Uroczystość miała się odbyć w namiocie, na łące przy domu Augusty, pod samym lasem. Dokładnie o zachodzie słońca.

Po Hannie było coraz bardziej widać, że jest w odmiennym stanie i z każdym kolejnym dniem dziewczyna bardziej promieniała. Młodzi nie zamierzali się przed nikim kryć z faktem ciąży, ani kamuflować jej zmyślnym krojem sukni lub też dodatkowymi falbankami. Małą tradycją stało się, że trzy zaręczone pary spotykały się na wspólnych obiadach albo spacerach, śmiejąc się, dowcipkując i zżywając się coraz bardziej. Hermiona i Ginny zabierały Hannę na zakupy do świata magicznego i mugolskiego, wydając pieniądze zarobione przez Nevilla na ubranka, zabawki i przeróżne gadżety potrzebne dziecku. Jako że nie wiadomo było jakiej płci będzie dziecko, kupowały wszystko, zarówno dla chłopca jak i dziewczynki.

Kłótnie Harrego i Ginny stały się rzadsze, ale dla odmiany bardziej gwałtowne, co nie zmieniało faktu, że kochali się jak nikt inny na świecie.

Harry postanowił wynagrodzić swojej narzeczonej wszystkie sprzeczki i wciągając w całą sprawę Ramirez, Urquharta, a nawet samego szefa departamentu, uknuł mały spisek, który po okruszkach zaprowadził Ginny do restauracji, gdzie czekał na nią z kolacją i ogromnym bukietem róż.

Przygotował też niewielką niespodziankę dla Nevilla i Hanny, ale o tym mieli się przekonać dopiero po ślubie.

Na tydzień przed uroczystością odbyło się potajemne zebranie spiskowców, w którym wzięli udział Ron, Harry, Ginny, Hermiona, bliźniaczki Patil które pełniły rolę druhen, oraz kilkoro innych członków Gwardii. Przyjaciele uradzili, że młodzi muszą mieć wieczór kawalerski i panieński, w przeciwnym razie „ślub nie będzie się liczył.”

Z jasnych względów, w przypadku Hanny imprezowanie w jakimkolwiek klubie raczej odpadało, więc dziewczęta, pod silnym wpływem jedynej mugolaczki w tym towarzystwie, Hermiony, postanowiły zabrać Hannę do jednego z londyńskich salonów SPA, a później jakiejś kawiarni. Mężczyźni zaś, zaklinając się na wszystkie świętości i miłość do swych kobiet, że go nie spiją i nie pchną w ramiona striptizerek, mieli wyciągnąć Nevilla do porządnego klubu, co oznaczało nie mniej nie więcej, jak „nieporządny” klub. Pomysł był o tyle dobry, że pan młody uwielbiał tańczyć.

Neville został porwany wprost z pracy, pozbawiony różdżki by nie mógł uciec i zaciągnięty przez Rona, Harrego i Urquharta – który jako kawaler mógł bawić się z nimi – do klubu o intrygującej nazwie Rough, słynącego ze świetnych drinków, pięknych kobiet i wyśmienitej muzyki. Zgodnie ze złożoną obietnicą, mężczyźni dopilnowali by Neville pozostał trzeźwy (a przynajmniej nie pijany), co zresztą nie było trudne, jako że ciężko było choć na chwilę ściągnąć go z parkietu. Gorzej było dotrzymać obietnicy dotyczącej kobiet, bo jakkolwiek striptizerek nie było na horyzoncie, Neville będąc najlepiej tańczącym facetem na sali skupiał na sobie uwagę wszystkich dziewczyn na parkiecie. Niemal każda z nich, wystrojona w wysokie szpilki, miniówki lub sukienki które odkrywały więcej jak zakrywały i takąż samą górę stroju, starała się porwać go do tańca wijąc się przy tym jak wąż. Neville trzymał się jednak dzielnie i pozostał wiernym mężczyzną swej kobiety, nie dając się uwieść żadnej z klubowych desperatek. Swoją szansę wykorzystał za to Urquhart, który jakimś, sobie jedynie znanym sposobem (przysięgał, że bez różdżki), zbałamucił wysoką szatynkę i zniknął kolegom z radaru na ponad godzinę. Pomimo „manewru Urquharta” obyło się na szczęście bez zbędnych ekscesów i następnego dnia nad ranem, wychodząc jako jedni z ostatnich klientów, mężczyźni wrócili szczęśliwie do swoich domów.

Zarówno Ginny, jak i Hermiona starały się wyciągnąć ze swoich mężczyzn, co działo się na wieczorze kawalerskim, między mężczyznami istnieje jednak jedna, święta zasada. To co dzieje się na wieczorze kawalerskim, pozostaje między jego uczestnikami.

Wypytywania przez Ginny i Hermionę stały się do tego stopnia nudne i nagminne – szczególnie ze strony Hermiony – że na sam jej widok Harry reagował niemal alergicznie szybko zmieniając kierunek w jakim akurat zmierzał, lub wywijał się pilnym wezwaniem do Kingsleya, Roy’a, lub kogokolwiek kto przyszedł mu na myśl. Tego typu manewr nie udałby się w domu, więc dbał o to by Ginny była skupiona na innych aspektach ich pożycia i nie miała czasu dopytywać się o wizytę w Rough.

Wreszcie nadszedł ten wyczekiwany dzień, ciepły, bezchmurny i wprost idealny na uroczystość. Na łące za domem Augusty Longbottom stanął wielki biały namiot wsparty na złotych słupkach, w którym kilkunastu kelnerów w eleganckich strojach ustawiło ukwiecony ołtarz i rzędy złotych krzeseł. Pomiędzy krzesłami położono haftowany złotem dywan, a pod sklepieniem namiotu polatywały żywe elfy, których światło robiło się coraz wyraźniejsze w słabnącym blasku zachodzącego słońca. Przed niewielkim ołtarzem zasiedli nieliczni krewni państwa młodych, członkowie Gwardii Dumbledore’a, przyjaciele ze szkoły, kilku aurorów, oraz członkowie dowodzonej do niedawna przez Nevilla Grupy Uderzeniowej. Wszyscy oczywiście w eleganckich mundurach.

Pan młody stał przed ołtarzem, w towarzystwie swoich dwóch drużbów. Wszyscy trzej mężczyźni ubrani byli w odświętne mundury aurorskie. Neville miał na sobie ten najbardziej elegancki spośród nich, ten sam który miał na sobie w dniu składania przysięgi. Ron z Harrym, jakkolwiek namawiani przez swoje kobiety, świadomie zrezygnowali z tego rodzaju munduru, zakładając zwykły, galowy i pozwalając błyszczeć swojemu przyjacielowi na ich tle.

Anglosaski zwyczaj zabrania panu młodemu widzieć swą wybrankę aż do ostatniej chwili, więc Neville stał tyłem do wejścia, wpatrując się w okwiecony ołtarz i szeptem dopytując jak wygląda Hanna.

Harry i Ron , delikatnie się uśmiechając, ani słowem nie zdradzali mu co myślą o wyglądzie panny młodej, a myśleli że wygląda cudownie i tylko co jakiś czas przytrzymywali Nevilla za ramię, by się nie odwrócił. Obaj też zastanawiali się, jak w takim stroju wyglądałyby ich narzeczone.

Jak do tego doszło?” Harry pomyślał stojąc przed ołtarzem i nie mogąc oderwać wzroku od Ginny. Jak to wszystko się strasznie poplątało, kończąc tym ślubem. Ślubem, którego nikt nie planował, ba nikt tak naprawdę się nie spodziewał. Kiedy myślano o małżeństwie kogoś spośród nich, spośród Gwardii, z ich przyjaciół i znajomych, spodziewano się ślubu Rona i Hermiony, jego i Ginny, choć oni nigdy na poważnie o ślubie nie rozmawiali, chyba nawet nie myśleli. Myślało się o ślubie jeszcze kilku innych osób, ale Nevillle? Kto by pomyślał o Nevillu. I kto by pomyślał, że weźmie on ślub z Hanną. Może z Luną, może… ale z Hanną? Jak to wszystko strasznie się poplątało. Czy w ogóle doszłoby do tego gdyby nie dziecko, którego się spodziewali… „Na świecie nigdy nie jest zbyt wiele miłości” przypomniał sobie słowa Dumbledore’a. „Znowu miał pan rację” uśmiechnął się w zamyśleniu, a Ginny odwzajemniła mu uśmiech ze swojego miejsca w drugim rzędzie.

W tej właśnie chwili zabrzmiały fanfary, wygrywając pierwsze takty marsza weselnego. Drużbowie odruchowo złapali Neville’a za ramiona, co musiało wyglądać przekomicznie. Dumny jak paw ojciec Hanny, zaczął powolnym krokiem prowadzić ją pomiędzy szpalerem krzeseł. Harry nie miał wątpliwości, że Hanna była córeczką tatusia i nie chodziło tylko o rozpierającą go dumę, ale ich podobieństwo. Oboje mieli włosy jasnozłote jak Felix Felicis, różową cerę, duże i ciemne niczym dwa węgle oczy, pociągłe twarze z zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Tylko wzrost ich różnił. On wysoki i smukły niczym antyczna kolumna, a ona wiotka i drobna, co nijak nie ujmowało jej urodzie. Muzyka ucichła w chwili, gdy ojciec Hanny doprowadził ją pod ołtarz. Mocno uścisnął prawicę każdego z trzech mężczyzn, poczynając od Nevilla a na Ronie kończąc, po czym przekazał panu młodemu dłoń swojej córki i usiadł na przygotowanym dla niego miejscu.

Neville chłonął wzrokiem Hannę. Tak, chłonął było najlepszym określeniem. Wprost nie mógł nacieszyć się jej widokiem w pięknej sukni z białego, połyskującego materiału, z bufiastymi rękawkami sięgającymi łokci, gdzieniegdzie haftowanej delikatnym wzorem. On i jego wybranka stanęli razem przed obliczem starego urzędnika ministerstwa magii. Ten, delikatnym ruchem różdżki wyczarował złotą wstęgę, która oplotła ich złączone dłonie, rozświetlając oboje młodych i wszystko wokół.

Rozpoczęła się uroczystość, w czasie której padło wiele nudnych formułek wypowiadanych przez starego człowieczka z ministerstwa, który w dodatku odrobinę się jąkał. Były też słowa piękne. Słowa o miłości, o wierności, o nowym życiu i rodzinie.

Harry rozejrzał się dyskretnie po pomieszczeniu, przesuwając wzrokiem po twarzach zebranych osób. Augusta siedziała wyprostowana, na jej twarzy gościła mina którą Harry widział tylko raz, w Hogwarcie, w chwili kiedy dowiedziała się że Neville walczy w obronie zamku. Była to twarz pełna dumy, uznania, miłości i sentymentu. Tata Hanny również był dumny, promieniał nie mniej od swojej córki, w jego oczach czaił się jednak głęboko skrywany smutek. Harry doskonale wiedział skąd wziął się ten smutek w oczach pana Abbotta. Dalej widział Molly, która bezwstydnie płakała na ramieniu swego męża. Artur spokojnie obserwował całą uroczystość, był odrobinę zamyślony, a wzrok uciekał mu do jego własnych dzieci. Dalej siedziała Hermiona, co chwilę wycierając wielkie jak grochy łzy spływające po jej policzkach. Ginny nie płakała. Ona tak rzadko płakała. Jej oczy dla odmiany płonęły, bił od nich blask nie mniejszy, aniżeli od złotej wstęgi wokół dłoni młodej pary. George z Angeliną chichotali, bo co innego mogliby robić George z Angeliną. Harry przemknął dalej po twarzach członków Gwardii Dumbledore’a, aurorach i oficerach Grupy Uderzeniowej. Przemknął po twarzach rodzin Hanny i Nevilla, zatrzymując się na Percym i mocno wtulonej w niego Audrey. „Najwyższy czas”, pomyślał.

- Niech symbolem waszej nierozerwalnej miłości będą obrączki, którymi się wymienicie. – Z oddali, na powierzchnię jego jaźni wyrwały się słowa urzędnika. Spojrzał w stronę młodych, sięgając po pudełeczko w którym spoczywała jedna z obrączek. Zobaczył, że nie on jeden odpłynął w czasie przemowy starego człowieczka. Ron wzdrygnął się lekko, odrywając wzrok od Hermiony i również sięgnął do kieszeni. Taki był plan. Obaj drużbowie mieli przekazać po obrączce. Harry podał swoją Hannie, Ron dostąpił zaszczytu przekazania obrączki panu młodemu, by ten założył ją na palec swej wybranki. Tym o czym nie wiedzieli był czar, jaki Harry rzucił na obrączki, ale o tym mieli się przekonać za chwilę.

- Żono moja – Neville zaczął radośnie. – Przyjmij tą oto obrączkę, jako symbol mej miłości i wierności. – Kiedy wypowiedział te słowa, trzymana przez niego obrączka rozpłynęła się w złoty obłok, który przepłynął w powietrzu ponad dłoń Hanny, gdzie ponownie uformowała się w spoczywający na jej palcu złoty okrąg. Młodzi zrobili lekko zdziwioną minę i spojrzeli najpierw na Rona, który podał obrączkę, a później na Harrego. Ten uśmiechnął się delikatnie i bezgłośnie wypowiedział „Niespodzianka.”

- Mężu mój – Hanna mówiła nieśmiało, a jej głos przechodził w lekki chichot. – Przyjmij tą oto obrączkę, jako symbol mej miłości i wierności. – Czar zadziałał ponownie.

Teraz pozostało jedynie wysłuchać formułki końcowej wypowiadanej przez urzędnika, w której zawarte były frazesy o spoczywających na nich od tej chwili obowiązkach i radości jaką niesie ze sobą związek w który wstąpili. Harry postanowił odpłynąć nim mężczyzna zacznie mówić. Został jednak przywołany do rzeczywistości w pierwszej sekundzie, w której rozproszył swoją uwagę.

- Usiądźcie proszę – usłyszał słowa urzędnika. Słowa, które nie powinny były paść, słowa których nie było w „scenariuszu”. Natychmiast powrócił do rzeczywistości i zobaczył jak mężczyzna wyczarowuje dwa krzesła dla młodej pary. On z Ronem usiadł na wolnych miejscach w pierwszym rzędzie. Ron miał skupioną, ale niezbyt szczęśliwą minę. Najwyraźniej, podobnie jak Harry, obawiał się co za nudy znowu wymyślił ten facet. – Wiem, że spodziewaliście się kończącej nasze spotkanie formułki – mężczyzna zaczął, kiedy młodzi usiedli na wyczarowanych dla nich miejscach. – Posłuchajcie jednak proszę jeszcze trochę ględzenia starego człowieka.

Nie zbudujecie swojego życia na formułkach i frazesach. Nie zbudujecie go także na radach innych, bo sami musicie popełnić własne błędy, wyciągnąć własne wnioski i na tej podwalinie zbudować szczęśliwą rodzinę. Rady osób starszych, bardziej doświadczonych, mogą być dobre, ale stanowicie od tej chwili jedyne i unikalne „My” i nie uda wam się zbudować w pełni waszego związku na scenariuszu podsuwanym przez innych. Nie będę więc prawił frazesów, nie będę udzielał rad, nie podam wam scenariusza życia. Chcę wam jedynie opowiedzieć pewną historię.

Wiele lat temu, kiedy was mogło jeszcze nie być nawet na świecie, widziałem w gazecie komiks. Dwa proste, satyryczne obrazki. Na jednym była bezkresna pustynia z rosnącymi na horyzoncie palmami, a po tej pustyni szła rodzina, stary Arab i idąca kilka kroków za nim żona. On był przewodnikiem, głową rodziny. Tym który ma za zadanie chronić, ale i podejmować decyzje. Ma być ich przewodnikiem, ona zaś ma być dla niego podporą, pokorną, kochającą, dbającą o ognisko rodzinne. Żoną, która będzie zapewniać swemu mężowi bezpieczną przystań, kiedy ten będzie wracał do domu po ciężkim dniu.

Na drugim obrazku była ta sama pustynia i ta sama rodzina, tym razem jednak to kobieta szła jako pierwsza, a stary Arab podążał kilka kroków za nią. W tej rodzinie ona była tą, która odnosiła sukcesy, tą która dbała o byt rodziny. Mąż miał zaś za zadanie pilnować domowego ogniska przed cudzymi zakusami, dbać o to by jego żona mogła wrócić do spokojnego domostwa, gdzie czeka na nią ten który ją kocha.

Obie te rodziny są dobre, obie mają zalety, obie pozwalają małżonkom spełniać się w wybranej przez siebie sferze. Ważne jest by wybór modelu w jakim zbudujecie rodzinę był wynikiem szczerej rozmowy i zgodnej decyzji. Może się okazać, że jedna z tych rodzin jest waszym wspólnym marzeniem. Ale to słowo „wspólnym” jest w tym wypadku podstawą na jakiej tę rodzinę musicie budować.

Mi zabrakło wtedy w tej gazecie jeszcze jednego, trzeciego obrazka. Obrazka, na którym Arab i jego małżonka przemierzaliby tę pustynię ramię w ramię. Obrazka, na którym rodzina byłaby wspólnotą, byłaby partnerstwem pokrewnych dusz. Rodzina w której nie byłoby miejsca na „Ja”, „Ty”. Rodzina, w której wszystkie decyzje podejmowane byłyby wspólnie. Wszystkie radości byłyby wspólne, wszystkie smutki byłyby wspólne. To także jest dobry model rodziny.

Niezależnie od tego którą z tych trzech rodzin będziecie, życzę wam, byście zdecydowali o tym wspólnie i byście byli zawsze szczęśliwi w swoim wyborze. A teraz pora na zabawę, zmykajcie. – Wykonał dłońmi gest, jakby ich odganiał. Neville i Hanna wstali wśród burzy oklasków i zwrócili się ku tyłowi namiotu, gdzie wyznaczona była przestrzeń do tańców. Kiedy tylko stanęli przodem do zebranych gości, aurorzy, członkowie Grupy Uderzeniowej, przyjaciele z Gwardii Dumbledore’a i inne, przypadkowe osoby, uformowały szpaler z wyciągniętymi ku niebu dłońmi, w których spoczywały różdżki. Kiedy każda z różdżek zetknęła się z drugą, trzymaną przez stojącego naprzeciw partnera, z obu wystrzeliwały złote sieci, łącząc się z sieciami z sąsiednich różdżek i tworząc złoty baldachim, pod którym kroczyli nowożeńcy. Reszta zebranych gości oklaskiwała ich przemarsz. W ostatniej parze złocistego szpaleru stali George i Angelina, jako jedyni będąc do końca wtajemniczonymi w dalszy przebieg wydarzeń. Kiedy Hanna z Nevillem mijali tworzoną przez nich parę, rozłączyli swe różdżki i smagnęli nimi – niezbyt mocno – nowożeńców, po pośladkach, aż ci podskoczyli.

Kiedy znaleźli się na środku parkietu, młodzi zostali otoczeni przez zebranych gości, którzy utworzyli obszerny okrąg. Od strony zajmowanej przez orkiestrę sceny, popłynęły takty klasycznego mugolskiego walca wiedeńskiego na trzy. Neville potrafił tańczyć, co pokazał w czasie balu bożonarodzeniowego w czwartej klasie i podczas swojego wieczoru kawalerskiego. Hanna, jak się okazało, wcale mu w tańcu nie ustępowała. Wyglądali zjawiskowo, on w odświętnym mundurze, ona w białej sukni. Pomyśleć było można, że wyskoczyli właśnie z kart jakiejś baśni o dzielnym żołnierzu i przepięknej księżniczce, której oddał swoje serce. Światła zawieszonych w powietrzu świetlistych kul – działanie Rona i jego wygaszacza – odbijały się raz po raz od złotych guzików i dystynkcji na mundurze Nevilla i mieniły tysiącami iskier na materiale, z którego uszyta była suknia Hanny. Ich taniec był spokojny, uroczy, może nawet intymny. Nie wirowali w szalonym wirze niekończących się taktów, nie pędzili po sali wraz z melodią, przemierzając parkiet wzdłuż i wszerz, tylko delikatnie kołysali się zapatrzeni w siebie. Płynęli po parkiecie, nie dostrzegając otaczającego ich świata. Melodia walca ucichła, ale nowożeńcy nie oderwali się od siebie, jedynie zamarli na kilka sekund ciszy, po których zabrzmiała zjawiskowa ballada, śpiewana w duecie przez dwoje wokalistów przygrywającego im zespołu.

Powoli zaczęły dołączać do nich na parkiecie kolejne pary, podczas gdy inni goście przenosili się do stolików, które pojawiły się w miejsce krzeseł zajmowanych w czasie ślubu. Harry stał przy jednej z podtrzymujących dach kolumn, przyglądając się Nevillowi i Hannie, uśmiechając się do odrobinę niezdarnych ruchów Rona, którego Hermiona wyciągnęła na parkiet. Wsłuchiwał się w muzykę.

- Zechce pan zatańczyć, aurorze? – usłyszał jej głos przy swoim uchu..

- Z panią, zawsze – udał równie oficjalny ton, co ona. Wyszli na parkiet i zakręcił nią delikatnie, nim rozpoczęli taniec w rytm płynących ze sceny taktów. Wsłuchiwał się w słowa śpiewanej historii o kobiecie, którą jej wybranek nazywał Dziką Różą. Nie była to opowieść z radosnym zakończeniem, ale kogo to obchodziło skoro brzmiała tak cudownie.

- Ty naprawdę nauczyłeś się tańczyć – Ginny mruknęła mu do ucha, kładąc głowę na jego ramieniu.

- Dla ciebie wszystko, moja wiedźmo.

- Prosiłam cię żebyś mnie tak nie nazywał – fuknęła.

- Ależ sama to wymyśliłaś – delikatnie ją pocałował.

- A teraz, sama chcę byś tak nie mówił.

- Dobrze, moja wiedźmo.

Po kilku kolejnych utworach muzyka ucichła i nawet ci którzy pragnęli tańczyć, musieli ostatecznie udać się do stołów. Harremu i Ronowi wraz z partnerkami, jako drużbom, przyszło siedzieć przy stole państwa młodych. Podobnie jak i druhnom oraz ich partnerom. Harry czuł się tutaj odrobinę nazbyt „w blasku fleszy” (i to dosłownie), postanowił więc spędzać przy stole tak mało czasu, jak to tylko było możliwe. Ubrani w białe liberie kelnerzy podali pierwsze posiłki, a kielichy same napełniły się winem, tym samym nadszedł czas na tradycyjną przemowę drużby. Harry powstał, delikatnie dzwoniąc w kieliszek i odczekał, aż ucichną wszystkie rozmowy.

- Neville uczynił mi ten zaszczyt i poprosił o bycie jego drużbą. Rolą drużby jest podobno wygłosić pierwszą przemowę i odrobinę ośmieszyć pana młodego – Neville spojrzał na Harrego lekko spanikowany. – Nie bój się Neville. Nie będzie bolało… za bardzo – goście wybuchnęli śmiechem. – Od kiedy ja znam Nevilla? Znam go od takiego – pokazał ręką jaki Neville był mały. – Za wiele to ja nie urosłem – dodał zamyślony. – W każdym razie. Poznałem go w pociągu, kiedy jechaliśmy do Hogwartu, a jemu uciekła ropucha. Jak się ma Teodora? – zapytał pana młodego.

- Uciekła – Neville bąknął niezadowolony. Goście zaśmiali się po raz kolejny.

- Muszę przyznać, że Neville już wtedy był niegrzecznym chłopcem. Niewielu pierwszorocznych Gryfonów odważyłoby się rzucić na trzech rosłych Ślizgonów z gołymi rękoma. Szczere wyrazy uznania, stary. Jakby tego było mu mało, jeszcze w tym samym roku, zaczął włóczyć się nocami po zamku w poszukiwaniu smoków.

- To był twój smok!

- Właściwie, to Hagrida – poprawił go Harry. – Tym niemniej włóczyłeś się po zamku. Kto by pomyślał, że Neville dopiero się rozkręca. Trzeba było go widzieć, jak robiliśmy włam do ministerstwa. Ani chwili wahania, a jak się potem bił! Włamywacz i wojownik pierwsza klasa. Ale czemu ja wam opowiadam o zamierzchłych czasach. Wiecie co mu powiedziałem, kiedy oznajmił mi że się żeni? „Nie, nie żenisz się. Tak ci się tylko wydaje” – sala znów się zaśmiała, posypało się też kilka oklasków. – A wiecie co powiedziałem, gdy oświadczył, że żeni się z tą oto Hanną? Spytałem, czy ona wie, że jest jego dziewczyną – teraz oklaski były naprawdę imponujące. – Przepraszam cię z całego serca, Hanno – skłonił się pannie młodej. – Dziś siedzą przed nami oboje, Hanna i Neville, jako nowożeńcy, a wkrótce będą rodziną. Jeśli następne pokolenie będzie tak dzielne jak jego ojciec i tak piękne jak mama, zrodzi nam się Longbottom, który przyprawi nauczycielom siwe włosy i złamie wszystkie serca płci przeciwnej. Za Nevilla i Hannę Longbottomów. Do was należy przyszłość! – uniósł wysoko puchar, a cała sala odpowiedziała podobnym salutem, wykrzykując: „za Nevilla i Hannę, za Longbottomów”

Teraz wstał Ron, o dziwo, wyglądał mniej pewnie aniżeli w chwili oświadczyn.

- Harry was zanudzał, więc ja powiem krótko. Mam pięciu braci, a musiałem czekać na ślub przyjaciela, by dostąpić zaszczytu bycia drużbą.

- Masz też siostrę – Powiedziała Ginny, na tyle głośno by ją usłyszeli wszyscy.

- Cicho tam, wy nie bierzecie ślubu – uciszył ją, udając oburzenie. Ginny już nabierała powietrza by się odszczeknąć, ale siedząca obok Hermiona delikatnie kopnęła ją pod stołem, dając do zrozumienia żeby odpuściła.

- Tak więc, Neville, sprawiłeś mi ten zaszczyt, czyniąc mnie swoim drużbą. Jestem zaszczycony i życzę wam, by spełniło się wszystko czego tylko pragniecie. Zdrowie państwa młodych! – uniósł puchar, powracając na swoje miejsce.

Co jakiś czas, z różnych części sali padały toasty. Nie obyło się również bez całowania się państwa młodych i za stołem i na stole. Ten zwyczaj był wybitnie nie anglosaski, ale że bliscy kuzyni Hanny mieszkali na wschodzie, niejako wymogli jego dopełnienie. Reszta gości bynajmniej nie protestowała.

Zabawa weselna trwała do białego rana i skończyła się tak naprawdę dopiero, kiedy słońce zaczęło już wpadać przez otwory wejściowe w namiocie. Pozostało jeszcze tylko czułe pożegnanie z przyjaciółmi, tradycyjny rzut bukietem i krawatem – obyło się bez niespodzianek. Wszystkie wolne kobiety rzuciły się jak szalone by złapać lecący bukiet, podczas gdy mężczyźni robili wszystko by krawata nie złapać. Ostatecznie niesamowitym „zrządzeniem losu”, bukiet i krawat wylądowały w dłoniach Audrey i Percy’ego, czemu towarzyszyły dziwne uśmieszki Georga i Ginny.

Niedługo po tym, goście zaczęli powoli żegnać się ze wszystkimi i deportować do swych domów.

A tymczasem nowożeńcy udali się w swoją podróż poślubną i miało to być naprawdę „coś!”

Rozdział inspirowany utworem: Kylie & Nick Cave – Where the wild roses grow

________________________________________________________________________________________________

1. Rozpoczynamy Rok:9 Mam nadzieję, że spodoba wam się równie bardzo, a nawet i bardziej aniżeli Rok Ósmy, który już za nami. Czekam na wasze pierwsze wrażenia.
2. JKR podała w jednym z wywiadów że Neville wziął ślub z Hanną, nie podała natomiast czy i ile mieli dzieci, to już moja inwencja, tak jak i powód ślubu.

 
 

  • RSS