RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

Rozważania o Magii. Cz.I

24 lut

Jeśli ktoś by mnie zapytał o magię…
Powiedział bym, że magia jest odwieczna. Głęboko wrosła zarówno w nas jak i w mugoli i budzi się wtedy, gdy najbardziej jej potrzebujemy. Magia towarzyszy nam od zarania dziejów i jeśli ktoś by mnie zapytał, powiedział bym, że ostatni człowiek będzie czarodziejem.

Rozważania o magii,
Vindictus Veridian, Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

14. Tam i z powrotem, jak Ginny została porwana do Raju.

15 lut

* Po poprzednim rozdziale usłyszałem kilka gorzkich słów i kilka ciepłych. Dziękuję za jedne i drugie. Piszę tą historię zarówno dla siebie jak i dla was, chętnie więc czytam wszystkie opinie i długo je rozważam. Szkoda, że tak mało osób komentuje, ale cóż. Dzisiaj rozdział będzie krótki, ale po długich walentynkach jakoś to przeżyjemy. Będzie odrobinę chaotyczny jak poprzedni, gdyż jedną opowieść zobaczymy oczami trzech osób. Każda z opowieści będzie się jednak dopełniać i zdradzać kolejne elementy układanki. Kolejne rozdziały będą już „normalne”, obiecuję.

** Pisownia wypowiedzi Fleur jest celowo błędna. Przepraszam, jeśli będzie się to źle czytało, ale zawsze tak sobie wyobrażałem jej „engielski”.

Miłej zabawy.
_____________________________________________________________________________________________________

Hogwart

Siedziały samotnie w ich dormitorium, na szczycie wieży Gryffindoru. Była pora obiadu, ale Hermiona nie mogąc się doczekać relacji, zaciągnęła przyjaciółkę na górę. W czasie zajęć nie miały okazji porozmawiać. Kiedy, w czasie Transmutacji, Hermiona próbowała wyciągnąć coś z Ginny, obie zostały zdzielone po głowach rolką pergaminu.
- No opowiadaj wreszcie. – Emocjonowała się Hermiona.

Ginny.

Wracały z ostatniej tego dnia lekcji, Eliksirów. Ginny ciężko powłóczyła nogami. Mimo że była dopiero trzecia po południu, była skonana i błogosławiła piątek. Po kompletnej katastrofie kolejnego w tym roku eliksiru wiedziała, że ta dziedzina magii nie była dla niej. Jej okropny stan jedynie pogłębiało zadowolenie, któro nie opuszczało twarzy Hermiony. Cóż jednak poradzić, kiedy Slughorn pieje nad kolejnym z twoich dzieł.

- Panno Weasley! – Usłyszała za sobą ostry głos. Jeśli nawet myślała, że gorzej być nie może, teraz wyzbyła się złudzeń. Dyrektorka nie pofatygowała by się osobiście, gdyby sprawa nie była poważna. A poważna sprawa dla McGonagall, nie mogła być niczym dobrym dla Ginny. Co znowu przeskrobała i jaką kolejną karę zarobi.
- Słucham, pani dyrektor. – Odpowiedziała, odwracając się w kierunku nadchodzącej kobiety. Kątem oka wyłapała, że samozadowolenie Hermiony jakby wzrosło. – Czy coś się stało.
- Tak. – Serce Ginny przestało na chwilę bić. – Ma pani pozwolenie na opuszczenie dzisiaj szkoły. – Skinęła delikatnie głową i odeszła swym zwyczajnym, szybkim krokiem. Ginny stała zszokowana.
- Słyszałaś! – Hermiona nie starała się nawet ukryć ekscytacji.
- Ale, o co chodzi? – Ginny nadal patrzyła w ślad za dyrektorką. – Jak opuścić szkołę?
- No przecież dzisiaj zaczyna się weekend w Hogsmeade! Chodź. – Pociągnęła Ginny.
- No co ty, teraz? – Ginny była rozdarta. Z jednej strony tak dawno nie była z Hogsmeade, z drugiej była totalnie skonana.
- Chodź, nim zmieni zdanie. – Ta perspektywa ją przekonała.

Gdy opuściły szkolne mury i wyszły na błonia, natychmiast uderzył w nie ostry, nieprzyjemny deszcz. Pogoda nie sprzyjała spacerom, Ginny jednak odzyskała siły. Idąc planowała na głos, gdzie najpierw się udadzą. Oczywiście musiały odwiedzić Niespodzianki Weasleyów. Potem piwo kremowe, o tak, bezsprzecznie pod Trzema Miotłami. Sowia poczta. Musiała napisać list do Harrego, skoro mogła odwiedzać wioskę, to on musi odwiedzić ją. Kiedy minęły szkolną bramę, Ginny wciąż recytowała plan najbliższego popołudnia, głośno wykrzykując go idącej krok za nią Hermionie.
W pewnym momencie jej przyjaciółka pisnęła.

- Co się stało? – Spytała, odwracając się w stronę Hermiony.
- Nic, nic. Tylko się potknęłam. – Hermiona odparła, prostując się. – Mów dalej.
- Ale, to właściwie już wszystko. – Odpowiedziała, ruszając dalej.

Pogoda była naprawdę okropna. Tutaj, na drodze do Hogsmeade, do siekającego ich twarze deszczu, doszedł zimny wiatr. Pomimo wciśniętej na głowę czapki i wysoko postawionego kołnierza, jakiemuś wrednemu podmuchowi udało się dostać do spoczywających na karku kosmyków włosów, delikatnie je rozwiewając. „Jakoś to przeżyję”. pomyślała idąc dalej. Po chwili kolejny, bardziej natarczywy podmuch, poderwał te same kosmyki. Przeczesała nerwowo włosy i poprawiła kołnierz. Wiatr wył, zagłuszając ich kroki i odgłosy idących w oddali ludzi. Podmuchy, swoim szumem, zdawały się opowiadać jakąś historię. O, ten ostatni powiedział nawet coś, co można by uznać za jej imię. Głupoty. Nie! Ten kolejny, na pewno wyszeptał jej imię. Stanęła jak wryta. Nieomal powodując zderzenie z idąca za nią Hermioną.

- Co się stało, Ginny? – Spytała przyjaciółka.
- Nie jestem pewna. Coś… coś mi się zdawało. – Odpowiedziała. W tym momencie poczuła mocne szarpnięcie, a niewidzialna siła pociągnęła ją za wysoki żywopłot.
- Cześć, Ginny.
- Harry. – Wykrzyknęła, widząc materializującego się znikąd chłopaka.
- Jak się masz? – Spytał. – Wpadłem, życzyć ci bardzo wesołych walentynek. – W jego dłoni pojawiła się niewielka, czerwona róża.
- Dziękuję? Spytała niepewnie, wyciągając dłoń po różę.

W chwilę później poczuła szarpnięcie w okolicy pępka, a świat dziwnie się rozmazał.

Hermiona

„Nareszcie Piątek”. Pomyślała, gdy po obiedzie wracała do swojego dormitorium. Nareszcie będzie weekend i będzie mogła porządnie zając się nauką do egzaminów. Miała pół godziny do Eliksirów ze Slughornem. Na dziś zapowiedział naukę eliksiru Smoczego Tchu. Eliksiru, którego opary mogły uśpić całe dziesiątki osób, jeśli dobrze się go przygotowało. Takiej lekcji nie mogła przegapić.
Właśnie przepakowywała swoją torbę z podręcznikami, gdy za jej plecami zdrowo huknęło. Odwróciła się z różdżką w pogotowiu. Na jej łóżku siedział Stworek.

- Na gacie Merlina! Mogłam dostać zawału. – Wydyszała, trzymając się za serce.
- Stworek przeprasza panienkę Hermionę. – Skrzatowi lekko oklapły uszy.
- Już dobrze. Co cię tu sprowadza?
- Panicz Harry prosił, by przekazać panience ten list. – Wyciągnął zza pazuchy białą kopertę z kredowego papieru.
- Dziękuję, Stworku.
- Do widzenia, panienko Hermiono. – Skłonił się znikając.

Hermiona otworzyła zaadresowaną do niej kopertę. Chyba nigdy się nie przyzwyczai do nowego sposobu przekazywania przez Harrego poczty.

Droga Hermiono.

Jako, że w najbliższy weekend będę zajęty, pragnę już dziś złożyć ci życzenia walentynkowe. Mam nadzieję, że będą one dla ciebie udane.
Jeśli zaś zdarzy się tak, że będziesz sama. Wspomnij proszę, jak odczarować Paryż.

Oddany przyjaciel.

Harry.

- Jak odczarować Paryż. – Powtórzyła na głos. Co ci chodzi po głowie, Harry Potterze. – „Jeśli zaś zdarzy się tak, że będziesz sama. Wspomnij proszę, jak odczarować Paryż.” – Od kiedy to przesyła jej życzenia walentynkowe i to tyle dni wcześniej. Jeśli będziesz sama… jak odczarować Paryż. Aha! Tryby w jej wypełnionej Owutemami głowie wreszcie zaskoczyły i zrozumiała tok jego myślenia. Jak odczarować Paryż. Czemu powinna to wiedzieć…

- Ukaż się? – Powiedziała niepewnie. I już po chwili wiedziała, że to była dobra decyzja. Litery listu przemieszały się i pojawił się zupełnie nowy napis.

Droga Hermiono.

Ciesze się, że bystrość umysłu nigdy cię nie opuszcza. Mam nadzieję, że jesteś sama. Jeśli nie, natychmiast spal list.

Była sama, czekała więc cierpliwie. Po chwili litery ponownie się przemieszały.

Droga Hermiono.

Wiele razy byłaś, gdy prosiłem cię o pomoc. Gdyby nie ty, zapewne nie pisał bym tego listu. Zapewne nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć. Dzisiaj mam do ciebie prośbę. Być może największą ze wszystkich.
Po waszych lekcjach, profesor McGonagall pozwoli Ginny odwiedzić Hogsmeade. W liście do mnie obiecała nie zdradzić szczegółów.
Zamierzam porwać Ginny na cały weekend. Tutaj właśnie rodzi się moja prośba. Chciał bym, byś spakowała kufer Ginny, na weekendowy wypad, tak by się o tym nie dowiedziała.
Jak tylko skończycie lekcje, wyciągnij ją proszę do Hogsmeade. Tam się spotkamy. O zachowanie tajemnicy prosić cię chyba nie muszę?
Jest to największa z moich próśb i nigdy ci się nie odpłacę.

Harry.

Litery ponownie się przemieszały i na kartce pojawiła się pierwsza wiadomość, ale już bez zagadki.
Hermiona była rozdarta. Z jednej strony było to złamanie z pięćdziesięciu punktów regulaminu szkoły i pozwolenie dyrektorki nic nie zmieniało. Z drugiej zaś wiedziała, jak Harremu musiało na tym zależeć, no i zżerała ją ciekawość. Harry był czasem nieobliczalny. Wiedziała, że Ginny nie wróci już do dormitorium, mogła więc spokojnie zająć się pakowaniem. Co też ten wariat mógł wymyślić. Nie wiedząc czego się spodziewać, spakowała do kufra wszystko, prócz przyborów szkolnych. Następnie zmniejszyła go i schowała do kieszeni.

Tak jak się spodziewała, nie darowała by sobie, gdyby opuściła te zajęcia z Eliksirów. Nie chodziło jedynie o warzony eliksir, ale o Malfoya, który źle założywszy zatyczkę na nos, osunął się na podłogę w połowie zajęć. Slughorn zachwycał się pod koniec zajęć nad jej wywarem. Od chwili, gdy Harry stracił podręcznik Snape’a, to ona ponownie była najlepsza. Wychodząc z Eliksirów była w cudownym nastroju, czego nie można było powiedzieć o Ginny. Jej wywar z nieznanych przyczyn eksplodował. Gdy weszły na drugie piętro południowego skrzydła szkoły, usłyszała za sobą głos profesor McGonagall.

- Panno Weasley! – Głos dyrektorki był jak zawsze ostry. McGonagall szła szybko w ich stronę.
- Słucham, Pani dyrektor. – Ginny odwróciła się ku dyrektorce. Hermiona zobaczyła lekki uśmiech błądzący na ustach nauczycielki Transmutacji i sama się uśmiechnęła, najwyraźniej Harry miał rację. – Czy coś się stało.
- Tak. – Ginny wyraźnie pobladła. – Ma pani pozwolenie na opuszczenie dzisiaj szkoły. – Skinęła delikatnie głową i odeszła swym zwyczajnym, szybkim krokiem. Ginny stała zszokowana.
- Słyszałaś! – Powiedziała do Ginny, nie panując nad swoją ekscytacją.
- Ale o co chodzi? – Przyjaciółka nadal patrzyła w ślad za dyrektorką. – Jak opuścić szkołę?
- No przecież dzisiaj zaczyna się weekend w Hogsmeade! Chodź. – Pociągnęła ją w stronę schodów.
- No co ty, teraz? – Widziała niezdecydowanie rysujące się na jej twarzy.
- Chodź, nim zmieni zdanie. – To był cios poniżej pasa, przynajmniej wobec dyrektorki, ale zadziałał. Ginny popędziła z nią do drzwi szkoły.

Pogoda na dworze była okropna. Padało i wiało. Już po kilku krokach odechciewało się spacerów. Miała nadzieję, że Harry wymyślił jakieś odległe, pogodne miejsce na wypad weekendowy. Ginny zdawała się nie zwracać uwagi na pogodę, idąc przez błonia nieustannie trajkotała o tym dokąd muszą pójść i co odwiedzić. Długi zakaz opuszczania terenów szkoły najwyraźniej zrobił swoje. Hermiona w tym czasie zastanawiała się, gdzie będzie na nie czekał Harry. Zdziwiła się odrobinę, nie widząc go przy zamkowej bramie. Oznaczało to, że będzie czekał na nie przy końcu drogi, albo będą musieli się jakoś znaleźć w wiosce. Spotkania pod bramą najbardziej się spodziewała.

- Hermiono. – Usłyszała jego szept przy swoim uchu. Pisnęła, z przerażenia upuszczając torbę.
- Co się stało?
- Nic, nic. Tylko się potknęłam. – Odparła, prostując się. – Mów dalej.
- Gdy się odwróci, podaj mi kufer. – Harry szepną ponownie. Musiał użyć jakiegoś zaklęcia, albo być pod peleryną.
- Ale to właściwie już wszystko. – Ginny odpowiedziała ruszając dalej.

Ostrożnie wyjęła z kieszeni pomniejszony kufer. W powietrzu zmaterializowała się dłoń Harrego. Czyli jednak peleryna.

- Dziękuję ci. Wesołych walentynek. – Szepną.

Przez pewien czas nic więcej się nie działo. Ginny szła kilka kroków przed nią, już się nie odzywała. Hermiona zaczęła się zastanawiać, co Harry planuje dalej, gdy Ginny stanęła jak wryta, przez co omal się nie zderzyły.

- Co się stało, Ginny? – Spytała.
- Nie jestem pewna. Coś… coś mi się zdawało. – Odpowiedziała przyjaciółka. W tym momencie niewidzialna siła wciągnęła Ginny za żywopłot, obok którego stały.
- Miłej zabawy. – Wymruczała, ruszając dalej.

Harry.

Przez kilka dni od pamiętnego spotkania w Norze, nic się nie działo. Pani Weasley milczała, Harry chodził więc cały w nerwach nie wiedząc, czy nie będzie konieczne porwanie. Robards wściekły na niego również milczał, to dla odmiany bardzo mu odpowiadało. Gdy wstawał z łóżka w piątek rano, pomimo rozpoczynającego się urlopu, nie był do końca usatysfakcjonowany. Z lekko skwaszoną minął zszedł na śniadanie.

- Paniczu Harry. – Zaskrzeczał Stworek, gdy tylko Harry pojawił się w kuchni. – Dwie sowy były do pana. Harry od razu nabrał wigoru.
- Czemu mnie nie obudziłeś, Stworku? – Zapytał z bijącym sercem. – Przyleciały przed kwadransem, a jest dopiero szósta rano. Wiedziałem, że panicz zaraz wstanie. – Skrzat był zwyczajnie niezastąpiony. Dokładnie wiedział co Harry zrobi o danej porze.
- Dziękuję ci. Dobrze się spisałeś. – Pochwalił towarzysza. – Gdzie listy? – Skrzat podał mu korespondencję, a Harry poczuł, jak coś ciężkiego ładuje mu się na kolana. – A ty, gdzie się podziewałeś? Jak zawsze spałeś u niej w pokoju? – Spytał, ogromnego już, psiaka. „Łoff”, Łapa odpowiedział mu na pytanie. – Sprawdźmy więc, któż do nas napisał. – Pierwszy list był od Molly Weasley, drugi zaś ze szkoły. Znając zasadę o dobrej i złej wiadomości, Harry zaczął od listu z Hogwartu.

Szanowny Panie Potter.

Molly przekazała mi pańską prośbę. Muszę panu przypomnieć, że przebywanie uczniów poza terenem szkoł,y w godzinach innych aniżeli odwiedziny Hogsmeade, jest surowo zakazane paragrafem …[bla bla bla]… regulaminu szkoły. Odstępstwa mogą zostać wykonane jedynie w przypadku nadzwyczajnych okoliczności, wymagających opuszczenia szkoły. Tak, jak miało to miejsce w przypadku przesłuchania.
Pańska prośba nie stanowi sytuacji nadzwyczajnej. – Choć muszę przyznać, że jest niezwykła.- Ponadto, panna Weasley,, której prośba dotyczy, posiada zakaz opuszczania terenu szkoły spowodowany szlabanem.
Ze względu na osobę pana oraz panny Ginevry i wasze dokonania na rzecz szkoły, przychylam się do przekazanej przez Molly prośby.
Zakładam, że zależało by panu na zachowaniu daleko idącej dyskrecji. Poinformuję więc jedynie pannę Weasley o udzielonym pozwoleniu na opuszczanie szkoły.
Panna Weasley kończy lekcję o godzinie 15.

Pozdrawiam

Minerva McGonagall.
Dyrektor Szkoły Magi i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

Harry odetchnął z ulgą. Porwanie nie będzie konieczne.

- Widzisz Łapo. Mogę zabrać twoją panią na krótkie wakacje. – „Łoff”. – Przykro mi. Ty nie pojedziesz z nami. Obiecuję, że szybko do ciebie wrócę. – „Łoff”. Harry rozerwał drugi list.

Udzielono ci pozwolenia. Przyjedź spakować potrzebne rzeczy.
Molly Weasley.

Ciepła w tym liście nie dało się wyczuć. Harry zaczął szybciej połykać śniadanie. Jeśli chciał zdążyć ze wszystkim, musiał się spieszyć.

Przywołał do kuchni pergamin i kałamarz. Trzeba było uruchomić kolejny element „spisku”. Poprosić Hermionę o pomoc w uprowadzeniu Ginny. Nakreślił na papierze kilka zdań, później zaś długo mruczał kilka zaklęć, celując różdżką w pergamin. Kiedy już list był odpowiednio zaczarowany pozostało jedynie go wysłać.

- Stworku.
- Tak, paniczu Harry?
- Zaniesiesz ten list do Hogwartu i oddasz go Hermionie. – Powiedział, podając kopertę. – Musi być sama i musi to dostać najpóźniej zaraz po obiedzie.
- Tak paniczu, Stworek służy. – Skrzat zasalutował i zniknął.

Harry chwilę patrzył w miejsce, gdzie zniknął stary skrzat. Nie było czasu do stracenia, zerwał się z krzesła i pognawszy na górę, zaczął pakować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, nie zapominając o ubraniach i przyborach pozostawionych przy Grimmauld Place przez Ginny. Kiedy był już gotowy do opuszczenia domu, wydał wszystkie dyspozycje Stworkowi i mocno wyczochrał Łapę, który przeczuwał dłuższe rozstanie. Wrzuciwszy do kominka odrobinę proszku Fiuu po chwili wylądował w lobby Ministerstwa Magii.

- Potter! – Usłyszał, idąc w stronę wind. – Za nim szedł Robards, najprawdopodobniej rozpoczynając pracę.
- Słucham, szefie? – Starał się nie tracić dobrego nastroju.
- Czego się włóczysz po ministerstwie, jak masz wolne?
- Bo mam takie prawo. – Warknął, zatrzaskując przed nim kratę. Wiedział, że przyjdzie mu za to zapłacić, ale nie zamierzał jechać windą z tym bucem.

W Departamencie Transportu Magicznego dziewczyny dopiero zaczynały zmianę.

- O, pan Potter!
- Dzień dobry, Audrey. – Chyba nigdy nie pojmie entuzjazmu bijącego od tej dziewczyny. – Czy jest już gotowy?
- Ależ naturalnie, naturalnie. – Sięgnęła pod wysoki kontuar, wyciągając niewielką, czerwoną różę. – Niezwykły przedmiot, jak na świstoklik. Takiego jeszcze nie widziałam. – Podała mu różę, wciąż przyglądając się jej ciekawie. – Mam nadzieję, że wakacje się udadzą.
- O, ja również. Dziękuję.

Wiedział, że teraz czeka go najgorsza część dnia. Wizyta w Norze. Molly zdobyła się co prawda na poproszenie McGonagall o zgodę, dzisiejszy list pokazywał jednak wyraźnie, że więcej było w tym perswazji Artura aniżeli jej woli. Obawiał się, czy spotkanie oko w oko, nie zakończy się ponownym zdemolowaniem Nory. Kominek w saloniku Nory podłączony był do sieci Fiuu, Harry mógł więc wygodnie udać się na miejsce. Uznał jednak, że rozsądnie będzie, dać Molly czas na oswojenie się z jego widokiem. Opuściwszy ministerstwo wyjściem dla pracowników, deportował się do Nory.

Podobnie jak przed kilkoma dniami stał przed furtką, prowadzącą na zabłocone podwórko. Nie wiedział, ile czasu zajmie Molly zauważenie jego obecności. Nie wiedział, czy da mu jakikolwiek znak, że go widzi. Pomyślał jednak, że pozostanie tu przez kwadrans niczym mu nie zaszkodzi, a może wybawić od wielu problemów. Ku jego radości nie musiał czekać kwadransa. Nie upłynęły dwie minuty, gdy drzwi Nory otworzyły się. Nie pojawiła się w nich jednak Molly, przez podwórko kroczył wysoki i rudowłosy, jak reszta Weasleyów, Bill.

- Siemasz, Harry. – Powitał go radośnie.
- Bill. – Harry wyciągnął rękę. – Co tutaj robisz?
- No cóż. Tata mnie prosił.
- Nie ufa mi, czy twojej mamie?
- E, chyba obojgu. – Bill wyglądał na lekko rozbawionego. – Ale nie przejmuj się. Fleur już dawno chciała wyrwać się z domu. Teraz miała przynajmniej okazję.
- Wątpię by to miała na myśli twoja żona, mówiąc o wyrwaniu się z domu. – Odparł, gdy dochodzili do drzwi Nory.

Gdy weszli do środka, po pani Weasley nie było ani śladu. Od stołu poderwała się jedynie Fleur.

- ‚Arry, jak miło cię widzieć. – Zawołała z akcentem, przeciągając sylaby i całując Harrego w policzki.
- Gdzie mama? – Spytał Bill.
- Mamau, powiedziała, zieby ‚Arry wziął co potrzebuji. Ona jest zajęta. – Odpowiedziała, wymieniając z Billem porozumiewawcze spojrzenia.
- Miło cię widzieć Fleur. Właściwie to cieszę się, że jesteś. – Odparł Harry. – Czy zechciałabyś mi pomóc?
- Ale oczwiściii, bardzo chętnii. – Odpowiedziała śpiewnie.

Harry cieszył się, że może poprosić Fleur o pomoc. Obawiał się, że pakując Ginny może popełnić, jakiś, fatalny błąd. Nigdy nie miał bliższego kontaktu ze zwyczajami i garderobą dziewcząt. Fleur z drugiej strony, z całą pewnością pomoże mu wybrać najładniejsze i najodpowiedniejsze stroje, oraz najpotrzebniejsze przybory.

- ‚Arry, czii powiesz mi, dokąd zabierasz Guinevere? – Spytała śpiewnie, gdy weszli do pokoju Ginny.
- Przykro mi Fleur, obawiam się, że Molly mogłaby tą wiadomość jakoś z ciebie wyciągnąć. – Odparł, rozglądając się po pokoiku. – Mogę ci powiedzieć, że będzie potrzebowała letnich strojów. Bardzo letnich.

Spakowanie Ginny zajęło im mniej czasu, aniżeli się spodziewał. Okazało się, że jakkolwiek Ginny ubierała się modnie. Jej strojie były odpowiednie dla angielskiego klimatu. Harry obawiał się, że nawet jak na weekendowy wypad, do tak ciepłego miejsca mogą się okazać nieodpowiednie. Fleur wprost tryskała radością, gdy poprosił ją, by pomogła mu w zakupach w mugolskim Londynie. Najwyraźniej, chciała wyrwać się z domu bardziej, niż wyobrażał to sobie Bill. Pomimo że Harry nie podał jej szczegółów dotyczących podróży, okazała się nad wyraz pomocna. Gdy opuszczali sklep ze strojami plażowymi, w którym Harry czuł się bardziej zagubiony, aniżeli podczas całej pogoni za Horkruksami, do zakończenia przez Ginny zajęć pozostało mniej niż kwadrans.

- Fleur, przepraszam cię, ale czas zaczyna mnie gonić. Czy chcesz bym odprowadził cię do domu?
- Ale nie rób sobie problemu. – Niemal zaśpiewała. – Ja wrócę sama. Bawcie się dobziii. Au revoir.

Weszli w boczną alejkę i jednocześnie się deportowali.

Harry wylądował przed samą bramą Hogwartu i pospiesznie zarzucił na siebie pelerynę niewidkę. Teraz dopiero uświadomił sobie, że tak naprawdę nie opracował żadnego planu. Nie miał pojęcia, czy powinien udać się do szkoły, czy też czekać na Hermione i Ginny w Hogesmeade. Wyjął z kieszeni Mapę Huncwotów. Dziewczęta opuściły już loch Slughorna. Przeszukując mapę odnalazł je wreszcie, gdy szły korytarzem na drugim piętrze. Dostanie się do zamku raczej więc odpadało. Postanowił poczekać co wydarzy się później.

Po chwili zauważył, zbliżającą się do nich kropkę z imieniem dyrektorki. Serce mu zamarło. McGonagall obiecała dotrzymać tajemnicy, ale co zrobią dziewczęta, nie miał najmniejszego pojęcia. Znając Ginny, mogło się teraz wydarzyć wszystko. Mógł jednak odetchnął z ulgą, widząc jak obie opuszczają zamek, kierując się przez błonia, ku bramie przy której był ukryty. Kiedy już je zobaczył, wpadł mu do głowy, na pierwszy rzut oka, genialny pomysł. Hermiona szła odrobinę za Ginny, co dawało mu idealną okazję do podkradnięcia się do niej.

- Hermiono. – Szepnął, gdy wyszli na drogę do Hogsmeade.

Hermiona pisnęła ze strachu, upuszczając swoją torbę.

- Co się stało? – Spytała Ginny.
- Nic, nic. Tylko się potknęłam. – Odparła, prostując się. – Mów dalej.
- Gdy się odwróci podaj mi kufer. – Szepnął do Hermiony.

Hermiona ostrożnie wyjęła z kieszeni pomniejszony kufer. Harry wysunął dłoń spod peleryny, odbierając od niej przedmiot.

- Dziękuję ci. Wesołych walentynek. – Szepną.

Błogosławił założenie peleryny niewidki. Prócz niewidzialności, dawała mu ona ochronę przed zimnym wiatrem, niosącym ze sobą ostre krople drobnego deszczu. Ginny, musiała naprawdę desperacko chcieć wyrwać się ze szkoły, skoro nie zawróciła, mimo takiej pogody. Szła, kuląc głowę w ramionach, z mocno wciśniętą na głowę czapką i postawionym kołnierzem jej peleryny. Aż dziw brał, jak udało jej się ukryć całą burzę włosów. Wyjący wiatr zagłuszał ich kroki, pozwalając podejść Harremu niezauważenie. Zastanawiał się, jak ma zwrócić na siebie uwagę. Gdy dostrzegł kilka rudych kosmyków, niesfornie wystających spod peleryny. Musnął je delikatnie dłonią. Ginny nie zareagowała. Bardziej natarczywie zmierzwił jej włosy. Nerwowo je przeczesała i szczelniej owinęła się peleryną. To zaczynało być frustrujące.

- Ginny. – Szepnął jej do ucha. Nie zareagowała. – Ginny! – Szepnął odrobinę głośniej. Wreszcie, udało mu się zwrócić jej uwagę. Zatrzymała się raptownie.
- Co się stało, Ginny? – Spytała Hermiona, zatrzymując się w ostatniej chwili.
- Nie jestem pewna. Coś… coś mi się zdawało. – Odpowiedziała. W tym momencie, Harry złapał ją za ramiona i wciągnął szybko za wysoki żywopłot.
- Cześć, Ginny. – Powiedział, zrzucając z siebie pelerynę.
- Harry. – Wykrzyknęła, widząc materializującego się znikąd chłopaka.
- Jak się masz? – Spytał. – Wpadłem, życzyć ci bardzo wesołych walentynek. – W jego dłoni pojawiła się niewielka, czerwona róża, świstoklik odebrany rano w Ministerstwie Magii.
- Dziękuję? – Spytała niepewnie, wyciągając dłoń po różę. Gdy jej dotknęła, świstoklik się aktywował i oboje odlecieli w nieznane.

Hogwart

- Widziałaś Karnawał?! Zabrał cię do Rio?! – Hermiona nawet nie starała się kryć ekscytacji. Podskakiwała z podniecenia na łóżku w dormitorium. – Jak tam jest?

Ginny wykręciła kilka piruetów i opadał na swoje łóżko z rozkrzyżowanymi ramionami i wyrazem zachwytu na twarzy.

- Cudownie! – Miała nieobecny wzrok, wciąż wspominając ostatni weekend. – Tam jest cudownie. – Westchnęła, patrząc w czerwony baldachim. – Nie chciałam jeszcze wracać.
- No, ja myślę. – Odparła Hermiona, przyglądając się rozanielonej, opalonej na wspaniały odcień brązu, przyjaciółce.
- I Harry naprawdę nie zdradził ci dokąd mnie zabiera? – Dopytywała Ginny ze swojego łóżka.
- Nie. Przecież opowiedziałam ci wszystko. – Zapewniła przyjaciółkę. – Ale, Fleur zapewne była zachwycona, wycieczka po sklepach i kupowanie strojów…
- O tak, ale naprawdę dobrze im poszło. – Przytaknęła Ginny. – Tylko wiesz, jak tam byliśmy to myślałam… albo nie, będziesz się ze mnie śmiać. – Ginny wyglądała jakby gryzła się z jakąś myślą.
- Nie będę. Obiecuję.
- No bo… Zabrał mnie do raju. Ten apartament, romantyczne spacery. -Zerwała się z łózka i kręciła nerwowo po pomieszczeniu. – Był taki tajemniczy gdy mówił, że zaplanował coś na walentynkowy wieczór. Potem ta kolacja. Ja myślałam, że… Nie to głupie…
- To wcale nie jest głupie! – Hermiona poderwała się, biorąc Ginny w objęcia. – Kochanie, to wcale nie jest głupie. – Jak zawsze, domyśliła się o co chodzi.
- Sylwestrowa noc w Paryżu, Walentynki w Rio. – Ginny zaczęła wyliczać. – Gdy zobaczyłam jak chowa to pudełeczko, byłam niemal pewna. To było takie romantyczne miejsce. – Westchnęła głęboko. – Może on wcale nie ma takich planów?
- Och, o to bym się nie martwiła. – Hermiona uśmiechnęła się ciepło. – O to bym się nie martwiła.
- To co on wymyśli? Na księżyc mnie porwie?
- Nie wiem, – Przyjaciółka pokręciła głową. – Ale znając Harrego, zapamiętasz je do końca życia.
- Naprawdę nie wiem. Byliśmy w raju… – Powiedziała do siebie. – Ale dość o mnie. Jak ty spędziłaś Walentynki? – Oczy Ginny zalśniły z ciekawości.
- Ja, spędziłam je w bibliotece. – Odparła obojętnym tonem.
- Co! – Wykrzyknęła. – Ron nigdzie cię nie zabrał? – Była szczerze oburzona.
- Nie mógł. Pracował w walentynki.- Hermiona zaczęła tłumaczyć swojego chłopaka. Jak to dziwnie brzmiało, „chłopaka”.
- George nie dał mu wolnego? – Ginny spytała zdziwiona.
- Ron nie pracuje u Georga. Jest aurorem. – Sprostowała Hermiona. – W piątek zdał egzamin.
- Mój brat aurorem? – Ginny nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy być z niego dumna. – Ron aurorem. – Jednak wybuchnęła śmiechem. – Czyli, nie zabrał cię bo był na służbie. – Wydusiła z siebie ocierając łzy.
- Przestań Ginny. – Hermiona odpowiedziała z niesmakiem. – Powinnaś być z niego dumna. Naprawdę na to zasłużył.
- Tak, tak, skoro tak mówisz. – Ginny starała się złapać oddech, nadal dusząc śmiech. – Czyli walentynki się nie udały.
- O nie. Przyleciał do mnie w Sobotę. – Hermiona szybko zaprzeczyła. – W takim samym mundurze jak ma Harry. – Oczy zapłonęły jej na to wspomnienie. – Miał bukiet róż. Zabrał mnie do Trzech Mioteł. To nic w porównaniu z waszymi… – Dokończyła, wracając na ziemię.
- Wiesz co było najlepsze w naszych walentynkach? – Spytała Ginny. – To, że byliśmy razem. – Odpowiedziała sama sobie. – Wy też byliście razem.
- No byliśmy. – Przytaknęła Hermiona.
- Więc walentynki możesz uznać za udane. – Obie się uśmiechnęły.

Wiadomość o zniknięciu Ginny rozeszła się oczywiście lotem błyskawicy. W piątkowy wieczór wiedział o tym już cały Gryffindor, co nie było niczym dziwnym, skoro nie pojawiła się w wieży do nocy. Nie wyjaśniało to jednak faktu, że w sobotę rano o zniknięciu wiedziała już cała szkoła. Natychmiast pojawiły się oczywiście różne teorie. Począwszy od wizyty w Mungu, spowodowanej bliżej nieznanym wypadkiem oraz wywalenia ze szkoły (tą teorię szczególnie promowali Ślizgoni), na tragicznej śmierci w Zakazanym Lesie skończywszy. Żadna z teorii nie była choćby odrobinę bliska prawdzie.

Plotki jedynie się wzmogły, gdy Ginny zjawiła się w poniedziałkowy poranek szczęśliwa, opalona i rozanielona. Nawet najwięksi plotkarze szkoły nie byli w stanie wymyślić, wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Jedynym co przychodziło niektórym do głowy była ucieczka, brak paniki wśród nauczycieli oraz jakiejkolwiek kary po powrocie wykluczał jednak tą możliwość. Walentynkowa przygoda Ginny pozostała jedną z tych, niewyjaśnionych, legend Hogwartu. Sama zainteresowana, nie była skora zdradzać swej tajemnicy.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

13. 66 Godzin w Raju

13 lut

* Cierpliwość jest cnotą, której mi poskąpiono. Magiczne Walentynki możecie przeżyć już dziś.
** Wszystkie niemagiczne miejsca oraz wydarzenia wraz z ich opisami są prawdziwe. Można było je odwiedzić oraz ich doświadczyć w walentynki 1999 roku.
______________________________________________________________________________________________________

Słońce kontynuowało swą wędrówkę ku zachodowi, rozświetlając rozbijające się o brzeg śnieżno białe bałwany fal. Powietrze przesycone było kojącym tchnieniem, wdzierającego się w długą zatokę oceanu.

Mimo późnego popołudnia, na plaży wciąż było tłoczno. Ludzie pragnęli wykorzystać każdą chwilę lata. Część osób oddawała się długim spacerom lub walczyła z wodnym żywiołem. Pozostali zażywali słonecznych kąpieli, chciwie chwytając każdy promień słońca. Należeli do nich młoda, przyciągająca uwagę mężczyzn kobieta, oraz jej towarzysz o ciele Adonisa. Uważnym spojrzeniem, schowanych za ciemnymi okularami oczu, odprowadzał on potencjalnych adoratorów, nie zwracając najmniejszej uwagi na obserwujące go kobiety. Jedyną osobą, której poświęcał prawdziwą uwagę, była jego towarzyszka.
Trudno dziwić się zarówno jemu, jak i przechodzącym mężczyznom. Kobieta musiała budzić zachwyt. Miała, przyciągającą wzrok figurę modelki, której idealnych proporcji nie zaburzał, w najmniejszym nawet stopniu, jej niski wzrost. Można powiedzieć, że dodawał jej wręcz uroku. Jej alabastrowa skóra wspaniale kontrastowała ze skąpym strojem plażowym barwy vermilionu, oraz urokliwymi piegami, ozdabiającymi gdzieniegdzie jej ciało. Być może młoda piękność nie przyciągałaby wzroku tak licznych mężczyzn, tonąc w morzu innych pięknych kobiet, gdyby nie jej długie, płomiennorude włosy. Mężczyźni kochają rude.

- Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu chciałam dobrać ci się do skóry. – kobieta leniwie przeciągnęła się na kocu.
- Hmmm.
- Mężczyzna chłonął rozmarzonym wzrokiem swą towarzyszkę oraz otwierający się przed nim ocean, nie mogąc się zdecydować, który widok jest piękniejszy. Nie rozmawiali, ciesząc się miejscem, ciesząc się chwilą. Wystarczała im cisza i świadomość swojej bliskości. Wsłuchiwali się w szum oceanu, zakłócany jedynie głosami innych, cieszących się tym miejscem i chwilą osób.
- Dziękuję, że mnie porwałeś. Tutaj jest jak w raju.
- Mhm.

Słońce chyliło się coraz niżej, powoli zbliżając się do szczytów wiecznie zielonych wzgórz na horyzoncie. Powietrze wciąż było cudownie gorące, jakże odmienne od zimnego, deszczowego poranka, jakiego oboje zaznali.

- Harry? – wymruczała, delikatnie podnosząc się na ramieniu.
- Mhm?
- Co to za blondynka? – Zapytała znacznie ostrzej.
- Jaka blondynka? – Zapytał zdziwiony.
- Ta przed tobą. – Faktycznie, kilkanaście metrów od nich stała wysoka, szczupła blondynka w stroju więcej niż prowokującym. Uśmiechała się zalotnie, bawiąc się delikatnie swoimi włosami. Rudowłosa piękność posłała w jej kierunku spojrzenie, któro skłoniło chętną do flirtu nieznajomą do pospiesznego oddalenia się.
- Nawet jej nie zauważyłem.
- Dużo ich było? – Nie dawała za wygraną, wciąż patrząc za osobą, która zmusiła ją do zmiany tematu. W jej głosie kryło się jednak delikatne rozbawienie.
- Nie wiem, Ginny. Bardziej martwili mnie zainteresowani tobą kolesie.
- Jacy kolesie? – Udała nagłe zainteresowanie. – Jacyś fajni?
- Tacy jak tamten – Harry skinął głową w stronę dwumetrowego kulturysty.
- Figura McLaggena i urok osobisty Goyla – Oceniła, krytycznie przyglądając się osiłkowi.
- Skąd ty wiesz, jaki urok osobisty prezentuje sobą Goyle?
- Naprawdę, to cię martwi? – Posłała mu długie, zalotne spojrzenie spod rzęs. Harry jedynie wzruszył ramionami, zastanawiając się, ile zajęłoby mu policzenie wszystkich, tak uroczych, piegów na ciele Ginny. – Miałam cię zapytać, po co ci ciemne okulary?
- Wtapiam się w otoczenie. – Oboje zachichotali. – Wszyscy takie noszą.
- Ale ty nie jesteś wszystkimi. – Wymruczała, powoli skradając się ku niemu . – Ty jesteś tylko jeden. – Dokończyła kradnąc mu pocałunek.

Słońce opadało coraz niżej, powoli skrywając się za odległymi, porośniętymi zielonym lasem, wzgórzami. Długie cienie kładły się na jasnym piasku, ukazując każdą, najmniejszą nawet, nierówność.

- Zrobiło się późno. – Delikatnie bawił się niesfornymi kosmykami jej włosów.
- Wcale nie. Słońce jeszcze nie zaszło. – Zaprotestowała stanowczo.
- Tutaj. – westchnął delikatnie. – A w szkole już wszyscy śpią.
- Ale ja chcę zostać. – Usiadła, krzyżując ręce.
- To był długi dzień, na pewno jesteś zmęczona.
- Wcale nie! – Zaprzeczyła, nazbyt gwałtownie, by dał się nabrać.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ginny nie miała najmniejszej ochoty opuszczać plaży, na której mogła się wsłuchiwać w kojący szum oceanu. Harry natomiast wiedział, że nie uda mu się jej przekonać, jeśli postanowi postawić na swoim.

- Jeszcze tu wrócimy, obiecuję ale… dzień jeszcze się nie skończył. – Zaintrygował ją tą deklaracją. O to właśnie mu chodziło.

Powoli, Ginny przeciągała pobyt na plaży jak tylko mogła, wrócili do swojego hotelu. Pięknego sześciopiętrowego pałacu z białego kamienia.

Kiedy, przed kilkoma godzinami Harry przyprowadził ją tu po raz pierwszy, wciąż jeszcze była w szoku. Ledwie chwilę wcześniej stała na błotnistej drodze do Hogsmeade, wśród siąpiącego z nieba deszczu. Teraz szła z Harrym, za ubranym w biało złotą liberię boyem hotelowym, a na zewnątrz przyjemnie prażyło słońce. Boy zabrał ich wtedy na ostatnie piętro hotelu, do ich apartamentu. Nie miała wtedy czasu dokładnie obejrzeć tego miejsca, a może zwyczajnie szok nie pozwalał jej na to. Nie wiedziała wtedy co tu robią i jak się tutaj dostali – choć to akurat, zaczęła wiązać z dotknięciem pewnej róży. Nie wiedziała skąd Harry ma w kieszeni jej szkolny kufer. Kiedy spytał jak jej się podoba, zdołała jedynie histerycznie krzyknąć: „Przecież ty porwałeś mnie ze szkoły!”. W pewnym momencie do jej umysłu przedarło się pytanie: „Chcesz iść na plażę?”. „Jaką plażę?” pomyślała, czuła jednak podświadomą, irracjonalną chęć pójścia na plażę. W otwartym kufrze znalazła wtedy idealnie pasujący na tę okazję strój plażowy i pasującą do niego chustę, którą mogła zawiązać sobie na biodrach. Była pewna, że nie pakowała go do kufra, jadąc do szkoły. Była też pewna, że wcześniej go nie miała. Nic jednak nie mogło już jej zdziwić. Teraz, gdy wracali do swojego apartamentu, mogła wreszcie dokładnie obejrzeć zarówno hotel, z jego marmurowym lobby, pracownikami w biało złotych strojach i kryształowymi żyrandolami. Wyłożoną czerwonym materiałem windę, zdobioną złotymi ornamentami. Mogła też obejrzeć ich apartament.

Był piękny i ogromny. Tak, piękny i ogromny. To były pierwsze i najbardziej oczywiste rzeczy, jakie można było o nim powiedzieć. Beżowe ściany zdobione były ornamentami w kolorze czekolady. Wisiały na nich przepiękne obrazy w delikatnych złotych ramach, podłoga z białego marmuru wykańczana była elementami z mahoniu. Takiego samego mahoniu, z jakiego wykonane były wszystkie klasyczne meble w pomieszczeniu. Wszystkie okna saloniku… Jakiego saloniku? To był przepiękny, duży salon! Z wszystkich okien salonu rozpościerał się widok na wspaniały, bezkresny ocean. Jak ona mogła pytać jaką plażę! Widok był urzekający.

- Zjemy na tarasie, czy chcesz zejść na kolację do restauracji? – Łagodny głos Harrego przywołał ją do rzeczywistości. – Ciągle stał za nią, nie chcąc zapewne jej przeszkadzać.
- Tarasie? – Wyszeptała – Mamy taras? – Harry skinął głową, uśmiechając się delikatnie.
- W takim razie zjemy na tarasie. – Przytaknęła skwapliwie. – Tylko…
- Wszystko jest w garderobie, ja zaczekam. – Odpowiedział na pytanie, którego nie zadała, a ona popędziła we wskazanym kierunku.

***

Gdy wracali do apartamentu postanowił, że da jej chwilę na oswojenie się z nowym miejscem. Kiedy przylecieli tutaj przed kilkoma godzinami, wciąż ubrani w przesiąknięte szkockim deszczem płaszcze, Ginny zaczęła się zachowywać jak zahipnotyzowana. Harry zaczął mieć nawet obawy, czy nie popełnił błędu, zabierając ją tutaj bez ostrzeżenia. Nagłe przeniesienie się z zimnego i deszczowego, tonącego w błocie Hogsmeade, do tętniącego życiem wielkiego miasta, w którym ulice obsadzone są wysokimi palmami, a świecące na błękitnym niebie słońce rozgrzewa powietrze do rozkosznie wysokiej temperatury, mogło ją zszokować. On, wiedząc dokąd się wybierają, był zaskoczony tak nagłą zmianą. Kiedy szli do położonego tuż obok hotelu, a później przez budynek, Ginny rozglądała się, chłonąc wzrokiem otaczającą ją rzeczywistość. Harry nie miał jednak pewności, czy cokolwiek widzi. Kiedy weszli wreszcie do swojego apartamentu, stanęła zdezorientowana, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu. Pomyślał, że wróciła wreszcie do rzeczywistości.

- Jak ci się podoba? – Spytał delikatnie, obejmując ją w talii.
- Przecież ty porwałeś mnie ze szkoły! – Pisnęła histerycznie, odskakując od niego.
- Zdał sobie wtedy sprawę, że nigdy nie widział jej w takim stanie. Zawsze twardo stąpała po ziemi. Była silna i odważna. – Czasami zastanawiał się, czy nie jest odważniejsza od niego. Teraz wyglądała na taką zagubioną.
- Uspokój się, proszę – powiedział delikatnie. – W szkole wiedzą, że cię zabrałem. – Wyjął z kieszeni jej, magicznie zmniejszony, szkolny kufer. – Chciałem zrobić ci niespodziankę.
- Ginny uspokoiła się trochę, wpatrując się w rozpościerający się za oknem ocean.
- Chcesz pójść na plażę? – Spytał, podążając za jej wzrokiem. Sam był nad morzem tylko raz, przed pierwszym rokiem nauki. Wtedy na morzu panował sztorm. Pomyślał jednak, że delikatny szum fal może ją uspokoić.
Kiwnęła potakująco głową. Zaprowadził ją więc do położonej obok sypialni. Kiedy rozglądała się po pokoju, powiększył jej kufer, dopakowując kilka rzeczy.

Szum fal i gorący piasek rzeczywiście ją odprężyły. Powróciła jej zwyczajna wesołość i pewna, hmmm, zadziorność, którą tak lubił. Spędzili na plaży kilka godzin. Podczas gdy Ginny była coraz bardziej zachwycona, Harry zaczynał odkrywać w sobie kolejne poziomy zazdrości. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jakie zainteresowanie wśród mężczyzn budziła jego dziewczyna. Przechodzący mężczyźni bez najmniejszego skrępowania lustrowali Ginny wzrokiem, nic nie robiąc sobie z jego obecności. Jego dłoń natomiast, coraz natarczywiej swędziała, domagając się dotyku różdżki.

Kiedy wreszcie słońce zaczęło chować się za odległym szczytem, udało mu się namówić Ginny do opuszczenia plaży. Protestowała długo i przekonywująco, twierdząc że nie jest wcale zmęczona. Być może ugiąłby się i zgodził zostać, gdyby sam nie był zmęczony. Ginny spędziła spokojny dzień w szkole. On od rana skrzętnie przygotowywał wyjazd.

Wracali, do położonego po przeciwnej stronie ulicy hotelu, w ciszy. Harry pozwolił, by raz jeszcze obejrzała wszystko to, co umknęło jej za pierwszym razem. Idąc obok niej, widział jak świeciły jej się oczy, kiedy pochłaniała wzrokiem otoczenie. Gdy znaleźli się w ich, położonym na najwyższym piętrze, apartamencie – recepcjonistka nazywała go penthousem – pozostał krok za nią, by bez przeszkód, raz jeszcze mogła zobaczyć to pomieszczenie.

- Zjemy na tarasie, czy chcesz zejść na kolację do restauracji? – Spytał łagodnie po chwili.
- Tarasie? – Wyszeptała – Mamy taras? – Uśmiechnął się, delikatnie potwierdzając skinieniem.
- W takim razie zjemy na tarasie. – Przytaknęła skwapliwie. – Tylko…
- Wszystko jest w garderobie, zaczekam na tarasie. – Odpowiedział na pytanie, którego nie zadała. Gdy wybiegła z pokoju zadzwonił do recepcji.

***

Była już wcześniej w sypialni, z której przechodziło się do garderoby, czuła się jednak, jakby była tu pierwszy raz. Pokój był nieduży, przynajmniej w porównaniu do salonu. Dużą jego część zajmowało ogromne łoże, stanowczo zbyt wielkie jak dla dwóch osób. Z pokoju, a zapewne i łoża, rozpościerał się widok na ocean. Sypialnia udekorowana i umeblowana była w podobnym stylu jak salon, jedynie drobne dodatki tworzyły w niej bardzo romantyczną atmosferę. Z lekkim powątpiewaniem otworzyła drzwi garderoby. Miała wątpliwości, by znalazła tam coś odpowiedniego dla tego miejsca i chwili. Harry zaskoczył ją dzisiaj już tyle razy, że wszystko było możliwe. Okazało się, że wszystkie, choć odrobinę odpowiadające temu klimatowi ubrania, same rozpakowały się z kufra. Prócz nich w garderobie znalazła sporo ubrań, które pozostawiła w Norze, oraz kilka pokrowców, których zawartości wolała nie sprawdzać. Oznaczało to, że w Norze wiedziano gdzie są, a przynajmniej, że wyjechali. Nie wykluczała oczywiście możliwości, że Harry włamał się do jej pokoju i zabrał ubrania bez pozwolenia. Zaczęła podejrzewać, że planując ten wyjazd mógł się posunąć do wszystkiego.

Nie sądziła, by mugolska kuchnia przygotowywała kolację szybciej aniżeli magiczna, miała więc trochę czasu dla siebie. Kiedy weszła do łazienki musiała mocno przytrzymać się futryny, doznała chyba największego szoku tego dnia. To, wyłożone różowym marmurem pomieszczenie, ze złotą armaturą i mahoniowymi wykończeniami, oraz dwoma ogromnymi lustrami na przeciwległych ścianach, było większe od jej pokoju w Norze.

- Idąc do Harrego, Ginny minęła się w salonie z ubranym w białą liberię śniadym mężczyzną.
- Boa noite, senhora. – Odezwał się z uśmiechem. Skinęła mu głową, nie będąc pewna co powiedział.

Harry stał oparty o balustradę, podziwiając bezmiar nocnego oceanu, w którego tafli odbijały się światła miasta. Taras oświetlony był dającymi nastrojowe światło lampionami. Stojący na tarasie stolik przygotowany już był do kolacji. Obok zaś stał wózek z potrawami, które nie zmieściły się na stoliku. Pomimo panującej nocy, wciąż było ciepło. Błogosławiąc w duchu, że Harry pomyślał o spakowaniu jej letnich sukienek, jeśli to Harry ją pakował, usiadła przy stoliku.
Przypomniała jej się ich pierwsza, wspólna kolacja na Grimmauld Place. Wtedy także siedzieli przy małym stoliku. Tamten stolik również oświetlony był migotliwym światłem żywych ogników świec. Jedyna różnica polegała na tym, że wtedy potrawy pojawiały się przed nią same. Teraz usługiwał jej Harry. – „Mogłabym się do tego przyzwyczaić” – pomyślała.

***

- Kelner z pojawił się znacznie szybciej, aniżeli się tego spodziewał.
- Proszę postawić to na tarasie.
- Sim, senhor. – Odparł z uśmiechem, przechodząc z wózkiem na taras. Harry obserwował jak mężczyzna nakrywa stolik do kolacji. Złapał się na myśli, jak sprawnie mu to szło bez użycia magii. Spędził w czarodziejskim świecie zaledwie osiem lat, a tak uzależnił się od magii. Uśmiechnął się na tą myśl. Ubrany w liberię mężczyzna, który skończył właśnie nakrywać stolik, uznał zapewne, że jest to aprobata jego pracy, gdyż odwzajemnił uśmiech.
- Boa noite, senhor – powiedział, wychodząc.
- Dobranoc. – Odpowiedział, wręczając mu kilka reali. Nie wiedział ile powinien ich dać, kelner wyglądał jednak na zachwyconego.

Oparł się o barierkę, wpatrując się w noc. Myślał o ostatnich, ciężkich miesiącach, tak teraz odległych i pozbawionych znaczenia. Jak zawsze, wcześniej ją poczuł aniżeli usłyszał. Kwiatowy zapach jej włosów wygrywał nawet z tchnieniem ogromnego oceanu. Jak zawsze również, była olśniewająco piękna. Zapierała mu dech w piersiach. Jej swobodnie opadające, długie do pasa włosy. Ametystowa, pomimo tych kilku słonecznych godzin, cera i szmaragdowa sukienka. Postanowił, że podczas tego wyjazdu postara się nie używać magii. Oznaczało to, że dzisiaj on będzie usługiwał jej przy kolacji. Ze zdziwieniem odkrył, że ta rola bardzo mu odpowiada – „Mógłbym do tego przywyknąć” – Pomyślał.

***

- Wiesz, że to niczego nie zmienia. – Powiedziała, kosztując kawałek mango, z wielkiej tacy owoców, którą Harry zaserwował jako deser.
- Czego nie zmienia?
- Porwałeś mnie ze szkoły.
- A ty jesteś z tego powodu bardzo zła? – Uśmiechnął się łobuzersko.
- No nie, chociaż mogłeś mnie ostrzec, że gdzieś lecimy. – Dokończyła szybko.
- No mogłem, ale gdzie tu zabawa. – Odparł, wygodnie rozsiadając się w fotelu. – W czym więc problem?
- W szkole będą źli. – Pogroziła mu palcem.
- Wiedzą, że cię porwałem na cały weekend. – Zorientował się, że Ginny nie pamięta ich rozmowy.

W głowie Ginny zaczęła kiełkować pewna złowroga myśl. Co się stanie, jak mama dowie się o tym wyjeździe? Nie wierzyła, że Harry powiedział mamie, że chce ją zabrać na weekend ze szkoły. Mając w pamięci awanturę, jaka rozpętała się przed świętami i reakcję mamy na ich wypad do Paryża, o którym w końcu się dowiedziała, wątpiła, by Harry powiedział o swoim planie. Z drugiej strony, miał ubrania, które zostawiła w Norze.

- Harry, czy mama wie, że mnie zabrałeś ze szkoły? – Spytała ostrożnie.
- Wie.
– I wie dokąd?… – Niemal wyszeptała.
- No, nie do końca… – Wydawał się lekko zdenerwowany.
- Jak to przyjęła? I jak to na cały weekend?! – Teraz dopiero, dotarła do niej reszta jego wypowiedzi.
- No, przyjęła to całkiem dobrze. – Odparł z lekko sztuczną miną, blednąc na twarzy. – I tak, na cały weekend. Oddam cię dopiero w poniedziałek. – Tym razem to Ginny pobladła.

Dopiero za kilka miesięcy, po zakończeniu roku szkolnego, miała się dowiedzieć o wydarzeniach, które miały miejsce w Norze. Gdyby dowiedziała się o nich wtedy, na tamtym tarasie, zapewne dostałaby zawału.

- Harry…
- Tak?
- Byłeś już kiedyś tutaj?
- Nie.
- To jak znalazłeś to miejsce?
- Z pomocą mugolskiego wynalazku. – Odparł, przyglądając się różnokolorowym latarniom, oświetlającym ulice i fasady budynków. – nazywają to Internetem.

No tak, o tym nie pomyślała. Harry większość swojego życia spędził wśród mugoli.
Nie wiedziała, która jest godzina. Pamiętała jedynie, że jeszcze przed zachodem słońca Harry twierdził, że w szkole wszyscy już śpią. Musiało być już naprawdę późno, a ona zaczynała odczuwać zmęczenie po tym pełnym emocji dniu.

- Chcesz iść spać? – Zapytał, przyglądając się jej ponad lampionem.
- Tak…. – Zgodziła się. W tym momencie coś sobie przypomniała. – Ale wcześniej, pokażesz mi jeszcze zastosowanie innego mugolskiego wynalazku. Wstała, wyciągając do niego dłoń, a gdy ich palce się splotły, poprowadziła go powoli przez cały apartament. Gdy znaleźli się w swojej marmurowej łazience, stanęła na wprost niego, głęboko wpatrując mu się w oczy.
- Czy możesz mi powiedzieć. – Spytała, rozpinając guziki jego koszuli. – Do czego służy to urządzenie? To za mną?
- Harry spojrzał ponad jej ramieniem. Nie było tam nic, prócz szklanych drzwi.
- Przecież to jest prysznic. – powiedział zdziwiony. – I ty doskonale wiesz do czego służy.
- Taki duży? – Spytała, zsuwając mu z ramion rozpiętą koszulę. – Naprawdę nie wiem. – Dokończyła, wodząc palcem po jego pięknie wyrzeźbionych mięśniach. – Ale mam kilka pomysłów. – Pociągnęła go za klamrę od paska w stronę kabiny.

Prysznic faktycznie okazał się zbyt duży do kąpieli, nawet dla dwojga. Był on również za duży, by Ginny mogła podziwiać nowo powstałą muskulaturę Harrego. Udało im się jednak znaleźć kilka ekscytujących zastosowań. Zaabsorbowały one młodych tak bardzo, że powrót do sypialni zajął im zaskakująco dużo czasu. Kiedy wreszcie dotarli do łóżka, Ginny usnęła, ledwo przyłożywszy głowę do poduszki. Harry długo jeszcze leżał, obserwując śpiącą Ginny. Na jej ustach błądził lekki uśmiech, dający nadzieję na szczęśliwe sny. Myślał o całym, długim dniu. Począwszy od pojawienia się w tym pięknym i gorącym miejscu, które to – pojawienie, nie miejsce – przebiegło nie do końca tak, jak to sobie wyobrażał, aż po jego cudowne zakończenie. Nie wyobrażał sobie, że mógłby spędzić ten weekend bez niej. Nie wyobrażał sobie każdego kolejnego dnia tego roku, który musiał spędzać bez niej. To było tak dziwne, tak irracjonalne. Przecież nie tak dawno, nie widzieli się przez całe miesiące. Delikatnie przeczesał jeden z jej niesfornych, rudych, kosmyków i zagłębił się w nieskończoną krainę cudownych snów.

Tak minął dzień pierwszy i nastała…

Sobota

Ginny przebudziła się z cudownego snu. Był w nim Harry, palmy i piękna plaża i było tak cudownie ciepło. Nie otwierała oczu, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów tego snu. Przez zamknięte powieki docierało jej oczu jasne, ciepłe światło. Nad Hogwartem, po raz pierwszy od wielu dni, musiało wyjrzeć słońce i musiało być bardzo późno. Czemu Hermiona jej nie obudziła! Poderwała się z łóżka, otwierając oczy i od razu poczuła, że coś jest nie tak. Nie była w swoim łóżku z kolumienkami i czerwonymi zasłonami, a z niej nie zsunęła się właśnie ciepła, puchowa kołdra. Zamiast tego leżała w ogromnym łożu, z niej zaś, z lekkim szelestem, zsuwał się lśniący bielą atłas. Rozejrzała się szybko po pomieszczeniu, a gdy jej wzrok padł na stojącego na tarasie, przyglądającego się jej Harrego, powróciły wspomnienia poprzedniego dnia.

- Śniadanie? – Spytał, wchodząc do pokoju, a ona teraz dopiero poczuła jak jest głodna.
- Z rozkoszą. – W sekundzie na łóżku pojawiła się taca wypełniona owocami, tostami i jajkami sadzonymi, ale przede wszystkim owocami. Harry musiał ją trzymać na stoliku obok, nie zauważyła, by używał do tego magii.
- Smacznego.
- Nie zjesz ze mną? – Spytała, wypijając łyk soku z jakiegoś, nieznanego jej owocu.
- Zjadłem, gdy spałaś. – Porwał z tacy kilka przypinających jagody owoców, wsypując je sobie w dłoń.
- Która jest godzina? – Spytała po kilku minutach, wpatrując się w widoczny z łoża ocean.
- Dziesiąta. – Odparł beztrosko, częstując się kolejnymi jagodami.
- Merlinie! Czemu mnie nie obudziłeś?! – Wykrzyknęła, omal nie zachłystując się sokiem.
- Po co? – Spytał zdziwiony. – Nigdzie nam się nie śpieszy. No i późno poszłaś spać. – Uśmiechnął się szelmowsko, częstując się kolejnym owocem.
- A ty to co? – Odgryzła mu się. – O której wstałeś?
- Jakiś czas temu. – Odparł wymijająco.
- O której? – powtórzyła z naciskiem.
- Powiedzmy, że oglądałem wschód słońca.
- Przecież to musiało być godziny temu! – Wykrzyknęła, patrząc w widoczny z pokoju kawałek nieba. – Powinieneś mnie obudzić. – Naburmuszyła się.
- Jesteśmy na wakacjach. – Usiadł obok niej na łóżku. – Na wakacjach długo zostaje się w łóżku. – Złożył pocałunek na jej ustach.
- Ale nie do dziesiątej rano. – Zaprotestowała gwałtownie. – Przegapiłeś swoją szansę Harry Potterze, o dziesiątej się wstaje. – wcisnęła mu do rąk tacę, wyślizgując się z łóżka. Harry jęknął z rezygnacją. Zaczął się zastanawiać, czy nie trzeba było jej obudzić, gdy tylko wstał.

***

Byłam na niego zła. Nie tak naprawdę zła, ale jednak zła. Jak mógł pozwolić, byśmy stracili tyle czasu. Zaczęłam się zbierać. Musiało to wyglądać dość chaotycznie, a on przyglądał się tylko z delikatnym uśmiechem na ustach. Ogarnęłam się w dość krótkim, nawet jak na mnie, czasie. Już po kilku minutach stałam przed nim gotowa do wyjścia.

- To jakie mamy plany na dziś? – Spytałam podekscytowana. Od razu zauważyłam, że uśmiech z jego twarzy zniknął, tylko jakieś małe ogniki wciąż tliły się w oczach.
- Skoro już o to pytasz. – Zaczął. – Ty się pouczysz, zabrałem twoje podręczniki. Ja muszę pouczyć się do kolejnych testów. Później sprawdzimy na ile jesteś przygotowana do Owutemów. Posprzątamy trochę w apartamencie i zobaczy się, ile zostanie czasu. – Mówił zupełnie spokojnie, a ja stałam oniemiała. „Jak to! Jesteśmy tutaj, a on chce się uczyć?”
- A.. ale… – Głos lekko mi drżał.
- Ginny, jesteśmy na wakacjach! Nie mamy planów. Niczego nie planowałem na ten wyjazd. Przynajmniej nie na wczoraj i dzisiaj. – Znowu się uśmiechał. Tym razem jednak, w tym uśmiechu kryła się kpina.
- Ty, ty. Już ja ci pokażę głupie żarty! – Krzyknęłam na niego. – Zaraz ci… – Jeszcze nie wiedziałam jakim cisnę w niego zaklęciem, ale jakimś musiałam. Miałam tylko nadzieję, że nie miał swojej różdżki i zdążę sięgnąć do kieszeni po moją. – Pokażę… Harry, gdzie moja różdżka? – Nie było jej w kieszeni. Zaczęłam przeszukiwać ubranie i rozglądać się po pokoju. – Harry, zgubiłam różdżkę!
- Spokojnie. – Na jego ustach nadal błądził ten uśmieszek, który tak bardzo chciałam z nich zetrzeć. – Jest tam, gdzie odłożyłaś ją po przyjeździe.
- Odłożyłam? Kiedy? Cały dzień byłam bez różdżki?! – Raptem zrobiło mi się bardzo gorąco i nie miało to nic wspólnego z temperaturą za oknem. – Jak mogłam być tak lekkomyślna. Przecież mogłam jej potrzebować.
- Mugole całe życie radzą sobie bez różdżek. – Uspokajał mnie swoim, łagodnym, głosem.
- Gdzie ona jest?
- Accio, różdżka Ginny. – Wieko stojącego w garderobie kufra podskoczyło. Ze środka wyleciała moja różdżka, lądując w jego wolnej dłoni. Ja patrzyłam na drugą, tą uzbrojoną.
- Jak to zrobiłeś?
- Zaklęcie przywołujące. Standardowa księga zaklęć stopień czwarty. Tylko mi nie mów, że go nie znasz? – Uśmiech na jego twarzy zastąpiło zdziwienie.
- Nie o to pytam, skąd wziąłeś różdżkę? Sekundę temu jej nie miałeś, a nie ruszyłeś się na milimetr. Skąd ją masz? Chwilę wpatrywał się we mnie, jakby coś rozważał, po czym wsunął ją do rękawa.
- Powiedz, kiedy mam ją wyjąć. – W oczach czaiły mu się chochliki.
- Teraz! – Krzyknęłam. Nim skończyłam wypowiadać ostatnią z głosek, z jego różdżki wystrzeliły w moją stronę płatki białych róż. Przecież to był ułamek sekundy! – Jak…
- Mugolski wynalazek. – Odpowiedział podwijając rękaw. Do przedramienia przytwierdzone miał… „Coś” zrobione ze skóry. – Mugolscy magicy, kiedy chcą, jak oni to mówią, wyczarować coś z rękawa, używają tego, żeby im wyskakiwały bukiety i takie tam. – Wyjaśnił mi, ponownie chowając wewnątrz różdżkę. – Wystarczy ruch nadgarstkiem, opla. – Różdżka ponownie znalazła się w jego dłoni. – ale dziś zakładam krótki rękawek, więc różdżka idzie do kieszeni. – Powiedział, odpinając skórzaną uprząż. – Chcesz swoją różdżkę, czy mogę ją schować?
- Chcę! – Niemal wykrzyknęłam, przyskakując do niego. Z różdżką czułam się bezpieczniej. – Wszyscy aurorzy noszą takie coś?
- Nie, o ile wiem tylko ja. Podpatrzyłem to w sklepie u Georga. Może jednak dokończ śniadanie. Tak się rwiesz do wyjścia, a nie jestem pewien, czy masz na to siły.
- Już ja bym ci pokazała, ile mam siły, gdybyś tylko trochę wcześniej mnie obudził. – Pogroziłam mu palcem, ale zabrałam się za kończenie śniadania.

Kiedy opuszczaliśmy nasz hotel, słońce stało już w zenicie, a przynajmniej tak mi się zdawało. Jakże słońce mogło by stać wyżej i rozgrzewać świat jeszcze mocniej, później okazało się, że jednak mogło. Harry mówił prawdę, nie zaplanował nam zupełnie nic tego dnia. Kiedy więc stanęliśmy przed budynkiem mogliśmy równie dobrze powiedzieć jakąś dziecięcą wyliczankę lub wyjąć różdżkę i wyszeptać „Wskaż mi”. Zaledwie o pięćdziesiąt metrów ode mnie delikatnie szumiał cudowny ocean, a wiatr niósł w naszą stronę jego chłodne i słone tchnienie. Wszystkie moje zmysły mówiły, że powinnam teraz pójść na plażę. Może miało to jakiś związek z faktem, że po raz pierwszy widziałam ocean, a może był to ten ciepły, tak pociągający, piasek. Dałam się jednak namówić na spacer po mieście. Harremu dałabym się namówić chyba na wszystko.

Zagłębiliśmy się w ulice i uliczki tego cudownego miasta. Wnet okazało się, że wysokie i nowoczesne budynki, jakie miałam okazję podziwiać od wczoraj, są jedynie fasadą odgradzającą ocean od prawdziwego miasta.
Wszędzie było tak cudownie zielono. Ottery podobnie jak okolice Hogwartu są zielone, nie jest to jednak TAKA zieleń. Intensywna, przyciągająca wzrok. Zieleń, od której nie można oderwać spojrzenia. Każda z ulic i placów obsadzona była drzewami i krzewami, z ogrodów mijanych domów wylewały się girlandy złotych i czerwonych kwiatów, pnących się po murach lub zwisających z gałęzi drzew o rozłożystych koronach. Wszędzie było tak radośnie. Idąc bez celu i nie pilnując drogi, co jakiś czas musieliśmy zmieniać wybrany kierunek, kiedy przed nami wyrastała pokryta gęstym, tropikalnym lasem, góra. Góry w środku miasta! Czy możecie to sobie wyobrazić? Gdybym nie widziała tego na własne oczy, nigdy bym nie uwierzyła. Co jakiś czas Harry wyjmował schowany w kieszeni aparat i robił mi zdjęcie, lub prosił o to przechodzące osoby. W sumie nie byłam za to zła, robił je w naprawdę pięknych miejscach. Kiedy jednak, korzystając z braku mugoli wylewitował aparat, by zrobić zdjęcie na tle stojącego w oddali pomnika z białego kamienia, nie wytrzymałam.

- Możesz mi wyjaśnić po co robisz tyle zdjęć?
- Żeby na zawsze zachować najwspanialsze chwile w życiu. – Odpowiedział spokojnie.
- Chyba mi nie powiesz, że zapomnisz ten wyjazd. – Pogroziłam mu palcem naburmuszona.
- To co tu przeżyjemy zawsze będzie nasze. – Odpowiedział, delikatnie składając pocałunek na moich ustach. – Ale chciałbym, by zostało coś dla innych…. Na przykład Hermiony. O Paryżu dowiedziała się ze zdjęcia u mnie w gabinecie. – Dokończył, zmieniając ton.
- Właśnie! – Teraz dopiero mi przypomniał. – Harry Potterze, ty podła kreaturo. Jak śmiałeś zabrać moją, co ja mówię, swoją najlepszą przyjaciółkę na przesłuchanie. – Dźgałam go palcem w pierś. – Tyle jej zawdzięczasz i tak się zachowujesz? Obiecałam dobrać ci się za to do skóry!
- Już to zrobiłaś. – Odparł, rozkładając ręce w geście kapitulacji. – Wczoraj w nocy. Nie pamiętasz?
- Ty, ty, ty i co ja mam z tobą zrobić? – Tupnęłam nogą. Musiałam wyglądać wtedy jak głupi podlotek. Nawet złościć się na niego porządnie nie umiałam.
- Mam kilka propozycji, ale raczej na późniejszą godzinę. – Uśmiechnął się szelmowsko. – Hmmm, mam pomysł. – Wyciągnął do mnie dłoń.

Gdy ją uchwyciłam, poczułam nagłe szarpnięcie, świat zawirował, skurczył się, a my popędziliśmy, by po sekundzie stać na jakiejś drodze, gdzieś, prawdopodobnie daleko od miejsca, w którym byliśmy. Droga była dość stroma i wąska, z jednej strony piętrzyła się ściana skał, której szczyt pokryty był zielenią roślinności. Z drugiej zaś znajdowała się niemal pionowa, porośnięta gęstym lasem, skarpa. Opadająca nisko, ku znajdującym się w oddali przedmieściom. Harry wciąż trzymając moją dłoń, pociągnął mnie za sobą w górę drogi. Nie przeszliśmy nawet dziesięciu metrów, gdy tuż za zakrętem natknęliśmy się na grupę mugoli, a zaraz za nimi autobus.

- Ty wariacie! – syknęłam. – Przecież mogliśmy się aportować tuż przed nimi! Pomyślałeś o tym?
- Bez ryzyka nie ma zabawy, wyluzuj się trochę. – Odpowiedział, wzruszając ramionami. Coś mnie wtedy uderzyło. Rzecz, której starałam się nie dostrzegać od porwania ze szkoły, a nawet wcześniej od Świąt i wypadu do Paryża. Harry stał się odrobinę lekkomyślny. Nadal był nadopiekuńczy i nadwrażliwy w kwestii bezpieczeństwa. Jednocześnie jednak stał się spontaniczny, bardziej wyluzowany i… no właśnie nonszalancki i lekkomyślny w kwestii magii i zasad tajności. „Bez ryzyka nie ma zabawy”, czy ja gdzieś już tego nie słyszałam?
- Harry, jesteś nieodpowiedzialny. – Upierałam się, przy swoim.
- I kto to mówi? A ty co wymyśliłaś dwie godziny temu? – Tu mnie miał. No tak, nie powiedziałam wam co zrobiliśmy w czasie spaceru. Hihihi. Może on wam opowie. – Fanko „rockmanów”. – Wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo, a ja spłonęłam po same cebulki włosów, zupełnie jak wtedy, gdy dopiero się poznaliśmy.
- Gdzie właściwie nas zabrałeś?
- Chodź. – Pociągnął mnie w stronę kamiennych schodów i dalej, przez skryte wśród tropikalnych drzew przejście, na duży taras widokowy.

Rozpościerający się z tarasu widok zapierał mi dech w piersiach. Byliśmy jakieś dwa tysiące stóp ponad miastem, na szczycie stromego wzgórza, u stóp pomnika, który chwilę wcześniej był tłem naszego zdjęcia.
Widok był cudowny i oszałamiający zarazem. Przed nami, u stóp urwiska rozpościerały się ulice miasta, a dalej za cienką, złotą linią piasku bezkresny, błękitny ocean. Gdy obróciłam głowę widziałam zielony las tropikalny i odległe, równie zielone góry na horyzoncie. Mugole twierdzą, że Wenecja, Rzym i Paryż to miasta miłości. Nigdy nie byłam w Rzymie czy Wenecji, jeszcze nie byłam. Paryż widziałam tylko w nocy. Wtedy, stojąc na tym tarasie widokowym sądziłam, że jestem w raju, a pode mną rozpościera się moje miasto miłości. Poczułam, że Harry mocniej ściska moją rękę, podeszliśmy do odgradzającej nas od przepaści barierki. Latanie na miotle to mój żywioł, tam jednak zakręciło mi się w głowie i mogę przysiąc, Harry też, patrząc w dół nadrabiał miną.

- Nie sądziłam, że tu jest aż tak pięknie. – Wyszeptałam, wpatrując się w krajobraz.
- Ja też. – Stał za moimi plecami, mocno obejmując mnie ramionami. – Gdzieś tam jest nasz hotel. – Wskazał w odległy punkt za którym rysowała się wąska linia plaży, układającej się w kształt lekkiego półksiężyca.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś?
- Pomyślałem, że stąd będzie ładny widok. – Odparł, przytulając się do mnie. – I chyba miałem rację.
- Ale dlaczego zabrałeś mnie z Anglii właśnie tutaj? – Odwróciłam się, by spojrzeć mu w oczy, wciąż pozostając w jego objęciach. – Do tego miasta, nad ten ocean.
- Uznałem, że obojgu nam przydadzą się wakacje. – Zdawało mi się wtedy, że nie jest ze mną do końca szczery. – Poza tym, jutro są walentynki, a chyba powinniśmy je spędzić razem.
- Mogliśmy je spędzić w Hogsmeade. – Ciągle zastanawiałam się czy czegoś przede mną nie ukrywa. – Nie musiałeś zabierać mnie na koniec świata.
- Chcesz wrócić do Hogsmeade na walentynki?
- Nie! Nie, oczywiście że nie. – Jakże mogłabym chcieć wracać.
- To dobrze, bo akurat na walentynki mam plany. – Pocałował mnie w nos. W nos! Tak się całuje siostrę! O nie, tak mi robić nie będzie. Sama wpiłam się w jego usta. A co! Byliśmy w naszym własnym mieście zakochanych. I w dodatku coś planował, ha!

Korzystając z okazji, że z położonej pod pomnikiem kafejki roztaczała się wspaniała panorama na południową część miasta i góry, postanowiliśmy zostać tam odrobinę dłużej. Inna sprawa, że porządnie burczało nam w brzuchach. Po pewnym czasie zauważyłam, że wdzięczniejszym obiektem obserwacji od widoku za oknem, są otaczający nas mugole. Nie chodziłam co prawda na Mugoloznastwo, ale dość dobrze, głównie dzięki Harremu, udało mi się poznać zachowania Londyńczyków. Tutaj miałam mozaikę wielu kultur i zwyczajów. To było doprawdy fascynujące. Przychodzili tutaj parami, czasem całymi rodzinami lub z przyjaciółmi. Wcale się od nas nie różnili. Byli tak samo weseli. Tak samo zafascynowani widokiem, jak ja z Harrym. O, a tamta para nawet przytulała się jak my! Uderzyło mnie jedno, oni nie potrafili żyć bez swojej techniki. Niemal wszyscy mieli aparaty fotograficzne. Wielu trzymało przed sobą jakieś podłużne urządzenia, skierowane na piękne widoki za oknem. Wszyscy Azjaci, bez wyjątku, posiadali oba te przedmioty. Wiele młodych osób nosiło na głowie małe nauszniki, podrygując miarowo i coś nucąc, a tamten mężczyzna w rogu sali chyba powinien trafić do Munga, siedział sam przy stoliku i gadał z trzymanym przy uchu pudełeczkiem! W tamtym momencie wróciła do mnie nasza rozmowa z poprzedniego wieczora. Przecież, gdyby nie mugolski wynalazek, wcale by nas tu nie było.

- Jak to jest, Harry? – Zapytałam bezmyślnie, nadal obserwując mugoli.
- Co, jak jest?
- Jak to jest być mugolem? – Spojrzałam na niego. Twarz miał bardzo zaskoczoną.
- Przecież jestem czarodziejem. – Po jego twarzy przebiegł jakiś cień, ale już po chwili uśmiechnął się uroczo.
- Ale przez jedenaście lat byłeś zwykłym mugolem.
- Nie, nie byłem. – Twarz mu się ściągnęła, nie powinnam była naciskać. – Ale, jeśli chcesz wiedzieć… pomyślmy. – Wpatrzył się w widok za oknem. Nie wiem, czy szukał w nim jakiś wspomnień, czy tylko nie chciał w tym momencie na mnie spojrzeć. – Przede wszystkim musisz zrozumieć, że mugole nie różnią się od nas tak bardzo. Różnią się nawet mniej, niż wydaje się to twojemu tacie. – Spojrzał na mnie, ale się nie uśmiechał, twarz miał bardzo skupioną. Przyszło mi wtedy na myśl, że pewnie tak wygląda jako auror. – Bycie mugolem jest prostsze, zabawniejsze ale jednocześnie i mniej bezpieczne. My mamy to. – Ku mojemu przerażeniu wyjął swoją różdżkę i zaczął obracać między palcami. – Mamy różdżkę i tomy zaklęć, których musimy się nauczyć, by móc coś zrobić. Mugole mają… elektryczność i to jest najważniejsze. Elektryczność jest kluczowa, jeśli chce się zrozumieć mugoli. Nie mogąc czarować, wynaleźli elektryczność i zastąpili nią całą magię. My mówimy Incendio i gotujemy obiad, oni naciskają przycisk i kuchnia robi się gorąca. My mówimy Chłoszczyść, oni wkładają wtyczkę i włączają odkurzacz. Mają więcej rozrywek, my oprócz gier magicznych mamy radio. Oni mają kino, telewizję z wieloma kanałami, wiele stacji radiowych. Łatwiej im zdobyć informacje, nie muszą czekać na poranną gazetę. Bez ich techniki w życiu nie znalazłbym tego miejsca.
- Czyli bycie mugolem jest lepsze? – Spytałam niepewnie.
- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Jest zabawnie i łatwiej, ale też jest niebezpiecznie. Nie mówię tu o sytuacji takiej jak Śmierciożercy. Nie ważne, co by się działo, w świecie czarodziejskim zawsze da się człowieka poskładać. Pamiętasz jak mi Lockhart wydrylował rękę? – Wzdrygnęłam się. – W świecie mugoli, by mi tak zostało. Spadłem z miotły na trzecim roku. Dumbledore mnie uratował. Colin, Justin, Hermiona i Penelopa obudzili się. – Poczułam jak blednę, a przed oczami zamigotały mi gwiazdki, przecież sama ich spetryfikowałam. – Merlinie, przepraszam cię. – Musiałam nieźle go nastraszyć. – Nie chciałem ci tego przypominać.
- Wolałbyś być czarodziejem czy mugolem?
- Chciałbym po trochu z obu światów. Ale magia zakłóca elektronikę, więc nie mam szans. Chyba na nas już pora – Raptem zmienił temat.

Kiedy opuszczaliśmy lokal, byłam odrobinę rozdarta. Wyglądało na to, że Harry tęskni za byciem mugolem, a i mnie, to co opowiedział kusiło, pomimo ryzyka, może kiedyś spróbujemy pomieszkać bez magii.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, słońce zbliżało się niebezpiecznie do koron drzew, mimo że byliśmy dość wysoko. Bardzo mi się to nie spodobało. Chciałam jeszcze pospacerować nad oceanem, a wyglądało na to, że strawimy w mieście cały dzień.

- Harry, która jest godzina?
- Koło trzeciej. – Odparł, nie patrząc nawet na zegarek. – Czemu pytasz?
- Chciałam wrócić przed wieczorem, do hotelu. – „I nad ocean”.
- No to wracajmy. Może chcesz wrócić mugolskim środkiem transportu? – Spytał, wskazując na nieduży autobus.
- Ale one nie są chyba zbyt szybkie? – Spytałam, sceptycznie patrząc na pojazd.
- No nie, a chcesz wrócić aż tak szybko?
- No, tak. – Odpowiedziałam, szybko się rozglądając. – Chcę wrócić TAK szybko! – Krzyknęłam, rzucając mu się w objęcia.

***

Poczułem mocny uścisk w piersi i nie miało to nic wspólnego z objęciami Ginny. Czułem jak brakuje mi powietrza, świat zawirował i po chwili stałem w naszej, hotelowej sypialni. Wciąż jeszcze miałem rozłożone ramiona, którymi chciałem objąć rzucającą się na mnie Ginny. Dopiero po dobrej sekundzie zrozumiałem, co się stało.

- Przecież tam były dziesiątki mugoli! – Wykrzyknąłem. – Mogli nas zobaczyć!
- Bez ryzyka nie ma zabawy. Nieprawdaż? – Zadrwiła ze mnie. – Wyluzuj się trochę.
- Gdzie się w ogóle nauczyłaś teleportacji? – Zapytałem zdziwiony. – I nie mów, że na kursie, bo dopiero go zaczęłaś.
- Może jestem taka zdolna. – Uśmiechnęła się, posyłając mi powłóczyste spojrzenie spod rzęs.
- Może. – Delikatnie pogładziłem jej policzek. – Ale nie wolno ci tego robić.
- I musi mnie pan teraz aresztować, panie aurorze? – Delikatnie się ode mnie odsunęła.
- Chyba powinienem. – odparłem powoli.
- I może zakuje mnie pan w kajdanki? – Wyciągnęła przed siebie złączone dłonie.
- Tak, chyba tak zrobię. – Pochwyciłem i uniosłem do góry jej złączone w nadgarstkach ręce, składając długi pocałunek na jej rozchylonych, wilgotnych wargach. Delikatne pchnąłem ją na łóżko i zacząłem całować szyję i ramiona. Przyciągnęła mnie mocniej do siebie i… Myślę, że pozostawię to wspomnienie tylko dla nas.

Opuszczenie apartamentu zajęło nam znacznie więcej czasu aniżeli przypuszczaliśmy. Nie myślcie, że narzekam. Nic z tych rzeczy, chętnie zostalibyśmy tam jeszcze dłużej. Wróciwszy do hotelu planowaliśmy, tak udało nam się coś zaplanować, wybrać się na spacer brzegiem oceanu w promieniach zachodzącego słońca. Rewidując w bardzo przyjemny sposób nasze plany, skończyliśmy, siedząc w położonej na plaży kafejce, popijając kolorowe koktajle, delektując się owocami morza i obserwując odbijające się w falującym oceanie światło księżyca. To było cudowne zakończenie dnia i chyba żadne z nas nie żałowało dłuższego pozostania w apartamencie.

Kafejka była urocza. Zbudowana z drewnianych bali i przykryta liśćmi palmowymi, sprawiała cudownie romantyczne wrażenie. Można było w niej siedzieć w nieskończoność. Ja jednak nie miałem wtedy ochoty przesiadywać gdzieś bez końca. Zabrałem Ginny na koniec świata i chciałem się cieszyć każdą spędzoną z nią chwilą. Ocean falował tak cudownie.

- Ginny.
- Mmm?
- Pójdziemy popływać? – Spytałem, chyba trochę nazbyt podekscytowanym głosem.
- Ale tutaj jest tak uroczo.
- Proszę, jeszcze ani razu nie pływaliśmy.
- Woda jest na pewno zimna w nocy. – Odpowiedziała bez przekonania.
- Po takim dniu? Na pewno jest gorąca.
- A może spacer? – Zaproponowała nagle. Coś mi nie pasowało. Tak bardzo chciała przyjść na plażę, nad ocean, a nie chciała się w nim zanurzyć?
- O co chodzi Ginny?
- O nic. – Ucięła krótko.
- Przecież widzę. Co się stało?
- Nic się nie stało. – Przestałem naciskać. Nic wielkiego się nie stało. – Ja… – Zaczęła po chwili. – Bo ja nie umiem pływać. – Wiem, że to głupie, ale nie umiem.
- To nie jest głupie. – Dotknąłem jej dłoni. – To co? Idziemy na spacer?

Szliśmy, trzymając się za ręce i wsłuchując w cichy szum oceanu. Co jakiś czas mijaliśmy pary, które podobnie jak my, postanowiły udać się na romantyczny spacer w świetle księżyca.

- Chciałabym być już w domu. – Odezwała się w pewnej chwili.
- Mówiłaś, że ci się tu podoba. – Byłem co najmniej zdziwiony jej deklaracją.
- Podoba mi się, bardzo mi się podoba. – Zapewniła żarliwie. – Ale chciałabym być już z tobą i z Łapą, w naszym domu przy Grimmauld Place, nie w szkole, sama. – Mocniej przytuliła się do mojego ramienia.
- Nigdy nie jesteś sama. Gdy jesteś w szkole, patrzę na ciebie w każdej wolnej chwili. – Przypomniały mi się wszystkie chwile spędzone z Mapą Huncwotów i poranki kiedy się przy niej budziłem, zasypiając wpatrzony w jej imię, gdzieś w odległym zamku skrytym wśród szkockich wzgórz. – Poza tym… Ja jestem w domu. Ty jesteś moim domem – dokończyłem, wpatrując się w rozbłyski księżyca na drgającej powierzchni oceanu. – Kocham cię, Ginny.
- Ja też cię kocham, Harry. – „Kocham cię”, powtórzyłem w myślach swoje słowa. Nie wiem dlaczego dopiero wtedy, to do mnie tak naprawdę dotarło i uderzyło mnie z taką siłą. Przecież wiedziałem to od dawna.
- Ale ja cię tak naprawdę kocham. – Powiedziałem, stając przed nią. – Kocham cię. JA CIĘ KOCHAM GINEWRO WEASLEY! – Wykrzyknąłem z całych sił, porywając ją w ramiona. Chciałem, by dowiedział się o tym cały świat. Zacząłem wirować z Ginny wczepioną w moją szyję. Ginny pisnęła, gdy ziemia uciekła jej spod stóp, a później zaczęła się śmiać z radości. Śmiać jak nigdy dotąd.

***

Choć oboje nie zdawali sobie z tego sprawy, właśnie tam, na tej najpiękniejszej plaży świata, na skraju bezkresnego oceanu, po raz pierwszy wyznali sobie miłość. Wiele razy powtarzali to sobie w duchu. Nigdy jednak żadne z nich nie wypowiedziało wcześniej swych uczuć.

Dzień Zakochanych

Tej nocy nie zaznali wiele snu. Wrócili do hotelu późną nocą, a później długo, każde na swój sposób przeżywało to spontaniczne wyznanie miłości. Harry zastanawiał się, dlaczego od dawna kochając Ginny, wypowiedzenie tych słów tak nim wstrząsnęło. Ginny leżała, przypominając sobie po raz kolejny i kolejny wyznanie Harrego. Kiedy wyznawał jej miłość, przez chwilę sądziła, że… nie, to niedorzeczne, pomyślała teraz. Zastanawiała się, co też czeka ją jutro. Dziś wykrzyczał całemu światu, że ją kocha, a mówił, że na jutrzejszy dzień ma plany…

Gdy Harry obudził się rano, a tak przynajmniej mu się wydawało, od razu poczuł, że coś jest nie tak. Spróbował się poruszyć, ale coś unieruchamiało mu nogi. Ginny siedziała mu na kolanach, ubrana w jego koszulę. „Wygląda w niej cudownie”, pomyślał.

- Dzień dobry, śpiący królewiczu. – Odgarnęła, spadające jej na czoło, kosmyki włosów. – Dziś to ja mam dla ciebie śniadanie. – Postawiła przed Harrym tacę, taką jak on poprzedniego ranka.
- Wyczarowałaś nam śniadanie?- Spytał, częstując się swoim ulubionym owocem Acai.
- Nie, kelner przyniósł kwadrans temu. – Odpowiedziała, wyraźnie zadowolona z siebie. Harry uniósł delikatnie brwi. – Oj, nie patrz tak. Jestem czarownicą, nie głupią krową. Wiem jak się korzysta z telefonu. – Potrząsnęła ze złością burzą swoich rudych włosów.
- Wiem, że nie jesteś krową. Potrafię odróżnić cię od Fleur.
- Co? A, hahaha. – Wybuchnęła śmiechem. – No to wsuwaj śniadanie i idziemy. – Kołysała się podekscytowana, wciąż siedząc na jego kolanach. – i tak straciliśmy przez ciebie mnóstwo czasu, śpiochu.
- Ale gdzie idziemy? – Spytał, spokojnie kontynuując śniadanie. Ginny zamarła na jego kolanach.
- No, ty mi powiedz… Przecież miałeś na dziś jakieś plany? – Odpowiedziała powoli, uważnie mu się przyglądając.
- Bo mam, ale na wieczór i noc. – Udał obojętność, choć sam nie mógł doczekać się już wieczoru. – Musisz mieć sporo sił, bo to będzie długa noc.
- Wieczór i noc? – „Co ty kombinujesz?”. Dokończyła w myślach.
- Tak. Mam nadzieję, że ci się spodoba. – Powiedział, odstawiając tacę. – A teraz chodź. Musimy zdjąć z ciebie tą koszulę. – Przywołał ją palcem.
- A czemu? – Spytała, skradając się w jego stronę.
- Żebym miał w co się ubrać. – Zaczął przyciągać ją za kołnierzyk.
- Tylko dlatego? – Zamarła, pytając z wyraźnym zawodem w głosie.
- No, nie tylko…
- Prawidłowa odpowiedź, panie Potter. – Wyszeptała, lekko przygryzając jego wargę. – Hmmm, bardzo dobrze, że ukryliśmy tę bliznę. – Powoli zsunęła okrywające jego tors prześcieradło. Harry jęknął z rezygnacją. – Teraz chce się schrupać ciebie całego. – Zakończyła, głaszcząc go po piersi, w miejscu gdzie jeszcze wczoraj widniał ślad po horkruksie.
- A wcześniej to nie chciałaś mnie schrupać? – Zwinnym ruchem znalazł się nad nią.
- Pomyślmy…. Chciałam! – Oplotła go nogami, mocno przyciągając do siebie.

***

Leżeli przytuleni do siebie, wsłuchując się w swoje, ciężkie, miarowe oddechy, całym ciałem czując mocne uderzenia ich serc. Pościel przesiąknięta była ich miłością. Ginny zachichotała w niekontrolowany sposób.

- Co się stało?
- Nic, tylko właśnie sobie przypomniałam. – Odwróciła się w jego stronę. – Szczęśliwych walentynek, Harry.
- Szczęśliwych walentynek, Ginny. – Delikatnie ją pocałował. Zabrał ją na koniec świata właśnie na walentynki, a przez upojny ranek, zapomniał złożyć jej życzeń. Przeklinał swoją roztargnioną głowę. Na niespodziankę walentynkową Ginny musiała poczekać do wieczora.

Po poprzednim dniu, spędzonym na spacerach i zwiedzaniu, pozostanie w zaciszu ich apartamentu było cudowną odmianą. Leżeli na wygodnych, ustawionych na ich tarasie leżankach i trzymając się za ręce obserwowali krajobraz długiej lazurowej zatoki, zamkniętej wyrastającymi wprost z morza stromymi, zielonymi górami. Słońce przyjemnie muskało ich ciała, a lekki, wiejący z głębi lądu wiatr, przynosił ze sobą chwile wytchnienia.

- Ginny.
- Tak, Harry? – Nie otworzyła oczu, wygrzewając się niczym kot, w promieniach słońca.
- Jest jeszcze jedno miejsce naszego apartamentu, którego nie widziałaś.
- Jakie miejsce? – Zmrużyła oczy, uważnie mu się przyglądając.
- Chodź, pokażę ci. – Wstał, podając jej dłoń. Niechętnie podniosła się z miejsca, owijając wokół siebie, delikatną, prześwitującą chustę.

Harry poprowadził ją ku skrajowi tarasu i pchnął kończącą go, ratanową ściankę, która okazała się być furtką. Po drugiej stronie znajdował się, częściowo skryty w cieniu, basen z kilkoma stojącymi wokół leżankami. Mógł on mieć nie więcej niż sześć metrów długości i na pewno służył raczej do zabawy, aniżeli pływania. Całość ukryta była za gąszczem, dających poczucie intymności, egzotycznych roślin.

- Czemu nie powiedziałeś, że mamy basen? – Spytała, rozglądając się z zaciekawieniem.
- Nie był nam jak na razie potrzebny. – Podszedł do prowadzących w głąb basenu stopni. – Nauczę cię pływać. – Dokończył, powoli zanurzając się w wodzie.
- Harry. – Stała niezdecydowana na brzegu. Jednocześnie chciała dołączyć do niego i odrobinę się bała. – Ja nie mam stroju. – Rzuciła pierwszą wymówkę, jaka przyszła jej do głowy.
- Przecież jesteśmy tutaj sami. Nikt nas nie zobaczy. – Powiedział łagodnym a zarazem zachęcającym głosem. – Chyba, że mi nie ufasz?

Ginny popatrzyła na swojego chłopaka. Woda w miejscu, w którym stał, sięgała mu ledwie do pasa. Powoli odwiązała okrywającą jej ciało chustę i krok po kroku podeszła do Harrego. Wbrew jej obawom, woda w basenie była cudownie ciepła. Sama zachęcała, by zostać w niej jak najdłużej. Ginny nie potrafiła powiedzieć, czy Harry był słabym nauczycielem pływania, czy ona oporną uczennicą. Po dość długiej nauce, odnosiła wrażenie, że pływanie nadal jest dla niej niczym czarna magia. Ani go nie potrafi, ani nie lubi. Trudno jednak jest się nauczyć pływać, jeśli co chwilę udaje się tonięcie, byle tylko uwiesić się na szyi swojego nauczyciela. W przyszłości miała się przekonać, że coś z tych lekcji jednak wyniosła. Harremu ten sposób spędzania czasu bardzo się podobał. Doskonale się z Ginny bawili podczas tej „nauki pływania”. Śmiali się i żartowali. Podobało mu się to spędzanie czasu w swobodny i niezobowiązujący sposób. Czuł się odrobinę tak, jak gdyby cofnęli się o kilka lat wstecz, gdzieś do wspólnie spędzanych w Norze świąt, kiedy nie byli jeszcze parą. Wtedy jednak nie mogli sobie pozwolić, a może nawet nie marzyli o takiej bliskości, jaką dzielili teraz.

Harry czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Czuł, jak wypełnia go jakaś, nieokiełznana euforia, która pragnie być okazaną. Chciał krzyczeć z radości, tak jak krzyczał poprzedniego wieczora na plaży. Każda godzina, spędzona z Ginny w tym raju na Ziemi, była cudowna i niezapomniana. Planując ten wyjazd, nie spodziewał się nawet, że sprawi on im obojgu tyle radości. Ginny zawsze była wesołą osobą, ale tutaj w ogóle nie przestawała się uśmiechać często wybuchając niepohamowanym śmiechem. Harry mógł za to oderwać się myślami od pracy, szefa, pracy, szefa, egzaminów, szefa, zadania od Kingsley’a i przede wszystkim szefa. Czuł jak opada ogromny ciężar, który przytłaczał go przez ostatnie miesiące. Wreszcie mógł się cieszyć możliwością przebywania sam na sam z Ginny. To było prawie tak, jak gdyby wreszcie mieszkali razem. Tyle, że razem nie będą mieli raczej szansy zamieszkać w raju.

Kiedy jest się szczęśliwym czas zazwyczaj szybko mija. Nim zdążyli się obejrzeć nadszedł wieczór. Harry był, pierwszy raz w czasie tego wyjazdu, podenerwowany. Nie wiedział czy walentynkowy prezent i niespodzianka spodoba się Ginny. Ginny również siedziała jak na szpilkach. Kiedy Harry brał szybki prysznic, ona starała się rozluźnić, bezmyślnie bawiąc się mugolskim wynalazkiem, telewizją. Mogłaby uznać ją za całkiem ciekawe źródło rozrywki, gdyby tylko nie nerwy niepozwalające jej skupić się na tym co się dzieje na ekranie.

- Ginny. – Harry wszedł do salonu. Jego włosy wciąż lśniły kropelkami wody, co nie przeszkadzało im sterczeć we wszystkich możliwych kierunkach. – Myślę, że możesz już się przygotować do wyjścia.
- A gdzie idziemy? – Poderwała się natychmiast. Jej oczy płonęły entuzjazmem.
- Na początek kolacja w restauracji. – Odparł swobodnie, choć sam był podekscytowany perspektywą najbliższych godzin. – Mogłabyś założyć coś z tych rzeczy, do których jeszcze nie zajrzałaś. Ginny minęła go lotem błyskawicy, pędząc ku garderobie.

Doskonale wiedziała, o które stroje chodziło Harremu. Obok jej własnych ubrań wisiały, skrywające jakieś nieznane jej stroje, pokrowce. Pierwszy, do którego sięgnęła, skrywał elegancką czerwoną suknię. Suknia była piękna, ale miała wątpliwości czy jest odpowiednia na tą okazję. W kolejnym znalazła krótką sukienkę na jednym ramiączku w kuszącym odcieniu zieleni. Pomyślała, że musi z niej skorzystać, ale może innym razem. Czerwoną sukienkę koktajlową odrzuciła od razu, podobnie jak czarną bez ramiączek. Miała już wrócić do zielonej, która jej się spodobała, gdy sięgnęła po ostatni pokrowiec. To było to, wiedziała, że założy właśnie tą. Jeśli Harremu spodoba się choć w połowie tak jak jej, będzie zachwycony.

Kiedy dwadzieścia minut później wracała do salonu, przez okno wylatywał właśnie jakiś, egzotyczny ptak.

- Co to było?
- Nic takiego. – Harry odprowadzał odlatujące zwierzę wzrokiem. – Tuka… – Głos mu zamarł, gdy spojrzał na nią. Swoją zazwyczaj niesforną burzę rudych włosów upięła w ciasny wysoki kok, pozwalając jedynie kilku kosmykom delikatnie opadać na szyję i ramiona. Nie miała makijażu, nigdy go nie potrzebowała, była piękna w swej naturalności. Jedyną ozdobą jaką założyła, były delikatne srebrne kolczyki oraz wisiorek, prezent od Hermiony, którego druga połowa spoczywała na szyi Harrego. Spośród sukienek, które spoczywały w garderobie wybrała tę, której Harry najmniej się spodziewał, a jednocześnie tą, w której najlepiej wyglądała. Miała na sobie, podkreślającą jej idealną figurę, sięgającą tuż za kolano białą letnią sukienkę. Teraz dopiero zauważył jak bardzo promienie południowego słońca zmieniły odcień jej, zazwyczaj, alabastrowej cery. – …n. – Skończył po dłuższej przerwie.
- Ginny była usatysfakcjonowana wrażeniem jakie na nim wywarła. Dokładnie o taką reakcję jej chodziło.
- Wyglądasz cudownie – Powiedział oprzytomniawszy.
- Dziękuję. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Ty również. – Ubrany był w swój mugolski garnitur z podkreślającymi kolor oczu butelkowo zielonymi wykończeniami. Raz już widziała go w tym garniturze. Podczas jego wizyty w szkole, wiele miesięcy temu. Wtedy jednak nie zwróciła uwagi, jak elegancko się w nim prezentuje. Gdy mu się przyglądała, spostrzegła, że w dłoni trzyma niewielkie pudełeczko. Wyłapał jej spojrzenie i pospiesznie schował przedmiot do kieszeni. Ginny, z niezrozumiałego dla niej powodu, zrobiło się bardzo gorąco.
- Możemy iść? – Spytał, podając jej ramię.
-Tak. – Wtuliła się w niego, opuszczając apartament.

Zjechali do hotelowego lobby, a później, Harry poprowadził ją długą galerią o łukowatym sklepieniu. Bogato zdobioną złotem, z ogromnymi, kryształowymi żyrandolami zwieszającymi się z wysokiego sklepienia na długich, złotych łańcuchach. Ginny czuła się jak księżniczka, idąca na bal w wielkim pałacu. Zaczęła się zastanawiać, czy nie powinna była jednak założyć czerwonej sukni balowej.

Restauracja była uroczym miejscem o przytulnym, niezwykle eleganckim wystroju. Szef sali poprowadził Harrego i Ginny do niewielkiej, przygotowanej dla nich loży. W Wielkiej Brytanii loża udekorowana byłaby zapewne czerwonymi różami i ogromną ilością konfetti w kształcie serduszek. Tutaj, w tym raju na ziemi, Harry zadbał, by wszystko było niepowtarzalne. Loża udekorowana była dziesiątkami orientalnych kwiatów, które widzieli w czasie spacerów i wieloma jeszcze im nie znanymi. Na stoliku i podłodze leżały różnokolorowe płatki kwiatów. Gdy Ginny lepiej się im przyjrzała, zauważyła, że układają się one w kształty kolorowych ptaków i motyli. Nigdzie nie było ani śladu konfetti, ani jednego serduszka lub innej kiczowatej, walentynkowej ozdoby. Dzięki, już nie pierwszy raz szarmanckiemu Harremu oraz eleganckiej obsłudze, Ginny czuła się w restauracji jak księżniczka. Przyjemna atmosfera sprawiła, że kiedy podano im wreszcie desery, nie wiedziała czy minęła godzina, a może już cała noc od kiedy weszli do restauracji. Nie pierwszy raz zresztą, podczas tego wyjazdu, straciła poczucie czasu. Tym razem jednak, wcale się tym nie martwiła. Wiedziała, że ta kolacja jest zaplanowana przez Harrego i na pewno nic jej nie ominie, jeśli zostaną tutaj nieco dłużej. Harry cieszył się, widząc jaką przyjemność sprawił Ginny tymi walentynkami. Pamiętał jak wyglądają walentynki w Hogsmeade, pełne papierowych serduszek, róż, mdlącego, słodkiego zapachu jakiś pachnidełek i dziesiątek zaczarowanych miniaturowych kupidynów. Jedne takie walentynki przeżył, a na drugie nie miał już ochoty. Nie wiedział, ile takich walentynek ze swoimi chłopakami spędziła Ginny. To nie miało teraz dla niego znaczenia.

- Harry? – Odezwała się, trzymając jego dłoń.
- Tak, Ginny?
- A pamiętasz nasze pierwsze walentynki? – Przyglądała mu się uważnie, a Harremu zrobiło się nagle bardzo gorąco. „Jakie pierwsze walentynki u diaska”, myślał przerażony.
- Ma oczy zielone, jak pikle z ropuchy. – Zaintonowała cicho. Na twarzy Harrego pojawiło się zrozumienie. – Jego włosy są czarne jak tablica. – Harry spłonął rumieńcem, przypominając sobie całe to zdarzenie. Gburowatego Krasnoluda, który dopadł go na korytarzu pełnym ludzi i zaczął wyśpiewywać tą piosenkę, nie zważając na protesty Harrego. Śmiechy uczniów i satysfakcję na twarzy Malfoya. Ginny uśmiechnęła się z uciechy, widząc jego reakcję. – O, gdyby moim został, bohater mych snów….
- Służyła bym mu jak diablica. – Dokończył za nią. – Tak, pamiętam je dokładnie. Więc… jestem nadal bohaterem twych snów? – Spytał, delikatnie gładząc wnętrze jej dłoni.
- Zgadnij. – Zatrzepotała rzęsami.
- A będziesz mi służyć jak diablica?
- A lubisz diablice? – Delikatnie przesunęła paznokciami po jego nadgarstku.
- No, nie wiem… na pewno kocham moją diablicę. – Przechylił się przez stolik, mocno całując jej gorące usta. – Nie dałem ci jeszcze prezentu walentynkowego. – Powiedział, z trudem odrywając się od jej ust.
- Harry, ty nie musisz mi nic dawać. – Wyszeptała rozmarzona, nieświadomie powtarzając jego własne słowa, wypowiedziane w Norze. Latem, tuż przed jego odejściem.
- Pomyślałem, że nie powinno to być za duże. – On całkowicie świadomie powtarzał jej słowa. – Byś mogła zawsze mieć to przy sobie. Coś, co by ci mnie przypominało, gdy spotkasz innych chłopaków. – Powoli wyjął z kieszeni pudełeczko. To samo, które chował przed jej wzrokiem w apartamencie, a ona poczuła, jakby świat zawirował. „O Merlinie!” wykrzyknęły jej myśli. Harry podszedł do niej powoli. – Długo zastanawiałem się, co mógłbym ci dać. – Powiedział cicho, stając przed nią. Ginny wpatrywała się jak zahipnotyzowana w trzymane przez niego pudełeczko. – Pomyślałem więc, że to powinno ci się spodobać. – Powoli podniósł wieczko.
- Ohhh. – Z ust Ginny wyrwało się westchnienie. Poczuła dziwną mieszaninę zawodu i ulgi.
- Nie podoba ci się? – Harry spytał zmartwiony, widząc dziwną mieszaninę uczuć na jej twarzy.
- Podoba, tylko… – Zaczęła. – Oczywiście, że mi się podoba. To jest prześliczne. – Powiedziała, patrząc na leżącą w pudełeczku delikatną bransoletkę. – Tylko, nie spodziewałam się czegoś takiego. Och, oczywiście, że mi się podoba. – Rzuciła mu się na szyję, mocno go całując. Poczuła jak przyciąga ją do siebie. Zanurzyła dłoń w jego czarnej czuprynie i zapomniała o całym świecie. Nie było ważne czy ktoś zobaczy ich przez drzwi prowadzące do loży. Nie było ważne czy takie zachowanie jest niestosowne. Istnieli tylko oni oboje.
- Ale, Harry – powiedziała, kiedy oderwali się od siebie – ja nie mam nic dla ciebie.
- Ty mi dałaś prezent już wczoraj. – Położył jej dłoń na swoim sercu. – I zostanie mi już na całe życie. – Ginny delikatnie zachichotała, przypominając sobie wczorajszy spacer przez miasto.

Od chwili założenia jej na rękę, Ginny nieustannie bawiła się swoją bransoletką. To były najwspanialsze walentynki w jej życiu. Rozmawiała z Harrym, popijając swój cocktail, nie do końca jednak wiedziała o czym rozmawiają, cała rozpromieniona.

- Harry. – Przerwała mu w pewnej chwili.- Ta bransoletka…
- Co z nią? – Spytał łagodnie.
- Ona jest jakaś… No nie wiem, magiczna? – Spytała, obracając ją w palcach.
- Odrobinę. – Kąciki ust mu zadrgały.
- Co jej zrobiłeś, Harry Potterze? – Pogroziła mu palcem.
- Poza tym, że sprezentowałem go mojej diablicy?
- Harry… – Przeciągnęła groźnie ostatnią sylabę, nadal się uśmiechając.
- No dobrze. – Skapitulował. – Tylko ty możesz ją zdjąć i nosić. Nikt inny, tylko ty. – Nie wiedział w jaki sposób Ginny wyczuła to zaklęcie. Dumbledore mówił, że potężni czarodzieje potrafią odnaleźć ślady magii. Harry jeszcze tego nie potrafił. Przynajmniej nie na tyle, by wyczuć ją w bransoletce.
- Chciałeś bym nie mogła jej nikomu pożyczyć? – Spytała. – Niepotrzebnie, nigdy jej nie zdejmę. – Dokończyła skwapliwie.
- Nie. Chciałem, by nikt nie mógł ci jej ukraść. – Odparł. – Ale twoje wyjaśnienie, też jest ciekawe. Ginny?
- Tak, Harry?
-Musimy już iść.
- Ale czemu, tu jest tak ładnie.
- Noc się jeszcze nie skończyła. Śmiem twierdzić, że jeszcze się na dobre nie zaczęła. – Uśmiechnął się sam do swoich planów. – Mówiłem, że będziesz potrzebowała dużo sił.

Gdy wracali do apartamentu, Ginny zastanawiała się, co też może jeszcze ją jeszcze spotkać tej nocy. Jej bujna wyobraźnia podsuwała setki możliwości. Od najzwyklejszych wydarzeń zaczynających się w drzwiach apartamentu, a kończących w dowolnej, innej jego części, po najbardziej szalone i zwariowane pomysły. Niektóre z tych ostatnich wymagały magii, której istnienia nie była nawet pewna. Ani razu jednak, w jej wyobraźni nie pojawił się obraz tego, co zaplanował dla nich Harry. Gdy wrócili na górę, Harry nie sprawiał wrażenia człowieka, który zaplanowałby jedną z tych rzeczy, do których wystarczało dowolne miejsce apartamentu. Poprosił Ginny, by przebrała się w coś wygodnego, gdyż czeka ich długa noc poza domem. Nie była pewna, co też chodzi mu po głowie, ale wskoczyła w swoje stylowo powycierane jeansy i pozwoliła, by Harry deportował ich w nieznane.

Rytm, hipnotyczny rytm dziesiątek bębnów: pam, papapa pa pa pa papam, papapa pa pam, pa pam. Serce bije po tysiąckroć szybciej, hipnoza, hipnoza, hipnotyczny stan, werbel bębnów: pa papa papam. Po ciele rozlewa się szalona gorączka, a ciało samo rwie się w tan. To nie magia, tu nie ma czarów. To samba i jej hipnotyczny stan pa pa papa papam. Coraz szybszy rytm werbli wprowadzający w trans. Tam, pa pa papam, gdzieś w dole tam, tańczą setki par. Werble i dzwonki hipnotyczny stan. Brokat, pióra, pióropusze, feeria barw. Bębny i samba pa pa papam pa pam. Tysiące tańczących setki par. Brokat i feeria barw. Cudowne stroje, bajeczne konstrukcje i taniec, taniec, taniec półnagich ciał. Zapadasz się w trans, hipnotyczny stan. Samba i feeria barw. Pa pa papam. Twoje serce bije coraz szybciej. Musisz do nich dołączyć. Niech samba się nigdy nie łączy, hipnotyczny stan papam.

Ginny nie pamiętała kiedy i jak wrócili do apartamentu. Jak przez mgłę docierały do niej obrazy kilku ostatnich godzin. Jej serce nadal biło przeraźliwie szybko. Pamiętała jak woła „Nie, wróćcie”, w ślad za ostatnią z odchodzących par. Jej ciało nadal chciało tańczyć. Była zmęczona, padała z nóg, ale nadal chciała tańczyć. Spać i jednocześnie tańczyć. Gorączka południowej nocy. Musiała tu jeszcze wrócić, bez dwóch zdań. Harry również był podekscytowany. Kiedy zabierał ją na ten wyjazd, kiedy zabierał ją do miasta w tą noc, nie spodziewał się, że będzie to aż tak szalone doznanie. To było coś cudownego. Ten rytm, rytm od którego szybciej biło serce. Najwspanialsza muzyka jaką słyszał w życiu. Magia mugolskiego świata. „Ach, muzyka. To magia większa od wszystkiego, co tu robimy”, wróciły do niego jakieś odległe słowa. Trudno mu teraz było się nie zgodzić. Spojrzał na Ginny. Wciąż delikatnie pląsała w rytm tylko jej słyszalnej muzyki. Harry patrzył na nią i doskonale rozpoznawał ten rytm. Uchwyciła jego wzrok i wyciągnęła ręce. Pociągnęła go do tańca przy niesłyszalnej muzyce. Tańcząc prowadziła go przez apartament. Kiedy doszli do sypialni, szepnęła mu do ucha.
Noc się jeszcze nie skończyła.
Harry miał wątpliwości czy oboje mają na to siły. Nie zamierzał jednak protestować. Ginny wspięła się na łóżko, pociągając go za sobą. Harry zaczął powoli rozpinać guziki jej bluzki. Patrząc głęboko w jej oczy, nie zauważył delikatnego ruchu jaki wykonała.

- Hej! – Wykrzyknął. – Nie oszukuj. – Ginny zwinnie, jednym ruchem swej różdżki, pozbawiła ich wszystkich ubrań. Z uśmiechem triumfu na ustach opadła na poduszki. Harry powoli położył się obok i złożył pocałunek na jej odsłoniętej szyi. Poruszyła się delikatnie. Odgarnął opadające jej na twarz kosmyki płomiennych włosów. Spała, a na jej ustach wciąż błądził delikatny uśmiech.
- Dobranoc. Kocham cię. – Pozwolił jej spać. To był długi dzień.
- Ginny miała cudowne sny. Sny, w których była tylko ona i Harry, a gdzieś w tle grała im samba.

Powrót z raju

- Ginny, skarbie. – Przez sen dobiegł do niej jego łagodny głos. – Ginny, obudź się proszę.
- Ale czemu? – mruknęła z zamkniętymi oczami, powoli wracając do rzeczywistości.
- Musimy wracać. – Delikatnie gładził ją po policzku.
- Ale dokąd? – Otworzyła wreszcie oczy.
- Do Anglii. Niedługo zaczną się lekcje.
- Przecież jest noc. – Mruknęła, odwracając się do niego plecami.
- Tutaj. W Hogwarcie już świta. – Pocałował ją w nagie ramię. Jęknęła z dezaprobatą, ale podniosła się. Obok łóżka stała taca ze śniadaniem, a na krześle, w rogu pokoju leżał jej mundurek szkolny.
- Spakowałem już twój kufer. – Odpowiedział na pytanie, którego nie zadała. Miała zaprotestować, że musi jeszcze spakować swoją nocną koszulę, kiedy uświadomiła sobie, że zasnęła nago. Raz jeszcze jęknęła z dezaprobatą. Wziąwszy ze sobą pierwszy z brzegu owoc powoli powlokła się do łazienki.
- Grzeczna dziewczynka. – Powiedział, kiedy go mijała. On był w pełni ubrany i wyglądał na wypoczętego. „Czy Aurorzy nie muszą spać?” Pomyślała z goryczą.

Gdy wróciła do pokoju, Harry stał w oknie, spoglądając w czarny ocean, nie oświetlany nawet światłem księżyca, który dawno schował się za horyzontem.

- Tutaj jest tak pięknie. – Wyszeptała, stając obok niego. Przytaknął skinieniem głowy. – Nie wracajmy jeszcze. Jesteśmy w raju, a tam czekają na mnie egzaminy. – Dokończyła błagalnym tonem.
- Dopiero za kilka miesięcy. – Objął ją ramieniem. – Hermiona już wpędziła cię w swoją paranoję?
- A jeśli ich nie zdam?
- Zdasz je śpiewająco. – Zapewnił ją.
- A jeśli nie zdam? – Nie dawała się przekonać.
- Posłuchaj, Ginny. – Odwrócił się w jej stronę. – Jesteś potężną czarownicą, potężniejszą niż ja. Nie zaprzeczaj. – Dodał, widząc jej reakcję. – A to czy je zdasz, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.
- Jestem potężną czarownicą, bo byłeś świetnym nauczycielem. – „Bo byłeś świetnym nauczycielem.” Te słowa wróciły do niego całe miesiące później. W Hogwarcie, kiedy stojąc pośrodku sali tłumaczył uczniom, jak rzucać zaklęcie rozbrajające.
- Gdy je zdasz, będziesz mogła zostać kimkolwiek zechcesz.
- Kimkolwiek zechcę?
- Tak. – Już niedługo miał pożałować tych słów. – A teraz, podaj mi rękę, bo spóźnimy się na świstoklik. – Ginny stała niezdecydowana. – Proszę, podaj mi rękę. – Gdy ich ręce się zetknęły zawirowali. Świat się rozmył, skurczył. Niewidzialna siła przeciągnęła ich przez długą rurę i wypluła z potężną siłą. Stali na tarasie widokowym, który odwiedzili w sobotnie popołudnie. W nocy widok również zapierał dech w piersiach.
- Ups – Powiedziała z wyrazem triumfu na twarzy. – Chyba pokrzyżowałam ci plany.
- Niewątpliwie. – Odparł, patrząc na swój stary zegarek i wciąż nie puszczając jej ręki. – Nie zostawiłem napiwku. – Wyraz triumfu na jej twarzy ustąpił zdziwieniu. Po chwili otoczyło ich niebieskie światło, a Ginny poczuła znajome szarpnięcie w okolicy pępka. Wracali do domu i nie była to radosna nowina.

- Jak to zrobiłeś?! – Oburzyła się, kiedy wylądowali na prowadzącej do szkoły drodze, pod kopułą ołowianych chmur.
- Powiedzmy, że jestem zapobiegliwy. – Odparł nie do końca zadowolony z siebie.
- To znaczy? – Przeszywała go spojrzeniem.
- Pomyślałem, że zechcesz zostać tam na dłużej. – Bąknął ze spuszczoną głową. – Więc poprosiłem tamtejszych czarodziei, by zaczarowali bransoletkę w świstoklik. – Było mu naprawdę głupio i Ginny wyraźnie to widziała.
- Ty! Ty, ty, ty… Nawet nie potrafię się na ciebie porządnie rozzłościć. – Po każdym słowie stukała go palcem w pierś. – Co ja mam z tobą zrobić?
- Tylko mnie kochaj? – Spytał niepewnie.
- Mhm. – Mruknęła. – Chyba nie mam wyboru.

Harry odprowadził Ginny pod tereny szkolne. Do rozpoczęcia lekcji pozostał jej zaledwie kwadrans. Mimo małej sprzeczki po lądowaniu w Hogsmeade, rozstawali się w dobrych nastrojach, planując już wspólne ferie wiosenne. Kiedy żegnali się przed bramą Hogwartu, nie wiedzieli jeszcze, że na ponowne spotkanie przyjdzie im czekać wiele miesięcy.

 
 
 

  • RSS