RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

12. Aurora Codzienność i Niecodzienność.

31 sty

- Absurd. – Prychnął, po raz kolejny czytając otrzymany list.

Szanowny Panie Potter.
Prowadzone przez pana próby nawiązania kontaktu są bezcelowe. Może pan zaprzestać wystosowywania korespondencji pod adresem mojej osoby. W związku z zaistniałą dnia 11 stycznia tego roku sytuacją, pragnę pana poinformować, że do czasu wystosowania formalnych przeprosin do osoby panny Hermiony Granger, nie będę utrzymywała z panem dalszych kontaktów.
Z wyrazami szacunku
Ginevra Molly Weasley.

- Zwyczajny absurd. – Powtórzył po raz tysięczny, czytając otrzymany list. Jedenastego stycznia Harry poleciał do Hogwartu, aby zabrać Hermionę na przesłuchanie przed Komisją Rejestracji Mugolaków. Zrobił to na wyraźny rozkaz swojego szefa. Miał jednocześnie świadomość, że inny auror, wysłany z tym zadaniem, sprowadził by Hermionę, jak każdego innego podejrzanego. On starał się, by wizyta w ministerstwie, przypominała bardziej wycieczkę aniżeli wezwanie. Teraz musiał cierpieć za swe starania.

- Potter!
- Tak, Sir? – Pospiesznie schował list, odwracając się do stojącego w wejściu do boksu Robardsa.
- Co robisz?
- Skończyłem właśnie raport, Sir!
- Dla kogo ten raport? – Robards przewiercał Harrego swoimi, pozbawionymi błysku, oczami.
- Dla pana, Sir. Zapewne jest już w gabinecie. – To było naprawdę męczące. Robards, oczywiście, natychmiast dowiedział się o pamiętnym, zwołanym przez szefa departamentu i Ministra Magii, zebraniu. Od chwili gdy Harry, wraz z innymi zaproszonymi nań aurorami, wrócili do biura, Robards nieustannie węszył, starając się dowiedzieć, o czym rzeczone zebranie traktowało. Z wiadomych dla Harrego przyczyn, to on właśnie, stał się celem nieustannego przesłuchania. Większość uczestników zebrania, miało nałożony obowiązek zachowania tajemnicy służbowej. Harry jednak, wraz z Urquhartem, szefem Sekcji 0, otrzymał dodatkowe zadanie, którego tajemnica służbowa nie obejmowała. Obaj mężczyźni zdawali sobie sprawę, że ich praca wyjdzie na jaw w stosunkowo krótkim czasie. Postanowili jednak, trzymać się wersji tajemnicy służbowej, tak długo jak to było możliwe. Nie było sensu drażnić smoka, który i tak zionie ogniem.

- Co tam masz? – Warknął, kiwając w stronę biurka. Harry podążył za jego wzrokiem, ku leżącemu na blacie pergaminowi.
- Podanie.
- Polecenie szefa departamentu?
- Nie, sprawa prywatna. – Harry odparł spokojnie.
- Pokaż. – Niemal wyrwał, podawany mu przez Harrego, formularz. Począł go dokładnie studiować, a oczy zwęziły mu się tworząc wąskie szparki. – Nie ma mowy, masz służbę. – Powiedział z mściwym uśmiechem na ustach, odrzucając pergamin.
- Mam urlop.
- Ja ci urlopu nie dałem!
- Ale „Kadry” mi dały – Tym razem to Harry się uśmiechnął patrząc, jak szyderczy uśmieszek opuścił usta szefa, a twarz mu oklapła.
Robards stał w milczeniu, przestępując z nogi na nogę, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale nie wiedział jak się do tego zabrać.

- Czy mogę w czymś jeszcze pomóc, Sir? – Harry spytał uprzejmie. Twarz szefa Biura Aurorów przybrała barwę głębokiej purpury, jednakże jedynie prychnął, obracając się na pięcie.

Od czasu pamiętnej Bitwy o Hogsmeade, jak uparto się nazywać świąteczne starcie z członkami Czarnego Legionu, Harry nie uważał już nocnych zmian za bezsensowne. Do podobnych wniosków, samodzielnie lub przy pomocy zwierzchników, musiał dojść Robards. Na nocnej zmianie było teraz co najmniej pięciu, gotowych do walki, aurorów. Jakkolwiek nocne zmiany nie wydawały się dłużej bezsensowne, nadal jednak były nudne do granic możliwości. Większość odbywających je aurorów wypełniało jakieś dokumenty, bądź najzwyczajniej w świecie drzemało. Harry nie mógł pozwolić sobie na taki luz, nieustannie musiał śledzić magiczną mapę. Cały czas towarzyszyło mu również przeświadczenie, graniczące z pewnością, że przy pierwszej próbie drzemki, ktoś uczynny doniósł by o niej Robardsowi. Od chwili pojawienia się Harrego w Biurze Aurorów, między nim a Robardsem panowały stosunki, które określić można było mianem zimnej wojny. Od czasu grudniowego starcia w Hogsmeade, zimna wojna przerodziła się we wzajemną wojnę podjazdową. Szef, mimo wyrażonego uznania, nie mógł wybaczyć Harremu usprawiedliwionej niesubordynacji oraz nagany, jaką otrzymał od Ministra. On, szef Biura Aurorów! Sprawę tylko pogorszyło zebranie u szefa departamentu, na które zaproszono szefa Patrolu Przestrzegania Prawa, zastępcę dowódcy Grupy Uderzeniowej, kilku niższych rangą aurorów, jego zaś pominięto.

W czasie dziennych dyżurów, zawsze można było z kimś porozmawiać, albo załatwić sprawy w innych departamentach ministerstwa. Przychodziło też więcej korespondencji od „uprzejmych informatorów” oraz innych agend zajmujących się utrzymaniem porządku w magicznym świecie. W nocy można było najwyżej coś czytać, lub grać w samopowtarzalnego wisielca.

Kiedy Robards udał się już do domu, a po chwili w jego ślady poszła cała druga zmiana i Kwatera Główna opustoszała, Harrego dopadła monotonia. Wielkimi krokami zbliżał się termin zaliczenia kolejnego testu. Tym razem, Harry zmierzyć się miał z kolejnymi zagadnieniami Prawa Magicznego, tematu na którym notorycznie łamał sobie zęby. Wyjął z torby podręcznik prawa, otwierając go na rozdziale: „O nieuzasadnionym użyciu zaklęć ofensywnych przy aresztowaniu grupy czarodziejów, gdy zachodzi prawdopodobieństwo stawiania oporu”. Kiedy doszedł do końca pierwszej strony, uświadomił sobie, że nie zapamiętał ani jednego zdania. Słowa prześlizgiwały mu się przez umysł, nie pozostawiając po sobie najmniejszego nawet śladu. W takich chwilach żałował, że nie ma mózgu Hermiony, która potrafiła przetrwać nawet wykłady profesora Binnsa.. Nie było rady, Harry wziął dwa głębokie wdechy i sylabizując każde słowo, ponownie rozpoczął czytanie rozdziału. Musiał zarówno przyswoić sobie to zagadnienie, jak i przetrwać do rana.

Gdy po kilku długich godzinach niebo za zaczarowanymi oknami zaczęło szarzeć, zwiastując nadchodzący świt, Harry odetchnął z ulgą. Przetrwał nużącą nocną zmianę i prawdopodobnie przyswoił sobie przynajmniej część, wymaganego na teście materiału. Mógł więc mijającą noc zaliczyć do owocnych. Kiedy o szóstej pojawił się Robards, a w chwilę później poczęli schodzić się aurorzy pierwszej zmiany, Harry zaczął sprawdzać, jakie sprawy musi załatwić w ministerstwie, nim uda się do domu. Na pięć minut przed ósmą zjawił się Nick Cave. Młody auror, podobnie jak Harry odbywający „dwunastki”. Mężczyźni pospiesznie dokonali przekazania sobie stanowiska i podpisali karty obecności. Nareszcie był wolny. Przeciągnął się z zadowoleniem i rozejrzał po Kwaterze Głównej. Raz jeszcze przeanalizował w myślach, co musi zrobić przed udaniem się do domu. Jak wynikało z jego pospiesznej analizy, w ministerstwie czekała go jedynie wizyta na szóstym piętrze. To nie powinno zając wiele czasu. Każdym ścięgnem swego ciała czuł dwanaście, spędzonych na niewygodnym krześle, godzin. Czas go nie gonił, zdecydował się więc na wizytę na AOS’ie.

O tej porze „mordownia” świeciła pustkami. Aurorzy, jak i członkowie Patrolu siedzieli w biurach, lub odpoczywali w swych domach. Harry, przez te przeszło dwa miesiące odnosił wrażenie, że ośrodek gości ćwiczących jedynie w dniu testów.

- Siemasz, Harry. – Eryk Pills jak zawsze miał krótko wygolone włosy i szeroki uśmiech na twarzy.
- Cześć. W porządku.
- Szukasz sparing partnera do treningu?
- Dzięki, ale nie tym razem. Chcę poćwiczyć po mugolsku. – Wierzchem pięści pomasował się po kręgach lędźwiowych. – Strasznie ścierpłem w tym cholernym boksie.
- To dobrze – Eryk odparł z ulgą. – Że chcesz poćwiczyć, nie że ścierpłeś. – Dodał pospiesznie, widząc zdziwione spojrzenie młodego aurora. – Od kiedy Minister ogłosił nabór do Biura Aurorów, nie mam chwili wytchnienia. Wiesz, że zapisy na egzamin wstępny są na siedem dni wprzód i to wszystkie terminy zajęte. Gdzie ja mam zmieścić wasze testy okresowe. Testy Patrolu i Grupy Uderzeniowej. Sam też bym chętnie poćwiczył od czasu do czasu.- Widać było jak z Eryka schodzi ciśnienie. – Tak więc, jeśli ma się ochotę na sparing, to zapraszam z własnym partnerem, albo wcale.
- Spokojnie. Ja ci problemu nie sprawię. Zajmę się mugolskim sprzętem. – Harry ruszył w stronę szatni, przebrać się w coś bardziej odpowiedniego do ćwiczeń.
- Aha. – Eryk odwrócił się, kiedy obaj mieli już wyjść przez drzwi po przeciwnych stronach holu. – Wiesz, że twój kumpel zdaje test? Ronald Wizlej.
- Weasley. Nie, nie wiedziałem.
- W piątek o siedemnastej. Baw się dobrze.

Harry wychodząc na salę treningową miał w pamięci swoją pierwszą wizytę w tym miejscu. Było to tak jak dzisiaj, po nocnej zmianie. Przebrał się wtedy w strój sportowy, wykonał kilka skłonów i przysiadów, po czym porwał się na 30 kilogramową sztangę. Waga niby żadna, ale trzydzieści powtórzeń z taką wagą i doprawienie tego kilkoma innymi ćwiczeniami wysiłkowymi było, dla nieprzyzwyczajonego organizmu, morderstwem. Wrócił wtedy do domu czując się świetnie. Po ośmiu godzinach snu, nie mógł ruszyć się z miejsca. Pomogły mu wtedy dwa, okropne w smaku, eliksiry i stary, znaleziony w domowej bibliotece, podręcznik anatomii.

Teraz, Harry bogatszy o doświadczenie i porady Eryka wiedział, że lepiej poświęcić pół godziny na rozgrzanie mięśni, niż znosić później wielogodzinne cierpienia. Mugolskie urządzenia sportowe idealnie nadawały się do przeprowadzania rozgrzewki. Półgodziny poświęcone na bieżnię, skakanki oraz różne urządzenia rozgrzewające sprawiły, że Harry i bez zasadniczych ćwiczeń, poczuł się znakomicie. Ćwiczenia na Atlasie, pięćdziesięciokilogramowa sztanga i worek bokserski dawały Harremu poczucie, że jeśli nie pokona przeciwnika różdżką, zawsze może to zrobić gołymi rękoma.
Trening wciągnął go do tego stopnia, że gdy wreszcie opuszczał ośrodek, było już dobrze po dziesiątej. Oznaczało to, że szanse na choćby odrobinę snu, zaczynały drastycznie maleć.

Harry ruszył długim korytarzem w kierunku staromodnych, zamykanych złotymi kratami, wind. Na drugim piętrze ministerstwa zatrzymywały się zaledwie trzy z nich, co z jednej strony było irytujące, biorąc pod uwagę liczbę pracowników departamentu, z drugiej zaś niejednokrotnie powodowało długie oczekiwanie na jedną z nich. Tym razem szczęście dopisało Harremu, na drugim piętrze oczekiwała zupełnie pusta winda. Wcisną ozdobiony czarną szóstką przycisk, a pospolity w ministerstwie środek lokomocji ruszył z gwałtownym szarpnięciem, któro tradycyjnie, nieomal zwaliło z go nóg. Winda dygotała, skrzypiała, jęczała i szarpała pasażerem we wszystkie strony. Gdyby nie wiara, że magiczne urządzenie nie może się zepsuć i raptownie runąć w dół, Harry, poświęcił by cały wolny czas na znalezienie jakiś, choćby najlepiej zakamuflowanych, schodów.

Kiedy kraty rozsunęły się, a kobiecy głos oznajmił piętro szóste wraz ze wszystkimi jego biurami, Harry pospiesznie wysiadł, odczuwając początki choroby lokomocyjnej.
Departament Transportu Magicznego był najdziwniejszym miejscem ministerstwa, jakie zdarzyło mu się odwiedzić. Nie było tutaj długich korytarzy z szeregiem prowadzących do biur drzwi. Nie było tutaj dziesiątek boksów dla pracowników. Nie było szeregów rzeźb ani czerwonych dywanów. Harry znalazł się w przestronnym, jasnym, owalnym pomieszczeniu o wspartym na wysokich kolumnach, kopułowym sklepieniu,. Pomieszczenie oświetlone było, wlewającymi się przez umieszczony u szczytu sklepienia, szklany świetlik, promieniami słonecznymi. Samo sklepienie, podobnie jak kolumny i wszystkie ściany, pokryte było malowidłami przedstawiającymi różne formy transportu magicznego. Począwszy od deportacji do leżącej na podłodze drewnianej obręczy, na starym, pulsującym niebieskim światłem, chodaku kończąc.

Malowidła pokrywały pomieszczenie w takiej ilości, że na obejrzenie ich wszystkich, strawić trzeba by całe godziny. Po przeciwnej stronie znajdował się długi, podobnie jak całe pomieszczenie owalny kontuar, odgradzający dostęp do umiejscowionych tam pięciorga drzwi. Nad ich górnymi framugami wymalowane były symbole, oznaczające mieszczący się za nimi wydział lub biuro. Kolejno od lewej Harry mógł podziwiać wizerunki przedstawiające; układający się w spirale zielony, skrzący się pył, elegancką miotłę o smukłej rączce i złotych, spinających gałązki, klipsach, pulsujący jasnobłękitnym światłem punkt oraz obracającego się w miejscu czarodzieja. Pomiędzy wejściami p do Zarządu Nadzoru Miotlarskiego i Urzędu Świstoklików znajdowały się najokazalsze z drzwi, ozdobione symbolem departamentu. Przy kontuarze, na wprost każdego z wejść, siedziało pięć czarownic. Harry podszedł do młodej czarownicy o niebieskich oczach i krótkich, sterczących we wszystkich kierunkach blond włosach, przed którą stała tabliczka głosząca: „Punkt Obsługi Urzędu Świstoklików”.

- Dzień dobry. Czym Urząd Świstoklików może służyć Biuru Aurorów. – Zapytała szeroko się uśmiechając. Harry teraz dopiero uświadomił sobie, że nadal ubrany jest w mundur.
- Dzień dobry. Dzisiaj w sprawie prywatnej. – Podał młodej kobiecie wcześniej wypełnione podanie. Blondynka przestudiowała dokładnie dokument a gdy doszła do miejsca docelowego kąciki ust jej zadrgały.
- Za takie miejsce przeznaczenia, panie Potter, odłożę pańskie podanie na pierwsze miejsce. Dawno nie trafiła mi się taka gratka. Jutro o tej porze będzie gotowe do odbioru. Przesłać panu sową pocztową, czy odbierze pan osobiście?
- Odbiorę sam, ale pojutrze, jutro mam służbę w godzinach pracy departamentu.
- Będzie więc czekało. Czy mogę w czymś jeszcze pomóc?
- Dziękuję. Do widzenia.
- Miłego dnia życzę. – Odpowiedziała nieurzędowo.

Kiedy wreszcie dotarł do domu wskazówki wielkiego, stojącego w holu zegara, nieubłaganie zbliżały się ku godzinie trzynastej. Wykluczało to jakikolwiek sen. Obiad Stworek miał podać, jak polecił Harry, dopiero po siedemnastej. Jedyne co mu pozostało to zadowolić się kanapkami. Najpierw jednak postanowił zmyć z siebie senność i zmęczenie pod długim, gorącym prysznicem.
Stał przy blacie, w piwnicy domu przy Grimmauld Place 12, robiąc kanapki, kiedy w palenisku, za jego plecami, buchnęły zielone płomienie. Nie raczył się nawet obejrzeć, detektor intruzów był niezawodny, powstrzymał by samego Voldemorta. Taka przynajmniej była teoria.

- Cześć. Mogę? – Z kominka dobiegł głos jego przyjaciela.
- Jasne – Mruknął pochłonięty swym banalnym zajęciem. – Kanapkę, herbatę?
- A z czym? – Ron rozsiadł się wygodnie przy stole.
- Kanapka z salami. Herbata z wodą, względnie mlekiem.
- To na kanapkę się skuszę. – Przyjaciel wyraźnie się ożywił. – Nie pogardziłbym też kremowym.
- W spiżarni. – Harry zabrał się za smarowanie masłem kromki dla swego przyjaciela. – Weź sobie.
- Zdaję na aurora. – Ron odparł po chwili milczenia. – W piątek mam test, o siedemnastej.
- Wiem.
- Wpadniesz?
- Nie. – Harry odparł, odwracając się do przyjaciela z dwoma talerzami kanapek. – Nie wolno mi. – Dokończył siadając przy stole. – Będziesz sam na sam z egzaminatorem.
- Aha.
- Zresztą, o siedemnastej jestem zajęty.
- Aha. – Powtórzył, nerwowo skrobiąc etykietę butelki. – Jak to wygląda? – Zapytał wreszcie niepewnie.
- Co jak wygląda?
- No, egzamin.
- Nie powiem ci tego. Tajemnica Aurorska. – Dokończył napotykając spojrzenie przyjaciela. – Nawet aurorzy nie rozmawiają o tym między sobą.
- Aha. – Ron wyraźnie poszarzał na twarzy. Nawet mało wprawny obserwator dostrzegł by ogarniające go przerażenie.
- Ech. Accio. – Harry zlitował się nad swoim gościem.
Na stole, między przyjaciółmi wylądował stos książek, które Harry dostał kiedyś od Remusa i Syriusza. Mimo upływu lat i wielokrotnego wertowania, wciąż były w idealnym stanie. Widać było, jaką wartość miały dla właściciela.
- Naucz się tego wszystkiego, w praktyce. – Przesunął stos w stronę Rona. – I mają do mnie wrócić w idealnym stanie. Jasne?
- Tak. Dzięki. – Przyjaciel cały się rozpromienił, choć Harry był niemal pewien, że perspektywa takiej ilości pracy domowej musiała go przerażać. – Harry, wieki się nie widzieliśmy. Opowiadaj co u ciebie. – Teraz przypominał dawnego, kipiącego entuzjazmem Rona.
- U mnie w porządku. – Odparł z delikatnym uśmiechem. – Ron, nie obraź się, ale nie mam teraz czasu. Spotkamy się na się na eee plotki, ale w przyszłym tygodniu. Teraz jestem zawalony robotą. Ok?
- No ok. Czyli mam się zmywać?
- Nie no, skończ najpierw kanapki i piwo. – Harry mrugnął do niego okiem.

Uczestnicy styczniowego spotkania z Ministrem i Royem ustalili, że dla dobra własnego, jak i powierzonego zadania, lepiej nie spotykać się w ministerstwie. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, by rozmawiać o usprawnieniu działań i współpracy Biura Aurorów oraz Patrolu Przestrzegania Prawa, sądzili że rozwiążą problem w jeden wieczór. Teraz, po miesiącu prac, nie udało im się nawet zadrapać skorupki podrzuconego im kukułczego jajka. Rozwiązanie problemu wciąż się zaś oddalało, odpychane lawiną przeszkód i trudności, które narastały w tempie geometrycznym. Mężczyźni widywali się zatem kilka razy w tygodniu, gdy tylko mieli wolny czas. Spotkania te odbywały się zazwyczaj w domu, któregoś z członków zespołu. Najczęściej był to dom Harrego. Był wygodny, dobrze chroniony zaklęciami, a jako że Harry mieszkał sam, mieli pewność, że nikt im nie przeszkodzi.
Wraz z wybiciem godziny siedemnastej rozbrzmiał umieszczony przy drzwiach wejściowych dzwonek. Kiedyś, dźwięk ten wywołał by kanonadę krzyków i obelg mamuśki Black, teraz co najwyżej tupot Stworka.

- Stworku, podaj obiad w kuchni. Ja otworzę naszym gościom.
- Tak paniczu Harry. – Zaskrzeczał stary skrzat domowy.

Idąc do drzwi wejściowych Harry rzucał zaklęcia zwodzące i kamuflujące na ściany, drzwi i schody. Tak, że osobie wchodzącej do domu zdawać by się mogło, że cały parter to długi, pozbawiony jakichkolwiek drzwi i ozdób korytarz zakończony, prowadzącymi do znajdującej się w piwnicy kuchni, schodami. Nie żeby Harry nie ufał swoim, bądź co bądź kolegom. Wolał jednak nie zdradzać tajemnic swojego domu.
Gdy otworzył stare drzwi wejściowe, jego oczom ukazało się czterech, stojących na schodach mężczyzn. Najwyraźniej musieli się umówić w jakimś miejscu, by zjawić się wspólnie.

- Zapraszam. – Odsunął się z drzwi, by umożliwić gościom przejście.
- Siemasz Harry.
- Dzień dobry Potter.
- Cześć Harry.
- Uszanowanie.
- My się już widzieliśmy. – Pallmer klepnął Harrego w ramię, kończąc serię powitań.
- Panowie, prosto do kuchni i zaczynamy od obiadu. – Zakomenderował Harry. – Dziś Zupa Węgierska. – Obwieszczenie Harrego spotkało się z pomrukiem zadowolenia. Nie wiedział czy wszyscy stróże prawa byli głodomorami, jego goście mogli jednak konkurować w tej dziedzinie z Dudleyem.

Kiedy z kociołka znikła cała zawartość, a w talerzach nie została nawet kropla zupy, Harry machnął różdżką. Talerze i kociołek zniknęły ze stołu, a w ich miejsce pojawiły się stosy pergaminów zadrukowanych kopiami różnych dokumentów i szczelnie zapisanych notatkami. Nadeszła pora zabrać się do pracy, przy cichym akompaniamencie zmywających się w zlewie naczyń.

- Co już wiemy panowie? – Rozpoczął szef Nevilla, który został nieformalnym szefem zespołu.
- Że jesteśmy w głębokiej dupie.
- I nie wiemy jak z niej wyjść. – Zażartowali Pallmer z Nevillem.
- Longbottom, odrobinę powagi proszę.
- Wiemy, że zarówno Biuro Aurorów jak i Patrol posiadają całkowicie płaską strukturę, składającą się z szefa i reszty pracowników. – Zaczął Neville.. – W Patrolu wydzielona jest dodatkowo Grupa Uderzeniowa, jako organ szybkiego reagowania.
- Hej! Biuro podzielone jest na Sekcje. – Oburzył się Urquhart. – Sam jestem szefem Sekcji Analiz!
- Tak – Zaczął pojednawczo Harry. – Ale zauważ, że Biuro Aurorów składa się z trzydziestu trzech aurorów, wliczając mnie i Robardsa i ośmiu…
- Znalazłem kolejne cztery. – Wtrącił Pallmer.
- Dwunastu, w większości nie obsadzonych, sekcji.
- Gdy odzyskamy odpowiedni stan osobowy, zostaną obsadzone. – Zaperzył się Urquhart.
- Przecież ten podział to fikcja. Zastanów się sam. Czy ty i twoi ludzie zajmujecie się tylko analizami i pracujecie na jedną zmianę? Nie, pracujecie w systemie zmianowym, w różnych godzinach i zajmujecie się wszystkim, do czego akurat przydzieli was Robards. – Szef Sekcji Analiz nie znalazł na to odpowiedzi.
- Pomijając między służbowe docinki, możemy stwierdzić, że problemem Biura Aurorów jest jego stan osobowy? – Szef Patrolu zanurzył pióro w kałamarzu.
- Tak, ale to nie jest odkrycie. – Mruknął Pallmer. – Musimy znaleźć skuteczne rozwiązanie na czas odbudowy stanu personalnego.
- Sformujcie własną grupę uderzeniową.
- Z kogo? Neville, wasza Grupa Uderzeniowa ma dwudziestu członków. Po dziesięciu na każdą zmianę a reszta w stałej gotowości. To dwie trzecie stanu osobowego Biura.
- Harry, ja szukam rozwiązań, a ty uparłeś się szukać problemów.
- Ja nie szukam problemów tylko myślę realnie Neville. Gdyby to ode mnie za…
- Jak się komunikujecie? – Wtrącił się szef Patrolu.
- Słucham?
- Jak zawiadamiacie nieobecnych aurorów o sytuacji kryzysowej?
- Na każdej zmianie jest osoba, jedną z nich jest Harry – Pallmer pierwszy zrozumiał pytanie – która odpowiada za poinformowanie reszty biura. Jeśli sprawa jest pilna, wkłada się głowę do kominka i krzyczy.
- Więc możecie poinformować tylko jedną osobę naraz?
- No tak. Wy macie inaczej?
Neville sięgną pod szatę i pokazał zawieszoną na szyi srebrną odznakę.
- Zaklęcie Proteusza, pojawia się miejsce zbiórki a odznaka zaczyna wibrować i wyć póki nie weźmie się jej do ręki.
- Sprytne. – Urquhart pokiwał z uznaniem.
- Przede wszystkim skuteczne. – Zakończył szef Patrolu Przestrzegania Prawa. – W kilka sekund wszyscy członkowie Grupy Uderzeniowej wiedzą o problemie.
- Dobrze, dopisz nowe sposoby komunikacji do listy propozycji. – Pallmer machnął z rezygnacją. – Zabierzmy się teraz za Patrol Przestrzegania Prawa.
- To nie my daliśmy ciała.
- Ale to przez was strawiliśmy już miesiąc na przesłuchania.
- Jak to przez nas?
- Bo to wy, do stu hipogryfów, nie wpadliście na pomysł spisywania nazwisk! – Urquhart walną pięścią w stół, tracąc nad sobą panowanie.
- Takie mamy przepisy!
- Wiem, zmarnowaliśmy na ich czytaniu dwa tygodnie!
- Panowie, zachowajmy spokój. Pojedynkowanie się donikąd nas nie zaprowadzi. – Harry starał się uspokoić sytuację. Obaj mężczyźni stali naprzeciw siebie, gotowi sięgnąć po różdżki.

Podobne temu spory ciągnęły się całymi godzinami, dezorganizując pracę zespołu. Po każdym spotkaniu Harry czuł się gorzej niż po podwójnej zmianie. Czuł się nawet gorzej niż po lekcjach oklumencji. Nie inaczej było tego wieczora. Kiedy już wszyscy uczestnicy zebrania rozeszli się do domów, Harry nie miał nawet siły zjeść kolacji. Dotarłszy resztkami sił do swego pokoju usnął niemal natychmiast.

Gdy przebudził się ze snu, na dworze wciąż panował zmrok. Chwilę zajęło mu uświadomienie sobie gdzie się znajduje. Leżał w swoim łóżku w ubraniu z okularami wciąż zwisającymi z nosa i prawą dłonią na otwartej Mapie Huncwotów. Najwyraźniej, jak co wieczór przyglądał się mapie i usnął przy tej czynności. Spojrzał na miejsce, gdzie przed chwilą spoczywała jego dłoń. Ginny i Hermiona nadal spały w swych dormitoriach. Spojrzał na wiszący na ścianie zegar i puścił jedną z wiązanek, które zasłyszał od Rona. Była szósta, a tego konkretnego dnia miał zdawać egzamin z prawa. Miał go zdawać o siódmej, co wykluczało jakiekolwiek śniadanie.

By nie tracić cennego, nieubłaganie uciekającego czasu, Harry przywdziawszy swój mundur, przywołał zaklęciem ciepłą jeszcze bułeczkę i nieogolony wskoczył do najbliższego kominka, w saloniku Grimmauld Place 12, udając się do ministerstwa.

Na pracownikach ministerstwa musiał sprawić szokujące wrażenie. Wyskakujący z kominka, nieogolony i nieuczesany auror, w rozpiętej pelerynie, z bułką w zębach, różdżką w dłoni i obłędem w oczach, nigdy nie zwiastował pomyślnych wieści. Harry klął w duchu, czekając na jak na złość nie nadjeżdżającą windę. Kiedy winda wreszcie zagrzechotała rozsuwając swe złote kraty do egzaminu pozostało pięć minut,. Niewiele ponad trzy, kiedy opuszczał ją na drugim piętrze i trochę ponad jedna kiedy wpadł do biura Robardsa, podpisać listę obecności.

- A pan czego tutaj szuka o tej porze. – Robards odezwał się głosem człowieka, który dowiedział się o odwołaniu świąt.
- Przyszedłem na egzamin, Sir! – Harry nie dał się zbić z tropu.
- Egzamin miał być o siódmej Potter.
- Siódma jest za minutę. – O nie, nie da się wyrzucić za drzwi. Nie spóźnił się i napisze ten egzamin.
- Doprawdy panie Potter? – W tym momencie, w sukurs Harremu przyszedł wielki zegar na ścianie Biura Aurorów, wybijając godzinę siódmą. Robards poruszył szczęką jakby coś przeżuwał, ale nie odezwał się słowem.
- W którym boksie mam pisać?
- Piszesz tutaj, przede mną. Chcę cie mieć na oku. – Warknął Robards. Właściwie Harry mógł się tego spodziewać. Od kiedy szef wyczuł, które egzaminy idą Harremu gorzej, starał się być obecny przy ich zdawaniu. Mógł wtedy robić ironiczne komentarze, uśmiechać się z satysfakcją i wytykać Harremu każdy jeden błąd. Przypominało to lekcje eliksirów u Snape’a, z tą różnicą, że tutaj Harry był jedynym uczniem. Jak dotąd wszystkie egzaminy udało mi się zdać, za każdym jednak razem obawiał się, że dobra passa może się skończyć.

Jak w przypadku każdego niemal testu, Harry miał godzinę by odpowiedzieć na pięćdziesiąt pytań. Zazwyczaj test taki składał się z pytań, w których Harry musiał zaznaczyć prawidłową odpowiedź oraz kilku zadań otwartych. Gdy zobaczył podany mu przez Robardsa arkusz, doznał tego uczucia, któro popularnie określa się słowami „zmroziło go”. Miał przed sobą pięćdziesiąt, bardzo szczegółowych pytań, a na każde musiał udzielić opisowej odpowiedzi. Testy pisane przy Robardsie zawsze miały więcej pytań opisowych. Nigdy jednak nie wyglądały tak. Złowieszcza myśl ukuła go gdzieś w tył głowy, tak jak to mają w zwyczaju robić złowieszcze myśli. Zakodował w swej pamięci, by zapytać Roya, kto ustala wygląd zdawanego przez niego testu. Zakodowanie tej myśli, z całą pewnością wypchnęło z jego pamięci, jakieś istotne informacje z zagadnień prawnych. Uznał jednak, że gorzej i tak być nie może.

Przez pełną godzinę, w czasie której Harry toczył nierówną walkę z prawem magicznym, Robards obserwował jego test pomrukując z zadowoleniem, złośliwie się uśmiechając i na wszelkie inne możliwe sposoby prezentując swoje zadowolenie. Wyraźnie Harremu sugerując, że test idzie mu fatalnie. Gdy upłynął czas, Robards wziął arkusz egzaminacyjny z wyrazem najwyższej pogardy na twarzy.

- Błędne, niedorzeczne, mętne a tutaj mamy zwyczajną bzdurę, – Począł komentować odpowiedzi, przeglądając test Harrego. – Mówiłem Potter, że nadejdzie taki dzień, w którym się pożegnamy, aestimatio. – Mruknął, różdżką zakreślając okrąg nad arkuszem. – Precz. – Warknął rzucając w Harrego testem opatrzonym czerwonym 26.
Z najwyższą rozkoszą. – Harry uśmiechnął się jadowicie. Kolejny raz uciekł spod topora, lepiej jednak nie dać szefowi satysfakcji.

Kiedy Harry wstępował w szeregi aurorów, wyobrażał sobie, że Biuro Aurorów to magiczny odpowiednik mugolskiego wojska. Spodziewał się codziennej musztry, ćwiczeń i okresowych manewrów, zapewniających aurorom wprawę i gotowość bojową. Realia okazały się szokujące. Aurorzy stanowili tryby wielkiej biurokratycznej machiny, ćwiczyli kiedy chcieli, gdy się nudzili spali lub rozwiązywali krzyżówki w Proroku Codziennym,. Nie mogło być mowy o jakiejkolwiek gotowości bojowej ba, niektórzy wyhodowali sobie nawet brzuszek. Jedynym elementem łączącym Biuro Aurorów z mugolskim wojskiem była nieustanna fala ze strony dowódcy. Harry nie miał jednak pewności, czy nie był w doznawaniu fali uprzywilejowany.

Tego dnia, rozsierdzony zdanym przez Harrego testem Robards, wpadał do jego boksu pod byle pretekstem, robiąc mu awanturę o najmniejszą rzecz. Od źle postawionego przecinka w załączonej do raportu nocie po bałagan na biurku. Po siedmiu godzinach pracy, sześciu odwiedzinach szefa i jednym wyjcu Harry był na skraju wyczerpania nerwowego. Jedynym co pozwalało mu jakoś przetrwać była świadomość, że nic gorszego na pewno go nie spotka.
Kiedy o wpół do piątej usłyszał za swoimi plecami pukanie w futrynę, ciśnienie skoczyło mu ponad wszelkie, bezpieczne dla zdrowia, granice. Robards, wychodząc do domu postanowił raz jeszcze mu doskórzyć.

- Czego znowu! – Warknął, odwracając się do stojącego w drzwiach szefa. Tyle, że w drzwiach nie było szefa. Była tam za to owa, przemiła blondynka z Biura Świstoklików. Teraz gdy przed nim stała, Harry zauważył, że była niezwykle szczupła i sprawiała wrażenie tak wiotkiej, że mógłby ją porwać najmniejszy podmuch wiatru.
- Przepraszam pana, nie chciałam… – Wymamrotała z przestraszoną miną.
- To ja przepraszam. Ciężki dzień. – Harry uśmiechnął się do niej przepraszająco. – W czym mogę pomóc Biuru Świstoklików. – Z uśmiechem powtórzył jej wczorajsze pytanie.
- Wspomniał pan, że nie będzie miał czasu odebrać dziś swojego podania, przyniosłam je więc. – Uśmiechnęła się podając mu zapieczętowaną kopertę. – Decyzja oczywiście pozytywna.
- Dziękuję pani. – Odebrał kopertę z wyrazem szczerej, nieukrywanej radości na twarzy.
- Audrey.
- Proszę? – Oderwał wzrok od koperty.
- Mam na imię Audrey.
- Dziękuję pani, Audrey – Dziewczyna dygnęła z gracją i pobiegła w stronę wind.

Stał przy furtce. Przed nim, w powoli gęstniejącym mroku, rysowała się wysoka sylwetka Nory. Przez okna wylewało się ciepłe światło płonących wewnątrz lamp. „To dobrze” – Pomyślał ruszając w stronę domu. Artur wciąż jeszcze był w ministerstwie, on jednak go nie potrzebował, potrzebował Molly. Molly, która właśnie krzątała się przygotowując kolację.
Dalsze wypadki, mimo upływu lat, nie są do końca jasne. Wiele razy podejmowano próby wyjaśnienia zdarzeń, które miały miejsce tamtego wieczora. W swych staraniach, Harry posunął się do użycia myślodsiewni oraz oklumencji. Nigdy jednak nie udało się z całą pewnością ustalić, kto rozpętał wydarzenia tego wieczoru i kto jako pierwszy użył różdżki. Ponad wszelką wątpliwość ustalono, że Harry wchodząc do Nory powiedział.

- Pani Weasley, mam do pani prośbę.

Wiadome jest również zakończenie tej historii, sprowadzające się do drzwi kuchennych, które wypadając z zawiasów pokonały niemal sto jardów. Wybitych wszystkich okien w kuchni i sąsiadującym z nią salonie. Noży i widelców sterczących w podziurawionych zaklęciami ścianach oraz interwencji Patrolu Przestrzegania Prawa, którego systemy ostrzegania poinformowały o potężnej wymianie zaklęć ofensywnych i obronnych.
Naprawienie Nory zajęło Harremu i Arturowi, który pojawił się w domu zaraz po Patrolu, ponad pięć godzin, tak że Harry na Grimmauld Place wrócił dopiero o świcie.

Na przestrzeni lat powstało wiele teorii na temat wydarzeń tamtego wieczoru. Najpopularniejszą z nich stała się teza Georga, który uparcie powtarzał, że mama i Harry wreszcie szczerze porozmawiali. Pomijając wszelkie krążące o nim teorie i opinie wiemy jedno.

Wydarzenie to przeszło do legendy i powtarzane jest przy okazji każdego rodzinnego spotkania.

 
 

11. Angelina Powraca.

23 sty

Jako, że sam niecierpliwie wyczekuję, co też czeka jeszcze Harrego i jego przyjaciół, już dziś daję wam szansę cieszenia się ze mną 11 rozdziałem.
Mamy też niewielkie zmiany w terminach dodania kolejnych notek.
Pozdrawiam.
______________________________________________________________________________________________________

Cześć. Jestem Angelina, Angelina Johnson. Zapewne wszyscy mnie znacie. Jeśli nie, powiem wam tylko, że byłam Gryfonką, członkinią Gwardii Dumbledora, a trochę później ścigającą Os z Wimbourne. Całkiem dobrą ścigającą. Ale to wszystko, jak powiedziałam, było.

Dzisiaj, chcę wam opowiedzieć, historię jednego dnia z mojego życia. Dnia, w którym zmieniło się, na pozór, niewiele. To niewiele, doprowadziło zaś do wielkich zmian. O nich, jednak, innym razem.
W podrzędnych romansach dla nastolatek, piszą często, że wszystko zaczyna się wiosną, która przeradza się w lato, by poddać się jesieni. Jesień zaś ustępuje zimie, która musi złożyć pokłon wiośnie. Wiosną wszystko się odradza, rozkwitają pąki, powracają ptaki. Świat przybiera kolorowe barwy.
Dzień, który chcę wam opowiedzieć, nie wydarzył się wiosną. Nie wydarzył się nawet latem, choć gdyby nie to, co przyniosły mi te pory roku, być może do tego dnia wcale by nie doszło. To zależy… Czy wierzycie w przeznaczenie? Ja… chyba wierzę.
Dzień, o którym wam opowiem wydarzył się zimą. Nie, nie tą skrzącą białym śniegiem okrywającym ulice. Zimą, siekającą twarz zimnym powietrzem. Ten dzień miał miejsce zimą, która wita nas codziennym deszczem i lodem skuwającym w nocy ulice. Zimą, która odsłania pozbawione zieleni trawniki i przygnębia ludzi swoją szarością, powoli szykując się do odejścia przed wiosną.
Podobnie jak wiele takich opowieści i moja rozpoczyna się rano, w moim pokoju na poddaszu domu, przy lustrze, przed którym rozczesywałam włosy. Musicie wiedzieć, że mam piękne, grube, kasztanowe, włosy, które wiążę w sięgający pasa koński ogon. Wszystkie koleżanki zawsze zazdrościły i nadal zazdroszczą mi mych włosów.

Dobrze, ale gdzie jest ten dom z pokojem na poddaszu? Zapytają zapewne ci bardziej dociekliwi z was. Uprzedzając wasze pytanie, opowiem o moim rodzinnym domu. Domu parterowym, z pobielonymi ścianami, stojącym na nadmorskim klifie. Klif ten zaś, znajduje się na przedmieściach pięknej miejscowości o wdzięcznej nazwie Southend-on-Sea.

Jak już powiedziałam, rozczesywałam włosy w moim pokoju, na poddaszu domu, który (dom nie pokój) zamieszkiwałam z rodzicami. Mogła być ósma rano, może jednak dziewiąta, kiedy mama zawołała mnie na śniadanie.
- Angie, Angie zejdź na dół, proszę! – Z naszego saloniku dobiegł alt mojej mamy. Moja mama jest piękną kobietą. Wysoką i szczupłą. Ma takie same, długie i grube, kasztanowe włosy. Ubiera się zazwyczaj po mugolsku. Uwielbia nosić stare, wytarte jeansy. Topy z szalonymi napisami, a gdy robi się chłodno, sweterki w intensywnych, radosnych barwach. Moja mama ubiera się Cool! Może właśnie dlatego spodobała się mojemu tacie.
- Idę, mamo! – Odkrzyknęłam, odkładając na toaletkę moją, szylkretową, szczotkę do włosów.
Pomyślicie, niby nic wielkiego, każdy jada czasem śniadanie z rodzicami. My jedliśmy je zawsze w naszym saloniku z widokiem na morze. To wspaniały widok. Nie jest ważne czy patrzysz na sztorm, czy połyskującą, od promieni, nisko zawieszonego, porannego słońca, wodę. Zawsze nie możesz oderwać od niego oczu.
Kiedy zeszłam na dół, mama ustawiała właśnie na stojącym przy przeszklonych, prowadzących do ogrodu, drzwiach stoliku talerze. Spoczywały na nich stosy cudownie pachnących tostów i omlety z kawałkami przepysznych pomidorów, papryki i kilku innych sekretnych dodatków mamy.
Gdy zajęłam moje ulubione miejsce z widokiem na przybrzeżne skały, o które rozbijały się fale wzburzonego morza, do saloniku wszedł mój tata. Jego czarne, krótko ostrzyżone włosy, skrzyły się brylancikami kropel wody. Niechybnym znakiem prysznica, którego zaznawał zawsze po porannych ćwiczeniach. No właśnie, zapomniałam wam powiedzieć, a to, przecież, był powód naszego miejsca zamieszkania. Mój tata był mugolem. Ale nie jakimś tam mugolem. Tata był zawodowym piłkarzem. Grał dla Zjednoczonych z Southend, był bramkarzem, to taki ktoś, jak obrońca w Quiddichu. Zjednoczeni nie byli najlepszym klubem Anglii, nie występowali nawet w pierwszej lidze. Ba, występowali dopiero w czwartej. Zawodnicy Zjednoczonych, dla mieszkańców Southend, byli zawsze bohaterami, nawet po zakończeniu kariery. Jak byłam mała, tata próbował mnie nauczyć gry w piłkę. Może to dlatego byłam tak dobra w Quiddicha?
- Cześć Ang – Czasami zastanawiam się, czemu rodzice dali mi na imię Angelina, skoro nigdy mnie tak nie nazywali. Mama mówiła zawsze Angie, tata – Ang. – Jak leci?
- W porządku, jak ma lecieć o 9 rano. Przecież dopiero wstałam.
- No właśnie, a ja już skończyłem rozgrzewkę i po śniadaniu idę pobiegać po okolicy. Może pójdziesz ze mną?
- Eeee, nie tato, dzięki, nie skorzystam.
- Daj spokój, będzie fajnie, zobaczysz. Zjednoczony i Osa razem. Nie powiesz mi, że ścigający nie muszą mieć dobrej kondycji, skoro stojący w miejscu bramkarze muszą ją mieć?
- Nie jestem już ścigającą. – mruknęłam, dziobiąc swój omlet.
- A ja nie jestem bramkarzem. – Przedrzeźnił mnie.
- Przeszłam na emeryturę.
- Sss Słucham? – Zachłysnął się mlekiem. – Ty na emeryturę? To, co ja mam powiedzieć? – Zamierzasz znowu cały dzień siedzieć w domu? – Milczałam. – Ang, tak nie można.
- Wybieram się do świata magicznego. – Wpadłam mu w słowo.
- Och, naprawdę? Dokąd? – Mama do tej pory tylko się nam przysłuchiwała. Zawsze tylko się przysłuchiwała, gdy tata proponował mi wspólny trening. Włączała się w rozmowę, gdy schodziliśmy na inne tematy.
- Eee, na… Pokątną. – Powiedziałam pierwszą nazwę, jaka przyszła mi do głowy, choć wcale nie miałam ochoty odwiedzać, akurat tego miejsca.
- To cudownie! Potrzebuję paru rzeczy z magicznego świata. Mogłabyś mi je przy okazji kupić, Angie?
- J.. jasne mamo. Nie ma problemu.

Wcale nie miałam ochoty opuszczać domu, właściwie to rzadko kiedy wychodziłam, choćby z pokoju. Czasami tylko, jeśli musiałam, wychodziłam gdzieś w czarodziejskie miejsca, czasem na zakupy, czasem tylko się przejść. To były miłe chwile. Mimo że od mojego ostatniego meczu, w barwach Os, minęło ponad pół roku, ludzie wciąż mnie rozpoznawali, podchodzili, rozmawiali i prosili o autografy. Jeszcze milsze były spotkania z ludźmi, którzy wiedzieli, że byłam w GD i walczyłam za nich w czasie Bitwy o Hogwart. Nie chodzi mi o wdzięczność jaką wyrażali, wszak nie jestem próżna! Miłe było w nich to, że się tym w ogóle interesowali. Tak, to było miłe, ale zupełnie nie miałam na to ochoty. Kiedy nie miałam ochoty opuszczać domu na długo, chodziłam do miasteczka.
Czy mówiłam wam już, że Southend-on-Sea jest miejscowością całkowicie mugolską? Tak, jesteśmy jedynymi czarodziejami w okolicy i wiecie co? Mugole są fajni! Czasami, rano, chodzę do miasteczka po zakupy. Jest taki, niewielki, sklepik, w którym kupuję ciepłe, pachnące, bułeczki. Sklepik prowadzi pani Lindon. Przemiła kobieta mająca małego teriera imieniem Rico i syna, Ashtona, który wiecznie choruje na zapalenie ucha. Pani Lindon często go u nas zostawia, (teriera nie syna), kiedy idzie z Ashtonem do lekarza. Rico biega wtedy po domu, ścigając latające stopę nad ziemią zaczarowane smoczki, albo łapie samorzucającą się piłkę. Merlinie, co by powiedziała biedna pani Lindon, gdyby wiedziała jak bawi się jej piesek. Może byśmy jej powiedzieli, ale te zasady tajności…
Tego dnia, który chcę wam opowiedzieć, nie poszłam do pani Lindon. Swoim jednym, nierozważnym, zdaniem, wyprawiłam się do magicznego świata.

Magiczny świat jest wcale nie tak mały. Czarodzieje są obecni w dziesiątkach wiosek, miast i miasteczek całej Wielkiej Brytanii. Czasem tylko tam mieszkamy. Czasem prowadzimy sklepy albo puby. Zawsze można nas znaleźć. Wystarczy wiedzieć gdzie szukać. Jest Dolina Godryka, Upper Flagley i Ottery St. Catchpole. Jest też Hogsmeade i Ulica Pokątna. Na tą ostatnią miałam się właśnie udać. Jedyne, chyba tak zatłoczone czarodziejami miejsce w Anglii. Nie byłam tam od czasu wojny. Znałam Pokątną piękną i radosną, znałam tą z początków wojny, widziałam jaka była pod rządami Sami-Wiecie-Kogo. Nie chciałam oglądać jej zupełnie zniszczonej. Nadeszła jednak pora, by przełamać swe obawy i odwiedzić magiczny Londyn.
Aportowałam się, jak zwykle w Dziurawym Kotle. Kiedy byłam tu po raz ostatni, świecił on pustkami i był taki strasznie cichy. Teraz, co ucieszyło mnie niezmiernie, huczał gwarem dziesiątek gości i dusił dymem fajek. Ukłoniłam się staremu Tomowi, to był jego ostatni rok w Kotle, a może był jeszcze jeden? Nie pamiętam, teraz to nieważne. Wyszłam na podwórze Dziurawego Kotła, by przekroczyć bramę Ulicy Pokątnej. Była piękna, taka jak kiedyś. Mimo kilku, nadal zamkniętych, sklepów. Wszędzie były tłumy kupujących, witryny zapełniono stosami towarów. Słychać było skrzek sów z pobliskiej menażerii i zachwyty nad najnowszym modelem Komety 360.

Nie będę was zanudzać, gdzie byłam i co kupiłam. Dość powiedzieć, że byłam niemal wszędzie i kupiłam wszystko co było mi i mamie potrzebne. Kiedy już miałam wracać do swego domu w Southend-on-Sea, zobaczyłam ten sklep. Sklep, którego obiecałam sobie nigdy nie odwiedzać. Nie, nie był to, jakiś straszny sklep. Jeden z tych sklepów, którymi wypełniony jest Nokturn. To był całkiem przyjemny sklep. Powiedzcie mi jednak, co byście czuli, gdybyście mieli wejść do sklepu, który stworzył wasz, zamordowany, nieomal na waszych oczach, bliski przyjaciel. Wejść tam i spotkać jego brata bliźniaka. To mnie przerastało. Mnie! Ścigającą Os, Gryfonkę, a przede wszystkim, członkinię Gwardii Dumbledora. Przerastało mnie spotkanie bliskiego przyjaciela.
„Skoro się przełamałaś, by tu przylecieć, przełam się, by tam wejść”. Tak właśnie sobie powtarzałam. Stałam na środku ulicy i patrzyłam jak przez sklep przewijają się tłumy. „Może mnie nie zauważy, albo wcale go nie ma.” Weszłam i oniemiałam. Oniemiałam, jak zapewne każdy, kto odwiedzał ten sklep. Był kolorowy, głośny, zwyczajnie niesamowity. Samo patrzenie, na wszystkie te rzeczy, zmuszało do uśmiechu. Georga nigdzie nie było, więc odważyłam się odrobinę rozejrzeć. Znałam wiele ich pomysłów z czasów szkolnych. Wiele jednak wynalazł, a może jeszcze wynaleźli, od tamtej pory. Zapewne, by poznać to miejsce dokładnie, trzeba w nim spędzić pół dnia. Nie miałam, jednak tyle czasu. Postanowiłam się wycofać i wrócić do domu, kiedy wyrósł tuż przede mną. Był prawie taki, jak go zapamiętałam. Wysoki, rudy, bez jednego ucha. Dzisiaj jednak, był radosny, jak sprzed lat.
- Angelina! – Uściskał mnie serdecznie. – Kopę lat się nie widzieliśmy. Jakże się cieszę, że wpadłaś. – Pociągnął mnie w głąb sklepu. – Swe pakunki zostaw tutaj, nie będą ci potrzebne, a ja oprowadzę cię po sklepie. Braciszku, pilnuj tych paczuszek, jak oka z głowie. – krzyknął w stronę Ronalda.
- George, nie, naprawdę ja muszę wracać do domu. – Nie chciał mnie nawet słuchać, ciągnąc, coraz dalej, między półki.
- Nie opowiadaj bzdur. Odwiedzasz mnie po miesiącach i zamierzasz zaraz uciec. Opowiadaj jak się miewa, moja ulubiona, ścigająca Os?
- Słabo śledzisz moją karierę, od pół roku nie jestem ścigającą Os. Właściwie to wcale nie jestem ścigającą.
- Jesteś i do końca życia będziesz ścigającą Os, tak jak Ludo Bagman ich pałkarzem. Osą się nie przestaje być, tak jak i Gryfonką, a Gryfonką wszak jesteś. – Wszystko to mówił z szerokim uśmiechem na twarzy, uśmiechem, którym trudno było się nie zarazić. – No to, jak się miewasz?
- Eh, dzięki George, całkiem nieźle. – Skłamałam. – Głównie siedzę w domu z rodzicami.
- Kurcze, to brzmi strasznie nuuuudnie. Nie pograłabyś sobie trochę?
- Przecież wiesz, że już nie mogę grać zawodowo.
- Ja cię nie pytam, czy możesz zawodowo, czy nie. Pytam, czy byś pograła?
- Pograłabym.
- No, to jesteśmy umówieni. – Uśmiechnął się szeroko.
- Że co? – Zupełnie wtedy nie zrozumiałam co ma na myśli. Myśli Georga, tak jak Freda, zawsze pędziły jak szalone i trudno było się w nich połapać, przynajmniej na początku.
- Za dwie godzinki zamykamy sklep. Zapraszam do domu, pogramy sobie w Quiddicha.
- Ale, no co ty. Muszę wrócić do domu. – Takie zaproszenie, to już była przesada. Miał szalone pomysły, ale tak na dzień dobry proponować mecz? Czyste szaleństwo. Może potrzeba mi było szaleństwa?
- Jesteś dużą dziewczynką, możesz się trochę spóźnić na podwieczorek. Lecisz z nami do Nory.

No i poleciałam! Naprawdę poleciałam. George dopilnował, bym nigdzie nie uciekła. Wszystkich klientów zwalił na głowę Ronalda, sam oprowadzał mnie po sklepie, zabawiał rozmową. Dobrze było spotkać przyjaciela, pomyśleć, że bałam się wejść do tego sklepu. To takie dziecinne.
- Mamo! – krzyknął, gdy tylko przekroczyliśmy próg. – Zobacz, kto nas odwiedził.
- Panna… Johnson? – Molly była co najmniej zdziwiona. Byłam, jak mi dużo później powiedziała, ostatnią osobą, jaką spodziewała się zobaczyć. – Miło panią widzieć. Zapraszam, zapraszam.
Nigdy nie byłam w Norze. Wiecie jak to jest, kiedy pojawiacie się tam pierwszy raz? Spotykacie Molly i po pięciu minutach czujecie się, jakbyście znali się od stu lat i byli częścią rodziny. Dobrze było po tak długim czasie spotkać innych czarodziejów, nie, dobrze było spotkać bezinteresownie życzliwych ludzi. Nie myślcie, że George usadził mnie do obiadu z Molly i tak zostawił. Nie, on mówił całkowicie poważnie. Wyciągnął dwie Zmiatarki i poszliśmy latać. Jak się mieszka wśród mugoli, tak jak my, to nie ma się wielu okazji do latania. Cudownie było się oderwać od ziemi. Pędzić, robić pętle. Ten pęd powietrza, którego nigdy się nie zapomina, to coś cudownego. Rozegraliśmy zwyczajny, wesoły mecz miniquiddicha. Ja i George na Ronalda. Niby nic wielkiego powiedziecie, ale mi było tego „niczego wielkiego” potrzeba. Najgorzej jest, kiedy popadacie w monotonię, zapadacie się w sobie i już niedługo, już po pewnym czasie, nie chce wam się wcale wychodzić z domu. Tego nam nie wolno, gdy jesteśmy młodzi. George, tamtego zwykłego, szarego dnia, wyrwał mnie z monotonii. Dał porządnego kopa, którego nie potrafili dać mi rodzice. Cudowne było to uczucie.
Mówiłam wam już, że całymi dniami nic nie robiłam? Jemu też to powiedziałam.
- Czekaj, czekaj. Żebyśmy się dobrze zrozumieli. – Mówił, kiedy już skończyliśmy grać. – Od Bitwy o Hogwart siedzisz w domu?
- Nie zapominaj o pobycie w Mungu.
- No dobra, to od lipca siedzisz w domu? Ale gdzieś pracujesz, prawda?
- No, nie. Przecież już nie mogę być ścigającą.
- Ale to nie znaczy, że nie możesz robić czegoś innego. Przecież z czegoś musisz żyć. – Chyba trochę go wtedy zszokowałam.
- Jako szukająca zarabiałam znacznie więcej, niż wydawałam.
- Takie bajki to ja… – Żachnął się na moją odpowiedź.
- Co mam ci powiedzieć?
- No, nie wiem. Ale lepiej, żeby było przekonywujące.
- Moją pasją był Quidditch, teraz miałabym zostać barmanką może?
- Możesz pisać o Quidditchu dla Proroka przecież.
- Grać a pisać, to dwie sprawy. – Podobno brzydko się wtedy skrzywiłam. Nie wiem, lusterka nie miałam.
W tamtej, konkretnej chwili, spodziewałam się dalszej tyrady, takiej jak zawsze serwują mi rodzice. George był jednak inny. On zawsze jest inny. Całą rozmowę skwitował jakimś głupim żartem i więcej o tym nie rozmawialiśmy. Jak się teraz nad tym zastanawiam, nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy. Pora robiła się późna. Noc zbliżała się wielkimi krokami i trzeba było wracać do domu. Rodzice, znając rodziców, i tak zapewne szaleli z niepokoju. Zazwyczaj ciężko było mnie wygonić, na więcej, jak godzinę z domu.

George uparł się mnie odprowadzić. Twierdził, że pora jest późna, że mam masę pakunków i nie ma sensu bym sama je dźwigała. Zupełnie, jakbym się nie deportowała, tylko wracała autobusem. Właściwie, to czemu miałam protestować, chce, niech leci. Deportowaliśmy się wprost na ganek mojego domku. Ledwie otworzyłam drzwi, a już witała mnie kanonada okrzyków.
- Gdzieś ty była!
- Zamartwialiśmy się!
- Cały dzień bez słowa!
- Myśleliśmy, że zaraz wrócisz!
- A gdyby ci się coś stało?
- Zdaje się, że to moja wina. – To ostatnie zdanie wypowiedział, stojący za mną, George.
- O, och. A pan to?
- George Weasley. – Skłonił się kurtuazyjnie. Jego kurtuazja zawsze wywołuje u mnie irracjonalny chichot. – Kolega ze szkoły. Raz jeszcze przepraszam za to zamieszanie.
- A, o… Znaczy, spędziliście cały dzień razem? – Spytała wreszcie mama.
- Prawie cały. Rano robiłam ci zakupy. – Podałam mamie pakunki.
- Czy mógłbym zająć chwilę? – George nadal tryskał uprzejmością.
- Tak, tak, proszę. – Tata wprowadził go do środka i pociągnął za sobą do salonu. Wyraźnie chciał się dowiedzieć co, a raczej kto, zdołał wyrwać mnie z domu. – Usiądzie pan, może czegoś się napije?
- Dziękuję, ale nie skorzystam. Chciałbym jedynie coś zaproponować. Angelina mówiła, że całymi dniami siedzi w domu. Wiem, że to nie propozycja dla ścigającej Os, ale mój brat idiota postanowił zostać Aurorem, więc potrzebuję kogoś do pomocy. Nie płacę tyle co Osy, ale mogę zagwarantować, że Angelina nie zazna nudy i będzie miała kupę zabawy.

Tak, właśnie tak zrobił. George zawsze, od pierwszej chwili naszej znajomości, był niesamowity. Wiecie dlaczego zaproponował tą pracę moim rodzicom? Bał się, że jak zaproponuje ją mi, to odmówię. Tak mi później powiedział. Chyba miał rację, ale tego się już nie dowiemy nigdy. W każdym razie, tego wieczoru rodzice bardzo długo wbijali mi do głowy ten pomysł. Następnego dnia zawitałam już na Pokątną i tam już zostałam.

Czemu opowiedziałam wam tę historię właśnie dziś? Dziś jest mój wielki dzień. Dzień, po którym już nigdy nie będę Angeliną Johnson.

 
 

10. W Ministerstwie wciąż bez zmian?

11 sty

Nowy semestr zaczął się na dobre. Siódmoklasiści cały wolny czas spędzali w bibliotece, odrabiając prace domowe lub powtarzając zdobytą w ciągu poprzednich sześciu lat wiedzę. Już za kilka miesięcy czekały ich Okropnie Wyczerpujące Testy Magicznie. Popularnie zwane Owutemami egzaminy, kończące ich szkolną edukację. Od tego, jaki wynik osiągną w czasie egzaminów, zależy ich dalsza kariera zawodowa. Ministerstwo Magii umożliwiło, co prawda, obrońcom Hogwartu pracę bez Owutemów, ale dotyczyło to jedynie Biura Aurorów. Pozostali urzędnicy musieli posiadać zdane egzaminy.

Najwięcej czasu w bibliotece spędzała oczywiście Hermiona. Miała, jak zwykle zresztą, o wiele więcej przedmiotów aniżeli pozostali uczniowie jej rocznika, ponadto do egzaminów podchodziła nawet poważniej aniżeli sami nauczający ich profesorowie. Zwykle, pojawiała się w bibliotece tuż po jej otwarciu, a opuszczała ją dopiero późnym wieczorem, natarczywie wypędzana przez panią Pince. Obładowana książkami, siedziała robiąc tysiące notatek, przepisując formuły zaklęć i pisząc długie na wiele stóp referaty.

Nie inaczej było teraz. Hermiona, obłożona stosami grubych tomów dokonywała właśnie, jakiś ogromnie skomplikowanych obliczeń, stanowiących pracę domową z Numerologii. Naprzeciw niej wierciła się, znudzona do granic możliwości, Ginny. Już dawno skończyła odrabiać zadane jej prace domowe, Hermionie zaś towarzyszyła z braku lepszych zajęć. Powoli zaczynała jednak żałować, że nie poszła do Hagrida. Czas wlókł się dla niej, jakby ktoś rzucił na cały świat zaklęcie spowalniające. Starając się zabić czymś nudę, bawiła się otrzymanym od Hermiony medalionem, w którym teraz spoczywało zdjęcie Harrego. Co chwila otwierała go i zamykała z cichym kliknięciem. Żyła delikatnie pulsująca na skroni Hermiony, zdradzała zdenerwowanie, jakie wywoływało w niej zajęcie przyjaciółki. Kiedy już dojrzewała w niej chęć zrugania Ginny, wydarzyło się coś, co i tak oderwało ją od nauki.
- Pani Prefekt Granger? – Hermiona podniosła zaskoczona głowę, nie często zdarzało się, by ktoś ją tytułował w taki sposób. Przy stoliku stała mała, na oko pierwszoroczna, Puchonka.
- Tak.
- Pani dyrektor prosiła by pani to przekazać. – Podała zdziwionej Hermionie pergamin i wybiegła z biblioteki, odprowadzana zgorszonym spojrzeniem pani Pince.
- Co to? – Zainteresowała się Ginny.
- McGonagall chce mnie widzieć, natychmiast. – Hermiona ściągnęła brwi, intensywnie zastanawiając się o co też może chodzić. – Ginny, odłożysz za mnie te książki?
- Jasne. Spotkamy się w pokoju wspólnym.
Idąc do Wieży Dyrektorskiej, Hermiona zastanawiała się, co też może być tak pilne, że McGonagall wzywa ją do siebie, skoro za dwie godziny miały widzieć się na zajęciach z Transmutacji. Nie mogło chodzić o rodziców. Ledwie przy śniadaniu dostała od nich sowę. Z drugiej strony wezwanie jej jako Prefekta, może w szkole wydarzyło się coś, o czym nie wiedzieli jeszcze uczniowie.
Efekt tych rozmyślań był taki, że omal nie zapomniała zapukać, wchodząc do gabinetu. Uprzytomniła sobie co robi, gdy dłoń spoczywała już na klamce. Zakołatała mosiężną kołatką, stylizowaną na głowę dostojnego lwa.
- Proszę wejść! – Z wnętrza napłynął zniecierpliwiony głos dyrektorki. Hermiona delikatnie otworzyła drzwi. – A, panna Granger. Nareszcie pani jest.
McGonagall siedziała w dyrektorskim fotelu, co chwila, nerwowo poprawiając mankiety swej szaty. Przed nią, odwrócony plecami do Hermiony siedział jakiś mężczyzna. Jego poza wskazywała na całkowite rozluźnienie, tak odmienne od postawy dyrektorki. Całej scenie przyglądał się ze swego portretu Dumbledore. Głowę wsparł na złożonych, w tak charakterystycznym dla siebie geście, dłoniach. W ciekawym spojrzeniu błękitnych oczu migotały jakieś dziwnie wesołe ogniki.
- Dzień dobry, pani dyrektor. – Odparła uprzejmie.
- Witaj, Hermiono. – Harry wstał z zajmowanego przez siebie miejsca. Ubrany był w idealnie skrojony mundur Aurorski, w którym widziała go pierwszy raz, uśmiechał się szeroko. – Jak się miewasz?
- Harry! – Podbiegła do dawno nie widzianego przyjaciela. – Wspaniale, co robisz w szkole?
- Przyjechałem do ciebie.
- To absolutnie oburzające! – Wtrąciła dyrektorka, wstając ze swojego miejsca. – Takie postępowanie jest niedopuszczalne. – McGonagall nie starała się nawet kryć swego wzburzenia.
- Dziękuję. Już wyraziła pani swoje stanowisko, a ja przyjąłem je do wiadomości. – Harry odparł z nadmierną uprzejmością.
- Panno Granger. – Minerwa nie zamierzała się poddać. – Może być pani pewna, że złożę skargę do Ministra. Takie traktowanie uczniów jest nie do pomyślenia, nie mogę wyrazić na to zgody!
- Ale o co… – Hermiona nie wiedziała, co mogło do tego stopnia wyprowadzić z równowagi, opanowaną zazwyczaj profesor.
- Pani dyrektor. – Harry przerwał jej gestem. – Jak powiedziałem, pani stanowisko zostało przyjęte do wiadomości. Niczego ono jednak nie zmienia. A teraz, prosiłbym, aby zostawiła nas pani samych. Nalegam. – Harry zakończył z naciskiem. – McGonagall przez chwilę wahała się co zrobić. Wreszcie, zrezygnowana i wzburzona opuściła własny gabinet, pozostawiając Harrego i Hermionę samych. Kilka portretów zaszemrało, wyrażając swoją opinię, o takim traktowaniu urzędującego dyrektora. Dumbledora wśród nich nie było.
- Usiądź, proszę. – Harry wskazał przyjaciółce fotel, który wcześniej zajmował. Sam rozsiadł się wygodnie na biurku dyrektorskim. – Jak ci leci?
- W porządku. Przepraszam, że nie odwiedziłam cię po powrocie.
- Nie przejmuj się. Byłaś zajęta. – Machnął lekceważąco ręką.
- A ty jak się czujesz? Ginny mi mówiła…
- Jak widać, wylizałem się i wróciłem na służbę. – Harry rozłożył szeroko ramiona. – Ginny dobrze się mną zaopiekowała.
- Tego jestem pewna. – Hermiona uśmiechnęła się tajemniczo.
- Dobrze. Hermiono, nie jestem tutaj towarzysko, niestety. – Patrzył na nią badawczym spojrzeniem, swych skrytych za okularami, zielonych oczu.
- Co się stało?
- Jesteś osobą rozsądną, więc proszę cię, zanim zrobisz cokolwiek, wysłuchaj mnie do końca.
- Dobrze, ale o co chodzi? – W jej głosie słychać było narastający niepokój.
- Jak pamiętasz, Pius Thicknesse powołał za swych rządów Komisję Rejestracji Mugolaków.
- Z Umbridge na czele. – Wtrąciła, nim ugryzła się w język.
- Coś mi obiecałaś. Tak, z Umbridge na czele. Umbridge siedzi już w Azkabanie. – Powiedział z mściwą satysfakcją. – Nowemu szefowi Departamentu Przestrzegania Prawa przypadło zaś w udziale, dokonanie rehabilitacji niesłusznie skazanych. Zostali wypuszczeni z więzienia natychmiast po upadku Voldemorta. – Hermiona się wzdrygnęła. – Timothy Roy, nowy szef departamentu, siedzi zaś i podpisuje codziennie dokumenty uniewinniające i przeprosiny.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? – spytała zdziwiona.
- A no to, że ty zrobiłaś Komisję w konia i im zwiałaś. – Kąciki ust delikatnie mu zadrgały. – Większość z tych, którzy tego dokonali, zostało złapanych, lub nie żyją. Ty jednak, jesteś jedną z tych niewielu. Hermiono, proszę cię, nie denerwuj się, ale… jesteś wezwana do stawienia się przed Komisję Rejestracji Mugolaków.
- Co?! – Hermiona zerwała się z fotela. – Żartujesz sobie ze mnie. Reżim mordował mi podobnych, a teraz Ministerstwo wysyła do mnie aurora, żeby aresztować i doprowadzić, jak jakiegoś przestępcę! To bezprawie.
- Mogę się zgodzić z tobą w połowie. – Harry odparł spokojnie.
- Co? – Hermiona była zupełnie wytrącona z równowagi.
- Zgadzam się, że Reżim mordował mugolaków i tak, Ministerstwo wysyła po ciebie aurora. Ale, nie przyjechałem cię aresztować i wszystko jest zgodnie z prawem.
- Może uważasz, że to jest zupełnie normalne i Ministerstwo ma rację? – prychnęła.
- Nie stawiaj mnie proszę w sytuacji, w której musiałbym komentować lub kwestionować decyzje moich szefów. Nie wolno mi. Usiądź i wysłuchaj mnie. – Rozkazał jej stanowczym tonem. – Roy wysłał mnie, właśnie w obawie, że zrobisz aferę na pół magicznej Anglii. – Hermiona ponownie prychnęła. – Procedura jest taka, dostajesz pisemne wezwanie na przesłuchanie przed komisją. Tutaj jest wezwanie. – Podał jej zwój pergaminu. – Stawiasz się tam. Komisja uznaje, że jesteś niewinna. Dostajesz oficjalne przeprosiny od Ministerstwa i po sprawie.
- To po co ty tutaj?
- Bo formalnie, nadal działa prawo ustalone przez Reżim i doprowadzaniem mugolaków przed Komisję zajmuje się Biuro Aurorów. Poza tym, mimo ukończonych 17 lat, nadal jesteś uczniem Hogwartu i do czasu jego ukończenia, nie wolno ci opuszczać szkoły bez zgody i opieki.
- Tutaj nie ma podanej daty. Kiedy mam się tam stawić? – spytała zniecierpliwiona.
- Miałabyś coś przeciwko, gdybyśmy to zrobili powiedzmy, teraz? – zapytał, ponownie się uśmiechając.
- Co? Jak to teraz? Ale ja nie jestem przygotowana do przesłuchania. Muszę sprawdzić tyle rzeczy w bibliotece. Przygotować linię obrony, wyszukać czy były precedensy. Przejrzeć Historię Prawa Magicznego.
- Uwierz mi, nie musisz. Powiedz tylko, chcesz się przebrać w coś innego? – Spojrzał na jej sztruksowe spodnie i ładny golf w kolorze écru. – Choć muszę przyznać, że wyglądasz elegancko.
- Ale co z zajęciami?
- McGonagall zwalnia cię dzisiaj z zajęć.
- Ale ja muszę odrobić tyle prac jeszcze.
- Jeśli polecimy teraz, wrócimy przed wieczorem. Twoja decyzja, Hermiono?
- Dobrze, ale jak? Teleportacja łączna?
- Ministerstwo Magii! – krzyknął, wrzucając skrzący pył do kominka. – Kominkiem, Hermiono.
Podróż siecią Fiuu była nadzwyczaj krótka, szczególnie, gdy porównać ją z aportacją do Paryża. Kiedy wyszli z kominka w lobby Ministerstwa, Hermiona zagadnęła Harrego.
- Wtedy w komisji była Umbridge i Yaxley, kto teraz się tym zajmuje?
- Ciekawe pytanie. – Zamyślił się, jakby przeszukiwał szufladki swej pamięci. – Komisja składać się powinna z szefa Departamentu Przestrzegania Prawa, osoby wyznaczonej przez Ministra i kogoś od nas. Znaczy z Biura Aurorów, jako że my doprowadzamy podsądnego. – Harry wyjaśniał spokojnie, kiedy wsiadali do windy. – Tyle, że sytuacja jest odrobinę… specyficzna, jak zdajesz sobie zapewne sprawę. Komisja jest więc kompletowana indywidualnie dla ciebie. Na pewno będzie w niej Roy, jako nasz nowy szef. Nieoficjalnie wiem, że King wydelegował Percy’ego. Jeszcze nie wiem, kto reprezentował będzie Biuro. Możliwe, że będzie to szef zmiany. Wątpię, by Robardsowi się chciało.
- Nie jedziemy na 10 piętro? – spytała, gdy skończył swe wyjaśnienia. Na to pytanie wybuchnął gromkim śmiechem.
- A co, masz ochotę zostać przykuta do betonowego krzesła? Jedziemy na drugie piętro. Poczekasz u mnie, a potem zabiorę cię do Roya.
Kiedy winda się zatrzymała, złote kraty rozsunęły się z grzechotem, a dźwięczny głos poinformował podróżnych, że znajdują się na drugim piętrze, gdzie mieści się Departament Przestrzegania Prawa z Kwaterą Główną Aurorów, Wydziałem Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli oraz Biurem Wykrywania i Konfiskowania Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Ochrony Osobistej.
Harry poprowadził przyjaciółkę do pomieszczeń Biura Aurorów. Pozostawił ją w swoim boksie, podczas gdy sam poszedł zgłosić ich przybycie szefowi departamentu. Hermiona zaczęła rozglądać się ciekawie po mikroskopijnym pomieszczeniu o wymiarach dwa na dwa metry, niemal całkowicie zagraconym przez stare krzesło i biurko, które było całkowicie zawalone papierami. Leżały tam stosy raportów. Listów od czarodziejów z całego kraju. Liczne depesze i odręczne notatki Harrego. Ścianki boksu pokryte były listami gończymi oraz dziwnymi tabelami pełnymi nazw, czarodziejskich i mugolskich miejsc, datami i przypisanymi im nazwiskami. Nic z tego nie rozumiała. W pewnym momencie jej uwagę przykuło coś, zupełnie nie pasującego do reszty wystroju. Był to, wiszący idealnie na wysokości oczu, mający około 12 cali i nie zapisany choćby jednym słowem, kawałek pergaminu.. Hermiona delikatnie ujęła pergamin w dłoń a na jego powierzchni pojawił się napis. „Ujawniam się tylko Sobie.”
- To zdjęcie. – Aż podskoczyła. Nie usłyszała jego powrotu. Mógł stać za nią kilka minut, podczas gdy przeglądała jego notatki. – Ukaż się. – Powiedział, ujmując pergamin w dłoń, a ten przemienił się w zdjęcie, na którym stał razem z Ginny, na tle wieży Eifla.
- Kiedy to było?
- A nie mówiła ci? Może kiedyś ci opowie, teraz musimy iść. Szef i Percy już czekają. – Poprowadził ją z powrotem na korytarz do wind, a potem w przeciwnym kierunku, do biura szefa departamentu.
- Kto będzie reprezentował Biuro Aurorów?
- Ja. – Uśmiechnął się delikatnie. – Nie przejmuj się. Timothy to świetny facet. Chwilę z tobą porozmawia, raz jeszcze wyjaśni, czemu musiał cię wezwać i odstawię cię do szkoły. Gotowa? No to wchodzimy – Wcale nie była gotowa, ale Harry bez pukania pchnął dębowe drzwi.

Gabinet był jasny i przestronny. Zupełnie nie przypominał innych gabinetów, jakie Hermiona widziała w Ministerstwie. Było to długie pomieszczenie z drzwiami umieszczonymi na krótszym z boków. Lewą ze ścian stanowiła ogromna tafla szkła z widokiem na Tamizę z wysokości, na oko, 10 piętra. Przeciwna ściana, cała skryta była za zastawionym ciężkimi kodeksami regałem, na środku stał długi nowoczesny stół a u jego zwieńczenia, pod przeciwległą ścianą duże, również nowoczesne, biurko. Pomieszczenie bardziej przypominało nowoczesną salę konferencyjną, aniżeli biuro w Ministerstwie Magii. Percy i jakiś mężczyzna siedzieli za biurkiem, zażarcie o czymś dyskutując. Harry delikatnie poprowadził przyjaciółkę przez pomieszczenie.
- O, panna Granger. – mężczyzna poderwał się z krzesła. – Miło mi, że zechciała pani się z nami spotkać. Jestem Timothy Roy, szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. – Timothy Roy był niezwykle wysokim, eleganckim mężczyzną, z lśniącymi czarnymi włosami. Nosił na sobie szyty na miarę mugolski garnitur. Jego wygląd przywodził na myśl poważnego, korporacyjnego prawnika. Ujął dłoń Hermiony i skłonił się w jej kierunku, udając jej ucałowanie. Hermiona spłonęła rumieńcem. – Percego Weasleya, jak mniemam, pani zna? – Percy, nadal siedząc za biurkiem, delikatnie skinął ku niej głową. W codziennych kontaktach stał się nawet znośny, w Ministerstwie zachowywał się jednak, jakby zjadł wszystkie rozumy i w dodatku połknął kij od szczotki.
- Dzień dobry panu.
- Proszę mówić mi Roy, nie ma potrzeby budować murów. – Uśmiechnął się do Hermiony. – Proszę usiądźmy przy stole, będzie nam się swobodniej rozmawiało. Weasley chodź do nas, nie odstawiaj szopki. – Percy wyglądał na jednocześnie zszokowanego i zniesmaczonego, tak swobodną atmosferą.
W tym czasie Roy rozsiadł się wygodnie naprzeciw Hermiony, nonszalancko zakładając nogę na nogę. Jako, że nadąsany Percy zajął miejsce u boku szefa departamentu, Harry uznał, że Hermionie przyda się wsparcie, po jej stronie stołu.
- Panno Granger, jak mniemam, pan Potter wyjaśnił pani powód tej wizyty?
- Tak i chciałam wyraźnie zaznaczyć, że jest to wprost oburzające! Poprzednie władze prowadziły polowania, rejestrację i masowe morderstwa na osobach mojego pochodzenia. Byliśmy spisywani jak jakieś zwierzęta, pozbawiani wszelkich praw. Przy odrobinie szczęścia osadzani w Azkabanie. – Hermiona dostała typowego dla siebie słowotoku. – Ilu mugolaków zostało zamordowanych przez Ministerstwo pod rządami Śmierciożerców, panie Roy? Śmierciożercy zostali pokonani, notabene przy dużym udziale właśnie nas a Ministerstwo nadal nasyła na nas Aurorów i prowadzi rejestrację! Ta komisja powinna zostać natychmiast rozwiązania, bez zbędnej zwłoki i wzywania na kolejne przesłuchania. Zgodnie z Prawem Czarodziejów z roku 1872, szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów ma prawo do rozwiązania w trybie natychmiastowym każdej podległej mu komisji, Natomiast Statut Organiczny Ministerstwa, zezwala Ministrowi Magii na powoływanie i odwoływanie wszystkich komisji nadzwyczajnych bez konsultacji. Może Ministerstwo nie chce rozwiązać tej komisji?
- Podobno nie byłaś przygotowana – Harry syknął, kopiąc ją delikatnie pod stołem, by przerwać tą tyradę i umożliwić dojście do słowa szefowi.
- Myślała pani o karierze w naszym departamencie?
- Nie, chcę robić coś pożytecznego. – Harry zakasłał w pięść, by stłumić śmiech. Słyszał tą odpowiedź już kilka razy i nadal go bawiła.
- Szkoda, przydała by nam się pani. Ma pani absolutną rację. Prowadzenie rejestracji mugolaków jest co najmniej nietaktowne. – Hermiona prychnęła. – Możemy również rozwiązać tą Komisję, ale wtedy nie dysponowalibyśmy organem odpowiadającym za wystosowywanie przeprosin.
- Co nie znaczy, że musicie wzywać tych, którzy uniknęli przesłuchania.
- W zasadzie ma pani rację. Tyle, że pani zupełnie zniknęła nam z rejestrów. Ministerstwo nie posiada o pani niemal żadnych informacji. Konkretnie rzecz ujmując… – Percy podał mu pergamin. – Wiemy tylko, kiedy się pani urodziła i że uczęszcza pani do szkoły. Ministerstwo potrzebuje przynajmniej pani adresu zamieszkania, każdy czarodziej musi figurować w rejestrze. Gdzie pani mieszka panno Granger? – Roy ujął w dłoń eleganckie, orle pióro.
- W Hogwarcie. – Odparła spokojnie.
- Nie, nie. W Hogwarcie przebywa pani w okresie nauki. Gdzie pani mieszka poza rokiem akademickim?
- No do tej pory mieszkałam z rodzicami.
- Adres?
- Ale oni się wyprowadzili do Australii, w poprzednim roku i jeszcze nie…
- A, tak mamy to już w aktach. „Tom i Jean Granger, mugole, zawód: dentyści, do 1997 roku zamieszkali w Londynie, poddani nielegalnej modyfikacji pamięci, wykonanej notabene przez córkę – odstąpiono od karania” i tak dalej. Gdzie pani więc przebywała po wyjeździe rodziców.
- W Norze, to znaczy u Państwa Weasleyów.
- Czy możemy odnotować ten adres?
- Nie wiem… – Hermiona spojrzała pytająco na Percyego.
- Musieli byśmy zapytać rodziców. Artur, to znaczy tata może przebywać teraz w biurze…
- Szefie. – Harry przerwał tą wymianę zdań. – Miejsce zamieszkania, Grimmauld Place 12, Londyn. Właściciel, Harry Potter. Wyrażam zgodę i biorę odpowiedzialność.
- Harry nie musisz… – Zaczęła Hermiona.
- Dobrze, panie Potter. Panna Granger jest od tej chwili pana lokatorem. – Timothy Roy naniósł adnotację w dokumencie. – - Przechodząc do powodu naszego spotkania. – Magiczne pióro rozpoczęło notowanie. – Komisja Rejestracji Mugolaków w Składzie; przewodniczący Timothy Edgar Roy. Z ramienia Ministra Magii, młodszy asystent Ministra, Percy Ignatius Weasley oraz przedstawiciel Biura Aurorów, Harry James Potter. Posiedzenie w sprawie Hermiony Jean Granger, oskarżonej o pochodzenie mugolskie i nielegalne zdobycie różdżki oraz zdolności magicznych. Czy pani jest Hermiona Jean Granger?
- Tak.
- Czy pochodzi pani z rodziny mugolskiej?
- Tak.
- Czy posiada pani w rodzinie czarodzieja?
- Nikogo o kim bym wiedziała.
- Skąd posiada pani różdżkę?
- Zakupiłam ją u Ollivandera, przed pierwszym rokiem nauki w Hogwarcie.
- Jak posiadła pani umiejętności magiczne?
- Objawiły się u mnie w wieku, około 7 lat.
- Komisja Rejestracji Mugolaków w składzie jak wyżej, oczyszcza panią Hermionę Jean Granger ze wszelkich zarzutów. Jednocześnie komisja wyraża głębokie ubolewanie ze względu na wcześniej podejmowane działania, oraz poniesione przez panią szkody fizyczne oraz moralne. Przewodniczący Komisji Rejestracji Mugolaków, Timothy Edgar Roy, kończy posiedzenie. Decyzja zatwierdzona protokołem podpisanym przez skład komisji. – Roy ujął pióro, składając zamaszysty podpis na pergaminie a Percy i Harry poszli w jego ślady. – Dziękuję panno Granger za obecność. Weasley, Minister podobno miał do ciebie sprawę. Jesteś więc wolny. – Percy skłonił się sztywno i pospiesznie opuścił gabinet. – Raz jeszcze przepraszam za całą sytuację. – Dodał, gdy za Percym zamknęły się drzwi. – Zechce się pani może czegoś napić?
- Nie, dziękuję panu. – Hermiona odrobinę się rozluźniła.
- A pan, Potter?
- Również podziękuję. Wolę nie zostać nakryty na herbatce u szefa departamentu.
- No tak, to by panu nie pomogło z Robardsem. – Roy zacmokał z dezaprobatą. – Nie rozumiem tego człowieka, szczególnie po grudniowych wydarzeniach. – Harry chrząknął ostrzegawczo. Szef gotów był wygadać się przy cywilu o działaniach departamentu. – Fakt, panno Granger, ja całkowicie poważnie mówiłem o karierze w naszym departamencie, po zakończeniu nauki. Osobiście byłem kierownikiem Służb Administracyjnych Wizengamotu i uważam, że mogłaby tam pani wiele osiągnąć.
- Dziękuję, ale nie skorzystam.
- No cóż, jeśli zmieni pani zdanie… Życzę udanego semestru panno Granger i udanych egzaminów. Liczę, że następnym razem spotkamy się przy przyjemniejszej okazji.
- Również mam taką nadzieję. – Hermiona odparła z raczej wymuszoną uprzejmością. Timothy tego nie zauważył.
- Potter, proszę odprowadzić pannę Granger do szkoły, a po powrocie stawić się do mojego biura. Bez zbędnej zwłoki. Do końca dnia jest pan wyłączony z obowiązków u Robardsa.
- Nie będzie szczęśliwy.
- Jego szczęście mam tam, gdzie Rogogonowi się nie zagląda. Oczekuję na pana za dwie godziny, Potter. – Skinął im i wrócił do swojego biurka.

Szli z Harrym powoli korytarzem w stronę wind. Minęło już południe i Hermiona zaczynała robić się głodna.
- Harry, Harry. – Z mijanego pomieszczenia dobiegł ją znajomy głos. Odwróciła się i zobaczyła idącego w ich stronę Nevilla. – Hermiona? Co ty tutaj robisz?
- Wielokrotnie odrzucała ofertę pracy od naszego szefa. – Harry odpowiedział za nią.
- Roya? To facet będzie teraz zdołowany. Ciągle fajne laski mu odmawiają.
- Może jeszcze mu się uda, jeśli nie, zawsze pozostają koty.
Mężczyźni wybuchnęli śmiechem, a Hermioną targały mieszane uczucia. Oni naprawdę nie traktowali swojego szefa na poważnie.
- W czym mogę ci pomóc Neville?
- Chodzi o „tą” sprawę, mamy parę nowych zgłoszeń, chciałbym żebyś na nie zerknął.
- Wybacz, ale teraz odprowadzam Hermionę do szkoły, a potem Roy coś dla mnie ma. Zrobię to na następnej zmianie.
- No dobra. Miło cię było widzieć Hermiono. Zastanów cię nad ofertą szefa. Fajnie było by cię mieć w drużynie. – Cmoknął ją w policzek na pożegnanie i machnął, wracając do swojego biura.
- Harry, jakie zgłoszenia? Przecież jesteś stażystą.
- Masz ochotę skoczyć ze mną do kawiarni, czy wolisz od razu wracać? – Harry zdawał się nie dosłyszeć pytania.
- Czym wy się zajmujecie z Nevillem?
- Wiesz, robi się późno. Jednak od razu cię odstawię. – Nie było wątpliwości, za nic nie chciał odpowiedzieć na jej pytanie.
Jedynym o czym Hermiona marzyła, wracając do szkoły, było rzucenie się na jakąś wyśmienitą potrawę, podawaną na obiad przez szkolne skrzaty. Niestety, tak jak to często bywa z marzeniami, pozostały one niespełnione.
Harry odstawił ją do gabinetu dyrektor McGonagall, Hermiona chciała od razu udać się do Wielkiej Sali, jednak dyrektorka, która najwyraźniej była już po obiedzie, miała inny plan. Zatrzymała Hermionę, wygłaszając niezwykle długą i ekspresyjną tyradę na temat postępowania Ministerstwa wobec Mugolaków, a jej uczniów w szczególności. Solennie zapewniała Hermionę, że złoży skargę do samego Ministra, domagając się przeprosin na piśmie. Harry kurtuazyjnie pozostał z przyjaciółką, słuchając monologu McGonagall. Uciekł jednak przed jego zakończeniem, nie chcąc się spóźnić na umówione spotkanie. Kiedy dyrektorka pozwoliła wreszcie Hermionie opuścić gabinet, było już stanowczo za późno na obiad, jedynym co jej pozostało było poczekać jeszcze dwie godziny, jakie pozostały do kolacji.
Zajęcia lekcyjne już się skończyły więc na korytarzach było wielu uczniów, korzystających z uroków życia towarzyskiego szkoły, przemieszczających się z i do biblioteki lub zmierzających na zebrania swoich klubów. Żołądek Hermiony otwarcie prezentował swoje niezadowolenie z traktowania, jakie go spotkało, skręcając się w każdą możliwą stronę. Jedynie świadomość, że takie zachowanie nie przystoi prefekt naczelnej, powstrzymywało Hermionę przed „włamaniem się” do kuchni.
Pokój wspólny Gryffindoru był prawie pusty. Najwyraźniej większość Gryfonów postanowiła zaznać rozrywek poza Wieżą Gryffindoru. W starym, czerwonym, stojącym przed kominkiem, fotelu siedziała Ginny z kolanami podkulonymi pod brodę. Machinalnie głaskała leżącego obok niej Krzywołapa, wpatrując się w trzaskający ogień.
- Cześć, Ginny.
- Hermiona! – Ginny zerwała się z krzykiem z fotela i rzuciła przyjaciółce na szyję. Przestraszony Krzywołap z parsknięciem dał susa pod sąsiedni fotel, skąd dostrzec można było jedynie jego ogromne, żółte ślepia. – Gdzie się podziewałaś? Nigdzie nie mogłam cię znaleźć. McGonagall nic nie chciała mi powiedzieć i zrugała mnie. Więcej mnie tak nie strasz. Natychmiast mi mów gdzie byłaś. – Tupnęła ze złością.
- W Ministerstwie. – Hermiona odparła, opadając na jeden z foteli.
- Powtórz, bo się przesłyszałam. – Ginny wyglądała jakby zarobiła tłuczkiem.
- Byłam w Ministerstwie, w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów konkretnie. – Położyła sobie poduszkę na wyrażającym swoją opinię brzuchu.
- Ale jak, po co? – Ginny zszokowana usiadła naprzeciw przyjaciółki. – Przecież poszłaś do McGonagall.
- No poszłam.
- To skąd wzięłaś się w Ministerstwie?
- Harry zabrał mnie siecią Fiuu.
- Harry?! – Ginny znów krzyknęła. Teraz dopiero Hermiona uświadomiła sobie, że obecność Harrego, dla Ginny, prawdopodobnie, nie będzie najnormalniejszym elementem całej opowieści. Wzięła głębszy wdech i opowiedziała jej wszystko co wydarzyło się jej tego dnia. Dopiero, opowiadając tą historię Ginny, uświadomiła sobie jak surrealistycznie muszą brzmieć niektóre jej momenty. Harry wypraszający dyrektor z jej własnego gabinetu. Przesłuchanie w gabinecie z widokiem na Tamizę przed komisją, która mogła wtrącić ją do więzienia. Propozycja pracy w Ministerstwie. Sama nie do końca wierzyła w tę opowieść.
- Harry przyjechał doprowadzić cię przed Komisję Rejestracji Mugolaków, w skład której sam wchodzi? – Ginny pytała z niedowierzaniem. – Jak dobiorę mu się do skóry, to pożałuje dnia, w którym postanowił zostać aurorem. Bezczelny.
- Przecież wykonywał tylko rozkazy, a całe to przesłuchanie było farsą.
- I tak dobiorę mu się do skóry.
- W to nie wątpię – mruknęła Hermiona.
- Słucham?
- Nic, nic. Tak tylko. Czy już nie powinna być pora na kolację? – Spojrzała na wielki zegar – Konam.

***
Odprowadzenie Hermiony do szkoły zajęło Harremu więcej czasu aniżeli się spodziewał. Kiedy wreszcie przemierzał szybkim krokiem korytarz drugiego piętra, została mu mniej aniżeli minuta z dwóch, otrzymanych od Roya godzin. Wreszcie, gdy zostało mu niecałe pięć sekund, załomotał do drzwi gabinetu, który nie tak dawno opuścił.
- Wlazł! – Z wnętrza dopłynęło nieregulaminowe zaproszenie. Harry wszedł, spodziewając się rozmowy z szefem departamentu. To, co zobaczył w gabinecie, co najmniej więc go zadziwiło. Odbywało się tam niewielkie zebranie, którego skład osobowy był dosyć powiedzieć, niespotykany.
- Punktualny, jakby zmieniacz czasu nosił. – Odezwał się Roy.
- Cały Potter. – Wtrącił, swoim niskim głosem Minister.
- Przepraszam, pani dyrektor mnie zatrzymała. – Usprawiedliwił się, zamykając drzwi. Kingsley żachnął się na te słowa. Najwyraźniej otrzymał już zapowiadany list od McGonagall. Harry zajął wolne miejsce, przy stole, wokół którego prócz Ministra i szefa departamentu siedział Neville ze swoim szefem, dopiero co wypuszczony z Munga Pallmer oraz auror, którego nazwiska ani funkcji Harry nie pamiętał.
- Skoro już wszyscy jesteśmy. Możemy zacząć nasze spotkanie. – Zaczął King. – Na wstępie, wiedzcie, że to spotkanie jest całkowicie utajnione. O jego temacie, składzie osobowym oraz postanowieniach nie możecie rozmawiać z nikim, spoza tego grona. – Zebrani kiwnęli głowami, że rozumieją.
- Po grudniowej wpadce, która tylko dzięki panom nie okazała się kompromitacją, rozważaliśmy z panem Ministrem czy można było jej uniknąć.
- Doszliśmy do wniosku, że najlepiej zasięgnąć opinii osób, które uratowały nas ostatnim razem, działając notabene, nieprzepisowo.
- Od dzisiaj panowie, prócz swoich codziennych obowiązków, macie pracować nad propozycjami zmian, które ustrzegą nas przed kolejną taką wpadką. Teraz jesteście już wolni. – Zakończył Roy.
- Potter, Urquhart, wy zostańcie. – Odezwał się Kingsley, kiedy zebrani wstali. Poczekał aż reszta opuści pomieszczenie. – - Potter, nie wiem czy się znacie. Urquhart jest kierownikiem Sekcji Analiz Biura Aurorów, znanej jako Sekcja 0. Panowie, musimy poważnie porozmawiać.
Gdy ponad godzinę później Harry z Urquhartem wracali do swych biur, miny mieli nietęgie. O pracach nad zreformowaniem departamentu nikt miał się nie dowiedzieć, przysparzały im one, więc jedynie dodatkowych zajęć. Jednakże polecenie, jakie dwaj Aurorzy otrzymali od Ministra, nie było tajne i mieli przeświadczenie, graniczące z pewnością, że wyjdzie ono na jaw. Jego realizacja była zaś równie bezpieczna, co dźganie śpiącego smoka ołówkiem w oko.
Najbliższe tygodnie pokazać miały gdzie zaprowadzą ich pomysły Ministra i szefa departamentu.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Lwy Do Boju

05 sty

Kiedy Helios z nieboskłonu,
Już oświetla stare mury,
Błonia szronu swe okowy,
Odrzucają piękne, dzikie,
Kiedy wschodnia, lekka bryza,
Mierzwi źdźbła zielonej trawy,
Raźnie koczą wojownicy,
W dłoniach dzierżąc Błyskawice,
Czerwień złoto ich okrywa,
Wiatr łopocze ich szatami,
Z dali słyszą ryki tłumów,
Serca rosną w mężnych piersiach,
Są gotowi do batalii,
Zaraz wkroczą na arenę,
Gdzie spotkają swoich wrogów,
Nikt ich dzisiaj nie powstrzyma,
Są dzielnymi wszakże lwami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 
 

  • RSS