RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2013

19. Iluzoryczny Klub Iluzjonistów.

25 kwi

Ginny.

- Co się dzieje, Ginny? – spytała Hermiona.
- Nic takiego.
- No przecież widzę, jak się zachowujesz, co się stało? – Naciskała przyjaciółka.
- Nic, tylko martwię się o Harrego, odkąd wyjechał na seminarium.
- Przecież nic mu tam nie grozi.
- Oni będą się tam uczyć, jak walczyć, prawda?
- Będą się uczyć wielu ważnych rzeczy, prawa, współpracy, będą poznawać znanych ludzi. – Oczy Hermiony zalśniły.
- Ale będą się też uczyć walczyć? – Naciskała.
- Nie wiem, ale… sądzę, że tak. – Ginny zasępiła się jeszcze bardziej, głaszcząc łeb Łapy.
- Ginny, przecież on był o wiele gorszych opałach. Walczył ze Śmierciożercami z Vv.. Voldemortem.
- Ale Harry się zmienił. – Odpowiedziała zamyślona..
– Co masz na myśli? – Hermiona spytała z niepokojem.
- W sumie nic takiego, niby jest normalny, ale jednocześnie, czy ja wiem. Przypomina Łapę – Pies podniósł łeb – znaczy, Syriusza. Ma teraz bardziej nonszalancki stosunek do łamania prawa.
- Nigdy nie przestrzegał za dobrze regulaminu. – zadrwiła Hermiona.
- Tak, ale teraz jakby mniej dbał o swoje bezpieczeństwo. Była taka sytuacja w Rio… Deportował nas z tłumu ludzi, od tak, dla zabawy.
- Pewnie chciał szybko znaleźć się z tobą sam na sam. – Hermiona pogładziła jej głowę. – Nie zamartwiaj się tak, bo osiwiejesz i cię nie pozna. Nic mu nie będzie. – Ginny pokiwała niechętnie głową.

Harry

Po dość długiej, na pewno jednak krótszej aniżeli lot do Rio, chwili, świat ponownie się zmaterializował. Stał po środku przestronnej, idealnie owalnej sali, której podłogę zdobiła mozaika przedstawiająca różę wiatrów. Idealna harmonia przestrzeni zakłócona była jedynie, przez niewielki kontuar i sąsiadujące z nim drzwi.
- Pan Harry Potter, Ministerstwo Magii, Wielka Brytania. – wysoki i chudy, niczym fasolowa tyczka mężczyzna, odezwał się cicho. Sala miała idealną akustykę. – Dziń dybry, panie Pot’ter. Zaprasza’m do mnie. – Miał przekomiczny akcent i mówił niezwykle dziwnie. Przyspieszając lub rozciągając niektóre sylaby. Kiedy Harry podszedł do kontuaru, zobaczył kolejny komiczny element kryjący się w tym człowieku. Gęste, czarne, krótko przystrzyżone wąsiki pod zbyt wielkim nosem.
- Dzień dobry. – Odparł uprzejmie.
- Pop’rosze’ pańskie za’prosze’nie. – Harry podał będący świstoklikiem pergamin. – Dobzii’e. To jest pańskie Identyfication Carte. Program seminariu’m i map’pa Center Internationale de Conference. Jedin współlo’kator już, w pokoj’u czek’a. Drugi za godzinę przybędzi’e. Auf Wieder Sehen. – Pomylił na koniec języki.
Harry opuścił salę z naręczem folderów i pergaminów w dłoniach. Zaraz za drzwiami znajdowało się obszerne, mocno przeszklone lobby z wyjściem na teren zielony po jednej, oraz licznymi schodami i korytarzami, po drugiej stronie. Pod ścianami stały miękkie fotele w kolorze écru, wraz z towarzyszącymi im stoliczkami. Harry rozłożył na jednym z nich wszystkie dokumenty. Przyjrzał się niewielkiej, śliskiej karcie z jego zdjęciem – zastanawiał się skąd je mieli – nazwiskiem, celem wizyty; „uczestnik seminarium CIS/0399/ww/1”, nie miał pojęcia co oznaczał ten skrót, ani też do czego potrzebna mu ta karta. Kolejna była niewielka mapka, ta nie nastręczała mu problemów, na koniec zabrał się za opasły folder. Na wierzchu leżał jego przydział na kwaterę, wraz z numerem pokoju i budynkiem, w którym się znajduje, porównał przydział z mapką, trzeba było przejść kawałek. Pod spodem był opasły regulamin przebywania na terenie kompleksu, oraz również opasły regulamin seminarium. Trochę zajęło nim, pomny słów Percego, przeczytał je całe. Doszedł wreszcie do programu nauczania i planu zajęć. Spojrzał najpierw na plan. Okazało się, że każdego dnia, każdego tygodnia, plan wyglądać będzie zupełnie inaczej i nie ma sensu uczenia się go na pamięć. Przez najbliższy miesiąc, podzielony na 27 dni roboczych, program przewidywał 260 godzin zajęć. Zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek, spędził w szkole tyle godzin. Pod spodem była cała, długa tabela programu nauczania.

Metody śledzenia, wykrycia I pojmania (w) 20h
Najnowsze zaklęcie i przeciwzaklęcia w służbie prawa (w) 15h
Najnowsze zaklęcia i przeciwzaklęcia w służbie prawa (ćw) 60h
Metody śledzenia, wykrycia i pojmania w krajach (sem) 60h
Prawo międzynarodowe (w) 15h
Magiczne stworzenia świata i jak z nimi walczyć (w) 5h
Praktyczne wykorzystanie magii w likwidacji zagrożeń (ćw) 30h
Współpraca międzynarodowa w czynnym zwalczaniu zagrożeń (sem) 20h
Współczesne zagrożenia dla społeczności czarodziejskiej (w) 10h
Współczesne zagrożenia dla społeczności czarodziejskiej (sem) 25h

Pod tabelą znajdowała się dodatkowa adnotacja mówiąca, że wszyscy uczestnicy seminarium będą poddawali bieżącej ewaluacji, na którą składać się będzie ich poziom zaangażowania, wiedza, chęć współpracy, zachowanie w trakcie zajęć oraz umiejętność przyswajania nowej wiedzy oraz praktycznego jej wykorzystania. Dodatkowo każdy z dziewięciu bloków zakończony miał być egzaminem. Osiągnięty wynik końcowy miał być podstawą do wystawienia pisemnej ewaluacji przesyłanej do oddelegowującej seminarzystę instytucji (w jego wypadku Ministerstwa Magii), oraz warunkiem ewentualnej kwalifikacji do późniejszego stażu.
- Byłabyś w raju, Hermiono – wymamrotał, składając ponownie papiery. Nie łudził się, że uda mu się skończyć to seminarium choćby z przeciętnym wynikiem, zbyt wiele było materiału. Postanowił jednak, zrobić tak wiele, na ile go stać. Teraz przynajmniej wiedział, że za miesiąc zobaczy Ginny, Łapę i swoich przyjaciół. Ta myśl przynosiła mu ulgę, ale i rozczarowanie zarazem.

Raz jeszcze spojrzał na mapkę i ruszył w kierunku budynku, w którym miał zamieszkać na czas odbywania seminarium. Niezwykle szybko przekonał się o zastosowaniu niewielkiej karty, kiedy przy wyjściu z głównego budynku, na teren kompleksu, został poproszony o okazanie karty identyfikacyjnej. Młody urzędnik poinformował go również, że na terenie ośrodka niemożliwa jest aportacja lub deportacja, wszystkie drzwi otwierają się jedynie za pomocą tej karty i jeśli jej zapomni albo zgubi, żadna magia nie pomoże mu w przemieszczaniu się. Ponadto jedyna droga do świata zewnętrznego prowadzić miała przez ten właśnie budynek i szklane drzwi lobby.

Tak pouczony Harry, ruszył na drugą stronę rozległego obszaru zajmowanego przez rozsiane wśród zieleni budynki Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. Nie wiedzieć czemu, przypominało mu to Hogwart. Hogwart przeniesiony do nowoczesnych budynków, gdzie każdy dom szkolny, każda niemal sala lekcyjna, każde biuro, kuchnia czy Wielka Sala, posiadałyby własny, dwu lub trzy piętrowy budynek z czerwonej cegły. Na rozstawionych w nieładzie, na zielonej trawie, ławeczkach, rozsiedli się czarodzieje różnej płci i wieku. Od młodych, wyglądających niemal szkolnie, dziewcząt, po statecznych siwych panów. Jedni o czymś dyskutowali, inni czytali, lub zwyczajnie spacerowali. Harry szedł długą, wijącą się, wysypaną białym gryzem, alejką, w oddali widząc nowoczesny budynek mieszkalny, z wymalowaną wielką literą „C” na fasadzie.
Drzwi budynku natychmiast odskoczyły, gdy tylko przesunął kartą, w miejscu, w którym powinna znajdować się klamka. Budynek utrzymany był w ciepłych, stonowanych barwach. Wspiął się dwa piętra i stanął w połowie ciągnącego na całej długości budynku, przez jego środek, korytarza. Na obu ścianach znajdowały się szeregi nowoczesnych drzwi z mosiężnymi numerami. Ruszył w prawo i już po kilku krokach wiedział, że wybrał złą drogę. Tutaj numeracja spadała. Zawrócił, spokojnie czytając tabliczki; 63,65,67 i wreszcie 69. przysunął kartę i wszedł przez otwarte drzwi do środka. Wewnątrz krzątał się już postawny mężczyzna.
- Dzień dobry. – Harry odezwał się uprzejmie, zamykając za sobą drzwi. Mężczyzna odwrócił się od łóżka. Absolutnie nie wyglądał na regulaminowe poniżej trzydziestki. Niemal łysy, z czołem mocno poznaczonym zmarszczkami i twarzą pokrytą tygodniowym zarostem. Odwrócił się szybko w stronę Harrego. Był wysoki i postawny, ale Harry nie miał wątpliwości, że może być szybki. – Zdaje się, że będziemy razem mieszkać. – mężczyzna się rozpromienił, a usta wygięły mu się w uśmiechu. Właściwie to uśmiechnął się całą twarzą. Wraz z unoszącymi się kącikami ust, do góry powędrowały policzki, powodując, że jego nieduże, głęboko osadzone oczy, które i tak zmrużyły się w czasie uśmiechu, zamieniły się teraz w wąziutką szparkę, osadzoną między policzkami a brwiami. Jedynie usta pozostały całkowicie zaciśnięte. Trudno było nie odwzajemnić uśmiechu, widząc taką ekspresję.
- Zdrastwuj tie, gawari. Fajnie, że wreszcie jesteś. – Mocno uścisnął dłoń Harrego. – Wolisz tutaj, bliżej wejścia, czy drugie przy oknie? Jedno przy oknie jest już moje. Kto pierwszy ten lepszy, ale i tak źle nie masz. – Mówił, zabierając Harremu opasłą torbę.
- Wezmę przy oknie. – Torba natychmiast przeleciała przez pokój, lądując na łóżku. – Jestem Harry, Harry Potter. – Gdy podawali sobie dłonie, nie zdążył się nawet przywitać.
- Da, da. Wiem kim jesteś. Ta wasza smocza morda u nas raz też narozrabiał, a potem nazat do was prysnął. Generał goda; lecimy do Anglii, raz trzy go rozwalim i po sprawie, ale nie. Pierwszy sekretarz godoją; międzynarodowej afery robić niebedum. No i musiał się na twoim czerepie rozwalić. – Wszystko to mówił, rozkładając różne zdjęcia i przedmioty, na wiszącej nad łóżkiem półce. – A no tak jestem K…, a pieruna. Kak masz mi kaleczyć imię to wołaj mnie Michaił. – Dokończył, odwracając się na powrót do Harrego. Ten stał jak zamurowany. Jego współlokator nazywał Voldemorta „Smoczą Mordą”. Mówił, że planowali go zabić. Zdawał się wcale go – Voldemorta – nie bać i być przekonanym, że mogli go pokonać. To mogła być tylko jedna nacja.
- Jesteś Rosjaninem. – Bardziej stwierdził, jak zapytał. A mężczyzna wybuchnął śmiechem.
- No pewno, że nie kitajec.
- I miałeś walczyć Voldemortem, ale zrezygnowaliście? – Harry był pełen podejrzeń.
- No chyba mój ojciec. – Znowu ryknął śmiechem. – Ja miałem dziewięć lat, jak ci czerep naznaczył. Czy razem ze stronami ulic i w głowach się wam poprzekręcało?
Czyli jednak nie był aż tak stary.
Zaraz po lądowaniu Harremu wydawało się, że to nauka będzie najgorsza. Już pierwszej nocy, kiedy to wszyscy seminarzyści, a było ich prawie siedemdziesięciu, zrobili małą imprezę zapoznawczą, która przeciągnęła się do białego rana, zrozumiał, że się mylił. Uczestniczące w seminarium dziewczęta – było ich tylko pięć, wykazały się większym rozsądkiem i ewakuowały tuż po północy. Mężczyźni, pomijając tych, którzy w trakcie imprezy „odpadli”, szli na rozpoczynające się o szóstej rano zajęcia z czerwonymi oczami, bólem głowy i często gęsto nieprzebrani. Harry błogosławił w duchu, że nie dał się wciągnąć w picie sportowe i miał siłę przynajmniej ogolić się i przebrać, by pierwszego dnia prezentować się nienagannie.
Po tej pierwszej imprezie okazało się, że Michaił i ich drugi współlokator, Włoch, Pietro, za kołnierz nie wylewają i uwielbiają się bawić. Noc w noc siedzieli do późnych godzin nocnych, lub, jak kto woli, wczesnych porannych. Jedząc, pijąc i grając w karty. Najciekawsze było to, że następnego dnia, na zajęciach, zawsze prezentowali się nienagannie. Harry, kiedy nudziło go już granie w karty rzucał na chłopaków Muffliato, po czym szedł się uczyć lub spać.
Najpierw jednak, był pierwszy dzień seminarium.
- Dzień dobry państwu. Nazywam się Ashaunt i jestem Komisarzem Przewodniczącym Komisji Przeciwzaklęć i Przeciwuroków, Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów – powiedział niski, łysy mężczyzna z okrągłym brzuszkiem i ogromnymi wąsami.
- Ja natomiast, nazywam się Jarzynka, i jestem Komisarzem Przewodniczącym Komisji Planowania Projektów Międzynarodowych, Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. – Mężczyzna był zupełnym przeciwieństwem Ashaunta. Był chudy jak patyk. Miał blisko dwa metry wzrostu, długie, bujne, blond włosy i twarz pozbawioną jakiegokolwiek zarostu. – Jeśli powiecie „Kapkap” albo „Kapkap i Pem”, też każdy wskaże wam drogę. – Dokończył, a przez grupę przeszedł lekki chichot. Komisarz Ashaunt również się uśmiechnął.
- To my, oraz Ingrid Songdal, przewodnicząca Komisji Koordynacji Edukacji Magicznej, jesteśmy winni, że was tu zesłano – mówił Ashaunt.
- Przepraszamy i błagamy o wybaczenie. – Dokończył jego towarzysz. Doskonale się w tym uzupełniali.
- Będziemy koordynować całe seminarium i poprowadzimy niektóre z zajęć.
- Ale, jako że jesteśmy zapracowani, będziecie mieć aż siedemnastu wykładowców. Każdy z innego kraju.
- Nasza trójka, zajmie się również egzaminowaniem i wypisywaniem ewaluacji.
- Teraz, jako że plan swój już znacie, czas iść na pierwsze z zajęć.
- Dając wam czas na wyleczenie kaca, zaczynacie od wykładu z prawa. Niech jednak przynajmniej jedno z was robi notatki, dla tych, którzy będą spali.
Po tej przemowie panowie się oddalili, a grupa ruszyła gwarnie ku sali wykładowej.
Od pierwszych zajęć, a potem na wszystkich kolejnych, Harry pilnie słuchał i starał się zanotować tyle, ile tylko zdołał. Co kończyło się szybkim zużywaniem przydzielanego pergaminu. Już drugiego dnia, znudzone jego widokiem kobiety w sekretariacie, wyposażyły go w wielką paczkę pergaminów, z zastrzeżeniem, że ma mu wystarczyć na całe seminarium. Nie był tego aż tak pewien. Zdaje się, że pilniej od niego notowały jedynie dziewczęta. Na sali wykładowej, albo seminaryjnej, kiedy byli w mniejszych grupach, przypominały mu trochę Hermionę, z jedną dłonią wyciągniętą do odpowiedzi, a drugą nieustannie coś notującą. Złudzenie to prysło, kiedy zobaczył je na sali treningowej, w akcji. Wcale nie był pewien wyniku, gdyby stanęli naprzeciw siebie, do walki.
Dość szybko Harry wyłapał jakim kluczem program był układany. Najpierw uraczono ich długimi godzinami wykładów teoretycznych. Potem mieli przejść do zajęć, w których wykłady łączyły się z ćwiczeniami. Przed obiadem dużo gadania i notowania. Po obiedzie godziny na sali treningowej. Seminaria i zajęcia o współpracy międzynarodowej zostawiono im na koniec, kiedy będą już dobrze zgrani. Do tego dochodziły obowiązkowe treningi zarówno magiczne jak i siłowe w Centrum Treningowym, z których również byli rozliczani. Będąc skonany po całodziennej nauce, Harry, przeczytawszy dokładnie regulamin, zaliczał przepisowe „dwie godziny dziennie” hurtem, w soboty i niedziele.
Świeże w jego pamięci, zmaganie się z kodeksami prawa, do swych egzaminów okresowych w Wielkiej Brytanii, okazały się zbawieniem w jego obecnej sytuacji. Wykłady z prawa międzynarodowego, oraz – co go dziwiło – metod śledzenia, były nudne do granic wytrzymałości. Połowa z seminarzystów spała. Ci, którzy nie spali, co chwila odpływali gdzieś myślami.
Harry był przekonany, że nie zrozumiał z nich nic, jakież było więc jego zdziwienie, kiedy okazało się, że był wśród 47 osób, które egzamin ten zdały. Ocen oczywiście im nie podano. Mieli je poznać po ewaluacji.
Nauka zajmowała Harremu tak wiele czasu, że nie miał nawet czasu na opuszczenie ośrodka, pozwiedzanie Cannes i wysłanie choćby krótkiego liściku do Ginny. Początkowo się temu dziwił, ale każdy spędzony tutaj, wykańczający, dzień harówki, dawał mu niebywałą satysfakcję. Działo się tak, przynajmniej w jego mniemaniu, z kilku powodów. Wiedział, że uczy się w niebywale szybkim czasie, niebywale wielu, niebywale ważnych rzeczy. W przeciwieństwie do Robardsa, zdawał sobie sprawę, jak wiele może zyskać tym wyjazdem. Ostatnim powodem, jaki dawał mu satysfakcję, a jednocześnie najważniejszym z nich wszystkich był fakt – przewidziany doskonale przez Percy’ego – że na seminarium będą najlepsi młodzi stróże prawa z całego świata. Często rozmawiali między sobą o swoich kontaktach z własnymi Ministrami, Sekretarzami, Komisarzami, czy jakiejkolwiek by nazwy przywódcy ich czarodziejskich nacji nie nosili. Harry błogosławił, że również mógł od czasu do czasu włączyć się do takiej rozmowy, wtrącając jakąś anegdotę ze swej znajomości z Kingiem.
Harry był najmłodszy w tym towarzystwie, ale nikt nie oceniał go po jego wieku. Nikt nie oceniał go po tym czego dokonał – niewielu nawet o tym wiedziało. To, jak był oceniany, a był oceniany dobrze, zawdzięczał swojej postawie na zajęciach, a właściwie trzeciemu dniu seminarium.
Był piękny, ciepły, słoneczny, wtorkowy poranek nad Cannes, z budynku „C” powoli, we względnym milczeniu wylewał się mały strumień młodych czarodziejów. Dochodziła zaledwie 6, a oni już musieli – po raz pierwszy – stawić się na sali treningowej. Ich jedyną pociechą było, że znajdowała się ona w sąsiednim budynku, nie mieli więc szans paść i usnąć po drodze. Nawet zaprawiony w porannym wstawaniu Harry miał tego poranka problemy. Trudno było się jednak dziwić, jeśli poprzedniego dnia wykłady z prawa przeciągnęły się do 22 w nocy. Niektórzy wymieniali między sobą jakieś uwagi, skupieni w niewielkich grupkach „pokojowych”. Pierwszonocna impreza bynajmniej ich nie zintegrowała.
W ogromnej, zajmującej cały jeden poziom, rozległego budynku, sali, czekał na nich Ashaunt. Wyglądał na nieznośnie wypoczętego.
- Dzień dobry, państwu. Witam na pierwszych zajęciach z Praktycznego wykorzystania magii w likwidacji zagrożeń. – Powiedział swobodnie. Harry zastanawiał się, jak ten krągły człowiek może stać przed nimi, z rękoma założonymi za plecy. Sądząc po minach, nie on jeden. – Pomyśleliśmy, że nim zaczniecie poszerzać swoją wiedzę magiczną, dobrze by było, byście zobaczyli, jak bardzo różnią się wasze magie. Będę prosił was pojedynczo. Używajcie proszę zaklęć werbalnych.
Kolejno, każdy z nich, musiał zmierzyć się z salą treningową, która okazała się gigantyczną wersją Spaceru Aurora, podczas gdy reszta oglądała zmagania zza magicznego ekranu. Już po występie pierwszych dwóch seminarzystów zrozumiał, że był w błędzie. Może i znał księgi zaklęć z Hogwartu. Mógł znać niemal wszystkie zaklęcia z książek, które dostał od Remusa i Syriusza. O obronie przed czarną magią nie wiedział jednak nic. Z każdym kolejnym seminarzystą stan ten się w nim pogłębiał. Niektórych Hinduskich, Chińskich czy Japońskich zaklęć nie tylko nie znał, ale i nie potrafiłby powtórzyć. Kiedy przyszła jego kolej, by zmierzyć się z salą treningową, obawiał się, by się nie zbłaźnić. Zaczęła dręczyć go obawa, że wcale nie powinien się tu znaleźć.
Przechodząc obok stojącego w drzwiach Ashaunta, otrzymał od niego szczyptę ziół. Stanął w wyznaczonym miejscu i włożył sobie pod język otrzymaną szczyptę. Kiedy zgasły światła, zaczął się zastanawiać, czy ma wykonać jakiś ruch, lub chociaż wyciągnąć różdżkę, większość z seminarzystów je wyciągała. Wiedział, że skryci za magicznym ekranem ludzie widzieli każde, nawet najdrobniejsze drgnienie jego ciała, grymas twarzy. „To tylko spacer, zwykły spacer” pomyślał – jakże się mylił.
Upłynęło kilka kolejnych sekund, nim poczuł jak powietrze wokół niego wibruje. Otworzył oczy i zobaczył sunącą ku niemu postać. Była jakby przesłonięta mgłą, ale z każdym metrem coraz wyraźniejsza. Był już pewien, czym ona jest. Nie poruszył się, różdżka wciąż spoczywała w jego rękawie. Za nią wyłoniła się druga, potem trzecia, czwarta. Przestał liczyć, gdy doszedł do 20. Poczuł przenikające go zimno, usłyszał przeciągły świst płynący spod kilkudziesięciu kapturów. Miał rację, Expecto patronum! Nie minęły nawet trzy sekundy od zmaterializowania się w jego dłoni różdżki, a wspaniały jeleń pędził już na dementorów.
- Są twoi. – Powiedział spokojnie. Teraz dopiero rozejrzał się dookoła. Był w przedziwnym miejscu. Z jednej strony był to las z niewielkim stawem pośrodku, z drugiej zaś, bezładne gruzowisko. Oba te miejsca wydawały mu się dziwnie znajome. Nie miał jednak czasu się zastanowić, najpierw usłyszał odległe krzyki, potem zobaczył błyski, a po chwili ziemia wokół niego wybuchła. Walczył. Walczył tak jak nigdy wcześniej nie walczył. Najpierw był spokojny, myślał logicznie, przewidywał ruchy przeciwnika. Potem jednak, trafiony zaklęciem przeciwnik runął mu pod nogi. Harry spojrzał na niego. Przeciwnik nie miał twarzy, nie… miał maskę, znał tą maskę. Zapomniał o całej logice, zrozumiał wreszcie okrzyki. Postanowił rozpętać piekło. Nie liczyło się już pokonanie przeciwników. Zmiażdży ich, zburzy mury i po zgliszczach dotrze tam, skąd płyną okrzyki walki.
Zdołał jednak posłać zaledwie jedno, najsilniejsze w swoim życiu, Expulso, obracając w proch jedną ze ścian, kiedy wszystko wokół znikło. Zapłonęły światła, przyszła kolej na kolejnego z seminarzystów.
- Jak państwo widzicie – po długich siedmiu godzinach mówił Ashaunt – każdy kraj ma inny zasób zaklęć i sposobów walki z przeciwnikiem. – Potoczył po nich spojrzeniem. – Celem tego seminarium jest, byście przy naszej pomocy nauczyli się nowych dla was sposobów walki, najnowszych zaklęć. Wiedza, którą wam przekażemy nie jest wszystkim. Większości rzeczy, możecie nauczyć się sami od siebie. Rozmawiajcie, wymieniajcie się czarami. Ćwiczcie. Uczcie się współpracy. Na dzisiaj tutaj skończymy. – Uśmiechnął się szeroko, wydymając swoje i tak szerokie, policzki.
- Panie Ashaunt? – Odezwał się czarnoskóry mężczyzna. – Czym było to zioło? – Przez grupę przeszedł pomruk potwierdzenia. Harry uświadomił sobie, że nawet przez chwilę się nad tym nie zastanawiał.
- To „zioło”, to wynalazek naszych przyjaciół z Chin. Starożytna roślina, która w ocenie mugoli powoduje halucynacje. Tak naprawdę, pomaga nam w dosłownym „zmaterializowaniu” naszych, największych, obaw. – Teraz Harry zrozumiał skąd wzięli się dementorzy, skąd wzięli się śmierciożercy, choć ani jedni, ani drudzy siebie nie przypominali, tak do końca. – Szczypta pozwalała wyzwolić w was te wizje. Większa ilość sprawiłaby je tak realnymi, jak wszystko tutaj wokół. – Ashaunt zawahał się na chwilę. – Opowiem wam pewną historię. Kiedy byłem mniej więcej w waszym wieku, może nawet młodszy – spojrzał na Harrego – i zaczynałem pracę we Francuskim Departamencie Magii, jako kadet Żandarmerii dowódcą był wtedy niejaki Lateraund. Jego dziadek był mugolskim marszałkiem, ojciec generałem, brat – także mugol – w tym czasie służył jako Pułkownik, a musicie wiedzieć, ze były to czasu tuż po mugolskiej, drugiej wielkiej wojnie. Mój szef wrodził się w rodzinę, a nawet był jeszcze gorszy. Nie miał dzieci, nie miał żony. Kiedyś przychodzi do mnie i mówi: „Nigdy nie będziesz dobrym żandarmem, Edmund. Jesteś słaby. A wiesz co czyni cię słabym? Twoi przyjaciele i wszystkie te panienki.” – Ashaunt zakasłał, jakby coś mu się wymknęło. – „Zamiast myśleć o walce, zastanawiasz się, czy ich zobaczysz. Dobry żandarm nie ma przyjaciół i rodziny.”
Nie słuchajcie, gdy ktoś wam tak mówi – kontynuował z naciskiem. – Oni nie są słabością, oni są waszą siłą. Przecież walczycie dla nich. Dla waszych rodzin, dla bliskich, dla przyjaciół. Tak jak walczę dla mojej rodziny. Oni są waszą siłą i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Walczycie by byli bezpieczni. Walczcie tak, by do nich wrócić, by móc ich zobaczyć. Człowiek, który nie ma nic do stracenia, nie będzie dobrym żandarmem, bo nie boi się śmierci. Gdy człowiek nie boi się śmierci, walczy bezmyślnie i szybko ginie. – Wydawało się, że już skończył, ale po chwili wahania znów spojrzał na Harrego. – Przyjaciele i rodzina to wiele szczęśliwych wspomnień, a te bardzo się przydają, jak pan Potter dziś pokazał. Gdyby rodzina była waszą słabością, zobaczylibyście ich dziś. Nikt z was nie zobaczył. Teraz pora na obiad.

Te siedem godzin na sali treningowej zblatowało ich lepiej niż zrobiły by to wszystkie nocne imprezy świata. Wiedzieli ile są warci i że nie ma znaczenia czy ma się lat 18 jak Harry czy 27 jak Michaił. Wzajemnie się szanowali i już w drodze na obiad wymieniali się uwagami i czarami. Zupełnie jak kobiety, które wymieniają się przepisami. Harry szedł pogrążony w rozmyślaniach nad słowami, jakie Ashaunt usłyszał od swego dowódcy. Miał przeświadczenie, że takie same słowa mógłby usłyszeć od Robardsa. Tylko kto miał rację Lateraund, czy Ashaunt? Ashaunt skończył w Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. Gdzie skończył Lateraund?
- Harry, Harry? – Z zamyślenia wyrwał go odrobinę gardłowy, ale miły, kobiecy głos. – Jesteśmy ciekawi, co to były za istoty? – Spytała go Ziva, egzotycznej urody dziewczyna z Izraela. Inni wciąż szli, ale wyraźnie wyczekiwali jego odpowiedzi.
- Które? – Spytał, pamiętając obie grupy przeciwników.
- Te pierwsze, latające. Aż się zimno od nich zrobiło, mimo że byliśmy za ekranem. – Wzdrygnęła się lekko na to wspomnienie.
- Dementorzy. Wysysają całe szczęście ze świata. Jedyne co w was zostaje to rozpacz i najgorsze wspomnienia. – Przypomniał sobie krzyki ojca, krzyki matki, kiedy Voldemort ich mordował. Przypomniał sobie to, co zobaczył dzisiaj. Syriusza wpadającego za zasłonę. – Musicie przywołać najszczęśliwsze wspomnienie w waszym życiu, musi być bardzo silne, musi was wypełnić, ono sprowadzi waszego osobistego obrońcę. Patronusa. – Przypomniał sobie wspomnienie Rio i zrobiło mu się gorąco. – Tylko on was ocali. – Dokończył cicho.
- A ci drudzy? – Tym razem był to Pedro, Argentyńczyk.
- To były robaki, wszystkie będą rozdeptane. – Odparł mściwie. – Na twarzach seminarzystów malowało się zagubienie.
- Da, to były Ścierwojady, sługusy Smoczej Mordy, da. – Wyjaśnił za niego Michaił.
- Śmierciożercy, nie ścierwojady. – Poprawił go mechanicznie.
- Da, ale toć to samo.
Reszta drogi i pół obiadu upłynęła Michaiłowi, na wyjaśnianiu, nieznającym tej historii, kim byli „Ścierwojady”. Słuchając tej opowieści z ust Michaiła, Harry zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, nikt kto nie przeżył tego, co robił Voldemort i jego poplecznicy, nigdy nie pojmie całości tej historii. Po tym, co pokazał na sali ćwiczeń, traktowali go jako równego sobie. Po wysłuchaniu opowieści, zrozumieli dodatkowo, co tak młody człowiek robi w ministerstwie i na seminarium.
On cieszył się jedynie, że był jednym z nich, jednym z wielu, a nie „tym” Harrym Potterem.

Jak już wiemy, nauka zajmowała Harremu tak wiele czasu, że nie miał nawet kiedy opuścić ośrodek, pozwiedzać Cannes i wysłać choć krótki liścik do Ginny. Kiedy więc, po drugim tygodniu seminarium, w piątkowy wieczór wracał do swojego pokoju, był szczęśliwy, że wypracował już tygodniową normę ćwiczeń i będzie mógł pójść jutro do miasta. Musiał tylko dowiedzieć się w recepcji, jak dostać się do magicznego świata. Właśnie skończyli nieduży, siedmioosobowy trening na sali ćwiczeń, w czasie którego wymieniali się narodowymi czarami. Harry stracił w czasie ćwiczeń dwa zęby, z dedykacją od niesamowicie zdolnej, ale i bezkompromisowej Zivy – wstawił je sobie na powrót magicznie. Odpłacił jej za to podpaleniem jej lśniących, czarnych włosów, które uwielbiała.
Teraz szedł spocony, w lepiącej się do ciała koszulce, miejscami uwalanej sadzą i drobinkami krwi. Zmęczony, ale zadowolony. Jedynym jego marzeniem był teraz długi prysznic. Pchnął drzwi do pokoju i wpadł w mały tłumek ludzi. Prócz Michaiła i Pietro, którzy mieli wszelkie prawo tutaj być, w pomieszczeniu była reszta ich „wesołej kompanii”. Argentyńczyk Pedro, Lasho rodem z Budapesztu oraz Egipcjanin o przewrotnym imieniu Alibaba. Nikt nie wierzył, że jest ono prawdziwe, póki nie podprowadzili jednemu z wykładowców akt osobowych seminarzystów.
- O, Harry! Nareszcie jesteś. – Uradowany Pietro klasnął w dłonie. – Wybieramy się na noc do miasta, wyrwać kilka mugolek i takie tam. – Oczy mu płonęły.
- Da. Wreszcie wolny weekend. Trzeba się porządnie zabawić. – Skwapliwie przytaknął Michaił.
- Dzięki panowie. Dzisiaj idę spać. Jutro ruszę się do miasta – powiedział, odwracając się do nich plecami, by ściągnąć brudne ciuchy. Koledzy jęknęli.
- Potter siedzi pod pantoflem. Jego serce i strategiczne narządy zostały w Anglii. – Zaśmiał się Argentyńczyk, by już po chwili oberwać brudną koszulką Harrego. Wszyscy się zaśmiali, tylko stojący najbliżej Michaił zaklął.
- Jop twoja mać. Co ty sobie na przedzie wyhaftowałeś? – spytał zafascynowany. Zawtórowało mu przeciągłe gwizdnięcie Lasho.
- Nasz Rogogon. – Węgier przyjrzał się piersi Harrego. Dokładnie temu miejscu, gdzie do niedawna była blizna po horkruksie. – Widziałem już takich co to sobie malowali smoki albo harpie, a potem sikali na ich widok, Potter. – Powiedział z powątpiewaniem. – Na co ci to?
- Taka pamiątka z Rio. – Harry odparł swobodnie, zbierając przybory toaletowe. – Prezent od dziewczyny. Na pamiątkę pokonania Rogogona i lotu na białym smoku. – Powiedział, przepychając się między nimi. – Zrobiłem to dla niej. – Zamknął za sobą drzwi łazienki, zostawiając chłopaków w konsternacji, a Lasho z otwartymi ustami. „Tak”, pomyślał. „Pokonałem Rogogona i latałem na smoku, dla niej”. Potem uśmiechnął się na wspomnienie tego wydarzenia, kiedy zdegustowana jego blizną, Ginny, zaciągnęła go do mugolskiego salonu tatuażu. Miała masę zabawy, kiedy tatuażysta kłuł go iglą z tuszem. Gdy wrócił do pokoju, chłopaków już nie było. Mógł więc spokojnie położyć się spać.

Następnego dnia wstał później niż zamierzał, ale za to całkowicie wyspany. Mógł więc wyjść do magicznego Cannes, wysłać wreszcie listy do Ginny i Hermiony. Kiedy dotarł do lobby budynku głównego, okazało się, że recepcjonista kłóci się właśnie z jakąś kobietą. Nie chciał czekać, słuchając sprzeczek, podczas gdy zapowiadał mu się ładny wolny dzień. Skręcił więc do kawiarni.
Wtedy do jego uszu dobiegł radosny pisk, a wysoki alt zaśpiewał „’Arry!” Odwrócił się i zobaczył biegnącą z niebywałą gracją, piękną, dziewczynę.
- ‚Arry! Bel Ami! – Zaśpiewała, stając przed nim. Dziewczyna miała długie, srebrne włosy i nieziemsko piękną twarz. Urodę, której nie dało się pomylić z niczyją inną.
- Gabrielle? – szybko liczył w głowie lata, ale nie mogła mieć więcej niż trzynaście, czternaście a już była wyższa od niego. Wyglądała na starszą, a przynajmniej dojrzalszą, niż była w rzeczywistości.
- Tiy pamiętasz! – Podskoczyła z radości i wycałowała mu policzki. W tym, niefortunnym, momencie, usłyszał przeciągły gwizd i znajome „Ł\Wot Maładiec” – kolejne z powiedzonek jego współlokatora. Cała wczorajsza ekipa stała w drzwiach budynku.
- To my się całą noc uganiamy za mugolami, a ty sobie, Maładiec, najlepszoł dziołchę zatrzymałeś dla siebie. – Ciągnął Rosjanin. – A taki wczoraj byłeś zmęczony, spać w nocy miałeś.
- Nie powiedział, że będzie spał sam. – Wtrącił Alibaba.
Gabrielle spojrzała na nich, jakby byli najobrzydliwszymi robakami, jakie widziała. Nie było wątpliwości, że to siostra Fleur.
- Panowie, uspokójcie się. – Odparł, gdy wyraźnie skacowani mężczyźni podeszli bliżej. – Gabrielle jest siostrą mojej… – Zastanawiał się, jak wyjaśnić jego znajomość i koligacje z Fleur. Nic lepszego jak „Szwagierka, mojego potencjalnego szwagra”, nie przychodziło mu jednak do głowy – …Znamy się z Gabrielle od… – „kiedy była taka mała” wydawało się nieodpowiednie wobec tego, jak się prezentowała. – …dziecka.
- Oui. – Zaśpiewała – ‚Arry jest mój Bel Ami. Uratował mi zicie. – Dumnie podniosła głowę. Wsunęła swoje ramię pod ramię Harrego i pociągnęła go za sobą z budynku, wyprowadzając poza tereny Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. Harry obrócił się, chcąc spojrzeć na to miejsce z zewnątrz. Okazało się, że za nimi jest wyrastająca z wysokiego ceglanego muru, zamknięta brama. Za nią widział budynki zrujnowanego, od dawna zamkniętego kompleksu fabryk. Tak się skryła międzynarodowa tajemnica magiczna.
- Do centrum jest kawałek, ale pogoda taka piękna. Przejdźmy się. – Gabrielle miała głos równie dźwięczny jak jej siostra, ale znacznie lepiej znała angielski. – Dobzi?
- Dobrze. – Zgodził się. Przecież sam miał ochotę na zwiedzanie, a słoneczna, niezbyt gorąca pogoda, nastrajała do spacerów. – Gabrielle?
- Oui?
- Skąd wiedziałaś, że tutaj jestem?
- Fleur. – Gabrielle przewróciła oczami. Najwyraźniej stawała się normalną nastolatką, przepiękną, ale normalną. Mającą chłodniejsze uczucia do siostry, niż kilka lat temu. – Wysłała mi list. Percy coś tam zrobił z Billem, a moja siostra podała mi kiedy masz wolne i kazała cię odwiedzić. – Wzruszyła ramionami. – Tak jakbym sama na to nie wpadła. – Przewróciła oczami, ale nawet przy tym wyglądała olśniewająco. Nie tak jednak jak Ginny. Choć za Ginny nie oglądali się wszyscy mijani mężczyźni… chyba. Harry sam uśmiechnął się do swoich myśli. Porównywać Ginny do Gabrielle. Jakby jakaś Wila miała w ogóle szanse. – ‚Arry?
- Słucham?
- Wy macie królową, prawda? Znaczy mugole?
- Tak. Elżbietę II. – Harry błogosławił, że dorastał wśród mugoli. Nie wiedział ilu czarodziejów wiedziało o ustroju Wielkiej Brytanii.
- Hmmm. – Gabrielle zasępiła się słysząc jego odpowiedź. – Musiałam coś źle zrozumieć. – Zmarszczyła na chwilę czoło, co nie bardzo jej wyszło. – A ona ma męża?
- Królowa? Ma, księcia… Filipa. – Jeszcze jedno pytanie i tylko Hermiona i mugole będą potrafili odpowiedzieć. – Do czego zmierzasz?
- Nie, tam było takie coś. Ale nie wiem. Może Fleur zapomniała pisać po francusku…
- Sądzę, że pisze po francusku równie dobrze, jak ty mówisz po angielsku. – Uśmiechnął się zachęcająco.
- Czy wy macie jakiegoś Króla? – Spojrzała na niego spod swoich długich rzęs. Harry wybuchnął śmiechem. – Ej, to ona napisała! Nie śmiej się ze mnie.
- Napisała „King”? – Spytał, ocierając kilka spływających łez. Gabrielle pokiwała głową. – To ksywka naszego ministra. Ma na imię Kingsley. – Gabrielle odpowiedziała „Aha” i zaczęła szczebiotać o wielu różnych, mniej lub bardziej ciekawych sprawach. Podczas gdy z jej ust płynął potok dźwięcznych opowieści, na które Harry musiał jedynie co jakiś czas odpowiadać, zbliżyli się do centrum miasta. Wokół pełno było eleganckich kamieniczek, ulice wybrukowane były kamienną kostką, a chodniki zastawione ogródkami niezliczonych kafejek. Wszędzie pełno było mugoli. Teraz dopiero Harry coś sobie uświadomił.
- A ty nie powinnaś być w szkole?
- Przecież jest sobota. – Uśmiechnęła się perliście. – My się w soboty nie uczymy.
- Ale od razu przyjeżdżać do Cannes? – spytał zdziwiony jej swobodnym tonem.
- Beauxbatons to nie więzienie. – Oburzyła się. – Mam trzynaście lat i mogę w weekend wpaść do Cannes. – Potrząsnęła dumnie burzą srebrnych włosów. – wy macie swoją wieś, my mamy Cannes.
- Hogsmeade jest przy samej szkole. – Oburzył się Harry.
- Aaa, głupi. – Zachichotała. – Beauxbatons jest na wyspie, rzut Kaflem od Cannes. – Wskazała mu połyskujące w dole uliczki wody zatoki morskiej, przy której leżało miasto. – W weekendy możemy sobie tutaj przypłynąć. Jesteśmy na miejscu. – Stali przed ładnie zdobioną, mosiężną, zamkniętą bramą. Prowadzącą do czegoś, co na pierwszy rzut oka, było kamieniczką z dużym zielonym dziedzińcem wewnątrz. Na bramie wisiała tabliczka, której znaczenia Harry nie potrafił odczytać. Jego francuski nie sięgał tak daleko. – To taka gra słów. – Podpowiedziała, podążając za jego spojrzeniem. – Jakby to przełożyć na angielski… – Postukała się palcem wskazującym w karminowe usta. – Może… Iluzoryczny Klub Iluzjonistów, ale i tak wiele traci. Wchodzimy? – Pchnęła na pozór zamkniętą na kłódkę, bramę.
Śmiało przekroczyli mosiężne kraty. Za nimi krył się widok, który zaparł Harremu dech w piersiach. Świat skryty za zdobioną bramą, z całą pewnością nie był wioską. Nazwanie go ulicą, stanowiłoby jednak wielkie nadużycie – przynajmniej w ocenie Harrego. Brukowana w fantazyjne wzory aleja musiała mieć nie mniej niż sześć metrów szerokości. Co kilka metrów, na jej środku, wyrastały przepiękne zielone drzewka, wokół których ustawione były ławeczki. Również każda ze stojących przy alei kamieniczek posiadała przynajmniej jeden zielony klombik, usianą kolorowymi kwiatami skrzynię, lub małe drzewko. Jeśli oczywiście nie posiadała tego wszystkiego, w formie niewielkiego ogrodu. Same kamieniczki zachwycały bielą piaskowca, błękitem, zielenią, czerwienią, fioletem i dziesiątkami innych barw swych fasad. Aleja tętniła życiem. Na całej jej długości, spotkać można było spacerujących, lub siedzących na ławeczkach, starszych dostojnych czarodziejów w eleganckich szatach, młodych ludzi w kolorowych mugolskich strojach, ubranych w błękit Beauxbatons uczniów. Jedni oddawali się dyskusjom, inni czytali książki i gazety, część zwyczajnie, chłonęła witaminę B spływającą z błękitnego nieba. Cały ten malowniczy obrazek, wraz z kolorowymi ogródkami przed kawiarniami, skąpany był w ciepłym słońcu. Gabrielle co chwila machała jakiemuś, swojemu szkolnemu, znajomemu (lub znajomej), którzy odprowadzali ich długimi spojrzeniami. (Specjalnie prowokuje plotki – Pomyślał Harry).
- Witaj w „prawdziwym” Cannes. – Zaśpiewała i pociągnęła go za sobą.
Prowadziła go aleją, pokazując kolorowe kafejki, które doskonale znała, eleganckie, do których uczniowie nie są wpuszczani, ale ona zamierza znaleźć sposób. Ogromne, przeszklone witryny sklepów. Co jakiś czas mijali jakąś, schowaną na zielonych skwerkach, pomiędzy kamieniczkami, fontannę. Uczniowie Beauxbatons, po zdaniu egzaminów, mieli zwyczaj kąpać się w nich, a później uciekać, przed goniącymi ich żandarmami – którzy robili wszystko by ich nie złapać. – Ot, tradycja. Gdyby nie wylatujące przez dach sowy, Harry nie zorientowałby się, że mijają pocztę. Bardziej przypominała ona Bank Gringotta, aniżeli pocztę. Znajdowała się wyżej od wszystkich budynków, schowana w głębi sporego placyku, ozdobionego marmurową fontanną w kształcie, no właśnie, sowy, której woda leciała z dzióbka. Budynek, pomimo że parterowy, wyrastał ponad część kamienic. Wszystko przez sześć marmurowych schodów, prowadzących wprost z ulicy na placyk. Schody ciągnęły się dobre dziesięć metrów, przez całą długość budynku poczty, tworząc ogromną otwartą, zalaną słońcem przestrzeń, przy i tak szerokiej alei.
Jego przewodniczka niechętnie zgodziła się na przerwanie spaceru, wyraźnie dokądś zmierzała. Cel ich podróży wyjaśnił się nie dalej, jak 3 minuty od poczty.
- Jesteśmy! – Zatrzymała się nagle, obracając go przodem do jakiegoś budyneczku. Był on niewątpliwie bardziej „swojsko pokątny”. Wąski, dwupiętrowy, drewniany, budyneczek ze spadzistym dachem pomalowany był w niezwykle odważny i pstrokaty sposób. Nad drzwiami wisiał ogromny wymalowany „celowo” niechlujnie napis. Harry uprzedził chcącą przetłumaczyć Gabrielle.
- „Kawiarnia Studencka” – powiedział.
- Iiii. Nie mówiłeś, że znasz francuski! – Nadąsała się.
- Tylko trochę.
Wprowadziła go do pozbawionej ogródka – chyba jako jedyna tutaj – kawiarenki. Wewnątrz było gwarno, jak w ulu. Wszędzie roiło się od uczniów w mundurkach, porozsiadanych na krzesłach, stołkach, niektórzy okupowali nawet podłogi. W tej kawiarence musiała istnieć jakaś nieznana Harremu siła. Przepchnęli się w odległy kraniec sali, gdzie w pobliżu kontuaru stał sporych rozmiarów stolik. Czekały tam na nich dwa fotele i pięć dziewcząt.
- Rita miałaby niezły materiał na artykuł, jakby tutaj była. Nie musiałaby czekać mojego powrotu – wymamrotał. – „Sześć nastoletnich piękności i Harry Potter.” – Dziewczęta, które usłyszały końcówkę wypowiedzi zachichotały, sądząc, że prawi im komplement.
- Więc to jest ten twój „Bel Ami”? – zawołała jedna z nich.
- Tak. To jest ‚Arry – odparła dumnie.

Wbrew początkowym obawom Harrego, spotkanie było naprawdę przyjemne. Dziewczęta okazały się bardzo rozsądnymi, acz wesołymi nastolatkami. Nie rozchicholonymi pannicami, jakich się obawiał. Nie miały też, co niezwykle go cieszyło, pojęcia kim jest Harry Potter. Wiedziały jedynie, że „Bel Ami ‚Arry” uratował życie ich koleżance. Czas płynął niezwykle szybko na fascynującej dla obu stron rozmowie. Harry zrozumiał też, czemu kawiarenka miała takie wzięcie. Czarnoskóry barman, każdemu, kto podał mu właściwe hasło, wzmacniał odrobinę serwowane napoje. Tak, że uczniowie wracali do szkoły nie wstawieni, ale na pewno rozanieleni.
Jako przedstawiciel prawa, Harry powinien jakoś zareagować, a przynajmniej być oburzony. Ze zdziwieniem odkrył jednak, że zwyczajnie go to bawi. Czuł też lekki żal, że nawet Aberforth nie chciał im sprzedać nic mocniejszego.
Raz tylko ich przyjemne spotkanie przerwane zostało pewnym incydentem. Dziewczęta żartowały sobie właśnie z jakiegoś młodego profesora, którego wciąż wodziły za nos – najlepsza była w tym Gabrielle ze swym, odziedziczonym po swej babce Wili, urokiem. Jedna z nich, Margerita – jeśli Harry dobrze zapamiętał – opowiadała, jak biedak wpadł raz na futrynę, kiedy Gabrielle puściła do niego oko, kiedy kolejna z dziewcząt – imienia tej nie zapamiętał wcale – wykrzyknęła:
- Uśmiech drogie panie! – Wszystkie, jak na komendę, obróciły się do drzwi, posyłając w tamtą stronę malownicze całusy. Nim Harry zdążył się obrócić, by zobaczyć o co chodzi, błysnął flesz lampy, łapiąc go z idealnego profilu. „Rita” – pomyślał. Jednak reporter, który właśnie wybiegał z kawiarenki, umykając przed kopniakami męskiej części uczniów, był Harremu nieznany.
- Co? – Zaczął.
- Iiii to nic takiego. Takie głupie piśmidło dla starych panien. – Zachichotała Gabrielle. – Piszą co tydzień artykuł z serii „Rozpustne życie pensjonariuszek Akademii Beauxbatons”. – Malowniczo przewróciła oczami.
- Oui. Niczym się nie przejmuj. Nawet Maddame Maxime śmieje się z tego z nami. – Dokończyła jedna z koleżanek.
Najzupełniej w świecie, nie wiedzieć kiedy, zaczęło się robić późno. Uczniowie musieli wkrótce stawić się w przystani, gdzie czekać miał na nich niewielki żaglowiec, który przewoził ich na szkolną wyspę. Gabrielle uparła się jednak odprowadzić go z powrotem do siedziby „Konferencji”.
- Spóźnisz się. – Protestował. – Naprawdę, trafię sam.
- Oj, głupi. – Zaśpiewała. – Nigdzie się nie spóźnię. – Wskazała dłonią ku części ulicy, której nie zwiedzili.
W dość sporej, lecz bliższej niż mosiężna brama, odległości, widać było szczyt najwyższego z budynków „Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów”. Tym razem szli szybciej niż przed południem. Jednak bez zbędnego pośpiechu. Po obu stronach mijali bardziej eleganckie budynki od tych, już przez Harrego widzianych. Gabrielle wskazywała je, szybko wyjaśniając przeznaczenie.
- Tutaj masz Pierwszy Bank Magiczny. Gmach główny poczty. Siedziba żandarmerii, a tutaj gmach Czarosądu. – Pokazała palcem ogromny, owalny budynek, wyższy od wszystkich poprzednich. – Tutaj – wskazała na schowany za niewielkim skwerem pałacyk – Pałac Namiestnika, taki nasz minister. Departament Magii – ministerstwo. Gmach publiczny i gmachy wydziałów. – Harry ze zdziwieniem patrzył na rozsiane na sporej przestrzeni budynki ministerstwa. Nie wyobrażał sobie, by wszystkie departamenty Brytyjskiego Ministerstwa Magii otrzymały własne budynki, a w dodatku lobby zostało umieszczone w kolejnym, największym z nich. – Jeszcze szpital. Gmach Muzeum i Biblioteki Magicznej i jesteśmy na miejscu. – Stali ponownie przed wysokim ceglanym murem. Tym razem jednak, zamiast bramy mieli eleganckie, kute drzwi z złotym napisem „Międzynarodowa Konferencja Czarodziejów”, w języku francuskim. Za drzwiami, znajdował się, przylegający do muru Budynek Główny „Konferencji”.
- Czemu rano szliśmy przez całe miasto, jeśli mogłaś mnie przyprowadzić tędy? – Zmarszczył brwi.
- Bo miałam ochotę na spacer. – Zaśpiewała. – Nawet nie próbuj mówić, że ci się nie podobało, ‚Arry.
- Podobało. Powiedz mi jeszcze jedno.
- Oui?
- Czemu ministerstwo i reszta budynków, jest w Cannes, nie Paryżu?
- Oj, głupi. – Zaśmiała się. – Bo tutaj jest Beauxbatons, a Beauxbatons był pierwszy.
- Hogwart też był pierwszy, ale ministerstwo jest w Londynie. – Odparł z przekąsem. Jej tłumaczenie nie miało sensu.
- Bo wy jesteście głupi. – Zachichotała. – Au revoir! – Krzyknęła, biegnąc, a raczej płynąc, już w kierunku z którego przyszli.
Harry pchnął odrzwia, wracając do seminaryjnego życia. Koledzy do końca mieli nie uwierzyć w historię jego znajomości z Gabrielle.
Cieszył się, że żaden brytyjski reporter nie wykrył, gdzie przebywał, kiedy zniknął z ministerstwa, a artykuł o rozpustnych pensjonariuszkach nie dotarł do Wielkiej Brytanii. Ginny miała więc poznać prawdziwą historię tego spotkania, nie zaś wersję plotkarskiego szmatławca. Nie wiedział jednak, że Rita wysmarowała jeszcze lepszą Historię…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Smok chiński.

21 kwi

Smoki z chińskich legend różnią się od tych europejskich. Smoki z chińskich legend, żyją tylko w legendach. Nie są to straszliwe potwory, z potężnymi łapami, ogromnymi skrzydłami i szponami gotowymi rozerwać cię na strzępy. Chińskie smoki swym wyglądem przypominają bardziej węże, z czterema krótkimi łapkami, niewielkimi skrzydłami z przodu tułowia i głowami zdobionymi wielobarwnymi pióropuszami z piór lub łusek. Każdy jest inny i każdy zachwyca swoim wyglądem.

Ten smok, również był wyjątkowy. Miał niezwykle smukłe, złote ciało, z ledwie widocznymi liniami łusek, biegnącymi po jego grzbiecie, które przeplatając się tworzyły delikatne romby. Jego nogi były niedostrzegalne, przynajmniej dla ludzkiego oka. Głowa tego smoka również była zachwycająca i jedyna w swoim rodzaju. Cały jego pysk migotał tysiącem iskierek, jakby pokryty był mikroskopijnymi brylancikami. Malownicza, jak u wszystkich chińskich smoków, grzywa, mieniła się idealnymi fasetkami błękitnych diamentów. Smok, złożył ją sennie na krańcu swego ogona, tworząc ze swego ciała idealny okrąg. Okrąg o rozmiarze 10.

Smok czekał…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

Tytuły wszystkich notek. Już do końca opowiadania i głosowanie.

15 kwi

Małe głosowanie. Piszcie w komentach czy mam pisać kolejne opowiadanie. Mniej niż 10 głosów nie przyjmuję.
A teraz tytuły:
27.04.2013 „Iluzoryczny Klub Iluzjonistów”
02.05.2013 Czas Ołowiu
11.05.2013 „Wx5”
25.05.2013 „Synowie Chin”
08.06.2013 Ostatni taki Galeon.
22.06.2013 Duchy przeszłości.
29.06.2013 Ja, Auror. Cz.II – Zakończenie.

 
 

18. Sepy, Hieny i Dzieci które nienawidziły magii Cz.II

10 kwi

Od Autora:
Dzisiaj nasze opowiadanie przekracza dwusetną stronę „maszynopisu”. Strona numer 200 Rozpoczyna się pierwszymi słowami Dekretu… Jakiego Dekretu? Tego dowiecie się już z tekstu.
Dziękuję wszystkim tym, którzy byli ze mną przez te 200 stron a nawet dłużej. Jogi_hp, Solcia, dałyście mi w kość jak przed wami nikt ;) Nie odpuszczajcie.

Pozdrawiam
HP:Kontynuator.
_______________________________________________________________________________________________________________

Lobby Ministerstwa Magii, jak zawsze, o tej porze dnia, pełne było pracowników i interesantów. W dłoni niósł papierowy kubek z kawą, kupiony w pobliskim, mugolskim lokalu. Odwiedzał go tak często, że przemiła, nastoletnia, ekspedientka, przestała dziwić się jego czarodziejskim szatom. Pies drapał zasady tajności – myślał – nie ma to jak dobra kawa. Nic nie pomagało mu się skupić o poranku, jak dobra kawa. Znieczulała go też na całodzienny stres. Minąwszy punkt kontroli różdżek, ruszył wprost ku windom. Co chwila jego uszu dobiegały pozdrowienia. Część z nich radosna, część pełna szacunku. Tu i ówdzie, czyjaś dłoń, wystrzeliwała w powietrze w geście pozdrowienia. Pozdrawiając pracującą w Departamencie Współpracy Międzynarodowej, tak mu się przynajmniej wydawało, dziewczynę, wrzucił pięć knutów do magicznej gabloty Proroka Codziennego. Urządzenie wypluło w jego stronę, zwinięty i przewiązany sznurkiem pakowym, egzemplarz Gazety. Nie fatygował się nawet, by go rozwinąć. Znajdzie na to chwilę czasu w swoim biurze, przy dobrym Kebabie, przywołanym z knajpki pewnego Turka z przedmieść Bristolu.

Gdy tylko wysiadł z windy, na swoim piętrze Ministerstwa Magii, otoczył go wianuszek dziennikarzy. Nie zdziwił się, stało się to już małą tradycją. W zasadzie, to dziennikarze, którzy byli tutaj stałymi bywalcami, świetnie się z nim znali. Co rano, do znudzenia, powtarzali scenkę teatralną.

- Panie ministrze, prosimy o komentarz. – Albo. – Panie ministrze, co może pan powiedzieć o ostatnich wydarzeniach. – Wołali, tłocząc się wokół niego.
- Bez komentarza. – Odpowiadał, zasłaniając się swoją aktówką. Później, jeśli była taka konieczność. On, lub Percy, organizowali briefing, lub zwyczajnie odczytywali oświadczenie.
Dzisiaj jednak, coś było inaczej. Prócz dziennikarzy będących stałymi bywalcami, kręciło się wielu nowych, mniej obytych z panującymi w ministerstwie zwyczajami.
- Panie ministrze. Panie ministrze…
- Bez komentarza.
- Ministrze, co może pan powiedzieć… – Reszta wypowiedzi utonęła w okrzykach pozostałych wysłanników prasy, oraz nieustannym trzasku lamp aparatów.
- Bez komentarza, szanowni państwo. Bez komentarza. – Odpowiadał zasłaniając się aktówką i popijając kawę.

Przy jego gabinecie było jeszcze gorzej. Kingsley wiedział z grubsza, ile w Wielkiej Brytanii jest gazet i czasopism, nawet tych, drukujących kilkadziesiąt egzemplarzy. Do tego dochodziły trzy stacje magicznego radia. Wyglądało jednak, że część z nich przysłało po kilku reporterów, jeśli nie pół redakcji.

- Ministerstwo Magii znów bryluje w prasie, co pan na to? Czy nie przeszkadzają panu, pańscy pracownicy, na szpaltach poczytnych gazet? Prosimy o komentarz, panie ministrze. – Przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Nawet znając powód tego, nagłego, zainteresowania, Kingsley nadal powtarzałby „Brak komentarza”. Kiedy przedarł się wreszcie do drzwi gabinetu, drogę zastąpił mu młody reporter.
- Nie wejdzie pan do gabinetu, Kingsley, nim nie odpowie pan na nasze pytania. – Wokół, nad podziw szybko, zrobiło się nad podziw cicho.
Minister przyjrzał się reporterowi z góry, badawczym wzrokiem. Był pewien, że nigdy wcześniej go tutaj nie widział.
- Jak się pan nazywa?
- Perry White, Prorok Codzienny. – Odpowiedział, dumny z siebie.
- No cóż, Perry. – Zaczął swoim, spokojnym, głosem. – Sądzę, że zechcesz przemyśleć swoją ostatnią wypowiedź.

Nie wiedział, czy Perry wykazał się spóźnionym rozsądkiem, czy też ktoś dał mu niemą podpowiedź, pospiesznie jednak usunął się z drogi. Kingsley wszedł spokojnie do swojego gabinetu. Dziwił się odrobinę, że nie było Rity Skeeter, ten młody Perry godnie ją jednak zastępował.
Usiadłszy przy swoim biurku rozwiązał wreszcie egzemplarz „Proroka”. Wystarczyło jedno spojrzenie na pierwszą stronę, by przewróciło mu się w żołądku.

- Nie wiesz nawet, jakie masz szczęście, że cię nie ma. – Mruknął.

Całą pierwszą stronę zajmował ogromny nagłówek: „Chłopiec, który przeżył, Champion Turnieju Trójmagicznego, Mistrz Quiddicha, Pogromca Sami – Wiecie – Kogo, Auror. Długo oczekiwana biografia najsławniejszego, brytyjskiego, czarodzieja młodego pokolenia. Rita Skeeter odsłania wszystkie tajemnice swej znajomości z Harrym Potterem.”, Pod nagłówkiem widniało ogromne zdjęcie Harrego, z rozwianymi przez wiatr, długimi niemal do ramion, włosami. Bez wątpienia, zrobiono mu je po Bitwie O Hogwart – Tylko wtedy miał tak długie włosy, jak Kingsley sobie przypominał. Twarz miał pokrytą zakrzepłą krwią i szramami. Wyglądem przypominał wojownika. Poniżej umieszczony był wywiad redaktor naczelnej, kolumny plotkarskiej, Betty Braithwaite z Ritą Skeeter.

Niemal dwa lat upłynęły od mojego, ostatniego, spotkania z Ritą, w saloniku jej wiejskiego domku. Powodem tamtej wizyty była biografia Albusa Dumbledora. Dzisiaj, sprowadza mnie do tego domu, kolejna książka pióra Rity. Tym razem, Rita postanowiła podzielić się z czytelnikami, tajemnicami z życia Harr’ego Pottera. Na dworze panuje ciepła, słoneczna pogoda, Rita zaprosiła mnie więc na swoją werandę, z widokiem na zielone wzgórza.
BB: Rito. Ponownie się spotykamy i ponownie rozmawiamy o napisanej przez ciebie biografii. Tym razem jednak, wzięłaś się za historię osoby młodej, którą co dzień możemy spotkać.
RS: Ależ Betty, – Rita śmieje się promieniście – kto powiedział, że możemy pisać tylko o umarłych.
BB: Nie boisz spotkać się z krytyką takiego postępowania? Harry Potter również może poczuć się dotknięty, poruszaniem jego życia osobistego. Książkę napisałaś wszak, bez przeprowadzania wywiadu.
RS: Betty, nie zdradzaj proszę treści mojej książki, bo więcej nie pozwolę ci żadnej przeczytać przed wydaniem – Rita chichocze. Jak możesz mnie oskarżać o takie rzeczy, nie przeprowadziłam wywiadu? Cała książka opiera się na moich spotkaniach i rozmowach z Harrym, które odbyłam przez ostatnie pięć lat. Brakujące elementy uzupełniłam wypowiedziami osób, które doskonale go znają. Jestem pewna, że Harry nie będzie miał nic przeciw.
BB: Jak mogłabyś w jednym zdaniu scharakteryzować to wydawnictwo?
RS: Ależ ta książka ma ponad tysiąc stron. Nie mogę tak po prostu, w jednym zdaniu opisać historii, która zajmie czytelników na długie wieczory.
BB: Jeślibyś jednak spróbowała?
RS: No cóż, jeśli nalegasz. Jest to oszałamiająca, a momentami porażająca, opowieść o życiu najwspanialszego czarodzieja naszych czasów.
BB: Najwspanialszego? Czy to nie nazbyt odważna teza wobec osoby, która ma ledwie 18 lat?
RS: Nie, nie, Betty. Znam Harrego na tyle, by wiedzieć, że nie odkrył przed szeroką publicznością, nawet ułamka swych umiejętności. Pokonanie setek dementorów, smoków, wielokrotne przeżycie ataków Sama-Wiesz-Kogo i co najważniejsze, uwolnienie świata spod jego jarzma. Czy wiesz, Betty, że Harry jest najmłodszym aurorem w historii?
BB: Jednym słowem, bohater?
RS: O, nie, nie. Tego bym nie powiedziała. Harry dokonał wiele dobrego, ale ma też na swoim sumieniu grzeszki.
BB: Chodzi ci o szlabany, jakie rzekomo dostawał od późniejszego dyrektora, Severusa Snapea?
RS: Och, nic z tych rzeczy. Tamto były szkolne psoty. Sam Severus Snape, dostał w tej biografii własny rozdział. Ja mam namyśli większe sprawki niż łamanie szkolnego regulaminu. Wielu może zaskoczyć, że Harry Potter znał, a co ważniejsze, używał czarnej magii – Rita kończy szeptem, jakby bała się, ze ktoś może nas podsłuchiwać.
BB: Jesteś pewna, że się nie mylisz? To może być prawdziwa bomba.
RS: Z całą pewnością będzie. Odnalazłam wiarygodnych światków tych wydarzeń.
BB: Jeśli to się potwierdzi, czy Potter może nadal być aurorem?
RS: O to bym się nie martwiła, Betty. Nasz minister ukręci sprawie głowę. Harremu absolutnie nic nie grozi.
BB: Co możesz powiedzieć czytelnikom o miłostkach pana Pottera.
RS: Nic teraz nie powiem, – Rita uśmiecha się przebiegle. No, może zdradzę jednak, że na ten temat, można by napisać całą, osobną książkę.
BB: Kiedy spotkałyśmy się tutaj ostatnim razem, mówiłyśmy o bestsellerowej biografii Albusa Dumbledora. Nazwałaś je wtedy niezdrowymi i opisałaś w dość niejednoznacznym świetle. Czy po tych dwóch latach masz coś jeszcze, w tym temacie, do dodania?
RS: Ależ oczywiście! Mam wiele do dodania. Jak sama zauważyłaś, pan Potter ma zaledwie 18 lat, Dubledore miał niemal sto, a to biografia pana Pottera jest bardziej opasła. Wtedy napisałam o relacjach Dumbledore’a z Harrym cały rozdział. Dziś tą sytuację odwracam. Zobaczycie, jak ta sytuacja wyglądała oczami Harrego i osób z jego otoczenia. Co ważniejsze, Dyrektor szkoły będzie pojawiał się znacznie częściej, aniżeli w rozdziale mu poświęconym.
BB: Pokonanie Sami-Wiemy-Kogo i noc, w którą to się stało? Czemu obaj znaleźli się w Hogwarcie?
RS: Och tak, tak. Oczywiście, że o tym opisałam. To wydarzenie rozpoczęło wszak nową erę. Ci, którzy zdecydują się na przeczytanie mej książki, odkryją jak mało wiedzą o przebiegu wydarzeń tamtej nocy. Niemal nikt, prócz śmierciożerców, nie wie na przykład, że Harry zmierzył się tej nocy z Sama-Wiesz-Kim nie tylko w Wielkiej Sali. Gdzie? Jaki przebieg miało to spotkanie? Gwarantuję wam, że będziecie zaskoczeni. Część z was może zacząć nawet kwestionować prawdziwy sens tamtych wydarzeń.
BB: Auror?
RS: Auror, auror. Gwiazda ministerstwa, prawda? Dotknęłaś ostatniego rozdziału mojej książki. Stawiam w nim bardzo ważne pytania, z których wiele nie doczekało się odpowiedzi. Czy zdajesz sobie sprawę, że nie wszyscy cieszą się z obecności Harrego w Biurze Aurorów. Niektórzy mówią, że nigdy nie powinien się tam zjawić. Możemy mówić o cichym froncie antypotteryzmu. Czemu pracownicy ministerstwa nie cieszą się z obecności Harrego Pottera? Dlaczego Harry jest tak często nieuchwytny? Gdzie znika? Czym się wtedy zajmuje? Gdzie jest teraz i czym zajmuje się tajna rada powołana przez Ministra Magii? Harry Potter jest w centrum bardzo niejasnych wydarzeń. A ja stawiam pytanie. Czy zdaje sobie z tego sprawę i dlaczego minister uparcie odmawia komentarza?

Tą budzącą niepokój serią pytań i półsłówek Rita zakończyła nasze spotkanie. Książka będzie dostępna w księgarniach i wysyłkowej sieci sprzedaży „Proroka” już w najbliższą sobotę. Musicie koniecznie przeczytać ją, jeszcze przed pierwszą rocznicą Bitwy o Hogwart.

Z Ritą Skeeter rozmawiała Betty Braithwaite.

Kingsley poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Nie chodziło już nawet o to, że Skeeter wzięła sobie na tapetę Harrego. W ostatnim czasie w prasie pojawiło się w prasie bardzo dużo artykułów o pracownikach ministerstwa. Nie było by z tym problemu, gdyby pisano o sprawach służbowych. Nie dalej jednak, jak przed tygodniem, w Czarownicy ukazał się artykuł, o rzekomym romansie pracownika Departamentu Magicznych Gier i Zakładów z jego współpracownicą. Po publikacji, człowiek posunął się do nielegalnego zażycia Veritaserum, by udowodnić żonie, że artykuł kłamie. Żona i tak wyrzuciła go jednak z domu, a sprawa ta była jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

- Percy! – Krzyknął, wrzucając odrobinę proszku w kominek.
- Zaraz będę. – Dobiegło z zielonych płomieni, a po chwili zawirował w nich chudy człowiek w okularach. Kingsley otworzył usta, lecz Percy uprzedził jego polecenie, podając trzymany w ręku pergamin. – Już to mam, panie ministrze.
Kingsley przejrzał podane mu oświadczenie dla prasy, po czym wziął pióro, by nanieść pewne poprawki. Percy był nieoceniony w tego typu zadaniach. Zawsze o krok wyprzedzając polecenie, jakie Kingsley chciał mu wydać.
- Zastanawiam się, czy nie powinienem mianować cię rzecznikiem prasowym ministerstwa, a przynajmniej moim osobistym. – Powiedział, dopisując zdania.
- Posada asystenta, jak sądzę, sama te zadania obejmuje.
- Skoro tak twierdzisz. Czy oni nadal kręcą się za drzwiami? – Percy kiwną potakująco głową. – Zwołaj więc konferencję na godzinę jedenastą i wróć, musimy pewne rzeczy ustalić. – Percy skłonił się sztywno i zniknął za drzwiami. Przez tą chwilę, kiedy były otwarte, do środka wdarł się szum podnieconych głosów.

Percy wrócił po kwadransie, wydawszy polecenia personelowi technicznemu, by przygotowali salę konferencyjną. Kingsley zdążył w tym czasie nanieść poprawki na przygotowane oświadczenie dla prasy.

- Mam je wygłosić, panie ministrze?
- Nie, tym razem ja to zrobię. Dla ciebie mam inne zadanie.
- Słucham panie ministrze.
- Prasa ostatnio na zbyt wiele sobie pozwala.
- Tak, pomyśleć by można, że ta Skeeter mogłaby dać już Harremu spokój.
- Nie chodzi mi o książkę. Rity nikomu nie uda się powstrzymać. Nawet zza krat Azkabanu pisała by jakieś „memuary”. – Ostatnie słowo powiedział z wyraźnym przekąsem. – Chodzi mi o Proroka Codziennego, Czarownicę i resztę piśmideł plotkarskich! Niech sobie piszą, że jestem łysol, który nie nadaje się do prowadzenia ministerstwa, ale od pracowników niech trzymają się z dala. W ubiegłym tygodniu. Ten pracownik z wydziału Magicznych Gier i Zakładów.
- Vito Gambler. – Wtrącił Percy. – i jego żona tylko szukała wymówki do rozwodu. Przecież wyrzuciła go, mimo że zażył Veritaserum. Wieść niesie, że sama ma kochanka…
- Plotki mnie nie interesują… Od kiedy to ty się nimi zajmujesz? – Percy wymamrotał coś niezrozumiale i spalił buraka. – Rzecz w tym, że piszą co im się żywnie podoba. Jednym jest pisanie o działaniach ministerstwa, a czym innym węszenie wokół pracowników i patrzenie, co robią poza godzinami pracy, w pustych gabinetach i na korytarzach. – Percy głośno przełknął ślinę i lekko się zaczerwienił. Wystosuj do biura Wizengamotu prośbę o opinię prawną.
- Już to zrobiłem, jeszcze nim się pan pojawił, panie ministrze. Odpowiedź będzie najdalej jutro.
- Zawsze o krok przed moimi myślami. – Kingsley pokręcił głową z niedowierzaniem. – Wróć teraz do swoich zajęć. Jak będzie taka potrzeba, to cię wezwę. Ta konferencja rozwaliła mi cały plan dnia.

Był zmęczony. Zwyczajnie, po ludzku, zmęczony. Kiedy przyjmował pozycję tymczasowego ministra, jego głównym zadaniem było przetransportowanie pozostałych przy życiu śmierciożerców do Azkabanu, dopilnowanie wypuszczenia niesłusznie skazanych i złożenie kondolencji rodzinom poległych. Kiedy został mianowany ministrem magii na stałe, musiał ogarnąć ogrom ministerstwa, z całą jego pompatycznością, przerostem formy nad treścią i zadufanymi w sobie pracownikami.
Od pierwszych dni, jednym z głównych zadań Kingsleya, było mianowanie wielu nowych szefów departamentów, biur i wydziałów, w miejsce tych osadzonych w więzieniu, lub zamordowanych. Znalezienie odpowiednich kandydatów na te stanowiska w takiej ilości i tak krótkim czasie, okazało się graniczyć niemal z cudem. Mianowanie nowych pracowników przeciągała dodatkowo, w nieskończoność ciągnąca się, lustracja. W tym wypadku jednak, sam był sobie winien, gdyż sam tą lustrację zarządził, by wyeliminować wszystkich pracowników, będących świadomymi współpracownikami poprzedniego reżimu.

Pierwszym efektem lustracji, jaki przyszło mu odczuć, było zwalenie się na jego głowę zadań, które powinny spoczywać w rękach szefów czterech różnych departamentów. Dodatkowo, jako minister, musiał przewodzić wszystkim procesom kryminalnym, a tych było co niemiara. Najdłuższy, a jednocześnie najbardziej wyniszczający psychicznie spośród nich, trwał ponad pół roku. Niezbite, na pierwszy rzut oka, dowody, zapowiadały szybkie śledztwo i jeszcze szybsze skazanie. Tymczasem, przekonana o swojej niewinności, a jednocześnie świetnie znająca wszystkie kruczki prawne, Dolores Umbridge, trzymała się dzielnie. Pomimo rozpoczęcia śledztwa jeszcze w Maju, tuż po Bitwie o Hogwart, pozbyć się Dolores Umbridge z ministerstwa udało się dopiero we wrześniu, a i to skończyło się na urlopie i areszcie domowym. Nawet różdżki, odebrać jej się nie udało. Na wszystkie przesłuchania stawiała się zadowolona z siebie, uczesana, dobrze odżywiona, nienagannie ubrana i bezgranicznie w sobie zadufana. Zupełnie przeciwieństwo więźniów sprowadzanych z Azkabanu. Połowa Wizengamotu zgrzytała zębami na sam jej widok, głośno sycząc na dźwięk bzdur, jakie ta kobieta opowiadała. Wyrok udało się wydać dopiero 1 Listopada, co i tak było dla Kingsleya zaskakująco szybkim terminem. Tryb wydania wyroku nie przewidywał – na całe szczęście – możliwości złożenia odwołania. Jakakolwiek myśl o tej kobiecie tak go mierziła, że stanowisko podsekretarza pozostawało nadal nieobsadzone, a Kingsley nie widział potrzeby, by coś zmieniać w tym względzie. Co najwyżej mógł je zupełnie zlikwidować, bez szkody dla ministerstwa.
Kiedy 1 stycznia, Kingsleyowi udało się wreszcie obsadzić ostatni z wakatów, na jego głowę, dla odmiany, zwaliły się stosy zaległej roboty papierkowej. Jak się okazało, nikogo to specjalnie nie zdziwiło, poprzednie władze zupełnie nie interesowały się bieżącą pracą administracyjną, skupiając się jedynie na polowaniu na mugolaków i zdrajców krwi. Teraz, ministerstwo musiało nadrobić roczne zaległości w sprawach podatkowych, sądowych, publicznych i majątkowych. Podpisywanie większości z tych dokumentów należało do obowiązków Ministra Magii. Jednocześnie dokonywał przeglądu kadr w ministerstwie, planując walkę z powszechnym zjawiskiem nadzatrudnienia we wszystkich departamentach i wydziałach. Kończył właśnie podpisywanie serii bardzo ważnych i jeszcze bardziej zaległych pism, skierowanych do ministerstw magii w krajach Europy centralnej, kiedy zegar wybił jedenastą, czyli czas spotkania z reporterami.

Konferencja prasowa, podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich, odbyć się miała w tymczasowo zaadaptowanej do tych celów obszernej sali, do której wchodziło się z sąsiedniego korytarza. Wybór pomieszczenia był nieprzypadkowy. Kingsley, jako auror, oraz minister mający za sobą kilka spotkań z prasą, wiedział, że dobrze jest mieć „wyjście awaryjne”. Do sali konferencyjnej, o czym wiedział tylko on i kilku pracowników, można było się dostać wprost z jego korytarza, przechodząc przez dwa puste gabinety.
Kiedyś, cały ten kompleks stanowił biuro Wiceministra, Ministra do spraw Ministerstw Kolonialnych. Od chwili, gdy niemal dwadzieścia lat temu, jeszcze przed odzyskaniem niepodległości przez większość brytyjski kolonii, – przy sporym udziale tamtejszych czarodziejów – urząd został zlikwidowany. Pomieszczenia stały puste. Teraz, sala będąca miejscem narad ministrów kolonialnych, idealnie nadawała się na spotkania z reporterami.
Kingsley pchnął ostatnie drzwi, by od razu zostać oślepionym błyskiem flesza z aparatu. Spokojnym, dostojnym krokiem, przeszedł kilka metrów, dzielących drzwi od stojącej na podwyższeniu mównicy. Odczekał chwilę, dając zebranym czas na względne uciszenie się.

- Dzień dobry państwu. W dniu dzisiejszym, chciałbym wygłosić oświadczenie. – Kolejne dwie minuty upłynęły, nim zebrani w sali wyrazili swe oburzenie i się uciszyli. – W ostatnich tygodniach, Ministerstwo Magii odnotowuje wzmożone zainteresowanie ze strony mediów czarodziejskiego świata…
Prawem naszych obywateli, a w ich imieniu mediów, jest kontrolowanie działań ministerstwa, jako organu ustawodawczego i wykonawczego. Prawem obywateli, a w ich imieniu mediów, jest również żądanie uzyskania informacji, dotyczących działań przez ministerstwo podejmowanych. Obowiązkiem ministerstwa jest, takiej informacji udzielić. Działania swe, Ministerstwo Magii, realizuje poprzez biura, komisje, wydziały i departamenty, a w ich ramach, poprzez pracowników do tych zadań wyznaczonych. – Minister zrobił krótką pauzę, po czym kontynuował. – Osobami odpowiedzialnymi za nadzór nad prawidłową realizacją zadań są szefowie i kierownicy biur, komisji, et cetera. Osobami bezpośrednio i administracyjnie odpowiedzialnymi za realizację zadań ministerstwa są szefowie departamentów, oraz Minister Magii, któremu bezpośrednio podlegają.

Kingsley odłożył kartkę i zacisnął dłonie na brzegach mównicy. Przez chwilę trwał nieruchomo, w skupieniu.

- Za działania Ministerstwa Magii odpowiadają; Minister Magii i szefowie departamentów. – Zaczął swoim, głębokim, głosem. – Nie może więc być tak, że reporterzy, w sposób niekontrolowany, przemieszczają się po całym ministerstwie, zaglądają do biur i zatrzymują na korytarzach pracowników ministerstwa, wypytując ich o sprawy, które tych pracowników nie dotyczą, o których nie mają najmniejszego pojęcia. – Wziął głęboki oddech. – Niedopuszczalnym jest, by przedstawiciele mediów, pod pozorem zbierania informacji o pracy ministerstwa, śledzili jego pracowników poza godzinami i miejscem pracy. Niedopuszczalnym jest, wykorzystywanie zdobytych informacji, a tym bardziej przekręcanie oraz preparowanie faktów, w celu napisania artykułów o pracownikach ministerstwa, nie mających związku z ich zadaniami służbowymi.
Szeroko rozumiane Środki Informacji Publicznej mają prawo pozyskiwać informacje. Mają obowiązek przekazywania wszystkich informacji, bez zatajania faktów, oraz prezentowanie ich w sposób obiektywny. Z tych zadań się państwo wywiązują.
Istnieją jednak, pojęcia takie jak; etyka zawodowa, poszanowanie prywatności, poszanowanie godności osobowej, oraz ochrona dobrego imienia… Pomówienia i odpowiedzialność za nie.
Ministerstwo Magii, Minister Magii, ja, jako osoba, zmuszony jestem do podjęcia działań, mających na celu ochronę pracowników mi podległych. Ministerstwo Magii. Ja, jako jego zwierzchnik. Nie dopuszczę do zaszczucia pracowników tegoż ministerstwa, poprzez niekontrolowaną ingerencję w ich życie prywatne, oraz, a przede wszystkim podawanie do publicznej wiadomości spreparowanych, bądź opartych na pomówieniach i niesprawdzonych informacji, prowadzące do oczernienia i zniszczenia życia prywatnego pracowników. Dziękuję. To wszystko.

Kingsley wszedł z mównicy, a w sali wybuchła wrzawa. Zebrani dziennikarze przekrzykiwali się jeden przez drugiego. Ze wszystkich stron strzelały flesze. Zadawano pytania i domagano się odpowiedzi i komentarzy. Minister podniósł w końcu ręce, uciszając zebranych.

- Na dzień dzisiejszy nie przewidywałem Q&A. Wszystko zostało zawarte w oświadczeniu, które państwu przekazałem.
- Panie ministrze, tylko kilka pytań. Zajmiemy jedynie chwilę. – Poprosił jeden ze stałych bywalców pierwszego piętra ministerstwa.

Minister popatrzył na niego nieprzeniknionym wzrokiem.

- Dobrze. Odpowiem na pięć pytań. – Podniosła się wrzawa. – Proszę, usiądźcie państwo na swoich miejscach, a ja odpowiem na pięć pytań. Zastanówcie się więc dobrze.
Ledwie Kingsley powrócił na mównicę, Perry White, który już naraził się tego dnia ministrowi, wykazał się brakiem rozsądku i wyczucia dziennikarskiego. Zmarnował na nieistotne sprawy dwa pytania naraz, nim udało się go uciszyć.
- Co może pan powiedzieć, na temat nowej książki Rity Skeeter? Gdzie ukrywa się Harry Potter, nie pojawia się w ministerstwie ani też innych miejscach magicznego świata. Szpital Munga odmawia komentarza… – Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale oberwał w głowę podkładką do notowania, nim zdołał się odezwać.
- W odniesieniu do pierwszego pytania, panie White. Do książki pani Skeeter będę mógł się odnieść dopiero po jej ukazaniu się, jeśli oczywiście zdecyduję się na jej przeczytanie. Osobiście nie przepadam za biografiami, uwielbiam natomiast beletrystykę, więc książka ta, zapewne zostanie przeze mnie przeczytana. – W odniesieniu do drugiego z pańskich pytań. Pan Potter jest aurorem. Jeśli pozostaje on dla państwa niewidzialny, oznacza to nie mniej nie więcej, a tyle, że jest świetny w swej pracy. Im trudniej jest aurora zauważyć, tym skuteczniej wykonuje swe zadania. Pan Potter ma się dobrze, wykonuje swą pracę i z całą pewnością nie przebywa w Mungu. Kolejne pytania?
- Co może nam pan powiedzieć na temat niestosownych zachowań pracowników ministerstwa w godzinach pracy. Przykładem niech będzie ostatnia sprawa Vito Gamblera?
- Czarownica? – Reporter kiwnął potakująco. – Dotknął pan właśnie kwestii, której dotyczyło moje oświadczenie. Pracownicy ministerstwa, którzy łamią regulamin pracy, podlegają odpowiednim procedurom. Opisywane przez prasę przypadki nie wykazały znamion łamania regulaminu pracy, sprawa pana Gamblera okazała się zaś pomówieniem. Zostało to dowiedzione w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Tyle w tym temacie.
- Czy prawdą jest, że ministerstwo ma ponad roczny okres oczekiwania na wydanie dokumentu prawnego?
- I tak i nie.
- To tak czy nie?
- Ministerstwo wydaje wszystkie dokumenty, dekrety i akty prawne w sposób bieżący, niezwłoczny lub w terminie ustalonym odrębnymi przepisami. Zależy to od obowiązującej procedury. Prawdą jest natomiast, że poprzedni zarząd ministerstwa doprowadził do zaniedbań w wielu dziedzinach i względem tych dokumentów powstały ogromne opóźnienia, dotykające nie tylko obywateli ale i samo ministerstwo, ze względów na niedotrzymanie terminów między ministerialnych i Międzynarodowej Konferencji Czarodziejów. Czy są one ponad roczne? Nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale nie wykluczam. Ostatnie pytanie.
- W jaki sposób ministerstwo chce przeciwdziałać, jak pan określił „niedopuszczalnym” działaniom prasy, oraz w jakim terminie możemy spodziewać się pierwszych kroków ministerstwa.
- W pierwszej kolejności, niezbędne jest przeprowadzenie między departamentowych konsultacji merytorycznych i prawnych, mających na celu ustalenie zakresu i rodzaju możliwych działań. Jeśli chodzi o termin. Działania doraźne rozpoczęły się już. Pierwszym krokiem jest moje oświadczenie i to spotkanie. Kiedy podjęte zostaną kolejne? Po przeprowadzeniu konsultacji. Jedna odpowiedź ekstra dla „Magicznej Gospodyni”. Niewątpliwie przepis z ostatniego numeru, tak jak państwo sugerowali, niezmiernie mi smakował. A teraz już dziękuję. Wszyscy musimy wracać do swych zajęć.

Minister szybkim krokiem zszedł z mównicy i opuścił salę.

Nigdy nie pragnął zostać ministrem. Polityka go nie interesowała. Stosy papierków i wydawanie rozporządzeń nie było dla niego. Jego żywiołem było śledzenie, wykrywanie i aresztowanie czarnoksiężników.
Zgodził się objąć funkcję tymczasowego ministra magii, gdyż wiedział, że głównym zadaniem w tych pierwszych dniach, tygodniach, miesiącach, będzie oczyszczenie ministerstwa, oraz wyłapanie pozostających na wolności śmierciożerców i szmalcowników. Ministerstwo potrzebowało w tym okresie osoby z silną ręką, ale jednocześnie rozsądnej, mającej doświadczenie w wykrywaniu czarnoksiężników i czarnej magii.
Kiedy, już w pierwszych miesiącach lata, z różnych stron poczęły płynąć głosy o potrzebie wyboru nowego Ministra Magii, przyjął to z nieskrywaną ulgą. Nie zamierzał w nich startować. Miał wrócić do Biura Aurorów i na nowo zając się wyłapywaniem czarnoksiężników. Ostatnimi Aktami jego tymczasowego zarządu w ministerstwie, miało być ogłoszenie wyborów, a następnie przekazanie władzy kolejnemu ministrowi.

Przerażającym było, że magiczna Wielka Brytania nie posiadała przepisów określających, w jakim trybie nowy minister powinien być wybrany. Milicenta Bagnold została osadzona na stanowisku przez swego poprzednika. Knot został wybrany przez Wizengamot, pod naciskiem społeczeństwa. Scrimgeour został obsadzony przez ówczesnego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Thicknesse był marionetką. On natomiast, no cóż. Nikt nie wyraził sprzeciwu, gdy Biuro Aurorów ogłosiło go tymczasowym ministrem.

Doskonale pamiętał kolejny tydzień. Gdyby posiadał włosy, z cała pewnością rwał by je garściami. Tak, mógł jedynie próbować oskalpować się opuszkami palców. Cała Służba Administracyjna Wizengamotu zaprzęgnięta była do przekopywania kodeksów, w celu znalezienia zapisu, jak przeprowadzić wybór na stanowisko ministra. W czasie kiedy oni szukali, naciski, szczególnie Proroka Codziennego, wzrastały. Wreszcie, ósmego dnia, w głęboko ukrytym, zagrzybionym kodeksie znaleziono zapis z 1410 roku; „W przypadku wakatu na stanowisku Brytyjskiego Ministra Magii, niezwłocznie ustanawiany jest jego zastępca.” To było wszystko, co mieszczące się w dziesiątkach opasłych tomów, prawo magiczne, miało do powiedzenia.

Prawdopodobnie złożył by decyzję w ręce Wizengamotu, gdyby nie obawa – jak się okazało słuszna – o obecność w sądzie czarodziejów, osób czynnie współpracujących z poprzednimi władzami. Dotarła do niego również informacja, że na stanowisko ministra startuje Lucjusz Malfoy, hojnie obdarowujący członków składu sędziowskiego prezentami.
Ostatecznie, po raz pierwszy od 1629 roku, kiedy ustanowiono stanowisko Ministra Magii, wszyscy obywatele mieli udać się do urn wyborczych. W szranki o stanowisko ministerialne stanęła najbardziej kolorowa grupa, jaką można było sobie wyobrazić. Począwszy od wspomnianego Lucjusza Malfoya, Tiberiusa McLaggena, pragnącego odzyskać stanowisko Korneliusza Knota oraz redaktora naczelnego „Proroka”; Barnabasa Cuffe, na bankrucie Zonko kończąc.
Nieobeznanym z głosowaniami, roztargnionym czarodziejom, postanowiono ułatwić życie. Zamiast rysować kropeczki, krzyżyki i kwadraty poproszono ich: „Wpiszcie nazwisko swojego kandydata.”

Gdy Kingsley Shacklebolt zobaczył wyniki, mimo swego koloru skóry, zrobił się blady jak ściana. Społeczność czarodziejów domagała się, by kontynuował swe zarządzanie.
Chciał odmówić. Był stanowczo przeciwny pozostaniu na stanowisku i nie pomagały tu niczyje perswazje. Wtedy to, kiedy miał spotkać się z dziennikarzami i ogłosić, że odmawia. Zjawił się u niego Harry Potter.
Przez kilka następnych minut Kingsley słuchał najdziwniejszej opowieści w swoim życiu. Opowieści o tym, jak Harry umarł, jak rozmawiał z Albusem, a potem powrócił by walczyć. Wtedy to, podczas tej rozmowy, Harry zacytował mu słowa, które usłyszał po śmierci od Dumbledora; „To bardzo dziwne, ale tak już jest, że ci, którzy najbardziej się nadają do sprawowania władzy, nigdy jej nie pragną. Ci, którym tak jak tobie narzuca się przewodnictwo, a oni godzą się na to, bo muszą, i ku swojemu zdumieniu stwierdzają, że bardzo dobrze im to wychodzi.”
Nie było dnia, by nie przysięgał Harremu zemsty, za to, że namówił go do zostania ministrem na stałe.
Teraz, po ciężkim dniu papierkowej pracy, po raz kolejny przeklinał Harrego w duchu. Kiedy już miał nadzieję, że uporawszy się z stosem starych raportów, będzie mógł odrobinę odpocząć, wziął do ręki pismo, które wywołało u niego nagły napad migreny.

Była to kolejna część spisu komórek organizacyjnych, działających w ministerstwie, wraz z ich stanem personalnym. Niby nic wielkiego, jeśli jednak, po dwunastu godzinach pracy, u progu nowego milenium, otrzymujesz informację, że w ministerstwie funkcjonuje „Loża Przeciwdziałania Palenia Na Stosach i Pomocy Czarownicom Poszkodowanym”, może to być dla największego nawet czarodzieja zbyt wiele. Jak się okazywało, agenda ta, nie podlegała nikomu, nie wiadomo było na co wydawała pieniądze, pozyskując z kasy ministerstwa grube galeony, bez najmniejszego zająknięcia i pytania ze strony skarbników. Zatrudniała pięć osób, nie konsultując swego stanu kadrowego z nikim. Przewodniczącym był najstarszy z pracowników, gdy odchodził, jego rolę przejmował kolejny pod względem wieku, a na wolne miejsce kogoś sobie zatrudniano. – Zdaje się, że mugole mówią na to; Państwo w państwie. – Pomyślał i postanowił, że ma dość na dzisiaj. Wyszedł z biura, nie starając się nawet posprzątać stert papierów, zalegających na jego biurku.
Idąc do windy zastanawiał się, czy deportowanie jest aby dobrym pomysłem. Migrena zaczynała przejmować nad nim coraz większą władzę, wiedział też, że magią temu nie zaradzi. W drzwiach windy niemal wpadł na młodego pisarczyka sądowego, idącego, jak się okazało, właśnie do niego.

- Panie ministrze, Służby Ad…
- Tak widzę, widzę. O co chodzi, już wychodzę.
- Ja tylko mam tą opinię, o którą rano pan prosił. – Wręczył Kingsleyowi pergamin w zalakowanej kopercie. Minister tylko skinął głową i ruszył, by jak najszybciej opuścić ministerstwo.

Jego pojawieniu, jak zawsze, towarzyszyło ciche pyknięcie. Jak zawsze, również, aportował się na pustej plaży. Odetchnął z ulgą, że doleciał w całości i pospiesznie ruszył po piasku, by już po chwili przekroczyć St. Helen Parade i wejść przez elektrycznie rozsuwane drzwi, do budynku.
Po trzech kolejnych minutach, był nareszcie w domu. W swoim wygodnym mieszkaniu, z widokiem na ocean, na czwartym piętrze mugolskiego apartamentowca w Portsmouth. Nie czekając, aż się przewróci, wyłożył się wygodnie na białej, skórzanej kanapie. Po chwili, pojawił się przy nim Otto, jego stalowoszary, Norweski Kot Leśny. Otto wyciągnął się wygodnie przy bolącej głowie swego pana. Tego Kingsleyowi było trzeba. Kojącego mruczenia, jego puchatego, wiernego przyjaciela.

Nazajutrz obudził się wypoczęty i gotowy do pracy. Na śniadanie, tradycyjnie, były omlety i Whiskas. Whiskas oczywiście dla Otta.
Później, mając godzinkę do wyjścia, obaj rozsiedli się wygodnie na balkonie, wdychając słone, morskie powietrze, a King zabrał się do czytania otrzymanej wczoraj opinii prawnej.
Przygotowujący ją pracownic zadał sobie możliwe mało pracy, wypisując Kingsleyowi odpowiednie akty prawne, nie zaszczycają ich najmniejszym nawet komentarzem. Nota była przez to odrobinę bełkotliwa, spełniała jednak swoją rolę. Kingsley doskonale wiedział, jak uporać się z problemem nachalnej prasy.

- Panie ministrze. Nadal nie rozumiem dlaczego ja. – Percy szeptał Kingsleyowi do ucha, podczas gdy sala konferencyjna zapełniała się reporterami. – Mamy przecież Służby Informacji Publicznej Ministerstwa Magii.
- SIP zajmuje się wydawaniem ulotek informacyjnych, i poradników, jak walczyć z inferiusami. – Kingsley odparł, niemal nie ruszając ustami. – W życiu sobie z tym nie poradzą, a wiem, że ty będziesz idealny. Zaczynamy. – Wszedł na mównicę, tę samą, którą zajmował dzień wcześniej. Zegar na korytarzu wybił południe, czas było więc zaczynać.
- Dzień dobry państwu. – Zrobił dłuższą pauzę, choć doskonale wiedział, co ma mówić dalej. – Na wczorajszym spotkaniu zapowiedziałem przeprowadzenie działań, mających na celu uporządkowanie sytuacji wytworzonej przez Środki Magicznego Przekazu, a panującej wokół ministerstwa i jego pracowników. – Kolejna pauza. – W chwili obecnej przeczytam państwu treść Dekretu Ministerialnego Nr 14.4.99/1. Następnie otrzymają państwo odpowiedzi, na nurtujące pytania. – Wyprostował leżącą przed nim kartkę.

„Dekret Ministerialny Nr 24.4.99/1. Stosunkujący działania Ministerstwa Magii, pracowników Ministerstwa Magii, oraz podmiotów pozostających poza zakresem przepisów wewnątrz ministerialnych, w zakresie pozyskiwania i udzielania informacji jawnej. Dekret określa co następuje.
W stosunku do Ministerstwa Magii:
1. Ministerstwo przyjmuje zapytania w formie pisemnej, poprzez wyznaczoną do tego celu jednostkę administracyjną.
2. Ministerstwo odpowiada w formie ustnej, lub pisemnej na otrzymane zapytanie.
3. Ministerstwo odpowiada poprzez wyznaczoną jednostkę.

W stosunku do pracowników ministerstwa:
1.Pracownicy nie mogą wypowiadać się do środków magicznego przekazu, na tematy nie związane z ich zakresem działań.
2.Przed wypowiedzeniem się, pracownicy muszą uzyskać zgodę odpowiedniej jednostki.
3.Złamanie dekretu skutkuje przekazaniem pod postępowanie administracyjne.

W stosunku do podmiotów pozostających poza zakresem przepisów wewnątrz ministerialnych:
1. Wszelkie zapytania do Ministerstwa Magii składane winny być w formie pisemnej.
2. Odpowiedzi udzielane będą w formie pisemnej lub ustnej przez wyznaczoną do tego jednostkę.
3. Zakazuje się publikowania artykułów zawierających informacje o życiu prywatnym pracowników ministerstwa, bez ich wcześniejszej autoryzacji, przez rzeczonych pracowników.
4. Przebywać na terenie ministerstwa mogą jedynie pracownicy środków magicznego przekazu posiadający stosowne akredytacje.

Tryb uzyskania akredytacji, oraz wyjaśnienie pojęcia środki magicznego przekazu, oraz „życie prywatne” zawierają załączniki A,B i C niniejszego dekretu.
Dekret ma rygor natychmiastowej wykonalności.
Podpisano
Kingsley Shacklebolt M.M.”

Ostatnie punkty dekretu tonęły w narastającej wrzawie oburzenia ze strony zebranych dziennikarzy.
- Reasumując. – Podjął Kingsley, odkładając kartkę. – Od tej chwili nie możecie państwo upubliczniać żadnych informacji pozyskanych od pracowników ministerstwa. Zostali oni o tym poinformowani. Ponadto zmuszeni jesteście państwo opuścić budynek ministerstwa, a państwa pracodawcy muszą wystąpić o akredytacje. Nie wolno państwu publikować żadnych informacji o pracownikach ministerstwa, jeśli pracownicy ci nie wyrażą pisemnej zgody. Ministerstwo ustanawia również instytucję rzecznika prasowego. Nasz rzecznik, pan Percy Weasley odpowie na wszystkie… stosowne pytania. Życzę miłego dnia.

Ten dzień niewątpliwie był miły. Podobnie jak wszystkie kolejne, kiedy nad głową nie wisiało stado sępów i hien, z piórami i aparatami. W pięć minut, Kingsley Shacklebolt, stał się najbardziej znienawidzonym przez prasę Ministrem Magii w historii. Niewiele go to obeszło, dziennikarze mogli jedynie patrzyć na niego z byka i głośno zgrzytać zębami.

 

Dzieci, które nienawidziły magii Cz. II.

„Miałam pojechać do domu. Miałam rozmówić się z Fleur. Miałam spotkać się z rodzicami i braćmi. Miałam z Georgem ponabijać się z Aurora-Rona. Miałam. Zamiast tego siedzę tutaj, z tymi durnymi książkami”.

- Ginny, Ginny! Halo! Ziemia wzywa Ginny. – Przez potok myśli przebił się głos Hermiony. Podniosła na nią wzrok. – No nareszcie, wróciłaś. – Przyjaciółka dokończyła z kwaśnym uśmiechem.
- O co ci chodzi? – Ginny spytała poirytowana.
- Miałyśmy się uczyć, zapomniałaś?
- Przecież się uczymy. – Zamachała lekko podręcznikiem. Waga i rozmiary tomu nie pozwoliły na więcej.
- Nie opowiadaj bzdur. – Ofuknęła ją zdegustowana Hermiona. – Od dobrych dwudziestu minut wpatrujesz się w tą samą stronę.
- Bo od dwudziestu minut staram się pojąć co oznaczają cyfry, na tej stronie wypisane. – Warknęła, rzucając opasły podręcznik Numerologii. – W życiu nie posłucham twoich rad przy wyborze dalszej kariery. Wystarczą mi przedmioty, jakie mi zasugerowałaś.
- Przesadzasz. – Sarknęła Hermiona, nie odrywając oczu od lektury.
- Doprawdy, nie wiem jakim cudem Harry uszedł z aby jedną, paskudną blizną na piersi, podczas gdy ty mu pomagałaś.
- Teraz przesadziłaś! – Rąbnęła, z hukiem, swoim podręcznikiem. – Pomagałam mu jak umiałam i jak mówisz, wyszedł z tylko jedną blizną z tego, w dodatku taką, którą tylko ty masz szanse zobaczyć. Bill nie miał chyba tyle szczęścia, prawda? – Piorunowały się wzrokiem. – Zasugerowałam ci przedmioty, które pomogą ci w dostaniu dobrej pracy w ministerstwie. Nie moja wina, że nie chce ci się skupić choć odrobinę. – Powróciła do czytania.
- Mogłam się dobrze bawić w domu, ale nie. Posłuchałam ciebie i zostałam w zamku. Mam z tego tyle, że na przemian, siedzimy przy książkach, albo włóczymy po korytarzach, sprawdzając czy ktoś nie zamkną Pani Norris w jakiejś zbroi. Tak jakby mnie to obeszło.
- Myślałam, że jesteś miłośniczką kotów. – Hermiona odezwała się ze znikomym zainteresowaniem.
- Kotów, nie tego, konkretnego, zwierzaka.

Faktycznie, trudno było dziwić się frustracji Ginny. Nigdy nie była fanką nauki, choć sprawności umysłu nie można było jej odmówić. Bardziej przypominała swoich braci, bliźniaków. Wiecznie zwiercona, skora do psot, lubiąca ryzyko. Siedząc w zamku, nad stosami książek, kiedy na dworze pięknie przygrzewało słońce, musiała się czuć, niczym więzień Azkabanu.

Uwaga i zamkniętej w zbrojach, Pani Norris, także nie była pozbawiona podstawy. Hermiona, zabrawszy się sumiennie do swego zadania. Godzinami ciągała Ginny po korytarzach, czyhając na najmniejszą choćby oznakę dalszych, „wrogich działań”. Jako, że większość uczniów wyjechała na ferie, dewastacja zamku i ataki na mugolaków, niemal ustały. Od czasu do czasu trzeba było jedynie pomagać uwięzionemu w zbrojach kotu. Ten wybryk jednak, trudno było przypisać działaniom sabotażystów, jako że większość uczniów i Irytek, chętnie dopuściła by się takiego czyny.
Natomiast, odstrzelenie głowy posągowi Samotnego Szachisty, podczas gdy obok, w Wielkiej Sali, wszyscy jedli kolację, było nie lada wyczynem.

Tak naprawdę, przez te dwa tygodnie, nie posunęli się nawet o krok naprzód. Wypytywanie przez nauczycieli na nic się nie zdało. Hermiona i Ernie McMillan, także nie mieli się czym pochwalić.

Odnalezienia winnych byli tak blisko, jak ministerstwo wynalezienia samoczarującej różdżki.
Raz tylko, niemal udało się kogoś złapać. Idąc na śniadanie, jedynie dzięki refleksowi Ginny, Hermionie udało się uniknąć skręcenia karku od spadającego wprost na jej głowę, kamiennego wazonu z kwiatami. Popędziły wtedy, za znikającym w jednym z portyków sprawcą. Po przebiegnięciu dwóch korytarzy, umknął im w którymś z tajemnych przejść rozsianych po zamku. Kawałek dalej odnalazły jedynie, skuloną w niszy, pierwszoroczną Krukonkę, bełkoczącą, że ktoś wielki gonił ją, strzelając snopami światła.

 
 

Dzień dobry, Teddy.

02 kwi

Dzień dobry. Babcia zawsze powtarza, żebym mówił „Dzień dobry”, kiedy ktoś nas odwiedza, albo kogoś spotykamy.
Ja bardzo chętnie mówię „Dzień dobry”, ale brzmi to bardziej jak, „A ja ha ha”. Wiele rzeczy, które mówię, brzmi właśnie w ten sposób. Pewnie jest tak dlatego, że umiem dopiero powiedzieć „baba”, czasami mówię „Uj”, to kiedy widzę mojego wujka, a większość przedmiotów nazywa się po prostu „O”. No i śmieję się, och jak ja często się śmieję, a wszyscy śmieją się ze mną.

„Baba” mówi, że ja jestem malutki smyk, ale ja nie jestem malutki. Ja jestem duzi. Ale wszyscy są bardziej duzi ode mnie. „Baba” jest duzia, „Uj” jest duzi i wszyscy są duzi. Kiedy chcę jeść to „baba” usadza mnie na krześle, bo ono też jest takie duzie, ale chyba mniejsze jak jeszcze niedawno. No i teraz wszystko jest bliżej, bo nauczyłem się chodzić. Tak! Nauczyłem się chodzić. Chodzenie jest fajne, tylko czasami pupa od niego boli, kiedy podłoga robi o nią „klap”.

Dzisiaj był fajny dzień u nas. Najpierw „baba” dała mu rano buziaka, zawsze mi daje rano buziaka, a potem dostałem takiego maleńkiego, mięciuśkiego, latającego hipogryfka. Mogę go tulić, a potem go puścić a on będzie latał mi wokół główki. Może się od tego nieźle zamigać przed oczkami, a wtedy znowu pupcia boli, bo ziemia robi „klap”.

Później przyszli do nas różni ludzie. „Baba” mówiła, że przyszli do mnie. Najpierw pojawili się dwaj, „baba” mówiła, że to moje „Uje”, ale ja nie wiem. Jeden cały czerwony a drugi był większy i tak fajnie porysowaną miał twarz. Te „Uje” nie potrafią się bawić, jak mój „Uj”. On się wygłupia, lata mnie w powietrzu, tarzamy się po dywanach, aż „baba” krzyczy. Czasami przyprowadza też wielkiego kudłacza, na którym daje mi jeździć. Oooo „baba” jest wtedy bardzo zła.

Te „Uje” to do mnie coś mówiły, ale to nie było takie śmieszne jak mój „Uj”. Ja myśle, że to nie mogą być prawdziwe „Uje”. Potem przyszli pani i pan. „Baba” mówiła mi, że to ciocia i „Uj” ale, ja myślę, że to jakaś druga „baba”, która mnie jeszcze nie odwiedzała. Ona mnie mocno tuliła, oj bardzo mocno tuliła i ciągle coś mówiła. Był też duży czarny pan, ale ja się go mocno bałem, bo on był wielki i dziwnie ubrany.

Na sam koniec wpadł drugi „Uj” i ciocia. Ten „Uj” był śmieszny. Miał czerwoną głowę, prawie tak kudłatą jak mój „Uj”. Wyglądał śmiesznie, bo miał głowę bez ucha, mówił, że je zgubił, bo ma bałagan w pokoju. Ja też mam czasami bałagan w pokoju, ale nigdy ucha nie zgubiłem. Głupiutki „Uj”. Fajnie było z tym ujem. Dał mi całe stosy zabawek, co nie spodobało się drugiej „babie”. Potem się ze mną dużo bawił i bawiła się z nami ta ciocia, która była z nim. Wyglądała trochę jak straszny „Uj”, ale była taka fajna, ciągle coś mi pokazywali. Puszczali iskierki i kolorowe chmurki z magicznych patyczków. Śmiałem się tak, że brzuszek mnie trochę rozbolał.

Potem było ciasteczko, na środku był świecący się patyczek i „baba” kazała dmuchać, a wszyscy coś śpiewali i całowali mnie w policzki. Fuj. Ciastko było smaczne. U nas często są ciastka, ale „baba” nie pozwala mi jeść ciastek, ale dzisiaj pozwoliła, ciekawe czemu, ale było smaczne, lubię ciastka.

Jak już prawie zjadłem, to z komina wyskoczyło wiele małych ptaszków z paczuszką i wylądowały przede mną. „Baba” otworzyła kolorową kartkę, a ja usłyszałem mojego „Uja”. Dużo do mnie mówił i się śmiał, ale nie wiem gdzie się schował, że go nie widziałem. Szkoda, że „Uja” nie widziałem. Ale w paczuszce była miotełka. „Baby” Były złe, ale „Uje” i ciocie się śmiali i ja latałem a Śmieszni „Uj” bez ucha z jego ciocią za mną biegali, długo biegali. A inni „Uje” i „baby” byli smutni i często mówili Remus i Tonks, nie wiem co to jest Remus i Tonks.

Jak wieczorem „baba” kładła mnie spać, pytała czy podobały mi się urodziny. Nie wiem co to są urodziny. Pytała też, czy podobali mi się goście, którzy mnie odwiedzili. Wiem co to goście, bo „baba” ich ma. Jak to byli moi goście, a ja myślę, że to jakiś ważny dzień był, to czemu mój „Uj” mnie nie odwiedził i czemu mama i tata mnie nie odwiedzili. „Baba” pokazuje mi ich na takich ruchomych rysunkach i mówi, że mieszkają u jakiejś bozi, to czemu mnie jeszcze nie odwiedzili.

A teraz chce mi się spać, to powiem wam, tak jak „baba” mi mówi.
Dobranoc Teddy.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS