RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

17. We don’t need no education[...]. Dzieci, które nienawidziły magii Cz.1

28 mar

To wprost niesamowite, jak bardzo potrafi dłużyć się czas, gdy nie ma wśród nas magii. Nie trzymając was dłużej w niepewności, co też dzieje się u naszych przyjaciół, już dziś zapraszam na kolejny rozdział magii.
A teraz czas już na magię Hogwartu.
Imperio
HP:Kontynuator.
________________________________________________________________________________________________________________

Zima opuściła Hogwart tak nagle, jak go zaatakowała. Już po kilku dniach po ogromnych zaspach nie został nawet ślad, a błonia zalewał blask ciepłego, wiosennego słońca, zachęcając uczniów do nauki na świeżym powietrzu.

- Mogłam się tego domyślić. – Hermiona była poirytowana. – Przecież miałyśmy się uczyć!
- Ale ja się uczę. – Ginny wskazała na lewitującą obok niej książkę.
- Tak? To powiedz mi jak przyrządzić Wywar Rosalinowy? – Ginny wygięła usta w podkówkę.
- Ha. Wiedziałam, że się nie uczysz!
- Łapa. – Ginny zwróciła się do grzejącego się w słońcu psa. – Ugryź ją… sam wiesz gdzie. – Wilczarz w sekundzie znalazł się na nogach, przyczajając się do skoku, a z jego gardła dobył się głuchy charkot.
- No coś ty…- Hermiona momentalnie zrobiła się biała jak kreda i zaczęła wycofywać się, nie spuszczając wzroku z psa. – Ginny… – Głos wiązł jej w gardle.
- Oj, spokój. Tylko żartowałam. – Ginny rzuciła się psu na szyję, by go mocno uścisnąć. – Hermiony nie wolno gryźć, jest niesmaczna. – Zachichotała psu w kark, a ten szczeknął, śmiejąc się po psiemu ze strachu, jakiego napędził Hermionie.
W chwilę później szarpnął łbem, a Ginny wylądowała na ziemi, przygnieciona jego łapami, z pyskiem tuż przy swoim nosie i ciepłym jęzorem na policzku.
- Łech, fuj. Nie umiesz całować. – Zaczęła się wykręcać, próbując zrzucić pupila. Jeszcze kilka dni temu taki widok wywoływał przerażenie u uczniów, tak jak pierwszego dnia, kiedy zobaczyli Łapę. Teraz uznali to za kolejną szkolną nienormalność. Najstraszniejsze – przynajmniej dla postronnych – było pierwsze spotkanie z psem.

Hagrid stał w sali wejściowej zamku, przy wielkich, dębowych, teraz zamkniętych z powodu śnieżnej zadymki drzwiach, prowadzących na błonia. Jego kurtka z kretów, wysokie buty z bobrów i strzecha długich włosów wciąż oprószone były białym śniegiem. Przy jego nodze grzecznie siedział psiak, który przy Hagridzie mógł uchodzić za szczeniaka. Dla normalnego człowieka, a w szczególność ucznia młodszych klas, zaczął on jednak swym wzrostem niebezpiecznie przypominać jednego z hodowanych przez gajowego stworów. Choć większość uczniów zgadzała się, że Hagrid nigdy nie przyprowadził by do szkoły niebezpiecznego zwierzęcia, wiedzieli, że ma on inne pojęcie na temat tego, co oznacza „niebezpieczne zwierze”.
Pies nie wykazywał jednak najmniejszych oznak agresji. Siedział nieruchomo, niczym posąg z czarnego, kudłatego marmuru i jedynie jego oczy czujnie śledziły przechodzących uczniów. Nagle poderwał się z głośnym, ostrym szczeknięciem i jednym susem znalazł się dobre dwa metry od Hagrida, pędząc wprost przed siebie.

Dziewczęta szły na obiad korytarzem prowadzącym z lochu Slughorna, dyskutując o zapowiedzianym na przyszły tydzień dużym teście, obejmującym cały poprzedni semestr. Hermiona jak zwykle chciała szykować plany powtórkowe i nie mogła zrozumieć, jak mecz z Krukonami może być ważniejszy od testu. Właśnie skręciły w wysoko sklepione wyjście z lochu, kiedy wydarzyło się kilka rzeczy. Najpierw, Ginny została na sekundę oślepiona blaskiem, płynącym ze znajdujących się przy drzwiach frontowych, okien. Następnie, usłyszała głośnie szczeknięcie, któremu towarzyszył akompaniament kilkunastu przerażonych okrzyków, głównie dziewcząt, w tym Hermiony. Kilka osób wyciągało pospiesznie różdżki do obrony, wśród nich ponownie znalazła Hermiona. Ona zaś, zobaczyła pędzącą jej stronę wielką, kudłatą strzałę.

- Łapa! – Wykrzyknęła, rzucając się do psa z rozłożonymi rękoma. Jej torba wylądowała na posadzce, ona zaś sama przyklęknęła, by przytulić psa. Był to poważny błąd. Rozpędzony Łapa bardziej przypominał małą lokomotywę aniżeli psa, zmiatając wszystko, co stanie mu na drodze. Nim zdołała zrozumieć swój błąd, już leżała na plecach, przygnieciona do ziemi wielkim cielskiem. Tuż przed sobą widziała dwa szeregi, białych jak śnieg i ostrych niczym sztylety, kłów, osadzonych w wyraźnie uśmiechniętym pysku, z którego zwisał ogromny jęzor. Pozycja ta miała swoją zaletę, Ginny mogła wreszcie zobaczyć co robi Hermiona, a ta stała jak z petryfikowana i tylko w jej trzęsącej się dłoni spoczywała wycelowana w Łapę różdżka.
- Hermiono, uspokój się, to Łapa. – Ginny pospiesznie się rozejrzała, wokół jeszcze z tuzin różdżek skierowanych było w ich stronę. – Wyluzujcie! On jest niegroźny! – Krzyknęła do zebranych. – Łapa, siad. – Pies posłusznie usiadł, bynajmniej nie schodząc ze swej właścicielki.
- ‚To’ jest Łapa? – Hermiona upewniała się.
- Tak. – Stęknęła, wygrzebując się spod psa i otrzepując ubranie. Hermiona zmarszczyła brwi, starając się dopasować do siebie obraz czarnej kulki, którą widziała przed świętami, z opowieściami o cudownym szczeniaku, jakie snuła jej Ginny i siedzącym przed nią potworem. Czuła się jak ktoś, kto czytając książkę, raptem ominął kilka rozdziałów. – To jest nasz Łapa, a to znaczy… – Pospiesznie rozejrzała się po sali. – Gdzie jest twój pan? – Spytała psa z powagą. Ten tylko jękną z żalem, ubódł ją łbem w policzek i obrócił łeb w stronę Hagrida.
Ginny podążyła za jego spojrzeniem, a jej wzrok padł na trzęsącego się ze śmiechu olbrzyma. Teraz była zagubiona na równi z Hermioną, miała jednak dziwne przeczucie, że brakujące rozdziały tej historii jej się nie spodobają. Podeszła ostrożnie do wielkiego przyjaciela, bacznie śledząc wzrokiem pomieszczenie, czy aby nie zobaczy gdzieś Harrego. Łapa wiernie truchtał u jej boku.
- Cześć mała. – Hagrid powitał ją z szerokim uśmiechem.
- Gdzie jest Harry? – Nie dała się zwieść powitaniu. Hagrid zrobił odrobinę kwaśną minę. – Hagridzie?! – Mówiła cicho, ale położyła na to jedno słowo tyle nacisku, że nawet nieustraszony Hagrid wyczuł śmiertelną groźbę.
Gajowy pospiesznie wyjął z kieszeni list od Harrego. Ginny bez zbędnych ceregieli rozdarła kopertę. Wystarczyła jej sekunda na wyłapanie najważniejszych zdań listu. Nie zamierzała nawet czytać całości.
- Czy on tu jeszcze jest? – Syknęła jak żmija, mnąc trzymany list, a jej oczy zwęziły się do dwóch wąskich szparek.
- Em, tego. No, nie. Wyleciał jakieś dwie godziny temu. – Hagrid zaczął niepewnie. – Miałem ci jeno ten list, no przekazać. Ale żem sobie tak pomyślał, coby zabrać malucha, cobyście mogli się pobawić.
- Co się stało? – Włączyła się do rozmowy Hermiona, podchodząc z torbą Ginny w ręku. Przyjaciółka nawet nie drgnęła, wciąż wpatrując się w Hagrida. – Gdzie jest Harry? Czemu jesteś tutaj z jego psem?
- Wyjechał. – Prychnęła wreszcie Ginny, nie wiadomo do kogo, wpatrując się w Hagrida. – Zostawiać Łapę samego? – Psiak warknął z dezaprobatą, wpatrując się w swoją panią. – Czy on zdaje sobie sprawę, co mu zrobię jak wróci? – Ponowne warknięcie, tym razem aprobaty.
- Dokąd wyjechał? – Pytanie Hermiony znowu pozostało bez odpowiedzi.
- No ten tego…
- Ginny?
- Nie wtrącaj się. – Ginny warknęła. – Nie obchodzi mnie to! – Rzuciła w przyjaciółkę kulą pergaminu, w którą zmieniła list. – Czy on zdaje sobie sprawę z tego, że go zamorduję jak wróci? – Łapa wydał dźwięk zdegustowania, pomysłem zamordowania jego pana.
- E, no tak. On, tego, wie o tym. – Hagrid nadal miał kwaśną minę.
- O, łał! – Hermiona rozprostowawszy list, doczytała się wreszcie, gdzie jest Harry. – Ginny przecież on poleciał…
- Nie obchodzi mnie dokąd poleciał, Hermiono!
- Międzynarodowa Konferencja Czarodziejów… międzynarodowe seminarium, łał. Aż mnie zazdrość zżera, ile on się tam może nauczyć, łał. Cannes….- Hermiona pochłaniała list z wypiekami na twarzy, niczym dobrą powieść, okraszoną niestosownymi scenami.
- Niby gdzie?! – Ginny wreszcie zainteresowała się treścią listu. – Cannes?
- Może spotka kilka kuzynek Vill. – Hagrid puścił do dziewczyn oko, ale natychmiast się zreflektował pod ostrym spojrzeniem Ginny.
- Niech tylko spróbuje. Będę musiała porozmawiać w święta ze swoją szwagierką na temat ‚Arrego i jej siostrzyczki.

Hermiona już otwierała usta, by zapewnić Ginny, że nie ma się czego obawiać, gdy dobiegł ich głos dyrektor McGonagall, która schodziła właśnie po marmurowych schodach na obiad.

- Hagridzie! – Jej głos tradycyjnie już wibrował gdzieś między oburzeniem a rozdrażnieniem. – Co ten pies robi w szkole?
- Dzień dobry, pani sor dyrektor. – Olbrzym skłonił się kobiecie. – Tak se pomyślałem, że może chcieć zobaczyć szkołę. Na dworze taki ziomp, a przecie nie zostawię kruszyny samej w chacie. – Kruszyny? Dyrektorka pomyślała, patrząc na siedzącego przy Ginny wilczarza.
- Skąd go masz Hagridzie?
- Jest mój. – Ginny uśmiechnęła się radośnie, klepiąc Łapę po kudłatym łbie. Pies szczeknął krótko, patrząc rudowłosej dziewczynie w oczy.
- Panna Weasley? Panna Granger? Co to ma znaczyć. Uczniom wolno posiadać jedną sowę, jednego kota lub jedną żabę. Psy nie są dozwolone.
- To kota można, a psa już nie. – Ginny zaczęła się nakręcać, więc Hermiona posłała jej sójkę w bok.
- Jawna dyskryminacja! – Zagrzmiał dla odmiany Hagrid, a Łapa zaszczekał równie oburzony. – To w czym tamte wypłochy, bez urazy Hermiono, są lepsze od psów.
- Zasady to zasady, Hagridzie.
- Mój i Harrego. Upierała się Ginny.
- Ale, przecież pana Pottera nie ma już w szkole? – Ginny zarobiła kolejną sójkę w bok, bo zbierała się właśnie, by wyrazić swoje oburzenie, że nawet dyrektorka wiedziała o wizycie jej chłopaka, a ona nie. Łapa złapał Hermionę za rękaw przy łokciu, by powstrzymać ją od kolejnego uderzenia jego pani.
- Pani sor – Hagrid włączył się do rozmowy. – Harry został wysłany w delegację. Zostawił mi tego malucha pod opieką.
- Powinien zapytać mnie o zgodę. – Dyrektorka stała już przy nich, nieufnie przyglądając się psu.
- Przecież nic wielkiego się nie stało. – Mruknął Hagrid. – To tylko psiak.
- Psom nie wolno przebywać na terenie szkoły.
- Ale on jest niegroźny! – Oburzyła się Ginny, a jej pupil zamiótł podłogę ogonem.
- Zasady to zasady, panno Weasley.
- To może mam jeszcze Kła wyrzucić?! – Obruszył się Hagrid. Coraz więcej osób przyglądało się scence, robiąc tłok w wejściu do wielkiej sali.
- Psom nie wolno przebywać w budynku szkoły. Możesz go trzymać u siebie Hagridzie. – Zreflektowała się McGonagall.
- Ale on jest mój. – Oburzyła się Ginny. – Ja powinnam się nim zajmować.
- Co to ma znaczyć, panno Weasley?
- On jest mój, jest nasz. Harry przywiózł go dla nas. Mieszka w naszym domu. Śpi ze mną, a jak jestem w szkole, Harry się nim opiekuje. – Ginny wyrecytowała podekscytowana.
- W dormitorium spać nie będzie. Może pani zajmować się nim po zajęciach, poza budynkiem szkoły. – Dyrektorka musiała przetrawić zbyt wiele informacji i czuła, że bez podpowiedzi od Molly sobie z tym nie poradzi. – Wszyscy, rozejść się! – Machnęła ręką, ruszając w stronę wielkiej sali.

Od tamtego dnia, Ginny zaczęła odrabiać lekcje w chatce Hagrida, bawiąc się ze swoim pupilem, a gdy w kilka dni później śnieg całkowicie stopniał, na błoniach i trawnikach wewnątrz kompleksu budynków szkolnych. Do szkoły wracała tylko jeśli musiała odwiedzić bibliotekę, lub tuż przed ciszą nocną.

Początkowo, uczniowie czuli się dość nieswojo, przy dziko wyglądającym psie. Szczególnie, gdy swobodnie krążył między nimi po trawniku, podczas gdy jego właścicielka zaczytana siedziała na ławce, lub też, gdy widzieli ich bawiących się w ganianego. Ginny biegła wtedy ile sił w nogach, a Łapa zajadle szczekając, krążył z tyłu, starając się ją przewrócić. Z biegiem czasu, wszyscy przekonali się, że bez wyraźnego polecenia Ginny, pies nikogo nie tknie.

Wyjątkiem był tu Malfoy, który już pierwszego dnia po zniknięciu śniegu, musiał salwować się ucieczką po tym, jak nieopatrznie powiedział coś o „kundlu Pottera”. Łapa, wykazując się ponadprzeciętnym intelektem, w mig pojął, że są obrażani. Nim Ginny zdołała zareagować, w dwóch susach dopędził Malfoya i kłapnął mu wielką szczęką, tuż za portkami. Od tamtej pory Malfoy, nie zbliża się do psa i Ginny na mniej niż 300 jardów. Co odważniejsi z uczniów, zdecydowali się nawet na pogłaskanie czworonoga.

Hermiona stała zdegustowana, patrząc na przygniecioną do ziemi przyjaciółkę, która bezskutecznie próbowała ukryć twarz przed wielkim jęzorem pupila.

- Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie mogę się dziś uczyć z tobą, bo wzywa mnie pani dyrektor, ale jak widzę, na próżno się trudziłam.
- McGonagall cię wzywa? – Ginny udało się wyzwolić spod kudłatego potwora. – Po co?
- Jakbym wiedziała, to by mnie nie wzywała. Tak czy siak, nie siedź tu zbyt długo. Wystarczająco często lądujesz w skrzydle szpitalnym z powodu Quiddicha, nie ma co nadwyrężać cierpliwości pani Ponfrey przeziębieniem, albo złapanym od zimnej ziemi wilkiem. – Łapa przechylił z zaciekawieniem głowę, słysząc uwagę o wilku, a Ginny pokazała przyjaciółce język, ta jednak nie widziała tego, gdyż szła już w stronę zamku.

W gabinecie dyrektorki było nadzwyczaj gwarno. Kiedy Hermiona zapukała, drzwi po prostu się otworzyły. Wewnątrz, prócz dyrektorki, byli wszyscy profesorowie oraz Ernie McMillan, tworzący z Hermioną parę Prefektów Naczelnych. W dyskusji najwyraźniej uczestniczyły też portrety, wszyscy oni wpatrywali się teraz w Hermionę.

- O, panna Granger. Dobrze, że pani jest. – Jako pierwsza odezwała się McGonagall.
- Przepraszam, czy się spóźniłam? – Hermiona niepewnie potoczyła wzrokiem po zebranych.
- Nie, my po prostu zaczęliśmy wcześniej. Pan McMillan też dopiero przyszedł. – Ernie miał trochę zagubioną minę, ale uśmiechnął się do Hermiony.
- Więc. – Zaczęła ponownie dyrektorka. – Jak nie zdążyliśmy wytłumaczyć panu McMillanowi, ale zapewne wywnioskował to z naszej rozmowy, mamy problem.
- Problem to mało powiedziane! – Wykrzyknął portret Nigellusa Blacka. Jak na komendę, inne portrety zaczęły przekrzykiwać się uwagami i opiniami, które zlewały się w kakofonię. Jeden Dumbledore, siedział zamyślony, wsparłszy brodę na palcach. McGonagall podniosła rękę i wszyscy ponownie ucichli.
- Wezwałam prefektów naczelnych, bo sami nie możemy sobie z zaistniałą sytuacją poradzić. Musicie państwo wiedzieć. – Tutaj zwróciła się wprost do Hermiony i Erniego, że mamy w szkole sabotażystę, lub raczej – jak doszliśmy do wniosku – sabotażystów. – Spojrzała na prefektów, a ci wymienili zaskoczone spojrzenia. – Pozaklejane dziurki od kluczy, pozatykane ubikacje i zlewy, biuro pana Filcha wysmarowane żabimi śledzionami. Pudełko czekoladek skrywające sok z czyrakobulwy na jego biurku. Pani Norris zamknięta, wielokrotnie, w zbrojach (Sam to robiłem – Szepnął Ernie).
- Pani profesor. – Przerwała Hermiona. – Może się pani ze mną nie zgodzić, ale czy to nie jest robota Irytka?
- Irytek się nie przyznaje, przynajmniej nie do wszystkiego, a duchy mają go na oku.
- To może mamy następców bliźniaków? – Indagowała dalej.
- Bliźniacy nie wysadzali toalet, choć jedną chcieli przemycić panu Potterowi, nie niszczyli i tak mocno uszkodzonych dekoracji i sprzętów szkolnych. Podpiłowywanie nóg w stołach i krzesłach, niszczenie zamków i zawiasów?
- Może mają dowcip niższego lotu? – Wtrącił Ernie.
- Weasleyowie nie wyrządzali szkody innym uczniom!
- Są ataki na uczniów? – Zdziwiła się Hermiona – Nic nie słyszałam.
- Bo i nie są groźne, takie drobnostki, z którymi starsi uczniowie sami sobie radzą.
- Atakowani są mugolacy. – To ostatnie powiedział Dumbledore, swym głębokim, zatroskanym głosem.
- Fanatycy czystej krwi? – Wyrwało się Erniemu.
- Znowu? – Dodała Hermiona, a oboje spojrzeli na Slughorna.
- Moi drodzy. – Obruszył się profesor. – Sprawdzałem. Moi Ślizgoni nie mają z tym nic wspólnego.
- Tyle, że nasi uczniowie, też nic nie mają. – Wtrąciła z przekąsem profesor Sprout.
- Ale co się właściwie dzieje? Jak te napaści wyglądają? Kogoś transmutowano w coś? Oberwał upiorogackiem? Albo tym, no, od czego rosną wielkie paznokcie, albo zęby. – Spojrzał na Hermionę, a ta skrzywiła się na wspomnienie wypadku z czwartego roku nauki.
- No właśnie nie. Chodzi o to, że to są takie straszne błahostki, że często tego nikt nie zgłasza. – Zaczął Dedalus Diggle, który uczył w tym roku Obrony Przed Czarną Magią i był opiekunem Gryffindoru.
- Standardowa księga zaklęć, stopień pierwszy i drugi i nic trudniejszego. – Zapiszczał Flitwick.
- Więc jak widzicie, nic groźnego, ale jest. – Dokończył Dedalus.
Hermiona poczuła jak ręce jej opadają. Taka afera o psikusy rodem z książki dla jedenastolatków. Spojrzała na Erniego, a jego mina wyrażała te same uczucia.
- Pani dyrektor, przecież to dzieciaki mogą się bawić, skoro już nauczyli się co nieco czarować. – Starała się nie uśmiechnąć pretensjonalnie.
- Panno Granger! – Ofuknęła ją dyrektorka. – Nie uczę tutaj od wczoraj i wiem jak wyglądają psikusy. – Płatki nosa jej pobielały. – Nasi szanowni dyrektorowie są tu często od wieków i zgadzają się ze mną. – Ściągnęła usta w wąską kreskę.
- Czego pani od nas oczekuje, pani dyrektor? – Ernie odpowiedział swym dumnym, nosowym głosem.
- Macie razem z nauczycielami przeprowadzić śledztwo. Może uda wam się to, czego nie mogą zrobić oni. Jesteście poniekąd… wewnątrz tego wszystkiego… Jako uczniowie.

Spotkanie w gabinecie na szczycie wieży trwało jeszcze dobre dwie godziny. Na koniec, Hermiona i Ernie, wrócili do swoich dormitoriów z torbami wypchanymi listami wybryków i przejawów wandalizmu, oraz notatkami sporządzonymi wcześniej przez profesorów.
Jeśli nawet Hermiona uważała wcześniej, że dyrektorka przesadza, albo ma początki paranoi, po zapoznaniu się z papierami, musiała przyznać jej rację. Lista dokonań małych wandali była doprawdy imponująca i strach było pomyśleć, co się stanie, jeśli zaczną stosować bardziej zaawansowaną magię.

Ginny wróciła do dormitorium tuż przed zmrokiem, przemoczona od stóp do głów, ale szczęśliwa. Na dworze zaczął padać rzęsisty, wiosenny deszcz.
- Na Merlina, Ginny. Wysusz się, bo się przeziębisz i… strasznie brudzisz. – Ofuknęła przyjaciółkę znad stosu pergaminów. – I na litość Boską! Śmierdzisz jak mokry pies! Łech. – dodała, gdy ta podeszła bliżej.
- Co to znaczy na litość Boską? – Ginny spytała, nie zaznajomiona z mugolskimi neologizmami.
Na gacie Merlina. Idź się wykąp, cuchniesz.
Później. – Ginny wysuszyła się pospiesznie różdżką, co nieuchronnie doprowadziło do powstania na jej głowie czegoś, przypominającego rude krzyżowanie pudla z tapirem. – Co robisz?
- Byłaś ostatnio grzeczną dziewczynką? – Spytała Hermiona i od razu pojęła retoryczność tego pytania. – Znaczy, przynajmniej nie rozrabiałaś bardziej niż zwykle?
- Tylko tyle ile wiesz, a co? – Ginny chwyciła haczyk.
- Tylko…- Hermiona prychnęła cicho. – Dobrze, w takim razie mi pomożesz. – Przesunęła przeczytaną część dokumentów w stronę fotela, na którym usiadła Ginny.
W pierwszej chwili Ginny porwała pergamin z żywym zainteresowaniem. W końcu było to coś zleconego przez dyrektorkę. Po kilku minutach doszła jednak do wniosku, że ma przed sobą spis dowcipów, więc chichotała co chwila, trafiając co smakowitsze kąski, takie jak przyklejenie łap pani Norris do papierków po cukierkach, albo związanie sznurówek Filcha, podczas gdy ten gnał z miotłą za Irytkiem.
- Rozumiem, że masz wykryć kto to robi? – Spytała siedzącą przy kominku Hermionę, kiedy koło północy wróciła z łazienki z mokrą głową owiniętą ręcznikiem.
- Tak, dyrektorka uważa, że nauczyciela nie mogą ich wykryć… ale my rozpracujemy to od środka, jako piąta kolumna.
- Piąta co?
- Nie ważne. – Hermiona potarła zbolałe oczy.
- … I ona to tak na serio traktuje?
Hermiona pokiwała głową, trzymając się za nasadę nosa, oczy miała zamknięte.
- Wszyscy traktują to na poważnie. Nawet Dumbledore.
- No, to skoro to mugolacy są atakowani… no i Filch, to wystarczy zabrać się za wszystkich Ślizgonów. Weźmy ich w obroty, aż wyśpiewają co i jak.
- Czy nie jesteś ostatnią osobą, której powinnam przypominać, że nie tylko Ślizgoni mogą atakować mugolaków? – Hermiona wyraźnie piła do bazyliszka z Komnaty Tajemnic. Ginny zbladła. – Poza tym, w tym roku, nawet wśród Ślizgonów są mugolacy i im nic się nie stało.
- Ha! To koronny dowód. – Ginny uderzyła pięścią w otwartą dłoń. – Swoich nie ruszają. Zabiorę się za nich z Łapą i raz dwa dowiemy się co i jak.
- Czy ty aby nie za często przebywasz z Harrym? – Hermiona otworzyła wreszcie zbolałe oczy i spojrzała na przyjaciółkę. – Zaczynasz myśleć i zachowywać się jak on.
Ginny najwyraźniej uznała to za komplement, bo wyprostowała się dumnie.
- Harry, od czasu bitwy o Hogwart, nikogo nie zabił, prawda?- Hermiona spytała po dłuższej chwili.
- Nie! O ile wiem, nie. – Ginny odpowiedziała oburzona.
- Horkruksem nie jesteś. Już myślałam, wszczepienie ci kawałka duszy wszystko by wyjaśniało. – Wymamrotała.
- Co by wyjaśniało! – Ginny była coraz bardziej oburzona.
- Dlaczego zachowujesz się i myślisz jak on. – Wyszeptała. – Jesteś pewna?
- Majaczysz!
- No może….
- Marsz spać, Hermiono. – Rozkazała Ginny. – My po prostu świetnie do siebie pasujemy, a ty jesteś zmęczona i bzdury opowiadasz. Idziemy spać. Raz, raz, już. – Pociągnęła przyjaciółkę za łokieć.
- Mhm – Hermiona powlokła się za nią niezdarnie, ale bez oporów.

W ten sposób rozpoczęły się najciekawsze tygodnie w życiu Hermiony, które doprowadziły do zaskakującej konkluzji, której absolutnie nikt się nie spodziewał, a tym bardziej nie wiedział co z nią począć.

 
 

Rozważania o Magi. Cz.II

16 mar

Jeśli ktoś by mnie zapytał o magię.

Powiedział bym, że magia to potęga i równowaga. W każdym pokoleniu rodzi się potężny czarodziej, zdarza się tak, że czarodziej ten nie uznaje potęgi magii i stara się podporządkować ją do własnych celów. Często nazywamy go wtedy Czarnym Czarodziejem bądź Czarnoksiężnikiem. Magia zawsze jednak dąży do równowagi. Kiedy na świecie pojawia się taki Czarny Czarodziej, a magia wie o tym, nim on sam czarnoksięstwo w sobie odkryje, przepełnia ona innego człowieka i na świecie pojawia się Biały Czarodziej. Biały Czarodziej równy jest Czarnemu Czarodziejowi i jeden nie może istnieć jeśli drugi istnieje, muszą oni stoczyć pojedynek, w którym obaj mogą zginąć.

Magia zawsze dąży do równowagi i kiedy na świecie jest Biały Czarodziej, który chce zniszczyć wszelkie zło, magia przepełnia człowieka, by zrodził się Czarny Czarodziej.

Znacie historię o Merlinie i Morganie, spytacie jednak, czemu od ich czasów nie było w Anglii Białego ni Czarnego Czarodzieja. Gdyby mnie ktoś zapytał o równowagę w magii. Powiedział bym, że świat jest ogromny a Biały Czarodziej w pokoleniu świata rodzi się tylko jeden. Któż to wie, gdzie teraz on jest. Pewnym jednak jest, że ma swego Czarnego Czarodzieja.

Rozważania o magii, Vindictus Veridian, Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

___________________________________________________________________________________________________

Jako, że rozdział 16 pojawił się przed kilkoma dniami (notka poniżej), byście nie musieli czekać 17 dni na kolejny, wstawiam coś specjalnego.  Zaglądajcie od czasu do czasu, może przed 30 Marca coś jeszcze się pojawi. Rozdział 17 jest już gotowy, czeka grzecznie na opublikowanie… ale to jeszcze troszkę.

HP: Kontynuator.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

16. Znowu w drogę przychodzi iść, w życie się zanużyć

12 mar

- No i mówiłem, stary, że nie ma się czym przejmować. Doprawdy, nie rozumiem czemu tak się spinałeś, przed tym testem. Bułeczka z masełkiem, zaliczone z zawiązanymi oczami. – Ron był rozpromieniony. – Poszliśmy, zaliczyliśmy, a ty wyglądałeś, jakby cię prowadzili na stos.
- Czy ty się nie możesz zamknąć? – Harry miał dość. Dwa tygodnie codziennych treningów, doba nerwówki przed testami okresowymi, a Ron puszy się niczym paw, w przeświadczeniu o swym wyczuciu bojowym. A! No tak. Jeszcze pulsujący ból głowy po uderzeniu średniej wielkości cegłą, w czasie spaceru aurora. – Zwyczajnie w świecie zamilknij, nim pęknie mi głowa.
- Mocno ci przyłożyła ta cegłówka? – Ron z zaciekawieniem zlustrował potylicę Harrego.
- Wcale, pogłaskała mnie czule. – Harry warknął i od razu poczuł, że warczenie nie jest tym, co jego głowa jest w stanie zaakceptować.
- Weź sobie jakiegoś procha, albo coś.
- Wziąłem już, ale to nie działa od razu. – Wszedł do swojego boksu i ciężko opadł na krzesło. – Ech. – Wyczarował sobie wielki worek lodu. – Posiedzę tak sobie, za jakiś czas przejdzie.
- Twoja wola, do miłego. – Ron odszedł sprężystym krokiem, wciąż zachwycony swoim wynikiem. Prawdopodobnie nigdy się nie dowie, jak niewiele brakowało, by tego właśnie dnia przestał być aurorem. Kiedy przed godziną szli na zaliczenie, Harry bał się nie o siebie, ale o to czy Ron zrobił wystarczające postępy. Najwyraźniej, szczęście im sprzyja, póki co.

Jeśli nie liczyć wytężonej pracy, jaką Harry odwalał po służbie na sali treningowej oraz podczas zebrań zespołu, czas mijający od powrotu z Rio, był najlepszym okresem w jego karierze. Ciężko było odpowiedzieć na pytanie, czy spowodowane to było obecnością Rona, dzięki któremu monotonne zmiany stawały się przynajmniej odrobinę ciekawsze, a może chodziło o milczenie ze strony Robardsa. Harry starał się nie rozmyślać nad powodami takiego stanu rzeczy. Najzwyczajniej w świecie rozkoszował się chwilą
.
- Potter! – Szczęście nigdy nie trwa wiecznie.
- Tak, szefie? – Robards wyglądał tym razem na szczerze uradowanego.
- Masz się stawić w biurze Weasleya.
- Artura?
- Percy’ego, idioto. – Harry z uniesionymi brwiami popatrzył za oddalającym się szefem. Robards zadowolony? Percy wzywa do swojego biura? Elementy układanki wyraźnie nie pasowały do siebie. Czym Percy mógł uszczęśliwić Gawaina tak, że temu zamiast wyrazu mściwej satysfakcji, na twarzy zagościł szeroki uśmiech. Wychodząc z biura zauważył, że Urquhart jest zagubiony nie mniej, aniżeli on sam.

Percy jeszcze nigdy nie wzywał go do swojego gabinetu. Po prawdzie, to nigdy nawet nie był w gabinecie Percy’ego, a jego położenie znał czysto teoretycznie. Wysiadając z windy skierował się w lewo, by następnie skręcić w pierwszy korytarz po prawej. Biuro Percy’ego, jak przypuszczał, powinno znajdować się na jego końcu. Idąc długim korytarzem o ścianach pokrytych ciemną dębową boazerią, Harry nadal starał się dojść, co takiego może chcieć od niego asystent ministra. Z rozmyślań wyrwały go odgłosy dochodzące z mijanego składziku. W pierwszej chwili sądził, że się przesłyszał, po chwili jednak z wnętrza ponownie dobiegł go chichot, dziwnie znajomego damskiego głosu i odgłosy przypominające raptowne uderzenia o półki, którym akompaniował brzęk podskakujących na nich przedmiotów.

- Przestań. – Kobieta zachichotała. – Ja już muszę wraca… – reszta wypowiedzi została stłumiona, zapewne przez pocałunek. – Ja już, Achh… Percy! – Jęknęła z rezygnacją, a Harrego zmroziło. Po chwili dało się słyszeć odgłosy lekkiej szamotaniny, nic nadzwyczajnego, gdy do tak małego pomieszczenia wchodzą dwie osoby. Harry zaczął szybko kalkulować swoją sytuację.

Nie miał szans wrócić na poprzedni korytarz, wokół były jedynie biura, więc schowanie się odpadało, podobnie jak zakameonowanie się lub czar zwodzący – ministerstwo miało zamontowane detektory. Kiedy drzwi składziku zaczęły się już otwierać, Harry przypomniał sobie o swojej pelerynie niewidce, jedynej rzeczy, jaką odziedziczył po ojcu. Szybko narzucił ją na siebie i przylgnął do ściany. Ze składziku faktycznie wynurzył się lekko potargany Percy, w przekrzywionych okularach. Rozejrzał się, by sprawdzić czy korytarz jest pusty, po czym ruszył w stronę swojego biura. Harry nie śmiał iść za nim. Po kilku sekundach z pomieszczenia wyśliznęła się niska blondynka. Musiała minąć dość długa chwila, nim Harry zorientował się, że to Audrey. Spojrzała na znikającego w biurze Percy’ego i z niebywałą gracją popędziła w stronę wind.
Harry odczekał dwie minuty nim zdjął pelerynę. Lepiej by Percy uznał, że minęli się z Audrey w windach, a nie na jego korytarzu.

- Proszę wejść. – Usłyszał w odpowiedzi na swoje pukanie. Pchnął drzwi. Percy stał przed lustrem, przygładzając włosy.
- Chciałeś mnie widzieć?
- A, Harry. Nareszcie jesteś. – Odpowiedział, lekko roztargniony. – Spodziewałem się ciebie sporo wcześniej.
- Szef powiadomił mnie przed kwadransem. – W odpowiedzi na to, Percy zmierzył go długim, nieodgadnionym spojrzeniem. Powstrzymał się jednak od komentarza. – W jakiej sprawie jestem tutaj?
- Usiądź. – Wskazał Harremu krzesło po przeciwnej stronie swojego biurka.
- Czy coś się stało? – Harry spytał zaniepokojony.
- Usiądź. – Percy patrzył na Harrego wzrokiem wypranym z emocji. Choć gdzieś tam, głęboko, nadal płonęły ogniki wspomnień sprzed kilku minut. Harry rozsiadł się możliwie najwygodniej, na wskazanym miejscu.
- Jak się udały wakacje?
- No nie. – Harry jęknął zdegustowany. – Ty też?
- A czego się spodziewałeś? – Kąciki ust Percy’ego zadrgały. – Troszczymy się o naszą małą siostrzyczkę.
Harry miał już na końcu języka celną i niezwykle ciętą ripostę, poprzestał jednak na zwykłym:
- Tiaa… Więc, czym mogę ci służyć w ten piękny dzień? – Za zaczarowanym oknem gabinetu widać było jedynie gęstą mgłę.
- Nie ironizuj. Minister ma dla ciebie zadanie. – Z wysokiego stosu wygrzebał burą teczkę na dokumenty, taką samą, w jakiej biuro aurorów przechowuje akta spraw przestępców. Percy zajrzał do środka, upewniając się zapewne, czy wszystko jest na swoim miejscu, po czym przesunął ją w stronę Harrego. – Międzynarodowa Konferencja Czarodziejów organizuje sympozjum dotyczące walki z czarną magią. Młodzi przedstawiciele służb bezpieczeństwa z całego świata będą się wymieniać posiadanym doświadczeniem i prezentować stosowane w ich krajach techniki śledcze. – Harry przysłuchiwał się wypowiedzi Percy’ego, jednocześnie dokładnie studiując znajdującą się w teczce dokumentację. – Będziecie też odbywać zajęcia praktyczne z nowych technik walki i ostatnio wynalezionych czarów.
- Cztery pytania. – Harry zamknął trzymany w ręku folder.
- Słucham.
- Czemu ja?
- To akurat pomysł Gawaina Robardsa. – Harry uniósł brwi tak wysoko, że niemal połączyły mu się z czarną czupryną. – Poszczególne ministerstwa mają wysłać młodych przedstawicieli, tych którzy nie przekroczyli trzydziestki. Spośród aurorów, Robards wybrał ciebie, a Minister wyraził zgodę.
- Czemu ty mnie o tym informujesz, nie King?
- Minister jest ostatnio bardzo zajętym człowiekiem. Przekazanie polecenia służbowego nie wymagało jego udziału.
- Kiedy zaczyna się sympozjum?
- Lecisz świstoklikiem za trzy dni.
- Za trzy dni! – Harry poderwał się zszokowany. – Przecież muszę się przygotować. Spakować. Zastanowić się kto zajmie się Łapą przez te kilka dni. Czemu nie poinformowano mnie wcześniej?!
- Uspokój się i usiądź. – Percy był niewzruszony – Usiądź. – Powtórzył z naciskiem. – Nie zostałeś poinformowany o sympozjum wcześniej, bo Minister do samego końca walczył o to, by Wielka Brytania wzięła w nim udział. Ostateczne potwierdzenie otrzymał wczoraj. Widzisz, Harry, nasze ministerstwo nie ma zbyt wysokich notowań, po ostatnich… perturbacjach. Międzynarodowa Konferencja Czarodziejów nie chciała wyrazić zgody na nasz udział, ale Minister postawił na swoim. Poza tym, jeśli chodzi o Łapę. To lepiej poszukaj mu sumiennego opiekuna, może rodzice wzięliby go do Nory. To nie będzie kilka dni, tylko od jednego do dwóch miesięcy. – Harry miał już wybuchnąć po raz drugi, Percy uciszył go jednak gestem. – Najpierw, przez miesiąc odbywać się będzie sympozjum. Później, najlepsi z uczestników otrzymają możliwość miesięcznego stażu, w którymś z obcych ministerstw. – Harry milczał z lekko naburmuszoną miną. – Miałeś chyba czwarte pytanie?
- Tak. – Warknął niezadowolony. – Gdzie to sympozjum się odbywa? W tych dokumentach – pomachał teczką – nic o tym nie ma.
- W siedzibie Konferencji, w Cannes.
- Rozumiem. – Harry kiwnął sztywno głową. – Czy to wszystko?
- Tak, jesteś wolny. Masz też urlop na najbliższe dni. Musisz się przecież spakować. – Harry jeszcze raz kiwnął i ruszył w stronę drzwi. Percy zawahał się przez chwilę.
- Harry?
- Tak?
- Pozwolisz, że powiem ci coś prywatnie? – Jego głos nie był już tak urzędniczy. Bardziej przypominał tego Percy’ego, poznanego na pierwszym roku w Hogwarcie. Harry zamarł, zastanawiając się o co chodzi.
- Jasne. – Przytaknął w końcu.
- Harry, nie spieprz tego. – Powiedział ściszonym głosem.
- Słucham?
- Nie spieprz tego. Ja byłem przy rozmowie Ministra z Robardsem. – Zawahał się na chwilę. – Twój szef myśli, że pozbywa się ciebie z ministerstwa. – No tak, teraz elementy układanki wreszcie się Harremu dopasowały. Robards cieszył się, że Harrego nie będzie w biurze. – Prawda jest taka, że na tym sympozjum będą najlepsi młodzi przedstawiciele służb mundurowych z kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu krajów. Oni będą w przyszłości stanowić o sile swoich służb, będą ich elitą. – Mówił towarzyskim tonem, ale w jego oczach widać było determinację. – Każde stanowisko w ministerstwie, również aurora, to nie tylko czary, to także polityka. Nie krzyw się. Możesz być najlepszym aurorem w historii, ale jak mawiał klasyk: „Każdy auror dupa, kiedy wrogów kupa”. – Harry starał się za wszelką cenę nie wybuchnąć śmiechem, wyszło mu to średnio. – Mówiłem: nie krzyw się. Amelia Bones, pan Crouch, Rufus Scrimgeour nawet Ludo Bagman, byli świetni w swoim fachu. Nie dlatego, że posiadali umiejętności, chociaż to też, przede wszystkim dysponowali zdobytą wiedzą i znajomościami na świecie. Kingsley te znajomości zdobywa, dlatego wywalczył o wysłanie naszego przedstawiciela na sympozjum. Knot i Thicknesse takich znajomości nie mieli. Roy to biurokrata, zatrudniony dla uporządkowania departamentu. – Harry zdziwił się na taką opinię o szefie departamentu, którego bardzo lubił. – a Robards to siepacz. Dostał stanowisko, ponieważ Scrimgeour potrzebował kogoś skutecznego. Zostało mu góra piętnaście lat do emerytury, jeśli oczywiście wcześniej nie skompromituje się po raz drugi. Sam odrób matematykę i pamiętaj, że obserwuję działania już czwartego ministra. To wszystko, panie Potter – zakończył głośno, oficjalnym tonem.

Odbyte spotkanie dało Harremu nadspodziewanie wiele do myślenia. Czy Percy sugerował mu karierę polityczną? Absurd! Nie, nie, na pewno chodziło mu o nieskompromitowanie ministerstwa na arenie międzynarodowej. Rozmyślając o tym, Harry dotarł do swojego boksu, gdzie powoli zaczął zbierać rzeczy. Skoro opuszczał to miejsce, może nawet na dwa miesiące, postanowił nie pozostawiać żadnych przedmiotów osobistych. Sprzątanie przerwało mu pojawienie się Urquharta.

- Co ty robisz? – Spytał zszokowany. – Tylko mi nie mów, że ta menda znalazła sposób na wywalenie cie z roboty?!
- No co ty. Jasne, że nie. – Harry uspokoił kolegę. – Tylko znalazł sposób, na pozbycie się mnie na jakiś czas. – Podał Urquhatowi teczkę zawierającą dokumentację sympozjum.
- Fiuuu – Auror gwizdnął przeciągle. – Ładna sprawa, nie powiem. Sam bym chętnie poleciał. Ile cię nie będzie?
- Dwa miesiące.
- Dwa…? – szef Sekcji Analiz zaniemówił na chwilę. – To wyjaśnia dobry humor Robardsa. Można powiedzieć, że dostał gwiazdkę z nieba. – Harry popatrzył na niego z politowaniem. – Znaczy, jemu się wydaje, że dostał. – Szybko się poprawił. – To ja ci nie przeszkadzam, pakuj się.
- Jeszcze tutaj wpadnę przed wyjazdem, ale mam prośbę.
- Cokolwiek.
- Miej oko na Weasleya, ma dar do ładowania się w kłopoty.
- Na pewno nie większy niż ty, ale ok. – Uścisnął Harremu dłoń i wrócił do swoich obowiązków.

Harry starał się zawsze przestrzegać swojej osobistej zasady nr 2: „Nigdy nie sprowadzać pracy do domu i domu do pracy”, czasami skracał to do prostego: „Wszystko ma swoje miejsce”. Kiedy wrócił do porządkowania swojego biurka, z przerażeniem odkrył, jak wielce niekonsekwentny był w tym punkcie. Prócz dwóch wiszących przed jego oczami zdjęć, na biurku i w jego szufladach odnalazł: trzy podręczniki, dwie przyniesione z domu powieści – nie licząc tej, którą właśnie miał w torbie – oraz potężny tom Kodeksu Prawa Magicznego, zagubiony kilka tygodni temu, a służący, jak się okazało, za podpórkę pod nogi. Do tego, odkrył powciskane po różnych kątach kubki po herbacie, pudełka na kanapki, a nawet, zupełnie nie pamiętał skąd, widelec. Kiedy już trzykrotnie sprawdził każdy zakamarek swego boksu, poszukując, najmniejszych nawet, osobistych przedmiotów i dokumentów, wstał i opuścił Biuro Aurorów, głucho grzechocząc swoją torbą.

Harry siedział w swoim gabinecie, w domu przy Grimmauld Place 12, machinalnie drapiąc spoczywający na jego kolanach, łeb Łapy. Do wylotu zostało mu mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Kiedy po raz pierwszy, będąc w biurze Percy’ego, usłyszał kiedy ma lecieć, był przerażony. Nie, nie tym, że leci, ale tym, że nie zdąży się do tego wyjazdu przygotować. Teraz, siedział spokojnie w fotelu, przed wielkim biurkiem, zupełnie gotowy do lotu. Jego kufer stał spakowany przy kominku, a szaty wyjściowe, wyprasowane, wisiały w jego pokoju. Po wczorajszym, ostatnim z jego udziałem, spotkaniu, udało mu się zatrzymać na chwilę Nevilla.

- Neville, możesz poświęcić mi jeszcze chwilę? – Harry zatrzymał przyjaciela, kiedy już pozostali zebrani wyszli, życząc mu dobrej zabawy na seminarium.
- Jasne. Co tam?
- Trochę głupia sprawa.
- No wal. Mnie już niczym nie zdziwisz. – Walnął go w ramię i uśmiechnął się zachęcająco.
- Chodzisz czasem na naszą salę treningową? – Harry spytał niepewnie.
- Jasne. Tak ze trzy razy w tygodniu, jak mam czas, a co?
- Zgarnąłbyś czasem Rona? – Neville zmierzył Harrego odrobinę zdziwionym wzrokiem. – Zdaje się, że zamierza dołączyć do grona aurorów, którzy nie widzieli sali treningowej na oczy. – Harry dodał pospiesznie.
- Wolisz zapewne, by nie wiedział, że to na twoją prośbę. – Uśmiechnął się pobłażliwie.
- Cieszę się, że się rozumiemy.

Po tej wymianie zdań przyjaciele pożegnali się serdecznie, a Harry pozostał sam w pustym domu, nie licząc oczywiście Łapy. W ten sposób jego myśli wróciły do siedzącego przy nim psa, który robił w jego kierunku maślane oczy.

- Eh, Łapo, kochany Łapo. – Podrapał psa po pysku. – Widzisz, wysyłają mnie daleko – wielki, kudłaty ogon zaczął bić o dywan. – i nie mogę cię zabrać ze sobą. – Wilczarz zaskomlał z żalem. – Wiem, wiem. Mi też jest przykro. Muszę znaleźć ci dobrego opiekuna na czas mojej nieobecności… Może zamieszkałbyś w Norze? – Z pyska wydobyło się głuche warknięcie. – No tak, Molly i tak już nas nie lubi, prawda? Gdybym tylko mógł zostawić cię pod opieką Ginny… – Wypowiedź utonęła w głośnym Łof, a ogon Łapy zaczął wirować z taką prędkością, że Harry dziwił się, iż jego pupil nie wzniósł się w powietrze. – Ale w Hogwarcie można mieć tylko koty i sowy. – Pies sapnął z dezaprobatą. – Chyba, że… No jasne!

Harry wykrzyknął, porywając z biurka pergamin i pióro, a pupil popatrzył na niego z nadzieją.

- Stworek! – Zawołał po skreśleniu zaledwie kilku słów.
- Panicz wzywał? – Skrzat zamiótł nosem podłogę.
- Zanieś ten list i poczekaj na odpowiedź.
- Tak, paniczu. – I już go nie było.
- Muszę sobie sprawić sowę, muszę sobie sprawić sowę. – Harry wymamrotał, wracając do zabawy z pupilem. Uwielbiał te chwile spędzane z Łapą. Pozwalały mu one odpocząć po ciężkim dniu w pracy. Uśmiechnąć się, kiedy miał zły humor, a przede wszystkim przypominały mu one Ginny. Wszak to był ich wspólny psiak.

Harry siedział właśnie na podłodze swojego gabinetu, z piłeczką przy nodze i wielkimi włochatymi łapami na ramionach, drapiąc za uszami Łapę, kiedy w pokoju zdrowo huknęło. Nie zmienił nawet pozycji, ale różdżka już spoczywała w jego dłoni. Tym razem był to jedynie Stworek.

- Paniczu, odpowiedź. – Skrzat podał mu złożony w pół kawałek pergaminu.
- No, nareszcie. Jesteś wolny. – Skrzat skłonił się raz jeszcze, a Harry rozłożył pergamin. Przeczytał kilka skreślonych koślawym pismem zdań i się uśmiechnął. – No, to sprawa załatwiona, mamy dla ciebie mieszkanko. – Psiak spojrzał na niego mądrze, delikatnie przechylając łeb. Będziesz mógł się spotykać z Ginny. – Radosne łof, łof, stanowiło wystarczającą odpowiedź.

Wokół panowała, niespotykana o tej porze roku, śnieżna zawierucha. Szkocja przeżywała właśnie nagły nawrót zimy, którego nikt się nie spodziewał, na który nikt nie był przygotowany i z którego nikt – prócz uczniów mających Zielarstwo i Opiekę Nad Magicznymi Zwierzętami – się nie cieszył. Harry stał na ścieżce prowadzącej do bram szkolnych, w ręku trzymając smycz, na której prowadził obrażonego na niego Łapę. Pies miał co najmniej dwa powody, by być obrażonym na Harrego. Po pierwsze, był absolutnie zdegustowany pomysłem spaceru na smyczy, podczas gdy nawet po Londynie biegał luzem. Po drugie zaś, niezwykła podróż jaką zafundował mu Harry (aportacja), nie przypadła mu do gustu. Jako, że uciemiężenie na smyczy wynikało właśnie z powodu takiego sposobu podróży, miał dodatkowy powód, by aportacji nie lubić.

- No już, uspokój się wreszcie. – Harry pogłaskał zestresowanego psiaka po karku. – Jesteśmy prawie na miejscu, a niedługo odwiedzi cię twoja pani. – Psiak delikatnie zafalował ogonem, ale natychmiast się zreflektował, strzelając kolejnego focha. Harry sapnął. – Tylko masz być grzeczny. – Powiedział, odpinając smycz i obrożę. Psiak natychmiast zaczął węszyć wokoło i podrzucać nosem spoczywający na ziemi śnieg. – Chodź. – Zawołał swojego pupila, ruszając w stronę bramy.

Mając w pamięci słowa profesor McGonagall, „Zawsze będziesz tutaj drogim gościem”, bez obaw przeszedł przez bramę. Obawiał się jedynie, jak Detektor Intruzów zareaguje na Łapę, najwyraźniej jednak uznał, że psiak ma dobre intencje, gdyż Łapa, z jęzorem wywieszonym na brodę, przetruchtał bezpiecznie za Harrym. Ruszyli, powoli przedzierając się przez zaspy. Nie szli jednak ku wielkim, prowadzącym do zamku, wrotom, a skrajem Zakazanego Lasu, ku niewielkiej chatce.
Fatalna pogoda powstrzymała nawet Hagrida od zwyczajowego krzątania się wokół jego chatki. Kiedy Harry zapukał do drzwi swego wielkiego przyjaciela, te natychmiast się otworzyły.
- Właź chłopie. – Zagrzmiał. – Nie stój po tej zimnicy.

Pociągnął Harrego z taką siłą, że ten ledwie zatrzymał się przed paleniskiem. Łapa, nie czekając na zaproszenie, wskoczył za swoim panem, a w chwilę później zastygł, między Harrym a Kłem, w pozycji obronnej.

- A to nasz maluch? – Hagrid dodał uradowanym tonem, kiedy już zamknął drzwi.
- Tak, Hagridzie, to Łapa. Spokój, Łapa, Kieł nic nam nie zrobi. – Poklepał delikatnie bok swojego pupila.
- Wspaniały maluch. – Określenie maluch, w przypadku Łapy, było oczywistym nadużyciem. Łapa miał niecałe pół roku, a sięgał Harremu niemal do pasa. – Będziemy się razem znakomicie bawić. Siadaj Harry.
- Dzięki Hagridzie. – Harry wspiął się na zbyt wysokie, jak dla zwykłego człowieka, krzesło. – Naprawdę nie wiedziałem, komu go powierzyć pod opiekę. – Spojrzał na swojego psa, który zaczął zaprzyjaźniać się z Kłem.
- I nie pomyślałeś od razu o mnie! – Huknął Hagrid, stawiając przed Harrym ciasteczka i herbatę.
- Wiesz, jakoś nie przyszło mi do głowy. – Harry przyznał zmieszany. – Poradzisz sobie z nim, Hagridzie?
- Żartujesz? Przy takich Sklątkach, Łapa to pestka. Będziemy się świetnie bawić. Prawda Łapo? – Zawołał do psiaka, a ten spojrzał na niego zaciekawiony. – He, he. Widzisz, raz dwa się dogadamy.
- Mam nadzieję, że Ginny zechce ci pomóc w opiece nad nim, w przerwach od nauki. – Podrapał za uchem psiaka, który w międzyczasie przydreptał do jego krzesła. – Bardzo go lubi, a on ją chyba jeszcze bardziej.
- Łof.
- Pewnie zaraz się tutaj pojawi, jak nie z Hermioną, to sama. – Hagrid wyjrzał przez okno.
- Powiedziałeś im, że będę?
- Nie. No, ale ty chyba powiedziałeś.
- Nie, Hagridzie. Nie mam czasu na dłuższe pogawędki. Po prawdzie to ja zaraz muszę znikać.
- Nie powiedziałeś im, że tu będziesz? – Hagrid był zdumiony. – Czego jak czego, ale tego, że nie zechcesz się z nimi pożegnać, to rzem się nie spodziewał.
- Napisałem do Ginny list, w którym wszystko wyjaśniam, wyślę go dzisiaj.
- List! – Wykrzyknął Hagrid, a Łapa zawarczał ostrzegawczo. – Napisał list, a to dobre. Chłopie! Ostatnim razem, jak Dumbledore napisał list, to miałeś jedenaście lat nieszczęścia.
- Jestem pewien, że nie był to jego ostatni list i jadę na kilka tygodni, a nie jedenaście lat.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. – Burknął Hagrid.
- Tak, wiem, ale naprawdę nie mam na to czasu, mimo że na pewno Ginny będzie na mnie wściekła i powinienem poświęcić jej dziś trochę czasu.
- Wściekła. Dobre sobie. – Odfuknął Hagrid. – Zapała mordem, ot co. Lepiej daj mi ten list. Sam jej oddam, przy obiedzie. Lepsze to niż jakaś przeklęta sowa.
- Dziękuję Hagridzie. – Podał olbrzymowi list, który po chwili zniknął w jego kieszeni. – Muszę niestety już was opuścić.
- Baw się dobrze, Harry.
- Ja tam jadę do pracy. – Harry przewrócił wymownie oczami. – No, Łapo. Bądź grzeczny. Słuchaj Ginny i Hagrida. Nie rozrabiaj, przynajmniej nie więcej niż w domu. – Harry zaczął tłumaczyć psiakowi, klęcząc przed nim na podłodze i drapiąc go za uszami. – Ja wrócę nim się obejrzysz. Będziesz pod dobrą opieką. – Wilczarz przeciągnął swoim długim ozorem po twarzy Harrego, od brody po samo czoło, strącając mu przy okazji okulary. – Ja też cię kocham. – Zobaczysz, spodoba ci się tutaj…

Kiedy Harry opuszczał kwadrans później chatkę Hagrida, oczy miał pełne łez. Wyjeżdżał na kilka tygodni, a czuł się, jakby porzucał swojego psiaka niemal na zawsze. Idąc do bramy słyszał płacz swojego pupila, wiedział jednak, że jeśli wróci, nie zdoła zostawić go tutaj samego. Miał tylko nadzieję, że Ginny będzie mogła bawić się z Łapą jak najczęściej.
Przekroczywszy bramę Hogwartu, Harry deportował się wprost do Londynu. Do Ministerstwa Magii, jak nigdy, dostał się przez wejście dla interesantów – to było najbliżej. Do świstoklika zostało mu już niewiele ponad pół godziny. Wiedział, że Kingsley na pewno siedzi już na szpilkach, śląc wiązanki pod jego adresem. W drodze do Ministra wstąpił na chwilę do Biura Aurorów. Zostawił niewielki plik dokumentów dla Urquharta, oraz niewielką karteczkę na biurku Rona. Napisane było na niej tylko jedno zdanie. „Zasada nr 1: Zawsze noś różdżkę.”

Tak jak się spodziewał, Kingsley, a wraz z nim nowa szefowa Departamentu Współpracy Międzynarodowej, byli w kiepskim nastroju. Nie mieli na szczęście czasu wyżyć się na Harrym. Kingsley wręczył mu jedynie grubą teczkę z dokumentami, przekazał kilka najważniejszych instrukcji i Harry już stał, trzymając w dłoni, zamienione w świstoklik, zaproszenie na seminarium.

Poczuł szarpnięcie w okolicy pępka i pożegnał Wielką Brytanię na długi czas.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

15. La Bush, babe.

02 mar

Od kilku dni Harry czuł się podle. Miał ku temu przynajmniej dwa powody. Pierwszym było nieustanne okłamywanie przyjaciela, drugim zaś list, jaki dzień po powrocie otrzymał od Hermiony. List sam w sobie był bardzo miły. Gratulowała mu pomysłu na walentynki i dziękowała, że pomógł Ginny oderwać się myślami od egzaminów. Z listu wynikało, że Ginny jest zachwycona niespodzianką jaką jej sprawił. W długiej na trzy stopy rozprawce, dokładnie opisała co myśli o każdym wydarzeniu, jakie opowiedziała jej Ginny, szczęściem kilka wspomnień pominęła. Cały list kończył się jednak pytaniem; „Czy wiesz, że Ginny była przekonana, że się jej oświadczysz?” Czuł się, jakby kolejny raz oberwał pałką od McLaggena. Nie, nie wiedział, że Ginny tak sądziła. Nawet przez myśl mu to nie przeszło. Czuł się teraz jak największy kretyn i nie miał najmniejszego pomysłu co z tym faktem zrobić. Co się zaś tyczy okłamywania Rona. Tu historia jest dłuższa. Wszystko zaczęło się tego samego dnia, w którym wrócili z Rio.

- Harry! – Usłyszał, nim jeszcze wysiadł z windy. – Nareszcie jesteś. – Z głębi korytarza kroczył ku niemu Eryk. Harry po raz pierwszy widział go poza Mordownią i uderzyło go, jak ogromny jest ten facet. Widziany w otwartej hali treningowej, lub za swoim biurkiem, nie robił, na przyzwyczajonym do bycia niższym, Harrym, takiego wrażenia. Teraz, widząc go w wąskim korytarzu, w pełni można było pojąć znaczenie jego sześć i pół stopy wzrostu, oraz dwukrotnie szerszych aniżeli u przeciętnego człowieka barków. Eryk wyglądał niczym zawodowy ciężarowiec.
- Coś się stało? – Jeszcze nigdy nie rozmawiali z nim poza salą ćwiczeń Ba, Eryk nigdy nie pokazywał się poza salą ćwiczeń, a co dopiero szukać kogokolwiek. Sytuacja była więc co najmniej niespotykana. – Pracę zaczynam dopiero za kwadrans.
- Ja za to skończyłem ją godzinę temu i tylko na ciebie czekam. – Podał Harremu swą muskularną dłoń. – Liczyłem, że wpadniesz przed pracą potrenować.
- Miałem kilka spraw po weekendzie do załatwienia. Więc, po co mnie szukałeś
- No tak, coś słyszałem o weekendzie. – Mruknął, uśmiechając się delikatnie. – Wpadnij do mnie po zmianie, koniecznie. Cześć. – Klepnął Harrego w plecy, wymijając go w drodze do windy.

Popatrzył za nim, odrobinę skonsternowany. Szybko się jednak otrząsnął i skręcił do kwatery. Po ostatnim spotkaniu z Robardsem, wolał się nie spóźnić, zakładając oczywiście, że Robardsowi zechciało się zostać po godzinach.

- Potter! – Jednak mu się zechciało. – O której to się przychodzi do pracy! – Robards był wściekły, nawet jak na swoje standardy.
- Zaczynam za dziesięć minut, szefie. – Odpowiedział spokojnie.
- Nie, nie zaczynasz! – W głębi, za plecami Robardsa, Harry zobaczył Urquharta dającego mu jakieś, bliżej nieokreślone, znaki. – Zbieraj swoje śmieci i się wynoś.
- Czemu tym razem? – Harry spytał lodowatym tonem, choć zachowanie Urquharta, raczej wyjaśniało tą kwestię.
- Czy ja ci Potter nie mówiłem pierwszego dnia, że jak złamiesz mój rozkaz to wylecisz? – Robards stał tuż przed Harrym, tak że ten musiał mocno zadzierać głowę, by mogli mierzyć się wzrokiem.
- Mówił pan.
- No więc, zbieraj swoje śmieci. – Szef uśmiechnął się mściwie. – Wylatujesz.
- Nie sądzę. – Harry wyminął go, rozsiadając się w swoim boksie.
- Uważasz, że wiesz lepiej czy mogę cię wyrzucić? – Robards zawał się być zbity z tropu.
- Tak, w tym wypadku tak. – Ton głosu Harrego nie był już tak lodowaty. Na powierzchnię poczęły się przebijać pierwsze oznaki luzu.

W całym biurze zapanowała nieopisana cisza. Nic, nawet najmniejszy szelest papieru, nie zakłócał panującej atmosfery. Podczas gdy Harry i Robards mierzyli się wzrokiem, a ich twarze wyrażały zgoła przeciwstawne doznania, wokół ich osób poczęło narastać nieokreślone napięcie, obejmując niczym pełzająca mgła, lub nadymająca się bańka mydlana, coraz większą powierzchnię biura. Wszyscy znajdujący się w jej zasięgu, czuli przeszywające powietrze wibracje. Napięcie było niemalże namacalne. Czas zwolnił, jakby płynące sekundy, były minutami, lub nieomal godzinami i kiedy wszyscy nabrali już przekonania, że nic się nie wydarzy. Robards wybuchł.

- Ty zarozumiała, zapatrzona w siebie miernoto! – Jego głos niósł się lepiej od najsilniejszego z wyjców. – Od kiedy twoje przerośnięte ego przekroczyło próg tego biura, staram się wbić ci do tej pustej głowy, że gwiazdorstwo nie wystarczy do bycia dobrym Aurorem. Staram się uświadomić ci, że wcale tu nie pasujesz i nikt cię tu nie chce. Najwyraźniej jednak posiadanie za przyjaciela tej parodii ministra i owinięcie sobie wokół palca ciamajdy Roya, daje ci chore przeświadczenie o własnej wielkości. Ja cię nauczę porządku Potter! – „Ciekawe”, zastanawiało się niezależnie kilku z aurorów, „Ile departamentów słyszy te krzyki”. Faktycznie, Wrzaski Robardsa niosły się daleko. Jeśli jednak, ktokolwiek zamierzał sprawdzić o co też temu człowiekowi chodzi, kiedy tylko padło nazwisko Potter, z całą pewnością osoba taka zaniechała swych zamiarów. „Potter” wyjaśniało wszystko.
- Cokolwiek. – Harry wzruszył ramionami i odwrócił do stosu czekających na niego papierów.

To było coś nowego, bez kłótni, bez ugodowych „tak szefie”. Całkowite zignorowanie ze strony Harrergo, spuściło z Robardsa resztki ciśnienia. Nie przywykł do bycia ignorowanym, przez kogokolwiek, a w szczególności swoich pracowników. Zazwyczaj, reakcja taka spowodowała by jeszcze większą furię krzyczącej osoby, Robards jednak, nigdy nie spotkawszy się z taką sytuacją, wrócił do swego biura w stanie szoku. Musiało minąć sporo czasu, nim przetrawi całą sytuację. W międzyczasie jednak ulotni się do domu.

- Siemasz, Harry. – Urquhart zmaterializował się w drzwiach boksu, gdy tylko Robards zniknął z pola widzenia. – Wybacz, nie miałem możliwości cię ostrzec. Czekał na ciebie całe popołudnie.
- Co go ugryzło tym razem? – Harremu zadrgały kąciki ust. – Czyżby dowiedział się o naszej robótce dla Kinga?
- Jakbyś zgadł. Jakimś cudem, kopia raportu trafiła wprost na jego biurko. – auror głośno zgrzytnął zębami. – Jak tylko się dowiem kto, żywo ministerstwa nie opuści.
- W międzyczasie dalej robimy swoje? – Wolał się upewnić.
- A jakże by inaczej – Szef Sekcji 0 uśmiechnął się złośliwie. – A tak w ogóle, widzę że weekend się udał. – Przyjrzał się zazwyczaj bladej twarzy Harrego.
- Się wie.
- A pani Potter In Spe, zadowolona? – Urquhart wyszczerzył zęby.
- Nie ma żadnej In Spe, ale tak, zadowolona. Przynajmniej do chwili, gdy odstawiłem ją podstępnie do szkoły.
- Frajer. – Usłyszał w odpowiedzi. – Ja bym nie odstawiał. – Rzucił przez ramię, odchodząc w stronę swego boksu.

Nocna zmiana zaczęła się więc nader interesująco. Ogarnąwszy stos oczekujących na niego dokumentów, Harry rozsiadł się wygodnie, a przynajmniej na tyle wygodnie na ile pozwalało krzesło, i począł się wpatrywać w zrobione w Rio zdjęcie. To, na którym przytulają się z Ginny, na tle górującej nad miastem statuy. Jego myśli zaczęły przeskakiwać pomiędzy co ciekawszymi momentami weekendu. Był bezgranicznie zadowolony ze swojego pomysłu. Wspominał właśnie ich wspólna kolację na tarasie apartamentu, kiedy odniósł, nie po raz pierwszy tego wieczoru, wrażenie, że ktoś go obserwuje.
Było to, to przejmujące uczucie, którego nie da się pomylić z niczym innym. Po kręgosłupie Harrego zaczęło wędrować nieprzyjemne mrowienie, docierając do jego włosów i sprawiając, że stanęły dęba bardziej aniżeli zazwyczaj. Jego głowa stała się dziwnie ciężka i poczuł przejmujący tępy ból. Zupełnie jakby ktoś wwiercał się do jej wnętrza. Obrócił się ostrożnie w stronę drzwi, jedynego otworu przez który można było go widzieć. W pierwszej chwili nie zobaczył niczego nadzwyczajnego. W boksach siedzieli przekładający stosy papierków aurorzy. Było ich więcej niż zazwyczaj, nie zdziwiło go to jednak, biorąc pod uwagę liczbę zgłaszających się kandydatów. Zaczął się już zastanawiać, czy nie ogarnia go jakaś paranoja, kiedy nad jednym z boksów pojawiła się ruda czupryna. Przez chwilę Harry i właściciel tejże czupryny wpatrywali się w siebie, „kie…” pomyślał. Z oddalonego boksu ujawnił się, teraz już całkowicie wyprostowany Ron.

Machnął energicznie w stronę Harrego, który uśmiechnął się delikatnie, niespokojnie odwracając głowę ku biuru Robardsa, którego to (biura i Robardsa) z boksu i tak nie było widać. Kiedy spojrzał ponownie na Rona, ten już zniknął. Wolał nie ryzykować, że szef kręci się jeszcze po biurze i namierzy go na spacerze. W najbliższych dniach nie czekał go żaden egzamin, wyciągnął więc znalezioną w domowej biblioteczce powieść i zabrał się za kartkowanie.

- Tutaj zawsze tak wesoło? – Usłyszał za swoimi plecami.
- Tylko kiedy ja się zjawiam. – Zrobili z Ronem klasycznego miśka. – Jak widzę zostałeś stażystą?
- Kadetem. – Poprawił go Ron. – Przegapiłeś najwyraźniej notkę Szefa Departamentu. Wszyscy przyjęci po pierwszym stycznia są kadetami.
- Stażysta, kadet. Co za różnica. – Harry wzruszył ramionami. – Pracujesz w biurze i to się liczy.
- No. Egzamin był za…
- Szzz. Zapomniałeś, że obowiązuje cię tajemnica? – Syknął na Rona.
- Spoko, Robards poszedł do domu prawie godzinę temu.
- To nie ma znaczenia. Tajemnica to tajemnica.
- Ok, ok. Wrzuć na luz – Ron uniósł ręce. – Chciałem tylko powiedzieć, że było spoko. Nastraszyłeś mnie nie chcąc nic zdradzić, a nie było czego się bać.
- Cieszę się, że tak sądzisz.
- Ale serio, szef zawsze tak na ciebie reaguje?
- Nie, raz na jakiś czas udaje, że nie istnieję.
- Uh, a ja sądziłem, że Snape był męczący.
- Ciebie się nie czepia? – Zainteresował się Harry.
- Wiesz, To dopiero moja druga zmiana, ale jak dotąd nie zaszczycił mnie ani jednym słowem.
- I oby tak zostało. – Uśmiechnął się do rudego przyjaciela. – Dobrze jest cię mieć tutaj.
- No ja myślę. Co ty byś beze mnie zrobił. – Ron walnął Harrego w plecy. – A teraz, opowiadaj jak tam wypad z moją siostrą. – Rozsiadł się wygodnie na brzegu biurka.
- Nie masz czasem jakiejś pracy do wykonania? – Harremu zrobiło się nagle straszliwie gorąco.
- Mam, ale nic się nie stanie jak po dwudziestu latach w archiwum poczeka jeszcze godzinkę na biurku. – Wcale nie przejął się delikatną aluzją. – Co robiliście? Gdzie ją zabrałeś? Mama nic nie wie, tata też. Fleur tylko się uśmiecha. Nawet Hermiona twierdzi, że nie wie absolutnie nic! – Widać było jak pali go ciekawość. – George uważa, że zabrałeś ją do Egiptu, choć Bill zarzeka się, że nic o tym nie wie. Ja stawiam na Australię, tylko że Hermiona jest z jakiegoś powodu przekonana, że tam byś nie poleciał.
- I ma rację, okropny kraj. – Harry wzdrygnął się na wspomnienie gorących okolic Melbourne, jakże innych od cudownie ciepłego Rio.
- Szkoda, założyłem się z Georgem o dziesięć galeonów.
- Fiuuu. Szastasz kasą. – Harry zacmokał z dezaprobatą. – Ale George też nie trafił.
- Oj, nawijaj gdzie byliście.
- Zakładając, że nie tak dawno pobiłeś mnie na podwórku Nory i oskarżyłeś o uwiedzenie i zdeprawowanie twojej siostry… Nie zaspokoję twej ciekawości. – Uśmiechnął się mściwie.
- No wiesz! – Ron zrobił się czerwony. – Własnemu kumplowi!
- Trzeba być miłym dla ludzi, Ron. – Powiedział patronizującym tonem. – Zresztą, sądzę, że niedługo dowiesz się od Hermiony.
- Jakaś mała wskazówka?
- Było ciepło.
- To wiem, przecież tak ją spakowaliście z Fleur. Coś innego.
- Było słonecznie? – Harry uniósł brwi.
- A idź ty. – Ron sarknął zdegustowany. – Wracam do swoich akt. Tam nie muszę się bawić w zgadywanki.

Harry sapnął z rezygnacją. Ach ta ciekawość. Tym większa im bardziej chce się coś ukryć. Znów popatrzył na wiszące przed nim zdjęcia. „Czy tutaj zawsze tak wesoło.” Przypomniał sobie pytanie i uśmiechnął się mimowolnie. Tak, tutaj zawsze tak wesoło. Lubił zmiany na których nie było Robardsa, mógł w ich czasie skoncentrować się na wykonywanej pracy, nie wyczekując kolejnego wybuchu ze strony szefa. Pozwalały one też przygotować się jak najlepiej do kolejnych egzaminów, które z każdym tygodniem stawały się się coraz trudniejsze. „ No tak, miałem sprawdzić kto przygotowuje pytania testowe” – Przypomniał sobie.

Kiedy o poranku Robards wrócił do biura, Harry ze zdziwieniem odkrył, że szef wybrał, w drodze do swego biura, drogę tak odległą od jego biurka, jak to tylko było możliwe. Pomimo, że z całą pewnością nie była to najkrótsza z dróg. „Czyżby nie wymyślił jeszcze ciętej riposty? A może zabrakło mu już powodów do gnębienia”, zastanawiał się. Faktem było, że Robards nie pojawił się w okolicy jego boksu do końca zmiany. Siedział w swoim biurze, co jakiś czas tylko wydzierając się na któregoś z aurorów, by ten się u niego stawił.

Gdy o ósmej Harry wstawał od swojego biurka, czuł, że to była najlepsza zmiana, na której spotkał się z szefem, w jego karierze, a na pewno przynosząca najwięcej satysfakcji.

- Więc. – Usłyszał za swoimi plecami Rona.
- Więc co?
- Więc jesteśmy aurorami. – Przyjaciel aż trząsł się z ekscytacji. – Ty i ja, znowu razem. – Oczy mu płonęły.
- Tak, znowu razem. – Uśmiechnął się delikatnie.
- Fajnie, co?
- No, fajnie, fajnie. – Ekscytacja przyjaciela zaczęła mu się udzielać.
- Słuchaj! – Ron zatarł ręce. – Kremowe. – Harry spojrzał na niego pytająco. – Kremowe. Trzeba to opić.
- Spoko, chętnie. Ale nie teraz.
- Ale czemu? – Ronowi zrzedła mina. – Znowu jakieś spotkanie?
- Eryk poprosił żebym wpadł. Ale możesz iść ze mną.
- Eryk? Jaki Eryk? – Ron był lekko zagubiony.
- Trener na Mordowni.
- Mor… A! Na AOS’ie.
- No, możesz ze mną pójść. Potrenujemy, a potem skoczymy na twoje kremowe.
- Wiesz, dzięki, ale odpuszczę sobie. – Ron miał nietęgą minę. – Nie mam ochoty na trening. Wystarczy mi zaliczanie egzaminów. – Wyglądało na to, że Ron będzie jednym z tych aurorów, których Harry spotka na sali treningowej tylko w czasie testów. – Do zobaczenia, stary. – Podał Herremu rękę.
- Na razie. – Uścisną prawicę przyjaciela i ruszył w stronę sali treningowej.

Tak jak się spodziewał, na sali, prócz zdającego właśnie egzamin młodego chłopaka, nie było absolutnie nikogo. Pills stał z podkładką do notowania w dłoniach i różdżką w zębach. To było coś nowego. Harry machnął do niego, a Eryk gestem nakazał mu poczekać. Właśnie przygotowywał kandydata do Spaceru Aurora. Kiedy chłopak zniknął w pomieszczeniu, przywołał Harrego.

- Fajnie, że wpadłeś. – Wymamrotał z różdżką nadal w zębach.
- O co chodzi z tą różdżką? – Harry zapytał w odpowiedzi.
- O, cholera. – Wyjmują przedmiot z ust. – Tfu, zupełnie o niej zapomniałem. – Uśmiechnął się delikatnie. – Ten idiota już dwa razy podpalił salę, a raz mało nie urwał sobie nogi. – Warknął przez zęby. Chodź. – Ruszyli wzdłuż ściany wyposażonej w coś, przypominające wyglądem mugolskie weneckie lustra.
- W czym mogę ci pomóc. – Harry spytał gdy szli wzdłuż luster.
- Znowu klapa, kolejny do odstrzału. – Wymamrotał, patrząc na kandydata. – Co, a no tak. – Zwrócił się do Harrego, całkowicie tracąc zainteresowanie kandydatem, mimo że ten był dopiero w połowie Spaceru. – Chodzi o egzamin twojego kumpla.
- A, tak. Spotkałem go, mamy razem zmiany. – Harry się uśmiechnął.
- Oblał. – Eryk dokończył bardzo poważnym tonem. W pierwszej chwili Harry pomyślał, że chodzi o chłopaka w pomieszczeniu obok.
- Słucham?
- Weasley oblał. – Mina Eryka wydawała się być odrobinę zatroskana.
- Ale, przecież pracuje… – Harry czuł się odrobinę zagubiony.
- Podciągnąłem mu kilka punktów. – Uśmiechnął się blado.
- Co mu nie poszło?
- Strzelnica i Spacer. Szczególnie strzelnicę zawalił, 40 na 100 to stanowczo za mało. – Harry zmiął przekleństwo. – Trochę nadrobił na Spacerze, ale to nie wystarczyło.
- Czemu go podciągnąłeś? – Harry był autentycznie zdziwiony. – Nie żebym nie był wdzięczny, ale dlaczego?
- Część teoretyczna poszła mu świetnie, uznałem więc, że mogą być z niego ludzie. Poza tym, nie chciałem by Gawain miał używane. – Spojrzał do pomieszczenia, w którym kadet właśnie skończył Spacer i czekał na wypuszczenie. – Eh, trzydzieści – Pokręcił głową. – Egzamin mu podciągnąłem, ale z testami na takim poziomie sobie absolutnie nie poradzi, a jeszcze go tu nie widziałem.
- Zajmę się tym. – Pills tylko skinął głową i ruszył wypuścić niedoszłego kadeta.

Wróciwszy do domu, Harry nie miał zbyt wiele czasu na rozmyślania , co począć ze swoim nad wyraz leniwym przyjacielem. Zaledwie w kilka godzin po powrocie do domu, na Grimmauld Place zjawili się w komplecie wszyscy członkowie powołanego przez ministra zespołu, by dalej deliberować i wykłócać się o najdrobniejsze nawet rzeczy. Przez całe spotkanie, Harry był zawieszony pomiędzy znudzeniem a zniechęceniem. Posunęli się tak nieznacznie w swych pracach, że zaczął się zastanawiać, czy osiągnął jakieś porozumienie nim on osiągnie wiek średni. To było wręcz nie do pomyślenia, jak rozsądni, dorośli ludzie, mogą tak wykłócać się o nie mające najmniejszego znaczenia błahostki.

Gdy tuż po obiedzie cała ekipa opuszczała jego dom, Harry żegnał ich z nieskrywaną ulgą. Miał nadzieję, wreszcie odpocząć psychicznie i zastanowić się nad tym co począć z Ronem, niestety. Mugole mają takie powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami, mawiają też, że jeśli coś może pójść źle to na pewno tak pójdzie. Najwyraźniej ten dzień, miał oprzeć się Harremu na tych właśnie powiedzeniach. Ledwie usiadł przed kominkiem, z kubkiem czekolady w jednym ręku i dobrą powieścią w drugim, a już do okna poczęła dobijać się sowa.

Gdy Harry otworzył okno by odebrać list, nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Dumnie wystawiła nóżkę, a uwolniona od listu energicznie zamachała skrzydłami, ochlapując Harrego osiadłymi na skrzydłach kroplami i odleciała w deszcz. Ucieszył się widząc, list zaadresowany dłonią swej najlepszej przyjaciółki. Przeczuwał, że Ginny pochwali się ich wspólnym wypadem przy pierwszej nadarzającej się okazji. List od Hermiony przepełniony był nieskrywaną ekscytacją i wywołał na jego twarzy szeroki uśmiech… i wtedy właśnie przeczytał ostatnie jego zdanie.

P.S
Czy wiesz, że Ginny była przekonana, że się jej oświadczysz?

Harry stał jak skamieniały, wpół drogi do fotela, a jego usta poruszały się niemo powtarzając post scriptum. Ani planując wyjazd, ani też w jego trakcie, a tym bardziej po powrocie myśl taka nie przemknęła przez jego głowę. A jednak, zabrał Ginny do raju, więc czegóż innego mogła się spodziewać. Zastanawiał się, jak musiały by wyglądać zaręczyny, by choć dorównać zwykłemu weekendowemu wypadowi i w tej chwili bardzo zapragną mieć smoka. Nie wiedział jeszcze czy po to by polecieć na nim do Ginny i oświadczywszy się porwać ją gdzieś bardzo, bardzo daleko. Czy może tylko i wyłącznie po to by ten go przysmażył i zjadł.

Tego popołudnia Harry wiele czasu spędził krążąc po salonie, długo deliberując z samym sobą, na temat swoich uczuć do Ginny i tego, jak powinien był się zachować. Kiedy rozpoczynał dyskusję, sądził że Ginny przesadziła oczekując z jego strony takiej deklaracji w tamtym miejscu i czasie. Kiedy jednak po kilku godzinach siadł wreszcie w fotelu, mocno trąc swoje skronie, był już święcie przekonany o swej ślepej miłości do Ginny i sam nie mógł pojąć czemu jeszcze się jej nie oświadczył. Doszedłszy do tych, prowadzących do poważnych konsekwencji, wniosków, postanowił rozmówić się ze swym rudowłosym przyjacielem.

- Harry! – Molly wykrzyknęła grobowym tonem, gdy otrzepując się z popiołu opuszczał kominek. – Cóż za nieoczekiwana wizyta. – Szczękę miała zaciśnięta a wargi złączył się w w długa cienką linię. Nie było wątpliwości, że nie cieszy jej to spotkanie.
- Dzień dobry, pani Weasley. – Uśmiechnął się serdecznie, choć widział, że najchętniej by go wyrzucono. – Zastałem Rona?
- Tak. Śpi.
- Nie szkodzi, obudzę go. – Zaczął szybko wspinać się po schodach.
- Rano ma służbę! – Usłyszał za sobą okrzyk Molly.
- Wiem, wiem. – mruknął.

Kiedy znalazł się u szczytu schodów, przed pokojem swego przyjaciela, nie zatrzymał się nawet na chwilę. Pchnięte z całej siły drzwi z impetem huknęły o ścianę, wzbijając tuman kurzu.

- Co się dzieje? – Ron, zdezorientowany tarł zaspane oczy.
- Gdzie twoja różdżka? – Harry warknął w odpowiedzi. – Powinieneś właśnie celować nią we mnie. Co z ciebie za auror?
- Przecież jestem w domu! – Ron dostrzegać co się wokół niego dzieje. – Harry, po kiego włamujesz mi się do pokoju?!
- Sprawdzam jak dbasz o swoje bezpieczeństwo. Gdzie ta różdżka?
- Na komodzie, koło ciebie. – rudzielec wskazał palcem na punkt, gdzieś na prawo od Harrego.
- Niebywałe. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Zwyczajnie niebywałe. Ja chyba jednak występuję przeciw przeznaczeniu porywając się na to. – Wymamrotał do siebie.
- Jakiemu przeznaczeniu? Porywając na co? – Ron zaczął wygramalać się z łóżka.
- Jutro o szóstej widzimy się na sali treningowej. – Powiedział, rzucając Ronowi jego różdżkę. – A ona ma być zawsze pod ręką.
- Ale ja nie mam ochoty na trening!
- A ja nie mam ochoty się powtarzać. – Harry rzucił przez ramię schodząc po schodach. – Jutro o szóstej i jeszcze mi kiedyś podziękujesz.
- Nie sądzę. – Ron wgramolił się do łóżka, machnięciem różdżki zamykając drzwi.

Kiedy następnego ranka, blady jak ściana, burkliwy i niewyspany Ron wszedł do Centrum Ewaluacyjno Treningowego Departamentu Przestrzegania Prawa, Harry krążył już po umieszczonym w Sali Treningowej owalnym podwyższeniu .

- Spóźniłeś się.
- Jest pięć po szóstej.
- Przecież mówię, że się spóźniłeś. – Ron pokręcił głową.
- Więc co to jest?
- To jest mata służąca do trenowania pojedynków. – Harry odparł spokojnie. – Te linie, właź na matę bo nic nie zobaczysz. Te linie wyznaczają pola w jakich można walczyć. Masz pozycje do klasycznego pojedynku, – Wskazał na pola u szczytów owalu oraz łączące je dwie równoległe linie. – oraz okręgi. – Niedbałym ruchem omiótł całą matę. – Najpierw chodzisz po największym okręgu by w miarę treningu schodzić do coraz mniejszego. Na koniec, będziesz stał w tym małym okręgu, a przeciwnik będzie krążył wokół ciebie. A teraz idź na pozycję, poćwiczymy trochę tradycyjny pojedynek. Zobaczymy jak u ciebie z fechtunkiem.
- Ale po co?
- Bo mam ochotę poćwiczyć, a ty jesteś pod ręką. No dalej, stawaj.
- Wystarczył kwadrans by Harry przekonał się, że Ronowi brakuje szybkości, celowności, kondycji i przewidywania ruchów przeciwnika. Po pół godzinie wiedział, że praca z przyjacielem będzie przysłowiową orką na ugorze. Trzeba jednak było oddać Ronowi sprawiedliwość. Wykuł na pamięć wszystkie dane mu przez Harrego podręczniki i wykazywał się całkiem sporą, acz nieudolną, kreatywnością.
- Ron! – Krzyknął poirytowany, kiedy jego przyjaciel po raz kolejny podnosił się z ziemi, na która poleciał zablokowawszy niezbyt silne expulso. – To nie jest klub pojedynków. Nikt nie będzie tutaj czekał, że zablokujesz jego atak a potem wyprowadzisz własny. Będą w ciebie walili ile wlezie.
- Przecież wiem!
- Jak cię atakują odpowiadaj atakiem! Atak, atak, atak, atak. Nie widzisz jak ja to robię?
- Widzę.
- Więc nie odbijaj tylko uchyl się i wyślij coś we mnie nim zdążę się przygotować.

Rzeczą, z którą trzeba było się uporać, nim ruszy się z treningami dalej, był bezsprzecznie całkowity brak rytmu. Ron nie potrafił utrzymać jakiegokolwiek tempa walki, ciągle się gubił i tracił koordynację.

- Eryk! – Harry wrzasnął na całe gardło.
- Joł? – Dobiegło z sąsiedniego pomieszczenia, a po chwili w drzwiach pojawił się Eryk, trzymając w dłoniach kanapkę wielkości średniej pizzy.
- Jak się nazywała ta mugolska nuta co mi ją na dobre tempo dałeś?
- La Bush, babe. By My Lover. – Eryk machnął różdżką i koło maty zmaterializowało się stare radio.
- Dobra Ron. Teraz ja tylko odbijam a ty trzymaj rytm i wal. – Różdżką wystartował melodię.
- Hej! – Ron starał się przekrzyczeć melodię, która po pierwszych spokojnych taktach, stała się niezwykle szybka. – Tego tempa nie da się utrzymać.
- Ja utrzymuję. Nie gadaj tylko wal.

Tak zaczęły się najdłuższe, wypełnione muzyką, dwa tygodnie w życiu Harrego. W ich trakcie Ron z Harrym poznali więcej mugolskich utworów aniżeli w całym swoim dotychczasowym życiu. Kiedy skończyli z La Bush, Eryk zaserwował im muzyczną wyprawę, począwszy od Black Sabbath, przez Alice Cooper, AC/DC i Aerosmith na DJ Tiesto kończąc. Najważniejsze jednak, że ich wysiłki przyniosły efekty i Ron zaczął przypominać kogoś, kto będzie naprawdę dobrym aurorem. Choć miał wypominać Harremu ten trening jeszcze przez długie lata.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 
 

  • RSS