RSS
 

Archiwum - Kwiecień 10th, 2013

18. Sepy, Hieny i Dzieci które nienawidziły magii Cz.II

10 kwi

Od Autora:
Dzisiaj nasze opowiadanie przekracza dwusetną stronę „maszynopisu”. Strona numer 200 Rozpoczyna się pierwszymi słowami Dekretu… Jakiego Dekretu? Tego dowiecie się już z tekstu.
Dziękuję wszystkim tym, którzy byli ze mną przez te 200 stron a nawet dłużej. Jogi_hp, Solcia, dałyście mi w kość jak przed wami nikt ;) Nie odpuszczajcie.

Pozdrawiam
HP:Kontynuator.
_______________________________________________________________________________________________________________

Lobby Ministerstwa Magii, jak zawsze, o tej porze dnia, pełne było pracowników i interesantów. W dłoni niósł papierowy kubek z kawą, kupiony w pobliskim, mugolskim lokalu. Odwiedzał go tak często, że przemiła, nastoletnia, ekspedientka, przestała dziwić się jego czarodziejskim szatom. Pies drapał zasady tajności – myślał – nie ma to jak dobra kawa. Nic nie pomagało mu się skupić o poranku, jak dobra kawa. Znieczulała go też na całodzienny stres. Minąwszy punkt kontroli różdżek, ruszył wprost ku windom. Co chwila jego uszu dobiegały pozdrowienia. Część z nich radosna, część pełna szacunku. Tu i ówdzie, czyjaś dłoń, wystrzeliwała w powietrze w geście pozdrowienia. Pozdrawiając pracującą w Departamencie Współpracy Międzynarodowej, tak mu się przynajmniej wydawało, dziewczynę, wrzucił pięć knutów do magicznej gabloty Proroka Codziennego. Urządzenie wypluło w jego stronę, zwinięty i przewiązany sznurkiem pakowym, egzemplarz Gazety. Nie fatygował się nawet, by go rozwinąć. Znajdzie na to chwilę czasu w swoim biurze, przy dobrym Kebabie, przywołanym z knajpki pewnego Turka z przedmieść Bristolu.

Gdy tylko wysiadł z windy, na swoim piętrze Ministerstwa Magii, otoczył go wianuszek dziennikarzy. Nie zdziwił się, stało się to już małą tradycją. W zasadzie, to dziennikarze, którzy byli tutaj stałymi bywalcami, świetnie się z nim znali. Co rano, do znudzenia, powtarzali scenkę teatralną.

- Panie ministrze, prosimy o komentarz. – Albo. – Panie ministrze, co może pan powiedzieć o ostatnich wydarzeniach. – Wołali, tłocząc się wokół niego.
- Bez komentarza. – Odpowiadał, zasłaniając się swoją aktówką. Później, jeśli była taka konieczność. On, lub Percy, organizowali briefing, lub zwyczajnie odczytywali oświadczenie.
Dzisiaj jednak, coś było inaczej. Prócz dziennikarzy będących stałymi bywalcami, kręciło się wielu nowych, mniej obytych z panującymi w ministerstwie zwyczajami.
- Panie ministrze. Panie ministrze…
- Bez komentarza.
- Ministrze, co może pan powiedzieć… – Reszta wypowiedzi utonęła w okrzykach pozostałych wysłanników prasy, oraz nieustannym trzasku lamp aparatów.
- Bez komentarza, szanowni państwo. Bez komentarza. – Odpowiadał zasłaniając się aktówką i popijając kawę.

Przy jego gabinecie było jeszcze gorzej. Kingsley wiedział z grubsza, ile w Wielkiej Brytanii jest gazet i czasopism, nawet tych, drukujących kilkadziesiąt egzemplarzy. Do tego dochodziły trzy stacje magicznego radia. Wyglądało jednak, że część z nich przysłało po kilku reporterów, jeśli nie pół redakcji.

- Ministerstwo Magii znów bryluje w prasie, co pan na to? Czy nie przeszkadzają panu, pańscy pracownicy, na szpaltach poczytnych gazet? Prosimy o komentarz, panie ministrze. – Przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nawet znając powód tego, nagłego, zainteresowania, Kingsley nadal powtarzałby „Brak komentarza”. Kiedy przedarł się wreszcie do drzwi gabinetu, drogę zastąpił mu młody reporter.
- Nie wejdzie pan do gabinetu, Kingsley, nim nie odpowie pan na nasze pytania. – Wokół, nad podziw szybko, zrobiło się nad podziw cicho.
Minister przyjrzał się reporterowi z góry, badawczym wzrokiem. Był pewien, że nigdy wcześniej go tutaj nie widział.
- Jak się pan nazywa?
- Perry White, Prorok Codzienny. – Odpowiedział, dumny z siebie.
- No cóż, Perry. – Zaczął swoim, spokojnym, głosem. – Sądzę, że zechcesz przemyśleć swoją ostatnią wypowiedź.

Nie wiedział, czy Perry wykazał się spóźnionym rozsądkiem, czy też ktoś dał mu niemą podpowiedź, pospiesznie jednak usunął się z drogi. Kingsley wszedł spokojnie do swojego gabinetu. Dziwił się odrobinę, że nie było Rity Skeeter, ten młody Perry godnie ją jednak zastępował.
Usiadłszy przy swoim biurku rozwiązał wreszcie egzemplarz „Proroka”. Wystarczyło jedno spojrzenie na pierwszą stronę, by przewróciło mu się w żołądku.

- Nie wiesz nawet, jakie masz szczęście, że cię nie ma. – Mruknął.

Całą pierwszą stronę zajmował ogromny nagłówek: „Chłopiec, który przeżył, Champion Turnieju Trójmagicznego, Mistrz Quiddicha, Pogromca Sami – Wiecie – Kogo, Auror. Długo oczekiwana biografia najsławniejszego, brytyjskiego, czarodzieja młodego pokolenia. Rita Skeeter odsłania wszystkie tajemnice swej znajomości z Harrym Potterem.”, Pod nagłówkiem widniało ogromne zdjęcie Harrego, z rozwianymi przez wiatr, długimi niemal do ramion, włosami. Bez wątpienia, zrobiono mu je po Bitwie O Hogwart – Tylko wtedy miał tak długie włosy, jak Kingsley sobie przypominał. Twarz miał pokrytą zakrzepłą krwią i szramami. Wyglądem przypominał wojownika. Poniżej umieszczony był wywiad redaktor naczelnej, kolumny plotkarskiej, Betty Braithwaite z Ritą Skeeter.

Niemal dwa lat upłynęły od mojego, ostatniego, spotkania z Ritą, w saloniku jej wiejskiego domku. Powodem tamtej wizyty była biografia Albusa Dumbledora. Dzisiaj, sprowadza mnie do tego domu, kolejna książka pióra Rity. Tym razem, Rita postanowiła podzielić się z czytelnikami, tajemnicami z życia Harr’ego Pottera. Na dworze panuje ciepła, słoneczna pogoda, Rita zaprosiła mnie więc na swoją werandę, z widokiem na zielone wzgórza.
BB: Rito. Ponownie się spotykamy i ponownie rozmawiamy o napisanej przez ciebie biografii. Tym razem jednak, wzięłaś się za historię osoby młodej, którą co dzień możemy spotkać.
RS: Ależ Betty, – Rita śmieje się promieniście – kto powiedział, że możemy pisać tylko o umarłych.
BB: Nie boisz spotkać się z krytyką takiego postępowania? Harry Potter również może poczuć się dotknięty, poruszaniem jego życia osobistego. Książkę napisałaś wszak, bez przeprowadzania wywiadu.
RS: Betty, nie zdradzaj proszę treści mojej książki, bo więcej nie pozwolę ci żadnej przeczytać przed wydaniem – Rita chichocze. Jak możesz mnie oskarżać o takie rzeczy, nie przeprowadziłam wywiadu? Cała książka opiera się na moich spotkaniach i rozmowach z Harrym, które odbyłam przez ostatnie pięć lat. Brakujące elementy uzupełniłam wypowiedziami osób, które doskonale go znają. Jestem pewna, że Harry nie będzie miał nic przeciw.
BB: Jak mogłabyś w jednym zdaniu scharakteryzować to wydawnictwo?
RS: Ależ ta książka ma ponad tysiąc stron. Nie mogę tak po prostu, w jednym zdaniu opisać historii, która zajmie czytelników na długie wieczory.
BB: Jeślibyś jednak spróbowała?
RS: No cóż, jeśli nalegasz. Jest to oszałamiająca, a momentami porażająca, opowieść o życiu najwspanialszego czarodzieja naszych czasów.
BB: Najwspanialszego? Czy to nie nazbyt odważna teza wobec osoby, która ma ledwie 18 lat?
RS: Nie, nie, Betty. Znam Harrego na tyle, by wiedzieć, że nie odkrył przed szeroką publicznością, nawet ułamka swych umiejętności. Pokonanie setek dementorów, smoków, wielokrotne przeżycie ataków Sama-Wiesz-Kogo i co najważniejsze, uwolnienie świata spod jego jarzma. Czy wiesz, Betty, że Harry jest najmłodszym aurorem w historii?
BB: Jednym słowem, bohater?
RS: O, nie, nie. Tego bym nie powiedziała. Harry dokonał wiele dobrego, ale ma też na swoim sumieniu grzeszki.
BB: Chodzi ci o szlabany, jakie rzekomo dostawał od późniejszego dyrektora, Severusa Snapea?
RS: Och, nic z tych rzeczy. Tamto były szkolne psoty. Sam Severus Snape, dostał w tej biografii własny rozdział. Ja mam namyśli większe sprawki niż łamanie szkolnego regulaminu. Wielu może zaskoczyć, że Harry Potter znał, a co ważniejsze, używał czarnej magii – Rita kończy szeptem, jakby bała się, ze ktoś może nas podsłuchiwać.
BB: Jesteś pewna, że się nie mylisz? To może być prawdziwa bomba.
RS: Z całą pewnością będzie. Odnalazłam wiarygodnych światków tych wydarzeń.
BB: Jeśli to się potwierdzi, czy Potter może nadal być aurorem?
RS: O to bym się nie martwiła, Betty. Nasz minister ukręci sprawie głowę. Harremu absolutnie nic nie grozi.
BB: Co możesz powiedzieć czytelnikom o miłostkach pana Pottera.
RS: Nic teraz nie powiem, – Rita uśmiecha się przebiegle. No, może zdradzę jednak, że na ten temat, można by napisać całą, osobną książkę.
BB: Kiedy spotkałyśmy się tutaj ostatnim razem, mówiłyśmy o bestsellerowej biografii Albusa Dumbledora. Nazwałaś je wtedy niezdrowymi i opisałaś w dość niejednoznacznym świetle. Czy po tych dwóch latach masz coś jeszcze, w tym temacie, do dodania?
RS: Ależ oczywiście! Mam wiele do dodania. Jak sama zauważyłaś, pan Potter ma zaledwie 18 lat, Dubledore miał niemal sto, a to biografia pana Pottera jest bardziej opasła. Wtedy napisałam o relacjach Dumbledore’a z Harrym cały rozdział. Dziś tą sytuację odwracam. Zobaczycie, jak ta sytuacja wyglądała oczami Harrego i osób z jego otoczenia. Co ważniejsze, Dyrektor szkoły będzie pojawiał się znacznie częściej, aniżeli w rozdziale mu poświęconym.
BB: Pokonanie Sami-Wiemy-Kogo i noc, w którą to się stało? Czemu obaj znaleźli się w Hogwarcie?
RS: Och tak, tak. Oczywiście, że o tym opisałam. To wydarzenie rozpoczęło wszak nową erę. Ci, którzy zdecydują się na przeczytanie mej książki, odkryją jak mało wiedzą o przebiegu wydarzeń tamtej nocy. Niemal nikt, prócz śmierciożerców, nie wie na przykład, że Harry zmierzył się tej nocy z Sama-Wiesz-Kim nie tylko w Wielkiej Sali. Gdzie? Jaki przebieg miało to spotkanie? Gwarantuję wam, że będziecie zaskoczeni. Część z was może zacząć nawet kwestionować prawdziwy sens tamtych wydarzeń.
BB: Auror?
RS: Auror, auror. Gwiazda ministerstwa, prawda? Dotknęłaś ostatniego rozdziału mojej książki. Stawiam w nim bardzo ważne pytania, z których wiele nie doczekało się odpowiedzi. Czy zdajesz sobie sprawę, że nie wszyscy cieszą się z obecności Harrego w Biurze Aurorów. Niektórzy mówią, że nigdy nie powinien się tam zjawić. Możemy mówić o cichym froncie antypotteryzmu. Czemu pracownicy ministerstwa nie cieszą się z obecności Harrego Pottera? Dlaczego Harry jest tak często nieuchwytny? Gdzie znika? Czym się wtedy zajmuje? Gdzie jest teraz i czym zajmuje się tajna rada powołana przez Ministra Magii? Harry Potter jest w centrum bardzo niejasnych wydarzeń. A ja stawiam pytanie. Czy zdaje sobie z tego sprawę i dlaczego minister uparcie odmawia komentarza?

Tą budzącą niepokój serią pytań i półsłówek Rita zakończyła nasze spotkanie. Książka będzie dostępna w księgarniach i wysyłkowej sieci sprzedaży „Proroka” już w najbliższą sobotę. Musicie koniecznie przeczytać ją, jeszcze przed pierwszą rocznicą Bitwy o Hogwart.

Z Ritą Skeeter rozmawiała Betty Braithwaite.

Kingsley poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Nie chodziło już nawet o to, że Skeeter wzięła sobie na tapetę Harrego. W ostatnim czasie w prasie pojawiło się w prasie bardzo dużo artykułów o pracownikach ministerstwa. Nie było by z tym problemu, gdyby pisano o sprawach służbowych. Nie dalej jednak, jak przed tygodniem, w Czarownicy ukazał się artykuł, o rzekomym romansie pracownika Departamentu Magicznych Gier i Zakładów z jego współpracownicą. Po publikacji, człowiek posunął się do nielegalnego zażycia Veritaserum, by udowodnić żonie, że artykuł kłamie. Żona i tak wyrzuciła go jednak z domu, a sprawa ta była jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

- Percy! – Krzyknął, wrzucając odrobinę proszku w kominek.
- Zaraz będę. – Dobiegło z zielonych płomieni, a po chwili zawirował w nich chudy człowiek w okularach. Kingsley otworzył usta, lecz Percy uprzedził jego polecenie, podając trzymany w ręku pergamin. – Już to mam, panie ministrze.
Kingsley przejrzał podane mu oświadczenie dla prasy, po czym wziął pióro, by nanieść pewne poprawki. Percy był nieoceniony w tego typu zadaniach. Zawsze o krok wyprzedzając polecenie, jakie Kingsley chciał mu wydać.
- Zastanawiam się, czy nie powinienem mianować cię rzecznikiem prasowym ministerstwa, a przynajmniej moim osobistym. – Powiedział, dopisując zdania.
- Posada asystenta, jak sądzę, sama te zadania obejmuje.
- Skoro tak twierdzisz. Czy oni nadal kręcą się za drzwiami? – Percy kiwną potakująco głową. – Zwołaj więc konferencję na godzinę jedenastą i wróć, musimy pewne rzeczy ustalić. – Percy skłonił się sztywno i zniknął za drzwiami. Przez tą chwilę, kiedy były otwarte, do środka wdarł się szum podnieconych głosów.

Percy wrócił po kwadransie, wydawszy polecenia personelowi technicznemu, by przygotowali salę konferencyjną. Kingsley zdążył w tym czasie nanieść poprawki na przygotowane oświadczenie dla prasy.

- Mam je wygłosić, panie ministrze?
- Nie, tym razem ja to zrobię. Dla ciebie mam inne zadanie.
- Słucham panie ministrze.
- Prasa ostatnio na zbyt wiele sobie pozwala.
- Tak, pomyśleć by można, że ta Skeeter mogłaby dać już Harremu spokój.
- Nie chodzi mi o książkę. Rity nikomu nie uda się powstrzymać. Nawet zza krat Azkabanu pisała by jakieś „memuary”. – Ostatnie słowo powiedział z wyraźnym przekąsem. – Chodzi mi o Proroka Codziennego, Czarownicę i resztę piśmideł plotkarskich! Niech sobie piszą, że jestem łysol, który nie nadaje się do prowadzenia ministerstwa, ale od pracowników niech trzymają się z dala. W ubiegłym tygodniu. Ten pracownik z wydziału Magicznych Gier i Zakładów.
- Vito Gambler. – Wtrącił Percy. – i jego żona tylko szukała wymówki do rozwodu. Przecież wyrzuciła go, mimo że zażył Veritaserum. Wieść niesie, że sama ma kochanka…
- Plotki mnie nie interesują… Od kiedy to ty się nimi zajmujesz? – Percy wymamrotał coś niezrozumiale i spalił buraka. – Rzecz w tym, że piszą co im się żywnie podoba. Jednym jest pisanie o działaniach ministerstwa, a czym innym węszenie wokół pracowników i patrzenie, co robią poza godzinami pracy, w pustych gabinetach i na korytarzach. – Percy głośno przełknął ślinę i lekko się zaczerwienił. Wystosuj do biura Wizengamotu prośbę o opinię prawną.
- Już to zrobiłem, jeszcze nim się pan pojawił, panie ministrze. Odpowiedź będzie najdalej jutro.
- Zawsze o krok przed moimi myślami. – Kingsley pokręcił głową z niedowierzaniem. – Wróć teraz do swoich zajęć. Jak będzie taka potrzeba, to cię wezwę. Ta konferencja rozwaliła mi cały plan dnia.

Był zmęczony. Zwyczajnie, po ludzku, zmęczony. Kiedy przyjmował pozycję tymczasowego ministra, jego głównym zadaniem było przetransportowanie pozostałych przy życiu śmierciożerców do Azkabanu, dopilnowanie wypuszczenia niesłusznie skazanych i złożenie kondolencji rodzinom poległych. Kiedy został mianowany ministrem magii na stałe, musiał ogarnąć ogrom ministerstwa, z całą jego pompatycznością, przerostem formy nad treścią i zadufanymi w sobie pracownikami.
Od pierwszych dni, jednym z głównych zadań Kingsleya, było mianowanie wielu nowych szefów departamentów, biur i wydziałów, w miejsce tych osadzonych w więzieniu, lub zamordowanych. Znalezienie odpowiednich kandydatów na te stanowiska w takiej ilości i tak krótkim czasie, okazało się graniczyć niemal z cudem. Mianowanie nowych pracowników przeciągała dodatkowo, w nieskończoność ciągnąca się, lustracja. W tym wypadku jednak, sam był sobie winien, gdyż sam tą lustrację zarządził, by wyeliminować wszystkich pracowników, będących świadomymi współpracownikami poprzedniego reżimu.

Pierwszym efektem lustracji, jaki przyszło mu odczuć, było zwalenie się na jego głowę zadań, które powinny spoczywać w rękach szefów czterech różnych departamentów. Dodatkowo, jako minister, musiał przewodzić wszystkim procesom kryminalnym, a tych było co niemiara. Najdłuższy, a jednocześnie najbardziej wyniszczający psychicznie spośród nich, trwał ponad pół roku. Niezbite, na pierwszy rzut oka, dowody, zapowiadały szybkie śledztwo i jeszcze szybsze skazanie. Tymczasem, przekonana o swojej niewinności, a jednocześnie świetnie znająca wszystkie kruczki prawne, Dolores Umbridge, trzymała się dzielnie. Pomimo rozpoczęcia śledztwa jeszcze w Maju, tuż po Bitwie o Hogwart, pozbyć się Dolores Umbridge z ministerstwa udało się dopiero we wrześniu, a i to skończyło się na urlopie i areszcie domowym. Nawet różdżki, odebrać jej się nie udało. Na wszystkie przesłuchania stawiała się zadowolona z siebie, uczesana, dobrze odżywiona, nienagannie ubrana i bezgranicznie w sobie zadufana. Zupełnie przeciwieństwo więźniów sprowadzanych z Azkabanu. Połowa Wizengamotu zgrzytała zębami na sam jej widok, głośno sycząc na dźwięk bzdur, jakie ta kobieta opowiadała. Wyrok udało się wydać dopiero 1 Listopada, co i tak było dla Kingsleya zaskakująco szybkim terminem. Tryb wydania wyroku nie przewidywał – na całe szczęście – możliwości złożenia odwołania. Jakakolwiek myśl o tej kobiecie tak go mierziła, że stanowisko podsekretarza pozostawało nadal nieobsadzone, a Kingsley nie widział potrzeby, by coś zmieniać w tym względzie. Co najwyżej mógł je zupełnie zlikwidować, bez szkody dla ministerstwa.
Kiedy 1 stycznia, Kingsleyowi udało się wreszcie obsadzić ostatni z wakatów, na jego głowę, dla odmiany, zwaliły się stosy zaległej roboty papierkowej. Jak się okazało, nikogo to specjalnie nie zdziwiło, poprzednie władze zupełnie nie interesowały się bieżącą pracą administracyjną, skupiając się jedynie na polowaniu na mugolaków i zdrajców krwi. Teraz, ministerstwo musiało nadrobić roczne zaległości w sprawach podatkowych, sądowych, publicznych i majątkowych. Podpisywanie większości z tych dokumentów należało do obowiązków Ministra Magii. Jednocześnie dokonywał przeglądu kadr w ministerstwie, planując walkę z powszechnym zjawiskiem nadzatrudnienia we wszystkich departamentach i wydziałach. Kończył właśnie podpisywanie serii bardzo ważnych i jeszcze bardziej zaległych pism, skierowanych do ministerstw magii w krajach Europy centralnej, kiedy zegar wybił jedenastą, czyli czas spotkania z reporterami.

Konferencja prasowa, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich, odbyć się miała w tymczasowo zaadaptowanej do tych celów obszernej sali, do której wchodziło się z sąsiedniego korytarza. Wybór pomieszczenia był nieprzypadkowy. Kingsley, jako auror, oraz minister mający za sobą kilka spotkań z prasą, wiedział, że dobrze jest mieć „wyjście awaryjne”. Do sali konferencyjnej, o czym wiedział tylko on i kilku pracowników, można było się dostać wprost z jego korytarza, przechodząc przez dwa puste gabinety.
Kiedyś, cały ten kompleks stanowił biuro Wiceministra, Ministra do spraw Ministerstw Kolonialnych. Od chwili, gdy niemal dwadzieścia lat temu, jeszcze przed odzyskaniem niepodległości przez większość brytyjski kolonii, – przy sporym udziale tamtejszych czarodziejów – urząd został zlikwidowany. Pomieszczenia stały puste. Teraz, sala będąca miejscem narad ministrów kolonialnych, idealnie nadawała się na spotkania z reporterami.
Kingsley pchnął ostatnie drzwi, by od razu zostać oślepionym błyskiem flesza z aparatu. Spokojnym, dostojnym krokiem, przeszedł kilka metrów, dzielących drzwi od stojącej na podwyższeniu mównicy. Odczekał chwilę, dając zebranym czas na względne uciszenie się.

- Dzień dobry państwu. W dniu dzisiejszym, chciałbym wygłosić oświadczenie. – Kolejne dwie minuty upłynęły, nim zebrani w sali wyrazili swe oburzenie i się uciszyli. – W ostatnich tygodniach, Ministerstwo Magii odnotowuje wzmożone zainteresowanie ze strony mediów czarodziejskiego świata…
Prawem naszych obywateli, a w ich imieniu mediów, jest kontrolowanie działań ministerstwa, jako organu ustawodawczego i wykonawczego. Prawem obywateli, a w ich imieniu mediów, jest również żądanie uzyskania informacji, dotyczących działań przez ministerstwo podejmowanych. Obowiązkiem ministerstwa jest, takiej informacji udzielić. Działania swe, Ministerstwo Magii, realizuje poprzez biura, komisje, wydziały i departamenty, a w ich ramach, poprzez pracowników do tych zadań wyznaczonych. – Minister zrobił krótką pauzę, po czym kontynuował. – Osobami odpowiedzialnymi za nadzór nad prawidłową realizacją zadań są szefowie i kierownicy biur, komisji, et cetera. Osobami bezpośrednio i administracyjnie odpowiedzialnymi za realizację zadań ministerstwa są szefowie departamentów, oraz Minister Magii, któremu bezpośrednio podlegają.

Kingsley odłożył kartkę i zacisnął dłonie na brzegach mównicy. Przez chwilę trwał nieruchomo, w skupieniu.

- Za działania Ministerstwa Magii odpowiadają; Minister Magii i szefowie departamentów. – Zaczął swoim, głębokim, głosem. – Nie może więc być tak, że reporterzy, w sposób niekontrolowany, przemieszczają się po całym ministerstwie, zaglądają do biur i zatrzymują na korytarzach pracowników ministerstwa, wypytując ich o sprawy, które tych pracowników nie dotyczą, o których nie mają najmniejszego pojęcia. – Wziął głęboki oddech. – Niedopuszczalnym jest, by przedstawiciele mediów, pod pozorem zbierania informacji o pracy ministerstwa, śledzili jego pracowników poza godzinami i miejscem pracy. Niedopuszczalnym jest, wykorzystywanie zdobytych informacji, a tym bardziej przekręcanie oraz preparowanie faktów, w celu napisania artykułów o pracownikach ministerstwa, nie mających związku z ich zadaniami służbowymi.
Szeroko rozumiane Środki Informacji Publicznej mają prawo pozyskiwać informacje. Mają obowiązek przekazywania wszystkich informacji, bez zatajania faktów, oraz prezentowanie ich w sposób obiektywny. Z tych zadań się państwo wywiązują.
Istnieją jednak, pojęcia takie jak; etyka zawodowa, poszanowanie prywatności, poszanowanie godności osobowej, oraz ochrona dobrego imienia… Pomówienia i odpowiedzialność za nie.
Ministerstwo Magii, Minister Magii, ja, jako osoba, zmuszony jestem do podjęcia działań, mających na celu ochronę pracowników mi podległych. Ministerstwo Magii. Ja, jako jego zwierzchnik. Nie dopuszczę do zaszczucia pracowników tegoż ministerstwa, poprzez niekontrolowaną ingerencję w ich życie prywatne, oraz, a przede wszystkim podawanie do publicznej wiadomości spreparowanych, bądź opartych na pomówieniach i niesprawdzonych informacji, prowadzące do oczernienia i zniszczenia życia prywatnego pracowników. Dziękuję. To wszystko.

Kingsley wszedł z mównicy, a w sali wybuchła wrzawa. Zebrani dziennikarze przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Ze wszystkich stron strzelały flesze. Zadawano pytania i domagano się odpowiedzi i komentarzy. Minister podniósł w końcu ręce, uciszając zebranych.

- Na dzień dzisiejszy nie przewidywałem Q&A. Wszystko zostało zawarte w oświadczeniu, które państwu przekazałem.
- Panie ministrze, tylko kilka pytań. Zajmiemy jedynie chwilę. – Poprosił jeden ze stałych bywalców pierwszego piętra ministerstwa.

Minister popatrzył na niego nieprzeniknionym wzrokiem.

- Dobrze. Odpowiem na pięć pytań. – Podniosła się wrzawa. – Proszę, usiądźcie państwo na swoich miejscach, a ja odpowiem na pięć pytań. Zastanówcie się więc dobrze.
Ledwie Kingsley powrócił na mównicę, Perry White, który już naraził się tego dnia ministrowi, wykazał się brakiem rozsądku i wyczucia dziennikarskiego. Zmarnował na nieistotne sprawy dwa pytania naraz, nim udało się go uciszyć.
- Co może pan powiedzieć, na temat nowej książki Rity Skeeter? Gdzie ukrywa się Harry Potter, nie pojawia się w ministerstwie ani też innych miejscach magicznego świata. Szpital Munga odmawia komentarza… – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale oberwał w głowę podkładką do notowania, nim zdołał się odezwać.
- W odniesieniu do pierwszego pytania, panie White. Do książki pani Skeeter będę mógł się odnieść dopiero po jej ukazaniu się, jeśli oczywiście zdecyduję się na jej przeczytanie. Osobiście nie przepadam za biografiami, uwielbiam natomiast beletrystykę, więc książka ta, zapewne zostanie przeze mnie przeczytana. – W odniesieniu do drugiego z pańskich pytań. Pan Potter jest aurorem. Jeśli pozostaje on dla państwa niewidzialny, oznacza to nie mniej nie więcej, a tyle, że jest świetny w swej pracy. Im trudniej jest aurora zauważyć, tym skuteczniej wykonuje swe zadania. Pan Potter ma się dobrze, wykonuje swą pracę i z całą pewnością nie przebywa w Mungu. Kolejne pytania?
- Co może nam pan powiedzieć na temat niestosownych zachowań pracowników ministerstwa w godzinach pracy. Przykładem niech będzie ostatnia sprawa Vito Gamblera?
- Czarownica? – Reporter kiwnął potakująco. – Dotknął pan właśnie kwestii, której dotyczyło moje oświadczenie. Pracownicy ministerstwa, którzy łamią regulamin pracy, podlegają odpowiednim procedurom. Opisywane przez prasę przypadki nie wykazały znamion łamania regulaminu pracy, sprawa pana Gamblera okazała się zaś pomówieniem. Zostało to dowiedzione w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Tyle w tym temacie.
- Czy prawdą jest, że ministerstwo ma ponad roczny okres oczekiwania na wydanie dokumentu prawnego?
- I tak i nie.
- To tak czy nie?
- Ministerstwo wydaje wszystkie dokumenty, dekrety i akty prawne w sposób bieżący, niezwłoczny lub w terminie ustalonym odrębnymi przepisami. Zależy to od obowiązującej procedury. Prawdą jest natomiast, że poprzedni zarząd ministerstwa doprowadził do zaniedbań w wielu dziedzinach i względem tych dokumentów powstały ogromne opóźnienia, dotykające nie tylko obywateli ale i samo ministerstwo, ze względów na niedotrzymanie terminów między ministerialnych i Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. Czy są one ponad roczne? Nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale nie wykluczam. Ostatnie pytanie.
- W jaki sposób ministerstwo chce przeciwdziałać, jak pan określił „niedopuszczalnym” działaniom prasy, oraz w jakim terminie możemy spodziewać się pierwszych kroków ministerstwa.
- W pierwszej kolejności, niezbędne jest przeprowadzenie między departamentowych konsultacji merytorycznych i prawnych, mających na celu ustalenie zakresu i rodzaju możliwych działań. Jeśli chodzi o termin. Działania doraźne rozpoczęły się już. Pierwszym krokiem jest moje oświadczenie i to spotkanie. Kiedy podjęte zostaną kolejne? Po przeprowadzeniu konsultacji. Jedna odpowiedź ekstra dla „Magicznej Gospodyni”. Niewątpliwie przepis z ostatniego numeru, tak jak państwo sugerowali, niezmiernie mi smakował. A teraz już dziękuję. Wszyscy musimy wracać do swych zajęć.

Minister szybkim krokiem zszedł z mównicy i opuścił salę.

Nigdy nie pragnął zostać ministrem. Polityka go nie interesowała. Stosy papierków i wydawanie rozporządzeń nie było dla niego. Jego żywiołem było śledzenie, wykrywanie i aresztowanie czarnoksiężników.
Zgodził się objąć funkcję tymczasowego ministra magii, gdyż wiedział, że głównym zadaniem w tych pierwszych dniach, tygodniach, miesiącach, będzie oczyszczenie ministerstwa, oraz wyłapanie pozostających na wolności śmierciożerców i szmalcowników. Ministerstwo potrzebowało w tym okresie osoby z silną ręką, ale jednocześnie rozsądnej, mającej doświadczenie w wykrywaniu czarnoksiężników i czarnej magii.
Kiedy, już w pierwszych miesiącach lata, z różnych stron poczęły płynąć głosy o potrzebie wyboru nowego Ministra Magii, przyjął to z nieskrywaną ulgą. Nie zamierzał w nich startować. Miał wrócić do Biura Aurorów i na nowo zając się wyłapywaniem czarnoksiężników. Ostatnimi Aktami jego tymczasowego zarządu w ministerstwie, miało być ogłoszenie wyborów, a następnie przekazanie władzy kolejnemu ministrowi.

Przerażającym było, że magiczna Wielka Brytania nie posiadała przepisów określających, w jakim trybie nowy minister powinien być wybrany. Milicenta Bagnold została osadzona na stanowisku przez swego poprzednika. Knot został wybrany przez Wizengamot, pod naciskiem społeczeństwa. Scrimgeour został obsadzony przez ówczesnego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Thicknesse był marionetką. On natomiast, no cóż. Nikt nie wyraził sprzeciwu, gdy Biuro Aurorów ogłosiło go tymczasowym ministrem.

Doskonale pamiętał kolejny tydzień. Gdyby posiadał włosy, z cała pewnością rwał by je garściami. Tak, mógł jedynie próbować oskalpować się opuszkami palców. Cała Służba Administracyjna Wizengamotu zaprzęgnięta była do przekopywania kodeksów, w celu znalezienia zapisu, jak przeprowadzić wybór na stanowisko ministra. W czasie kiedy oni szukali, naciski, szczególnie Proroka Codziennego, wzrastały. Wreszcie, ósmego dnia, w głęboko ukrytym, zagrzybionym kodeksie znaleziono zapis z 1410 roku; „W przypadku wakatu na stanowisku Brytyjskiego Ministra Magii, niezwłocznie ustanawiany jest jego zastępca.” To było wszystko, co mieszczące się w dziesiątkach opasłych tomów, prawo magiczne, miało do powiedzenia.

Prawdopodobnie złożył by decyzję w ręce Wizengamotu, gdyby nie obawa – jak się okazało słuszna – o obecność w sądzie czarodziejów, osób czynnie współpracujących z poprzednimi władzami. Dotarła do niego również informacja, że na stanowisko ministra startuje Lucjusz Malfoy, hojnie obdarowujący członków składu sędziowskiego prezentami.
Ostatecznie, po raz pierwszy od 1629 roku, kiedy ustanowiono stanowisko Ministra Magii, wszyscy obywatele mieli udać się do urn wyborczych. W szranki o stanowisko ministerialne stanęła najbardziej kolorowa grupa, jaką można było sobie wyobrazić. Począwszy od wspomnianego Lucjusza Malfoya, Tiberiusa McLaggena, pragnącego odzyskać stanowisko Korneliusza Knota oraz redaktora naczelnego „Proroka”; Barnabasa Cuffe, na bankrucie Zonko kończąc.
Nieobeznanym z głosowaniami, roztargnionym czarodziejom, postanowiono ułatwić życie. Zamiast rysować kropeczki, krzyżyki i kwadraty poproszono ich: „Wpiszcie nazwisko swojego kandydata.”

Gdy Kingsley Shacklebolt zobaczył wyniki, mimo swego koloru skóry, zrobił się blady jak ściana. Społeczność czarodziejów domagała się, by kontynuował swe zarządzanie.
Chciał odmówić. Był stanowczo przeciwny pozostaniu na stanowisku i nie pomagały tu niczyje perswazje. Wtedy to, kiedy miał spotkać się z dziennikarzami i ogłosić, że odmawia. Zjawił się u niego Harry Potter.
Przez kilka następnych minut Kingsley słuchał najdziwniejszej opowieści w swoim życiu. Opowieści o tym, jak Harry umarł, jak rozmawiał z Albusem, a potem powrócił by walczyć. Wtedy to, podczas tej rozmowy, Harry zacytował mu słowa, które usłyszał po śmierci od Dumbledora; „To bardzo dziwne, ale tak już jest, że ci, którzy najbardziej się nadają do sprawowania władzy, nigdy jej nie pragną. Ci, którym tak jak tobie narzuca się przewodnictwo, a oni godzą się na to, bo muszą, i ku swojemu zdumieniu stwierdzają, że bardzo dobrze im to wychodzi.”
Nie było dnia, by nie przysięgał Harremu zemsty, za to, że namówił go do zostania ministrem na stałe.
Teraz, po ciężkim dniu papierkowej pracy, po raz kolejny przeklinał Harrego w duchu. Kiedy już miał nadzieję, że uporawszy się z stosem starych raportów, będzie mógł odrobinę odpocząć, wziął do ręki pismo, które wywołało u niego nagły napad migreny.

Była to kolejna część spisu komórek organizacyjnych, działających w ministerstwie, wraz z ich stanem personalnym. Niby nic wielkiego, jeśli jednak, po dwunastu godzinach pracy, u progu nowego milenium, otrzymujesz informację, że w ministerstwie funkcjonuje „Loża Przeciwdziałania Palenia Na Stosach i Pomocy Czarownicom Poszkodowanym”, może to być dla największego nawet czarodzieja zbyt wiele. Jak się okazywało, agenda ta, nie podlegała nikomu, nie wiadomo było na co wydawała pieniądze, pozyskując z kasy ministerstwa grube galeony, bez najmniejszego zająknięcia i pytania ze strony skarbników. Zatrudniała pięć osób, nie konsultując swego stanu kadrowego z nikim. Przewodniczącym był najstarszy z pracowników, gdy odchodził, jego rolę przejmował kolejny pod względem wieku, a na wolne miejsce kogoś sobie zatrudniano. – Zdaje się, że mugole mówią na to; Państwo w państwie. – Pomyślał i postanowił, że ma dość na dzisiaj. Wyszedł z biura, nie starając się nawet posprzątać stert papierów, zalegających na jego biurku.
Idąc do windy zastanawiał się, czy deportowanie jest aby dobrym pomysłem. Migrena zaczynała przejmować nad nim coraz większą władzę, wiedział też, że magią temu nie zaradzi. W drzwiach windy niemal wpadł na młodego pisarczyka sądowego, idącego, jak się okazało, właśnie do niego.

- Panie ministrze, Służby Ad…
- Tak widzę, widzę. O co chodzi, już wychodzę.
- Ja tylko mam tą opinię, o którą rano pan prosił. – Wręczył Kingsleyowi pergamin w zalakowanej kopercie. Minister tylko skinął głową i ruszył, by jak najszybciej opuścić ministerstwo.

Jego pojawieniu, jak zawsze, towarzyszyło ciche pyknięcie. Jak zawsze, również, aportował się na pustej plaży. Odetchnął z ulgą, że doleciał w całości i pospiesznie ruszył po piasku, by już po chwili przekroczyć St. Helen Parade i wejść przez elektrycznie rozsuwane drzwi, do budynku.
Po trzech kolejnych minutach, był nareszcie w domu. W swoim wygodnym mieszkaniu, z widokiem na ocean, na czwartym piętrze mugolskiego apartamentowca w Portsmouth. Nie czekając, aż się przewróci, wyłożył się wygodnie na białej, skórzanej kanapie. Po chwili, pojawił się przy nim Otto, jego stalowoszary, Norweski Kot Leśny. Otto wyciągnął się wygodnie przy bolącej głowie swego pana. Tego Kingsleyowi było trzeba. Kojącego mruczenia, jego puchatego, wiernego przyjaciela.

Nazajutrz obudził się wypoczęty i gotowy do pracy. Na śniadanie, tradycyjnie, były omlety i Whiskas. Whiskas oczywiście dla Otta.
Później, mając godzinkę do wyjścia, obaj rozsiedli się wygodnie na balkonie, wdychając słone, morskie powietrze, a King zabrał się do czytania otrzymanej wczoraj opinii prawnej.
Przygotowujący ją pracownic zadał sobie możliwe mało pracy, wypisując Kingsleyowi odpowiednie akty prawne, nie zaszczycają ich najmniejszym nawet komentarzem. Nota była przez to odrobinę bełkotliwa, spełniała jednak swoją rolę. Kingsley doskonale wiedział, jak uporać się z problemem nachalnej prasy.

- Panie ministrze. Nadal nie rozumiem dlaczego ja. – Percy szeptał Kingsleyowi do ucha, podczas gdy sala konferencyjna zapełniała się reporterami. – Mamy przecież Służby Informacji Publicznej Ministerstwa Magii.
- SIP zajmuje się wydawaniem ulotek informacyjnych, i poradników, jak walczyć z inferiusami. – Kingsley odparł, niemal nie ruszając ustami. – W życiu sobie z tym nie poradzą, a wiem, że ty będziesz idealny. Zaczynamy. – Wszedł na mównicę, tę samą, którą zajmował dzień wcześniej. Zegar na korytarzu wybił południe, czas było więc zaczynać.
- Dzień dobry państwu. – Zrobił dłuższą pauzę, choć doskonale wiedział, co ma mówić dalej. – Na wczorajszym spotkaniu zapowiedziałem przeprowadzenie działań, mających na celu uporządkowanie sytuacji wytworzonej przez Środki Magicznego Przekazu, a panującej wokół ministerstwa i jego pracowników. – Kolejna pauza. – W chwili obecnej przeczytam państwu treść Dekretu Ministerialnego Nr 14.4.99/1. Następnie otrzymają państwo odpowiedzi, na nurtujące pytania. – Wyprostował leżącą przed nim kartkę.

„Dekret Ministerialny Nr 24.4.99/1. Stosunkujący działania Ministerstwa Magii, pracowników Ministerstwa Magii, oraz podmiotów pozostających poza zakresem przepisów wewnątrz ministerialnych, w zakresie pozyskiwania i udzielania informacji jawnej. Dekret określa co następuje.
W stosunku do Ministerstwa Magii:
1. Ministerstwo przyjmuje zapytania w formie pisemnej, poprzez wyznaczoną do tego celu jednostkę administracyjną.
2. Ministerstwo odpowiada w formie ustnej, lub pisemnej na otrzymane zapytanie.
3. Ministerstwo odpowiada poprzez wyznaczoną jednostkę.

W stosunku do pracowników ministerstwa:
1.Pracownicy nie mogą wypowiadać się do środków magicznego przekazu, na tematy nie związane z ich zakresem działań.
2.Przed wypowiedzeniem się, pracownicy muszą uzyskać zgodę odpowiedniej jednostki.
3.Złamanie dekretu skutkuje przekazaniem pod postępowanie administracyjne.

W stosunku do podmiotów pozostających poza zakresem przepisów wewnątrz ministerialnych:
1. Wszelkie zapytania do Ministerstwa Magii składane winny być w formie pisemnej.
2. Odpowiedzi udzielane będą w formie pisemnej lub ustnej przez wyznaczoną do tego jednostkę.
3. Zakazuje się publikowania artykułów zawierających informacje o życiu prywatnym pracowników ministerstwa, bez ich wcześniejszej autoryzacji, przez rzeczonych pracowników.
4. Przebywać na terenie ministerstwa mogą jedynie pracownicy środków magicznego przekazu posiadający stosowne akredytacje.

Tryb uzyskania akredytacji, oraz wyjaśnienie pojęcia środki magicznego przekazu, oraz „życie prywatne” zawierają załączniki A,B i C niniejszego dekretu.
Dekret ma rygor natychmiastowej wykonalności.
Podpisano
Kingsley Shacklebolt M.M.”

Ostatnie punkty dekretu tonęły w narastającej wrzawie oburzenia ze strony zebranych dziennikarzy.
- Reasumując. – Podjął Kingsley, odkładając kartkę. – Od tej chwili nie możecie państwo upubliczniać żadnych informacji pozyskanych od pracowników ministerstwa. Zostali oni o tym poinformowani. Ponadto zmuszeni jesteście państwo opuścić budynek ministerstwa, a państwa pracodawcy muszą wystąpić o akredytacje. Nie wolno państwu publikować żadnych informacji o pracownikach ministerstwa, jeśli pracownicy ci nie wyrażą pisemnej zgody. Ministerstwo ustanawia również instytucję rzecznika prasowego. Nasz rzecznik, pan Percy Weasley odpowie na wszystkie… stosowne pytania. Życzę miłego dnia.

Ten dzień niewątpliwie był miły. Podobnie jak wszystkie kolejne, kiedy nad głową nie wisiało stado sępów i hien, z piórami i aparatami. W pięć minut, Kingsley Shacklebolt, stał się najbardziej znienawidzonym przez prasę Ministrem Magii w historii. Niewiele go to obeszło, dziennikarze mogli jedynie patrzyć na niego z byka i głośno zgrzytać zębami.

 

Dzieci, które nienawidziły magii Cz. II.

„Miałam pojechać do domu. Miałam rozmówić się z Fleur. Miałam spotkać się z rodzicami i braćmi. Miałam z Georgem ponabijać się z Aurora-Rona. Miałam. Zamiast tego siedzę tutaj, z tymi durnymi książkami”.

- Ginny, Ginny! Halo! Ziemia wzywa Ginny. – Przez potok myśli przebił się głos Hermiony. Podniosła na nią wzrok. – No nareszcie, wróciłaś. – Przyjaciółka dokończyła z kwaśnym uśmiechem.
- O co ci chodzi? – Ginny spytała poirytowana.
- Miałyśmy się uczyć, zapomniałaś?
- Przecież się uczymy. – Zamachała lekko podręcznikiem. Waga i rozmiary tomu nie pozwoliły na więcej.
- Nie opowiadaj bzdur. – Ofuknęła ją zdegustowana Hermiona. – Od dobrych dwudziestu minut wpatrujesz się w tą samą stronę.
- Bo od dwudziestu minut staram się pojąć co oznaczają cyfry, na tej stronie wypisane. – Warknęła, rzucając opasły podręcznik Numerologii. – W życiu nie posłucham twoich rad przy wyborze dalszej kariery. Wystarczą mi przedmioty, jakie mi zasugerowałaś.
- Przesadzasz. – Sarknęła Hermiona, nie odrywając oczu od lektury.
- Doprawdy, nie wiem jakim cudem Harry uszedł z aby jedną, paskudną blizną na piersi, podczas gdy ty mu pomagałaś.
- Teraz przesadziłaś! – Rąbnęła, z hukiem, swoim podręcznikiem. – Pomagałam mu jak umiałam i jak mówisz, wyszedł z tylko jedną blizną z tego, w dodatku taką, którą tylko ty masz szanse zobaczyć. Bill nie miał chyba tyle szczęścia, prawda? – Piorunowały się wzrokiem. – Zasugerowałam ci przedmioty, które pomogą ci w dostaniu dobrej pracy w ministerstwie. Nie moja wina, że nie chce ci się skupić choć odrobinę. – Powróciła do czytania.
- Mogłam się dobrze bawić w domu, ale nie. Posłuchałam ciebie i zostałam w zamku. Mam z tego tyle, że na przemian, siedzimy przy książkach, albo włóczymy po korytarzach, sprawdzając czy ktoś nie zamkną Pani Norris w jakiejś zbroi. Tak jakby mnie to obeszło.
- Myślałam, że jesteś miłośniczką kotów. – Hermiona odezwała się ze znikomym zainteresowaniem.
- Kotów, nie tego, konkretnego, zwierzaka.

Faktycznie, trudno było dziwić się frustracji Ginny. Nigdy nie była fanką nauki, choć sprawności umysłu nie można było jej odmówić. Bardziej przypominała swoich braci, bliźniaków. Wiecznie zwiercona, skora do psot, lubiąca ryzyko. Siedząc w zamku, nad stosami książek, kiedy na dworze pięknie przygrzewało słońce, musiała się czuć, niczym więzień Azkabanu.

Uwaga i zamkniętej w zbrojach, Pani Norris, także nie była pozbawiona podstawy. Hermiona, zabrawszy się sumiennie do swego zadania. Godzinami ciągała Ginny po korytarzach, czyhając na najmniejszą choćby oznakę dalszych, „wrogich działań”. Jako, że większość uczniów wyjechała na ferie, dewastacja zamku i ataki na mugolaków, niemal ustały. Od czasu do czasu trzeba było jedynie pomagać uwięzionemu w zbrojach kotu. Ten wybryk jednak, trudno było przypisać działaniom sabotażystów, jako że większość uczniów i Irytek, chętnie dopuściła by się takiego czyny.
Natomiast, odstrzelenie głowy posągowi Samotnego Szachisty, podczas gdy obok, w Wielkiej Sali, wszyscy jedli kolację, było nie lada wyczynem.

Tak naprawdę, przez te dwa tygodnie, nie posunęli się nawet o krok naprzód. Wypytywanie przez nauczycieli na nic się nie zdało. Hermiona i Ernie McMillan, także nie mieli się czym pochwalić.

Odnalezienia winnych byli tak blisko, jak ministerstwo wynalezienia samoczarującej różdżki.
Raz tylko, niemal udało się kogoś złapać. Idąc na śniadanie, jedynie dzięki refleksowi Ginny, Hermionie udało się uniknąć skręcenia karku od spadającego wprost na jej głowę, kamiennego wazonu z kwiatami. Popędziły wtedy, za znikającym w jednym z portyków sprawcą. Po przebiegnięciu dwóch korytarzy, umknął im w którymś z tajemnych przejść rozsianych po zamku. Kawałek dalej odnalazły jedynie, skuloną w niszy, pierwszoroczną Krukonkę, bełkoczącą, że ktoś wielki gonił ją, strzelając snopami światła.

 
 
 

  • RSS