RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

21. Ostatni Taki Galeon

30 maj

Zbliża się finał naszej wspólnej przygody, ostatnie tygodnie ósmego roku Harrego w magicznym świecie. Jeden z polskich autorów napisał „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Dokładnie tak jest z naszymi bohaterami. Dla Harrego, Rona, Nevilla mija pierwszy rok dorosłego życia, Dla Ginny, Hermiony i wielu przyjaciół kończy się przygoda ze szkołą. Pomyślałem, że to idealny moment by nasi bohaterowie zmierzyli się ze swoją przeszłością i odważnie weszli w przyszłość. Trylogia (Bo te pięć rozdziałów to tak naprawdę trylogia), którą otwiera Ostatni Taki Galeon zamknie pewne drzwi w życiu każdego z naszych bohaterów, jednocześnie jednak otworzy nowe, przez które będą musieli przejść już w następnym roku. Nim jednak nadejdzie ten nowy rok, spotka nas wiele emocjonujących momentów, a w każdym z nich, gdzieś bliżej lub dalej centrum akcji, będzie Neville… Coś z tego wyniknie…

Zapraszam już do czytania.

HP: Kontynuator

________________________________________________________________________________________________

Dzień powitał go stalowoszarym niebem, na które mógł patrzeć wprost ze swego łóżka. Przez delikatnie uchylone okno, do wnętrza jego pokoju wlewał się trel ptaków, gromadnie obsiadających okoliczne drzewa i łąki. Zza drzwi dobiegały już zwyczajne odgłosy porannej krzątaniny. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czekał go całkowicie wolny dzień. Postanowił to wykorzystać i lenić się tak długo, jak tylko mu się zechce. Niestety, nie wszyscy podzielali jego pomysł na spędzanie wolnego dnia.

- Neville! Neville, chodź tutaj natychmiast, dość leniuchowania – dobiegł go ostry głos babci.
– Yhmmmm – mruknął, przeciągając się jak kot.
– Nie marudź mi tam. Koniec spania, słońce dawno wstało. – Jej głos nie znał sprzeciwu.

Chcąc nie chcąc, nieszczęśliwy z takiego obrotu sprawy, Neville, musiał zwlec się z wygodnego łóżka. Zaspany, z rozczochraną czupryną, poczłapał w kapciach i kraciastej, błękitnej pidżamie do kuchni małego domku na wsi, w którym mieszkał z babcią. Kuchnia była mała ale bardzo jasna. Znajdowała się na samym krańcu domku, co pozwalało na umieszczenie w niej okien, aż z trzech stron. Od samego rana, aż po godziny wieczorne, słońce rozświetlało jej wnętrze.

- Dzień dobry baaabciu. – Ziewnął raz jeszcze.
– Jak ty wyglądasz, młody człowieku! Nieuczesany, śpiochy w oczach, nieogolona broda, porozciągana pidżama. Toż to zgroza! Czy tak się prowadzi młody mężczyzna?
– Babciu, jest sobota, wolna sobota – mruknął, siadając do stołu. – Absolutnie nigdzie mi się nie śpieszy.
– Właśnie, jest sobota. Możemy mieć gości. To ci nie przyszło do głowy?
– Kto miałby przyjść? Wujek Algie? Widziałem go w gorszym stanie. O co ta afera?
– Nie pyskuj. Jesteś szacownym człowiekiem i szacownie powinieneś wyglądać. Nie wstyd rodzinie przynosić.
– Nikomu wstydu nie przynoszę! – Neville zerwał się od stołu. – Zapomniałaś już, ile zrobiłem przez ostatnie niemal trzy lata? Do czego doszedłem przez ostatnie pół roku?!
– Mówię o twoim wyglądzie. Nie pyskuj, siadaj i bierz się za śniadanie. – Postawiła przed nim talerz z jajecznicą i sporym kopczykiem bekonu.

Wszystkie śniadania babci Longbottom miały jedną wspólną cechę, na talerzu lądowały tak ogromne porcje, że po siedemnastu latach spędzonych w tym domu, Neville nadal miał problemy ze zjedzeniem wszystkiego. Te śniadania ponosiły zresztą, na równi z podobnych rozmiarów obiadami i kolacjami, główną odpowiedzialność za jego pucułowatość. Od bardzo dawna zastanawiał się, czy inne babcie również przekarmiają tak swych wnuków.
Kiedy na jego talerzu wylądowała druga dokładka, niczym nie różniąca się od śniadania i pierwszej dokładki, zaczął protestować.

- Babciu, ja już nie dam rady tego zjeść. Jak zawsze przesadzasz z ilością. – Jęknął, z niechęcią patrząc na talerz.
– Jedz, jedz, mężczyzna musi dużo jeść. Mężczyzna to ma być mężczyzna, a nie skóra i kości. – Krytycznie popatrzyła na luźno wiszącą na nim pidżamę. Dzięki służbie w Patrolu Przestrzegania Prawa, a później Grupie Uderzeniowej, oraz regularnym ćwiczeniom na siłowni, Neville bardzo zmienił się przez ostatnie pół roku. Wyraźnie schudł i zmężniał. Wypracowane mięśnie nie zastąpiły jednak w pełni, znikającej tkanki tłuszczowej, przez co większość starych ubrań, w tym pidżama, wisiały na nim, wyglądając na rozciągnięte.
– Przekarmisz mnie i znów będę musiał godzinami spalać to na siłowni. Ja naprawdę nie potrzebuję tyle jedzenia co młody smok.
– Dobrze więc, następnym razem nic nie dostaniesz, choćbyś mnie prosił. – Zabrała mu talerz sprzed nosa. – Jakie masz plany na dzisiaj?
– Teraz zamierzałem się trochę poobijać, odpocząć od pracy, a na południe otrzymałem zaproszenie na spotkanie z przyjaciółmi.
– Nie widziałam sowy – zdziwiła się Augusta.
– Nam nie są potrzebne sowy. – Z kieszeni pidżamy wyjął fałszywy galeon, stworzony przez Hermionę sposób komunikacji Gwardii Dumbledore’a, który zawsze nosił przy sobie. – Są szybsze, pewniejsze i nikt nie przechwyci wiadomości.
– Wy i wasze tajemnice, dzieciaki – mruknęła i machnęła dłonią.

Tak jak zapowiadał to poranny trel ptaków, dzień był przepiękny. Słońce cudownie prażyło, rozgrzewając całą okolicę i zachęcając do pozostania na zewnątrz. Łagodny wietrzyk, dbał o przyjemność przebywania na dworze, delikatnie chłodząc skąpaną w słońcu skórę, oraz niosąc zapach polnych kwiatów. Dom Augusty Longbottom stał przy polnej drodze, na skraju niewielkiej, zamieszkanej przez mugoli i czarodziejów, wioski w centralnej Anglii. Wychodząc z ganku, za drogą, Neville miał widok na ciągnące się na południe, aż po horyzont, ukwiecone łąki. Dzisiaj jednak nad spacer wśród zapachu kwiatów, przedłożył przechadzkę, po dotykającym niemal tylnego ogrodzenia, prastarym lesie. Delikatny szum liści dębów, jesionów, olch i kasztanowców koił nerwy i pozwalał oderwać się od codzienności. Jeśli zaś znało się wystarczająco dobrze leśne ścieżki, można było odnaleźć skryte wśród gęstwiny urokliwe jeziorko o idealnie okrągłym kształcie. Otulone ono było pałką wodną i tatarakiem, zazdrośnie broniącymi dostępu do krystalicznie czystej, ciepłej wody. Zaledwie w jednym miejscu szuwary ustępowały, a łagodny brzeg przeistaczał się w niewielką piaszczystą plażę, kusząco zapraszającą swym bielutkim piaskiem, do zanurzenia się w ogrzanym słonecznymi promieniami jeziorku, którego piaszczystego dna nie zmącała żadna roślina, żaden kamień, korzeń czy rusałka wodna, pozwalając zapomnieć się w cudownej kąpieli. Dzisiaj jednak Neville nie zamierzał korzystać z uroków jeziorka. Pragnął jedynie zakosztować długiego spaceru na pachnącym żywicą powietrzu przy akompaniamencie kukułek, dzięciołów i delikatnym chrupocie, konsumujących żołędzie, wiewiórek. Taki spacer zawsze pomagał mu w naładowaniu akumulatorów i przygotowaniu się na kolejne dni pracy. Pozwalał mu również zakosztować samotności. Neville uwielbiał spotykać swoich przyjaciół, ale lata mieszkania tylko z babcią sprawiły, że najlepiej czuł się w samotności, kiedy mógł przemyśleć dotykające go sprawy, rozważyć, co ma czynić w swoim życiu dalej.

Dziś nie miał jednak nic do przemyślenia. Od pewnego czasu czuł się szczęśliwy jak nigdy, otaczało go wierne grono przyjaciół, skończył szkołę i zaczął pracować na własne nazwisko, nie zaś żyć w cieniu tego, kim byli jego rodzice. A ostatnio… ostatnio udało mu się nawet umówić z dziewczyną. Pierwszą prawdziwą dziewczyną, pierwszą od bożonarodzeniowego balu, na który poszedł z Ginny. Oczywiście nie powiedział babci o tym ani słowa, choć chętnie wyśpiewałby to światu. On Neville Longbottom, pyzaty fajtłapa, wreszcie stawał się kimś!

Kiedy wrócił do domu, słońce stało już w zenicie i zbliżała się pora umówionego spotkania. Zwinnie wyminął swoją babcię, która uważała, że najwyższa pora już na obiad, choć on czuł się jeszcze ociężały po śniadaniu i zaszył się w swoim pokoju. Siedząc na łóżku zastanawiał się, co ma na siebie założyć. „Co za kobiecy problem” – pomyślał – „żeby facet myślał co na siebie założyć.” Parsknął śmiechem, kręcąc głową. Zazwyczaj założyłby prostą szatę czarodzieja, albo jakieś ubranie mugolskie, tym razem okazja była specjalna. Otworzywszy szafę, zdecydował się w końcu, na białą, elegancką, mugolską, koszulę z wysokim kołnierzem i błękitne jeansowe spodnie. By nie wyglądać jak podrzędny mugol, założył sobie pasek z wielką srebrną klamrą w kształcie logo Departamentu Przestrzegania Prawa. Pasek nie był elementem umundurowania ani członków Patrolu, ani aurorów, robił jednak wśród funkcjonariuszy furorę.
Na pytanie babci, kiedy wróci do domu, Neville odpowiedział wymijająco, że nie wie jeszcze gdzie i na jak długo się rozgoszczą. Wyszedłszy na ganek domu, rozejrzał się, czy w zasięgu wzroku nie ma mugoli, po czym obróciwszy się w miejscu zniknął, czemu towarzyszył trzask przywodzący na myśl uderzenie bicza.

Po ułamku sekundy pojawił się na opustoszałym podwórzu, między koszem na śmieci, a obdrapanymi drzwiami, przed nim zaś piętrzył się mur. Wyjąwszy ukrytą w rękawie różdżkę, postukał nią w umówioną, delikatnie ukruszoną, cegłę. Ceglany mur ożył. Składające się na niego cegły zaczęły wirować, wędrując coraz dalej ku bokom. Już po chwili stał przed wysoko sklepionym przejściem, za którym w dwie strony płynął wartki strumień złożony z dziesiątek ludzi. Śmiało przekroczył magiczne wejście, wchodząc na ulicę Pokątną. Za jego plecami przejście ponownie stało się murem, przed nim wisiały dziesiątki szyldów sklepów, knajpek i instytucji.

Neville nie ruszył jednak przed siebie, tam gdzie kłębiły się dziesiątki czarodziejów. Zrobił coś, na co decydowało się niewielu z odwiedzających to miejsce. Zawrócił w stronę muru, a następnie przecisnął się wąskim przejściem po jego lewej stronie, nie szerszym niż metr i ukrytym między fasadą budynku z numerem 1, a ogrodzeniem Dziurawego Kotła. Zaraz za przejściem ulica Pokątna skręcała pod kątem prostym, by skończyć się po nie więcej niż dwustu metrach, pozbawioną okien ścianą wysokiego mugolskiego bloku. W tej części ulicy ulokowane były magazyny sklepowe oraz składy i hurtownie prowadzące wymianę z czarodziejami z odległych krańców świata. Po ulicy kręciła się zaledwie garstka goblinów, kilku ubranych w brudne robocze ubrania czarodziejów oraz wynajęte w charakterze ochroniarzy gburowate trolle. Nie magazyny jednak były celem Nevilla, a miejsce niezwykle lekceważone przez czarodziejów, popularne za to wśród mugoli.

Neville skręcił w wąskie przejście pomiędzy budynkami, na końcu którego znajdowały się drzwi z wiszącym nad nimi szyldem głoszącym, że za drzwiami mieści się „Teatr Pokątny”. Na bocznej ścianie, w magicznie podświetlanej gablocie, wisiał kolorowy plakat z mieniącym się wieloma barwami napisem: ŚWIATOWA PREMIERA, Najbardziej Oczekiwany Spektakl Sezonu. ZAKOCHANY MERLIN. W rolach głównych: Jako Merlin wystąpi gwiazda magicznego Broadwayu: SAM MALLONE. W roli Morgany zobaczymy wschodzącą gwiazdę brytyjskiej sceny: KATIE BELL.

To właśnie Katie była powodem spotkania Przyjaciół z Gwardii Dumbledore’a. Gdy Neville przekroczył próg teatru, znalazł się w niewielkim atrium z szatnią po jednej, a kasą biletową po drugiej stronie. Jak się okazało w kasie czekał na niego darmowy bilet, jeden z zarezerwowanych przez Katie dla swych przyjaciół.

Trafienie do sali nie stanowiło problemu, jako że trudno było w tak małym budyneczku zgubić drogę na prostym hallu. Na miejscu byli już wszyscy członkowie Gwardii, którzy mogli się stawić.

Był… Przybył nawet Harry, stał odwrócony do niego tyłem, otoczony wianuszkiem przyjaciół. Tymi, których na sali zabrakło, byli rodzice Katie, którzy nie podzielali pasji swojej córki i stali na twardym stanowisku, by jej nie wspierać, nawet jeśli odniesie sukces w swoim zawodzie. Neville nie rozumiał takiego postępowania. Rodzice, jeśli tylko mogą, zawsze powinni wspierać swoje dzieci. Taka przynajmniej była jego opinia.

Kiedy szedł przez salę, zebrani wokół Harrego przyjaciele wybuchnęli śmiechem. Byli tam wszyscy, którzy przybyć mogli. Stara drużyna Gryffindoru z Oliverem Woodem, Angeliną i Alicją, zabrakło niestety Georga, który nie mógł się wyrwać ze sklepu. Załapał się za to Cormac, którego łączą z Harrym dawne, wciąż niezałatwione sprawy. Kawałek dalej stała Penelopa Clearwater, rozmawiając z Lee Jordanem i grupką starszych absolwentów Hogwartu, przyjaciół Katie z roku, niezbyt wygodne fotele zajmowali natomiast Bill i Fleur. Ich się tutaj nie spodziewał zobaczyć, biorąc pod uwagę minę Billa, on też nie spodziewał się siebie zobaczyć w tym miejscu. Fleur za to promieniała.

- Neville! – Zaśpiewała radośnie. – Na’hreszcie jesteś. – Po tylu latach, nadal miała swój niesamowity akcent. Fleur poderwała się z miejsca i wycałowała policzki Nevilla, Bill ograniczył się do podania ręki.
– Też miło was widzieć. Nie spodziewałem się was tutaj. – Bill wymamrotał coś, brzmiące jak; „Ja też”, ale zagłuszył go entuzjazm jego żony.
– Harry nam powiedział. Ja kocham teatr! Nawet nie wiedziałam, że macie jakiś w Anglii. – Fleur była naprawdę podekscytowana. – Nie mogłam nie przyjść. Jestem pewna, że Katie będzie cudowna. – Bill jedynie przewrócił oczami.
Rozmowę przerwała im kolejna salwa śmiechu dobiegająca od grupki Gryfonów. Neville przeprosił więc Fleur i ruszył w stronę wesołego towarzystwa.
– O czym rozmawiacie? – spytał, klepiąc Harrego w plecy.
– O quidditchu, a o czym by innym – odezwała się stojąca opodal Penelopa.
– Tak, Cormac opowiadał nam właśnie o swojej grze w Goblinach Grodzisk. – Wszyscy, prócz Cormaca, ryknęli śmiechem.

Kiedy Harry się odwrócił, okazało się, że na premierę przyszła jeszcze jedna osoba, której się nie spodziewał. Choć „przyszła” było chyba nadużyciem. W objęciach Harrego spoczywał jego chrześniak. – Najwyraźniej w Polskiej Lidze Quidditcha, rozrabia jak w reprezentacji Gryfonów.

- Przyłożyłeś komuś pałką? – Neville spytał przewrotnie.
– A odczepcie się ode mnie – warknął wyrośnięty Gryfon. – Wypadki chodzą po zawodnikach. – Ta uwaga znowu rozśmieszyła wszystkich, włączając w to nieuczestniczących w rozmowie, znajomych Penelopy.
– Dobrze, już dobrze. Widzę, że zabrałeś Teda ze sobą. Cześć mały. – Podał maluchowi rękę, a ten wykrzyknął „Uj!”.
– Nie miałem dla niego wiele czasu, a szkrab rośnie. – Harry pocałował małego w czoło. – Przegapiłem jego pierwsze kroki, przegapiłem jego pierwszy lot. Teraz muszę to nadrobić.
– Mały, ty chodzisz?! – Neville był w szoku.
– Próbuje, ale pupcia nadal mu ciąży. Prawda magiku?
– Tia, a haha. – Malec zapiał w odpowiedzi.
– Nie za wcześnie na chodzenie? – Neville spytał niepewnie. Harry jedynie wzruszył ramionami.
– Każde dziecko ma inaczej. – Odpowiedział mu Cormac. – Mój kuzyn zaczął chodzić jak miał prawie dwa lata, a jego siostra jak miała 6 miesięcy. Ten mały już lata na miotle, a ma dopiero rok. Widać w kogo się zapatrzył. – Spojrzał znacząco na Harrego.
– Ja ręki do tego nie przyłożyłem. – Oburzył się młody auror.
– Nie, bo to nie ty kupiłeś mu tę miotłę na urodziny. – Angelina wywróciła oczami, ale kąciki jej ust drgały.
– Cicho tam. – Fleur ich ofuknęła. – Zaraz się zacznie.
– Dobrze, dobrze. Już się rozsiadamy. – Harry odparł potulnie, chcąc załagodzić sytuację. Prócz nich na sali było nie więcej niż dwadzieścia osób, choć ta mogła spokojnie pomieścić trzy setki. Wśród zebranych był młody, doskonale Harremu znany, reporter Proroka Codziennego. Wszyscy oni, również prowadzili nadal konwersacje, nie widząc powodu do zachowania ciszy, nim światła nie pogasną. Harrego smuciła odrobinę tak niska frekwencja, ale nie mógł się w zasadzie dziwić, praktycznie nigdzie nie było promujących spektakl plakatów, czy choćby najkrótszej notki prasowej.
– Harry – Neville szepnął w stronę przyjaciela – rodzice pogratulowali jej chociaż, skoro nie raczyli przyjść? – Angelina, za plecami której szeptał, prychnęła jak rozjuszona kotka. Harry odwrócił się w jego stronę i gdy ich oczy się spotkały, Neville znał już odpowiedź.

Obaj mieli takie samo zdanie na ten temat. Obaj uważali, że rodzice mają obowiązek wspierać swoje dzieci i obaj w pewnym sensie byli na miejscu Katie. Dzielili we dwóch wspólną tragedię. Tylko oni dwaj, wśród żywych, wiedzieli, że zaledwie jedna decyzja Voldemorta mogła zamienić ich miejscami. Po bitwie o Hogwart, Harry opowiedział Nevillowi o przepowiedni i o tym, jak niewiele brakowało, by to Neville był sierotą z blizną na czole, a Harry miał rodziców w Mungu. Nie opowiedział całości tej historii nawet Ronowi i Hermionie, znali ją tylko oni dwaj. Obaj z osobna sądzili, że są w lepszej sytuacji i współczuli sobie nawzajem. Ta, wspólnie dzielona tragedia, jedynie wzmacniała ich przyjaźń i niechęć jaką żywili do rodziców Katie.

Spektakl był zachwycający. Scenografia oczarowywała, w magiczny sposób zmieniając się wraz ze zmianą miejsca, w którym miała odbywać się akcja. Raz był to las, innym razem brzeg zamarzniętego jeziora. Czasami był to spacer w blasku księżyca, innym romantyczny wschód słońca. Katie wcielała się w postać Morgany w iście brawurowy sposób. Była niezwykle przekonywująca, a zarazem tak naturalna w tym, co robiła. Gdy się na nią patrzyło, zapominało się, że jest to Katie Bell, była ścigająca Gryfonów, widziało się Morganę, potężną czarownicę, żyjącą przed setkami lat. Ukochaną przystojnego Merlina.

Kiedy scena długiego, namiętnego pocałunku na tle zachodzącego powoli słońca zakończyła spektakl, wszyscy zebrani zgotowali aktorom owację na stojąco, klaskał nawet mały Teddy, który oglądał spektakl z szeroko otwartymi oczkami, przynajmniej do chwili, gdy usnął. Dziewczęta wycierały sobie oczy i policzki, po których ciekły łzy wzruszenia. Neville na wszelki wypadek poszedł w ich ślady, czując że oczy już zaczynają go piec. Nigdy nie był na spektaklu teatralnym, nie wiedział więc, czy ten jest wyjątkowy, czy może wszystkie są tak wspaniałe. Postanowił sobie w duchu, że musi jeszcze kiedyś przyjść na spektakl. Pozostali zebrani również nie byli wcześniej na spektaklach teatralnych i zachwycali się tym. Harry, dodatkowo rozważał, czy teatry mugolskie są równie pasjonujące, jak ten. Co prawda uczniowie wychodzili dość często do kin lub teatrów, dla niego jednak, wujostwo zawsze skąpili pieniędzy, musiał więc siedzieć wtedy samotnie w klasie, później zaś wysłuchiwać zachwytów chłopców i dziewcząt z klasy.

Brawa widowni nie cichły nawet wtedy, gdy opadła już kurtyna. Kierownik sali był więc zmuszony do jej ponownego uniesienia, tak by skryci za nią aktorzy mogli ponownie się skłonić widowni. Na scenę sypały się przyniesione przez widzów kwiaty. Róże i tulipany. Harry podszedł do sceny, wręczając zachwyconej Katie ogromny bukiet żółtych róż. Zaraz za nim powędrowała Angelina z równie okazałym bukietem od siebie i Georga, wręczając go wzruszonej Katie, obcałowała ją serdecznie. Neville żałował, że nie wpadł sam na pomysł wielkiego bukietu, ale przecież nie wiedział jakie panują w teatrze zwyczaje. Gdy kurtyna opadła po raz ostatni, a aktorzy skryli się w swych garderobach, przyjaciele zostali na sali, czekając na bohaterkę wieczoru.

Katie pojawiła się po pięciu minutach. Przebrana już w zwykłe ubranie, promieniała szczęściem. Zebrani zaczęli jeden przez drugiego zachwalać jej występ, wcale w tym nie przesadzając, a Katie zdawała się być jeszcze szczęśliwsza.

- Naprawdę wam się podobało?
– Oczywiście!
– Pewnie.
– To było niesamowite.
– Jesteś genialna.
– Myślę, że mogłabyś występować w Cannes, albo nawet Paryżu, a tam nie biorą byle kogo. – To ostatnie powiedziała Fleur.
– Tak sądzisz? – Katie zwróciła się do Fleur. Mimo że nie znały się zbyt dobrze, traktowały siebie jak przyjaciółki. Ostatnia Bitwa zbliżyła do siebie członków Gwardii i Zakonu, stali się czymś na wzór wielkiej rodziny. – To dopiero moja pierwsza, poważna rola.
– We Francji często bywałam w teatrach i magicznych i mugolskich. Masz talent i czeka cię wielka kariera. – Na te słowa Katie spłonęła rumieńcem o barwie głębokiej purpury. Zupełnie nie pasującym aktorce.
– Dziękuję wam. Dziękuję, że przyszliście i cieszę się, że się wam podobało – powiedziała radośnie. – Teraz przepraszam, ale czeka mnie przyjęcie popremierowe. Musimy się wkrótce spotkać. – Pomachała im i zniknęła za kulisami.

- Mówiłaś poważnie? – Neville rzucił w stronę Fleur, kiedy wychodzili z sali.
– Jak najbardziej – odparła, dumnie unosząc głowę. – Ja uwielbiam teatr. To taka wspaniała możliwość rozrywki, nie jak jakieś radio. – To ostatnie słowo wypowiedziała z wyraźnym przekąsem. – Zupełnie nie rozumiem, czemu wy, Brytyjczycy, tak od niego stronicie. Umieścić teatr w takim miejscu. – Prychnęła z dezaprobatą. – Nie rozumiem też, jak można było nie napisać ani słowa o premierze w żadnej z gazet. To skandal.
– Absolutnie się z tobą zgadzam. – Angelina przytaknęła skwapliwie. – Nigdzie nie ma nawet jednego plakatu. A prawdę powiedziawszy to i mapka, by się przydała. To mi właśnie przypomniało. Poczekajcie na mnie! – zawołała do całej grupy i popędziła w stronę kas. Nie musieli na nią długo czekać. Już po chwili wróciła z całym naręczem rulonów w rękach. – Plakaty. – Wyjaśniła. – Namówię Georga żeby pomógł w promocji, powiesimy je w sklepach. Kulturę trzeba szerzyć.
– Świetny pomysł Angelina. – Odezwał się Harry. – Jakby George protestował, prześlij mu pozdrowienia… I tak możesz przesłać mu pozdrowienia.
– Ten „świetny pomysł”, kosztował mnie dwa galeony. Nie wolisz sam przekazać mu pozdrowień?
– Niestety, jestem zajęty. – Neville widział kątem oka, jak Harry wciąga Fleur w jakąś cichą, acz ożywioną dyskusję. Na jego twarzy malował się znajomy wyraz determinacji, który towarzyszył zawsze realizacji jakiś genialnych, w swym założeniu, pomysłów.

Kiedy wychodzili z teatru, Neville szarmancko przepuścił dziewczęta, a przy okazji i mężczyzn, w drzwiach. Zorientował się wtedy, że Harrego i Fleur nie ma już z nimi. Nie było ich nawet przy kasach. Dopiero po chwili Neville zauważył, że stoją w głębi hallu, rozmawiając ze skrytą w niszy osobą, która stała z pochyloną głową. Gdy po chwili ruszyli w jego stronę, Neville rozpoznał ich rozmówcę, był to ten młody reporter Proroka Codziennego, który pałętał się po ministerstwie, wszystkich denerwując, a ostatnio sprzedał gdzie popadło, całkiem udaną fotkę Harrego, spacerującego po Grimmauld Place.

- O co chodziło? – spytał, gdy dwójka podeszła do niego.
– Nic takiego. – Harry odparł wymijająco. Powiem ci, jak się uda.
– Mam wątpliwości. – Fleur wtrąciła śpiewnie, mijając ich w drzwiach, za którymi czekał jej mąż.

Kiedy Neville wrócił do domu było późne popołudnie. W saloniku, prócz swojej babci spotkał stryjka Algiego zajadającego ciastko z kremem oraz ciocię Elodię. Przywitawszy się z nimi, miał zamiar zaszyć się do końca dnia w swoim pokoju, kiedy zatrzymała go babcia.
– Neville.
– Tak?
– W kuchni czekają na ciebie trzy sowy. Nie dały sobie odpiąć listów, jak sądzę są z Ministerstwa Magii.

Zdziwiony tą informacją Neville wrócił się do kuchni. Miał dzień wolny, czego więc mogło chcieć od niego ministerstwo? Czemu, wreszcie, przysłaliby trzy sowy, zamiast wezwać go odznaką, którą zawsze miał przy sobie?
Kiedy wszedł do kuchni, wszystkie trzy sowy podleciały do niego, ustawiając się w równym szeregu. W kolejności, w jakiej dostarczyły wiadomości. Kiedy odpiął trzymane przez nie listy, natychmiast odleciały. Koperty z grubego, kredowego, papieru, zalakowane były wielkimi pieczęciami Ministerstwa Magii.
Znajdująca się w kopercie wiadomość, napisana była nieznanym Nevillowi charakterem pisma, całe szczęście, autor nie omieszkał się podpisać.

Sz. Panie Neville Longbottom.
Proszę pilnie stawić się w moim gabinecie w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów na pilne zebranie.
Z wyrazami szacunku
Timothy Roy
Sz. D.P.P.C

Druga wiadomość, wysłana jakiś czas później była bardziej dosadna.

Panie Longbottom
Ma się pan natychmiast stawić w moim gabinecie
T.R.
Sz. D.P.P.C

Trzecia była prosta i jasna.

Longbottom,
Jeśli nie pojawi się pan do godziny 17 w moim gabinecie, wyślę po pana grupę uderzeniową!
Roy.

Neville spojrzał niespokojnie na kuchenny zegar. Była 16.55. Bez słowa wyjaśnienia wpadł do salonu, w którym siedzieli goście, niemal w biegu wrzucając do kominka proszek Fiuu i deportował się do Ministerstwa Magii, nawet nie kłopocząc się przebraniem w nie mugolskie ubranie.

Kiedy wszedł do gabinetu Roya, zegar wybijał właśnie godzinę siedemnastą. Jeszcze nigdy nie udało mu się pokonać odległości między Lobby a drugim piętrem ministerstwa w mniej niż pięć minut. W innych okolicznościach byłby zapewne z siebie dumny.

- Nareszcie jesteś. – Roy warknął zza biurka, był w fatalnym humorze. – Zebranie dawno się skończyło, ale musiałem czekać na ciebie i przekazać ci informacje.
– Jakie zebranie? – zdziwił się Neville. – Przecież miałem mieć dzień wolny. Nikt nie mówił mi o zebraniu.
– Ja ci powiedziałem, w pierwszej sowie. Siadaj. – Niemal szczeknął, wskazując krzesło po przeciwnej stronie biurka. Wyraźnie był nie w sosie, zazwyczaj był przemiłym człowiekiem i rozmawiał przy stole konferencyjnym. Rozmowa przez biurko, to było coś nowego. – Myślisz Longbottom, że ja nie chciałbym mieć wolnego popołudnia w sobotę? Że nie mam znajomych i rodziny, z którymi chciałbym spędzić trochę czasu, zamiast siedzieć tutaj i czekać na… ciebie. – Patrzył na niego z wyrzutem. – O czym to… Zebranie. Tak, minister przeczytał wasz raport i było zebranie. Ja, Minister, Twój szef, Urquhart z Biura Aurorów i jego szef, Robards. Miałeś też być ty.
– A Harry?
– A czy ja go wymieniłem? Byli wszyscy oprócz ciebie. Sprawa nie dotyczy Harrego Pottera. – Przełożył kilka papierów na biurku, czegoś szukając. – Minister ma wstępne wnioski z raportu.

Jeden. W departamencie panuje chaos. Niech mi powie coś, czego nie wiem. Dwa. Przepisy uniemożliwiają skuteczną współpracę pomiędzy Patrolem i Aurorami. Trzy. Bla, bla bla. – Przełożył kilka stron tekstu. – Najważniejszy dla ciebie jest piętnasty. „Należy pilnie stworzyć zespół szybkiego reagowania w ramach struktur Biura Aurorów.” – Przeczytawszy to odłożył kartki.

- Dobrze… – Neville zaczął powoli. – Ale co to ma wspólnego ze mną?
– Biuro Aurorów stworzy komórkę, która będzie odpowiedzialna za szybkie reagowanie w wypadku sytuacji takich jak Hogsmeade. Będą odpowiedzialni za natychmiastowe udanie się w obszar działań, rozpoznanie i w razie potrzeby wezwanie wsparcia. Będą też prowadzić świeże śledztwa zaraz po takim wydarzeniu.
– Nadal nie rozumiem, jak to mnie dotyczy.
– Aurorzy mają w tym momencie dwa problemy. Jeden to brak kadr. Drugi to brak doświadczonych kadr. Potrzebują kogoś, kto wie, jak się przeprowadza natychmiastową reakcję na zagrożenie. Kogoś kto nie raz lądował w samym środku obszaru działań i wie jak poprowadzić w takiej sytuacji ludzi i co może im grozić. Z drugiej strony, musi to też być ktoś, kto potrafi przeprowadzać śledztwa i zabezpieczać teren.
– Innymi słowy, potrzebują kogoś z grupy uderzeniowej?
– Ciebie.
– Co na to szef?
– Szczęśliwy nie jest, ale się zgodził. Będziesz oficerem łącznikowym między Grupą Uderzeniową a aurorami.
– Ale po co łącznikowym?
– Bo aurorzy nie mają jeszcze z kogo złożyć swojego oddziału i na ten czas Grupa Uderzeniowa ma im udzielać wsparcia.
– Więc mam być nadal szefem Grupy Uderzeniowej, ale współpracować z Biurem Aurorów.
– Gawain Robards upiera się, że nie chce mieć nikogo obcego w biurze. Zgodził się na włączenie cię do zespołu, jeśli wstąpisz do aurorów.
– Co?! Mam zrezygnować z Patrolu i zostać kadetem? – Neville uznał, że Roy sobie z niego żartuje. Zbyt długo pracował na to kim jest, by teraz to rzucać i zostawać jakimś kadetem. To dla niego cofnięcie się nie o krok, ale co najmniej z dziesięć w tył.
– Biorąc pod uwagę twoją dotychczasową służbę, oraz dekret Ministra Magii o uczestnikach Bitwy o Hogwart, Robards zgodził się, a ja i minister to poparliśmy, byś złożył bezpośrednio przysięgę aurorską.
– Miałbym zostać aurorem? – Neville odpowiedział cicho.
– Tak. Bezpośrednio, bez żadnych okresów próbnych czy egzaminów – przytaknął Roy. – Zgadzasz się? – Neville siedział jednak, wpatrując się w swoje, zaciśnięte na kolanach dłonie. Knykcie zaczynały mu już bieleć.
– Miałbym zostać aurorem?
– Ok. Widzę, że nie jesteś pewien. Rozumiem cię, bo to duża zmiana, ja sam nie zgodziłem się na przejście ze Służb Administracyjnych Wizengamotu na stanowisko szefa departamentu od razu. Dam ci 36 godzin na zastanowienie. Potem chcę znać twoją decyzję.
Neville kiwnął sztywno głową i ruszył do wyjścia.
– Tylko proszę o tym nie rozpowiadać, nikomu. – Usłyszał za swoimi plecami, kiedy już opuszczał biuro.

Nie do końca pamiętał tego jak wrócił do domu. W czasie kolacji babcia kilka razy sprawdzała czy nie ma temperatury, bo siedział osowiały, nie chciał nic jeść i nie włączał się w rozmowę. Nim poszedł spać wcisnęła mu pieprzowy eliksir oraz wywar witalności i kazała się nakryć dodatkowym kocem. Wiedział, że w nocy sprawdzi, czy posłuchał jej rad, więc przykrył się kocem, mimo że całą noc miał się czuć jak w saunie.

Następnego dnia, do spowodowanego nagłą propozycją rozkojarzenia, doszły skutki braku snu, za który winę ponosiła babcia i jej koc. Neville był blady jak ściana i miał przekrwione, podkrążone oczy. Jedynie mruknął niezrozumiale na powitanie i powoli zabrał się za stojące na stole śniadanie.

Nie musiał długo czekać odpowiedzi na takie zachowanie. Babcia ponownie zaczęła sprawdzać jego czoło, zaglądać do gardła, zmuszając do mówienia „aaaaa” i sprawdzać oczy. W krótkiej i natarczywej inspekcji zawyrokowała, że jadą do lekarza. Z babcią nie dało się negocjować. Kiedy coś sobie postanowiła, nie można było zmienić jej zdania. Na nic zdały się zapewnienia, że winę za jego stan ponosi praca. Nim się obejrzał, babcia już deportowała ich do Świętego Munga.

- Bądź grzecznym, młodym człowiekiem i idź do uzdrowiciela – powiedziała babcia, gdy znaleźli się w sali rejestracji Munga. – Ja załatwię sobie sprawunki w Londynie i odbiorę cię stąd za dwie godziny, więc nie próbuj ucieczki.
– Dobrze babciu. – Neville zgodził się i wiedząc, że to całkowity bezsens, powlókł się do kolejki. Kiedy jednak znalazł się w ogonku oczekujących, jego oczy padły na tablicę informacyjną, którą widział już tyle razy. „Piętro Czwarte: Urazy Pozaklęciowe”. Ten napis hipnotyzował go i przyciągał, nie pozwalając oderwać od siebie wzroku.
– W czym mogę panu pomóc? – Dobiegło do niego z oddali. – Proszę pana? Proszę pana? Ogłuszenie zaklęciem? Wywar głuchoty, czy skołowacenia?
– C-co proszę? – Neville wrócił do rzeczywistości.
– Problemy ze słuchem, czy ogólna dezorientacja? – Recepcjonistka spytała bardziej natarczywie.
– Nie, tylko odwiedzam… czwarte piętro – wymamrotał, odchodząc od kontuaru. Recepcjonistka wymamrotała coś o blokowaniu kolejki i zajęła się kolejnym petentem.

Neville zaczął się wspinać po schodach. Bywał tutaj częściej niż w czasach szkolnych, nadal jednak nie przywykł do wizyt na czwartym piętrze Świętego Munga. Drzwi na oddział Urazów Pozaklęciowych były otwarte na oścież, z sal po obu stronach korytarza, dochodziły przyciszone głosy rozmów rodzin i przyjaciół zebranych wokół łóżek pacjentów.

- Dzień dobry – odezwał się, doszedłszy do dyżurki, na końcu korytarza. Pochylona nad książką kobieta, aż podskoczyła.
– Pan Longbottom! – pisnęła, łapiąc haust powietrza. – Nie spodziewałam się pana tutaj, dzisiaj. Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się pana przed wakacjami.
– Jednak jestem. – Neville odparł ponuro. Rozumiał zdziwienie kobiety. Kiedyś odwiedzał to miejsce jedynie w Boże Narodzenie i wakacje. Teraz, mając więcej czasu, zjawiał się tutaj częściej. Nadal jednak było to przy okazji urodzin jego rodziców, a ostatnio Świąt Wielkanocnych. – Czy mógłbym wejść?
– Tak, oczywiście – odpowiedziała, pośpiesznie zrywając się z krzesła. – Już pana wpuszczam. – Wyszła z pomieszczenia, stając przed zapieczętowanymi magicznie dwuskrzydłowymi drzwiami. – Alohomora – mruknęła, celując w nie różdżką. – Proszę. Może pan wejść.

Neville przekroczył próg Oddziału Zamkniętego i od razu poczuł się gorzej. Panująca tutaj atmosfera zawsze go przybijała. Niebieskie, wykładane kafelkami ściany. Staroświeckie parawany i rzędy łóżek, a wszystko to tonące w półmroku. Co jakiś czas, panującą tutaj atmosferę, przerywał dziki śmiech któregoś z pensjonariuszy. Dzisiaj było jednak cicho. Skłonił się, siedzącej na starym krześle, siostrze oddziałowej i skręcił w drugą alejkę po prawej. Jak zawsze, jego serce przestało na chwilę bić, by po zaledwie sekundzie wrócić do swojego normalnego zawiedzionego rytmu. Za każdym razem, kiedy Neville tutaj przychodził, najbardziej przybijała go niezmienność jego rodziców. Pragnął zobaczyć jakąś zmianę, najmniejszą zmianę. Nie miała to być zmiana na lepsze, choć oczywiście nie pragnął widzieć zmiany na gorsze. Obserwowanie jednak od tylu lat, taty leżącego z wzrokiem tępo wpatrzonym w sufit i mamy, siedzącej na łóżku i beztrosko machającej nogami, nucącą sobie jakąś piosenkę, było niewyobrażalnie wręcz bolesne.

- Dzień dobry mamo, dzień dobry tato. – Mama Nevilla odwróciła na chwilę głowę w jego stronę, szeroko się uśmiechając, jakby go rozpoznała. Po chwili jednak uśmiech zniknął z jej twarzy i powróciła do nucenia piosenki. Ojciec Nevilla nie poruszył się nawet o milimetr. – Dzisiaj nie są wasze urodziny, ani święta. Chciałem was jednak odwiedzić. Wiem, że niedawno rozmawialiśmy, ale chciałem wam opowiedzieć co się u mnie dzieje. – Zrobił krótką pauzę, choć nie spodziewał się najmniejszej reakcji. – Babcia jest zdrowa i stryjek też, tak jak i reszta rodziny, więc nie musicie się niepokoić. Jak zawsze przesyłają wam pozdrowienia. – Tutaj nie kłamał, członkowie rodziny zawsze, kiedy tylko Neville miał odwiedzić rodziców, kazali ich pozdrowić. – U mnie też wszystko w porządku. Ostatnio mam trochę więcej czasu wolnego w pracy, więc mogę częściej spotykać się z przyjaciółmi. Dzisiaj na przykład byłem w teatrze. Byliście kiedyś w teatrze? Na pewno byliście, a ja nie. Teraz moja przyjaciółka została aktorką i mnie zaprosiła na premierę. Jest naprawdę świetna i chyba pójdę jeszcze raz, bardzo mi się spodobał ten teatr. – Uśmiechnął się, przypominając sobie obejrzane dzień wcześniej przedstawienie. – To nie wszystko, nie uwierzycie. Ostatnio poznałem super dziewczynę. Znaczy, poznałem ją już dawniej, ale ostatnio ponownie się spotkaliśmy i jest naprawdę super. Bardzo ją lubię i… myślę, że ona też mnie lubi. Nawet na pewno mnie lubi. – Na twarzy pojawił mu się lekko rozmarzony uśmiech. – Babcia jeszcze nic nie wie i chyba jeszcze jej nie powiem, najpierw chciałem wam powiedzieć. To będzie nasza tajemnica. Ale to nie dlatego was dzisiaj odwiedziłem. Wiecie jak babcia wypomina mi to, że nie skończyłem szkoły. Zabrakło mi zaledwie dwóch miesięcy i postanowiłem w tym roku nie wracać. Naskarżyła wam zresztą o tym w święta. Ale ja pracuję teraz dla ministerstwa i wy o tym wiecie. Pracuję w Patrolu Przestrzegania Prawa i jestem dowódcą, ja dowodzę czarodziejami. To jest coś, prawda? Uśmiechnął się z dumą. Tylko… – zawahał się chwilę, patrząc na swoich rodziców, kontynuujących ich tradycyjne zachowania. Potem dokończył na jednym wydechu – dzisiaj wezwał mnie szef departamentu i zaproponował, żebym został Aurorem w bardzo ważnej jednostce specjalnej. – Kiedy to powiedział, nastąpiła zmiana, ta na którą czekał od tak dawna, lecz gdy ją ujrzał, zwyczajnie go zamurowało. Jego mama nadal siedziała na łóżku, nucąc i machając nogami, jednak leżący na sąsiednim łóżku ojciec, już nie wpatrywał się tępo w sufit. Jego głowa w ułamku sekundy zwróciła się w stronę syna i przeszywał go teraz, bardzo przytomnym spojrzeniem. Neville przez chwilę nie mógł się poruszyć. Kiedy szok minął, rzucił się do łóżka.
– Tato – wyszeptał, padając na kolana i ściskając dłoń swego ojca. Głowa Franka Longbottoma, powoli wróciła do swojego dawnego ułożenia i ponownie począł on wpatrywać się w sufit. Neville mógł jednak przysiąc, że na ustach jego taty błądził delikatny uśmiech. Raz jeszcze ścisnął jego dłoń, nie uzyskał jednak na ten gest odpowiedzi. Jedynie Alicja, przeniosła się na łóżko swego męża i nadal nucąc, lekko zaczęła bawić się końcówkami włosów swego syna. Kiedy pół godziny później zszedł do poczekalni, babcia już tam siedziała, niecierpliwie go wypatrując.

- I co powiedział lekarz? – spytała ostro.
– Nic mi nie jest, przecież mówiłem – skłamał gładko.
– A gdzie się teraz podziewałeś? Od lekarza powinieneś wyjść już dawno. – Babcia wyraźnie mu nie dowierzała.
– Odwiedziłem rodziców.
– Och. – Głos jej złagodniał. – Jak się mają? – Pytanie było o tyle niestosowne, co retoryczne. Doskonale wiedziała, że od siedemnastu lat nie nastąpiła najmniejsza zmiana w stanie jej syna i jego żony.
– Myślę… – zaczął Neville – myślę, że się ucieszyli. – Skończył dziarsko. Był w znacznie lepszym stanie, niż się tutaj pojawił.

Augusta Longbottom miała zagubiony wyraz twarzy. Neville nie zamierzał jednak zdradzić jej, co wydarzyło się na oddziale. Tak jak nie zdradził tego nikomu z magomedyków i pielęgniarek. To miała być ich wspólna tajemnica. Swoją drogą, coś miało z tego wyniknąć…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Nowe terminy publikacji

28 maj

Kochani moi, nasze opowiadanie zbliża się powoli ku końcowi. Pozostały nam już jedynie 3 rozdziały do zasłużonych wakacji. :Ostatni Taki Galeon, Duchy Przeszłości oraz Ja, Auror Cz.2.

Rozmyślając dzisiaj nad miesiącami, które spędziliśmy razem i czytając po raz kolejny pozostałe do opublikowania rozdziały, doszedłem do wniosku, że.

Ogłaszam czerwiec miesiącem z Harrym Potterem. Przez 5 weekendów będziecie otrzymywać kolejne notki. Zaczynamy już:

01.06 – Ostatni Taki Galeon

08.06 – Duchy Przeszłości Cz.1

15.06 – Duchy Przeszłości Cz.2

22.06 – Duszy Przeszłości Cz.3

29.06 – Ja, auror Cz.2

Duchy przeszłości okazały się rozdziałem tak potężnym, że podzielenie ich na trzy historie i stopniowe dozowanie wrażeń uatrakcyjni je jeszcze bardziej. Zapraszam was przez cały czerwiec na blog i zachęcam do przeczytania Duchów Przeszłości w całości, kiedy ukaże się już trzecia z części.

Pozdrawiam

HP:Kontynuator

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

20. Synowie Chin

23 maj

Na wstępie, chciał bym przeprosić Solcię. Tak, wiem. Obiecałem ten rozdział już wczoraj w nocy.
Życzę wam tyle zabawy ile miałem ja sam.
___________________________________________________________________________________________________________________

Cannes

Zakończenie seminarium, podobnie jak zakończenia roku szkolnego w Hogwarcie, nadeszło szybciej, aniżeli ktokolwiek by się spodziewał. Cannes żegnało ich ciepłą, słoneczną, pogodą.

Poprzedniego dnia, Ingrid Songdal, Norweżka, ostatnia z trójki organizatorów, ogłosiła, że o poranku poznają wyniki swojej ewaluacji końcowej i dowiedzą się, czy zakwalifikowali się na staż zagraniczny. Jedynie czołowa trzydziestka, czyli nawet nie połowa spośród nich, miała dostąpić tego zaszczytu. Wyniki miały być wywieszone w atrium budynku zajmowanego przez komisję Ingrid.

Harry szedł na na ogłoszenie wyników całkowicie wyluzowany. Trochę nawet współczuł tym, których tak strasznie zjadały nerwy, gdyż ciążyła na nich presja ich zwierzchników. Już wkrótce miał wrócić do domu. Zastanawiał się tylko, czy dostanie wystarczająco dużo czasu, by jeszcze kupić coś na pamiątkę i jakieś prezenty dla Ginny i przyjaciół. Profilaktycznie spakował się skoro świt, by później nie tracić na to cennego czasu.
Kiedy wszedł do atrium, tablica informacyjna oblegana już była przez sporą grupę niecierpliwych seminarzystów. Harry postanowił się nie przepychać, a poczekać, aż ktoś uczynny poda mu wyniki, lub zrobi się luźniej. Po chwili, z grupy wydostał się jego współlokator.

- Wot Maładziec. – Zawołał Michaił – Już myślałem, że nie wstaniesz.
- Nie było się do czego spieszyć – odparł spokojnie, nadal obserwując falujący tłum. – Kto wypadł najlepiej?
- Ale ty zadajesz pytania głupie, maładziec.
- Ziva. – Harry stwierdził, nie spytał. Zdziwiłby się, gdyby to nie odrobinę szorstka w obyciu, ale jednocześnie pełna serca Izraelka, okazała się najlepszą z nich. – A jak tobie poszło?
- Eh – westchnął. – Najgorsze możliwe. Trzydziesty pierwszy, Mogę pakować się do Moskwy. Mateczka Rassija czeka. Jak tylko wyląduję, od razu powiem naszemu Sekretarzowi o tobie. Wybieraj Rosję jak ci dadzą i leć do nas. Pokażę ci wszystko. Kreml, Pałac Zimowy, wujcia Lenina. Grób Rasputina, największego naszego czarodzieja poprzedniego wieku. Spodoba ci się.
- Nie, nie, Harry. – Wtrącił Pietro. – Zabieram cię do Italii. Gorące klimaty, gorące kobiety. Po co ci jakieś wieczne śniegi.
- Ja wracam do Anglii, panowie. Ale dzięki za zaproszenie, chętnie skorzystam w wakacje. – Obaj współlokatorzy wybuchnęli śmiechem.
- No co?
- Wot Maładziec. Nie sądzę, co by ci pozwolili wrócić teraz do Anglii.
- Nie, z drugą lokatą, to raczej nie.

Harry już ich nie słuchał, przepychając się ku tablicy z wynikami. To było niemożliwe, przecież miał wracać do domu.
Wydarzenia kolejnych godzin poukładał sobie na spokojnie, dopiero kiedy był już bardzo daleko od Cannes, na stażu. Były tam wspomnienia korytarza. Trzydziestki podnieconych głosów, dywagujących jaki kraj mogą otrzymać. Była wypowiedź Ashaunta, że każdy z nich otrzyma do wyboru trzy kraje. Tym lepsze, im lepszy wynik osiągnęli. Wszyscy chcieli jechać do Stanów, do Niemiec, Egiptu czy Hiszpanii. Licytowali się, który z krajów ma najwyższy poziom magii. On siedział na podłodze, mówiąc, że nie ma to znaczenia. Może być Rosja, może być Luxemburg. W pewnej chwili przysiadła się do niego Ziva. Podobnie jak on była znudzona kłótniami, gdzie lepiej polecieć.

- Najlepszy sam może wybierać. – Odezwała się, patrząc przed siebie. – Mam już plan. – Jej głos był jak zawsze, pełen zdecydowania.
- Któryś z krajów europejskich, a może Ameryka? – zapytał z umiarkowanym zainteresowaniem.
- Znalazł sobie. To dobre dla byle kogo – prychnęła. – Poproszę o Indie, a jeśli nie będzie można, to o inny kraj dalekiego wschodu. My praktycznie nic o nich nie wiemy, a ich magia jest starsza niż nasza kultura. To jest najlepsze, co można wybrać. Za nic nie daj się wysłać do Ameryki, Potterze. Tam tylko zgłupiejesz. Do pięt nam nie dorastają, a tylko się puszą. Znajdź sobie coś fajnego. Klepnęła go przyjacielsko w kolano. Zaraz miała nadejść pora jej wizyty w pokoju komisji ewaluacyjnej. Harry miał być następny.

Harry sądził, że wizyta przed komisją będzie szybka. Przedstawią mu propozycję, a on zdecyduje gdzie chce lecieć. Przebieg spotkania, mocno go więc zaskoczył. W pomieszczeniu była cała wielka trójka organizatorów, choć wszyscy spodziewali się zastać tam tylko Ingrid Songdal – Wszak to był jej gabinet – Wewnątrz siedzieli również Ashaunt i Jarzynka.

- Witamy, panie Potter. – Odezwała się Norweżka. – Gratulujemy wyniku. – Uśmiechnęła się do niego, ale jej błękitne oczy nadal lśniły groźnie, tak jak pierwszego dnia, gdy ją spotkali na seminarium. Były to oczy Valkirii i umiały ciskać błyskawice.
- Tak, tak. Gratulujemy. Osobiście nie spodziewałem się tego po panu – Podjął Jarzynka. – Znaczy, po najmłodszym uczestniku, ale dobrze pan na to zapracował. Mamy tutaj pańską ewaluację. – Wskazał na opasły folder na stole. – Omówimy ją pobieżnie, szczegóły pozna pan po powrocie do Anglii, jeśli oczywiście pańscy zwierzchnicy nie zdecydują inaczej.
- Zobaczmy. – Ingrid przekręciła okładkę. – Panie Potter, przede wszystkim,niech pan zapomni o karierze prawnika. To nie dla pana. Gdyby tak pan prawa nie spaprał…
- Bez przesady. Zaliczone wszystkie sprawdziany z prawa. – Jarzynka spojrzał jej przez ramię.
- Przecież nie mówię, że jest inaczej. – Uciszyła go. – Znacznie lepiej panu idzie przyswajanie nowych czarów i bezsprzecznie, ma pan wyczucie w praktycznym wykorzystaniu magii, dla osiągnięcia wyznaczonego celu. Komisarz Ashaunt potwierdza?
Rozparty na krześle, milczący Francuz, jedynie skinął głową.
- Cieszy również, że nie uchylał się pan od wizyt w sali ćwiczeń, a byli tacy. Ale nie w tym rzecz, panie Potter. – Powiedziała zamykając folder. – Nie zaprosiliśmy tutaj państwa, by was uczyć nowych czarów. To moglibyśmy zrobić, wysyłając instruktorów do waszych krajów, nauczylibyśmy znacznie więcej osób, znacznie mniejszym kosztem. Nie taki był jednak cel. – Harry siedział wyprostowany, nie będąc pewnym dokąd zmierza ta przemowa, choć coś mu już świtało. – Celem naszym było, byście się państwo poznali. Zaczęli rozmawiać, wymieniać doświadczeniami. Wspaniale robiliście to na zajęciach, bez dwóch zdań… – Wzięła do ręki pojedynczy pergamin. – Mogliście państwo zdobyć 100 punktów za osiągnięcia na seminarium. To czego wam nie powiedziano, to fakt, że 40 punktów otrzymywaliście państwo za zachowanie poza zajęciami. – Harry poczuł jak robi mu się zimno i gorąco jednocześnie. Co też oni takiego oceniali? – Otrzymał pan więcej punktów za swój wypad z uczennicami akademii, aniżeli pańscy współlokatorzy za nocne popijawy, ale nie w tym punkcie chcemy pana pochwalić.
- Chcemy pana pochwalić – pałeczkę przejął Jarzynka – za to, co i pańską koleżankę. Często widać was było we dwoje, lub w większych grupach, a to w parku, a to na sali treningowej, jak się wymieniacie zaklęciami i doświadczeniami. Jak razem ćwiczycie i pojedynkujecie się. Udało wam się odkryć sedno tego seminarium. Gratulujemy i jeśli nic nie stanie wam na drodze, widzimy przed wami świetlaną przyszłość.
- Przed innymi osobami, które z wami ćwiczyły, też. – dokończyła Songdal. – Myślę, że jeszcze kiedyś się tu spotkamy.
- Dobrze – odezwał się wreszcie Ashaunt. – Nie przedłużajmy. Pan Potter zapewne nie kupił jeszcze pamiątek, więc go nie trzymajmy. Ma pan pięć krajów do wyboru. Taka niespodzianka. – Podał mu pięć jednakowych kopert. – Proszę sobie wybrać jeden i pamiętać, że to ostateczna decyzja w pańskim wykonaniu.
Harry wziął do ręki koperty i przeczytał widniejące na nich nazwy krajów. Wystarczyła sekunda, by wiedział gdzie poleci. Zastanawiał się tylko, ile osób przyprawi o zawał.

- Przykro mi chłopaki – powiedział, gdy wyszedł z gabinetu komisji. – Nie dali mi do wyboru Rosji ani Włoch.
- Co wybrałeś? – spytał Pietro. Nie odpowiedział, tylko odszukał wzrokiem stojącą pod ścianą Zivę i skinął jej głową. Uśmiechnęła się szeroko. Wiedziała już co wybrał.

Anglia

- Chiny!? Jak mogłeś wybrać Chiny! Proponowali ci USA, proponowali ci Niemcy, europejską stolicę magii, a ty wybrałeś Chiny? – Krzyk Kingsleya usłyszał, nim na dobre wylądował świstoklikiem w jego gabinecie.
- N.. no, pomyślałem, że to dobry pomysł – powiedział niepewnie, poprawiając szaty.
- Gratuluję wyczucia. – King odparł z uśmiechem dziecka, któremu udał się figiel. – Chiny mają najwięcej czarodziejów na świecie, a nie wiemy o nich nic. Swoim jednym wyjazdem zrobiłeś więcej, niż cały Departament Współpracy Międzynarodowej przez ostatnie cztery lata. – Był autentycznie uradowany.
- Joddie Ginger, szefowa departamentu, zakochała się w tobie. – Odezwał się schowany w kącie Percy, którego Harry wcześniej nie zauważył. – Nie zdziw się, jeśli zechce ci się oświadczyć. Wcześniej Chińczycy nie chcieli nawet z nami rozmawiać, teraz Chiński Wielki Mistrz, już zapowiedział swoją wizytę.
- Dziękuję ci Percy. – Przerwał mu minister. – Dokończymy nasz briefing później. – Percy skłonił się elegancko i opuścił biuro.
- Dobrze, że wróciłeś. – Podjął King, kiedy za Percym zamknęły się drzwi. – Sporo osób się za tobą stęskniło.
- Spokojnie, King, bo gotów jestem pomyśleć, że to ty, nie Joddie Ginger, chcesz mi się oświadczyć. – Harry odrzekł, wygodnie zapadając się w fotel.
- Widzę, że dowcip cię nie opuścił, a może nawet ci się wyostrzył. – Harry wyszczerzył jedynie zęby. – Tak jak mówiłem, dobrze że wróciłeś. Trochę spraw wróci do normy.
- Mhm, na przykład Robards będzie miał na kim nerwy wyładować?
- Też, ale reszta zespołu czekała na ciebie, by dokończyć raport z waszych uzgodnień.
- A to nowość, jednak coś udało się ustalić. – Harry zacmokał. – No popatrz… – Pogładził się po nowo zapuszczonej bródce. – Czy mógłbym wrócić już do domu? Chciałbym się przebrać w coś wygodniejszego, nim wrócę do pracy.
- Daję ci kilka dni urlopu. Odpocznij trochę, potem zdasz relację z seminarium i stażu. Chętnie posłuchamy.
- Ale ja nie jestem zmęczony, mogę wracać do pracy – zaprotestował.
- Rozumiem, ale będziesz musiał trochę ochłonąć i nabrać dystansu. – King mówił spokojnym tonem.
- Ochłonąć? Jakiego dystansu? – Harry zaczął węszyć podstęp. – Czy coś się stało?
- Spokojnie. Gdy cię nie było… zaszło kilka zmian.
- Zmian…? – zapytał podejrzliwie.
- Pierwsza jest taka, że wydałem dekret o dostępie prasy i pracujemy nad pierwszą ustawą medialną. Ministerstwo ma też biuro prasowe.
- Dlaczego?
- O tym za chwilę – przerwał mu Kingsley.
- Jeśli ktoś będzie chciał napisać o tobie artykuł, musi przed jego publikacją, wysłać ci go do akceptacji. Jak go przeczytasz, możesz zezwolić na publikację, lub nie.
- Ale czemu gazety mają mnie pytać? – zaczął, ale King ponownie go uciszył.
- To dotyczy wszystkich pracowników ministerstwa. Nie wolno pisać nieautoryzowanych artykułów o prywatnym życiu pracowników ministerstwa, bez ich zgody. Ponadto, jeśli pracownik ministerstwa chciałby wypowiedzieć się dla prasy, musi otrzymać zgodę Biura Prasowego Ministerstwa. We wszystkich kwestiach dotyczących ministerstwa wypowiada się rzecznik prasowy.
- Możesz mi powiedzieć, o co chodzi? – Harry w końcu nie wytrzymał.
- Za chwilę. – King nie dał siebie wybić z toku. – Złamanie przepisów grozi wydaleniem z ministerstwa, to się tyczy również ciebie. Chyba nie chcesz tracić pracy? – Spojrzał na młodego przyjaciela z ukosa. – Jeśli poczujesz potrzebę uzewnętrznienia się w mediach zgłoś się do biura prasowego.
- Kto kieruje tym biurem, King? – Zapytał kwaśno.
- Percy. Już wcześniej mi w tym pomagał, więc nie widziałem lepszego kandydata. – Wzruszył ramionami. – W biurze pomaga mu taka dziewczyna, wcześniej była w Biurze Świstoklików, jak ona…
- Audrey – Harry odpowiedział pewnie.
- Tak, znasz ją?
- Wydawała mi świstoklik do Rio. Bardzo miła.
- Percy mówi, że jest wprost niezastąpiona.
- Nie wątpię. – Harry przypomniał sobie małe „tet a tet” w składziku, którego był świadkiem, a przynajmniej był światkiem jego odgłosów. – Dobrze, ale powiedz mi wreszcie, o co poszło. Bez powodu tego wszystkiego nie zrobiłeś.
Kingsley skrzywił się i jakby z wahaniem sięgnął do szuflady. Podał Harremu książkę. Zrobiona była z czerwonej skóry, lub materiału dobrze ją imitującego. Okładki nie zdobiło żadne zdjęcie, jedynie złoty napis głosił: „Biografia Harrego Pottera, pióra Rity Skeeter”. Harry poczuł, jakby miał za chwilę zionąć żywym ogniem. Zamknął oczy, wyuczoną w Chinach techniką, skupił w jednym punkcie całą złą energię i wypuścił ją wraz z powietrzem.
- Rita traci wyczucie. Nie zdecydowała się na żaden porywający tytuł. – Jego głos przesycony był ironią.
- Przeczytaj książkę, ochłoń, potem staw się u mnie. Dopiero potem wrócisz do pracy. Nie rób nic głupiego.
- Spokojnie, King. Będę grzecznym chłopcem. Obiecuję.
Harry ruszył w kierunku drzwi wyjściowych, pomny, że przed wyjazdem zablokował wszystkie kominki w swoim domu. Kiedy złapał już za klamkę, usłyszał głos ministra, płynący od biurka.
- Nie zechciało ci się przypadkiem, robić jakiś notatek w państwie środka? – W głosie Kinga była nadzieja, ale i świadomość, że może srodze się zawieść.
Harry uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni peleryny.
- Tom pierwszy. – Pomachał dziennikiem, po czym rzucił go do Kinga. – Po kolejne osiem zgłoś się jak go skończysz. Notatki z seminarium muszę najpierw uporządkować.

Dopiero idąc korytarzami ministerstwa zrozumiał, jak bardzo za tym miejscem się stęsknił. Dwa miesiące, dwa długie miesiące, był poza domem. Najpierw we Francji, potem w dalekich Chinach. Z jednej strony wiedział, że było warto wyjechać. Z drugiej, czy warto było zostawiać to, co ma w Anglii?
Korytarz pierwszego piętra ministerstwa był niemal pusty. Zaledwie kilku, ubranych na niebiesko, pracowników Magicznego Personelu Technicznego nanosiło jakieś poprawki, na zdobioną boazerię korytarza. Nie zwrócili nawet uwagi, na ubranego w cywilne szaty Harrego. Złota winda zwiozła Harrego do ministerialnego lobby, gdzie wpadł w tłum ludzi. Poczuł się odrobinę zdezorientowany. Czemu tyle osób, o tej porze, tłoczy się w lobby ministerstwa. Spojrzał na wielki, pozłacany zegar, wiszący na ścianie i zrozumiał całą sytuację. Przeleciał osiem stref czasowych. Kiedy wylatywał z Chin, była dziesiąta wieczór, w biurze Kingsley’a lądował po szóstej rano. Teraz, po siódmej, większość pracowników zmierzała do swych zajęć.

Kilkukrotnie musiał podnieść rękę w geście pozdrowienia, gdy zobaczył go z oddali jakiś znajomy pracownik Ministerstwa Magii. Ogólnie jednak, udało mu się przemknąć niemal niezauważonym, w drodze do wyjścia w ubikacjach.
Poranny Londyn przywitał go rześkim, acz ciepłym powietrzem, które mimo sznurów przejeżdżających samochodów, w niczym nie przypominało wiecznie tonących w smogu ulic Chińskich miast, na których brak było tlenu do oddychania.
Pogoda nastrajała do spaceru, a że na Grimmauld Place wcale daleko nie miał, postanowił więc przypomnieć sobie ulice miasta.

Kiedy dotarł wreszcie na Grimmauld Place, dochodziła dziewiąta rano. Cały placyk i domy wokół niego skąpane były w ciszy. Ich właściciele zapewne byli w pracy. On sam, nie marzył o niczym innym, jak wygodnym łóżku i dobie spania.

- Pan Harry Potter? – Usłyszał za sobą, kiedy skręcał na swoje schody. Różdżka automatycznie wylądowała w jego dłoni i obrócił się, celując w postać idącą od ławeczki na skwerku. – Proszę nie strzelać. – Młody chłopak, z piórem za uchem i aparatem na szyi, uniósł ręce.
- Kim pan jest? – Harry nie opuścił różdżki, a jego oczy przeczesywały skwer i okoliczne bramy.
- Perry White, Prorok Codzienny.
- Aha – mruknął ponuro. – A czy wy nie macie przypadkiem zakazu pisania artykułów bez mojej zgody? – Przypomniał sobie informacje uzyskane od Kingsley’a.
- Mamy. Ale trudno uzyskać zgodę kogoś, kogo nie możemy trafić. Udzieli mi pan wywiadu?
- Nie. – Harry schował różdżkę. – Miłego dnia, panie White. – Dodał, odwracając się ponownie w stronę domu, który, z nich dwóch, tylko on mógł zobaczyć.
- Skąd się pan tutaj wziął? – Perry White był głuchy na odmowę.
- Z pracy. – Harry miał już odpowiedzieć „Z kosmosu”, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Nie miał siły wdawać się w słowne przepychanki.
- Panie Potter. Może chociaż pozwoli pan sobie zrobić zdjęcie. – Perry zawołał, przebiegając przez ulicę. – Jedno zdjęcie i podpiszemy „Harry Potter wracający z pracy.”
Harry pokręcił głową z niedowierzaniem. Chłopak był niemal tak namolny, jak Rita.
- Dobrze. Jedno zdjęcie i podpis „Harry Potter wraca z pracy”. Nic więcej.
- Wspaniale! – wykrzyknął Perry. – Ale będę miał materiał. Panie Potter, robimy „ustawkę”.
- Proszę?
- Niech się pan cofnie kilka metrów i udaje, że mnie nie ma, a ja zrobię panu zdjęcie. Jakbym złapał pana z ukrycia. Takie zdjęcie niespodzianka. – Emocjonował się, ustawiając aparat. Harry patrzył na niego, jak na wariata. – Panie Potter, pan zarabia na życie różdżką, ja aparatem. „Ustawki” lepiej się sprzedają, bo ludzie myślą, że złapaliśmy sławną osobę znienacka. Niech mi pan da więcej zarobić.

Harry wzruszył ramionami i cofnął się o kilka metrów, by ponownie ruszyć do domu. W tym czasie chłopak zrobił cała serię fotografii.

- Dzięki wielkie, panie Potter. Wybiorę najlepsze i sprzedam, gdzie się da. Z podpisem, jak się umawialiśmy.
- Mogę iść już do domu? Jestem naprawdę zmęczony.
- Jasne. Niech pan wypocznie. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.
- Lepszy pan, niż Rita – mruknął. – Dobranoc.

Wnętrze domu tonęło w mroku, ale było wysprzątane. W korytarzu wciąż jeszcze unosił się zapach cytrynowego płynu do czyszczenia wykładzin. Kiedy tylko zamknął drzwi, zapłonęły gazowe lampy. Harry ruszył przed siebie, a dom tonął w ciszy.

- Stworek?
Strzeliło jak z bicza i tuż przed Harrym zmaterializował się stary domowy skrzat.
- Panicz Harry wrócił! – zaskrzeczał. – Stworek przeprasza, Stworek nie wiedział, nic nie ugotowane. Stworek zachował się niedopuszczalnie – mamrotał, zamiatając nosem podłogę.
- Podnieś się Stworku i nie przepraszaj. Nie poinformowałem cię i głodny nie jestem. Widzę, że dobrze się domem opiekowałeś.
- Stworek żyje, by dbać o dziedzictwo Blacków i Harrego Pottera – zaskrzeczał ponownie.
- I spisujesz się wspaniale. – Pochwalił starego skrzata Harry. – Ja idę spać, Stworku. Nie budź mnie, chyba, że pojawi się tutaj Minister Magii, Ginny lub Hermiona. Resztę odsyłaj. Zrób też jakieś zapasy. Jak wstanę, chętnie coś przekąszę. Zapewne będzie to dopiero koło kolacji.
- Tak, paniczu Harry. – Skłonił się. – Paniczu. Czeka na panicza list, od Williama Weasley’a, położyłem na szafce nocnej.
- Dziękuję. Dobrze zrobiłeś. – Harry wspiął się powoli na górę, czując jak z każdym krokiem w jego nogach jest coraz więcej ołowiu. Dotarłszy do swego łóżka, po prostu padł na twarz. Nie miał ochoty się rozbierać, nie miał ochoty zdejmować okularów. Ostatnie dni w Chinach były męczące, a teraz jeszcze ta zmiana czasu.
Resztkami sił sięgnął po list i rozerwał kopertę. Pismo nie było długie. Najważniejszy zaś fragment wcale go nie zaskoczył.

„Jako Twój osobisty Concierge Bankowy, muszę stanowczo stwierdzić, że na głowę upadłeś. Nie mając możliwości przeprowadzenia na Tobie badań psychiatrycznych, nie mam podstaw do zablokowania wydanych przez ciebie dyspozycji.
Zapewne Cię to nie obejdzie, Harry, ale 8 tyś Galeonów, na które wydałeś dyspozycje, to więcej, aniżeli zarobiłeś przez ostatnie pół roku w ministerstwie. Prawdę mówiąc, to więcej aniżeli zarobiłeś w ciągu całego roku, a przy Twoich ekstrawaganckich zakupach i wycieczkach za wiele nie oszczędziłeś.
Ostrzegam cię po przyjacielsku, że potężnie opróżniłeś swój skarbiec. Mogę mieć jedynie nadzieję, że wydałeś te pieniądze mądrze i na coś naprawdę olbrzymiego. Coś wielkości wyspy. Do chwili odbudowania stanu konta, wstrzymaj się z głupimi pomysłami.
Pozdrawiam
Bill Weasley.”

Harry zamknął oczy i odpłynął, delikatnie chrapiąc.

Obudziło go coś, co większość ludzi skłania do spania. Zmierzch, który zapadał za oknami. Było jeszcze zbyt wcześnie, by zapłonęły latarnie, słońce schowało się już jednak za londyńskimi dachami.

Zrzucił wreszcie z siebie podróżne ubrania i wziął długi, gorący prysznic. Wiedział, że zapewne nie będzie mógł po nim usnąć, ale był pewien, że znajdzie sobie jakieś nudne i usypiające zajęcie na najbliższe godziny. Stworek stanął na wysokości zadania, przygotowując mu lekkostrawną, ale sycącą kolację, po której mógł zająć się pracą w swoim gabinecie.

Zaczął od czterech listów, po jednym dla Billa, przepraszając go za zachowanie, Rona, zapraszając go w odwiedziny, Ginny, zapowiadając swoją wizytę i Hermiony, zdradzając niespodziankę. Jako, że nadal cierpiał na permanentny brak sowy, w rolę tą, po raz kolejny, wcielił się Stworek. Harry w tym czasie zajął się układaniem na półce dzienników z Chin i porządkowaniem rozsypanych notatek. Tak jak się spodziewał, było to niezwykle usypiające zajęcie. Właśnie przeciągle ziewał, kiedy zmaterializował się przed nim Stworek. Harry zdążył już zapomnieć, o powierzonym skrzatowi zadaniu, gdyż minęły niemal dwie godziny od jego wysłania. Zazwyczaj wracał w krótszym czasie.

- Pan William dziękuje za list i wyraża swoje zdegustowanie zawartymi w nim wyjaśnieniami -zaczął recytować skrzat. – Panienka Ginewra niezwykle ucieszyła się z listu, natomiast panienka Hermiona, powiedziała, że jeśli raz jeszcze wykorzysta mnie panicz w roli sowy, to odmówi przyjęcia korespondencji. Następnie powiedziała, że jeśli zjawi się pan w szkole przed egzaminami, to poczuje, jak smakuje Cruciatus w jej wykonaniu. Przepraszam paniczu. Ja jedynie powtarzam.

- Nic się nie stało. Kontynuuj.
- Potem obie panienki zaczęły się kłócić w związku z tą deklaracją. Panicz Ronald niezwykle ucieszył się z listu, stawi się u nas jutro przed śniadaniem.
- A jakże by inaczej. – Uśmiechnął się Harry. – Dziękuję ci. Nie będziesz mi już dziś potrzebny.

Następnego dnia Harry ledwie zdążył dokończyć poranną toaletę, kiedy od drzwi dobiegł dźwięk nazbyt natarczywie wciskanego dzwonka. Zbiegł po schodach, by otworzyć drzwi. Ledwie to zrobił wpadł w niedźwiedzi uścisk, wyższego i lepiej od niego zbudowanego, Rona.

- Nareszcie, stary. Super, że wróciłeś. – Ron walił Harrego po plecach. – Nawet nie wiesz, jakie bez ciebie nudy, zajefajnie mieć ciebie z powrotem. – Rąbnął Harrego po raz kolejny w plecy.
- Dzięki, stary, ale zaraz mi płuca odtłuczesz – wydyszał Harry.
- A, spoko, przepraszam.
- Nic się nie stało. – Uśmiechnął się do rudego przyjaciela. – O, dzisiaj ich więcej – mruknął, patrząc nad jego ramieniem. Na ławce siedziało dzisiaj czterech reporterów, wszyscy w średnim wieku. Najwyraźniej wygoniono młodego Perrego White’a.
- Tak, ale nie przejmuj się. – Ron kłapnął drzwiami. – Są jak wilkołaki z wyrwanymi kłami. Mogą powyć, pomemlać cię w pysku, ale nie mają czym ugryźć i zakazić.
- Panicze. Śniadanie podano. – Dobiegło do nich ze szczytu prowadzących do kuchni schodów.
- Dziękuję ci Stworku, ale przenieś je do saloniku. Zjemy przy ciepłym słońcu. – Harry poprowadził przyjaciela na górę.

Stworek przygotował dla nich niewielki stolik, ten sam, przy którym Harry jadał wraz z Ginny, gdy mieszkała u niego w czasie ferii świątecznych. Kiedy usiedli, na ich talerzach pojawiły się olbrzymie omlety z bekonem, szynką, papryką, pomidorem i licznymi przyprawami, obok zaś stały szklanki soku dyniowego. Ron, jak to Ron, zabrał się z tylko jemu podobnym apetytem, jednocześnie streszczając wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy. Dokładnie opisał swoje postępy w ministerstwie, starając się wyciągnąć z Harrego, czy raptowne zainteresowanie Nevilla jego osobą, nie jest jego sprawką. Harry zapierał się, że nie ma z tym nic wspólnego, jednocześnie dziękując w duchu Nevillowi, że wysłuchał jego prośby. Ron opowiedział również wiele ciekawych rzeczy o Hogwarcie, choć skupił się głównie na Hermionie, co Harrego zbytnio nie zdziwiło, udało się z tych opowieści wyłuskać również co nieco o Ginny.

- No dobra, Stary. Dość o mnie. – Ron skończył swoją opowieść, równocześnie, ze skończeniem śniadania. – Przestań kręcić, wypytując mnie o Anglię, lepiej opowiadaj, gdzie ty się podziewałeś.
- Na początku wylądowałem w Cannes, na miesięcznym seminarium…
- To wiem – przerwał mu Ron. – Hermiona opowiedziała mi co napisałeś w liście, choć sądzę, że parę elementów ominęła. Pewnie jakieś wasze sprawy, jakoś to przełknę.
- No tak, ale to czego nie napisałem Hermionie, bo wydarzyło się po napisaniu listu. Chociaż nie, nie napisałbym tego i tak… Spotkałem we Francji Gabrielle i jej koleżanki.
- Co zrobiłeś?! – Ron zakrztusił się kremowym, które w międzyczasie przywołał ze spiżarni, nie pytając Harrego o zgodę.
- Spotkałem się z Gabrielle. Nie wypłynęło to w żadnym szmatławcu? – Ron przecząco pokręcił głową. – To dobrze, bo możesz mi wierzyć, albo nie, ale to już nie jest ta mała dziewczynka ze ślubu Fleur i Billa. Jest teraz mojego wzrostu i na pewno nie wygląda na czternastolatkę.
- No ładnie. – Zacmokał Ron. – Może być dym, jak Ginny się dowie.
- Jakoś sobie z tym poradzę.
- Ok, ok, a co było potem? Skoro nie wróciłeś, to gdzieś cię wysłali.
- Ano wysłali i jakoś tak się wszystko potoczyło, że nie miałem nawet czasu napisać listu.
- Tak, tak, wiem. Dziewczyny są na ciebie wściekłe.
- Wierzę. Sam się nie spodziewałem, że gdzieś pojadę. Wiesz, na staż leciało trzydziestu najlepszych. Nas było siedemdziesiąt, a ja byłem najmłodszy, jaka była szansa?
- No, niemal zerowa?
- Właśnie. Też tak myślałem, więc kupiłem już nawet pamiątki, spakowałem się, że lecę do domu i jak miały rano być wyniki to nawet się nie spieszyłem. Wyspałem się, poszedłem do sali, gdzie miały być ogłaszane….
- I się okazało, że jednak lecisz? Co, załapałeś się z trzydziestego, farciarzu?
- No, nie. Załapałem się z drugiego.
- Z którego?! – Ron zakrztusiłby się drugi raz, ale na szczęście nie pił. – A ja myślałem, że tam ma być elita?
- Dzięki za uznanie, stary. – Skrzywił się Harry.
- Zawsze do usług. – Ron wyszczerzył zęby. – No dobra, to gdzie cię wysłali, że tak strasznie nie miałeś czasu? Stany? Za bardzo opalony to ty nie jesteś, więc ciepłe kraje odpadają. Polska, Rumunia? Nie, Rumunia nie. Charlie by nam napisał.
- Chiny – odpowiedział przyjacielowi.
- Chiny?! – Tym razem Ron naprawdę się zakrztusił i długo tłukł się w piersi nim zdołał wycharczeć. – Wysłali cię do Chin? – Harry skinął głową. – Opowiadaj. – Zażądał, w oczach wciąż stały mu łzy.

Miasto Smoka

Lot świstoklikiem, przez pół świata, był nudny i męczący zarazem. Harry zaczął nawet rozważać, czy aby podróż do Australii przy pomocy teleportacji, mimo że bez porównania dłużej trwająca, nie była mniej uciążliwa dla podróżującego.

W chwili kiedy miał już ostatecznie umrzeć z nudów, dotknął stopami ziemi. Stał pośrodku niewielkiej świątyni-altany o wysoko sklepionym czterospadowym dachu, wspartym na białych kolumnach, zwieńczonych bogato zdobionymi smokami. Świątynia stała na szczycie wysokiego wzgórza, z którego rozciągał się widok na pola, lasy, oraz leżące na wschodzie, ogromne, skryte w chmurze smogu, miasto. Przy schodkach, prowadzących na wiodącą do świątyni ścieżkę, stał ubrany w mugolskie ubrania Azjata.

- Witamy w Chinach, Harry Potterze – powiedział, kłaniając się nisko. – Mam nadzieję, że podróż upłynęła spokojnie.
- Nie narzekam. – Harry odparł, rozglądając się ciekawie. – Państwa ministerstwo, leży tak daleko poza miastem?
- Nie, nie, nie, Harry Potterze. Jesteśmy w oficjalnym punkcie aportacji. – Azjata skłonił się ponownie. – Nasze władze urzędują w Pekinie, ale jest to zbyt gęsto zaludnione miasto, by dopuścić tam do swobodnej aportacji. Nałożyliśmy specjalne czary. Zapraszam do mugolskiego środka transportu. – Poprowadził Harrego w dół zbocza, aż na niewielki parking, gdzie wsiedli do eleganckiego i nowoczesnego samochodu, z nazwą podaną chińskimi znaczkami. – Nie polecam jeździć tym, jeśli jest się mugolem, bo w razie wypadku śmierć jest gwarantowana, ale po nałożeniu kilku czarów to całkiem wygodna sprawa.
- Przepraszam, ale ja nawet nie zapytałem, jak się pan nazywa. – Harry odparł, kiedy już oswoił się z jazdą jako pasażer.
- Lao Fang. Ale proszę się nawet nie przejmować zapamiętywaniem, Harry Potterze. Jak znajdziemy się w Zakazanym Mieście i tak mnie pan nie rozpozna. – Harry uniósł delikatnie brwi. – Wy nas nigdy nie rozróżniacie. Przynajmniej nie od razu. – Fang powiedział z kamienną twarzą, ale w jego głosie słychać było delikatną kpinę. – Wszyscy Azjaci są dla was tacy sami. My pana w razie czego rozpoznamy i to wystarczy. – Harry skinął głową i począł podziwiać miasto.
Cały Pekin tonął w tumanach dymu wydobywającego się z rur wydechowych samochodów i kominów fabryk w dzielnicy przemysłowej miasta. Ludzie chodzili z twarzami skrytymi za chustami, lub w białych maseczkach zakrywających usta i nos, wyglądając jak lekarze z mugolskich seriali.
- Nie wychodź do miasta bez zabezpieczenia się przed smogiem. Dostaniesz od nas odpowiednie czary.

Ruch na ulicach był gigantyczny i gdyby nie potężna dawka rzuconej na samochód magii, straciliby w korkach całe godziny, nim dojechaliby do celu swej podróży. Fang jednak sprawnie manewrował między samochodami, skuterami i rowerami. Harry w życiu nie widział tylu rowerów w jednym miejscu. Nie widział tylu rowerów w całym swoim życiu. Były po prostu wszędzie. Po około pół godzinie jazdy, zatrzymali się na skraju największego placu jaki miał okazję oglądać. Po jego przeciwnej stronie biegła długa, czerwona linia ceglanego muru.

- Tutaj ciebie wysadzę, Harry Potterze. Idź w stronę tego muru, przy bramie przejmie cię kolejny z naszych pracowników i zaprowadzi już na miejsce. – Drzwi otworzyły się przed Harrym, nim nawet sięgnął po klamkę. Po chwili został na placu sam. Sam, jeśli nie liczyć tysięcy turystów, którzy plac zwiedzali.
Ruszył powoli po granitowych płytach, rozglądając się ciekawie. Nie mógł zrozumieć, co takiego fascynuje wszystkich tych mugoli, w tym placu. Wokół niego stały zwyczajne budynki, jak w każdym innym, większym mieście świata. Po przeciwnej stronie był ten czerwony mur, z wystającymi ponad nim dachami. Sam plac jednak niczym szczególnym nie zachwycał.

Chwilę Harremu zajęło przemierzenie całej tej płaskiej przestrzeni. Czemu Fang nie mógł podwieźć go na miejsce, albo nie mogli deportować go wprost do ministerstwa, skoro miasto było zablokowane? Kiedy stanął wreszcie u rozwartych wrót, był zmęczony od marszu i zgrzany panującym tutaj upałem. Czuł też, że płuca dostały więcej smogu aniżeli tlenu, którego tak potrzebowały.

- Witam, panie Harry Potterze. – Z tłumu wyłonił się kolejny, a jakże by inaczej, Azjata. Harry od razu zrozumiał czemu ma się nie przejmować zapamiętywaniem nazwisk. Przez chwilę był przekonany, że ponownie stoi przed nim Fang. Obu różniły jedynie drobne szczegóły i według niego mogliby być braćmi. – Witamy pana w Zakazanym Mieście. – Skłonił się uprzejmie. – Przynajmniej, w mugolskim Zakazanym Mieście.
- Dzień dobry. – Harry skopiował ukłon. – Trzeba się nachodzić, by do was dotrzeć.
- Samodyscyplina i wyrzeczenia. Podstawa dobrej magii. – Uśmiechnął się jego nowy przewodnik. – Tak jak mówiłem, witamy w Zakazanym Mieście. – Kontynuował, prowadząc Harrego przez ciżbę turystów różnej rasy i nacji. – Tutaj do niedawna jeszcze była siedziba cesarza. Teraz mugole mają trochę inne władze. – Wskazał na portret jakiegoś łysiejącego mężczyzny w szarym kombinezonie. – Cesarze wiedzieli o magii, dbali o magię. Widzi pan, Harry Potterze, my nigdy nie uznaliśmy tajności na waszych zasadach. Teraz cesarza już nie ma, Zakazane Miasto jest „atrakcją turystyczną”, nam udało się jednak zachować podarowaną nam przez cesarza część Zakazanego Miasta. – Przeszli kilkoma alejkami w mniej zatłoczone miejsce, po czym skręcili w drewnianą, pięknie ornamentowaną bramę, opatrzoną wielojęzyczną tabliczką: „Wstęp wzbroniony, teren zamknięty”. Początkowo nie spotkali żadnych ludzi, można by pomyśleć, że faktycznie są na zamkniętym terenie. Harry odnosił jednak wrażenie, że coś tu jest „nie tak”. Nie wiedział dokładnie co, ale odczuwał dziwny niepokój. Gdy skręcili w sąsiednią alejkę, okazało się, że miał rację. W powietrzu krążyły niewielkie latawce – magiczna poczta zakazanego miasta. Nad głowami unosiły im się, teraz wygaszone, lampiony, które miały zapłonąć o zmierzchu.

W podcieniach okolicznych pawilonów udało mu się zauważyć kilka przemykających postaci. Miejsce, było niewątpliwie magiczne, zaś czerwień bruku i elewacji, kontrastująca z zielenią drzew i krzewów klejących się do budynków, nadawała temu miejscu dodatkowej, namacalnej nawet dla mugoli, magiczności.

Przewodnik zaprowadził go do szerokiego, rozsuwanego wejścia, przestronnego pawilonu i dalej, wąskim korytarzem, pomiędzy przepierzeniami. Na końcu otwierała się przestrzeń przestronnego pomieszczenia, zwieńczonego oświetlonym świecami podwyższeniem z niskim stolikiem i kilkunastoma leżącymi wokół niego poduchami. Na jednej z nich spoczywał właśnie wątły staruszek ze spiętymi w kok, białymi włosami, długimi wąsami, spływającymi dwoma wąskimi kosmykami, aż na piersi, oraz równie długim, białym, kosmykiem brody. Mężczyzna pochylał się nad kartą pergaminu, kreśląc coś na niej cienkim patyczkiem.

- Wielki Mistrzu. – Przemówił przewodnik Harrego, skłaniając się nisko. Mężczyzna nazwany Wielkim Mistrzem podniósł głowę i spojrzał na Harrego znad okularów, dokładnie takich jak te Harrego.
- Pan Harry Potter? – Uśmiechnął się szeroko, ukazując braki w swoim uzębieniu. – Oczekiwaliśmy pana. Tak strasznie miło mi pana powitać. – Nadal się uśmiechał, nie wstając jednak ze swego siedziska. – Ufam, że podróż upłynęła panu wygodnie.
- Tak, dziękuję bardzo. – Odpowiedział uprzejmie, wciąż wodząc wzrokiem po pomieszczeniu. Najwyraźniej miał być to gabinet, ale gabinetu na pewno nie przypominał.
- Jestem Li Seng Do, Wielki Mistrz Sztuk Magicznych. Można powiedzieć, minister od spraw magicznych.
- Bardzo miło mi pana poznać, Wielki Mistrzu.
- Nie wątpię – odparł rozbrajająco. – Cieszymy się, że osoba z drugą lokatą seminarium wybrała właśnie nasz kraj, choć niewątpliwie cieszylibyśmy się bardziej ze zwycięzcy. – Harremu przysłowiowa szczęka opadła. – Skoro już się zapoznaliśmy. Te Pang – spojrzał na towarzyszącego Harremu Azjatę – zabierze pana do siedziby Straży. Czy ma pan jakieś pytania?
- Tak, czy przez cały okres pracy będę przebywał w Zakazanym Mieście?
- O nie, nie, nie. Wcale nie będzie pan tutaj przebywał, panie Harry Potterze. Zakazane Miasto to siedziba Rady Mistrzów. Tutaj się rządzi, pan będzie pracował w siedzibie Straży Magicznej. W Mieście Smoka. – Skinął dłonią w ich kierunku i wrócił do pisania na pergaminie.

Te Pang poprowadził Harrego z powrotem korytarzem pomiędzy przepierzeniami i dalej na jedną z alejek, magicznego, Zakazanego Miasta, tam zagłębili się w plątaninę pawilonów.

- Co to jest Miasto Smoka? – Harry spytał, kiedy przechodzili drewnianą kładką, nad pełnym grzybieni kanałem.
- Miasto Smoka, to miasto. – Pang odpowiedział beztrosko, a Harry zgrzytnął zębami. – Widzi pan, Chiny są ogromne. Nie możemy sobie od tak – pstryknął palcami – aportować się z jednego końca na drugi. Trzeba czasu, by pokonać taką odległość, po co więc utrudniać sobie życie. Wielu z nas postanowiło zebrać się w jednym miejscu i tak powstało Miasto Smoka.
- Jak nasza Wioska Hogsmeade, albo Dolina Godryka – Harry odparł, rozumiejąc. Tak przynajmniej mu się wydawało.
- Wioska to chyba złe porównanie, ale jeśli ta dolina jest pełna czarodziejów, to pewnie tak. – Te Pang pokiwał głową. – Jesteśmy, panie Potter. – Stali przed kolejną świątynią-altaną, niemal identyczną do tej, na przedmieściach Pekinu. – Proszę to wziąć. – Te Pang podał Harremu ptasie pióro. Po chwili ogarnęło ich błękitne światło, a Harry poczuł szarpnięcie w okolicy pępka. Podróż nie była długa. Minęło zaledwie kilka sekund, a już stali pośrodku prostokątnego placu, otoczonego ze wszystkich stron trzema piętrami drewnianych portyków, przyklejonych do pokaźnych rozmiarów budynku.

Azjata wyprowadził Harrego wąskimi podcieniami na ulicę, przy której stał budynek. Z tego miejsca, znajdującego się na wzniesieniu, rozciągał się wspaniały widok na okolicę. Patrząc w lewo, Harry widział górujące nad okolicą ośnieżone szczyty górskie, przed sobą zaś i dalej w prawo miał widok na równinę. Na równinie tej rozłożyło się, pełne kolorowych budynków, pałacyków, świątyń i parków, miasto. Harry nie mógł mieć pewności, ale mogło być one rozmiarów Londynu…

- Witamy w Mieście Smoka.
- Sądziłem, że to miało być Czarodziejskie miasto? – Harry nie mógł ukryć zdumienia.
- I takie jest.
- Ale… Ono jest ogromne.
- Ponad cztery miliony mieszkańców. – Azjata odparł z dumą. – Więcej niż wszystkich czarodziejów w Wielkiej Brytanii. Chiny to wielki kraj. – Dobrze, możemy wracać.
- Dokąd? – Harry oderwał wzrok od morza dachów.
- Do budynku. Wylądowaliśmy na dziedzińcu, nazwijmy to Urzędem Miasta. Chciałem pokazać panu Miasto Smoka, nim przystąpi pan do pracy w Straży Magicznej.

Gdy wrócili do wnętrza budynku, Te Pang poprowadził Harrego wąską klatką schodową na obszerne poddasze budynku. Całe pomieszczenie stanowiło przestronną otwartą przestrzeń, bez ścian, boksów czy przepierzeń. Środek zajmowało kilkadziesiąt staroświeckich biurek oświetlonych niewielkimi, unoszącymi się w powietrzu papierowymi lampionami, pod ścianami zaś, leżały dziesiątki poduch, na których wygodnie rozłożonych, konwersowało kilkanaście osób. Harremu od razu spodobała się panująca tutaj atmosfera.

Te Pang zostawił Harrego na przygotowanym dla interesanta krześle, stojącym przy jednym z biurek, identycznym, jak wszystkie go otaczające. Miał tu zaczekać na pojawienie się kogoś, kto od tej pory się nim zajmie. Wokół panował całkowity rozgardiasz. Część osób wypełniało jakieś papierki, inni coś sobie opowiadali, wybuchając raz po raz salwami śmiechu. Kilka osób najzwyczajniej w świecie pochłoniętych było jakimiś grami. Można było to nazwać atmosferą totalnego rozprzężenia.

Po około pięciu minutach, które upłynęły Harremu na obserwowaniu otoczenia, do biurka podszedł dobrze zbudowany, łysy mężczyzna z niewielkim kucykiem z tyłu głowy.

- Przepraszam, że kazałem panu na siebie czekać – powiedział, podając Harremu rękę. – Nie, niech pan nie wstaje. Ja sobie usiądę. Jestem Lee San, dowodzę chińską Strażą Magiczną. – Harry popatrzył zdziwiony na mężczyznę, mógł mieć nie więcej niż 35 lat i już był dowódcą całej tej formacji, w dodatku siedział przy biurku jak każdy inny? A gdzie biuro, dystynkcje? – Zdziwiony? W Straży, jeśli jest się dobrym, to się szybko awansuje, jeśli zaś niczym się nie wyróżniasz to i po 40 latach będziesz szeregowym pracownikiem. Ja się wyróżniałem i zdarzyło się kilka śmierci po drodze. Ale, gadka szmatka, tak chyba mówicie w Anglii? Zarezerwowałem dla pana całe popołudnie. Wprowadzę pana w obowiązki i pokażę gdzie będzie pan mieszkał.
Jak zapewne już pan wie, jesteśmy w Mieście Smoka, a dokładniej w siedzibie Protektoratu Miejskiego. Z tego miejsca zawiadujemy bezpieczeństwem wszystkich czarodziejów w Chinach. Ma pan spędzić z nami miesiąc, w czasie którego mam nadzieję, wywrzeć na panu możliwie pozytywne wrażenie. Mam nadzieje, że pokażemy panu coś ciekawego, wartego zapamiętania. Jednocześnie, radzi będziemy nauczyć się czegoś od pana. Niech ta wymiana wzbogaci obie strony. Zgoda?
- Zgoda. – Harry przystał chętnie na propozycję. Czuł się tutaj swobodnie, a Lee San zdawał się być otwartą osobą.
- To wspaniale. – Dowódca Straży zatarł ręce. – Przede wszystkim, dostanie pan mundur Straży i proszę przychodzić w nim do pracy. W czasie wolnym może się pan ubierać, jak się panu żywnie podoba. Przez najbliższy miesiąc będzie pan towarzyszył strażnikom w codziennych patrolach prewencyjnych, oraz podczas reakcji na popełnione przestępstwa, czyli codziennych działaniach operacyjnych, na terenie Miasta Smoka jak i w reszcie kraju. Będzie pan uczestniczył w przesłuchaniach, ale nie wolno ich panu przeprowadzać samodzielnie, tak jak nie wolno przeprowadzać samodzielnych akcji. Nie zna pan naszego prawa, więc nie ma potrzeby tworzyć dodatkowych problemów. – Harry pokiwał głową. Staż zapowiadał się pasjonująco, nie miał więc zamiaru popsuć go jakimś wyskokiem. – Musi pan wiedzieć, że Miasto Smoka, to nie wasza wioska Hogsmeade, tak, wiem co to jest Hogsmeade. W Mieście Smoka mieszka blisko cztery miliony czarodziejów, do tego dochodzą gobliny, dzielnica Trolli i kilka innych mniej lub bardziej kulturalnych gatunków. To miasto nigdy nie śpi, tak jak i nie śpi Straż. Na początek będzie pan miał kilka zmian dziennych, później pokażemy panu miasto nocą. Wtedy dopiero robi się tu ciekawie. Pracujemy w systemie 12 godzinnym, od szóstej do szóstej. Pół godziny przed każdą zmianą zbieramy się w sali ćwiczeń i odbywamy rozgrzewkę. Po zakończeniu zmiany ponownie pół godzinna rozgrzewka w sali. Lepiej żeby się pan nastawił na to. My się w Chinach nie obijamy, a o piątej nie ma przerwy na herbatkę.
- Proszę się nie obawiać, w domu też robiłem zmiany dwunastogodzinne i chodziłem na salę treningową z własnej woli. Jakoś dam sobie radę. – Harry postanowił rozwiać wątpliwości. Lee San popatrzył na niego uważnie, jakby sprawdzał, czy Harry go nie okłamuje. – Czy Straż Magiczna, tak jak Biuro Aurorów, zajmuje się tylko najcięższymi przestępstwami, czarną magią?
- Nie. My odpowiadamy za całość porządku w magicznych Chinach. Może więc pan równie dobrze brać udział w śledztwie w sprawie kradzieży jak i masakrze ludności z wykorzystaniem nielegalnych zaklęć. Nie mamy specjalnych oddziałów do różnych zadań. Choć niektórzy z nas się, że tak powiem, wyspecjalizowali. Przede wszystkim, jak pan widzi, nie siedzimy za biurkami. Niemal wszyscy z naszych ludzi są w terenie, w Mieście Smoka i innych skupiskach czarodziejów. To zwiększa bezpieczeństwo, a o przestępstwie informujemy się na bieżąco, przy pomocy amuletów. Dobrze, panie Potter. Dzisiaj już nie będziemy pana zatrzymywać, na tej zmianie, ani też na nocnej, jako że mamy godzinę szesnastą. Zaprowadzę pana do przydzielonej panu kwatery i proszę dokładnie uważać na drogę. W Mieście Smoka, mapy na nic się nie zdadzą. Tutaj nie ma ulic, przynajmniej nie w pańskim rozumieniu.

Harry bardzo się starał zapamiętać, jak trafić z biura Straży Magicznej do jego miejsca zakwaterowania, a okazało się, że może nie być to takie proste. Adresy w Mieście Smoka, podobnie jak w innych miastach Chin i reszty Azji Wschodniej odbiegały od tego, co nazwać można by „zachodnim standardem.” Brak było tutaj nazw ulic, podając adres należało wymienić dzielnicę, kwartał a następnie numer domu w którym się mieszkało. Z jednej strony było to prostsze, bo kwartały ułożone były chronologicznie, z drugiej zaś nastręczało sporo problemów, gdy na przestrzeni kilometra kwadratowego, szczelnie zabudowanego jedno i wielopiętrowymi budynkami, między którymi biegły jedynie wąskie chodniki, trzeba było odnaleźć odpowiedni numer. By ułatwić Harremu życie, Lee San poprowadził Harrego główną, acz nie najkrótszą drogą. Najpierw w dół brukowanej ulicy prowadzącej od Protektoratu Miejskiego w głąb miasta, po piętnastu minutach zatrzymali się przed jedną z alejek prowadzących w głąb miasta. Prowadziła do niej czerwona, drewniana brama z złotymi zdobieniami.

- To jest wejście do dzielnicy Tsuraj. – Odezwał się Lee San. – W tej dzielnicy będzie pan mieszkał. Jest to jedna ze starszych dzielnic miasta, jej mieszkańcy zajmują się głównie handlem i rzemiosłem. Ale można też wynająć tanie lokum. Weszli w alejkę, na której kłębiły się tłumy ludzi, oglądając wystawiony na straganach towar, były to głównie przyprawy i jakieś korzenie. – Tsuraj znaczy korzenna. Główny towar to przyprawy, panie Potter. Proszę. – Ponownie zatrzymał Harrego. – Jesteśmy w przejściu pomiędzy pierwszym a drugim kwartałem.

Zagłębili się w węższą i jeszcze bardziej tłoczną alejkę od poprzedniej. Wkrótce zrobiło się jakby ciemniej, Harry spojrzał w górę, czy nie zbliża się jakaś burza, wszak na zachód słońca było za wcześnie. Zobaczył jednak, że alejka jest przykryta szmatami i deskami stanowiącymi najwyraźniej osłonę przed słońcem i deszczem, oraz przejścia pomiędzy pomieszczeniami na wyższych piętrach. Kiedy minęli sporą knajpkę, z wywieszonym nad drzwiami szyldem w kształcie zielonej ryby, skręcili w boczny chodnik. Tutaj nie było już straganów, bo i nie było dla nich miejsca, było jednak nadal głośno i tłoczno. Lokale przeniosły się tutaj najwyraźniej do wnętrz budynków. Dowódca Straży wprowadził Harrego po rozklekotanych schodach, przyklejonych do jednego z lokali. Kiedy znaleźli się na drugim piętrze zaczęli się przemykać drewnianymi kładkami zawieszonymi między budynkami, takimi jakie przesłoniły Harremu słońce, kiedy skręcili w przejście pomiędzy kwartałami. Tutaj przynajmniej było jasno, gdyż nad nimi nie było już kładek.

- Jesteśmy na miejscu. – Wskazał Harremu na wyrastające przed nimi piętro oraz poddasze budynku. – Na parterze i pierwszym piętrze jest restauracja. Tutaj, na drugim mieszkają właściciele, a tam – wskazał na poddasze – Jest pańska kwatera. Wejście jest po tych schodkach. Nikt nie będzie panu tutaj przeszkadzał. Szczególnie właściciele. Tylko proszę się rano nie zgubić. Życzę miłej nocy.
- A jakiś klucz? – Harry zapytał, odwracającego się już na pięcie Lee Sana.
- No tak, byłbym zapomniał. U nas nie ma włamań do domów i kradzieży w domach. Okrada się sklepy, lokale, ale nigdy domy. Dom to święte miejsce i nikt nie wejdzie do niego bez zaproszenia. Proszę to uszanować. Mieszkanie jest otwarte. – Odszedł pospiesznym krokiem, w zupełnie innym kierunku aniżeli ten, z którego przyszli.

Harry wspiął się powoli po drewnianych schodach, na niewielki tarasik, zagracony dwoma ratanowymi fotelami, stolikiem i jakimś egzotycznym kwiatkiem. Było to, najwyraźniej, jedyne wejście do jego nowego lokum. Kiedy w dwóch krokach przemierzył niewielki tarasik zrozumiał, czemu nikt nie zamyka tutaj drzwi. Te drzwi, tak naprawdę, nie dały się zamknąć, będąc zaledwie przesuwanym panelem, składającym się z drewnianej kratownicy, obciągniętej papierem. Żadnego zamka, żadnej klamki, żadnej kołatki. Kiedy rozsunął drzwi, jego oczom ukazało się w wnętrze. Był to niewielki pokój, nie więcej niż trzy na trzy metry. Cała podłoga wyłożona była słomianą matą. Na środku pokoju stał niski stolik z postawionym na nim drzewkiem bonsai, obok zaś rozłożony był biały materac, sprawujący jednocześnie rolę siedziska i łóżka, za oświetlenie służył zawieszony w powietrzu, czerwony, papierowy, lampion. Przekroczył próg pomieszczenia, rozglądając się uważnie. Pomieszczenie było umeblowane raczej ubogo, prócz stolika i posłania pod ścianą stała jedynie niewielka skrzynia. Wyglądało na to, że będzie musiał pozostawić swoje ubrania we własnym kufrze, który zminiaturyzowany, spoczywał w jego kieszeni. W całym mieszkanku, Harry nie odnalazł paleniska, pieca, ani też innego substytutu, czy też namiastki kuchni. Jednoznacznie skazywało go to na stołowanie się w mieście. Postanowił więc, przy najbliższej okazji zasięgnąć języka, odnośnie smacznych i bezpiecznych dla żołądka miejsc, w których mógłby się stołować. Całe szczęście, że otrzymał stypendium stażowe. Dokładne oględziny pozwoliły mu na odkrycie ukrytej w zakamarku, całkiem przyjemnej łazieneczki. Na leżącym w pokoju materacu spoczywał złożony w równą kosteczkę tobołek, kiedy Harry go rozłożył, jego oczom ukazał się strój, w jakim chodzą członkowie Straży. Długa czarna szata wyszywana w czerwone, chińskie smoki, nie prawdziwe, ale takie z legend, długie, wężowe z pięknie zdobionymi ciałami i strojnymi głowami.

Tej nocy Harry nie spał zbyt dobrze, właściwie to nie spał niemal wcale. Po części, winę za to mógł zrzucić na niewyobrażalnie wprost twardy materac. Do tego typu posłania, zdążył jednak przywyknąć podczas dziewięciu spędzonych w namiocie miesięcy. Winę za brak snu ponosił jego organizm, który w żaden sposób nie chciał uznać nagłej zmiany czasu i tego, że jest osiem godzin później, aniżeli to sobie zakładał. Całej beznadziei tej sytuacji dopełniał wszechobecny jazgot dochodzący z niższych poziomów wszystkich otaczających budynków. Lee San miał rację. Miasto Smoka nigdy nie spało.

Kiedy następnego dnia rano Harry wychodził z mieszkania, mógł służyć za żywą ilustrację Inferiusa. Blada cera, podkrążone oczy, lekko nieobecny wzrok i ogólne odrętwienie, nadawały mu mało „żywy” wygląd. Odtwarzając pokonaną poprzedniego dnia drogę, zmierzając do siedziby Straży Magicznej, Harry zaryzykował i w jednym ze straganów, nabył zupełnie mu nieznaną, acz apetycznie wyglądającą przekąskę. Szybko przekonał się, że jej smak dorównuje wyglądowi. Postanowił jednak, nie pytać z czego jest zrobiona, by nie zepsuć sobie o niej zdania. W prowadzonych jeszcze w Cannes rozmowach, na temat potencjalnych kierunków wyjazdu, wielokrotnie przewijał się temat azjatyckich dań, wykonanych z wątpliwego pochodzenia produktów. Ku swojej, ogromnej radości, Harry trafił do celu, ani razu nie zbłądzając po drodze. Postanowił więc, że już w drodze powrotnej zacznie myszkować w uliczkach, szukając szybszych przejść, a zarazem poznając okolicę, w której ma mieszkać.

Do siedziby Straży Magicznej dotarł pięć minut przed poranną zaprawą, umundurowany i gotowy na pierwszy dzień pracy, choć aparycją nadal przypominał Inferiusa.

Rozgrzewka w niczym nie przypominała treningu w Aurorskim Ośrodku Sportowym, czy też przeprowadzanych tam testów okresowych. Można ją było raczej porównać do rozgrzewki przed zajęciami sportowymi w szkole podstawowej. Wszyscy zebrani Strażnicy, robili skłony, skręty, podskoki i pajacyki. Rozciągali się i rozgrzewali mięśnie tak, by były gotowe na całodzienny wysiłek. Harry nie zdawał sobie nawet sprawy, jak bardzo tego typu rozgrzewka, w zasadzie nie wymagająca od niego większego wysiłku, może pomóc w porannym rozbudzeniu. Po zaledwie piętnastu minutach na jego twarzy ponownie pokazały się rumieńce, odzyskał wigor i czuł się gotowy do działania. Jeszcze tylko mała sesja ćwiczeń magicznych, na sprawdzenie refleksu i przytomności umysłu i mieli być gotowi do pracy. Strażnicy stanęli parami naprzeciw siebie, przed losowo wybranym przeciwnikiem i rozpoczęli pojedynek. Nie miała to być symulacja walki z wrogiem, a odbyta na turniejowych zasadach, rodem z Klubu Pojedynków, wymiana czarów między partnerami. Atak, obrona, obrona, atak. W duchu błogosławił, że przedstawiciel Chin, był jednym z tych seminarzystów, którzy należeli do ich małej grupki wymieniającej się czarami. Harry wiedział teraz, jak reagować przynajmniej na część rzucanych w niego zaklęć. Ze swej strony pokazywał najpopularniejsze zaklęcia brytyjskie. Po około pięciu minutach zauważył, że inne pary, więcej uwagi aniżeli na własnych pojedynkach, poświęcają temu, toczonemu przez niego. Najwyraźniej, naprawdę chcieli się czegoś od niego nauczyć. Harry przyjął więc zasadę. Każdy czar pokazywał dwa razy. Raz by pokazać jego działanie, drugi, by obserwujący mogli sobie zapamiętać jego inkantację.

W ciągu trzydziestu spędzonych w Chinach dni, z których dwadzieścia pięć spędził na służbie, rozpoczynającej i kończącej się taką właśnie rozgrzewką, Harry miał okazję sparować z blisko sześćdziesięcioma członkami Straży. Wszyscy okazali się niezwykle mili i chętni do poznawania nowych czarów. Zresztą, jedną z wielu poczynionych przez Harrego w tym kraju obserwacji był fakt, że wszyscy czarodzieje Chin zdawali się być nieustannie uśmiechnięci i mili.
Po porannej rozgrzewce rozpoczął się pierwszy dzień pracy Harrego. Przydzielono go jako partnera, dla jednego ze Strażników i ruszyli patrolować miasto. Tak miał wyglądać każdy kolejny dzień, lub noc, Harrego. Patrolowanie miasta, przerywane nagłymi wezwaniami do przestępstw, przesyłanymi za pomocą amuletów. Przestępstwa były różne. Czasami ktoś okradł stragan z łakociami, innym razem musieli szukać dowcipnisia, który wypuścił do miasta niedużego smoka, który to omal nie puścił z dymem połowy kwartału. Raz Harry, któremu tego dnia towarzyszyła akurat kobieta, obserwował śledztwo w sprawie morderstwa. Było ono, jak się okazało, znacznie krótsze od poszukiwań smoczego dowcipnisia. Powód był prosty, choć wprawił Harrego w osłupienie. Gdy tylko Harry wraz z partnerką przybyli na miejsce, okazało się, że zamordowany miał na szyi niezrozumiały dla Harrego tatuaż. Tia Ne, jego partnerka, stwierdziła jedynie, że Triada załatwi swoje sprawy sama i zabrała Harrego z miejsca zbrodni. Później dowiedział się dopiero, że Triada, choć była organizacją przestępczą, nie była ścigana przez Straż Magiczną.

- Triada stanowi część naszej tradycji. – Powiedział mu później, tego dnia, Lee San. – Jest starsza niż Straż Magiczna i zapewne dłużej przetrwa. Oni robią swoje interesy i sami rozwiązują swoje problemy. Póki nie ruszają zwykłych obywateli, nie mieszamy się w ich sprawy.

Trudno Harremu było się pogodzić z takim traktowaniem sprawy. To tak, jakby Biuro Aurorów miało się nie zajmować przestępstwami popełnianymi przez śmierciożerców na śmierciożercach.

Najciekawszą operacją w jakiej Harry brał udział, był wypad do zamieszkanego w głównej mierze przez Wile i Rusałki, Dystryktu Czerwonych Lampionów, jak nazywano zamieszkany przez te rasy kwartał we wschodniej części miasta.
Strażnicy otrzymali koło godziny siedemnastej zgłoszenie o pobiciu, na terenie dystryktu, młodego mężczyzny. Harry wraz z partnerującym mu Strażnikiem, natychmiast deportowali się do dystryktu. Zamiast jednak, jak spodziewał się Harry, wylądować bezpośrednio na miejscu zdarzenia, wylądowali przed jednym z wejść do dystryktu, a po chwili obok nich zaczęły się pojawiać kolejne duety Strażników. Kiedy zebrało się ich dwunastu, padło hasło do wymarszu.

- Dlaczego do zwykłego pobicia wysłanych zostało dwunastu Strażników? – Harry zapytał naiwnie.
- Poczekaj, zapewne już wkrótce dane ci będzie się o tym przekonać. – Odpowiedział jeden ze strażników, kwaśno się uśmiechając.
W miarę jak zagłębiali się w oświetlone czerwonymi lampionami alejki kwartału, z każdej strony dochodził dźwięk zasuwanych drzwi i kłapiących furt wejściowych. Co jakiś czas słyszeli też puszczoną w ich stronę obelgę. Alejki zdawały się natychmiast pustoszeć, kiedy tylko w nie skręcali. Zaledwie kilka mieszkanek kwartału pozostało na zewnątrz, patrząc na nich z pogardliwymi minami.
- Jakbyśmy przyszli po służbie, inaczej by się do nas odnosiły, Dziwożony jedne. – Mruknął najstarszy ze Strażników.
- Spokój Tenga. Nie prowokuj. – Odparła mu Tia Ne.
Kiedy znaleźli się wreszcie na miejscu, spotkali siedzącego na schodach mężczyznę, któremu magomedyk leczył właśnie rany na głowie.
- Jak się pan czuje? – spytała Tia Ne po chińsku.
- Nic mu nie będzie. Zaraz będzie mógł wrócić do domu. – Magomedyk odpowiedział za poszkodowanego.
- Czy może pan wskazać, kto pana pobił? – Kontynuowała strażniczka.
- Jedna z tych tam, bo nie dałem wystarczającego napiwku. – Wskazał kciukiem na drzwi za sobą.
- Rozpozna ją pan?
- Wszędzie szmatę rozpoznam. – Warknął.
- Harry. Trzymaj się blisko i miej oczy dookoła głowy. Nim zaczniesz z którąś rozmawiać, lepiej ją najpierw unieruchom. – Tia Ne przeszła ponownie na angielski. – Ten mężczyzna został pobity przez jedną z kobiet, bo nie zapłacił jej dobrze. One są groźne.

Tak poinstruowany Harry wkroczył wraz z innymi Strażnikami oraz poszkodowanym mężczyzną do wnętrza przybytku. Scena, która rozegrała się później, nie miała w sobie nic z karności chińczyków, której Harry doświadczał do tej pory. Zazwyczaj przywoływani przez Strażnika czarodzieje stawiali się karnie i bez zbędnego kręcenia odpowiadali na pytania. Tym razem, sprawa wyglądała… weselej.

Poszkodowany mężczyzna od razu wskazał sprawczynię pobicia. Przepiękną Wilę, swą urodą w niczym nie ustępującą Fleur czy Gabrielle, a nawet je przewyższającą, gdyż bez domieszki krwi ludzkiej. Kobieta stawiła się karnie na wezwanie, choć twarz miała hardą. Wraz z nią jednak stawiły się wszystkie inne, obecne na miejscu kobiety. Po krótkiej utarczce słownej przestały być tak piękne, jak na początku. Harry od razu przypomniał sobie Wile z Mistrzostw Świata w Quiddichu. Przerażające furiatki, którym lepiej było w drogę nie wchodzić. Wiedział też, co wydarzy się zaraz. Ledwie, na polecenie Tia Ne, Tenga wraz ze swoim partnerem, ewakuowali się z Wilą do kwatery Straży Magicznej, kiedy w lokalu rozpętało się piekło, dosłownie. Wściekłe Wile zaczęły strzelać w Strażników płomieniami, rzucały się, próbując ich drapać i gryźć. W dłoniach niektórych pojawiły się ostre przedmioty. Harry, raz po raz, musiał odbijać lecące w jego stronę kule ognia, które trafiając w kotary i ściany doprowadziły wkrótce do pożaru. Kiedy Strażnicy wycofali się ponownie na zewnątrz, napotkali w alejce na sporą już grupę Rusałek i Wil wyległych z innych lokali. Wściekłe kobiety pluły w nich i ciskały przeróżnymi przedmiotami. W końcu, nie mogący zapanować nad sytuacją Strażnicy, deportowali się w bezpieczne miejsce, poza teren Dystryktu Czerwonych Lampionów.

- Co to u licha było? – spytał zszokowany Harry.
- To były niezadowolone panie lekkich obyczajów. – Odparł mu jego partner.
- Ale czy nie trzeba wezwać posiłków, wrócić tam i jakoś ich spacyfikować?
- Zwariowałeś! – Wykrzyknął strażnik. – Chcesz tam wracać? Angliku, ich jest tam więcej niż wszystkich Strażników w całych Chinach. Rozszarpałyby nas.
- A co z tym stwierdzeniem, że Strażnicy chodzą po mieście w mundurach, by przestępcy wiedzieli, że tutaj jesteśmy i nie popełniali przestępstw? – Zironizował zasadę, jaką usłyszał pierwszego dnia służby na mieście.
- Jakbyś zauważył, ich to nie dotyczy. Żeby to działało, trzeba mieć choć odrobinę rozsądku.
- A pożar?
- Są od tego specjalne służby. Smoka też nie gasiliśmy przecież. – Uciął dyskusję, wytrzepując sobie osmalony rękaw.

Choć jeszcze tego przedpołudnia, Harry miał ochotę pozwiedzać kwartały Goblinów i Wil, po tej akcji postanowił trzymać się obszarów zamieszkanych przez ludzi.

Miasto Smoka było tak olbrzymie i różnorodne, że Harry nie zdołał poznać go dokładnie w czasie całego swojego pobytu w Chinach. Były w nim gęsto zabudowane kwartały maleńkich sklepików i tanich mieszkanek. Takie jak ten, w którym mieszkał. Były też zielone obszary. Pełne drzew z gdzieniegdzie jedynie wybudowanymi pałacykami. W samym centrum ciągnął się ogromny na pięć kwartałów park z przepięknym jeziorem pośrodku. Płuca tego, wielkiego, miasta.
Zaledwie raz został Harry wysłany na patrolowanie terenów poza miastem. Wylądowali wtedy w miejscowości niewiele większej od Hogsmeade, ukrytej wysoko, wśród białych gór, gdzie wiecznie wiało i sypał śnieg. Nie wiedział jak można żyć w takich warunkach, najwyraźniej jednak można było, gdyż zdecydowało się tam zamieszkać ponad tysiąc czarodziejów. Byli to ludzie głęboko wierzący, skupiający się wokół, postawionego na jednym ze szczytów, klasztoru. Służyli pielgrzymom strawą i miejscem do przenocowania, czasem chronili również wspinających się na szczyty mugoli.

Dni spędzone w Chinach mijały Harremu niezwykle szybko. Ani się obejrzał, a nadszedł ostatni weekend jego stażu i już za pięć dni miał odlecieć do Londynu. Postanowił więc, wykorzystać wolny dzień, na odwiedzenie dzielnicy handlowej i zakupienie kilku pamiątek dla swoich przyjaciół w Anglii. Nie chcąc paradować w mundurze Straży w dzień wolny od pracy, założył przywiezioną z domu, prostą, czarną, pelerynę i ruszył w miasto. Teraz już znacznie lepiej orientował się w jego topografii. Co prawda, zdarzało mu się jeszcze zbłądzić w plątaninie alejek, ale w końcu odnajdywał odpowiednią, choć nie zawsze najkrótszą, drogę i wracał do domu.

Dzielnica handlowa w Mieście Smoka, była miejscem niesamowitym. Wystarczy sobie wyobrazić Ulicę Pokątną rozciągniętą do rozmiarów dwóch wiosek Hogsmeade, z każdym niemal centymetrem powierzchni zajętym przez sklepy, sklepiki i stragany. Był to raj dla uwielbiających zakupy, ale i miejsce gdzie można było godzinami prowadzić fascynujące obserwacje egzotycznych towarów oraz ich jeszcze bardziej egzotycznych sprzedawców i nabywców.

Tak naprawdę, Harry nie miał najmniejszego pomysłu, co może kupić w prezencie swoim przyjaciołom. Wszędzie były gigantyczne ilości przeróżnych gadżetów dla turystów, od ruchomych figurek chińskich smoków, na żywych jaszuro-smokach, małych smokopodobnych jaszczurkach, skończywszy. Nie wiedząc od czego ma zacząć, Harry kupił po wachlarzu dla Ginny, Hermiony i Molly, choć wiedział, że jest to prezent oklepany. Z braku lepszego pomysłu, Ronowi kupił pięknie zdobiony kufel na jego ulubione, kremowe piwo. Idąc dalej, pomyślał, że sprawi sobie chińskie szaty, ot tak dla żartu, by czasami zaszokować w Anglii. Wychodząc ze sklepu był dodatkowo obładowany pięknymi strojami dla Ginny, Hermiony i Fleur. Rozmiar Ginny znał doskonale. Co do reszty wiedział, że poradzą sobie z dopasowaniem. Ronowi wolał stroju chińskiego nie sprawiać. Mimo całej łączącej ich przyjaźni. Harry wiedział doskonale, że i bez takiego stroju, Ron wystarczająco często potrafi się zbłaźnić.

Wielu rzeczy czarodziejom z Chin Harry odmówić nie mógł. Jedną z nich, z całą pewnością było bogactwo literatury. Kiedy wchodziło się do księgarni, można było zostać w niej na wiele dni. Na półkach zalegały tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy tomów o przeróżnej tematyce. Harry doskonale wiedząc, że Kingsley będzie niezwykle zainteresowany tutejszą magią, postanowił zaopatrzyć się w naręcze odpowiednich dzieł. Wyszukanie pozycji w języku angielskim okazało się niezwykle trudne, jako że rzadko zdarzało się, by okolice te odwiedzał czarodziej z zachodniej Europy (łatwiej było dostać książki po rosyjsku). W końcu jednak, Harry zaopatrzył się w trzy porządne podręczniki zaklęć obronnych oraz „Magię Codzienną” i „Magiczną Historię Chin”, obie z myślą o Hermionie. W sąsiednim sklepie stracił prawie sto Galeonów, na magiczne gadżety, jakich nie widział w sklepie Georga, z myślą właśnie o rudym przyjacielu. – Jak się już w coś zainwestowało, to trzeba dbać o rozwój inwestycji.

Na największe pokuszenie, Harry został wystawiony, przechodząc koło sklepu ze złotem i szlachetnymi kamieniami. Zatrzymał się, by obejrzeć bogato zdobioną imitację cesarskiej korony, kiedy jak spod ziemi wyrósł obok niego sprzedawca.

- W czym mogę waszej szanowności służyć? – zapytał łamaną angielszczyzną.
- Dziękuję. Jedynie oglądam. – Harry odparł uprzejmie, próbując się wywinąć ramieniu sprzedawcy, któro już go oplotło.
- A, to zapraszam waszą szanowność do środka. Tam jest więcej do oglądania. – Naparł na Harrego, wciągając go do wnętrza sklepu.

Pomieszczenie było ciasne i zagracone. Mogło być niewiele szersze od korytarza przy Grimmauld Place, a przez całą jego długość, na środku, postawiona była szklana gablota, z zamkniętymi pod nią srebrnymi i złotymi ozdobami, oprawianymi w platynę szlachetnymi kamieniami, naszyjnikami, kolczykami i pierścieniami najróżniejszych rozmiarów i rodzajów.

Sprzedawca rozpoczął od zachwalania przeróżnych pierścieni i sygnetów, jakie jego zdaniem mógłby nosić Harry. Kiedy ten nie wykazywał zainteresowania tego typu ozdobami, mężczyzna przeszedł do przekonywania go, że wspaniale by wyglądał ze złotym kolczykiem w uchu, i jeśli by się zdecydował, to on może Harremu od razu ucho przekłuć.

- Może jest jakaś dama, którą chciałby wasza szanowność uradować takim darem? – zapytał z zaskoczenia.
- Co? A, tak. Myślę, że jest taka osoba.
- To wspaniale. Proszę tutaj. – Wyprzedził Harrego. – W tej gablocie mam bransoletki i naszyjniki, a tutaj znajdzie pan przepiękne kolczyki i zawieszki na łańcuszek – mówił, wskazując na leżące pod szkłem tace z ozdobami.
- Tak, tak. Są przepiękne, może się na któryś skuszę, ale chciałbym zobaczyć wszystko. – Harry odpowiedział wymijająco, ledwie rzuciwszy okiem na ozdoby.
- Proszę, zapraszam więc tutaj. Przepiękne pierścionki. Złote, srebrne, z szafirami, brylantami, topazami. Godne każdej dłoni. Czy dama ta gustuje w pierścionkach? – Sprzedawca przechodził sam siebie, by zainteresować Harrego którymś ze swoich towarów.
- Rzecz w tym, że dama, nie nosi biżuterii niemal wcale. – Harry zagłębiał się coraz bardziej we wnętrze sklepu, oglądając inkrustowane złotem i kamieniami miecze, figurki buddy i bogato zdobione miniatury zakazanego miasta, lub wielkiego muru.
- Ach, więc potrzebujemy czegoś na specjalne okazje. – Sprzedawca zatarł ręce z uciechy. – Tutaj są wspaniałe kolie, kolczyki specjalnie z myślą o wielkich balach. Dama na pewno będzie zachwycona.
Ale Harry już go nie słuchał. Jego uwagę przykuł niewielki przedmiot połyskujący w najdalszej z gablot. Przedmiot zdawał się wabić go do siebie, przyciągać jakąś magiczną siłą. Kiedy Harry zbliżył się do skrytej w kącie sklepu gablotki, jego oczom ukazał się smok. Nie, nie był to smok z jakim przyszło mu walczyć, nie był to też smok, na którym latał. Był to smok z chińskiej legendy.

Smoki z chińskich legend różnią się od tych europejskich. Smoki z chińskich legend, żyją tylko w legendach. Nie są to straszliwe potwory, z potężnymi łapami, ogromnymi skrzydłami i szponami gotowymi rozerwać cię na strzępy. Chińskie smoki swym wyglądem przypominają bardziej węże, z czterema krótkimi łapkami, niewielkimi skrzydłami z przodu tułowia i głowami zdobionymi wielobarwnymi pióropuszami z piór lub łusek. Każdy jest inny i każdy zachwyca swoim wyglądem.
Ten smok, również był wyjątkowy. Miał niezwykle smukłe, złote ciało, z ledwie widocznymi liniami łusek, biegnącymi po jego grzbiecie, które przeplatając się tworzyły delikatne romby. Jego nogi były niedostrzegalne, przynajmniej dla ludzkiego oka. Głowa tego smoka również była zachwycająca i jedyna w swoim rodzaju. Cały jego pysk migotał tysiącem iskierek, jakby pokryty był mikroskopijnymi brylancikami. Jego malownicza, jak u wszystkich chińskich smoków, grzywa, mieniła się idealnymi fasetkami błękitnych diamentów. Smok, złożył ją sennie na krańcu swego ogona, tworząc ze swego ciała idealny okrąg. Okrąg o rozmiarze 10.
Smok czekał…

Harremu wystarczyło jedno spojrzenie, na leżący w gablocie pierścionek, by wiedział. Wiedział, że to jest ten, który podaruje Ginny. Żaden inny nie był godny jej dłoni.

- Ile kosztuje ten pierścionek? – Spytał niskiego sprzedawcę. Ten zaś uśmiechnął się odrobinę przepraszająco.
- Przykro mi, ale ten nie jest dla pana. – Odpowiedział, rozkładając dłonie. – Na pewno wybierzemy coś godnego pańskiej damy, spośród tych tutaj. Wskazał ponownie na gabloty, które Harry minął przed chwilą.
- Czy ten nie jest na sprzedaż?
- Ależ jest.
- Został już przez kogoś zamówiony? – Harry dopytywał, jego ton był niezwykle uprzejmy. Patrzył zafascynowany w małe dzieło sztuki i nie pojmował, jak coś tak pięknego, mogło wyjść spod ludzkich rąk.
- Nie jest zarezerwowany, wasza szanowność, ale to jest precyzyjna robota. Wykonany mugolskimi metodami, bez użycia magii. Każde żłobienie. Każda ozdoba to ręczna robota. Jest jedyny w swoim rodzaju. Niepowtarzalny.
- Tak, jest jedyny – wyszeptał Harry. – Ginny też jest jedyna i niepowtarzalna. Ile jest wart? – Dokończył głośniej.
- Jest bezcenny. – Odparł sprzedawca.
- A ile pan za niego chce? – Wpatrywał się jak zahipnotyzowany w delikatnie połyskujące fasetki.
- Szanowny panie…
- No ile? Przecież podanie ceny do niczego nie zobowiązuje. – Chińczyk rozejrzał się niepewnie, po czym napisał sumę na skrawku pergaminu i przesunął ją w jego stronę. Harry spojrzał na pergamin i zmarszczył brwi. – To jest prawidłowa cena?
- Tak jak mówiłem. To nie jest pierścionek dla pana. – Sprzedawca raz jeszcze uśmiechnął się przepraszająco. – Na pewno znajdziemy coś odpowiedniego. Mogę też zrobić na zamówienie, jeśli tylko da mi wasza szanowność kilka dni na wykonanie.
Harry stał ze ściągniętymi brwiami, przypominając sobie ceny wszystkich produktów, jakie kupował od przyjazdu do Chin i starając je przeliczyć na Galeony.
- Kurs Juana do Dolara wynosi… – zaczął sprzedawca, ale Harry uciszył go gestem dłoni.
- Wiem ile wynosi kurs Juana. – Bezgłośnie liczył ile zarabia w ministerstwie. Ile kosztuje go utrzymanie domu. Ile ma w skarbcu, po ostatnich ekstrawaganckich wyjazdach i prezentach. Liczył też ile wyniosło jego stypendium stażowe. Stypendium na pewno było zbyt małe, co do tego nie miał wątpliwości, choć wydawał mniej, aniżeli przewidywała dzienna stawka. Istotniejszy był stan skarbca i czy zarabiał więcej niż wydawał. Po minucie intensywnych obliczeń doszedł do dwóch wniosków. Pierwszy brzmiał: raczej nici z wakacyjnego wyjazdu. Drugi, bardziej przerażający: to więcej niż dotąd zarobiłem jako kadet. Potarł przez chwilę skronie. – Trzeba płacić gotówką, czy mogę wydać dyspozycje bankowe?
Sprzedawca stał przez chwilę jak spetryfikowany. Skąd ten młody chłopak w prostych szatach miał środki, by sobie pozwolić na takie wydatki? Może to jakiś, zamorski dysydent Magicznej Triady, jeśli to Triada, to nie mogę odmówić.
- Oczywiście, może być dyspozycja. Ale wydam go wtedy, dopiero po odpowiedzi z banku. – Odparł pospiesznie, starając się nie bełkotać z przestrachu.
- Dobrze więc, wypiszemy dyspozycje i dla zaoszczędzenia czasu nada je pan przez Zakazane Miasto. – Harry odparł rozluźniony, choć wiedział, że nadchodzą dla niego chudsze czasy. Przynajmniej przez kilka najbliższych miesięcy. Co go podkusiło, by wydać dziesięciomiesięczną pensję na tak małą błyskotkę? Spojrzał wtedy po raz kolejny na pierścionek i wątpliwości go opuściły.
- Czy mam coś wygrawerować?
- Proszę?
- Czy mam coś wygrawerować na pierścionku?
- Nie, nie. Taki jest idealny. – Odparł, odrywając wreszcie wzrok od małego dzieła sztuki. – Kiedy dyspozycje wrócą, proszę przesłać go na ten adres. – Napisał na skrawku pergaminu adres swojego, chińskiego, mieszkanka.
Wracając do mieszkania słuchał wewnętrznej dysputy pomiędzy sercem a rozumiem. Serce gratulowało mu wspaniałej decyzji i wyboru przepięknego pierścionka dla Ginny. Rozum, solidarnie gratulował mu decyzji, miał jednak nadzieję, że Bill zablokuje jego dyspozycje i Harry będzie musiał kupić tańszy pierścionek. Harry sam z siebie, liczył na to, że Bill nie będzie drążył na co została wystawiona dyspozycja. Teraz pozostawała kwestia tego, jak i kiedy się oświadczyć. Niestety ani Harry, ani rozum, ani serce, nie mieli najmniejszego pomysłu.

Kilka dni, które pozostały Harremu do zakończenia stażu, upłynęło nieubłaganie szybko. Nim się obejrzał, siedział późnym wieczorem przed Lee Sanem, na dokładnie tym samym krześle, które zajmował zaraz po przylocie do Miasta Smoka.

- Harry Potter – powiedział szef Straży Magicznej, podnosząc głowę znad notatek. – Co ja mogę panu powiedzieć, panie Potter? – Przeszywał Harrego swoim czujnym spojrzeniem, od którego zawsze mrówki chodziły po plecach. – Przybył do nas osiemnastoletni Anglik. Człowiek z drugą lokatą na seminarium. Spodziewaliśmy się młodego, zdolnego czarodzieja, który będzie nas bacznie obserwował i poznawał nasze metody pracy. A co otrzymaliśmy? – Jeszcze raz zaczął przeglądać notatki leżące na jego biurku, a Harry poczuł, jak robi mu się zimno. – Otrzymaliśmy młodego, zdolnego i chętnego do nauki czarodzieja, który nie tylko obserwuje to, jak pracujemy, ale i zadaje mnóstwo pytań, by dowiedzieć się jak najwięcej. Otrzymaliśmy człowieka, który nie tylko uczy się od nas, ale i przekazuje swoje umiejętności nam. Dzięki panu, wielu naszych Strażników, nauczyło się nowych czarów.
- Z całym szacunkiem, Sir – przerwał mu Harry. – To nie moja zasługa, tylko wszystkich kolegów, że chcieli się uczyć. Gdyby nie chcieli poznać czarów, to bym nic nie zdziałał.
- Ale to pan jako pierwszy zaczął te czary pokazywać. Mógł pan na treningu walczyć niewerbalnie, a nie walczył pan tak. Pokazywał pan inkantacje, wypowiadał je dokładnie, wypowiadał je powoli i robił to po kilka razy. Kiedy wysyłałem Lao Chetunga na seminarium, liczyłem, że za dwa miesiące będę miał młodego strażnika, który przekaże nam to czego zdoła się nauczyć na seminarium, lub przy odrobinie szczęścia, na stażu. Dostałem za to, miesiąc nauki u źródła. Nie tylko nauki czarów zresztą. To są notatki służbowe każdego Strażnika, któremu pan towarzyszył. – Wskazał na leżące przed nim dokumenty, które wcześniej przeglądał. – Zaangażowanie, przenikliwość, umiejętność czytania ludzi i miejsca przestępstwa. To niektóre z tez, jakie w nich padają. Podobno nie był pan biernym widzem, ale sam podsuwał pomysły i spostrzeżenia, obserwował świadków i podejrzanych, podsuwał pytania, jakie można by im zadać. Pan był według nich naprawdę pomocny.
- Sądziłem, że na tym ma polegać moja rola. Otrzymałem mundur Straży, więc czułem się zobowiązany do pracy tak efektywnej, jak tylko bariera językowa mi pozwalała.
- Bardzo dobre podejście, panie Potter. Mam nadzieję, że Lao miał podobne w czasie swojego stażu. Cieszy mnie też, że interesował się pan codziennym życiem naszych obywateli. – Harry uniósł zdziwiony brwi. – Strażnicy widzieli, jak w wolnym czasie przemieszcza się pan po mieście, a to kosztując chińskie potrawy, to znów zwiedzając miasto.
- Mogę już nie mieć okazji zobaczenia tak dużej społeczności czarodziejskiej.
- Ano, może pan nie mieć. – Potwierdził Lee San. – Tak czy siak, moja ewaluacja została już wysłana do Wielkiego Mistrza, a on wyśle ją do pańskiego Ministra. Mogę tylko powiedzieć, że nie spodziewałem się, że ta wymiana przyniesie nam tyle. Mam nadzieję obustronnych, korzyści. Mam nadzieję, że podobał się panu spędzony z nami czas i że jeszcze się spotkamy. Ma pan wśród nas wielu przyjaciół… Harry. Ale, u nas już jest późno, w Anglii jest już wcześnie, więc na pana pora.

Lee San poprowadził Harrego przez pomieszczenia Straży Magicznej w stronę krętych schodów. Kiedy mijali biurka, ci ze Strażników, którzy nie byli w terenie, a mieli okazję poznać Harrego, wstawali i żegnali się serdecznie, utwierdzając Harrego w przekonaniu, że Chińczycy, to wiecznie uśmiechnięty naród. Osoby, które Harrego nie poznały, a jedynie miały okazję obserwować również do nich machały, bądź kiwały na pożegnanie. Czuł się tutaj naprawdę dobrze i również miał nadzieję jeszcze tutaj wrócić.

Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, przy stanowiącej punkt aportacyjny świątyni-altanie, Lee San podał Harremu niewielki posążek smoka.

- Skoro mieliśmy stworzyć świstoklik, pomyśleliśmy, że będzie pan miał pamiątkę.
- Dziękuję. – Wziął od dowódcy niewielki posążek i stanął pośrodku altany.
- Powiem jeszcze jedno… Harry. – Lee San odezwał się po raz ostatni, kiedy posążek zaczął już pulsować błękitnym światłem. – Znam się na ludziach i wiem, że masz zadatki na naprawdę wielkiego stróża prawa, tylko się nie zmieniaj. Nadal bądź tak otwarty na obcych, jak teraz, Smoku. – Ostatnie słowa Harry ledwo dosłyszał, gdyż w tym właśnie momencie porwał go pęd świstoklika.

Anglia, ponownie.

Harry skończył swoją opowieść. Sam nie zdawał sobie sprawy, jak jest ona barwna. Jeśli na nim, który to przeżył, robiła wrażenie, jak musiał czuć się Ron? Mimo że skracał ją w każdym możliwym miejscu, kiedy skończył opowiadać, obaj siedzieli już przy kuchennym stole, nad talerzami parującej zupy cebulowej, którą Stworek podał na obiad. Gdy zapadła cisza, Ron wpatrywał się w Harrego w milczeniu, oczy mu płonęły z fascynacji i zazdrości, wyraz twarzy miał jednak nieodgadniony.

- Pokaż mi go – przemówił w końcu.
- Twój kufel? – Harry się upewnił. – Jasne, zaraz przywołam go z pokoju. – Machnął różdżką, która jak zawsze wyskoczyła z rękawa.
- Nie kufel. Znaczy kufel też chętnie zobaczę. Pokaż mi pierścionek – powiedział poważnym tonem.
- Ron… – Harry zaczął niepewnie, ale w tym momencie, na stole wylądował przywołany kufel.
- Wow, jest super! – Ron zupełnie zmienił ton. – Dzięki ci, stary. Accio Kremowe. – Złapał przylatującą butelkę, przelewając jej zawartość do swojego prezentu. – A teraz pokaż mi pierścionek – powiedział, upijając łyk.
- Stary… – Harry zaczął raz jeszcze. Nie miał ochoty opowiadać Ronowi tej części historii, ale wiedział, że powinien. Teraz, mając w pamięci przedświąteczną bójkę, pragnął uniknąć jego kontaktu z pierścionkiem, ale Ron wpatrywał się w niego wyczekująco. W jego oczach widać było determinację. Chcąc nie chcąc, Harry wyjął schowane na piersi pudełeczko. Gdy Ron wziął je do ręki, wieczko kliknęło. Ron wpatrywał się w przedmiot w milczeniu.
- Więc ty, tak na serio? – spytał w końcu, oddając przedmiot Harremu. – Jesteś tego pewien?
- Tak. – Harry popatrzył na połyskującą głowę smoka. – Nigdy nie byłem niczego tak pewien.
- Czy ona wie? – Harry pokręcił głową.
- Nie sądzę. Hermiona twierdzi, że miała takie podejrzenia w Walentynki.
- No to dałeś ciała. – Ron uśmiechnął się złośliwie.
- Przymknij się.
- Dobra, to kiedy chcesz się jej oświadczyć? Wiesz, jako brat muszę się na to przygotować.
- Na co?
- No, jako starszy brat, mam obowiązek, kiedy tylko się oświadczysz, sprać cię, a przynajmniej wystosować kilka gróźb pod twoim adresem, żebyś wiedział, że masz ją traktować z szacunkiem. – Wyszczerzył zęby.
- Chyba zapomniałeś, że jak ostatnio chciałeś mnie sprać, to ona sprała ciebie. – Wypomniał przyjacielowi.
- Szczegóły, szczegóły. Poważnie, kiedy chcesz to zrobić?
- Nie mam pojęcia. Trochę strefniłem z tym Rio. Teraz każde inne miejsce, albo okazja wypadają blado.
- Tu się z tobą zgodzę. Dałeś ciała. – Ron przytaknął. – Coś ci chodzi po głowie?
- Tak, porwać ją ze szkoły i polecieć na smoku na księżyc. – Harry zgrzytnął zębami.
- Pomysł niezły, obawiam się jednak, że nie wykonalny.

Reszta obiadu upłynęła im już na swobodnej rozmowie na temat Chin i panujących w nich zwyczajach, oraz zmian w ministerstwie. Jak się okazało, Ron przeczytał już książkę Skeeter, mógł więc Harrego ostrzec, że ledwie jedna czwarta z zawartych w niej informacji ma coś wspólnego z prawdą. Harry zaczął się więc obawiać, co zawierają te trzy czwarte, które z prawdą nie mają nic wspólnego. Koło drugiej Ron zaczął się wreszcie zbierać do wyjścia, twierdząc, że musi się przygotować na nocną zmianę. Harry bynajmniej nie miał mu tego za złe. Jakkolwiek cieszył się, że wreszcie nadarzyła się pierwsza od bardzo dawna okazja, do luźnego spotkania z przyjacielem, od ciągłego opowiadania zaczęło boleć go gardło, wiedział również, że ma sporo do zrobienia w domu.
Kiedy Ron miał już wejść do kuchennego kominka, który Harry odblokował jeszcze poprzedniego wieczora, zadał Harremu dziwne pytanie.

- Myślisz, że ja też powinienem?
- Co powinieneś?
- No pierścionek i w ogóle… – Słowo „oświadczyny” najwyraźniej nie chciało przejść mu przez gardło.
- Ron… – Harry zaczął powoli. – Nie potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie.
- Ale, jak sądzisz? Ty się chcesz mojej siostrze… – Znowu zaciął się na jednym słowie.
- Chcę, ale nie wiem czy bym to zrobił, gdyby Hermiona nie powiedziała mi, że Ginny tego chce. Rozumiesz?
- Rozumiem. A czy Hermiona nie mówiła ci?
- Uwierz. Nie jestem na szczycie listy osób, jeśli chodzi o tę kwestię. To jest raczej pytanie do twojej siostry.
- Sądzisz, że mógłbyś ją zapytać? – Mina Harrego stanowiła chyba wystarczającą odpowiedź na to pytanie.
- Ron, to jest tylko i wyłącznie twoja decyzja. Wy jesteście inną parą niż my. Pamiętasz jak zaczęła się moja znajomość z Ginny?
- Tak. Gadała o tobie przez całe lato, a potem bała się odezwać jak u nas byłeś i ciągle coś jej z rąk leciało.
- Tak, zupełnie jak tobie przy Fleur. – Harry nie mógł się powstrzymać, by nie wbić kumplowi szpilki. – Później na szóstym roku mi powiedziała, że nie potrafiła się odezwać, bo już wtedy za mną szalała.
- Żartujesz?!
- A wyglądam? Ja ją dostrzegłem kiedy? Chyba właśnie na szóstym roku, gdy już byłem po rozstaniu z Cho. Ty i Hermiona znacie się od pierwszego dnia nauki. Na początku się nie znosiliście, wkurzaliście nawzajem i sam wiesz, gdzie skończyliście. Macie za sobą osiem lat wspólnych wspomnień, stary. Tak sobie myślę, że nawet bez Hermiony, gdybym zobaczył ten pierścionek, pewnie bym go kupił. To musiało we mnie dojrzeć. Jak ty poczujesz, że do tego dojrzałeś, to będziesz po prostu wiedział, jak to się stanie.
- Dzięki, stary. Na razie. – Ron wkroczył w kominek, krzycząc „Nora”.

Najpilniejszym zadaniem, po opuszczeniu przez Rona domu, było teraz uporządkowanie notatek z seminarium. Kingsley słynął z tego, że potrafił niezwykle szybko czytać, a że lektura, jaką mógł mu zaoferować Harry, musiała mieć dla niego niezwykłą wprost wartość, Harry mógł się spodziewać wizyty ministra w każdej chwili. Teraz, gdy siadł do tego zadania wypoczęty, przynajmniej bardziej wypoczęty niż poprzedniego dnia, praca szła mu znacznie szybciej. Okazało się, że notatki są w znacznie lepszym stanie niż się tego spodziewał. Część z nich musiał oczywiście przepisać, jako że zdarzało mu się pisać kilka przedmiotów na jednym arkuszu. Ogólnie jednak praca poszła mu niezwykle szybko i jeszcze przed kolacją miał przed sobą stos uporządkowanych notatek z miesięcznego seminarium, a na półce spoczywały w równym szeregu, jego dzienniki, oraz zakupione w Chinach książki. Z braku lepszego zajęcia, Harry przeniósł się z filiżanką herbaty do zawsze widnej biblioteki, by w spokoju poczytać własną biografię.

Z początku dziwnie się czuł, czytając książkę o samym sobie. Po kilkunastu zaledwie stronach zrozumiał, że ma przed oczami beletrystykę, nie zaś opracowanie na temat swojego życia. Rita nie miała bladego pojęcia o jego życiu wśród mugoli, sama zaś będąc czarodziejką czystej krwi, nawymyślała takich, stereotypowych bzdur, że Harry nie mógł się powstrzymać od szalonego śmiechu. Rozdział ten bardziej przypominał kolejną część „Przygód Martina Miggsa, szalonego mugola”, z nim w roli głównej, aniżeli rzeczywiste życie w mugolskim świecie. Widząc wypisane tam bzdury, szybko zrezygnował z czytania, przynajmniej chwilowo, reszty książki, skupiając się jedynie na umieszczonym na końcu, spisie treści.

Cz.I
1. Rok z życia.
2. Noc, którą przeżył.
3. Mugole.
4. Pierwsze dni w Hogwarcie.
5. Wężousty.
6. Turniej Trójmagiczny.
7. Chłopiec, który kłamał.
8. Prawda o Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać i o nocy, kiedy byłem świadkiem jego powrotu.
9. Noc w Ministerstwie Magii.
10. Człowiek Dumbledora.
11. Chłopiec, który zniknął.
12. Ostatnia bitwa.
13. Frustracja za sklepową ladą.
14. Młoda gwiazda ministerstwa.

Cz.II
1. Kobiety Harrego Pottera.
2. Narzędzie Albusa Dumbledore’a.
3. Severus Snape, morderca u jego boku.
4. Tajemnice znajomości z Ministrem Magii.
5. Harry Potter i Sami-Wiecie-Kto. Wrogowie czy…. przyjaciele?
6. Bohater czy złoczyńca, rzecz o Czarnej Magii.
7. Prawo jest od tego, by je łamać.
8. Wszystkie tajemnice, których wolałby nie zdradzić.
9. Co przyniesie przyszłość.

Harry obiecał sobie, że nie będzie się denerwował i się nie denerwował. Wiedział, że po Ricie nie mógł się spodziewać niczego więcej, aniżeli steku bzdur. Przeczytawszy jednak spis treści, doszedł do wniosku, że musi przeczytać przynajmniej drugą część tej książki. Życiorys, życiorysem, ale w rozdziałach o jego relacjach z Dumbledorem, Snapem, Kingiem czy Voldemortem, mogą być ukryte kwiatki, o których lepiej wiedzieć, nim wyjdzie się między czarodziei. Wolał też wiedzieć, co Rita mogła nazmyślać w rozdziale o jego „Kobietach”, choć źle chyba nie było, skoro Ron nic nie powiedział.

Harry zagłębił się w lekturę wyssanych z palca historii, która to lektura zająć mu miała niemal tydzień, z przerwami na przeczytanie listu wysłanego mu przez Hermionę, wizytę Nevilla, który to wpadł trzy dni po jego powrocie, przynosząc gotowy raport końcowy do podpisania, oraz odwiedziny Kingsleya, który zjawił się po kolejne notatki i przyniósł mu do wglądu przesłaną z Chin ewaluację.

- I jak ci się podoba? – spytał swoim niskim głosem, kiedy Harry skończył czytanie kilkustronicowego raportu podpisanego przez Lee Sana oraz Wielkiego Mistrza we własnej osobie.
- Wiesz, King. Oczywiście, że mi się podoba. Trudno, żeby mi się nie podobało, kiedy mnie tak chwalą. – Oddał dokument ministrowi.
- Świetnie się tam spisałeś, Harry.
- Dziękuję, że tak uważasz. Osobiście nie jestem pewien, czy mnie nie przeceniają – odparł całkowicie szczerze.
- Nie wiem, jaki mieliby w tym cel. – Kingsley wzruszył ramionami. – Prędzej się nie doceniasz. Faktem jest, że Wielki Mistrz ma się u nas zjawić i wizyta jest już ustalona na początek lipca. Gratuluję.
- Dziękuję, chyba.
- Rozmawiałem z Roy’em, że przydzielimy ciebie do bezpośredniej ochrony Wielkiego Mistrza, w czasie jego wizyty. Już ciebie zna, więc powinien czuć się swobodniej.
- Nie zupełnie zna, widział mnie tylko raz. – Harry uznał za stosowne sprostować to nieporozumienie.
- Ale wystawił ci świetną ewaluację, więc lepiej zareaguje na ciebie, niż kogoś, o kim nie słyszał wcale.
- Co na to Robards? – Kingsley zmełł w ustach jakieś przekleństwo.
- Ja z tym człowiekiem dostanę kiedyś jakiejś poważnej choroby. Muszę się go pozbyć, tylko jak na złość, nie mam za co. Pomyślałbyś, każdy szef, kiedy jego pracownik wraca z świetnymi referencjami z międzynarodowej wymiany, a ty dostałeś świetne referencje i z Chin i z Cannes, powinien być dumny, bo po części i na niego spływa zasługa. Kiedy wezwałem Robardsa wczoraj do siebie i pokazałem mu obie twoje ewaluacje – Harry uniósł brwi na dźwięk słowa obie – francuskiej nie przynosiłem, bo tam są aby twoje stopnie i to, że sumiennie pracowałeś, dla twojej wiadomości, masz piątki od góry do dołu. W każdym razie, każdy szef powinien być dumny, a on, gdy je zobaczył, dostał dosłownie furii. Zupełnie jakby miał nadzieję, że będziesz najgorszy, albo ja wiem, zrobisz coś, za co będzie trzeba cię wywalić…
- On tak ma, nie może znieść, kiedy coś mi się udaje. – Harry spokojnie wyjaśnił ministrowi. – Ciągle marzy o chwili, kiedy zawalę jeden z egzaminów i będzie mógł mnie wywalić. Właśnie, co z moimi egzaminami? – Harry przypomniał sobie, że ominęło go sporo zaliczeń, a do zakończenia Stażu Aurorskiego, po którym miał zostać pełnoprawnym aurorem zostało niewiele ponad miesiąc.
- Jako, że masz piątki z Metod Śledzenia i Prawa Międzynarodowego na seminarium, to Roy postanowił, że będziesz miał odpuszczone zaliczenia z prawa międzynarodowego, oraz te ze śledzenia i kradzieży, przez które Tonks omal nie oblała. Zostaje ci do zaliczenia ostatni rozdział z prawa magicznego i dwa testy okresowe z czarów, ale z tym to problemów mieć nie będziesz. Jak nic nie schrzanisz, pod koniec czerwca złożysz przysięgę. Postaraj się nie schrzanić. Bardzo się proszę, Harry.
- Postaram się Kingsley, ale wiesz, że z prawem nie idzie mi najlepiej, szczególnie pod okiem Robardsa.
- Nie rozumiem?
- To ty nie wiesz, King? – Harry się zdziwił.
- Nie wiem o czym? – Oczy ministra się zwęziły.
- Przed wyjazdem zauważyłem, że jak piszę testy nie samodzielnie, tylko przed Robardsem, to mam więcej pytań otwartych aniżeli testowych i są one strasznie pokrętne. – Harry potarł skronie, by lepiej przypomnieć sobie całą sytuację. – Wiesz, nie zwróciłbym na to uwagi, myśląc, że z biegiem czasu testy są trudniejsze, ale jak pisałem na nocnej zmianie, to miałem o wiele łatwiej niż w dzień, kiedy Robards zapraszał mnie do gabinetu, bym pisał przed nim. Zapraszał mnie szczególnie na testach z prawa, bo one szły mi najsłabiej.
- Przejdź wreszcie do puenty. – Kingsley go popędził.
- Dobra, więc poszedłem przed samym wyjazdem do departamentu edukacji, sprawdzić kto przygotowuje pytania.
- No i? – Minister uniósł się odrobinę w zajmowanym fotelu.
- Powiedzieli mi, że oni wysyłają zestaw pytań, ale Robards, jako mój zwierzchnik, ma prawo zmienić część z nich wedle swojego uznania, jeśli uzna, że trzeba położyć większy nacisk na jakiś aspekt.
- I Robards zmienia pytania, by ci utrudnić zdawanie?
- Wiesz, nie mam dowodów. Nie miałem wglądu w oryginalne zestawy wysłane do Biura Aurorów, widziałem tylko te, które dał mi Robards. – Harry wzruszył ramionami.
- Ok, to mi wystarczy. Egzamin zdajesz komisyjnie, przed Royem i przedstawicielem Departamentu Edukacji. Pytania będą takie, jak przygotuje Departament, bez ingerencji Robardsa. Dziękuję, że to mi powiedziałeś. Może powinie się temu człowiekowi noga, za utrudnianie ci zdania egzaminów.
- Dzięki King. – Harremu kamień spadł z serca.
- Nie ma sprawy, kiedy wracasz do pracy?
- Dasz mi czas do poniedziałku? Z tego co wyliczyłem, wtedy powinna wypadać mi dzienna zmiana.
- Dobrze, w takim razie widzę cię w biurze w poniedziałek.

Hogwart

Po deportacji Stworka, w dormitorium dziewcząt rozpętało się małe piekło. Ginny nie była na Hermionę zła, nie była nawet wściekła. Ona dostała zwyczajnej furii. Nie mieściło jej się w głowie, jak Hermiona śmiała zabronić Harremu odwiedzenia jej w Hogwarcie. Nie widziała go od walentynek, a teraz chciał do niej przyjechać, mówił, że ma dla niej prezent, a Hermiona przyjazdu mu zabraniała. Jak ona śmiała! Po bardzo długiej tyradzie wrzasków, które zwabiły do nich pół żeńskiego Gryffindoru, Hermiona usłyszała serię niezbyt wyszukanych obelg i gróźb, wśród których przewinęło się tuzin upiorogacków, poczęstowanie sokiem z czyrakobulwy oraz Wywarem Żywej Śmierci. Najgroźniej jednak, przynajmniej w odczuciu Hermiony, brzmiało poszczucie jej Łapą. Mimo, że bawiła się z psem już wiele razy i wiedziała, że nie jest nic a nic groźny. Zdawała sobie jednocześnie sprawę, że wykona on każdy rozkaz Ginny, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Nie chciała się więc przekonywać, jak zareaguje na polecenie: bierz ją, ugryź, może jakieś groźniejsze, nawet.

Do późniejszego wieczora, kiedy reszta dziewcząt z dormitorium przyszła, by położyć się spać, furia Ginny opadła na tyle, by zaszyła się za kotarami swojego łóżka, nie chcąc nikogo oglądać. Następnego dnia, Hermiona wstała bardzo wcześnie, nim reszta Wieży Gryffindoru przebudziła się ze snu. Chciała odpisać Harremu na jego list, nim Ginny się obudzi i zechce patrzeć jej przez ramię. Dość już miała zresztą, palenia każdego listu jaki dostaje od Harrego, ze względu na zapisane w nim tajemnice, a tak musiała wczoraj zrobić, by list nie wpadł w ręce Ginny.
Usiadła wygodnie w jednym z foteli i na chwilę zapatrzyła się w wschodzące za oknem słońce.

Drogi Harry.

Cieszę się, że wróciłeś wreszcie do domu i jesteś cały i zdrowy. Rozumiem, że wczorajszy list pisałeś w pośpiechu, dopiero co wróciwszy do domu, wybaczam Ci więc, że nie napisałeś, gdzie podziewałeś się po zakończeniu seminarium. Z góry dziękuję Ci za prezent jaki dla mnie przywiozłeś. Jeśli twierdzisz, że będę nim zachwycona, zapewne sprawiłeś mi jakąś książkę. Czy mam rację, Harry Potterze?
Choć zżera mnie ciekawość, by dowiedzieć się gdzie byłeś, oraz jak wygląda mój prezent, podtrzymuję moje groźby. Nie zważając na prawo, potraktuję cię Cruciatusem, jeśli odważysz się pojawić w szkole przed egzaminami.
Nie wątpię, że stęskniłeś się za Ginny i Łapą, ale jeśli teraz rozproszysz ją i odciągniesz jakoś od nauki, skutki mogą być opłakane. Nie po to przygotowywałam plany powtórkowe, byś Ty mi je burzył swoimi pomysłami.
Jeśli zaś jesteśmy przy pomysłach. Napisałeś w liście, ze dla Ginny przywiozłeś „coś jeszcze” ze swojej wyprawy. Zakładam, że to „coś jeszcze” jest małe i ma okrągły kształt. Właśnie takie coś może skutecznie rozproszyć i odciągnąć Ginny od nauki, więc ani mi się waż pojawiać z tym w Hogwarcie. Pytasz, jaki moment może być idealny? Już ci mówię: NIE TEN. Ten jest najgorszy z możliwych, więc nawet nie próbuj się w takim celu pojawiać.
A jeśli chcesz wiedzieć. Nie ma czegoś takiego, jak idealny moment. Idealne zaręczyny. Mój wujek oświadczył się swojej żonie w Wenecji, w gondoli przy różach i romantycznym śpiewie. Rozwiedli się po trzech latach. Moi rodzice zaręczyli się na poboczu drogi, kiedy zepsuł się im samochód w drodze do restauracji, gdzie czekała na mamę niespodzianka w postaci róż i skrzypka. Są szczęśliwym małżeństwem od dwudziestu lat. Nie ma idealnych zaręczyn. Ale jak zdarzy się „ten” moment, będziesz wiedział.
Cieszę się, że się zdecydowałeś, ale NIE PRZYJEŻDŻAJ, bo pożałujesz. Naprawdę.

Zawsze pomocna
Hermiona.

List udało jej się wysłać w bardzo ostatniej chwili. Kiedy wracała z sowiarni, po schodach, w jej poszukiwaniu, wspinała się Ginny.
- Co tam robiłaś?
- Musiałam wysłać list.
- Do kogo?
- Do Wiktora, jutro ma urodziny. Możesz sprawdzić w „Przeglądzie Quidditcha” – skłamała gładko. Wiktor faktycznie miał następnego dnia urodziny. List wysłała jednak kilka dni wcześniej, by mieć pewność, że dojdzie do adresata na czas.
- No dobrze. Idziemy na śniadanie.
- Jeśli chcesz. Już ci przeszło? – spytała niepewnie.
- Nie przeszło, ale moje wściekanie się niczego nie zmieni. Mogę tylko liczyć, że cię nie posłucha.
- Złudna nadzieja. – Hermiona uśmiechnęła się triumfalnie. – On mnie zawsze słucha.
- Tia, muszę to zmienić.

Dzień upłynął dziewczętom nader przyjemnie. Była piękna, słoneczna pogoda, mogły więc uczyć się na błoniach, leżąc wyciągnięte na pięknie pachnącej trawie. Zaledwie trzy tygodnie dzieliły je od egzaminów i zakończenia szkoły. O dziwo, nie czuły zbliżającego się pożegnania ze szkołą, ani presji związanej z egzaminami. Spędzały kolejny, piękny dzień, jakich wiele już miały za sobą. Świadomość opuszczania tego miejsca i przedegzaminacyjna nerwówka były dopiero przed nimi.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Prorok Codzienny Donosi.

15 maj

Prorok Codzienny otrzymał od pragnącego zachować anonimowość, wiarygodnego, inforatora, wyniki sierpniowych wyborów na stanowisko Ministra Magii.

Kingsley Shacklebolt – 54%
Luciusz Malfoy – 25%
Tiberius McLaggen – 13%
Barnabas Cuffe – 7%
Pitt Zonko – 0,3%
Korneliusz Knott – 1 Głos

Znając pełne wyniki wyborów nasuwają się dwa zasadnicze pytania. Czy 54% to wystarczająca legitymacja do sprawowania władzy przez Shacklebolta, oraz. Czy wybory nie zostały sfałszowane, tak by zapewnić mu zwycięstwo. Podejrzenie takie rodzi się szczególnie w związku z niezwykle niskimi wynikami obrońców czystej krwi.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Wx5

09 maj

Ron

Nad Norą wstawał kolejny, blady, świt. Dane mu było pospać godzinkę dłużej. Neville naciągnął sobie jakieś ścięgno i mimo wyleczenia go w trzy sekundy, magomedyk i tak zalecił kilka dni wstrzymania się od zbędnego wysiłku. Nie mógł więc zaciągnąć Rona na salę treningową.
Mimo całego swojego współczucia dla Nevilla, Ron nie mógł się wyzbyć wspaniałego nastroju. Najpierw męczył go Harry, a gdy ten wyjechał, zaczął męczyć go Neville. Zupełnie, jakby się zmówili. Teraz, wreszcie, miał sobie odpocząć. Może nawet wyskoczy wieczorem do Hogsmeade, jest taka piękna pogoda. Hermiona nie powinna mieć nic przeciwko wieczornemu spotkaniu.

- Cześć tato, dzień dobry mamo – zawołał, kiedy zbiegł do kuchni, ubrany w niebieskie spodnie z czerwonym lampasem i pozbawioną dystynkcji koszulę w kolorze khaki – swój strój kadeta. Typowa, czarodziejska peleryna, wciąż jeszcze wisiała na wieszaku.
– Dzień dobry synu. – Artur odparł znad gazety.
– Ron! – Matka była bardziej ekspresyjna. – No, nareszcie wstałeś. Już miałam zrzucać cię z łóżka. Zamierzasz spóźnić się do pracy?
– Dziś mogłem sobie pospać. – Przeciągnął się, pozwalając, by wszystkie stawy w jego ciele zachrobotały. – Nie mam rano żadnych ekstra zajęć. Co na śniadanie?
– Może sam byś choć raz sobie coś przygotował? – Molly ofuknęła swojego syna.
– Oj, mamo. Przecież wiesz, że nigdy w życiu mi, ani nikomu innemu, nie uda się zrobić takiego śniadania, jakie ty nam podajesz. – Uśmiechnął się do matki szeroko, a usta Artura delikatnie zadrgały.
– Nie kadź mi tu młody człowieku. – Pogroziła mu palcem, ale była już udobruchana. – Zaraz podam wam, Weasleyowie, bułeczki maślane i przygotuję coś do pracy. – Machnęła różdżką, a z pieca wyleciały wprost na talerz, a potem ułożone na nim w stos, wprost na stół, ciepłe bułeczki maślane. – Do pracy dostaniecie kanapki. Ron, dla ciebie z peklowaną wołowiną?
– Mamo! – wykrzyknął, wypluwając przy okazji pół bułeczki, którą właśnie konsumował ze smakiem.
– Tylko żartowałam, Ronald. Nie poparz się. – Zachichotała.
– Coś ciekawego się stało? – Zapytał ojca.
– Od kiedy ministerstwo wydało dekret przeciwko prasie? Nic. Podcięli „Prorokowi” skrzydła, jak nigdy przedtem. Mogą tylko publikować odpowiedzi wysłane przez ministerstwo i okraszać je jakimś kąśliwym komentarzem.
– Dziesięć punktów dla Kingsleya! – zawołał, jakby komentował mecz quidditcha. – Tato, na nas chyba pora. Zaraz spóźnimy się do pracy.
– Ja się nigdy nie spóźniam. Ja jestem szefem. – Artur odparł spokojnym głosem, odkładając gazetę. – Ale masz rację. Na nas czas.

Ronowi dni w ministerstwie upływały przyjemniej, aniżeli Harremu, choć czasami chciałby zająć się sprawdzaniem doniesień i raportów, wyszukiwaniem jakichś wzmianek o ukrywających się śmierciożercach i węszeniem spisków. On jednak, musiał zajmować się przepisywaniem starych kartotek. Czasami, jeśli nie było innego, obijającego się kadeta, robił za gońca między biurami, lub departamentami. Mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że jego praca w biurze była wygodniejsza niż ta, wykonywana przez przyjaciela. Stare akta miały do siebie to, że były stare, więc po dekadzie w zakurzonym archiwum, tydzień zwłoki u niego na biurku na pewno im nie zaszkodzi. Ron mógł więc spokojnie oddawać się przygotowaniom do kolejnych egzaminów. Nie miał pojęcia, jak Harremu udawało się je zdawać, mając bardziej czasochłonną pracę i w dodatku spotkania tego dziwnego kółka towarzyskiego na głowie. On sam ledwo się wyrabiał.
Perspektywa spotkania z Hermioną sprawiała, że dzień prześlizgiwał mu się przez palce. Co jakiś czas wpadał do niego któryś z kadetów, z którymi zdążył się co nieco zaprzyjaźnić. Od czasu do czasu wpadał też ten kumpel Harrego, Urquhart, sprawdzić, czy aktualnie się nie obija i nie dałoby się go zagonić do jakichś dodatkowych zajęć. W tym wypadku Ron był pewien, że to robota Harrego. Ledwie skończyła się jego zmiana, a zegar wybił godzinę ósmą, gdy Ron wystrzelił ze swego boksu z prędkością lecącej Błyskawicy. Nie zamierzał tracić czasu na zjazd do lobby i korzystanie z tamtejszych kominków. Popędził do sali deportacyjnej departamentu, choć wiedział, że to naginanie przepisów i obróciwszy się w miejscu już był w Hogsmeade. Wiedział, że jeśli ma je znaleźć o tej porze, to pozostają tylko Trzy Miotły lub Świński Ryj. Na dworze już ciemniało i większość innych sklepów i lokali była pozamykana. Nie znalazłszy ich Pod Trzema Miotłami udał się do Świńskiego Ryja. Gdy tylko wszedł, rozmowy ucichły, a część z gości niespokojnie się poruszyła, głębiej chowając głowy w kapturach.

- Na gacie Merlina, po cholerę przyłazisz tu w tych szmatach! – Aberforth wydarł się zza kontuaru. – Wszystkich gości chcesz mi wystraszyć?! Spokojnie, on jest swój chłop – Dokończył do klientów.
– Przepraszam, zapomniałem w co jestem ubrany. – Usprawiedliwił się, paląc buraka. Faktycznie zapomniał, że był w mundurze. Tak często w nim chodził, że przestał zwracać uwagę.
– Hej, Ron! Tutaj jesteśmy. – Hermiona machała z kąta sali.
– Witaj Hermiono. – Złożył na jej ustach głęboki pocałunek. – Cześć siostrzyczko. – Zmierzwił włosy siedzącej obok Ginny.
– Masz jakieś wieści o Harrym? – Odparła na przywitanie.
– Jeśli Harry będzie miał się do kogoś odezwać, to będziecie to wy dwie. Nikt inny – odpowiedział, siadając obok Hermiony. Aberforth od razu przystawił mu kremowe.
– Ale może Kingsley, albo Percy coś wiedzą?
– Na pewno coś wiedzą. Od tego są siostrzyczko – odparł zrezygnowany. Czuł, że nadchodzi ból głowy, spowodowany długimi godzinami w pracy. Ginny nadal przewiercała go wzrokiem. – Percy nic mi nie powiedział. – Zaczął westchnąwszy, a Kinga od dawna nie widziałem. Jest teraz bardzo zapracowany… – Przez chwilę się zawahał. – Tylko…
– No, wykrztuś to z siebie.
– Tylko Robardsowi się ostatnio humor mocno poprawił… Więc nie spodziewałbym się Harrego zbyt prędko z powrotem.
– Dobrze, dobrze – powiedziała podekscytowana Hermiona. – Dość o Harrym. Opowiedz co u ciebie?
– Ja zaliczyłem kilka kolejnych tekstów. Choć przyznać muszę, nie było łatwo. SUMy to przy nich łatwizna.
– Pewnie, że łatwizna. Przecież ty się uczysz jak nas chronić. Jestem z ciebie dumna. – Hermiona przytuliła się do jego ramienia. – Już niedługo będziesz aurorem i będziesz pilnował porządku.
– A po szkole i ja wstąpię do Biura Aurorów i razem z Harrym będę polować na śmierciożerców i szmalcowników i innych czarnoksiężników – wtrąciła dumnie Ginny. Na szczęście dla niej, jej brat i przyjaciółka wzięli te słowa za dowcip.

Zaledwie kilka minut spędzili w karczmie pod Świńskim Łbem, a już musiał odprowadzać je do bram szkolnych, tak, by dziewczęta nie dostały szlabanu. Na niebie świeciły już gwiazdy i księżyc, zawieszony w swej trzeciej kwarcie. Wszyscy uczniowie byli już w zamku. One, jako OWUTEMiaczki i w dodatku siódmoroczne, mogły pozostawać w wiosce do dziewiątej wieczór, która zbliżała się nieubłaganie.
Ucałowawszy siostrę i Hermionę, wrócił do domu. Wycieczka do Hogsmeade była naprawdę dobrym pomysłem. Dała mu miłe zakończenie dnia.

Bill

- Dzień dobry, kochanie. – wymruczała srebrnowłosa kobieta, pochylając się nad śpiącym mężczyzną. – Pora już wstawać. – Dokończyła, składając na jego twarzy cztery pocałunki. Na czole, nosie, ustach i bliźnie szpecącej jego policzek. Mężczyzna nie wykonał najmniejszego ruchu. – No, obudź się – mruknęła, całując go w szyję. Gdy uniosła głowę, już na nią patrzył, łobuzersko się uśmiechając.
– Dzień dobry, skarbie – odpowiedział, delikatnie całując kobietę w policzek. Ich dłonie splotły się w delikatnym uścisku. Oboje nosili takie same, inkrustowane białym złotem, obrączki.
– Przygotowałam ci śniadanie – oznajmiła, wstając z łóżka. – Zejdź szybko, bo spóźnisz się do pracy. Przecież wiesz, jak gobliny nie lubią spóźnialskich.
– Wiem… Ale dzisiaj wziąłem sobie wolne, by pobyć trochę z żoną! – Poderwał się odrobinę, by uchwycić jej dłoń i po chwili oboje leżeli ponownie w miękkiej, białej pościeli, a w tle o nastrój dbały morskie fale, delikatnie rozbijając się o brzeg morski, na którym stał niewielki dom.

Muszelka, bo tak nazywał się ten dom była pięknym, małym domkiem nad brzegiem oceanu. Powietrze zawsze pachniało tutaj morzem i solą, a każdej nocy do snu kołysał jej mieszkańców delikatny szum fal. Muszelka była domem pełnym miłości, gdyż Bill i Fleur naprawdę się kochali, na przekór wszystkim i wszystkiemu. Na przekór temu, że Molly i Ginny nie przepadały za francuską wybranką Billa – w przypadku Ginny uczucie jakim darzyła bratową było nawet jeszcze silniejsze. Na przekór temu, że Fleur była olśniewająco piękna, a w jej żyłach płynęła krew jej babki Wili, Bill zaś był rudzielcem jak reszta rodziny, w dodatku oszpeconym przez wilkołaka. Na przekór temu wszystkiemu byli szczęśliwi i w niemal dwa lata po ślubie, wciąż ślepo zakochani.

Muszelka miała jednak i swoją smutną stronę. Każdego ranka, kiedy Bill wychodził do pracy, Muszelka robiła się bardzo, ale to bardzo cicha. Nie było płaczu, śmiechu, tupotu małych stóp na podłodze. Bardzo pragnęli by w ich domu zagościło dziecko. Wiedzieli, że liczy na to również Molly, choć nigdy nie powiedziała ani słowa. Jak dotąd jednak ich pragnienie pozostawało niespełnione.

Dzisiejszy urlop, jedynie po części spowodowany był chęcią pozostania z żoną w domu. Oczywiście, bardzo mu ta perspektywa odpowiadała, ale też młodzi państwo Weasley byli umówieni po południu w szpitalu św. Munga, na specjalistyczne badania. Bill, wiedząc jak zestresowana będzie Fleur, zamiast zwolnić się z pracy po obiedzie, wolał cały dzień dotrzymywać jej towarzystwa.

Nie musiał długo czekać, by przekonać się o słuszności swych podejrzeń. Zazwyczaj opanowana i uśmiechnięta Fleur, cała była roztrzęsiona. Przeróżne przedmioty leciały jej z rąk i wprost nie mogła znaleźć dla siebie miejsca. W końcu, Bill postanowił zabrać ją na długi spacer, piaszczystym brzegiem morza. Morze zawsze ją uspokajało. Uwielbiała je. Uwielbiała patrzeć na rozbijające się bałwany, na słoneczne refleksy odbijające się od pomarszczonej tafli. Uwielbiała słuchać szumu fal, które nocą kołysały ich do snu. On też lubił morze, ale nie rozumiał do końca jej fascynacji. On, na równi z morzem lubił góry, a na równi z górami bezkresne piaski Sahary. Teraz nie mógł już chodzić po grobowcach, ale nie narzekał. Fascynację pradawnymi grobowcami zastąpiła miłość do żony.

Kiedy wrócili z długiego spaceru, słonce stało wysoko. Bill postanowił sprawić zawsze dbającej o niego żonie niespodziankę. Pozwolił jej skryć się w ogrodzie, w cieniu różanych krzewów, podczas gdy on przygotowywał obiad. Sam, przynajmniej od spotkania z Greybackiem, lubił raczej krwiste dania. Dziś postanowił się jednak poświęcić, przyrządzając owoce morza oraz francuskie potrawy – nauczył się ich z przesłanej mu przez zapobiegliwego teścia książki kucharskiej. Fleur była zachwycona takim traktowaniem, wyraźnie dając do zrozumienia, że pragnęłaby go doświadczać znacznie częściej. Dzięki jego zręcznym staraniom, opuszczali Muszelkę w znacznie lepszym nastroju, którego starczyło jedynie do Izby Przyjęć szpitala.

Poczuł, jak wtulona w jego ramię żona drży.

- Spokojnie kochanie, nie ma się czego obawiać. – Szepnął jej delikatnie do ucha i pocałował w skroń.
– Wiem, ale to silniejsze ode mnie. – mruknęła smutno.
– Dzień dobry, w czym mogę Państwu pomóc? – Recepcjonistka spytała uprzejmie, kiedy przyszła ich kolej przy kontuarze.
– Dzień dobry. Państwo Weasley, jesteśmy umówieni z magomedyczką Venussią. – Głos Billa był idealnie opanowany.
– Magomedyczka Venussia jest w gabinecie numer 5, na swoim oddziale. Następny. – Zawołała na ludzi stojących za Weasleyami.

Dwoje małżonków wspięło się powoli, na piętro oddziału położniczego i ruszyło długim korytarzem, wśród sal szpitalnych. Nie był to dla nich przyjemny spacer. Z sal dobiegał płacz dzieci i radosne głosy zebranych wokół nich rodzin. Jeśli jednak chcieli do nich dołączyć, musieli wykazać się cierpliwością.

Drzwi gabinetu były otwarte na oścież, wewnątrz za niedużym biurkiem siedziała kobieta.

- Dzień dobry. Czy doktor Venussia? – Fleur spytała niepewnie. Kobieta podniosła głowę znad wypełnianego dokumentu i wyjęła z oka monokl, który teraz zwisł swobodnie na łańcuszku przy pole fartucha.
– Tak… to państwo byli umówieni? – spytała, przyglądając im się dziwnie rozmytym wzrokiem.
– Tak, jesteśmy Wea…
– Zapraszam. – Przerwała Billowi przedstawianie.

Gdy weszli zaprosiła ich na dwa wygodne fotele, sama zaś ponownie założyła monokl. Doktor Venussia była kobietą w słusznym wieku, obdarzoną niską, baryłkowatą figurą, szeroką głową i jasnymi blond włosami spiętymi w ciasny kok na czubku głowy. Głos miała chropowaty.

- Jak widzę, skierował państwa uzdrowiciel Merkuriusz. – Zaczęła przeglądać ich dokumenty. – Poszczęściło się państwu z wyborem lekarza. Mało jest takich jak Merkuriusz. Większość próbuje różnych środków i czarów, on od razu wysyła gdzie należy, do człowieka, który ma wiedzę w temacie. – Sięgnęła po czysty pergamin, który dopięła do ich karty. – Od kiedy się państwo staracie? – Zaczęła notować wywiad medyczny.
-Właściwie to od ślubu – odpowiedział Bill. – W sierpniu będą dwa lata.
– Tak codziennie? – spytała zdziwiona, podnosząc wolne od okularu oko na siedzącą parę. – Kondycję fizyczną to państwo macie.
– Nie, nie codziennie. Tak bardziej, na poważnie, to gdzieś od pół roku. – Fleur poprawiła małżonka, lekko zażenowana nieporozumieniem.
– Rozumiem. Cały czas bez powodzenia, czy były jakieś przypadki? – Tutaj spojrzała na Fleur. Bill na szczęście lub nieszczęście nie pojął pytania.
– Bez powodzenia – odpowiedziała jego żona.
– To dobrze. – Doktor Venussia uśmiechnęła się do nich lepiej. – Tym lepiej dla państwa.

Każde kolejne pytanie było coraz bardziej krępujące. Doktor Venussia nie pozwoliła sobie więcej na uśmiech i z kamienną twarzą pytała o częstotliwość, jakość i sposoby ich pożycia. Wypytywała o warunki w jakich żyją, pracę, dietę i spędzanie wolnego czasu. Potem zostali rozdzieleni. Bill musiał poczekać na korytarzu, gdy Fleur odpowiadała na bardziej intymne pytania. Gdy nadeszła jego kolej, zrozumiał dlaczego.
Magomedyczka zupełnie płaskim, pozbawionym zainteresowania tonem wypytywała go o takie sprawy jak „problemy mechaniczne”, zadowolenie z kontaktów małżeńskich, czy ma inne partnerki prócz swej żony, a potem zaczęli się cofać w czasie…

Bill musiał opowiedzieć o swoim pierwszym razie, liczbie partnerek. Został szczegółowo wypytany o okres spędzony w Egipcie. Jak wtedy wyglądało jego pożycie? Czy nie ma jakiś nieślubnych potomków i czy kiedykolwiek starał się o dziecko przed ślubem z Fleur? Wychodząc z gabinetu czuł się, jakby wracał właśnie z jakiegoś przesłuchania. Jednego z tych, prowadzonych przez agendę, dla której pracowali obecnie Ron i Harry. Sądząc po wyrazie twarzy, Fleur czuła dokładnie tak samo.

Doktor Venussia zaprowadziła ich do pomieszczenia z napisem : „MagoMed-Laboratorium: P-łoż”, gdzie oboje zostali poddani serii przeróżnych skomplikowanych badań, oraz pozbawiono ich co najmniej połowy posiadanej krwi – tak przynajmniej sądził Bill.

Po tych czynnych torturach, magomedyczka nakazała im czekać na wyniki, które miały być za dwie godziny. Czekanie to, okazało się jeszcze większą – tym razem bierną – torturą, aniżeli wszelkie nieprzyjemne badania w laboratorium.
W końcu, punktualna jak w zegarku Venussia, ponownie zaprosiła ich do swojego gabinetu, rozsiadając się za biurkiem. Kartę z wynikami schowała od razu do ich dokumentacji, nie zawracając sobie głowy jej otwieraniem. Spojrzała na nich tym samym, pozbawionym monokla, dziwnie rozmytym wzrokiem, z którym ich powitała.

- No cóż… – zaczęła. – W państwa wypadku medycyna jest raczej bezsilna. – Bill poczuł jak Fleur osuwa mu się na ramieniu. – Nie możemy pomóc pacjentowi, który jest zdrowy.
– Nic nam nie dolega? – Upewniał się Bill.
– Wszystko jest w najlepszym porządku. Powiedziałabym nawet, że jesteście państwo ponad przeciętną. Może to ta francuska dieta i morze…
– Ale my… przecież nie możemy…- Fleur odzyskała już odrobinę rezonu. – Jak możemy być lepiej jak zdrowi?
– Mogę państwu zalecić jedynie cierpliwość. Jestem pewna, że za kilka miesięcy spotkamy się na oddziale, ale już nie we trójkę.
– Pani doktor, ale tak, jak mówi moja żona, my się bardzo staramy i nic nie wychodzi.
– Panie Weasley. Jest takie przekonanie. Nie mogę tego potwierdzić, bo nie ma na to dowodów medycznych. Jest takie przekonanie, że gdy człowiek się stresuje, za bardzo się stara, to ma problem w tym temacie. – Popatrzyła na nich przeciągle. – Na to nie ma dowodów medycznych, choć sama spotkałam się z przypadkami. Częściej zdarzają się ciąże przypadkowe, nieplanowane, niż ściśle zaplanowane i ustalane z kalendarzem. Może dajcie sobie państwo trochę czasu. Na chwilę zrezygnujcie z dziecka, odpocznijcie. Może zdarzy się tak, że będzie jakieś spotkanie towarzyskie, przyjęcie, wycieczka, wakacje. Nowe otoczenie, luźna atmosfera, zorientujecie się państwo po fakcie, co zaszło. Jako medyk mogę jedynie zalecić kontynuowanie tak zdrowego trybu życia. Jako człowiek zalecam trochę się rozerwać, zaszaleć, może wyjechać na wakacje. A nuż, chwila zapomnienia się zdarzy. – Włożyła sobie monokl do oka. – Na dziś jesteście państwo wolni. Nie chcąc być nietaktowna, życzę państwu powodzenia. Choć może, biorąc pod uwagę zalecenia niemedyczne, dobrej zabawy? – Obdarzyła ich trzecim i ostatnim uśmiechem.

Wrócili do domu w lepszym stanie, niż go opuszczali. Teraz gdy wiedzieli, że wszystko jest w porządku, czuli, że kiedyś im się uda. Postanowili nawet, że skorzystają z rady i przestaną się starać.
Tego dnia jeszcze o tym nie wiedzieli, ale wyjazd na wakacje był najlepszą radą jaką doktor Venussia mogła im dać. Mała przygoda na kwiecistej, francuskiej łące zmieni ich życie na zawsze.

Percy

Była zaledwie 11, a on już czuł się przepracowany. Tak! On, Percy, który życia poza pracą nie widział, czuł się przepracowany. Siedział przy swoim biurku od długich, czterech godzin, nie mając czasu na kubek herbaty, nie mówiąc nawet o drugim śniadaniu. Ślęczał więc teraz nad kolejnym zapytaniem od prasy i słyszał jak przysłowiowo „kiszki mu marsza grają”. Udało mu się rozprawić już z niemal metrowym stosem pism, czekało na niego jeszcze drugie tyle, a nie mógł mieć pewności, że to wszystko. Jako że co jakiś czas napływał jakiś, kolejny pergamin. Doskonale zdawał sobie sprawę, że dziennikarze odgrywają się właśnie na ministerstwie za wydany przez Kingsleya dekret. Wysyłali stosy zapytań od tych poważnych o politykę finansową lub relacje z goblinami, po tak nieistotne jak kolor mopów używanych przez ministerialne sprzątaczki. Jeśli tylko zapytanie było sformułowane prawidłowo, nie miał wyboru, musiał odpowiedzieć – choć często odpowiedź nigdzie się nie ukazywała. Jeśli było sformułowane błędnie, także musiał odpowiedzieć, informując nadawcę o tym fakcie. Do tego dochodziły codzienne briefingi w sali konferencyjnej z akredytowanymi reporterami, jeśli oczywiście los uchronił go od niespodziewanych wydarzeń.
Percy kochał swoją pracę. Tym razem jednak go przerastała. Czuł, że potrzebuje pomocy, inaczej utonie pod stosami zapytań i interpelacji.

- Panie ministrze? – Zajrzał do Kingsleya w przerwie obiadowej. Na tę miał ustawowe prawo się udać. – Mogę zająć chwilę?
– Oczywiście. – King podpisywał właśnie jakieś dokumenty. – Mam podpisać jakąś odpowiedź dla prasy?
– Nie, nie tym razem. – Percy uśmiechnął się blado. – Ale ja po części w sprawie moich zadań.
Kingsley odłożył pióro i skupił się na konwersacji.
– Czy wynikł jakiś problem, Percy?
– Jakby to ująć… – Rudzielec się zawahał. – Wynikła cała sterta problemów i leży ona właśnie na moim biurku. Nie jestem pewien czy temu podołam na dłuższą metę, panie ministrze.
– Mówiąc wprost… Potrzebujesz pomocy? – Kingsley uśmiechnął się wyrozumiale. – Absolutnie cię rozumiem.
– Czy byłaby możliwość przydzielenia mi kogoś do pomocy?
– Myślę, że nic się nie stanie, jeśli przesuniemy do ciebie jednego ze stażystów, z któregoś departamentu, a po zakończeniu roku, na pewno znajdzie się chętny absolwent Hogwartu. – Percy uśmiechnął się z ulgą, wiedząc, że ktoś mu pomoże z tym natłokiem korespondencji. W tym momencie przyszedł mu do głowy jednak pomysł…
– Panie ministrze, nie jestem pewien, czy stażysta, a tym bardziej absolwent poradzi sobie z takim natłokiem dokumentacji. – Zrobił krótką przerwę, zastanawiając się jak to powiedzieć, by nie powiedzieć za wiele. – Tutaj potrzeba osoby, która miałaby doświadczenie w obchodzeniu się z przepływem dokumentacji i określeniem jak jest istotna. Oczywiście, nie chcę podkradać pracowników departamentom, ale jeśliby się udało… – Dokończył z nutą nadziei w głosie.
– Masz kogoś konkretnego na myśli? – Kingsley wziął do ręki skrawek pergaminu i pióro. Najwyraźniej czekał, że Percy poda mu konkretne nazwisko.
– Tak i nie. Osoby, które znam osobiście są nazbyt istotne dla swych wydziałów, ale jako asystent zetknąłem się z kilkoma pismami. Były to adnotacje do akt personalnych. Jest dziewczyna, która zbiera pochwały od szefa i osób, które załatwiają u niej sprawy. Ma na tyle nieistotne biuro, że szybko można przyuczyć nowego pracownika, ma natomiast niemały potencjał.
– Percy, nazwisko i departament. Nie potrzebuję referatu z akt osobowych. – Kingsleya jak zawsze niecierpliwił nadmiar szczegółów w wykonaniu Percy’ego.
– Pracuje w punkcie obsługi interesanta, urzędu rejestracji świstoklików. Ma na nazwisko Merryflower, czy jakoś tak.
– Imię? – spytał Kingsley, notując.
– Nie pamiętam. – Skłamał gładko.
– Dobrze, zobaczę co da się zrobić. – Kingsley mruknął zrezygnowany. – Nie da się ukryć, że potrzebujesz pomocy, ale podkradanie pracowników z innych departamentów, to już nie takie proste. Czy to wszystko?
– Tak, panie ministrze. Już nie przeszkadzam – odpowiedział, wycofując się do drzwi.
– A ty dokąd? – King spojrzał zdziwiony. – Rzuć na to okiem i powiedz co sądzisz. – Wyciągnął przez biurko zwój pergaminu. Percy przeczytał go dokładnie, potem zwinął i obejrzał pieczęcie i podpisy.
– Wygląda autentycznie – powiedział w końcu. – Skąd to masz? – Zapomniał o urzędowej formie.
– Dzisiaj dostałem z archiwum, razem z kilkunastoma nowszymi.
– Ale to powinno być przekazane po osiągnięciu pełnoletności. – Percy wyglądał na zafrapowanego.
– Przecież wiem. Najwyraźniej stare władze miały ciekawsze sprawy na głowie.
– Ale chyba nie został naruszony? – Percy dopytywał, wciąż wpatrując się w treść dokumentu.
– No skąd. Póki prawowity właściciel nie wykona zapisu, nikt nie ma możliwości naruszenia. Pytanie co mam z tym zrobić?
– Mnie się pytasz King? – Percy spytał jednocześnie wzburzony i zdziwiony. Minister spokojnie pokiwał głową. – Ja bym powiedział, że będzie z tego niezły pasztet. Lepiej nie wyciągać tego zaraz po powrocie. Najpierw niech ochłonie po książce, potem dopiero zajmie się tym. – Kingsley nie wyraził swojej opinii, tylko odłożył pergamin na bok.
– Przyjdź jeszcze do mnie, przed wyjściem do domu.

Wychodząc do domu, Percy był skrajnie wyczerpany. Pulsowała mu głowa, a od ciągłego pochylania się nad papierami bolały plecy i głowa. Był do tego stopnia wykończony, że zapomniał o wstąpieniu do ministra, przez co musiał wracać się z samego lobby. Wszedł właściwie bez pukania. O tej porze Kingsley nie przyjmował niezapowiedzianych gości.

- No, nareszcie pan jest, panie Weasley. – King zaczął oficjalnym tonem. – Sądziłem już, że pan zapomniał o spotkaniu. – Percy rozejrzał się, w biurze musiał być jakiś gość, skoro Kingsley był taki oficjalny. Faktycznie. W fotelu przy zwyczajowym stoliku konferencyjnym, siedziała jakaś osoba. – Poznajcie się państwo. – Kingsley wstał od biurka. – Panno Merryflower, to jest Percy Weasley, dyrektor naszego biura prasowego. Panie Weasley, to jest Audrey Merryflower, która zgodziła się zostać asystentką w pańskim biurze. – Oboje przywitali się, jakby było to ich pierwsze spotkanie. – Muszę przyznać, że miał pan rację. Panna Merryflower ma znakomite kwalifikacje. Myślę, że sami omówicie państwo szczegóły współpracy.
Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi gabinetu ministra, oboje zrzucili oficjalną pozę.
– Więc mam do ciebie mówić teraz „Panie Dyrektorze?” – Zapytała, uśmiechając się zalotnie.
– Tylko w określonych miejscach i okolicznościach. Czy ja mam się do ciebie zwracać „Pani Asystent”?
– Och, jak najbardziej. W „określonych miejscach i okolicznościach”. Zaakcentowała ostatnie zdanie w bardzo tajemniczy sposób.

Tego dnia, Percy po raz pierwszy zaprosił Audrey do swojego mieszkania na Pokątnej, gdzie do późnych godzin nocnych omawiali określone sytuacje i okoliczności.

Charlie

Smoki to niezwykłe stworzenia. Nie ma takich drugich na ziemi. Są piękne, potężne i nieujarzmione. Nie możesz ich hodować, bo to one są władcami pośród stworzeń. Żaden smok, nigdy nie odda się twojej kontroli.
Całe życie postanowiłem poświęcić badaniu tych wspaniałych istot. To dlatego tuż po zakończeniu szkoły, przy lamencie zrozpaczonej mamy opuściłem dom i udałem się tutaj, do odległej Rumunii. Jedynie w Rumunii ludzie byli dość odważni, a może szaleni, by zająć się chwytaniem i badaniem smoków w środowisku zamkniętym. Praca jest niezwykle pasjonująca, choć i niebezpieczna, o czym w listach wolę nie wspominać. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się nie zdążyć umknąć wystarczająco daleko. Bąble i poparzenia na dłoniach i rękach to codzienność. Po niektórych niestety pozostały mi blizny. Dla mnie to szramy wojenne, nie narzekam. Mi nie oberwało się najgorzej. Kolega ma przypaloną połowę twarzy, a na smoczy ogień nie ma leku.

Życie tutaj było trochę „szkolne”, bardziej szalone. Żaden z nas tak do końca nie wie, ile wytrzyma, kiedy postanowi wrócić do domu. Praca ze smokami to podawanie książek w Esach i Floresach, nie ma tygodnia by ktoś nie rzucił rękawic, spakował się i wrócił do domu. Nigdy nie wiesz, czy nie jesteś tym, który złamie się jako następny, więc i nie zapuszczasz korzeni. Wynajmowaliśmy przed długi czas z chłopakami jeden dom w kilkunastu chłopa, spało się po kilku na waleta, w fotelach, na podłodze. Dopiero kilka lat temu, gdy rodzice zapowiedzieli się z wizytą, musiałem się szarpnąć na mieszkanie.

Jakie to szczęście, że życie w Rumunii jest tanie.
Czasami zastanawiam się, czy kiedyś znajdę sobie dziewczynę, czy założę rodzinę – niekoniecznie tak dużą jak nasza. Dochodzę wtedy jednak do wniosku, że moje życie jest zbyt ryzykowne, by z kimś je dzielić. Poślubiłem smoki i mam nadzieję, że tak zostanie. Nie chcę być kolejnym, który rzuci rękawice i wróci do domu pokonany.

George

Czarodziejskie Dowcipy Weasleyów, jak zawsze pełne były czarodziejów odwiedzających ulicę Pokątną i ściągniętych do środka kolorami bijącymi z wystawy. Wewnątrz było rojno jak w ulu, zewsząd napływał szum rozmów i rozentuzjazmowane okrzyki dzieci, które zobaczyły kolejny magiczny gadżet. Zamknięte w klatce pufki pigmejskie delikatnie popiskiwały, eliksiry miłości delikatnie bulgotały, staromodna kasa fiskalna co chwila robiła głośnie „dzyń”, kiedy wybijano na niej kwotę zapłaty. Wszystko to było co jakiś czas zagłuszane hukiem przypadkowej eksplozji Armaty Wiedźmy Ronaldiny – wynalezionej wspólnie z Harrym i Ronem, upuszczonego przez dziecko Detonatora Pozorującego, lub konsumowanej przez małego złodziejaszka Gumy Detonówy, najnowszego wynalazku, który wybucha z głośnym hukiem, w kilka sekund po włożeniu do ust. Oba sklepy Weasleyów, a właściwie, po odejściu Rona, sklepy Weasleya, uważane były za cyrk połączony z wesołym miasteczkiem i zamknięty na niezwykle małej powierzchni. Nie sposób było się tu nudzić, ale zabawa nie zawsze była w pełni bezpieczna. George szalał między półkami, zachwalając najróżniejsze produkty, ubrany w szatę, będącą szalonym przemieszaniem karmazynu ze szmaragdem i na dokładkę przeszytego złotą nicią. Na głowie, dla fantazji miał kapelusik, rodem z mugolskiej bajki o Piotrusiu Panie.

Partnerowała mu, stojąc aktualnie przy kasie, przepiękna czarnoskóra dziewczyna z dredami sięgającymi jej pasa. Angelina ubrana była niemal równie ekstrawagancko co jej szef, mając na sobie swoją dawną, żółtą, koszulkę Os, czarną skórzaną kurteczkę, idealnie opinające nogi, skórzane, kanarkowożółte spodnie i koturny z ćwiekami i wysoką cholewką. Kiedy tylko przemieszczała się po sklepie, powodowała notoryczne zderzenia mężczyzn z przeróżnymi przedmiotami, których nie zauważali, odwracając się za nią. Nawet nie starała się ukryć, że taka reakcja sprawia jej radość.

- Wystarczy na dziś – powiedział George, stając obok Angeliny.
– Na Merlina! – Dziewczyna podskoczyła jak oparzona. – Mówiłam, żebyś nie podkradał się do mnie z prawej strony.
– Mówiłaś, dlatego to robię. – Uśmiechnął się szelmowsko, po czym sięgnął po różdżkę. – Sonorus. Szanowni państwo. Dziękujemy za tak liczne przybycie. Na dziś zamykamy swoje podwoje i zapraszamy ponownie. Silencio.
Lokal powoli pustoszał. Ostatni gapie opuszczali sklep, marudząc pod nosem, na czym to świat stoi, że są wyganiani. Kilku młodych spryciarzy chciało się przemknąć z kieszeniami wypchanymi nieopłaconym towarem. Mieli jednak spotkanie z Niezawodnym Neutralizatorem Złodziei, wynalezionym jeszcze do spółki z Fredem, przed laty. Po zetknięciu się z tym jinxem, na Pokątną wychodzili z kurzajkami, upiorogackami i innymi paskudztwami na twarzy. Los ten spotkał nawet jednego, statecznego, starszego pana, co George i Angelina uznali za niezwykle zabawne.
– Jak dzisiejszy utarg, Ang? – spytał George, gdy za ostatnim z klientów zamknęły się drzwi.
– Nie nazywaj mnie Ang. Tak mówi mój ojciec, mam imię. – Zarzuciła swoimi długimi dredami, wspierając pięści na biodrach. Wyglądała wyzywająco i groźnie jednocześnie.
– Przepraszam, Angelino. – Poprawił się z lekkim uśmieszkiem. – Jak nasz dzisiejszy utarg?
– Na pewno gorszy niż Variety w Hogsmeade. Sobota, zapomniałeś?
– Jaka sprytna, pracuje kilka tygodni…
– … miesięcy.
– …i myśli, że lepiej wie, gdzie się, jak zarabia.
– Mamy 500 galeonów ze znudzonych ludzi w średnim wieku i małych dzieciaków, a ona ma weekendowy wypad ze szkoły. Na tyle to się już znam. – Pokazała mu szybko język.
– Znasz się, znasz. Jesteś nieoceniony skarb… i czekaj. Pokaż ten język jeszcze raz. – George zrozumiał nagle, że chyba się przewidział.
– A po co mam ci pokazywać język? – spytała, unosząc jedną brew. – To nieładnie.
– Pokaż, pokaż, albo podstępem podam ci Gigantojęzyczne Toffi. – Przechylał się do niej przez ladę, wpatrując się w jej usta, niezwykle zaciekawiony.
– No dobrze, tylko nie mów, że jestem niewychowana. – Raz jeszcze pokazała mu język, na którym widniała srebrna kuleczka. – Zadowolony, pan jest? – spytała z sarkazmem.
– Hmmm… – mruknął i odszedł do inwentaryzowania towaru. Odrobinę zdziwiona Angelina zajęła się swoimi obowiązkami.
– Nie, nie, nie. – George wrócił nim upłynęły trzy minuty. – Tak być nie może. Pokaż raz jeszcze.
– George! – Angelina krzyknęła zniecierpliwiona. – Nie łatwiej zapytać, co mam na języku, zamiast zawracać mi głowę?
– Dobrze. Więc co masz na języku?
– Kolczyk.
– Co? Kolczyki nosi się w uszach, brwiach, nosie, ale na języku? – George był w lekkim szoku.
– Nawet byś nie uwierzył, gdzie się kolczyki nosi, nie tylko kobiety – odpowiedziała mu wyzywająco. – Czarodzieje są strasznie zacofani. Czy łamię jakiś regulamin pracy tutaj?
– Nie, nie. Tylko nie rozumiem czemu w języku? – George przyglądał się jej ustom z zainteresowaniem.
– Bo wyczytałam w „Cosmo”, do czego kolczyk w języku może być pomocny.
– No, do czego? – George gładko prześliznął się nad tym, że nie wie czym jest „Cosmo”.
– Wiesz… – Zlustrowała go powoli wzrokiem. – Myślę, że ode mnie się tego nigdy nie dowiesz.

George pokręcił zrezygnowany głową, wracając do porzuconej roboty. Odchodząc, mruknął jeszcze „Teraz nie będę mógł spać, kombinując do czego ten kolczyk”.

Angelina pozostała zadowolona z zagwozdki, jaką sprawiła Georgowi. Wzajemne przekomarzania i małe złośliwości, były ich codziennością. Zazwyczaj jednak, Angelina musiała uznać się za pokonaną przez Georga, który miał lata praktyki w figlach i przepychankach ze swoimi braćmi. Dzisiaj mu się odgryzła i miała z tego nieopisaną frajdę. Przekłucie zaś języka… No cóż, opis w Cosmopolitanie był bardziej pasjonujący, niż pokazała to rzeczywistość. Wiedziała, że nie ma szans sprawdzić funkcjonalności kolczyka i już zamierzała go odczarować, ale napatoczył się George…

George uważał „zatrudnienie” Angeliny, za najlepszy pomysł na jaki wpadł od bardzo dawna. Znakomicie się uzupełniali, potrafili poprawić sobie nawzajem humor i rozładować stresujące informacje. Angelina początkowo była trochę przewrażliwiona, marudziła, że nie da sobie rady. Potem jednak, wciągnąwszy się w codzienne zajęcia w sklepie, odkryła, że jakkolwiek uszkodzone w Bitwie o Hogwart oko uniemożliwia zawodową grę dla Os, to w codziennym życiu nie zwraca na to najmniejszej uwagi – tylko czasem, George zakradał się do niej z prawej strony, wiedząc, że Ang go nie zauważy.

Odkrywszy, że nie jest inwalidą, Angelina stała się sercem, duszą i będąc szczerym, ciałem, Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów. Jej szalony wygląd, wieczny uśmiech i niepospolita uroda działały na klientów jak magnez. Ron na pewno nigdy by tylu ich nie zwabił. George był zachwycony takim obrotem sprawy.
Kochał swojego młodszego brata, ale pracować wolał z Angeliną, która była od Rona urodziwsza oraz, w przeciwieństwie do Variety, nie traktowała go jak szefa, tylko przyjaciela. Wraz z Angeliną, do życia Georga wrócili inni znajomi ze szkoły. Alicja Spinnet, Katie Bell, Olivier Wood, wszyscy którzy utrzymywali kontakt z Angeliną – nim zamknęła się w domu, oczywiście. Niektóre popołudnia potrafiły więc być szalone.

- Angelina? – George podjął, kiedy już gasili światła. – Może wyskoczymy razem na kolację?
– Zapraszałeś mnie w poniedziałek.
– I odmówiłaś.
– I we wtorek,
– Też odmówiłaś.
– W środę.
– Tak, tak, w środę, czwartek i piątek też, ale odmówiłaś.
– To ile będziesz mnie zapraszał?
– Aż się zgodzisz.
– Byłam z tobą na urodzinach Teddy’ego.
– O, nie, nie, nie. Oboje byliśmy na urodzinach Teddy’ego, nie razem. Więc się nie liczy.
– Dzięki George, ale mam już umówioną kolację z rodzicami. Pa. – Posłała mu żartobliwego całusa w powietrzu i deportowała się zaraz za progiem sklepu.
– Wielka szkoda, wielka szkoda. – George mruknął niezadowolony. Teraz miał do wyboru samotny posiłek w mieszkanku na poddaszu, albo rodzinną kolację w Norze. Obie wersje radością go nie napawały.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 
 

  • RSS