RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Harry Potter i Kraj Wikingów: Wstęp.

30 cze

Świat to naprawdę pasjonujące miejsce. Gdziekolwiek byście nie pojechali, tam poznacie coś nowego, coś co was wzbogaci. Staram się wam co jakiś czas przybliżać ciekawe zakątki świata, wplatać je w opowiadanie. Tak sobie pomyślałem, że zabiorę was na  wakacje w jedno z moich ulubionych miejsc. Rzadko zdarza mi się wracać dwa razy w to samo miejsce, w tym jednak wypadku, mogę wracać w nieskończoność. Po wakacjach postaram się zabrać was w kilka mniej lub bardziej egzotycznych miejsc, które mogą wam się spodobać.

Harry, dzięki pomocy Audrey, wyjedzie na tygodniowe szkolenie, my zaś zrobimy sobie wakacje jego śladem. Nie spodziewajcie się po tych notkach zbyt wiele akcji, postarajcie się rozkoszować widokami.

Pozdrawiam.

____________________________________________________________________________________________________

Spokojnym krokiem wyszedł na tonącą w zieleni drzew i krzewów ulicę na tyłach brytyjskiej ambasady. Wokół było zupełnie pusto, jak zawsze o tej porze dnia, gdzieś na jednej z sąsiednich ulic przemknął samochód, z oddali dobiegł czyjś śmiech. Po chwili usłyszał szczęk zamykanej mocą dwóch pneumatycznych siłowników, automatycznej bramy. Uśmiechnął się jak zawsze, kiedy słyszał ten dźwięk. W jego wyobrażeniu przy bramie ambasady powinno stać co najmniej dwóch gwardzistów w ich czerwonych kubrakach i wysokich, czarnych czapkach, z karabinami przy ramieniu, nie stał nikt. Była co prawda jakaś budka strażnicza, ale jej okna były wiecznie czarne i nie zdarzyło mu się dostrzec by ktokolwiek z niej wychodził. Czy to jednak był jego problem, czy ktoś pilnuje mugolskiej ambasady. Wyrzucił te bezsensowe myśli z głowy, najważniejsza teraz była pogoda. W tym mieście życie każdego przechodnia toczyło się wokół pogody. Nikt nie oglądał tutaj prognozy w mugolskiej telewizji i nie czytał jej w gazetach. Pogoda potrafiła zmienić się sześć razy w ciągu dnia, a gdy postanawiała się zmienić, robiła to w zastraszającym tempie. Spokojnie spojrzał w niebo, po którym sunęły pojedyncze białe obłoki.

- Wieje od morza. – Mruknął z uśmiechem….

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Ja, auror. Cz.II

23 cze

Słowem Wstępu

Na wstępie chciałem was przeprosić. Zakończenie opowiadania miało być epickie. Takie je sobie wymarzyłem, takim chciałem je stworzyć. Niestety, poprzednim rozdziałem podniosłem poprzeczkę tak wysoko, że chyba nie udało mi się jej przeskoczyć. Oddaję wam ten rozdział w nadziei, „że znajdziecie w nim rozrywkę i pożytek.”

___________________________________________________________________________________________________

Stali, obaj wyprostowani jak struna, z prawą dłonią na sercu, lewą uniesioną na wysokość głowy i dwoma palcami skierowanymi ku górze. Nie mieli na sobie niebieskich spodni z lampasem i koszul w kolorze khaki, jakie noszone były przez kadetów. Nie mieli też stalowych mundurów Patrolu. Obaj zasłużyli na mundury aurorskie i obaj stali w najbardziej galowych spośród nich. Ubrani w czarne lakierki, granatowe spodnie ze złotym lampasem, białe koszule, czerwone kamizelki i zapinane na dwanaście złotych guzików granatowe fraki ze stójką.
Była to najważniejsza chwila w ich życiu. W obecności Ministra Magii i szefa Departamentu Przestrzegania Prawa, składali przed Wizengamotem Przysięgę Aurorską.

Ja, auror, uroczyście ślubuję sumiennie przestrzegać czarodziejskich praw i nakazów. Chronić wszystkich, czarodziejów i mugoli, przed zagrożeniami płynącymi z czarnej magii. Dbać o ich bezpieczeństwo. Chronić domy. Strzec bezpieczeństwa wolności i niepodległości magicznej Wielkiej Brytanii. Nieść pomoc, tym, którzy jej potrzebują. Bronić honoru aurora i strzec aurorskich tajemnic. Wolności Brytyjskiego Ministerstwa Magii nigdy nie poddać.
Ja, auror oczekuję od siebie najwyższych poświęceń. Krwi własnej nie szczędzić i godnie oddać życie, jeśli nadejdzie taka konieczność.

- I tego od was się oczekuje – odparł Minister. – Przysięgę waszą przyjąłem. Idźcie, aurorzy i czyńcie swoją powinność.
- Tak jest! – odpowiedzieli jednocześnie. Zebrani w sali członkowie Wizengamotu oklaskami powitali Harrego i Nevilla w szeregach aurorów. Kingsley zszedł z mównicy, by obu uścisnąć dłonie, a Timothy Roy przypiął im do piersi odznaki aurorskie, oraz pierwsze insygnia na pagonach.

Prawdziwa wrzawa czekała ich dopiero na drugim piętrze, kiedy wrócili do Biura Aurorów. Wszyscy zebrani w sali aurorzy wstali, bijąc im brawo. Gwiżdżąc przeciągle i wznosząc tubalne:
- Hurra, hurra, hurra. – Kadeci również bili brawo, gratulując im dostąpionego zaszczytu i zazdroszcząc, że oni muszą jeszcze czekać na swoją kolej. Potem Harry i Neville przechodzili z rąk do rąk, każdy chciał uścisnąć ich dłoń. Poklepać po plecach. Dać porządnego kuksańca w bok.
Po pół godzinie usłyszeli nad swoimi głowami ostry okrzyk.

- Dobrze moi państwo. Dość tej zabawy. Panowie aurorzy, zabierajcie się do pracy. – To ostatnie skierowane było do Harrego i Nevilla.

Neville siadł przy swoim biurku, jednym z tych przygotowanych dla zespołu Urquharta, które zajmował już od tygodnia, od chwili gdy ogłosił Harremu, że dostał od Roy’a ofertę przenosin. Stał się z miejsca istotnym członkiem zespołu. Jako zastępca szefa Grupy Uderzeniowej i oficer łącznikowy pomiędzy Patrolem Przestrzegania Prawa i Biurem Aurorów musiał czuwać nad sprawną komunikacją pomiędzy formacjami i utrzymywać w gotowości podległych mu członków Grupy Uderzeniowej, jeśli zaszłaby potrzeba wsparcia aurorów, nim ci zdołają się zmobilizować.

Harry pomaszerował zaś do swojego, niewielkiego boksu, gdzie miał oczekiwać przydzielenia mu jakiegoś zadania, lub nawet włączenia do którejś z sekcji. To drugie było całkiem możliwe, gdyż jako młodszy auror musiał mieć przydzielonego partnera.

- Potter! – Usłyszał zza ścianki swojego boksu okrzyk Urquharta. – Gdzie żeś polazł? – Harry wstał zdziwiony i wyjrzał w stronę kolegi. Daleko nie miał. Jako, że jego boks graniczył z miejscem zajmowanym przez zespół Urquharta.
- O co ci chodzi? – spytał zdziwiony. – Przecież siedzę w swoim boksie.
- Zbieraj swoje śmieci. Teraz pracujesz tam! – krzyknął, wskazując na puste biurko czekające na ostatniego członka zespołu. Puścił przy tym oko. Najwyraźniej odgrywał właśnie scenkę przed Robardsem.
Harry zebrał swoje rzeczy. Wielu rozłożyć po boksie nie zdołał i przeniósł się do nowego biurka. W porównaniu z poprzednimi było ogromne. Swobodnie zmieścił na nim wszystkie swoje rzeczy i nie wiedział co ma zrobić zresztą przestrzeni. Biurko miało jedną wadę. Brak było ścianki, do której mógłby przyczepić zdjęcia z Paryża i Rio. Od niechcenia machnął różdżką, wyczarowując dwie ramki, w które włożył fotografie i postawił je tak, by mieć zawsze przed oczami.
Spojrzał przed siebie, gdzie przy stojącym naprzeciw biurku, siedział Neville. Przyjaciel obserwował Harrego ukradkiem i uśmiechał się szeroko, udając, że jest zajęty czytaniem jakiejś notatki. Na prawo od Nevilla, przynajmniej z punktu widzenia Harrego, siedział Urquhart, a naprzeciw niego nieznana Harremu z imienia aurorka. Harry odwrócił się w jej stronę, a ona się uśmiechnęła i skinęła mu głową.
- To jest Ramirez. – Powiedział Urquhart, podchodząc do jego biurka i podnosząc fotografie. – Pięć lat pracowała w Banku Gringotta, jako łamaczka zaklęć.
- Ameryka południowa i daleki wschód – wtrąciła latynoska.
- Potem jej się odmieniło i od dziesięciu lat jest z nami. W zespole jest specjalistą od czarów. – dokończył. – Po diabła trzymasz puste kartki w ramkach, Harry?
- To są fotografie. – Harry odebrał mu ramki i odstawił na przeznaczone im miejsce. – A że ich nie widzisz, tym lepiej dla mnie. Tak w ogóle – ściszył głos – to co ty u licha wyprawiasz? To biurko miało czekać na czwartego członka zespołu.
- No i się doczekało.
- Ale ja jestem kadetem – syknął.
- Prawdę mówiąc, od godziny jesteś aurorem.
- Dobra, ale nie mam doświadczenia, a z tego co mówiłeś, to to jest jednostka specjalna, do najważniejszych spraw.
- No i jest. Ramirez zajmuje się zaopatrywaniem nas w najpotrzebniejsze czary, łamaniem szyfrów, zaklęć i innych zagadek. Longbottom jest tu pierwszy po bogu. Znaczy po mnie. Na nim spoczywają wszystkie działania polowe, przesłuchania i akcje, jeśli mnie nie ma w pobliżu. Odpowiada też za kontakt z Grupą Uderzeniową, bo ma doświadczenie w szybkim reagowaniu. Nazwij to oficerem operacyjnym.
- Ja za to jestem kadetem, który znalazł się tutaj bo Ariel Urquhart miał takie widzi mi się?
- Nigdy, ale to nigdy, nie używaj mojego imienia publicznie, ani prywatnie – warknął dowódca oddziału. – Ty jesteś naszym analitykiem. Rozgryzłeś sprawę ataku na Hogsmeade, świetnie naprowadzałeś nas na nich po okruszkach, Roy uznał, że się świetnie nadajesz. – Harry tylko wzruszył ramionami. – Co jest na tych fotografiach, Harry?
- Ktoś, najważniejszy w moim życiu.
- Poważnie? A po przeczytaniu wywiadu sądziłem, że nie masz dziewczyny.
- Ja powiedziałem, że od czterech miesięcy spotykam się tylko z przyjaciółmi, nie, że jestem samotnym.
- A to by się czytelniczki zmartwiły.
- Nie mój problem.

Artykuł, artykuł. Pojawił się dzisiaj rano i Harry poważnie odczuwał jego konsekwencje. Zaczęło się już przed tygodniem, od listów miłosnych, otrzymanych zaraz po ukazaniu się rankingu Czarownicy. Dzisiaj doszły do tego ukradkowe spojrzenia czarownic mijanych na korytarzach i dowcipne komentarze kolegów z pracy. Percy wezwał go na rozmowę, której sednem było, że nie złamał dekretu ministra, nie powiedział niczego, czego powiedzieć ni powinien, ale mimo wszystko, mógłby się powstrzymać w przyszłości od takich wyskoków. Audrey tylko zachichotała na jego widok. Spodziewał się jakiegoś soczystego komentarza od Robardsa, ale ten, jak do tej pory nie wyłonił się ze swego biura, a drzwi pozostawały zamknięte.

- Powiedz mi Harry – podjął wróciwszy do swojego biurka. – Co skłoniło cię do takich wynurzeń?
- Zdziwisz się, ale był to dwustronny układ, który przyniesie najwięcej korzyści mojej przyjaciółce.
- Katie? – Wtrącił Neville, ale Harry tylko przeciągle na niego popatrzył.

Praca w zespole Urquharta absolutnie niczym nie różniła się od pracy, jaką wykonywał przed wyjazdem do Cannes. Czytał, analizował i komentował raporty, które otrzymywał od Patrolu Przestrzegania Prawa oraz uprzejme donosy od mieszkańców magicznego świata. Od czasu do czasu zdarzały się pisma od Wydziału Magicznych Wypadków i Katastrof. Gdy zdarzył się jakiś wypadek, którego sprawcy nie udało się znaleźć, jedyna różnica między stażem a tym zespołem polegała na tym, że teraz, Harry przychodził do pracy na szóstą i wychodził o osiemnastej. A każdy dzień zaczynał i kończył treningiem zespołu, zupełnie jak robił to w Chinach. Nocne dyżury miały stanowić wyjątki.

- Czy ktoś zauważył, że od trzech dni Robards siedzi u siebie i nie włóczy się po biurze? – Ramirez spytała, dokładnie trzeciego dnia od zaprzysiężenia Harrego i Nevilla.
- Tak, ja i zalewam się łzami. – Harry mruknął znad opracowywanej tabeli.
- Ale czy to nie dziwne?
- Jako analityk tej grupy mówię: niech sobie siedzi tam do emerytury. Jak się nie pałęta to i wydajność w biurze skoczyła. – Odłożył kartkę na bok. – No chyba za nim nie tęsknisz? Tęsknisz?
- Ani mi to w głowie.
- No to jaki mamy problem?
- Szanownych państwa uprasza się o spokój. – Urquhart odparł leniwie.
- A ja bym tam jeszcze chętnie posłuchał – zaprotestował Neville. – Przynajmniej nie wieje nudą. – Co fakt to fakt. Utarczki słowne między Harrym a Eleną Ramirez, były ich jedyną rozrywką.
- Nuda jest dobra. Nuda oznacza, że czarodzieje są bezpieczni. – Urquhart dalej czytał jakieś pismo. – Czy u diaska ciężkiego możesz mi powiedzieć Harry, czemu co pięć minut patrzysz na zegar? Do końca zmiany masz jeszcze cztery godziny. Kobieta w domu na ciebie nie czeka, jak sam mówiłeś.
- Kot czeka.
- Jak kocha to poczeka. – Ramirez odparła filozoficznie, choć w tym kontekście, bez większego sensu.
- Powinna być już po.
- Po czym znowu?
- Po egzaminie praktycznym z Obrony Przed Czarną Magią.
- Twoja dziewczyna?
- Nie ona jedna. – Neville też spojrzał na zegar. – O tej porze, to pewnie już świętują.
- A my się dalej nudzimy – dokończyła aurorka. W tym właśnie momencie, odznaka Nevilla zaczęła dawać sygnał. – Ale wykrakałam. Sorry panowie.
- To od Patrolu. Coś się dzieje w Hogsmeade.
- Na pewno nie nasza branża. – Harry mruknął w odpowiedzi, rzucając okiem na magiczną mapę Biura Aurorów. – Pewnie zupa była za słona i jest heca dla Patrolu.
- Wrzuć to na mapę, Neville. – Urquhart podniósł wzrok znad czytanego dokumentu. Neville, krótkim machnięciem różdżki uaktywnił magiczną mapę, wiszącą między biurkami Harrego i Ramirez, kopię tej na ścianie. Nad Hogsmeade pojawiały się chmurki rzucanych czarów protego, Impedimenta, Petrifikus Totalus… W pewnym momencie wyświetlił się upiorogacek.
- Kto rzuca te czary? – Sytuacja na mapie, wzbudziła wreszcie zainteresowanie Harrego. – Ramirez, możemy zobaczyć nazwiska rzucających?
- Tylko, jeśli użyją czarnej magii. Zwykłe czary wyświetla tylko mapa patrolu.
- Mamy być najlepsi, a poskąpili nam czarów na głupią mapę. – Harry machnął zdegustowany ręką. W tym momencie na mapie pojawiła się chmurka z napisem Crucio. – O i się zaczęło… – W tym samym czasie pomieszczenie wypełnia dźwięk syreny a ogromna mapa na ścianie, zaczęła pulsować jasnym światłem.
- Zbieramy się drodzy państwo! – Urquhart w ułamku sekundy poderwał się z miejsca. – Neville informuj Grupę Uderzeniową. Harry, Elena, biegiem do sali deportacyjnej. Aurorzy! – krzyknął na całe pomieszczenie. – Zbierać się, formować i czekać w gotowości na nasze wezwanie. – Popędził za swoim zespołem do sali deportacji. Po drodze dołączyła do nich Grupa Uderzeniowa.

Hogsmeade

Ostatni egzamin był za nimi. Ginny była przekonana o tym, że dobrze jej poszło. Nawet jeśli byłoby inaczej, jako obrończyni Hogwartu miała prawo zostać aurorem. Teraz, ubrana w wyjściowe, szkolne szaty, w czapce absolwenta na głowie, takiej jaką Harry nie może się pochwalić szła świętować do Hogsmeade, spleciona w objęciach z Hermioną i Luną. Wokół nich szli inni członkowie Gwardii, którzy w tym roku kończyli szkołę. Byli umówieni na oblewanie u Aberfortha.
Po Hogsmeade kręciło się więcej ludzi niż zazwyczaj, gdyż rodziny OWUTEMiaków, zjechały się świętować zdane egzaminy, wraz z uczniami. Grupka przyjaciół przemknęła pomiędzy kręcącymi się po wiosce przybyszami i już po chwili zaszyła w gospodzie pod Świńskim Łbem. Ekipa zsunęła sobie kilka stolików i przy małej „baterii” kremowych i kilku kieliszkach Ognistej Whisky – A co! właśnie skończyli szkołę. Kto im zabroni? – Zaczęli małą balangę. Niezbyt strawna kuchnia Aberfortha nie pozwalała na wielkie szaleństwa, ale i tak bawili się przednie, choć Ginny pomarudziła trochę, że Harry jednak nie przyleciał.
Nie mogli nazbyt przeciągać struny, bo już jutro czekało ich pakowanie i powrót ekspresem do domu, jednak ostatnią dobę szkolnego życia, postanowili spędzić przyjemnie.
Kończyli właśnie drugą kolejkę kremowych, kiedy od stołu, w odległym kącie wstało trzech pijanych kolesi. Buli już przy samych drzwiach, kiedy jeden z nich stuknął ich „przywódcę”.

- Proszę, proszę. Czyż to nie szlama Granger? – powiedział ich szef, zataczając się do stolika. – Świętujemy skończenie szkoły, co śliczne Owutemiaczki? To może poświętujemy razem. – Przy stole zaczęło się niespokojne szuranie krzeseł. Groziło to poważną rozróbą z Gwardią Dumbledore’a w roli głównej. Nie wróżyło to za dobrze ich przeciwnikom.
- Wy trzej! – Zza lady wyszedł Aberforth. – Wynosić się z mojego baru obdartusy! Od moich klientów wymagam kultury. – Huknął, swoim zachrypłym głosem. Z jednej strony, faktycznie nie znosił chamstwa w swoich progach. Z drugiej, wolał uniknąć zniszczeń, jakie mogłyby się wydarzyć, gdyby te, zaprawione w boju dzieciaki, poszły na całość.
- Idziemy, idziemy. Kto by chciał siedzieć w tej spelunie. Chcieliśmy się tylko zaprzyjaźnić z jedną szlamą. Ale jak nie wolno.

Mimo tego incydentu, dobry humor owutemiaków nie został zepsuty i w najlepsze bawili się jeszcze dwie kolejne godziny. W końcu, wprawieni w lepszy nastrój, Ognistą Whisky i piwem kremowym, które jak się okazało, albo było zakrapiane przez Aberfortha, albo w większych ilościach i tak upaja, absolwenci Hogwartu, zaczęli zbierać się do wyjścia.

Najlepiej rozgarnięte z całej ekipy Ginny i Hermiona, wyszły pierwsze, chcąc zaczekać na resztę ekipy na ciepłej, słonecznej, ulicy Hogsmeade. Zdołały przejść ledwie kilka metrów, gdy ponownie dopadli je podpici bywalcy Świńskiego Łba. Tym razem było ich jednak więcej. Do dziewcząt podeszło już siedmiu facetów, w różnym stopniu upojenia, a jak udało się szybko ocenić Ginny, w bocznych uliczkach i bramach, stało więcej „gapiów”.

- No, no, no – powiedział ten, który szefował w gospodzie. – Czyż to nie szlama Granger, ponownie? To może jednak poświętujemy? Ten stary cap nam nie przeszkodzi. – Dziewczęta próbowały wycofać się do Świńskiego Łba, ale miały odciętą drogę. – Dokąd, dokąd? Właśnie zdałaś egzaminy, idealna pora by się porządnie zabawić.
- Odwal się! – warknęła Ginny, która jak zawsze, była mniej opanowana od Hermiony.
- Ty się wynoś – warknął do niej prowodyr. – Ciebie nie zapraszałem.
- Niech zostanie. – Wtrącił się, stojący z boku, siódmy z kompanów. – Fajniutka jest. Z nią też można by się zabawić. – Był gruby, miał poplamioną szatę i świńskie oczka. Wyglądał najobleśniej z nich wszystkich. Teraz przesunął sobie, jeszcze, kciukiem po wargach, co sprawiło, że Hermionie zachciało się wymiotować. Ginny brała to bardziej na chłodno.
- Mogę się z tobą zabawić – odpowiedziała mu z filuternym uśmiechem. – Ale nie będziesz z tego zadowolony. Nie wyglądasz na faceta, który mógłby mi sprawić satysfakcję*- Mężczyźni wydali przeciągłe „Oooooooo” i zaczęli rechotać.
- Ty szmato – warknął oblech. – Już ja cię nauczę szacunku do mężczyzn. – Wyszarpnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni.
- Szanuję mężczyzn. – Ginny również dzierżyła już różdżkę. Za jej przykładem poszła Hermiona, która straciła już nadzieję, na pokojowe rozwiązanie. – Ale nie widzę żadnego przed sobą. – Kumple oblecha zaczęli bić brawo i gwizdać. Obrażony po raz kolejny oblech, puścił w stronę Ginny czerwoną rakietę. Odbita od sprawnego zaklęcia tarczy, wybuchła mu przed twarzą. Pozostali z napastników wyszarpnęli różdżki.
- Hej! – Od gospody usłyszeli okrzyk. – Co tu się tutaj dzieje? – Do dziewcząt dołączył się oburzony Dean Thomas, a z nim reszta, lekko podchmielonej, więc bardziej skorej do bitki, Gwardii.
- Sobie rozmawiamy ze szlamą Granger i jej przyjaci… – Nim skończył, z jego ust wydobywały się mydliny.
- Nieładnie tak mówić o ludziach. – Głos Luny był jak zawsze nieobecny. To ona rzuciła zaklęcie na chama, który obraził Hermionę.
- Uspokójmy się wszyscy i rozejdźmy, jak cywilizowani ludzie. – Hermiona powiedziała pojednawczo.
- Znaczy jak cywilizowane szlamy? – Ten z umytymi ustami, wycharczał plując mydlinami. – Chcemy satysfakcji i ją dostaniemy. Do tych siedmiu dołączyło jeszcze kilku skrytych w bramach, bo cwaniacy są mocni tylko, gdy mają przewagę i posypały się czary. Członkowie Gwardii walczyli w okrążeniu, co wbrew pozorom, było dla nich korzystne, bo nie mając gdzie się wycofać, osłaniali się nawzajem. Pijani zbiry i koledzy, którzy się do nich przyłączyli ciskali wszelkimi czarami, jakie przyszły im do głowy. Od prostych rakiet, czarów hukowych, po splątanie nóg, porażenie ciała, na bombardzie kończąc. Wyuczone przez Harrego, na spotkaniach Gwardii Dumbledora, tarcze, nie przepuszczały jednak żadnego czaru, sami zaś Gwardziści słali w przeciwników Impedimenty, Levicorpusy czy zaklęcia zmniejszające, tak że wkrótce nie było wiadomo, kto tak naprawdę jest w natarciu, a kto się broni, w tej walce. Ginny posyłała w przeciwników, na dokładkę, całą gamę swoich ulubionych klątw, z upiorogackiem w roli głównej. Wkrótce jednak walka jej się znudziła i wycelowawszy w oblecha, krzyknęła:
- Expelliarmus! – Różdżka grubasa zatoczyła efektowny łuk w powietrzu, lecąc w stronę Ginny. Ta nawet nie starała się jej łapać i gdy tylko drewno uderzyło o bruk ulicy, złamała różdżkę obcasem.
- Chcesz się bawić ostro? – wykrzyknął prowodyr. – Masz! Crucio! – Ginny zdążyła postawić tarczę, choć wiedziała, że ta jej nie pomoże w obliczu zaklęć niewybaczalnych. Poczuła ból, ale znacznie lżejszy niż się spodziewała, najwyraźniej mężczyzna nie wiedział jak się to zaklęcie rzuca, że „trzeba naprawdę chcieć”. Nie miała jednak czasu się zastanawiać. Wykrzyknęła pierwszą inkantację, jaka przyszła jej do głowy.
- Obliviate! – Mężczyzna stanął zmieszany. Najwyraźniej zaklęcie zadziałało, jednak już po chwili wrócił do walki, musiało mu uciec nie więcej niż kilka minut. Z minuty na minutę walka stawała się bardziej zacięta, prócz zaklęć w obie walczące strony zaczęły latać wylewitowane kostki brukowe, donice z kwiatami i inne przedmioty, jakie znalazły się w zasięgu czaru lewitacji. Ginny czuła, że jej szata jest nadpalona w kilku miejscach. Przez krótkie chwile widziała, że prawa ręka Hermiony krwawi, musiał otrzeć się o nią jakiś grot. Może nie zdążyła postawić tarczy, może tarcza była za słaba. Hermiona zawsze miała problemy z Obroną Przed Czarną Magią. Wystrzelona, przez dowodzącego zbirami faceta, Sectumsempra świsnęła Ginny nad głową i już miała odpowiedzieć mu czymś naprawdę paskudnym, gdy ten runął na ziemię, trafiony czerwonym grotem. Właśnie wtedy, jej uszu dobiegł najcudowniejszy głos na świecie.

___________________________________________________________
- W imieniu Biura Aurorów, nakazuję wszystkim odłożyć różdżki i poddać się oficerom Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Jesteście aresztowani. W razie niewykonania poleceń, zostaniecie obezwładnieni siłą. – Harry stał nadal z różdżką skierowaną w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się mężczyzna atakujący Ginny. To był czysty cud, że nikt nie wszedł na linię strzału i trafił dokładnie tego przeciwnika, którego chciał. Ginny nie widział, ale nikt inny nie mógł mieć takiej burzy rudych włosów.
- Ten tekst należał do mnie – mruknął do niego Urquhart. – Opuścić różdżki. Natychmiast! – wykrzyknął do walczących. Ci jednak, ani myśleli słuchać. – Brać ich. – To ostatnie skierowane było do jego zespołu i Patrolu Przestrzegania Prawa.
- Słyszeliście, panowie. – Neville zaczął wydawać dyspozycje. – Okrążamy ich.

Wykonanie tego planu okazało się jednak, nie być takie proste. Do już walczących dołączyła się spora grupa tych, którzy dotąd kryli się w bramach i zaułkach. Aurorzy wiedzieli, że przeciwnicy mają przewagę, nie zwykli jednak zważać na takie drobnostki jak przewaga liczebna przeciwnika. Harry zaś, po przygodzie w dystrykcie czerwonych lampionów, w Mieście Smoka, był przekonany, że już nic nie jest w stanie go przestraszyć. Paradoksalnie, miał rację. Aurorzy i członkowie patrolu z całych sił naciskali na przeciwników. Ci, mimo straty kilku towarzyszy dzielnie stawiali opór.

Harry za wszelką cenę starał się przedostać do walczących przyjaciół z Gwardii, za każdym jednak razem, gdy chciał przebić się przez przeciwników, lub ich ominąć, ktoś zastępował mu drogę. Wykorzystywał wszystkie umiejętności jakie posiadł w szkole, jakie posiadł na treningach aurorskich, zaklęcia przywiezione z seminarium i te, których nauczył się w Chinach. Zdawał sobie sprawę, że opór przeciwników słabnie, że jeden po drugim, zaczną w końcu padać. Zdawał sobie jednak również sprawę, że w tym czasie, Ginny i Hermionie, reszcie jego przyjaciół, może stać się coś złego.
Znał jeden czar. Jedno poznane w Chinach zaklęcie, które pozwoli mu się dostać wprost do Ginny. Jednocześnie, jedyne zaklęcie, którego nigdy nie udało mu się wykonać. Wiedział, że jeśli nawet mu się nie uda, może pozbawić go wiele cennej energii. Miał jedną, jedyną szansę.

- Urquhart, padnij! Draconis Inflamare! – Dowódca padł natychmiast, nie pytając o powód, a nad jego głową przeleciał potężny strumień ognia, zakończony przerażającą głową smoka, która ryczała przeraźliwie i buchała płomieniami z pyska, nozdrzy, oczu. Cała była jednym wielkim i przerażającym strumieniem ognia. Potężny płomień zmusił przeciwników, do rozpierzchnięcia się na boki, a ryk na chwilę ich zdezorientował. Harry wiedział, że w pełni udane zaklęcie zmusiłoby smoka do zawrócenia i powtórnego natarcia na przeciwników. Wolał jednak nie czekać, by sprawdzić czy mu się udało. Zaraz za strumieniem ognia, wpadł między zdezorientowanych wrogów, ciskając w każdą stronę ogłuszacze i pędząc w stronę Ginny. Członkowie Grupy Uderzeniowej, choć sami zszokowani, dokonywali dzieła zniszczenia, wśród przerażonych przeciwników, którzy dopiero zbierali się z ziemi.
- Potter! Czekaj! – Usłyszał za sobą czyjś krzyk, ale nie miał czasu na zatrzymanie. Wkrótce znalazł się wśród walczących z Gwardią Dumbledora. Ich nie dosięgnął płomień, nawet go nie widzieli i jedynie byli zszokowani, nagłym pojawieniem się wśród nich kolejnego przeciwnika i to ubranego w aurorskie szaty. Harry musiał wirować, uskakiwać i prócz różdżki zdzielać niektórych z przeciwników pięściami. Przy jednym z piruetów zobaczył, że część Grupy Uderzeniowej, z Nevillem na czele, również jest coraz bliżej. Nadchodziła odsiecz, ale on nie miał czasu na czekanie. Zawirował i łapiąc za ramię, cisnął jednym z przeciwników w jego towarzysza, ten upadając podciął nogi dwóm kolejnym. Harry zawirował kolejny raz i poczuł jak ktoś wpada na jego plecy. Odwrócił się gotowy do ataku, a przed jego oczami zatańczyła burza rudych włosów. Wykonali taki sam ruch swymi różdżkami i świetliste groty minęły o cal ich ciała, powalając przeciwników czających się za plecami. Harry chwycił Ginny za wolną dłoń i wykręcił nią piruet, by znalazła się za jego plecami. Walczyli, wciąż trzymając się za dłonie, wirując, wzajemnie się osłaniając i atakując przeciwników. W ich ruchach było tyle gracji. Nie wyglądali jak osoby, które walczą z nawałnicą wrogów, gdzieś na środku błotnistej ulicy, w małej wiosce. Znajdowali się w wielkiej sali balowej i tańczyli walca. Dostojny auror i piękna absolwentka Hogwartu, idealna para. Każdy ich ruch był tak płynny, koordynacja tak idealna. Można by pomyśleć, że walczą ramię w ramię od wielu lat. Rozumieli się bez słów, znali każdy swój ruch. Przeciwnicy padali jeden po drugim, nie mając z nimi szans. Byli jednym ciałem, jednym sercem, jedną duszą. Wiedzieli co zrobi drugie z nich, nim to swój ruch wykonało. Piruet, podskok, parada. Cudowny zapach jej włosów. Kolejny przeciwnik pada.

W pewnej chwili, kiedy oddalili się na odległość wyciągniętych rąk, wciąż trzymając się za dłonie, między ich ciałami przeleciał czarny kształt. W sekundę później jeden z przeciwników wydał przerażony wrzask. Nie mieli czasu patrzyć co się stało. W tle usłyszeli jak Hermiona wykrzykuje jakieś polecenie, albo raczej groźbę. „Ani ważcie się do niego strzelać. Bierz!” Dalej wirowali, ciskali grotami, a przeciwnicy padali, jedni od zaklęć, inni w mrożącym krew w żyłach wrzasku. . Wykonali ostatni piruet i zatrzymali się twarzą w twarz, dysząc ciężko.

- Już nigdy [Cię nie opuszczę] – wydyszał, a brak tchu nie pozwolił mu dokończyć zdania. – Już zawsze [Będziemy razem].
- Na zawsze – wyszeptała, opierając swoje czoło o jego. Nie musiał kończyć, rozumiała go bez słów.

Trwali tak chwilę, twarz przy twarzy, trzymając się za ręce, minęła może sekunda, może minuta, a może cała wieczność. Nagle Harry osunął się na ziemię, wypuszczając jej dłoń i zamarł wciąż w nią wtulony, u jej stóp. Nie widziała rany, nie widziała, by krwawił, ale wiedziała, że nie wszystkie zaklęcia dają widoczne rany. Walczył z tyloma przeciwnikami. Przedarł się do niej, gdy inni tego nie dokonali. Nie wiedziała co ma zrobić, w pierwszym geście pogładziła go po twarzy. Spojrzał na nią, oczy świeciły mu od łez, był wycieńczony, lecz przemówił do niej rwącym się głosem.

- Jesteś całym moim światem – zaczął cicho. – Jesteś moim życiem. Żyję tylko dlatego, że ty żyjesz i zawsze będę chronił twoje życie. Nikt mnie przed tym nie powstrzyma i nikt nigdy, nie przekona mnie, bym przestał to robić. Będę niczym smok, gdyż smoka nie można powstrzymać i zawsze chroni to co kocha i to też jest smok. – W jego dłoni, tej którą jej nie trzymał, zalśnił w słońcu mały przedmiot. – On będzie cię chronił przez całe życie, zawsze kiedy mnie nie będzie przy tobie. Ginewro Molly Weasley, jeśli tylko zechcesz przeżyć swoje życie u mego boku… – Głos mu się załamał i nie był w stanie powiedzieć już ani słowa.
- Tak, tak, tak. – Słowa ledwie wydostawały się z jej ust, duszone płynącymi łzami. – TAK! – Udało jej się niemal wykrzyknąć, kiedy i ona padła przed nim na kolana. Nie poczuła nawet momentu, kiedy wsunął jej na dłoń pierścionek. Klęczeli oboje złączeni w objęciach. Spojrzała ponad jego ramieniem, na jej dłoni faktycznie spoczywał smok. Był piękny i groźny zarazem. Nie miała wątpliwości, że ją ochroni.

Gdzieś w pobliżu ochryple szczeknął pies, w tle Hermiona wyszeptała: „Były idealne”. To już do nich nie docierało. We dwoje byli całym światem jaki potrzebowali i nic nie było poza nimi, nic nie mogło istnieć bez nich i nic, ale to nic, nie mogło uczynić ich nieszczęśliwymi.

Epilog.

Wnętrze pomieszczenia skąpane było w mroku, gdzieś, zza zamkniętych drzwi dobiegały przytłumione odgłosy rozmów, śmiechów, okrzyków. Ktoś bił komuś brawo, ktoś siarczyście przeklinał. Zwykła szara codzienność, proza dnia. Tutaj, w tym wnętrzu wydawała się być tak bardzo odległa, tak do granic absurdu nierealna. Gdyby ktoś trafił tutaj w tym momencie, pomyślałby, że jest w miejscu, gdzie zatrzymał się i umarł czas.
Nagle nieprzenikniony mrok rozświetlił niewielki czerwony punkt. Rozjarzał się coraz bardziej, później powoli zgasł.
- To jeszcze nie koniec, panie Potter – powiedział, wypuszczając powoli dym. Zaciągnął się raz jeszcze, a żar tlącego się papierosa ponownie oświetlił leżącą na biurku fotografię. – Na pana już czas.

* Ginny cytowała zasłyszaną, mugolską, piosenkę z musicalu Grease.
____________________________________________________________________________________________________

Od Autora

W ten oto sposób, tydzień wcześniej niż to planowałem, ale jednak, dotarliśmy do końca tego opowiadania.

Nie smućcie się jednak, Harry Potter powróci, bądź, jakby to powiedział Albus Dumbledore: „There, there, Hagrid. It’s not really good-bye, after all.”

Po wakacjach Harry i jego przyjaciele powrócą w dziewiątym roku swoich przygód, który rozpocznie się 7 września. Oczywiście, nie oznacza to, że po drodze nie trafi nam się kilka specjalnych notek. Śledźcie więc blog co jakiś czas.

W nadziei, że we wrześniu spotkamy się wszyscy, tak jak robimy to teraz, życzę wam bardzo wesołych wakacji.

 
 

24. Duchy Przeszłości Cz.3: Wywiad Rzeka.

19 cze

 

Tygodnik „Czarownica” ma przyjemność zaprezentować państwu ekskluzywny wywiad z numerem trzy wśród najbardziej pożądanych kawalerów Wielkiej Brytanii. Nikim innym a sławnym Harrym Potterem. Wiecznie nieosiągalnego dla prasy pana Pottera udało się namówić do wywiadu Perremu White’owi, wschodzącej gwieździe dziennikarstwa.

Perry White: Jest mi niezwykle miło, że mogę państwu zaprezentować wywiad z człowiekiem, który zyskał już opinię nieuchwytnego numer 1, brytyjskiej prasy. Harry Potter, zaproponował dość niezwykłe miejsce spotkania. Siedzimy sobie w mugolskim parku, w pobliżu domu pana Pottera, na niewielkiej ławeczce pod baldachimem cedrów.
Harry Potter: Pięknie to ująłeś Perry, poetycko.
PW: Cieszę się, że zechciał pan się spotkać. Tylko, skąd pomysł na takiej miejsce? Czy nie wygodniejszy byłby dom, albo jakaś kawiarnia?
HP: Chronię swoją prywatność. Mój dom znany jest jedynie garstce moich przyjaciół. Natomiast w kawiarni, no cóż, w kawiarni wciąż by nam przeszkadzano. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo prasa jest nachalna i męcząca, kiedy jest się mną. W mugolskim parku jesteśmy całkowicie bezpieczni.
PW: Prasa pana męczy?
HP: Przecież wiesz.
PW: Jednak postanowił się pan ze mną spotkać i to od razu zgodził „na wywiad rzekę”.
HP: Wokół mojej osoby narosło wiele legend, czasami nie mających nic wspólnego z prawdą. Uznałem, że trzeba się z nimi rozprawić.
PW: A może chodzi o trzecie miejsce w rankingu „Czarownicy”? Nie chodzi aby o dodatkowe punkty u czarownic?
HP: Tak, ten ranking mnie zmobilizował, ale z innych powodów niż sądzisz. Nie wiem, czy powinienem w nim zająć trzecią pozycję.
PW: Może pierwszą?
HP: Raczej gdzieś poza dziesiątką.
PW: Młody, przystojny auror i z taką historią. Może się pan nie docenia?
HP: A może jestem przeceniany? A z historią zaraz się rozprawimy. Raz a dobrze.
PW: Więc o czym chce pan opowiedzieć?
HP: Skoro ma to być wywiad rzeka, myślę, że o wszystkim. Chociaż nie, rozprawimy się z kłamstwami i to powinno wystarczyć.
PW: Panu czy czytelnikom?
HP: Myślę, że obie odpowiedzi są prawdziwe.
PW: Jeśli mamy rozmawiać o wszystkim, to może dla porządku, zajmiemy się po kolei rozdziałami z pańskiej biografii?
HP: Masz na myśli tą książkę, która powinna nosić tytuł „Harry Potter, jakim go sobie wymyśliłam”?
PW: Nie zgadza się pan, że to biografia?
HP: Myślę, że jakieś dwadzieścia pięć procent nią jest.
PW: A co zresztą?
HP: Reszta, no cóż. Rita Skeeter jest osobą o bardzo bujnej wyobraźni, więc wiele rzeczy wymyśliła. W niektórych miejscach, nawet jeśli napisała o czymś co się wydarzyło, to źle to zinterpretowała.
PW: Jednak w książce znajduje się wywiad, którego udzielił jej pan przed trzema laty.
HP: Tak jak powiedziałem, jakieś 25% to prawda. Pewien wielki człowiek i mój przyjaciel powiedział przed laty, że Prorokowi zdarza się od czasu do czasu napisać prawdę, choćby przez czysty przypadek. Sądzę, że z Ritą jest podobnie.
PW: Kto tak nisko cenił Proroka?
HP: Albus Dumbledore.
PW: Dobrze. Więc biorąc sobie za przewodnik książkę pani Skeeter. Pański pierwszy rok życia. Czy pamięta pan coś z tego okresu?
HP: A czy ty pamiętasz jak miałeś roczek, Perry? Sądzę, że byłem zbyt mały, by zapamiętać ten okres życia. Jako dziecko zapewne wolałem się bawić z kotem, albo szaleć na dziecięcej miotle.
PW: Czyli jednak, coś pan pamięta.
HP: Więcej się dowiedziałem później. Czy pamiętam? Może jakieś kształty, jakieś cienie. Zachowałem z tamtego okresu jedno wspomnienie, ale to także nie jest pełne.
PW: Przyjemne?
HP: Bardzo.
PW: Powie pan czytelniczkom co zapamiętał?
HP: Chwilę kiedy wszyscy byliśmy szczęśliwi. To musi ci wystarczyć.
PW: W ubiegłym roku gruchnęła wiadomość, zresztą powtórzona w książce Rity, że odwiedził pan Dolinę Godryka.
HP: To prawda. W tym wypadku wszystko się zgadza. Byłem u Bathildy Bagshot, ale zamiast niej, spotkałem tam Voldemorta. Zrobiło się trochę bałaganu.
PW: Odwiedził pan swój dom?
HP: Wtedy? Tylko go widziałem. Odwiedziłem go całkiem niedawno.
PW: Jakie wrażenia?
HP: Wiesz, że to pytanie jest niestosowne? Dobrze, odpowiem. Dom jest taki jak w dniu śmierci moich rodziców. Wszystko znajduje się dokładnie na tym samym miejscu.
PW: Przeprowadzi się pan do domu rodzinnego?
HP: Nigdy nie można powiedzieć z czystym sumieniem, nie. Ale nie sądzę. Ja już mam dom, tutaj, całkiem niedaleko.
PW: Tam jest jednak dom rodzinny. Czemu woli pan zostać w Londynie?
HP: Ja kocham spokojne, ciche życie, z dala od kłopotów. Tak, wiem, nie widać. W tamtym domu musiałbym się co dzień mierzyć ze swoimi demonami. Myślę, że wystarczy mi ta jedna wizyta.
PW: Noc, w której pan przeżył?
HP: Znacie tą historię. Voldemort przybył zabić całą moją rodzinę i niestety, ale odniósł sukces. Prawie.
PW: Ale dlaczego chciał zabić pańską rodzinę i dlaczego mu się to nie udało? To jest nadal tajemnicą. Czy zna pan na nią odpowiedź?
HP: Znam, ale dotyczy ona także innej żyjącej osoby i sądzę, że jest lepiej, że całą prawdę znamy tylko ja i ta osoba.
PW: Czy to ma coś wspólnego z przepowiednią i Departamentem Tajemnic?
HP: Departament Tajemnic to był pokaz lojalności i męstwa moich przyjaciół, na jakie stać byłoby niewiele osób na świecie. Tyle w temacie.
PW: Po śmierci rodziców zamieszkał pan wśród mugoli. Ile jest prawdy w opowieści o czarodzieju, który był sławny, a musiał czekać jedenaście lat, by zabłysnąć?
HP: Nie ma w tej opowieści ani słowa prawdy. O tym, że jestem czarodziejem i co stało się z moimi rodzicami dowiedziałem się w dzień jedenastych urodzin.
PW: A cały opis życia? Prawie pięćdziesiąt stron?
HP: Pięćdziesiąt stron fantazji opartej na stereotypach, schematach i uprzedzeniach wobec mugoli. Wątpię by Rita uczęszczała na Mugoloznawstwo, ale mogła przynajmniej odrobinę inwencji wykazać.
PW: To znaczy?
HP: Czarodzieje mają mugoli za bandę zacofanych idiotów, którzy żyją niemal jak w średniowieczu i cieszą się, że umieją posługiwać się ogniem. Prawda jest odmienna. W wielu kwestiach mugole są całe wieki przed czarodziejami. Magia też ma swoje ograniczenia.
PW: Na przykład?
HP: Czy znasz może miotłę, która może przewieźć dwieście osób siedzących w wygodnych fotelach, takich jak te, które masz w domu, przed kominkiem? Albo, czarodzieje wciąż wierzą, że księżyc jest z sera i można dolecieć na niego na miotle. Życzę powodzenia.
PW: Dobrze, co mi pan powie o przybyciu do Hogwartu.
HP: To było cudowne, ale i okropne zarazem.
PW: Jak to?
HP: Wyobraź sobie mugolaka, bo tak naprawdę nim byłem, który dowiaduje się, że istnieje coś takiego jak magia. Zostaje wysłany na niewidzialny peron, do zaczarowanego pociągu, do zamku, w którym możesz porozmawiać z portretami, a po korytarzach pałętają się duchy i trzygłowe psy. To jest całkowity odlot. Tylko, że jednocześnie wszyscy wokoło wiedzą o tobie wszystko, a ty sam nie wiesz o swojej przeszłości nic. Przez pierwsze tygodnie zastanawiasz się czy zwariowałeś, czy jednak, ktoś nafaszerował cię prochami.
PW: Nieciekawie.
HP: Mi to mówisz?
PW: Na drugim roku zrobiło się ciekawiej.
HP: O, i to jeszcze jak.
PW: Gilderoy Lockhart. Latające samochody. Potwór napadający na dzieciaki i dziedzic Slytherina.
HP: To o czym w końcu mam ci opowiedzieć?
PW: Może zacznijmy od Gilderoya. Źle skończył.
HP: Oj źle, źle. Gilderoy Lockhart. Nigdy nie spotkałem kogoś, kto kochałby samego siebie, tak, jak robił to on. Gilderoy miał dwie rzeczy, które zapewniły mu sukces. Urodę i znakomicie opanowane zaklęcie zapomnienia. Udało mu się naopowiadać o sobie bajek i dostać pracę w Hogwarcie.
PW: Co jak wiemy źle się dla niego skończyło…
HP: To zadziwiające, ale zabrakło mu zdrowego rozsądku i użył zaklęcia zapomnienia, różdżką, która odpalała do tyłu.
PW: Chce pan powiedzieć, że sam wymazał sobie pamięć?
HP: Tak, ale spokojnie. Spotkałem go kilka lat później, w szpitalu Świętego Munga. Niewiele się zmienił po tym urazie.
PW: To jak było z tym samochodem? Ukradł pan latający samochód? Przyleciał nim do Hogwartu.
HP: I uderzyłem w Wierzbę Bijącą. Prawda, z tą różnicą, że samochód pożyczyłem, nie ukradłem.
PW: Od kogo?
HP: Nie mam pojęcia. Stał sobie na ulicy w centrum Londynu, więc uznałem, że nic się nie stanie.
PW: Na ulicy w centrum Londynu? A nie był to przypadkiem samochód pewnego pracownika Ministerstwa Magii, u którego spędzał pan wakacje?
HP: To wielkie nieporozumienie, nic ponadto. Następne pytanie.
PW: To jak było z tym potworem i dziedzicem Slytherina? Podobno jest pan wężousty. Było wielu świadków.
HP: Byłem wężoustym, już mi przeszło, że tak to ujmę. Jak było z potworem? Voldemort, a właściwie niejaki Tom Riddle omotał pewną osobę, by poszczuła uczniów potworem więzionym w podziemiach zamku.
PW: I porwał uczennicę?
HP: I porwał uczennicę.
PW: Którą pan uratował, a później się z nią spotykał.
HP: To było wiele lat później.
PW: Szkoła nie chce ujawnić, kto był tą owładnięta osobą, która atakowała uczniów. Może pan to wyjawi.
HP: Ja tego nigdy nie wyjawię. Choć wiem, kto chętnie by to zrobił i dziwię się, że Rita do niego nie dotarła.
PW: Pańska tajemnica?
HP: Możliwe, że jedna z najważniejszych w życiu. Nie zdradzę zaufania tej osoby. Nigdy.
PW: To brzmi tajemniczo.
HP: Następne pytanie, Perry.
PW: Dobrze. Turniej Trójmagiczny?
HP: Przebieg turnieju znacie z artykułów w Proroku. Jak zostałem w niego wmanewrowany, przez kogo i dlaczego znajduje się w wywiadzie.
PW: Przebieg znamy, a jak było z tym romansem i porzuceniem przez pannę Granger?
HP: Z Hermioną zawsze łączyła i łączy mnie nadal głęboka przyjaźń.
PW: Nic więcej?
HP: Nic więcej.
PW: A artykuł i sesja zdjęciowa w Czarownicy? Ta sprzed kilku miesięcy?
HP: Jeśli spotykam kogoś na tyle naiwnego, że daje sobie wmówić takie bzdury, to czemu mam nie skorzystać. Rita kupiła bajkę, którą wymyśliliśmy z Hermioną w chwili, gdy ją zobaczyliśmy.
PW: Nie wierzę.
HP: Przykro mi, ale Veritaserum nie zażyję.
PW: Piąty rok pańskiej nauki, szkalowanie przez Proroka Codziennego i Dolores Umbridge.
HP: Przykro mi, ale nie chcę o tym mówić. Dolores Umbridge to nadal zbyt świeży temat.
PW: A artykuł w Żonglerze?
HP: Rita winna była przysługę, a ja potrzebowałem opowiedzenia prawdy. Świat musiał się dowiedzieć. Jak wyszło, przeczytali prawie wszyscy.
PW: Wtedy nie narzekał pan na Ritę?
HP: Pomysł wciągnięcia jej w tą sprawę nie był mój, zresztą w stosunku do Rity jestem niezwykle pragmatyczny.
PW: Ritę można wykorzystać, a na co dzień poniżać?
HP: Kazała ci zadać to pytanie?
PW: Bez komentarza.
HP: Reporter mówi „Bez komentarza” w czasie wywiadu. Brawo Perry, lubię cię coraz bardziej.
PW: Bardzo mnie to cieszy. To może przejdźmy do nocy w Departamencie Tajemnic.
HP: Tak, jak powiedziałem ci to wcześniej. Departament Tajemnic był pokazem niesłychanej wierności i heroicznej odwagi moich przyjaciół. Niewielu byłoby gotowych zdobyć się na taki gest, a oni zrobili to bez chwili wahania. Poszli za mną w ogień i ja zrobiłbym dla nich to samo.
PW: Walczył pan tam z Sam Wiesz Kim?
HP: Z Voldemortem? Nie, nie walczyłem. Z Voldemortem walczył Albus Dumbledore.
PW: Ale miał pan udział w jego porażce, tamtego dnia.
HP: Ja nazwałbym to ucieczką, nie porażką. W pewnym, metafizycznym sensie miałem w tym udział. Ale to są obszary magii, do których dotarliśmy tylko ja z Voldemortem i szczerze mówiąc nie chcę do nich wracać.
PW: Co to za obszary?
HP: W pełni rozumiał to tylko Dumbledore, ale to jest coś co wykracza poza czarną magię. Tam już nie ma zaklęć, inkantacji, różdżek. Myślę, że tak naprawdę jedno jest ważne. Nigdy nie wolno zapomnieć o miłości. To najpotężniejsza magia i to ona mnie wtedy uratowała.
PW: Czyli jest pan wielkim czarodziejem, skoro dotarł pan do tych obszarów i pokonał Sam Pan Wie Kogo?
HP: Nie. To Voldemort był wielkim czarodziejem, który zabrał mnie w tamte obszary. Pokonałem go… Albus Dumbledore powiedziałby, że pokonałem go, bo potrafię kochać. Ja myślę, że pokonałem go, bo byłem gotów na poświęcenie, na które on nigdy by się nie zdobył.
PW: Jakie to poświęcenie?
HP: Chciałem umrzeć za moich przyjaciół. Tak samo umarł Dumbledore. Poświęcił się, by ochronić kogoś innego.
PW: Dumbledore, Dumbledore. Ciągle powtarza pan to nazwisko.
HP: Bo jest to jedna z najważniejszych osób w moim życiu.
PW: Czy był pan człowiekiem Dumbledora?
HP: Będę nim do końca życia.
PW: Co takiego zrobił Dumbledore, że jest pan jego człowiekiem, nawet kiedy umarł?
HP: Starał mi się wytłumaczyć wiele rzeczy, które tak naprawdę zrozumiałem wiele później, a które pozwoliły mi przeżyć. Starał mi się wytłumaczyć również wiele rzeczy, których nie rozumiem nadal. Wytłumaczył, że jedynym co może pokonać Voldemorta to miłość. Miał rację.
PW: To brzmi jakby przekazał panu wiele zagadek, których rozwiązań nie podał. No i kazał panu kochać. Jaka to pomoc, kiedy nie daje się rozwiązań?
HP: To jest droga. Rozwiązania musimy odkryć sami, jeśli poda się je na tacy, to tak naprawdę nic one nie znaczą. Jeśli odkryjemy je sami, nikt ich nam nie odbierze.
PW: Zagmatwane.
HP: Ale przeżyłem. To chyba najważniejsze.
PW: Tak, ale zanim pan przeżył i pokonał Sam Pan Wie Kogo zniknął pan na wiele miesięcy. Co się wtedy działo?
HP: Tu znowu chodzi o pewne rejony magii, które wykraczają poza nasze rozumienie zła i czarnej magii.
PW: Czy przez ten czas się pan ukrywał, zwyczajnie wyczekując odpowiedniego momentu?
HP: Nie. Oczywiście, że nie. My także walczyliśmy. Bo nigdy nie byłem sam. To muszę wyraźnie podkreślić. Zawsze miałem u swego boku przyjaciół. Walczyliśmy, mierzyliśmy się z przerażającą magią, by ostatecznie można było go zabić.
PW: By można było go zabić?
HP: Są czary, czary tak przerażające, że w niewielu księgach się je opisuje, a pozwalają one stać się tym kim był on.
PW: Co to za czary?
HP: Nie oczekuj, że ułatwię komuś powtórzenie jego zbrodni.
PW: A ostatnia bitwa. Ta, która skończyła się niemal zburzeniem Hogwartu?
HP: Słyszałem, że dzwon z wieży zegarowej wybił pięćdziesiąt razy? Gest o wspaniałym wydźwięku.
PW: No właśnie. Gdzie pan był w dniu rocznicy?
HP: Nie możemy rozmawiać o mojej pracy.
PW: W takim razie wróćmy do nocy, kiedy miała miejsce ostatnia bitwa. Dlaczego pojawił się pan w zamku? Jak ona przebiegała?
HP: Pojawiłem się w zamku, by go zabić. To chyba najprostsza odpowiedź jakiej mogę udzielić. Jak przebiegała bitwa? Nie mam pojęcia. Działo się tak wiele rzeczy, że to co widziałem ja, było zaledwie ułamkiem. Sądzę, że słowem jakim można byłoby tą noc opisać jest „Chaos”.
PW: Są źródła, które widziały pana tej nocy na pewnej polanie.
HP: Mówmy otwarcie. Rita rozmawiała ze śmierciożercami.
PW: To prawda, że poszedł się pan poddać?
HP: To nieprawda.
PW: Więc czemu pan przed nim stanął i nie sięgnął po różdżkę?
HP: To była część większego planu. Musiałem dać się zabić, by można było zabić jego.
PW: Ale pan nie zginął. Przeżył pan.
HP: Tak, ale wcześniej w pełni świadomie dałem mu się zabić. To wystarczyło.
PW: Wiedział pan, że przeżyje?
HP: Nie. Byłem pewien, że zginę.
PW: Więc jak?
HP: Trudno byłoby to wytłumaczyć, ale sądzę, że znowu, najważniejszym czynnikiem była tutaj miłość.
PW: Dużo pan mówi o miłości. Chyba zaczynam rozumieć, skąd te wszystkie kobiety.
HP: Nie wyprzedzajmy faktów.
PW: Dobrze. Pozwolił się pan zabić, ale zamiast zginąć, to on został zabity.
HP: Popełnił wiele błędów. W wielu sprawach był ignorantem. Nie wystarczy mieć potężną moc i umiejętnie używać różdżki. To nie czyni z nas największego czarodzieja na świecie. Bardzo ważne są te małe, trywialne, codzienne, sprawy. Przyjaciele, rodzina, codzienne uprzejmości, serce. Jeśli o nich pamiętamy stajemy się lepszymi ludźmi, im jesteśmy lepszymi ludźmi, tym łatwiej pokonać nam takich jak on. Tamtej nocy stanęliśmy zjednoczeni przeciwko niemu. Byliśmy gotowi umrzeć za naszych przyjaciół, a jego poplecznicy byli gotowi jedynie na to, by zabić jak najwięcej z nas, nigdy nie oddaliby za siebie życia. W ostatniej chwili, w ostatniej walce. Nikt go nie zasłonił. Nikt nie stanął przeciw mnie. Był sam. Zawsze był sam i tak naprawdę pokonał się sam.
PW: Wzywa nas pan do pielęgnowania przyjaźni?
HP: Tak. Dokładnie do tego wzywam. Pielęgnujcie swoje przyjaźnie, budujcie nowe. Przytulajcie się. Dawajcie z siebie tyle serca, ile tylko dacie radę. To zaprocentuje.
PW: Całe serce jakie pan dał, zaprocentowało posadą sklepikarza.
HP: Czy to powód do wstydu? Pracowałem z dwoma z moich najlepszych przyjaciół. Moim zadaniem było niesienie rozrywki innym ludziom w tych czasach, kiedy wielu nadal opłakiwało utraconych członków rodziny i przyjaciół. Cieszę się, że w tamtym czasie mogłem pracować właśnie tam.
PW: Co nie znaczy, że nie czuł pan frustracji zdjęciem z piedestału.
HP: Nie czułem, bo i nigdy się na ten „piedestał” nie pchałem.
PW: Jednak Ritę Skeeter chciał pan zmieść klątwą, kiedy przyszła porozmawiać.
HP: Odrobinę mnie wtedy poniosło. Rita trochę to podkoloryzowała i wybuchła wielka afera o nic. Nigdy nie reagowałem zbyt dobrze na Ritę, a wtedy nadepnęła mi na niewłaściwy odcisk i wyzwoliła trochę negatywnych emocji.
PW: Zbytnio to panu nie zaszkodziło. Niewiele później już zawitał pan na ministerialne korytarze.
HP: Dostałem możliwość wykonywania pracy moich marzeń i nie widziałem powodu, by z niej nie skorzystać.
PW: Skąd pomysł, by zostać aurorem? Demony przeszłości, jak to pan wcześniej ujął? Nagły impuls? Może kaprys?
HP: Sugestia śmierciożercy. Tak, nie patrz zdziwiony. Pewien śmierciożerca powiedział mi, że byłbym świetnym aurorem.
PW: Może kłamał?
HP: W tamtej chwili nie miał ku temu powodu.
PW: Gwiazda ministerstwa, za namową śmierciożercy? Barwna historia.
HP: Nie jestem gwiazdą ministerstwa.
PW: Doprawdy? Zniknął pan na ponad dwa miesiące, gdzie pan był?
HP: Nie mogę mówić o mojej pracy.
PW: Czyli nie był pan na urlopie. A skoro nie było pana w Świętym Mungu, to wysłano pana na jakąś misję albo zadanie. Mam rację?
HP: Nie wolno mi rozmawiać o pracy, przestań drążyć.
PW: Ilu kadetów z trzymiesięcznym stażem wysyła się na tajne misje? Moim zdaniem tylko gwiazdy. A teraz. Przesłuchiwał pan samą Gwenog Jones.
HP: Skąd taki pomysł?
PW: Z oficjalnego oświadczenia ministerstwa, które podało, że pan i oficer Longbottom, notabene jeden z pańskich przyjaciół, prowadziliście to śledztwo.
HP: Skoro tak twierdzi ministerstwo. Nie czytałem oświadczenia, nie będę się wypowiadał.
PW: Więc jak było z przesłuchaniem Gwenog Jones?
HP: Gwenog Jones to przemiła osoba i świetny gracz Quidditcha. Idolka jednej z najbliższych mi osób. Wszystkim nam będzie jej brakowało.
PW: Więcej w tej kwestii od pana nie wyciągnę?
HP: Nie sądzę.
PW: A co przyniesie przyszłość, panie Potter?
HP: Tego nie wie nikt. Nawet zmieniacze czasu działały tylko do tyłu.
PW: Jakie ma pan plany?
HP: Pracować w ministerstwie. Robić tak dużo dobrego, jak tylko mi się uda. Co więcej mogę powiedzieć.
PW: Ma pan osiemnaście lat. Zajmuje trzecią lokatę w rankingu kawalerów roku. Prowadzi barwne życie. Krążą legendy o pańskich kobietach. Jaka przyszłość czeka pana życie osobiste? Niech pan zdradzi to swoim fankom.
HP: To ja mam fanki?
PW: A to Czarownica nie przekazała jeszcze listów miłosnych?
HP: Najwyraźniej jeszcze nie dotarły. Ale tak jak mówiłem. Nie jestem pewien czy zasłużyłem na tę lokatę.
PW: Liczba pańskich podbojów mówi inaczej.
HP: Oj, nie przesadzajmy.
PW: Więc stroni pan od kobiet i Rita nie napisała prawdy?
HP: Ależ ja uwielbiam i podziwiam kobiety. Szczególnie te silne i pewne swoich przekonań i racji.
PW: Więc jednak jakieś były?
HP: Nie tyle, ile wydaje się Ricie.
PW: Więc ile?
HP: Myślę, że Rita nie odróżnia przyjaźni od romansu, a ja nie jestem specjalnie kochliwy, choć nie zaprzeczę. Kobiet nie unikam.
PW: No tak, ale te wszystkie mugolki, czarodziejki, zagraniczne piękności. Nie powie pan, że one wszystkie zostały zmyślone?
HP: Mugolki, tak. Przed pójściem do Hogwartu, nie było zbyt wielu szans na podryw. Sam rozumiesz, niecałe jedenaście lat na karku i te sprawy.
PW: Później miał pan jeszcze siedem lat, na podrywanie mugolek. Każde wakacje spędzał pan wszak w domu.
HP: Spędzałem u wujostwa.
PW: A to różnica?
HP: Dla mnie, ogromna.
PW: Więc siedem lat, w wakacje mieszkał pan wśród mugoli…
HP: To prawda, ale ja nie jestem typem: Idę do pubu i w pięć minut wychodzę z zaczepioną dziewczyną. Chyba jestem na to zbyt nieśmiały.
PW: Jest pan nieśmiały?
HP: Tak myślę. Czasem to przeszkadza, czasem da się pokonać.
PW: Z czarodziejkami jakoś pan sobie jednak radzi. Trochę ich było. Koleżanka z klasy i to dwukrotnie. Reprezentantka Beauxbatons. Orientalna towarzyszka na balu Bożonarodzeniowym. Ścigająca Krukonów i wreszcie siostra najbliższego przyjaciela. Same przelotne romanse i teraz znów jest pan wolny. Jak długo to potrwa?
HP: Zrobiłeś wspaniałą wyliczankę, choć ja dodałbym do niej jeszcze kilka nazwisk.
PW: Było ich więcej?
HP: Było. Tylko, że to były przyjaźnie, nie moje dziewczyny.
PW: Hermiona Granger nie była pańską dziewczyną?
HP: Odpowiedziałem ci na to pytanie wcześniej. Z Hermioną łączy mnie specjalny rodzaj przyjaźni. Wiele razy ratowaliśmy sobie życie. Myślę, że jesteśmy ze sobą blisko, może nawet nierozerwalnie, związani, ale jeśli mamy się upierać przy miłości, to tak, kocham ją, ale jak siostrę.
PW: A Fleur Delacour?
HP: Daj spokój. Jest żoną mojego przyjaciela, a jednocześnie człowieka, który dba o moje finanse. Myślisz, że bym ryzykował?
PW: W czasie Turnieju Trójmagicznego jeszcze nie miała męża i nie wyprze pan się całowania. Są świadkowie.
HP: Oczywiście, ze mnie całowała. Ty byś mnie nie pocałował, gdybym uratował ci młodszą siostrę? Ok, to źle zabrzmiało. Dostałem całusa w policzek, podobnie jak jej obecny szwagier, zresztą.
PW: Tak, to źle zabrzmiało… No właśnie, a co z jej siostrą?
HP: Gabrielle? Bez przesady, w niektórych krajach, to by było nawet nielegalne. Strzelasz na ślepo. Nawet nie wiesz ile ma lat.
PW: A ile?
HP: O wiele za mało.
PW: Twoja partnerka z balu…
HP: To był tylko bal i źle to oboje wspominamy. Strzelaj dalej.
PW: Była też Luna Lovegood?
HP: Kolejna kobieta, którą kocham jak siostrę.
PW: Coś dużo ma pan tych sióstr.
HP: Jedynacy już tak mają.
PW: Pozostają nam jeszcze Cho Chang i Ginewra Weasley.
HP: Skoro tak sądzisz.
PW: Związku z Cho Chang się pan nie wyprze. Sama opowiedziała o nim Ricie, czy może kłamała?
HP: Nie sądzę, by Cho miała powód kłamać. Czytałem ten wywiad i w zasadzie nie mam nic do dodania, w stosunku do tego co powiedziała.
PW: Czyli był to krótki związek.
HP: Na pewno tak, ale nie brakowało w nim emocji.
PW: Dobrych?
HP: Nie ma dobrych i złych emocji. Emocje to emocje. Emocje nadają życiu smak. Nie żałuję tego związku i się go nie wypieram, a Cho życzę jak najlepiej.
PW: Ciepłe relacje z byłą? Czy to rozsądne?
HP: My nie utrzymujemy żadnych relacji, nie znaczy to, że nie mogę być serdeczny.
PW: Związku z Ginewrą Weasley, też się pan nie wyprze. Są na niego świadkowie. Kolejny przelotny romans?
HP: Następne pytanie.
PW: O, czyli kryje się za tym jakaś głębsza historia. Kolejne emocje? Jakieś sekrety? Coś co musicie ukrywać?
HP: Wiesz, że brzmisz teraz jak Rita?
PW: A pan, jak ktoś kto boi się odpowiedzi.
HP: Nie boję się.
PW: Więc czekamy. Kilka sekretów panu nie zaszkodzi.
HP: Merlinie, jej brat jest aurorem. Jedno słowo może mi zaszkodzić.
PW: Pan też jest aurorem.
HP: Ale jak zaatakuje mnie najlepszy przyjaciel, to raczej nie będę się bronić.
PW: Czemu Ronald Weasley miałby pana atakować? Mamy do czynienia z jakimiś mrocznymi sekretami? Zakazaną miłością?
HP: Ja pamiętam tylko jasne momenty, a bracia mają to do siebie, że są nadopiekuńczy wobec młodszych sióstr. Nawet gdy te potrafią się świetnie bronić.
PW: Pan Weasley jest nadopiekuńczy?
HP: Kocha swoją siostrę.
PW: Jak pan Hermionę i Lunę?
HP: Dokładnie w ten sam sposób.
PW: Często gości pan w domu Weasleyów. Czy nie jest to niekomfortowe, kiedy spotyka się pan twarzą w twarz z byłą miłością?
HP: Nie ma czegoś takiego jak była i obecna miłość. Miłość to miłość, jeśli jest prawdziwa.
PW: Więc nadal kocha pan Ginewrę Weasley?
HP: Tak jak powiedziałem. Miłość to miłość, jeśli jest prawdziwa, nigdy się nie kończy. Kończą się romanse i związki. Uczucia pozostają.
PW: Skończył się związek, ale miłość pozostała?
HP: Są rzeczy, które nigdy się nie kończą. Nasza historia sięga znacznie dalej niż nasz związek.
PW: Znacznie dalej?
HP: Poznaliśmy się w dniu kiedy po raz pierwszy jechałem do Hogwartu. Sądzę, że tylu lat nie da się przekreślić jednym zerwaniem.
PW: Łączy was historia, a przyszłość?
HP: Nikt nie zna przyszłości. Póki co, cieszę się, na niedługie spotkanie z wszystkimi przyjaciółmi, którzy kończą szkołę. Wśród nich są panny Weasley i Granger.
PW: W ostatnią sobotę odbył się finałowy mecz Quidditcha. Gryfoni przeciw Krukonom. Dwie pańskie dziewczyny stanęły naprzeciw siebie.
HP: Wiem o tym. Gryfoni mają wspaniałą panią kapitan, z taką ścigającą wynik nie mógł być inny.
PW: Niewątpliwie, ale Ginewra Weasley zmieniła pozycję. W ostatnim meczu stanęła naprzeciw Cho Chang, jako szukająca.
HP: Nie byłby to pierwszy jej występ na tej pozycji. Godnie mnie zastępowała w piątej i szóstej klasie. Gryfoni, jak wiemy, wygrali.
PW: O tak. Zdobyli puchar. Czy jednak, nie była to prywatna rozgrywka między Chang a Weasley? Ta zmiana pozycji jest aż nadto oczywista.
HP: Myślę, że to pytanie nie jest do mnie. Gryfonom gratuluję kolejnego tytułu. Latałem z wieloma z nich. To kapitalna drużyna.
PW: Czy teraz się pan z kimś spotyka?
HP: Od ponad czterech miesięcy, tylko z przyjaciółmi.
PW: Jakaś rada, dla kobiet, które chciałyby zająć miejsce u pańskiego boku?
HP: Musiałyby się wykazać niebagatelną wytrwałością i charakterem. Obawiam się, że to zadanie wymaga ponadprzeciętnych umiejętności.
PW: Jest pan tak wymagający w wyborze kobiety?
HP: Tego nie powiedziałem. Zmieńmy temat.
PW: Albus Dumbledore.
HP: Wspaniały człowiek, wspaniały czarodziej. Mój wielki przyjaciel. Nic z tego, co o naszych relacjach padło w obu książkach Skeeter, nie jest prawdą.
PW: Skeeter kłamała?
HP: Nie, nie kłamała. Żeby kłamać, trzeba znać prawdę. Ona sobie całą historię zmyśliła. Albus Dumbledore był największym czarodziejem na świecie. Gdyby nie on, Voldemort nie zostałby pokonany.
PW: Był pan jego narzędziem?
HP: Co znaczy być narzędziem?
PW: Wykorzystał pana do wykonania zadania, które jego przerosło.
HP: Należy raczej powiedzieć, że włożył mi w dłonie narzędzia i wiedzę, dzięki której wykonałem zadanie, które tylko ja mogłem wykonać.
PW: Pokonanie Sami-Wiemy-Kogo?
HP: W sporym uproszczeniu. Tak.
PW: Uproszczeniu?
HP: Esencją wszystkiego, jest fakt, że on umarł, ja żyję i mam całą duszę tylko dla siebie.
PW: Ponownie zagmatwane.
HP: Jak to życie.
PW: Severus Snape także był zagmatwaną postacią. To on odebrał panu Dumbledora.
HP: Nic nie wiecie o Severusie Snapie. Nikt z żywych nie zna całej prawdy o tym człowieku.
PW: A pan ją zna?
HP: Wiem więcej niż inni.
PW: Czego nie wiemy o tym człowieku? Śmierciożerca, który udał, że zdradził Sami-Wiemy-Kogo i przeszedł na naszą stronę, by po piętnastu latach ponownie zdradzić, tym razem Dumbledora i ujawnić się jako podwójny agent. Potem został dyrektorem szkoły. Wprowadził drakońskie prawa i dopuszczał do tortur na uczniach.
HP: Twoje założenia są błędne u samych podstaw.
PW: Nie był śmierciożercą, czy nie zdradził Dumbledora? Krążą też pogłoski, że to przez niego zginęli pańscy rodzice.
HP: Moi rodzice zginęli przez Petera Pettigrew, zwanego Glizdogonem.
PW: Severus Snape nie miał w tym swojego udziału? Nie chce pan chyba powiedzieć, że to człowiek bez skazy?
HP: Nie ma ludzi bez skazy. Nawet ja takie posiadam i nie mówię tu o tej na czole. Chcę powiedzieć o Severusie Snapie jedną ważną rzecz. Severus Snape był najdzielniejszym człowiekiem jakiego znałem w swoim życiu. Nigdy nie zdradził Albusa Dumbledora i jest godzien tego, by jego obraz zawisł w gabinecie dyrektorskim. Złożyłem w Wizengamocie wniosek o Proces Rehabilitacyjny jego osoby. Kiedy się zakończy, dowiecie się wszystkiego. Teraz mógłbym jedynie zaszkodzić sprawie.
PW: Mocna deklaracja.
HP: Mam mocne dowody.
PW: Ciekawe, czy minister weźmie je pod uwagę.
HP: Decyzja w Wizengamocie podejmowana jest przez więcej niż jedną osobę.
PW: Tym nie mniej, minister ma na nią wpływ, a pan zdaje się mieć wpływ na ministra.
HP: Kingsley Shacklebolt jest moim przyjacielem, ale i moim zwierzchnikiem. Umiemy oddzielić życie prywatne od spraw zawodowych. Wbrew temu, co się sądzi, nie mam wpływu na jego politykę.
PW: Minister nie pyta pana o zdanie, przy podejmowaniu decyzji?
HP: Minister ma wielu doradców. Nie potrzeba mu rady nastoletniego czarodzieja, stażysty.
PW: Nie pierwszy minister, z którym utrzymywał pan relacje.
HP: Nie rozumiem.
PW: Spotykał się pan zarówno z Knotem jak i Scrimgeourem, już wtedy łączono pana z ministerstwem.
HP: Jak powiedział kiedyś Albus Dumbledore. Idea żyje dłużej niż polityk, który ją wymyślił. Oczywiście, że spotykałem się z Knotem. Zawsze jednak były to spotkania natury służbowej.
PW: Co może pan powiedzieć o Korneliuszu Knocie?
HP: Dobry polityk, zły minister, zły człowiek.
PW: Jak można być dobrym politykiem i złym ministrem? To się chyba wyklucza.
HP: Knot zakłamywał rzeczywistość i naginał ją do swoich wyobrażeń i potrzeb. Kiedy pojawiał się problem, z którym należało się zmierzyć udawał, że problem nie istnieje. Jeśli fakty mówiły coś sprzecznego z jego linią polityczną, tym gorzej dla faktów. Dobry minister powinien reagować na zmieniającą się rzeczywistość, nie tworzyć własną, alternatywną.
PW: Czemu zły człowiek?
HP: To odczucie osobiste. Miałem tą nieprzyjemność, ze zazwyczaj mówiłem coś, co niekoniecznie podobało się Korneliuszowi Knotowi. To nie tworzy podwalin pod dobre relacje.
PW: Był jeszcze Scrimgeour. Auror tak jak pan.
HP: Tak jak Shacklebolt, również.
PW: Jakie były wasze relacje?
HP: Rufusa Scrimgeoura spotkałem dwa razy. Pierwszy, w Boże Narodzenie, drugi, dzień przed jego śmiercią.
PW: Wrażenia?
HP: Nie przypadliśmy sobie do gustu. Możliwe, że obaj mieliśmy zbyt silne charaktery, obaj też okopaliśmy się przy swoich racjach i nie byliśmy gotowi do ustępstw. A może tak reaguję na podstarzałych aurorów, to również jest możliwe.
PW: Nie zgadzaliście się?
HP: Mieliśmy te same cele, ale inaczej widzieliśmy drogę do ich realizacji. Rufus był aurorem i chciał działać. Dla niego liczył się cel, dla mnie środki jakimi do nich się dotrze.
PW: Jakie to środki?
HP:Ja byłem gotów iść po trupach śmierciożerców. Scrimgeour dopuszczał ofiary.
PW: Kolejny zły człowiek.
HP: Gdybyś mnie zapytał wtedy, tak. Teraz nie jest to już postać tak jednoznaczna. W przeciwieństwie do Knota, działał. Starał się być skuteczny, ale z dnia na dzień otaczało go więcej wrogów. Podobno, w ostatnim akcie, nie zdradził śmierciożercom miejsca, w którym się kryłem. Być może ocalił mi życie.
PW: A twoja relacja z Sami-Wiemy-Kim? Rita sugeruje, że byliście przyjaciółmi, a cała Bitwa o Hogwart została ukartowana.
HP: Merlinie! Szczerze, ten rozdział ledwie przeleciałem wzrokiem. Nie byliśmy przyjaciółmi. Stanowczo nie byliśmy, a Bitwa o Hogwart? Tam zginęli moi przyjaciele, wielu przyjaciół. Każdego z pięćdziesięciu poległych obrońców Hogwartu znałem osobiście, niektórych lepiej, niektórych słabiej, ale każdy z nich był imieniem, nazwiskiem, twarzą i wspomnieniem, które zostanie ze mną na zawsze. Mówienie, że bitwa została ukartowana jest co najmniej niegodziwe i Skeeter powinna przed ich rodzinami kajać się na kolanach.
PW: Kolejne mocne słowa.
HP: Adekwatne do tezy na jaką są reakcją. Voldemort nigdy nie był moim przyjacielem.
PW: Więc jakie były wasze relacje?
HP: Najprościej. Pragnęliśmy się zabić.
PW: Coś więcej?
HP: Tutaj wracamy do sprawy tych obszarów magii jakie odkryliśmy z Voldemortem. Mogę powiedzieć, że przez pewien czas, byliśmy sobie bliżsi niż bracia. Panująca między nami relacja była jak taki wir, który kręci się coraz szybciej i zwęża się ku swojemu dnu, ciągnąc nas ze sobą, aż w końcu, na samym dnie, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko się zderzyć. My zderzyliśmy się w Hogwarcie.
PW: Byliście sobie bliżsi niż bracia?
HP: W pewnym, metafizycznym, sensie. Przez całe jednak życie nienawidziliśmy się z całego serca. Jeśli on miał jakieś serce.
PW: Rita Skeeter sugeruje, że używał pan czarnej magii.
HP: Używałem.
PW: Używał pan?
HP: Przecież odpowiedziałem. Tak, w przeciągu ostatnich lat co najmniej kilkukrotnie używałem czarnej magii.
PW: Co to były za okoliczności?
HP: Zniszczenie Voldemorta.
PW: Zaklęcia niewybaczalne?
HP: Tak jak powiedziałem, używałem czarnej magii.
PW: Świadkowie jednak twierdzą, że potraktował pan Cruciatusem, Bellatriks Lestrange.
HP: Czy nie zwiedzałbym już Azkabanu? Rodzi się więc pytanie o wiarygodność świadków.
PW: Albo pańską prawdomówność. Przyznanie się do stosowania tych zaklęć oznaczałoby koniec kariery.
HP: To twoja opinia. Jak powiedziałem, używałem czarnej magii i ta sprawa została już wyjaśniona.
PW: Prawo jest od tego, by je łamać, panie Potter?
HP: Prawo to tylko zbiór norm i sugestii co do postępowania, spisanych na papierze i zamkniętych w kodeksach.
PW: Można je więc złamać?
HP: Można je różnie interpretować.
PW: Czy pan je łamie?
HP: Czasami odnajduję inne interpretacje, niż by się mogło zdawać.
PW: Czyli pana prawo nie obowiązuje?
HP: Obowiązuje wszystkich, należy jednak je znać i umiejętnie z niego korzystać.
PW: Rozdziału o Sami-Wiemy-Kim, pan nie przeczytał. A o tajemnicach, których nie chciałby zdradzić?
HP: Odpowiedz mi proszę na jedno pytanie. Jeśli nikomu nie zdradziłem tych tajemnic, kto przekazał je Ricie?
PW: Skłamała?
HP: Wymyśliła.
PW: Wszystkie?
HP: Każdą jedną.
PW: Więc ostatnie pytanie. Co dalej?
HP: Życie toczy się dalej.
PW: A plany na to życie?
HP: Jakieś na pewno się znajdą.
PW: Coś już chodzi panu po głowie.
HP: Tak, mam jeden plan. Ale nie wiem jak go zrealizować.
PW: Może pomożemy. Co to za plan?
HP: O nie. Tego nie zdradzę na pewno.
PW: „Czarownica”spytała swoją wróżkę o pańską przyszłość, chce pan usłyszeć co pana czeka?
HP: Nie wierzę we wróżki.
PW: Nie wierzy pan?
HP: Nie.
PW: Jednak uczęszczał pan na Wróżbiarstwo i stoczył bitwę w Sali Przepowiedni.
HP: Przedmiot, na którym straciłem masę czasu i nerwów. A o Departamencie Tajemnic już się wypowiedziałem.
PW: Tym nie mniej, były tam przepowiednie.
HP: Wygłoszone przez „widzących”, nie karcianą wróżkę. Znałem jedną „widzącą”, przez całe swoje życie wypowiedziała jedynie dwie przepowiednie.
PW: Nie skuszę pana?
HP: Dobrze. Czytaj, jeśli tak ci na tym zależy.
PW: „Czeka pana wielka przyszłość. Wszyscy czarodzieje, także innych krajów, będą znać pańskie imię. Często będzie pan gościł na pierwszych stronach gazet Osiągnie pan liczne sukcesy zawodowe, już niedługo pełniąc najważniejsze funkcje. Wkrótce założy pan szczęśliwą rodzinę i będzie wiódł spokojne życie z osobą którą kocha.” Co pan na to?
HP: Przepowiednie spełniają się tylko, jeśli się w nie wierzy. To chyba najlepsze podsumowanie.
PW: Niewątpliwie. Czego więc mogę panu życzyć, na koniec naszej rozmowy i na resztę życia? Realizacji pańskiego planu?
HP: Na pewno tak. Nie obrażę się również za życzenia spokoju. Kocham spokojne i nudne życie.
PW: Więc wiele spokoju, panie Potter i dziękuję za wywiad.
HP: Było mi bardzo miło. Pozdrawiam wszystkie czarownice.

 

___________________________________________________________________________________________________

W ten oto sposób dotarliśmy do końca Duchów Przeszłości, najdłuższego rozdziału, jaki miałem okazję dla was napisać. Teraz przed nami pozostaje już tylko zakończenie tej historii, a później? Nawet zmieniacze czasu działały tylko do tyłu ;)

 

 
 

Knock, Knock

14 cze

Zuzia mnie sprowokowała.  Chciałem więc pokazać wam cięższy kaliber z jakiego potrafię uderzyć przy pisaniu tekstów.

Na górze strony, obok „Historia” oraz „O mnie”, pojawiła się zakładka „Knock, Knock”. Znajduje się w niej opowiadanie TYLKO DLA OSÓB PEŁNOLETNICH, które pokazuje odrobinę inną stronę mej twórczości, nadal jednak w świecie Harrego Pottera. Mam nadzieję, że po jego przeczytaniu, nie zniechęcicie się do mojego bloga.

Pozdrawiam, HP: Kontynuator.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

23. Duchy Przeszłości Cz.2: Dzieci Które Nienawidziły Magii.

12 cze

Oto część druga Duchów Przeszłości. Opisane w niej wydarzenia dzieją się równolegle do tych, poznanych już w części pierwszej niniejszego rozdziału. Jeśli poczulibyście się zagubieni, sięgnijcie ponownie po wcześniejszy rozdział. Zachęcam was oczywiście również do przeczytania ich ciągiem, jeden po drugim, jako całość, tak jak wyglądać miały w zamyśle.

SZYBKIE GŁOSOWANIE.
Czyj ślub chcieli byście zobaczyć w „Roku: 9″ 1. Hermiona – Ron; 2. George – Angelina; 3. Audrey – Percy.
Odpowiedzi 1, 2 lub 3 poprzedzone znaczkiem „~” wpisujcie w komentarzach do rozdziału.

Teraz już zapraszam do kolejnego rozdziału.
HP: Kontynuator.
______________________________________________________________________________________________________________________

Kochana Ginny.

Skończyłem przesłuchiwać Gwenog Jones. Z ulgą mogę Ci przekazać, że nie miała nic wspólnego ze zniknięciem ścigającej Zjednoczonych, co nie przybliża nas w żaden sposób do odnalezienia biedaczki. Wszystkie wydarzenia, jakie miały miejsce na stadionie, musiały być dla niej tak samo wielkim zaskoczeniem jak i dla nas.
Jakkolwiek my nie wnosimy przeciwko Gwenog żadnych oskarżeń, musisz pamiętać, że miała ona w czasie meczu różdżkę, co jest surowo zabronione. Komu ja zresztą o tym mówię, jesteś większą fanką Quidditcha niż ja i wiesz o nim więcej niż ja kiedykolwiek się dowiem. Będzie się zapewne musiała wytłumaczyć z tej różdżki przed Komisją Ligi i paroma innymi ważnymi osobami. Nie wiem, jakie są za taki wybryk kary, ale liczę że niedługo znowu zobaczymy ją w akcji. Wszak to Gwenog Jones, prawda?
Gwenog została przez nas zwolniona zaraz po przesłuchaniu i jest już zapewne w domu ze swoimi bliskimi, starając się zapomnieć o całej sprawie. Postaraj się zrobić to samo i zajmować jedynie swoimi egzaminami. One są teraz najważniejsze, a jak się na nich postarasz, to pomyślę nad niespodzianką.

Kocham
Twój osobisty auror,
Harry.

Ginny odłożyła czytany po raz enty list. Mimo, że było już po kolacji, czerwcowe słońce wciąż unosiło się ponad górskimi szczytami, oświetlając zachodni dziedziniec, na którym uczyła się wraz z kilkoma innymi uczniami.
Więc to Harry ją przesłuchiwał. Ciekawe jak wyglądało to przesłuchanie. Przyszły jej na myśl kamienne sale w piwnicach ministerstwa, o których mówili jej bracia i przesłuchania, jakim poddawali ich śmierciożercy po wdarciu się na wesele. Nie, to przesłuchanie na pewno wyglądało inaczej. „To dobrze, że Gwenog nie będzie o nic oskarżona”- myślała. Nie była jednak pewna, czy Komisja Ligi, będzie tak łaskawa, jak sądził Harry, a może wiedział coś więcej od niej. Coś, co pomoże Gwenog. Planował też jakąś niespodziankę, jeśli dobrze pójdą jej egzaminy. O tak, już ja ci pokażę, jak dobrze pójdą mi egzaminy. Ciekawe co takiego chodzi ci po głowie, Harry Potterze.

Otrząsnęła się z tych myśli i wróciła do powtarzania materiału z Zaklęć. Do pierwszego egzaminu zostało jej zaledwie cztery dni. Tak niewiele brakowało do opuszczenia przez nią Hogwartu. Jeszcze tylko ostatni mecz Quidditcha w jej karierze. Ma szanse zakończyć szkołę z pucharem w rękach, potem egzaminy i pożegna się z tym miejscem, być może na zawsze. Żałowała trochę, że Harry nie wrócił do szkoły tak jak Hermiona. Chciałaby kończyć naukę razem z nim, ale teraz Harry był aurorem. Uczył się jak ma ją bronić. Tak, ją. To takie głupie, ale nie myślała o nim jako o obrońcy wszystkich czarodziejów, ale jako o jej prywatnym obrońcy. Sam się zresztą podpisywał; „Twój osobisty auror.”
Niedługo i ona będzie aurorem. Będzie mogła obronić jego, tak jak on broni jej. Razem będą polować na wszystkich tych złych czarodziejów.

Przerzuciła kolejną stronę „ Zaklęć Zaawansowanych”. Nim jednak zdołała się zagłębić w treść akapitu, jej uwagę odwrócił krótki krzyk i odgłos, jakby ktoś rzucił jakiś worek, lub pudło i toczyło się ono schodami. Spojrzała w tamtą stronę i poczuła jak zamarza jej krew w żyłach. Schodami prowadzącymi z galerii, piętro wyżej, spadało ciało. Wyżej, na szczycie schodów, zobaczyła znikający cień. Nim zdołała się poderwać, Łapa z donośnym charkotem, przeskakiwał już nad staczającym się ciałem i pędził w stronę galerii. Ginny tak szybko, jak tylko potrafiła, dopadła do schodów, gdzie już leżała ofiara. Była to Gryfonka, Ginny od razu ją rozpoznała. Dziewczyna kończyła teraz piąty rok.

- Merry. Merry, słyszysz mnie? – zapytała, delikatnie sprawdzając puls. – Mrugnij tylko oczami. Jeśli mnie słyszysz, tylko mrugnij. – Dziewczyna ścisnęła powieki, nie otwierając wcześniej oczu. – Biegnij do skrzydła szpitalnego, powiedz, że dziewczyna spadła ze schodów. Natychmiast! – krzyknęła na jakiegoś Puchona. Chłopak w sekundzie zniknął w bocznym korytarzu. – Merry, nie ruszaj się, ani drgnij. Zaraz przyjdzie pomoc, tylko nie zasypiaj. Tylko nie zasypiaj – powtórzyła z naciskiem.

Chciała zostać z dziewczyną, ale z piętra wyżej dochodziły jej uszu głośne szczekanie i przeraźliwe wrzaski. Popędziła schodami, a następnie galerią w stronę hałasu. Kiedy wypadła na korytarz zobaczyła Łapę siedzącego na małej dziewczynce, warczącego jej prosto w twarz.

- Niech nikt nie waży się rzucić zaklęcia w tego psa! – Ostrzegła. – Kogo tam masz?
- Nie, proszę, nie. Proszę, zabierzcie ze mnie tego potwora. Zabierzcie… błagam. – Płakała mała dziewczynka.
- Zejdź z niej. Dobrze się spisałeś. – Poklepała psa po karku. – Jak się nazywasz? – spytała dziewczynkę.
- Emma Millan. – Wychlipała mała. – Zabierzcie go ode mnie. – Łapa wciąż siedział przy jej głowie. – Ja nic nie zrobiłam.
- Jakbyś nic nie zrobiła, to by ciebie nie złapał.
- Uciekałam bo mnie gonił, a on się rzucił! – Pisnęła. – Pomóżcie, zabierzcie tego potwora. Jego trzeba zamknąć.
- Emmo. Jak widzę jesteś Krukonką. Powiedz mi, dlaczego zaatakowałaś Merry?
- Ja nic nie zrobiłam! – wrzasnęła dziewczynka.
- Zrzucenie Merry ze schodów nazywasz niczym? Ona mogła zginąć.
- Nic nie zrobiłam, nic nie zrobiłam – powtarzała dziewczyna, wpatrując się w zęby, wystające z pyska Łapy. – Zabierzcie go, ja się go boję.
- Jego się boisz? – syknęła Ginny. – To nie jego powinnaś się teraz bać – wyszeptała jej wprost do ucha. – Zobaczymy co zrobiłaś, a czego nie. Priori Incantatem. – Z różdżki Krukonki wyłonił się obłoczek zaklęcia zlepiającego nogi. Ginny lekko wstrząsnęła różdżką i z końca różdżki wyleciał kolejny obraz, dziewczynki luzującej lamperię na którymś z korytarzy. – Lamperia? Niech tylko, na kogoś spadnie fragment lamperii. – syknęła do dziewczyny. – Miesiącami będą cię składać. Wstawaj! – krzyknęła na koniec, a Łapa szczeknął ostro. Dziewczynka nadal jednak leżała, jak sparaliżowana, wpatrując się w Łapę. – Wstawaj, powiedziałam. – Ginny machnęła różdżką, a dziewczynka z przerażenia zamknęła oczy, ale z różdżki wyskoczył tylko srebrny koń i pomknął gdzieś po korytarzu. – Wstań, albo będę cię wlokła wiszącą do góry nogami, przez cały zamek. Nie będę miała skrupułów.

Młoda Krukonka wstała i popychana różdżką Ginny ruszyła naprzód. Łapa szedł krok za swoją panią, bacznie się rozglądając, będąc gotowym odeprzeć każdą napaść.

Ginny poprowadziła dziewczynkę przez całą szkołę, z różdżką przytkniętą do jej pleców. Odprowadzały je zaciekawione spojrzenia uczniów, ale głuche powarkiwania Łapy powstrzymywały kogokolwiek od przyłączenia się do małego orszaku. Na korytarzu, przed zagradzającym wejście do gabinetu dyrektorki gargulcem, znaleźli się w tym samym momencie, co nadbiegająca z przeciwka, Hermiona.

- Dostałam twojego Patronusa – wysapała. – Co się stało?
- Chyba wreszcie znaleźliśmy winowajcę sabotaży. Znaczy Łapa znalazł. – Pies szczeknął krótko. Hermiona popatrzyła sceptycznie na małą Krukonkę, ale nic nie powiedziała. Skoro Ginny była pewna swego, decyzja należała do McGonagall.

Usłyszawszy prawidłowe hasło, gargulec ustąpił i cała czwórka – troje dziewcząt i ogromny pies – pojechali krętymi, ruchomymi schodami, pod same drzwi dyrektorskiego gabinetu.
Hermiona weszła do gabinetu pierwsza, za nią, popychana różdżką mała Krukonka, oraz Ginny z psem.

- Panna Granger, panna Millan? Panno Weasley, mówiłam, że ten pies nie ma wstępu na teren szkoły! – Łapa fuknął z dezaprobatą. – Co to wszystko ma znaczyć?
- Szczerze mówiąc – zaczęła Hermiona – też chciałabym wiedzieć. Ginny twierdzi, że złapała sabotażystkę.
- Ja jestem niewinna! – pisnęła dziewczynka. Odpowiedział jej głuchy charkot z głębi gardzieli Łapy. Krukonka pisnęła ponownie i próbowała odskoczyć od psa, ale Ginny trzymała ją mocno za szatę.
- Siadaj, gówniaro. – Pchnęła dziewczynkę w stronę krzesła, przed biurkiem dyrektorki. – Ta… – widać, że stara się pominąć jakiś epitet – Millan, zrzuciła ze schodów naszą Merry. Merry Strahan.
- Słucham?! – McGonagall poderwała się z fotela. – Co z Merry? – Takie wzburzenie nie było czymś, co oglądało się co dzień na twarzy, zazwyczaj opanowanej, profesor McGonagall.
- Po upadku była przytomna i rozumiała co się do niej mówi. Musiałam biec za tą… gówniarą, ale posłałam po pomoc do skrzydła szpitalnego. Kilku starszaków zajęło się Merry.
- Chwała Merlinowi. – Dyrektorka opadła na fotel, łapiąc się za pierś. – Czemuś to zrobiła głupia dziewczyno?! – Skupiła się z kolei na Krukonce.
- Nic nie zrobiłam.
- Panna Weasley twierdzi co innego.
- Ona kłamie. – Łapa szczeknął tak ostro, że wszystkie kobiety podskoczyły, a Emma zwinęła się w kłębek ze strachu, krzycząc: – Zabierzcie tego potwora!
- Panno Weasley, może pani…
- Łapa nie zaatakuje, póki mu nie rozkażę. – Ginny przerwała dyrektorce.
- Jeśli panna Weasley kłamie, to czemu panią złapała?
- To nie ona! Ona mnie tam nawet nie widziała. Nie mogła mnie widzieć! To ten potwór, biegł korytarzem z zębami na wierzchu i ja zaczęłam uciekać i on rzucił się na mnie i mnie przygniótł i chciał mnie zagryźć. A ona przyszła zobaczyła jak on siedzi na mnie i pomyślała, że ta głupia Merry, czy jak jej tam, nie spadła, tylko ją zrzuciłam. Zabierzcie go ode mnie! – Z każdym słowem dziewczynka mówiła coraz szybciej, a wszystko przez to, że Łapa zaczął się przesuwać, pojawiając się w jej polu widzenia. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Łapa potrafił napędzić stracha, jeśli chciał. A że wzrostem niewiele odbiegał od Krukonki, nie musiał się zbytnio starać.
- Panno Weasley? – Dyrektor zwróciła się do Ginny. – Emma twierdzi, że pani kłamie. Ma pani jakiś dowód na potwierdzenie swoich oskarżeń?
- Może być jej różdżka? – Położyła przedmiot na biurku dyrektorskim. – Proszę sprawdzić Priori Incantatem. – McGonagall wzięła różdżkę w dłoń, nim jednak zdołała cokolwiek zrobić, przerwało im ciche chrząknięcie. – Kobiety rozejrzały się po pomieszczeniu, ale to Łapa patrzył w odpowiednim kierunku.
- Minerwo – odezwał się magiczny portret Dumbledore’a. – Emma jest Krukonką, sądzę, że stosownym byłoby zaproszenie tutaj profesora Flitwicka.
- Tak, oczywiście. Masz absolutną rację, Albusie. Fineasie? – Zwróciła się do kolejnego z portretów. – Czy mógłbyś?
- Oczywiście, pani Dyrektor. – Profesor Black zniknął ze swojego portretu, udając się na poszukiwanie niewielkiego, w swych rozmiarach oczywiście, opiekuna Krukonów. W czasie tego oczekiwania, nikt w gabinecie nie rozmawiał. Wszechogarniającą ciszę przerywały jedynie znudzone sapnięcia psa, który złożył pysk na swoich łapach i można było uznać, że śpi, gdyby nie oczy wciąż przewiercające pierwszoroczniaczkę.

Dyrektor Black i profesor Flitwick wrócili niemal jednocześnie.

- Co się stało? Fineas twierdzi, że zatrzymałyście jedną z moich uczennic?
- Profesorze! Ratunku! – Emma wrzasnęła, słysząc swojego opiekuna domu, ale na milimetr nie ruszyła się z fotela. – Proszę, ten pies chce mnie zabić! – Łapa jęknął zdegustowany, a Ginny i Hermiona mogłyby przysiąc, że przewrócił oczami.
- Coś ci się stało Emmo? – zapytał zaniepokojony. – Jesteś ranna?
- Nie, w przeciwieństwie do Merry. – odparła Hermiona.
- Merry też jest cała. – W drzwiach pojawił się Dedalus Digle, nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią i opiekun Gryfonów. – Dziękuję za przytomną reakcję, Ginewro. Merry powiedziała, że zakazałaś jej się ruszać. Uratowało jej to kark, a może i życie. – Ginny uśmiechnęła się delikatnie. Nie znała Merry za dobrze, ale wiedziała, że dziewczyna jest sercem i duszą swojego roku, nie tylko w Gryffindorze. – Więc co się tutaj dzieje?
- Panna Weasley twierdzi, że Emma zrzuciła Merry ze schodów i prosiła o sprawdzenie różdżki, by to udowodnić.
- Nie zrobiłam tego, nie zrobiłam tego… – zaczęła wykrzykiwać Krukonka. Pies warknął, powoli wstając z ziemi, więc zamilkła.
- Łapa, leż. Proszę sprawdzić różdżkę i wszystko będzie jasne. – Ginny powiedziała beznamiętnie.
- Mógłbyś, jako opiekun domu? – Minerwa podała Flitwickowi różdżkę Emmy Millan.
- Priori Incantatem – pisnął mały czarodziej, a z różdżki wyleciała wizja tego samego zaklęcia.
- To ja, kiedy ją złapaliśmy – wyjaśniła Ginny. Flitwick strzepnął różdżkę i zobaczyli jak Emma skleja nogi schodzącej po schodach Merry. – To jeszcze nie wszystko. – Kolejne strzepnięcie i luzowana lamperia. Kolejne i zaklęcie swobodnego zwisu. W tym wypadku nie mogli określić kiedy go użyła.
- To już mogło być u mnie na zajęciach – pisnął nauczyciel. – Emmo, czemu to zrobiłaś? – Dziewczynka milczała. – Przecież mogło jej się coś stać. – Emma miała zupełnie obojętną minę. – Mogłaś ją zabić. – Nauczyciel dokończył, przerażonym głosem.
- Jedna szlama mniej w szkole – szepnęła Krukonka. Łapa zerwał się, szczekając zajadle. – Zabierzcie go!
- Więc jednak chodzi o atakowanie mugolaków. – Hermiona odezwała się po raz pierwszy od długiego czasu. – Mamy fankę czystej krwi. Tatuś był śmierciożercą, a może jakiś wujek? – Flitwick pokręcił głową i spojrzał zdezorientowany na dyrektorkę.
- Ona jest mugolaczką, prawda? – spytała dyrektor. Profesor potwierdził skinieniem głowy.
- Przecież też jesteś mugolaczką. Jak Merry – zaczął mówić do swojej podopiecznej. – Czemu to zrobiłaś?
- Szlam nie powinno być w szkole.
- Na Merlina! – krzyknął, nie zabrzmiało to jednak groźnie. – To i ciebie nie powinno być w szkole?!
- Jestem szlamą – odpowiedziała, nie odrywając oczu od psa, który jeżył sierść za każdym razem gdy padało słowo „szlama”.
- No dobrze, Emmo. – Hermiona przykucnęła przy fotelu dziewczynki. – Dlaczego nie chcesz być w szkole?
- Bo jestem szlamą.
- Ale dlaczego nie chcesz być czarodziejką?
- Bo jestem szlamą. Zabierz go ode mnie! – Łapa zaczął iść w jej stronę, ujadając. Hermiona odsunęła się instynktownie. Ufała psu, co nie znaczy, że jej nie przerażał czasami.
- Łapa. Do mnie! – Ginny wyciągnęła dłoń, a pies potulnie skręcił w jej stronę, warknąwszy ostatni raz w stronę dziewczynki.
- Jesteś szlamą. Kto ci tak powiedział? – Indagowała Hermiona.
- Oni. Oni wszyscy i te potwory w kapturach i ci ludzie w maskach, którzy nam… robili straszne rzeczy, ale oni mieli rację. Jestem szlamą, nie powinnam mieć magii. Oni wszyscy mieli rację, a wy jej nie macie. Magia dla czarodziejów! – krzyknęła na koniec. Wszyscy popatrzyli po sobie zszokowani.
- No dobrze, panno Millan. – Sama pani tego wszystkiego nie zrobiła. Kto ci pomagał dziewczyno? – Emma ponownie milczała. – Kto ci pomagał niszczyć wyposażenie szkoły? Kto ci pomagał atakować mugolaków? Kto wami kierował? – Na każde pytanie dyrektor odpowiadało milczenie. – Chcesz odpowiedzieć za wszystkie ataki sama? Przecież wiemy, że sama ich nie zrobiłaś. Kto? No mów dziewczyno! Nic z niej nie wyciągniemy – powiedziała w końcu do zebranych.
- Może Veritaserum, albo Oklumencja? – zaproponował Dedalus.
- Doskonale wiesz, że na oba potrzebna jest zgoda i udział ministerstwa i Biura Aurorów.
- Wspaniale! Harry na pewno chętnie przyleci do szkoły! – Ginny wykrzyknęła uradowana.
- Ministerstwo o niczym nie wie i chcę, żeby tak zostało. Czy to jasne panno Weasley?
- Tak. – Ginny bąknęła niezadowolona, wiedząc, że wymyka jej się spotkanie z Harrym.
- Będziemy kontynuować pytania i szukać innych. Może popełnią jakiś błąd.
- Muffliato! – Wszyscy odwrócili się w stronę, z którego padło zaklęcie. – Ginny stała z różdżką wycelowaną w Emmę. – Zostawcie ją na pięć minut ze mną.
- Panno Weasley?
- Ginny! Chyba nie chcesz jej torturować?
- Zostawcie ją ze mną na pięć minut. – Wszyscy patrzyli na nią z lekkim strachem. – Oj, dajcie spokój, włos jej z głowy nie spadnie, a wyśpiewa nam wszystko.
- Ginny, nie baw się w aurora. Nie jesteś Harrym…
- Wiem, że nie jestem Harrym. On by zadawał jej pytania bez końca. Ja dostanę odpowiedzi.
- Panno Weasley. To jest uczennica, jak pani. Nie możemy…
- Przecież i tak nikomu nie powie. Uważa się za szlamę. Nikomu się nie poskarży, bo to zwiększyłoby jej szanse na zostanie tutaj. Przecież ona chce wylecieć ze szkoły, wyśpiewa wszystko, by tego dopiąć. Tylko potrzebuje odpowiedniej zachęty. Przysięgam, nic jej nie zrobię! Ja nie chcę wylecieć ze szkoły!
Zebrani nie wydawali się przekonani, ale w końcu ustąpili i opuścili gabinet. Największy opór stawiała Hermiona, najwyraźniej nie do końca ufając w zapewnienia przyjaciółki.

Choć czekające na zewnątrz osoby nie usłyszały ani jednego dźwięku, drzwi gabinetu otworzyły się nim upłynęło pięć minut. Ginny z uśmiechem zaprosiła wszystkich do środka. Nic w gabinecie się nie zmieniło. Wszystkie przedmioty były na swoim miejscu. Fotel, w którym siedziała Krukonka nadal stał przed biurkiem. Łapa znajdował się w dokładnie tym samym miejscu, gdzie przed ich wyjściem, tylko nie siedział już, a zdawał się drzemać.
- Emma chciałaby wam opowiedzieć bardzo zajmującą historię. – Ginny odezwała się spokojnie. – Prawda, Emmo? – Dziewczynka sztywno kiwnęła głową.

Przez następne pół godziny wszyscy słuchali opowieści o dzieciach, które w ubiegłym roku po raz pierwszy usłyszały o magii, dzieciach które miały zobaczyć Hogwart. Dzieciach, które całymi godzinami ślęczały nad podręcznikami, ucząc się zaklęć, czytając fascynujące opowieści z podręcznika do Historii Magii. Dzieciach, które marzyły, by zmieniać króliki w bambosze i ważyć najcudowniejsze roztwory. Wreszcie dzieciach, które zostały porwane zaraz po opuszczeniu pociągu i cały rok trzymane w strasznym, mrocznym miejscu. Gdzie były zastraszane i krzywdzone przez ludzi w maskach. Które były pozbawiane szczęśliwych wspomnień przez stwory w kapturach. Dzieciach, które pragnęły umrzeć, ale nie potrafiły. Dzieciach, które znienawidziły magię.

Te dzieci nie były szczęśliwe, że przywrócono je magicznemu światu, że zabroniono im mówić o tym co się stało. Chciały zostać w domach, ze swoimi rodzicami. Chciały cieszyć się normalnym życiem, jak ich rówieśnicy iść do szkół w swoich miastach. Zostać lekarzami, strażakami, pilotami. Nie było im to jednak dane. Dzieci te wymyśliły wreszcie, że muszą zapobiec cierpieniom innych mugolaków, zmuszanych do nauki magii. Zaczęły więc sabotować szkołę. Zaczęły atakować szlamy, by wszystkie, przerażone uciekły do swych domów. Robiły tyle, na ile pozwalała im wiedza
pierwszaków.

Dziewczynka zacięła się dopiero na pytaniu, kto jej pomagał.

- Emmo. Pamiętaj co mi obiecałaś. – Ginny uśmiechnęła się do dziewczynki, a ta niemal wykrzyczała wszystkie nazwiska osób, które jej pomagały.

Nikt, nigdy, nie dowie się, jak Ginny przekonała Emmę do zwierzeń. Nikt, nawet Harry.

Kiedy Ginny i Hermiona wróciły do Wieży Gryffindoru, była prawie północ. Po drodze od dyrektorki zajrzały jedynie do skrzydła szpitalnego, gdzie leżała poobijana i unieruchomiona, Merry. Ginny przestraszyła się, bo dziewczyna wyglądała gorzej, niż po upadku ze schodów. Zaczęła przepraszać, że nie została z nią, kiedy ta spadła, ale Merry przerwała jej i choć nie mogła wykonać najmniejszego ruchu, obstawała, że gdyby nie Ginny, możliwe że, by nie rozmawiały. Nie miały okazji długo porozmawiać, bo pani Pomfrey przepędziła Ginny i Hermionę, zarządzając ciszę nocną. Kamień spadł im jednak z serca, wiedząc, że Gryfonka będzie cała.

Kolejny dzień był lepszy i gorszy zarazem. Lepszy, gdyż Merry czuła się coraz lepiej i za dwa dni miała zostać wypuszczona ze skrzydła szpitalnego. Gorszy, gdyż przez szkołę przetoczyła się informacja, że jedenaścioro pierwszo i drugoroczniaków dostało areszt w swych dormitoriach za ataki na innych uczniów i niszczenie szkoły. Zostali też zawieszeni w prawach ucznia i nie wiadomo było, co się z nimi stanie. Gorszy, w związku z wiadomością, jaką przyniosło poranne wydanie Proroka Codziennego. Gwenog Jones, która wedle zapewnień Harrego, ledwie dzień wcześniej została przez nich uniewinniona, złożyła swoją licencję na ręce Komisji Ligi, rezygnując z dalszej gry w quidditcha. Właśnie teraz, w kluczowym momencie sezonu, kiedy Harpie potrzebowały jej najbardziej, rezygnowała. Ginny była zdruzgotana tą wiadomością. Jej idolka, ulubiona zawodniczka quiddicha. Wzór do naśladowania. Odchodziła. Odchodziła, zostawiając swoje przyjaciółki na lodzie.

- Jak ona mogła… – wyszeptała do Hermiony, która także czytała artykuł.
- Może jeszcze zmieni zdanie? – Przyjaciółka zapytała niepewnie.
- Ona nie zrezygnowała z gry. Ona oddała licencję – wyszeptała Ginny. – Nową może dostać na początku sezonu. Jak ona mogła zostawić Harpie w takiej chwili!
- Uspokój się, to tylko gra.
- To nie gra. To quidditch – warknęła Ginny. – Ty tego nie zrozumiesz.
- Dobrze, ale twoje zdenerwowanie niczego nie zmieni. Uspokój się i skup na tym co jest teraz ważne.
- Tak. Ale Harry powiedział, że jest niewinna, że niedługo zobaczymy ją na boisku. – Była głucha na prośby przyjaciółki. – Napiszę do niego. Może wie więcej i mi wytłumaczy.
- Ginny! On jest aurorem. Skąd miał wiedzieć, że Gwenog pobiegnie do tej całej komisji i zrezygnuje z gry? Oni ją uniewinnili, więc myślał jak każdy fan quidditcha, że niedługo wróci do grania. Nie zawracaj mu głowy takimi bzdurami. On ma niedługo ostatnie egzaminy. Tak jak ty. – Położyła nacisk na ostatnie zdanie.
- Na pewno coś wie, on jest Harrym Potterem. Musi coś widzieć. Zawsze może zapytać i mu na pewno powiedzą.
- Nawet jeśli coś wie, to powie ci, jak się spotkacie.
- Tylko kiedy to będzie!
- Myślę, że przyleci świętować z tobą zdane egzaminy. Nie wytrzyma bez ciebie zbyt długo. – Uśmiechnęła się przyjaciółka.

Życie w Hogwarcie wróciło na swoje zwyczajne tory. Ginny dzieliła swoje dni, pomiędzy naukę do egzaminów i treningi quidditcha. Wielkimi krokami zbliżał się ostatni mecz sezonu. Gryffindor przeciw Ravenclawowi. Krukoni mieli jedynie matematyczne szanse na zajęcie przedostatniego miejsca w tabeli, tracąc do trzecich Puchonów 50 punktów, Gryfonom natomiast, jedynie cud mógł wyrwać z ręki kolejny puchar. Złożona jeszcze przez Harrego, a prowadzona twardą ręką Ginny, drużyna, powszechnie uważana była za maszynkę do rozjeżdżania przeciwników. Po dwóch meczach, Gryfoni mieli przeszło 300 punktów przewagi nad drugimi w tabeli Ślizgonami i nic, ale to nic nie mogło im już zagrozić. Krukoni, z drugiej strony, byli cieniem dawnej drużyny, ze słabymi ścigającymi, słabymi pałkarzami i fatalnym obrońcą tracili mnóstwo bramek, nie strzelając niemal nic. Jedynym mocnym punktem ich zespołu była Cho Chang, ścigająca, która swoimi zdolnościami ustępowała tylko Harremu Potterowi. Obecność Cho na boisku nie podobała się fanom wszystkich pozostałych domów jak i części kadry nauczycielskiej. Chang powinna była opuścić szkołę już dwa lata temu. Najpierw jednak zawaliła swoje OWUTEMy, więcej czasu poświęcając quidditchowi aniżeli nauce, i zdecydowała się na powtarzanie roku. Później zaś, odpuściła sobie szkołę, nie chcąc do niej uczęszczać za rządów śmierciożerców. Ku zdziwieniu wszystkich, rada nadzorcza szkoły, zgodziła się, by Cho Chang dokończyła swoją naukę. Nie udało się również znaleźć przepisu, zabraniającego jej gry w drużynie. Tak oto, dwudziestolatka rywalizowała z bandą dzieciaków. Wydawać by się mogło, że zapowiada się przysłowiowy mecz o pietruszkę. Prawda była jednak inna. Tajemnicą poliszynela było, że mecz ten będzie prywatnym pojedynkiem między Cho, a Ginny, obie miały sobie coś do udowodnienia. Wszelkie wątpliwości rozwiały się, kiedy dzień przed meczem, gruchnęła wiadomość, że niezawodny dotąd szukający Gryfonów, Billy Eliot, zostanie zastąpiony przez nie kogo innego, a samą panią kapitan. Sam zaś zagra jako ścigający. Szykowała się wojna dwóch „Kobiet Pottera”, jak określiła je Rita w swej książce. Cała szkoła wybierała się na mecz, by zobaczyć, co wydarzy się na boisku.

Zespół Gryffindoru był pewien swej siły i realizował spokojnie plan treningowy. Krukoni, zaczęli trenować dwa razy dziennie, dzień w dzień, robiąc wszystko, by zwyciężyć. Niektórzy widzieli Cho, gdy latała po stadionie za piłkami do tenisa, w czasie, kiedy Ginny, jak i inni uczniowie siódmego roku, przygotowywali się do egzaminów.

I nadszedł dzień meczu.

- Witamy na ostatnim meczu quidditcha w tym sezonie. – Komentował ponownie Zachariasz Smith. – Dla niektórych będzie to również ostatni mecz w życiu, daleko nie szukając, kapitan Gryfonów odstawi na zawsze swą miotłę do szopy. – Chyba nadal nie przebolał do końca porażki sprzed lat. – W dzisiejszym meczu zmierzą się, pewni swego zwycięstwa, Gryfoni, przeciw pragnącym sprawić niespodziankę, Krukonom. Jeszcze niedawno moglibyśmy w ciemno obstawiać zwycięstwo i puchar dla Gryfonów. Dzisiaj nie możemy być tego, tacy pewni. Kapitan Gryfonów postanowiła, najwyraźniej coś sobie udowodnić i zajęła miejsce świetnie dysponowanego Eliota, jako szukająca Gryfonów. Czy ta dziewczyna sądzi, że pokona niezawodną Cho Chang? – Od strony trybuny Krukonów posypały się oklaski. – Zagrywka tym bardziej ryzykowna, że jak donoszą osoby, którym udało się przedostać na treningi Krukonów, głównym elementem nowego programu treningowego Chang, było wyeliminowanie Weasleyówny. Niektóre zagrania miały wyglądać brutalnie, ale skutecznie. Strata najlepszej ścigającej Gryfonów, mogła zaboleć tylko ścigającą. Strata szukającej, to tragedia dla zespołu. – Od strony Gryfonów posypały się gwizdy, wycia i obelgi.

Jak się wkrótce okazało, w tej ostatniej kwestii, Smith nie koloryzował. Krukoni więcej uwagi poświęcali faulowaniu Ginny i przeszkadzaniu jej w znalezieniu znicza, niż w zdobywaniu punktów. Tak, że mimo osłabienia w ataku, już wkrótce Gryffindor prowadził siedemdziesięcioma punktami. Ginny, skupiona na odnalezieniu znicza i unikaniu tłuczków, nie słyszała kolejnych, złośliwych komentarzy Smitha, a gra stawała się z minuty na minutę, bardziej brutalna. Po kwadransie, trzeba było przerwać mecz, gdy ścigająca Gryfonów zalała się krwią od tłuczka, który nie trafił w Ginny, ale uderzył w jej twarz. Po pół godzinie, Krukoni stracili pałkarza, który ze złamaną ręką i połamaną miotłą, musiał udać się do skrzydła szpitalnego. Partner, z którym się zderzył. Jakimś cudem utrzymał się w grze.

Wreszcie, po ponad półtorej godzinie, jednego z najbrutalniejszych meczów w historii szkoły, który ustępował chyba jedynie pojedynkowi ze Slytherinem, z czasów Harrego, Ginny wreszcie zdobyła znicz, chwytając go w efektownym stylu, tuż nad murawą, szybując na Błyskawicy do góry nogami.

Lecąc do swojej drużyny, nie omieszkała zalecieć drogi Cho Chang i z robić w jej stronę dzióbek. Teraz „orientalna piękność”, jak czasem Cho określano, nie mogła się łudzić, która z nich jest lepsza.

Wznosząc puchar, Ginny zadedykowała to zwycięstwo swojej idolce Gwenog Jones, która właśnie zrezygnowała z gry. Cała drużyna, a za jej przykładem i reszta Gryffindoru, przyjęła tą deklarację głośnym HURRRA!!

Gryfoni, wracali do zamku z tarczą, a raczej z pucharem. Czekało ich kolejne, całonocne, świętowanie. Okazja była o tyle szczególna, że pani kapitan, po raz ostatni prowadziła swój zespół. We wrześniu, ktoś inny miał otrzymać odznakę kapitana.

Hermiona, nie była skłonna do świętowania z resztą domu, co Ginny zbytnio nie zdziwiło, jako że nie była wielką fanką tego sportu. Po złożeniu gratulacji swojej przyjaciółce, udała się do Hogsmeade.

Impreza trwała w najlepsze i nikt nie zwracał uwagi na upływający czas. W końcu, Dedalus Diggle, bynajmniej nie z własnej inwencji, przyszedł o pierwszej w nocy i nakazał udać się spać.

Kiedy Ginny weszła do dormitorium, Hermiona miała już zasłonięte kotary, zapewne spała. Nie chcąc jej budzić, Ginny cichutko wsunęła się do swego łóżka i natychmiast odpłynęła. Śniło jej się, że pędzi po pełnym ludzi stadionie, ubrana w zielono złote szaty. Na jej piersi widniał emblemat ze złotymi szponami. To był dobry sen.
Kiedy obudziła się kolejnego dnia rano, Hermiony nie było już w dormitorium. Odnalazła ją dopiero w Wielkiej Sali, nad miską płatków owsianych. Hermiona była blada i roztargniona. W pierwszej chwili udało jej się nawet nie zauważyć przybycia przyjaciółki.

- Cześć Hermiono, jak wypad do Hogsmeade? – Ginny była cała w skowronkach.
- Dobrze, dobrze – odpowiedziała beznamiętnie.
- Szkoda, że nie byłaś na imprezie. Była super.
- Widziałam kawałek. Szaleliście.
- Czy coś się stało? – Ginny wreszcie zauważyła stan Hermiony.
- Nic się nie stało.
- Mój brat coś ci zrobił? Zerwał z tobą? – Ginny indagowała, niezrażona.
- Nie widziałam się z Ronem.
- I ten brak spotkania tak cię przybił.
- Nie, nie sądzę.
- To co się stało w Hogsmeade?
- Nic. Nie byłam w Hogsmeade.
- To gdzie byłaś? Wyduś to z siebie, wreszcie. – Hermiona podniosła głowę, nabrała powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, w ostatniej chwili pokręciła jednak głową.
- Powiesz mi cokolwiek?
- Spytaj Hektora – wyszeptała Hermiona.

Ginny nie udało się nic więcej wyciągnąć z przyjaciółki, a ta zdawała się powoli wracać do siebie. Humor odzyskała na trzy dni przed pierwszym egzaminem, kiedy w ich ręce wpadł najnowszy numer Czarownicy. Ze zdjęciem nonszalancko rozpartego na parkowej ławce Harrego i podpisem „Severus Snape, najdzielniejszy człowiek jakiego znałem w życiu.”
Tytuł szokował. Kiedy jednak przeczytały cały wywiad, były jednocześnie pod wrażeniem jak i szczęśliwe. Choć każda miała inny powód.

 
 
 

  • RSS