RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

Szczęśliwego Nowego Roku.

31 gru

- Ginny – Pochylił się, stając tuż za jej fotelem. Jego ciepły oddech omiótł jej smukłą, nagą szyję.
- Mmmm?
- Weź kurtkę. – Wyszeptał jej wprost do ucha.
- Po co?
- Proszę – Wymruczał, całując płatek jej ucha. – Chcę ci coś pokazać. – Ginny wyprężyła się, mimo woli poddając się pieszczocie.
Wymknęli się z małego saloniku. Trzymając się za ręce, wyszli na przyprószone śniegiem podwórko Nory, nad którym migotały miliony gwiazd.
- Co chcesz mi pokazać?
- Trzymaj się mocno. – Odparł tajemniczo, przytulając ją do siebie.
Ginny poczuła jak świat się kurczy i na nią napiera, jakby chciał ją zgnieść. Wirowali coraz szybciej i szybciej. Mocniej się do niego przytuliła, bojąc się by go nie zgubić. Nie wiedziała jak długo to trwało. Brakło jej tchu i obawiała się, że zaraz zemdleje. Nagle wszystko ustało. Jej twarz kąsał ostry mroźny wiatr. Zewsząd dochodziły podniecone głosy rozmów setek osób. Otworzyła delikatnie oczy. Stali wciąż objęci, w bocznej uliczce, między bogato zdobionymi kamienicami z białego kamienia. Harry uśmiechał się do niej szeroko.
- Gdzie jesteśmy? – Spytała niepewnie, nie rozpoznając ani tej uliczki ani też słyszanych fragmentów rozmów dobiegających z głównej ulicy.
- Zobaczysz. – Uśmiechnął się do niej, tak jak potrafił się uśmiechać tylko on. Jak potrafił się uśmiechać tylko dla niej.
Ujął jej dłoń ukrytą w miękkiej wełnianej rękawiczce i poprowadził wprost ku głównej ulicy. Był to ogromny park, a może obsadzona drzewami aleja, której drzewa ozdobione były milionami złotych światełek.
Po alei przechadzały się setki osób rozmawiając podnieconymi głosami. Ginny starała się usłyszeć choć skrawek rozmowy, lecz nie rozumiała ani słowa.
- Gdzie jesteśmy? – Spytała bardziej niecierpliwie.
- Spójrz. – Wskazał jej smukły, wysoki budynek, ozdobiony efektowną iluminacją, górujący na horyzoncie.
- Paryż? – Spytała z niedowierzaniem.
Harry jedynie się uśmiechnął. Była piękna sylwestrowa noc. Od północy dzieliło ich zaledwie kilka minut. Chwilę stali wtuleni w siebie, podziwiając ten, wzniesiony mugolskimi rękoma, symbol Miasta Miłości. W Paryżu panowało przenikliwe zimno. Nieporównanie większe od tego, które pozostawili za sobą w Norze. Harry zaprowadził Ginny do pobliskiej kawiarni, z której nadal mieli cudowny widok na Wieżę Eifla.
- Deux chocolat chaud s’il vous plaît. – Poprosił po francusku. Gdy kelnerka przyniosła zamówione, parujące puchary czekolady, ostrożnie, tak by nikt nie zobaczył, wyczarował wokół siebie i Ginny ciepłe powietrze, by nie marzli w tym cudownym miejscu, w tej cudownej chwili. Siedzieli w ciszy patrząc sobie głęboko w oczy. Nie potrzebowali słów. Chcieli nacieszyć się swoją obecnością.
Nagle, zgromadzeni wokuł nich ludzie zaczęli wykrzykiwać.
- Dix, neuf, huit, sept, six, cinq, quatre, trois, deux, un. – Wszędzie wystrzeliły korki od szampana, mieszając się z głośnymi okrzykami i hukiem sztucznych ogni.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Ginny.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Harry.
Zwarli się w długim namiętnym pocałunku. Podobnie zresztą jak setki par w tym samym miejscu, w tej samej chwili.

- Gdzie wyście byli? – Wykrzyknęła Pani Weasley, gdy pół godziny później weszli do Nory.
- I tak byś nie uwierzyła. – Ginny uśmiechnęła się tajemniczo.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

9. Trzy Osoby, Dwie Opowieści, Jedna Historia.

28 gru

Ulice i domy wioski otulała czerń mroźnej, głębokiej nocy. W światłach gazowych latarń, z rzadka oświetlających ulice, wirowały w efektownym tańcu tysiące płatków śniegu. Opadały powoli ku ziemi, okrywając dachy i ulice białym, puszystym kobiercem. Czarodziejska wioska Hogesmeade pogrążona była w spokojnym śnie Bożonarodzeniowej nocy.
Idylliczny pejzaż malowany siłami natury, przerwał nagle trzask dwóch tuzinów aportacji.
- MORSMORDE! – Nad głównym placem wioski zalśnił Mroczny Znak Śmierciożerców, pod nim zaś rozpętało się piekło.
Na placu pojawiło się dwa tuziny postaci odzianych w długie, czarne płaszcze, z twarzami skrytymi pod głębokimi kapturami. Stali przez sekundę, mierząc się podejrzliwym spojrzeniem, jakby z początku siebie nie rozpoznając, by po chwili rozpierzchnąć się miotając zaklęcia.
- Confrigo, Defodio, Incendio, Bombarda, Expulso – Zewsząd dało się słyszeć okrzyki, przywodzące na myśl obłęd, jaki czaić się musiał w chorych umysłach napastników, towarzyszyły nim dziesiątki eksplozji. Na ulice sypały się resztki witryn sklepowych, okien, fragmenty dachów oraz uszkodzonych murów domostw i sklepów Hogesmeade. Powoli, jak nadciągające tornado, narastał również krzyk przerażonych, wyrwanych ze swego, głębokiego snu mieszkańców.
Nikt nie odważył się stanąć naprzeciw napastników, obawiając się powrotu przerażających wyznawców Voldemorta. Mieszkańcy, ubrani w szlafroki i bambosze umykali jak najdalej od placu i okalających go ulic.
Nie minęło dziesięć minut spektaklu zniszczenia, gdy wśród napastników najpierw się zakotłowało, następnie podniosły się okrzyki szoku i przerażenia. Na głównej arenie zniszczenia, między zakapturzonymi postaciami, aportowały się odziane w stalowoszare szaty postacie, członkowie Brygady Uderzeniowej. Opodal zaś do walki wkroczyli, dostojnie spokojni i zabójczo skuteczni Aurorzy.
Ze wszystkich stron posypały się, wystrzeliwane przez pracowników Ministerstwa, zaklęcia rozbrajające oraz oszałamiacze. Część bandytów, przerażona pojawieniem się niespodziewanego przeciwnika, deportowała się z suchym trzaskiem. Większość jednak pozostała, postanawiając walczyć do końca i zabrać ze sobą tylu sługusów Ministerstwa ilu tylko zdołają.
Przywódca bandytów pojedynkował się zażarcie z dwoma członkami Brygady Uderzeniowej, którzy nie mogąc używać czarnej magii, wzięli sobie za cel obezwładnienie go. Za plecami swoich przeciwników widział walczących Aurorów i już wiedział, że jeśli przyjdzie mu się zmierzyć, z którymś z nich, będzie musiał wznieść się na szczyty swych czarnomagicznych umiejętności. Walczący na rynku Hogesmeade Aurorzy nie bawili się w półśrodki, słali w swych przeciwników zaklęcie za zaklęciem, powodując nieustanne eksplozje bruku oraz przedmiotów, za którymi ci próbowali się skryć.
Kątem oka zobaczył, jak walczący na prawo od niego Auror, powala na ziemię dwóch doborowych członków jego grupy.
- Expulso! – Z różdżki dowódcy wystrzelił świetlisty pocisk, wybuchając dokładnie pomiędzy walczącymi z nim członkami Grupy Uderzeniowej. W tej samej chwili Auror powalił kolejnego członka jego oddziału. Patrzył jak przeciwnik upada na ziemię, „teraz albo nigdy, jeśli zaatakuję nie zdąży zareagować.” – SECTUMSEMPRA!! – Poprzez błysk wydobywający się z jego różdżki zobaczył, jak różdżka Aurora unosi się w jego stronę a usta poruszają się w niemym, dla niego, zaklęciu. Ten Auror łudził się, że zdoła powstrzymać jego zaklęcie, że zdoła się obronić. Nie miał szansy zdążyć. Zdążył.
Nagle świat uciekł spod jego stóp. Przez ułamek sekundy myślał, że zawisł w powietrzu. Był to ten ułamek sekundy płonnej nadziei, który poprzedzał ból jaki przeszył jego pierś. Przez jego umysł przetoczyło się tysiąc obrazów, formując się w jedną, zwartą myśl. Cruciatus. Tylko czemu jego plecy przeszył kolejny, tępy ból, a świat zwalił mu się na głowę z głuchym łoskotem.
Leżał w rumowisku szczątków, czegoś co kiedyś musiało być drewniane. Resztkami sił walczył by nie stracić przytomności, łapiąc płytkie, bolesne wdechy życiodajnego powietrza. Usłyszał uderzenia ciężkich butów, kogoś powoli idącego w jego kierunku. Na jego twarz padło światło zapalonej różdżki, której koniec zatrzymał się o cal od jego nosa. To był ON. Ten Auror. Nie widział jego twarzy, oślepiony światłem różdżki, ale wiedział. To był ON. Nie miał prawa tutaj stać, ale stał. Stał i najwyraźniej napawał się jego porażką.
- Kim ty jesteś? – Wychrypiał do pochylonego nad nim człowieka.
W chwile później wszystko rozpłynęło się w czerni. Przegrał z bólem i stracił przytomność.

Ginny źle spała tej nocy. Co jakiś czas budziła się i nasłuchiwała odgłosów dochodzących z głębi domu. Ledwie dobę temu spędzali z Harrym cudowne chwile w jego pokoju. Dzisiaj nie było go nawet w domu. Właśnie, ponownie została wyrwana ze snu. Odruchowo spojrzała na stojący na szafce zegarek, dochodziła piąta. Może to ktoś już się obudził i krząta się po domu. Najpierw usłyszała ciche skomlenie Łapy, który delikatnie drapał w drzwi pokoju. Potem skrzypnięcie schodów, pół piętra niżej. O nie, tego było za wiele. Matka mogła ich kontrolować, kiedy spali na górze oboje, ale na miłość boską, teraz była tu zupełnie sama. Ubrana w samą koszulę nocną i uzbrojona w różdżkę stanęła bosa na szczycie schodów, gotowa zrugać swoją matkę. Na schodach nie było jednak jej matki, nie było tam nawet jej brata. Trzy stopnie niżej stał, ubrany wciąż w Aurorskie szaty, Harry.
- Co ty tutaj robisz! – Szepnęła zaskoczona.
- Skradam się po schodach. – Zażartował patrząc na nią zdziwiony. – Czemu nie śpisz?
- Co ty tutaj robisz? – Powtórzyła.
- Wróciłem wcześniej do domu. Nie cieszysz się? – Zmrużył oczy udając złość.
- Cieszę się, ale powinieneś być za kilka godzin.
- Mam wrócić do Ministerstwa, czy jednak pozwolisz mi wejść do mojego pokoju. – Spytał niecierpliwie.
- E, no tak . – Usunęła się na bok. Harry wszedł o dwa stopnie i jękną.
Wtedy to zobaczyła. Jego szata wisiała w strzępach, a jej poszarpane fragmenty całkowicie przesiąkły krwią.
- Harry! – Krzyknęła nie zważając, że obudzi cały dom. – Co ci się stało!
- Pomóż mi wejść, Ginny.
Wzięła go ostrożnie pod ramię i zaprowadziła do pokoju. Sprawnym zaklęciem rozpaliła kominek i pomogła Harremu zdjąć zniszczone ubranie. Kiedy pozbyli się resztek, okrywającej jego tors koszuli, ujrzała to, co było najstraszniejsze. Cały prawy bok, poniżej żeber, skryty był pod olbrzymim, świeżym krwiakiem.
- Na Gacie Merlina. – Wyszeptała zszokowana. – Co ci się stało?
- Później. – Szepnął. – Pomóż mi się położyć.
Zaprowadziła go do łóżka, delikatnie okrywając, by było mu ciepło i wygodnie, po czym wśliznęła się na miejsce obok. Nie naciskała. Po chwili wziął głębszy oddech i zaczął mówić.

Harry szedł korytarzem drugiego piętra Ministerstwa Magii, jego nastrój zmienił się diametralnie w ciągu kwadransa, jaki minął od opuszczenia Grimmauld Place. W chwili obecnej, z czystym sumieniem, można było określić go mianem parszywego i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek mogło go pogorszyć. Był Świąteczny wieczór, a on musiał go spędzać na nocnej zmianie w Biurze Aurorów. W niczym nie pomagała mu świadomość, że wykonuje swoją wymarzoną pracę. Nocne zmiany zwyczajnie nie miały sensu.
Skręcił w boczny korytarz, wychodzący wprost na pomieszczenia Biura Aurorów i już wiedział, że był w błędzie. Jednak było coś, co mogło pogorszyć jego nastrój. Kończący swą zmianę Aurorzy, postanowili przyozdobić swą kwaterę główną. Na środku Biura stała wysoka, gęsta jodła, ubrana w bombki, na widok których Harrego zemdliło. Każda z bombek była miniaturową podobizną Śmierciożercy, Szmalcownika lub innej maści przestępcy, będącego na celowniku Biura Aurorów. Przypominało to pozbawioną smaku karykaturę dekoracji, jakimi Stworek ozdobił przed laty Pokój Życzeń.
- Harry! Tutaj jesteś.
- Coś się stało Neville?
- Nie. Chciałem ci tylko życzyć Wesołych Świąt.
- A, dzięki. Tobie również Wesołych Świąt. – Harry odparł bez przekonania.
- Co jest. Czemu jesteś taki skwaszony? – Przyjaciel patrzył na niego na wpół zdziwiony, na wpół zatroskany.
- Wolał bym spędzić świąteczną noc w domu, niż marnować czas na dyżurze w Ministerstwie. Wszyscy Weasleyowie i Syn Remusa spędzają u mnie święta.
- Aaa, to cię boli. – Neville poklepał Harrego po ramieniu i wybuchnął śmiechem. – Jeśli o mnie chodzi, to się cieszę z tej nocy. Miałem już dość mojego wujcia Artiego i reszty rodzinki. Pomyśl o tym inaczej. W nocy twoi goście będą spać, a mogłeś mieć zmarnowany cały świąteczny dzień tutaj.
- Tak, to też prawda.
- Dobra, trzymaj się stary. Wpadnę do ciebie później, jak się znudzę.
Praca w Biurze Aurorów przebiegała wedle pewnego, ustalonego schematu. Zmiana rozpoczynała się od odprawy u dowódcy zmiany. Przeraźliwie długiego i nudnego zebrania, na którym dowódca ze szczegółami omawiał, czego Aurorzy nadal nie dokonali. Później, Harry odbywał intensywną zaprawę fizyczną na „Mordowni”, by następnie dokonać przejęcia swego stanowiska od Aurora z poprzedniej zmiany. Zmianę kończyło sporządzenie raportu i przekazanie stanowiska pracy kolejnemu oficerowi.
Mijała właśnie trzecia godzina zwyczajowo, przeraźliwie nudnego, nocnego dyżuru. Harry zabijał czas wypisując pocztówkę dla swego kuzyna, gdy w Biurze wydarzyło się coś, diametralnie odbiegającego od codziennej, a tym bardziej conocnej, rutyny. Przez całe pomieszczenie przetoczył się sygnał syreny. Harry poderwał się ze swego miejsca, rozglądając za źródłem hałasu, jego wzrok padł na wiszącą na ścianie Mapę Wielkiej Brytanii, która pulsowała intensywnym białym światłem. Daleko, na północy, przy kropce oznaczającej skrytą wśród wrzosowisk Szkocji wioskę Hogsmeade, widniała wstęga z napisem MORSMORDE. Włos zjeżył się na głowie Harrego, przerażonego perspektywą pojawienia się Śmierciożerców i to tak blisko szkoły. Nim zdołał ochłonąć z pierwszego szoku, na mapie wyświetliły się dziesiątki kolejnych, czarnoksięskich zaklęć.
- Alarm! Zaklęcia czarnoksięskie w Hogesmeade! – Krzyknął w głąb sali.
- Choroba. – Dowodzący zmianą Eliah Pascal już biegł w jego stronę. – Pallmer, McCenny, słyszeliście Pottera. Zbierać się.
- Tak jest.
- Się robi.
- Zawiadomię Szefa i resztę Aurorów. – Harry odzyskał zimną krew.
- Nie, ja to zrobię Potter. Ty lecisz do Hogesmeade z chłopakami.
- Jestem stażystą, moim obowiązkiem jest zawiadomić i czekać na wsparcie. Robards…
- Robardsa tu nie ma, robimy to na moją odpowiedzialność. Pallmer, dowodzisz.
- Ta jest szefie! – Odkrzyknął blond włosy, głowę wyższy od Harrego, chudzielec. – Panowie, do sali deportacyjnej, za mną. – Krzyknął kierując się w stronę wyjścia.
- Potter. – Pascal złapał Harrego za ramię. – Nie jesteś Aurorem i nie masz prawa używać Czarnej Magii w walce. Nie wiemy jednak, co tam się dzieje. Jak nie będziesz miał wyjścia, masz moje pozwolenie.
Harry tylko kiwnął głową i popędził za dwoma towarzyszami. Zbliżała się jego pierwsza prawdziwa walka, jego chwila prawdy. W połowie korytarza wpadli na Brygadę Uderzeniową, prowadzoną przez Nevilla.
- Harry, mieliśmy Alarm.
- Tak, my też. Pallmer dowodzi.
Oba zespoły jednocześnie wbiegły do Sali Deportacyjnej, wydzielonego obszaru drugiego piętra, przeznaczonego do szybkiego przemieszczania się oficerów. Obrócili się w miejscu. Harry poczuł, jakby przeciskano go przez wąską rurę a po chwili ostry, zimny wiatr smagał jego twarz. Zewsząd dobiegały go okrzyki rzucanych zaklęć i eksplozji. Metr przed sobą zobaczył zakapturzoną postać
- Petrificus Totalus! – Krzyknął, a jego przeciwnik padł na ziemię. Odwrócił się w ostatniej chwili, by uniknąć świetlistego grotu pędzącego w kierunku jego głowy. Rozbroił napastnika i puścił się w wir walki. Atak, obrona, atak, unik, atak, obrona, pach, pach, pach. Raz, dwa, trzy. Czym się to różniło od Spaceru Aurora, jaki odbywał każdego tygodnia? Niczym. Rozwaga, trzymaj rytm i kontroluj oddech. Nie daj się wyprowadzić z równowagi, raz, dwa, trzy. Tak bez końca. To tylko ćwiczenie, wystarczy dobry refleks. Pada jeden, pada drugi. Trzeciemu wylatuje różdżka, za jego plecami stoi członek Brygady, ale to już nie jest ważne. Drugi raz mu nie pomoże, pach, pach, pach. Raz, dwa, trzy. Dwaj członkowie Brygady walczą w oddali. Trzeba im pomóc. Podnosi różdżkę. Wybrał idealny moment, w ostatniej chwili odbija dwa, pędzące w niego, świetliste groty. Musi walczyć z dwoma przeciwnikami naraz. Co z tego, trzeba tylko przyspieszyć. To jak taniec. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy. Bombarda, Defodio. Bruk wokół przeciwników wylatuje w powietrze. Zasłaniają się ramionami przed lecącym gruzem. To jego szansa.
- DRĘTWOTA! – Obaj przeciwnicy padają na ziemię. Wprost pod różdżkę wpada mu uciekający w popłochu napastnik. – Petrificus Totalus! – Widzi jak zakapturzona postać pada na ziemię. Cały świat jakby spowolnił, wszystko staje się takie wyraźne, widzi jednocześnie swego przeciwnika. Kilka pojedynkujących się w głębi ulicy par. Kątem oka dostrzega jak ten, który chwile wcześniej mu pomógł pada na ziemię od potężnego Expulso. Jego oponent celuje już w Harrego, ma ułamek sekundy by zareagować. Usta wroga już się poruszają.
- Sectum…. – Nie, nie zdoła tego odbić, nie ma się gdzie schować. Ma tylko jedną szansę.
- CONFRINGO! – Rzuca się w bok, by jak najdalej uciec od śmiertelnego zaklęcia.
- ….sempra! – Leci, widzi jak bruk zbliża się ku jego twarzy, czuje też piekielny ból przeszywający jego bok. Nie zdołał umknąć zaklęciu, ale żyje. W oddali słyszy potworny łoskot.
Harry padł na stertę gruzu, będącą kiedyś fragmentem, wysadzonego zaklęciem bruku ulicy. Potworny ból przeszywał jego wnętrzności, paląc tuż pod żebrami. Nie pamiętał czy są tam jakieś ważne organy, miał jedynie nadzieję, że nie i że nie pozostanie mu w ciele makabryczna dziura. Jak ta u Georga.
Powoli podźwignął się na kolana. Złapał kilka spazmatycznych oddechów i wstał, z trudem łapiąc równowagę. Ostatnie pojedynki dobiegały końca, wokół pojawiało się coraz więcej Aurorów. Spojrzał w stronę swego przeciwnika. Nie było go, tak samo jak frontowej ściany sklepu, która stała tam jeszcze chwilę wcześniej. Zaklęcie Harrego musiało zmieść napastnika, razem z połową sklepu. Ciekawe czy żył. Powoli, potykając się na gruzie i resztkach drewnianej konstrukcji, Harry przedarł się przez szczątki. Był tam, leżał przygnieciony jakąś belką. Nogę miał zgiętą pod dziwnym kątem, ciąż jednak oddychał.
- Lumos. – Mruknął pochylając się nad obwiesiem.
- Kim ty jesteś. – Wychrypiał pokonany.
- Jestem Potter, Harry Potter, a ty jesteś aresztowany. – Harry odparł z mściwą satysfakcją. Walcząc z bólem, niemal uniemożliwiającym oddychanie.
- Wygląda na wstrząśniętego i zmieszanego jednocześnie. – To Neville przedarł się w ich kierunku. – Harry, na dole czeka nasz Magomedyk. Niech cię opatrzy.

- Czy, któryś z was raczy mi wyjaśnić, jak to możliwe, że w kraju grasuje zorganizowana banda czarnoksiężników a Biuro Aurorów nic o tym nie wie? – Kingsley dostał furii. Miotał się po swoim gabinecie wykrzykując na stojących na baczność Harrego, Pascala i Robardsa. Wrócili do Ministerstwa przed pół godziny, sprowadzając ze sobą piętnastu więźniów, w lepszym lub gorszym stanie fizycznym. – Jak to możliwe, że do walki wyrusza dwóch starych Aurorów, stażysta i w pełni gotowa Brygada Uderzeniowa.
- Panie Ministrze… – Pascal chciał zapewne coś wyjaśnić.
- Milczeć! Szef Patrolu twierdzi, że Biuro było informowane o zagrożeniu. Potter, czemu nie przekazałeś raportu dowódcy?
- Przekazałem Ministrze. – Harry starał się panować nad głosem, co nie było w tej chwili łatwe.
- Robards, proszę o wyjaśnienie! – Twarz Ministra znalazła się milimetry od czerwonego oblicza, Szefa Biura Aurorów.
- Uznaliśmy dane za niewiarygodne.
- My, to znaczy kto?
- Ja tak uznałem. Panie Ministrze. – Poprawił się Robards.
- To źle uznałeś, jak widać. To niedopuszczalne, żeby Biuro dawało się tak zaskoczyć. Druga sprawa. Potter, czy ty nie powinieneś zawiadomić reszty Aurorów? – Teraz krzyczał Harremu wprost do ucha.
- Tak jest!
- Więc co robiłeś w Hogesmeade, gdy powinieneś być w Biurze?
- To moja decyzja. – Wtrącił się Pascal. – Uznałem, że Potter poradzi sobie w polu lepiej niż ja.
- Omal nie zginął.
- Jako dowódca zmiany ponoszę za to odpowiedzialność, Ministrze. – Pascal odparł sucho.
- Ponosisz. Potter, wyjdź. – Kingsley wskazał mu drzwi.
Udał się na swoje stanowisko. W Biurze wrzało. Na miejscu stawili się wszyscy Aurorzy, przekrzykiwali się, analizowali informacje uzyskane od Brygady Uderzeniowej, oraz przygotowywali przesłuchania. Co chwila do pomieszczenia wpadały również listy wysłane przez wściekłych mieszkańców Hogesmeade, wśród nich było wiele, wypalających dziury w blatach, wyjców. Zajął się pisaniem raportu z akcji.
- Jesteś z siebie zadowolony? – Robards zjawił się kwadrans później, sapiąc jak parowóz. – Udało ci się ominąć mój rozkaz i wziąć udział w akcji. Rozsadza cie duma, co?
- Ja wykonywałem rozkazy, Sir! – Harry poderwał się wściekły i jękną z bólu. – Dowódca Pascal rozkazał mi iść.
- Czym dostałeś? – Robards zmienił temat.
- Niezbyt udana Sectumsempra.
- Czemu nie jesteś z Mungu, jak reszta?
- Połatał mnie Magomedyk Patrolu.
- Wynoś się do domu, odpoczywać. Jak wykitujesz będzie masę papierkowej roboty.
- Tak jest, Sir. – Harry zgarnął z krzesła swój płaszcz i leżącą na biurku pocztówkę.
- …i Potter, dobra robota. – Robards odszedł do swojego biura, zostawiając zszokowanego Harrego.

- Ginny, Ginny! Gdzie ty jesteś? – Z klatki schodowej dochodziły okrzyki pani Weasley.
„Zaraz go obudzi.” Ginny pomyślała z niesmakiem, patrząc na Harrego, który dopiero co zasnął. Chwilę wcześniej skończył opowiadać wydarzenia, długiej, ubiegłej nocy. Rzuciła na chłopaka Muffiliato i cicho wyśliznęła się z pokoju.
- Co się stało mamo? – Zapytała stojącą w drzwiach jej sypialni Matkę.
- Co ty tam robiłaś?
- Nic takiego. Co jest takie pilne, że budzisz cały dom?
- Czy miałaś jakiś kontakt z Harrym? – Matka spytała niepewnie.
- Przecież wieczorem wyszedł do biura.
- Nie odzywał się do ciebie? – W głosie Molly narastał niepokój. Ginny zauważyła, że matce drżą ręce. W jednej z nich spoczywał egzemplarz Proroka Codziennego.
- Mamo, podaj mi Proroka. Proszę.
- Harry się odzywał? – Pani Weasley spróbowała schować gazetę za plecy.
- Accio Prorok! – Gazeta wyrwała się matce i wpadła w ręce Ginny.
Nie musiała długo szukać. Pierwszą stronę zdobiła olbrzymia fotografia mrocznego znaku i podpis:

„ Czarnoksiężnicy Niszczą Hogesmeade”
Dzisiejszej nocy, doszło do zmasowanej napaści zorganizowanej grupy czarnoksiężników na wioskę Hogesmeade. W następstwie tego wydarzenia, doszło do poważnego uszkodzenia dużej części tej miejscowości. W kilka godzin przed atakiem do redakcji Proroka Codziennego wpłynął list osób odpowiedzialnych za napaść. Czytamy w nim:
„ Jesteśmy Czarnym Legionem. Dzisiejszej nocy dokonamy bezkarnej napaści na wioskę Hogesmeade. Jej budynki runą w gruzach, jej mieszkańcy polegną, a my odejdziemy bezkarni. Ukażemy słabość Ministerstwa. Nadszedł Nasz Czas. Nadszedł Czas Zemsty.”
Pomimo gigantycznych zniszczeń, jakich doznało Hogesmeade, część z napastników nie uszła bezkarnie. Na miejscu pojawili się pracownicy Ministerstwa Magii, którzy po nieudolnej akcji, przynoszącej straty w szeregach obu walczących stron, pokonali przeciwników.
Jak donoszą nasze źródła liczni pracownicy Ministerstwa nadal przebywają w szpitalu Świętego Munga. Ministerstwo odmawia komentarza, w sprawie ich rzekomo krytycznego stanu. Minister Magii był dla nas nieosiągalny.
Przypomnijmy, że Hogesmeade jest jedyną wioską zamieszkaną jedynie przez czarodziejów. Najbardziej niepokojące jest jej położenie w bezpośrednim sąsiedztwie Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Należy sobie zadać pytanie; Czy szkoła jest bezpieczna?
Wkrótce podamy dalsze szczegóły na temat, tej nieudolnej, akcji Ministerstwa.

- Wiedzieli! Wiedzieli i nie przekazali tej informacji Biuru Aurorów! – Ginny rozdarła trzymany egzemplarz Proroka. – Harry omal nie zginął, a oni o wszystkim wiedzieli.
- Jak to omal nie zginął! – Krzyknęła pani Weasley, chwytając córkę za ramiona. – Kontaktował się z tobą? Jest w Mungu?
- Nie. – Ginny pokręciła powoli głową. – Wrócił przed godziną.

Pani Weasley spojrzała zdziwiona na córkę.

- Rzucił Muffiliato na wasze drzwi, żebyście nie słyszeli jak idzie. Odpoczywa.
- A ty siedziałaś z nim? Półnaga? – Matka wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Daj spokój. Pilnuję żeby nic mu nie było. Jest ranny. – Wyswobodziła się z ramion matki i wróciła do pokoju Harrego, zatrzaskując drzwi. Molly postanowiła dać im dzisiaj spokój.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

Magiczne Święta.

24 gru

Tego wieczora kolacja w Norze nie należała do najweselszych. Molly była wściekła na swoją córkę i „Młodego Człowieka”, jak uparła się nazywać Harrego. Ron wciąż miał nieodgadniony, dość dziwny wyraz twarzy i na nic się zdały usilne próby Georga i pana Weasleya by jakoś rozładować atmosferę. Harry i Ginny, by nie denerwować Molly, nie wspomnieli więcej o Świętach przy Grimmauld Place, choć gołym okiem było widać, że Ginny siedzi jak na szpilkach, planując przenosiny.
Kiedy Harry opuszczał dom Weasley’ów było już po dziesiątej.
- Odprowadzę cię do furtki. – Ron poderwał się nagle z miejsca.
- Jeśli chcesz.
- Harry. – Odezwał się rudzielec idąc za swym przyjacielem, gdy wyszli na podwórko.
Gdy Harry się do niego odwrócił, poczuł ból przeszywający jego skroń, a przed oczami zatańczyły mu tysiące gwiazd. W chwilę później drugi cios dosięgnął jego podbródka i powalił na ziemię.
- Ty łajdaku! – Ron krzyczał tak, że słyszało go zapewne pół okolicznej wioski. – Ty szumowino, ty kanalio! Jak śmiałeś! Sprytnie pozbyłeś się mnie, wysyłając z Hermioną, by móc osaczyć moją siostrę! Przecież ją rzuciłeś! Była załamana, a teraz co? Gwiazdę Quiddicha odstawiasz? Kruma, który zmienia dziewczyny jak miotły? Myślisz, że nie wiem co tam wyprawialiście? Mama mogła uwierzyć, ja nie jestem tak naiwny! Już ja cię oduczę dobierania się do mojej siostry. – Sięgnął do tylnej kieszeni spodni. To był jego błąd. Harry mógł dać się powalić od ciosu pięścią, ale tym razem instynkt wygrał. Nim Ron zdążył wycelować różdżkę, błysnęło i już wisiał za kostkę w powietrzu, miotając przekleństwa i starając się ugodzić Harrego jakimś zaklęciem, różdżką, która jakimś cudem nie wypadła mu z dłoni.
- Expelliarmus! – Różdżka Rona poleciała poza plamę światła, wydostającego się przez kuchenne okno na podwórze. – Uspokój się kretynie. Przecież powiedziałem, że do niczego nie doszło. Spędziliśmy tylko we trójkę przyjemny dzień. Uspokoiłeś się? Mogę cię opuścić.
- Tak. – Ron warknął wściekły. Błysnęło i leżał znów na ziemi.
- O nie. Tak łatwo się nie wywinie. – Przez podwórko biegła Ginny, a na jej twarzy czaiła się żądza mordu. Błysnęło dwa razy i Ron znowu wisiał, tym razem jednak jego twarz ozdobiona była dziesiątkami nietoperzych skrzydełek, efektem sprawnego Upiorogacka. – Ty nędzna kreaturo. Jak śmiesz atakować Harrego, nie masz przy tym nawet na tyle odwagi, by stanąć z nim twarzą w twarz. Jesteś zwykłym tchórzem! Sama potrafię się obronić i ręczę cię, że Harry nie miał by szans zrobić więcej niż bym mu na to pozwoliła. Jeszcze jeden taki numer a popamiętasz mnie do końca życia.

Pomijając niefortunny incydent z poprzedniego wieczora, po którym Harremu został siniak i rozcięta warga, tydzień przedświąteczny przebiegał w radosnej atmosferze. Następnego dnia Harry obudził się o szóstej rano, by dokonać inspekcji szykowanych dla gości sypialń. Na szczęście Stworek, który ze swego okresu buntu wyrósł jeszcze w czasie, gdy mieszkali tu z Ronem i Hermioną spisał się wyśmienicie. Wszystko lśniło i było przygotowane na przybycie Weasleyów. Nie mogąca usiedzieć w Norze, w pełni spakowana Ginny, przyleciała do domu tuż po śniadaniu, kiedy Harry robił inspekcję, przeznaczonej dla Rona, sypialni na drugim piętrze. W chwilę później w kominku zawirował, nie mający do nich za grosz zaufania Ron, który postanowił pilnować co robią Ginny i Harry. Snuł się od tej pory krok w krok za nim,i a w czasie obiadu był nadal odrobinę mrukliwy, podczas gdy Ginny i Harremu usta wprost się nie zamykały. Państwo Weasleyowie i George, który postanowił, że również będzie mieszkał u Harrego, pojawili się dopiero wieczorem, kiedy w powietrzu unosiły się już wyczarowane przez Ginny Elfy, delikatnie nucąc dziesiątki kolęd. Zobaczywszy cudowny wystrój całego domu, Molly z miejsca zmieniła opinię co do Świąt w Londynie. Przez cały poprzedzający Boże Narodzenie tydzień Harry był w szampańskim nastroju. Wraz z Elfami wyśpiewywał kolędy. Grał z Ginny w Eksplodującego Durnia i zabierał ją na długie spacery po Mugolskim Londynie, którego zupełnie nie znała. W tych spacerach zawsze towarzyszył im Łapa, który nie odstępował Ginny na krok i nawet spał w jej pokoju.
Jakkolwiek nastawienie do Świąt przy Grimmauld Place 12, zmieniło się u pani Weasley diametralnie, wciąż jednak była wściekła na swoją córkę i Harrego za nieodpowiedzialne zachowanie, jak nazywała ich wspólny, samotny nocleg w tym domu. Odrobinę udobruchała się widząc, że Ginny naprawdę ma własny pokój, choć podejrzane jej się wydawało, że znajduje się on na ostatnim piętrze, obok pokoju Harrego. Każdej nocy wspinała się na ich piętro by zobaczyć, czy jej córka śpi w swoim łóżku. Zaprzestała tej praktyki dopiero po potężnej awanturze, jaką trzeciej nocy urządziła jej Ginny.
- Harry, gdzie jesteś?
- W salonie. – Była wigilia, wszystko było gotowe do Świąt. W całym domu panowała radosna atmosfera. Weasleyowie, do których dołączył przybyły z Rumuni Charlie oraz Andromeda Tonks z małym Tedym, siedzieli właśnie w salonie, kończąc kolację. Harry wymknął się wcześniej, chcąc spędzić trochę czasu sam na sam ze swoim chrześniakiem.
Ginny wpłynęła do salonu z gracją nie mniejszą niż Fleur. Harry stał przed wielkim gobelinem przedstawiającym Drzewo Rodowe Blacków.
- Pokazywałem Tedy’emu jego rodziców. – Ginny uśmiechnęła się pobłażliwie. Od wczorajszego dnia była świadkiem wielu przykładów uwielbienia, jakim Harry obdarzał małego Tedy’ego. Patrząc na chłopca, można było odnieść wrażenie, że uczucie jest odwzajemniane. Zawsze, przebywając w pobliżu Harrego, przybierał kruczoczarne włoski, a gdy tylko znalazł się w jego objęciach wyciągał rączki po okulary i śmiał się perliście. Od chwili pojawienia się małego Tedy’ego w ich – jak zwykła już mówić – domu przy Grimmauld Place, Ginny musiała się pogodzić z dzieleniem się Harrym z chłopcem. Przynajmniej kilka godzin dziennie Harry poświęcał tylko małemu. Zakładał na siebie pelerynę niewidkę i unosił małego w powietrze. Tak, że wyglądało jakby chłopiec nauczył się latać., albo wyskakiwał spod niej wołając „a kuku”, co wywoływało piski radości malca. Harry był dla niego takim ojcem chrzestnym, jakim zawsze pragnął być Syriusz dla Harrego.
- To nie jest ten sam gobelin? – Spytała przyglądając się misternemu dziełu.
- Nie. Na tym nie ma śmierciożerców i miłośników czystej krwi. Są za to moi rodzice, Remus i wasza rodzina. – Uśmiechnął się do niej, wskazując palcem na gałązkę z imieniem Ginevra Weasley i wymalowaną jej podobizną.
- Stworek się na to zgodził? – Spytała z niedowierzaniem.
- Nie zupełnie. Oglądasz właśnie kompromis. Stworek widzi stary gobelin, a my iluzję wyczarowaną przeze mnie.
- Sądziłam, że się go pozbędziesz.
- Miałem taki zamiar, ale pomyślałem, że kiedy założę rodzinę, to chciał bym by znalazły się na nim moje dzieci. Drzewo Rodowe Potterów.
- To ile ty chcesz mieć tych dzieci. – Ginny zmrużyła oczy, w których tańczyły wesołe ogniki.
- Nie wiem, dużo. Chcę mieć liczną rodzinę, taką jak wasza. No może nie aż tak liczną, ale liczną. Tak by w domu nigdy nie było cicho. Zresztą, chyba mam rękę do dzieci. – Spojrzał na śpiącego w jego objęciach chłopca.
- Ten malec powinien już spać w swoim łóżeczku, nie na twoich rękach. – Pogładziła czarnowłose dziecko po główce.

Wieczorem, tradycyjnie, wszyscy Weasleyowie, Harry oraz Andromeda, zebrali się by wysłuchać Godziny Czarów z Celestyną Warbeck i wypić po lampce wyśmienitego miodu Madame Rosmerty. Kiedy rozchodzili się do swoich sypialń dochodziła już północ. W pokoju Harrego wesoło trzaskał kominek rzucając delikatne czerwone cienie na meble i ściany, dając poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Harry szybko przebrał się w pidżamę i wsunął do swojego dębowego łóżka z bogato rzeźbionymi kolumnami. Zasną niemal natychmiast, pozostawiając za sobą ten wesoły lecz męczący dzień.
Obudziło go delikatne łaskotanie po twarzy. Na początku nie otwierał oczu, sądząc, że coś mu się przyśniło. Wtedy znowu, coś cudownie pachnącego, delikatnie musnęło jego twarz. Otworzył oczy. Zobaczył pochyloną nad nim Ginny. Na jej twarzy malowało się łobuzerskie rozbawienie, połączone ze zniecierpliwieniem na głęboko śpiącego Harrego.
- Znowu mi się śnisz. – Wyszeptał, patrząc na nią nieprzytomnie.
- Jak to znowu. – Spytała patrząc mu w oczy. – Ja się nie śnię. – Delikatnie musnęła ustami jego policzek.
Harry nie był pewien czy to tylko sen, czy może jednak szczęśliwa rzeczywistość. Nagle porwał Ginny w swe ramiona aż pisnęła na poły ze szczęścia jak i strachu. Tej nocy żadne z nich nie miało szansy dobrze się wyspać. Obsypali swoje ciała setkami pocałunków. Z początku trochę nazbyt zachłannych, później coraz delikatniejszych, bardziej pieszczotliwych. Zaledwie muskali swe ciała ustami powodując przyjemne łaskotki. Ginny zwinnym ruchem znalazła się na Harrym, przygniatając go do łóżka i zaczęła całować jego szyję i kark. Westchnął z niekontrolowanej rozkoszy. Najdelikatniej jak potrafił dotknął delikatnych ramiączek jej koszuli nocnej, po czym milimetr po milimetrze zsunął je z ramion Ginny. Z delikatnym szelestem opadły na jej biodra wraz z całym atłasem koszuli nocnej, jaki okrywał jej ciało. Ginny wpiła się w jego usta tak zachłannie, jakby bała się, że już nigdy nie będzie miała ku temu okazji. Przypadkiem, a może celowo, przegryzając jego wargę. Harry nie miał już wątpliwości, że tym razem nie śni.
Leżeli wtuleni w siebie. Za oknem wciąż jeszcze było ciemno, lecz kominek w pokoju Harrego dawno już wygasł.
- Wesołych Świąt, Harry. – Wyszeptała mu do ucha.
- Wesołych Świąt, Ginny. – Pocałował delikatnie jej skroń.
Zamknęli oczy a gdy się przebudzili za oknem już świtało. Przy odrobinie szczęścia Weasleyowie jeszcze śpią.
- Dzień dobry. – Mruknęła mu do ucha.
- Dzień dobry. Chyba musisz uciekać?
- Jeszcze chwileczkę. – Delikatnie gładziła jego pierś, na której zaczynały się rysować, uwydatnione miesiącem ćwiczeń na AOS’ie mięśnie. – Co to jest? – Wskazała na bliznę na piersi.
- To ślad po Horkruksie, którego Hermiona musiała mi odciąć, gdy uciekliśmy z Doliny Godryka.
- Nie da się go zlikwidować?
- Raczej nie, próbowałem.
- Hmmm, trzeba będzie to jakoś ukryć, Mój Prywatny Aurorze. – Popatrzyła krytycznie na bliznę. – Może by zrobić ci tutaj tatuaż?
- Co! Może Hipogryfa mam sobie zrobić? – Harry wybuchnął śmiechem.
- Nie. – Pokręciła głową. -Musisz mieć coś bardziej Macho. Myślałam raczej o tym Rogogonie, o którym opowiadałam dziewczynom w szkole. – Tym razem oboje wybuchnęli śmiechem.
- Robards miał by używanie na mnie, szczególnie, gdyby Prorok się dowiedział.
- Albo Czarownica…
- Tak. Ginny, naprawdę musisz uciekać. Twoja mama może zaraz wstać i nas usłyszy.
- Rzuciłam zaklęcia, ale dobrze. Już idę. – Zgrabnie wyśliznęła się z łóżka i zniknęła na korytarzu.
Pozostałe prezenty nie były tak niesamowite, jak ten, który otrzymał od Ginny, ale Harry był w tak upojnym nastroju, że podobało mu się dosłownie wszystko. Pani Weasley, tradycyjnie już zrobiła dla niego zielony sweter, tym razem ozdabiając go logiem Biura Aurorów. Artur podarował mu elegancki melonik, jaki nosiła większość pracujących w Ministerstwie czarodziejów, natomiast George z Ronem obdarowali go wyborem swych najnowszych produktów. Najbardziej zafrasował Harrego prezent przysłany przez Hermionę. Był to srebrny medalik, a właściwie połowa medalika z miejscem na zdjęcie. Harry zupełnie nie wiedział co ma myśleć o tym prezencie puki do jego pokoju nie wśliznęła się ponownie Ginny, niosąc drugą, idealnie pasującą połowę medalionu.
- Hermiona. – Mruknęli jednocześnie.
Kiedy rano wszyscy zeszli na dół, przebrani już byli w swetry Weasleyów. Tuż przed południem w domu pojawili się Bill z Fleur oraz, co bardzo ucieszyło wszystkich, Percy. Tak, że gdy zasiadali do Świątecznego obiadu cały dom wypełniał śmiech. Przy obiedzie, spożywanym w jadalni na parterze wszyscy się przekrzykiwali opowiadając dowcipy oraz co ciekawsze anegdoty z magicznego świata. Andromeda, która po śmierci męża i córki została z wnukiem sama, szybko oswoiła się z panującym w domu rozgardiaszem. Tedy popisywał się swoimi zdolnościami w raczkowaniu, starając się dogonić, machającego mu ogonem, przed noskiem, Łapę. Stworek, wspomagany zdolnościami pani Weasley oraz Harrego, o ile Molly pozwoliła mu w ogóle wejść do kuchni, przygotowali dziesiątki wspaniałych potraw. George z Ronem uświetnili zaś deser pokazem swoich najnowszych, wybuchowych produktów. Kiedy chłopcy kończyli swój pokaz, niemal jednocześnie wydarzyły się dwie rzeczy.
Przez okno wskoczyła do jadalni świetlista wydra, która głosem Hermiony złożyła wszystkim życzenia świąteczne. Harry już wcześniej dowiedział się od Rona, że w Australii wszystko udało się tak jak sobie tego życzyli, a Hermiona postanowiła wrócić z rodzicami do kraju dopiero po Nowym Roku. Nim jeszcze wydra rozpłynęła się w powietrzu z kominka wyleciała koperta, lądując wprost w dłoniach Harrego.
- Co się stało? – Ginny spytała delikatnie, podchodząc do Harrego, który od dobrych dwóch minut stał jak zamurowany.
Nie odpowiedział, tylko podał jej znajdującą się w kopercie pocztówkę. Zaadresowana była:

Harry Potter
Ministerstwo Magii.

Szczęśliwych Świąt kuzynie. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze.
Dudley Dursley.

- Och Harry. Nie wiedziałam, że utrzymujecie kontakt.
- Nie utrzymywaliśmy. – Harry pokręcił głową. – Nie wiem nawet gdzie teraz mieszkają.
- Odpiszesz mu? Powinieneś.
- Odpiszę, ale muszę się dowiedzieć gdzie mieszka. Zrobię to dzisiaj, w Ministerstwie powinien być jakiś wpis.
- Teraz to już chyba najlepsze Święta w twoim życiu.
- Były najlepsze już wcześniej. – Szepnął tak by nikt nie usłyszał.
Dzień minął niestety o wiele za szybko i Harry musiał się deportować do Ministerstwa, gdzie czekała go długa i nudna, przynajmniej tak sądził, nocna zmiana. Całe szczęście, że Neville również miał być dziś w Ministerstwie.

————————————————————————————————-
Życzę Wam Wszystkim i Każdemu z Osobna. Bardzo Wesołych Świąt. Pamiętajcie, że miłość to najwspanialsze czary na świecie. Oby nigdy was nie opuściła.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Notki Specjalne

 

8. Nasz Dom.

21 gru

- Harry.
- Harry, Harry!
- HARRY!
Z kuchni, w piwnicy Grimmauld Place 12 dochodziły przytłumione okrzyki i nawoływania.
- Może go nie ma? HARRY POTTER!
Po chwili, w drzwiach pojawił się lekko zdyszany Harry z różdżką gotową do walki. Gdy zobaczył, co dzieje się w jego kuchni, kąciki ust mu zadrżały.
W jego własnym, kuchennym kominku tłoczyły się właśnie trzy osoby, dwa kufry, Puszek Pigmejski i wielki, puszysty kot.
- Proszę proszę, dwa kanarki i e… wróbelek w moim kominku. Aż się prosi o zdjęcie.
- Tylko spróbuj, a cię zamorduję. – Ryknął Ron.
- Najpierw musiał byś stamtąd wyjść.
- Harry wypuść nas stąd. – Hermiona poprosiła, ściskając wyrywającego się Krzywołapa.
- Przykro mi. Nie mogę…
- Jak to nie możesz? E… masz gościa? – Ginny spytała podejrzliwie.
- Nie, ale uprzejmość jest w cenie.
- O, och! – Dziewczęta zrozumiały aluzję. – Ginny Weasley…
- …i Hermiona Granger z towarzyską wizytą u właściciela domu.
Powietrze w kominku delikatnie zafalowało, stając się bardziej przeźroczyste a dziewczęta swobodnie weszły do kuchni ze swoimi pupilami i kuframi. Ron ruszył za nimi a magiczna bariera rzuciła nim o ścianę paleniska, wzbijając tumany pyłu.
- Co do ( Przeklął tak, że Hermiona z oburzeniem krzyknęła Ron!). Stary, wpuść mnie.
- Przedstaw się kretynie – Mrukną Harry, usuwając z dziewcząt popiół przy pomocy różdżki.
- Co?
- Ron! To jest Detektor Intruzów, taki sam jak w Hogwarcie. Powiedz jak się nazywasz albo cię tutaj zostawimy. – Ginny stała przodem do kominka, z rękoma wspartymi na biodrach. Tak bardzo przypominała teraz wściekłą Molly…
-No, Ron Weasley.
Powietrze ponownie zadrgało i Ron ostrożnie wyszedł z paleniska.
- Skoro już jesteśmy w komplecie. Napijecie się czegoś na rozgrzewkę? – Dziewczęta przecząco pokręciły głową, podczas gdy Ron otrzepywał się z popiołu. – W takim razie, zapraszam do jadalni. – Przepuścił dziewczęta w drzwiach. – Ron, jak nabrudzisz sam sprzątasz.
- Właśnie pracowałem nad jadalnią. – Prowadził przyjaciół schodami na parter. – Sądziłem, że wracacie dopiero za tydzień?
- McGonagall skróciła semestr.
- A my skorzystałyśmy z kominka w sklepie w Hogesmeade. Ron postanowił zabrać się z nami.
- Jest mi bardzo miło, ale czemu nie Nora?
- Ron się stęsknił! – Hermiona uratowała przyjaciółkę od całkowitego spłonięcia rumieńcem. – O wow, Harry!
- Troje gości stanęło zszokowanych w progu jadalni.
- Jeszcze nie skończyłem. – Harry bąkną źle interpretując reakcję przyjaciół. – Reszta domu wygląda o wiele lepiej, przysięgam.
- L… Lepiej? – Wydusiła Hermiona.
- Coś może wyglądać lepiej? – Oczy Rona przybrały rozmiar Galeonów.
- Harry, tu jest cudownie. – Ginny dokończyła rozglądając się po pomieszczeniu.
Na środku jadalni stał długi, lśniący, dębowy stół z siedmioma rzędami pięknie rzeźbionych krzeseł. Nad stołem wisiały trzy złote żyrandole w których płonęło po siedem świec. Długą, przeciwległą ścianę zajmowały wysokie okna ozdobione pięknymi, zielonymi zasłonami, przetkanymi srebrnymi i złotymi nićmi. Ściana wejściowa pokryta była lśniącą boazerią, do której przymocowane były trzy złote kandelabry. W obu krańcach jadalni płonęły kominki. Nie to jednak zachwyciło gości. W rogach jadalni stały cztery, sięgające powały, gęste choinki ozdobione setkami różnokolorowych bombek, dziesiątkami prawdziwych płonących świec i długimi złotymi łańcuchami. Zasłony w oknach ozdobione były ogromnymi, złotymi kokardami. Między siedmioma, wiszącymi w pomieszczeniu kandelabrami ciągnęły się girlandy ostrokrzewu przetkanego czerwoną jarzębiną. Z zawieszonych nad stołem żyrandoli zwisała jemioła. Same zaś żyrandole połączone były kolejnymi girlandami ostrokrzewu. Harry machnął różdżką, a na kamiennym kominku pojawiły się złote kokardy. Całe pomieszczenie pachniało świerkiem i cynamonem.
- Harry. – Wyszeptała Ginny idąc powoli przez pokój, była niemal w transie. Ron z Hermioną weszli za nią. – Tutaj jest jak w bajce o Świętym Mikołaju i jego domu na biegunie. Piękniej nie istnieje.
Hermiona bezmyślnie potaknęła głową, Ron zaś wciąż stał wciąż z otwartymi ustami. Harry spłoną rumieńcem. Chciał by dom wyglądał cudownie, pragną by te Święta były wyjątkowe.
Nagle Krzywołap prychnął przeciągle i zaczął się wyrywać z objęć Hermiony. Czar prysł. Za Harrym coś cicho zakwiliło i spod stojącej przy kominku choinki wydreptała czarna kuleczka, ziewając przeciągle.
- Och. – Ginny westchnęła. – Piesek?
- Niespodzianka. – Harry uśmiechnął się szeroko.
- Jak się nazywa?
- To zależy od Ciebie, jeszcze go nie nazwałem.
- Jest mój? – Spytała, niepewnie przyglądając się czarnej kuleczce, która siedziała już przy nodze Harrego i obserwowała przybyszów.
- Nasz, ale nadanie imienia pozostawiłem tobie.
Ginny wciąż przyglądała się niepewnie psiakowi.
- Nie podoba ci się? – Harry posmutniał.
- Tak, nie, tak, to znaczy…
- Percy mówił, że jesteś miłośniczką kotów, ale myślałem…
- …. Och zamknij się , jest cudowny! – Twarz Harrego ponownie się rozpromieniła. – Tylko, czarodzieje nie mają zwykle psów. Nie wiem jak się nim zajmować… – Dokończyła kucając przed kuleczką. Harry zrobił to samo.
- Co to za rasa. – Ron spytał otrząsnąwszy się z szoku.
- Wilczarz Irlandzki – Harry odpowiedział głaszcząc z Ginny psa.
- Czy to nie w takiego zmieniał się Syriusz?
- Tak. – Odparł podnosząc głowę, w tym momencie jego wzrok padł na Hermionę, która stała za Ronem nerwowo drepcząc w miejscu. – Ach, Hermiono. Accio!
Ich uszu dobiegł delikatny szum czegoś zlatującego po schodach. Po chwili przez drzwi wpadły dwie koperty lądując w dłoni Harrego.
- Tutaj mam adres. – Wskazał jedną z kopert podchodząc do Hermiony, która cała się rozpromieniła, wyciągając po nią dłoń. Harry jednak cofnął dłoń.
- Hermiono Granger. – Przybrał oficjalny ton. – Jako przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości jestem w obowiązku poinformować Panią, że użycie czarów w przytomności lub wobec Mugoli znajdujących się na terenie innego kraju, bez zgody tamtejszych władz magicznych, jest surowo zabronione. Czy zrozumiała Pani?
- Tak. – Bąknęła Hermiona.
- Dobrze więc jest przyjaźnić się z Ministrem. – Dodał już zwyczajnym tonem – W razie problemów pokaż ten dokument. – Harry wskazał drugą kopertę, z pieczęcią Ministerstwa podając obie Hermionie, która niemal je wyrwała i już chciała pędzić do wyjścia.
- Hermiono. – Zatrzymał ją. To daleka droga, weź kogoś ze sobą. Popatrzył znacząco na Rona a Hermiona złapała rudzielca i pociągnęła w stronę drzwi. – Tylko wpadnijcie do Nory po ubrania.
- i Hermiono. – zawołał kiedy wyciągnęła zdezorientowanego Rona na korytarz. – Wesołych Świąt!
Odwrócił się do Ginny, która klęczała przy choince drapiąc zachwyconego psiaka po brzuszku. Puszek Pigmejski Arnold siedział na jej ramieniu nie przejmując się wcale nowym towarzystwem. Zafascynowana nowym pupilem nie zwracała uwagi na rozmowę przyjaciół ani zniknięcie Hermiony.
- Będzie taki jak Syriusz? – Zapytała.
- Taki sam. – Odparł klękając przy niej.
- Mogli byśmy go nazwać Łapa? – Spojrzała Harremu prosto w oczy. – Myślisz, że Syriusz by się na nas obraził?
- Syriusz powiedział mi kiedyś, że gdyby nie pchły, mógłby zostać psem na stałe. Myślę, że twój pomysł by mu się spodobał, a na pewno go rozbawił.
- Witaj w rodzinie Łapo – powiedziała Ginny.
W rodzinie? Co miała na myśli mówiąc „W rodzinie”. Harry zaczął o tym rozmyślać a serce mu rosło.
- Skąd go masz?
- Z Australii, to sierota…. jak ja. Jego mama zginęła, nie miał rodzeństwa, był sam i szukał rodziny. Poza tym, jest taki słodki.
- Czy to mój prezent świąteczny? – Oczy Ginny iskrzyły ze szczęścia.
- To tylko niespodzianka, przecież mówiłem. Prezent dostaniesz później. Święta są dopiero za tydzień.
- Hermiona mówiła… że chciałeś dać mi dom. – Powiedziała niepewnie – Chyba nie kupiłeś mi domu?
- Nie Ginny. Chwilowo nie było mnie stać. Poza tym, doszedłem do wniosku, po co ci dom, w którym nie będziesz mieszkać. Przecież już jest miejsce, do którego zawsze możesz wrócić.
Ginny spojrzała zdziwiona na Harrego. Delikatnie ujął jej dłoń a oboje przeszedł dreszcz. Zdali sobie sprawę, że są sami pierwszy raz od wakacji, kiedy na krótkie chwile udawało im się uwolnić od Rona. Teraz jednak nie musieli się obawiać, że ktoś im za chwilę przeszkodzi.
Wyszli z jadalni i trzymając się za ręce zaczęli wspinać się na wyższe piętra domu. Łapa sprawnie, schodek po schodku wdrapywał się za nimi.
Harry nie kłamał, reszta domu była jeszcze piękniejsza od jadalni. Wszędzie wisiały ozdoby, tworząc harmonijny wystrój całego domu. Harry, jak się okazało, posiadał świetne wyczucie smaku. Mimo niezliczonych ozdób, nigdzie nie odczuwało się przesady ani kiczu. Wszystko było uroczo idealne.
Cały dom, prócz starych lamp gazowych, oświetlały teraz setki świec. Na schodach delikatnie prószył ciepły, magiczny śnieg, znikając tuż nad głowami Harrego i Ginny w delikatnych rozbłyskach tysięcy pyłków brokatu. Wszystkie poręcze i kandelabry pokrywały sople magicznego, ciepłego w dotyku lodu. Dom przesycony był delikatną wonią świerku i świeżych pierniczków.
Na środku, znajdującego się na pierwszym piętrze, salonu stała najpiękniejsza choinka jaką Ginny widziała w życiu. Kiedy chodziła dookoła niej Harry wezwał cicho Stworka, nakazując mu przygotowanie obiadu i podanie go salonie.
Każda z sypialń domu przy Grimmauld Place udekorowana była w inny sposób. Niewielka sypialnia na pierwszym piętrze, w której kiedyś spała Ginny z Hermioną mieniła się czerwienią i burgundem. Dawna sypialnia Rona i Harrego, piętro wyżej, podobnie jak hall i schody, miała kolor zieleni i srebra. Mieszkańców trzeciego piętra ukołysałyby do snu odcienie błękitów, żółci i fioletów.
Harry nie pozwolił Ginny wejść na ostatnie piętro gdzie mieściła się jego sypialnia. Zaczął się niezdarnie tłumaczyć, że jeszcze będzie czas na zwiedzenie reszty domu. Zaprowadził ją za to na drugie piętro, gdzie gdzie prócz sypialni znajdowały się jeszcze dwa pomieszczenia, których Ginny wcześniej nie widziała. Jak się okazało był to niewielki gabinet, z potężnym dębowym biurkiem ,służący teraz Harremu do pracy oraz ukryta za szerokimi, rozsuwanymi drzwiami, wspaniała biblioteka z setkami, jeśli nie tysiącami opasłych tomów, gromadzonych przez pokolenia rodziny Blacków. Księgi stały na sięgających sufitu, pięknie zdobionych, regałach umieszczonych wzdłuż ścian. Podłoga wyściełana tutaj była puszystym, czerwonym dywanem, na którym stało kilka wygodnych foteli wraz z niewielkimi stolikami na księgi. Tutaj też królował ostrokrzew i jarzębina.
Ginny oglądała właśnie jedną z półek, na której stała 14 tomowa Magna Encyclopedia Magica kiedy w bibliotece aportował się Stworek.
- Obiad gotowy Paniczu.
- Dziękuję ci. Ginny, chodź na obiad. Jeśli zechcesz wrócimy tutaj jeszcze.
Ginny nie była molem książkowym jak Hermiona, ale wiedziała, że zechce tutaj wrócić.
- Twój kufer jest chwilowo w tej sypialni. – Powiedział gdy wrócili na pierwsze piętro. – Łazienka jest do twojej dyspozycji. Gdy będziesz gotowa, zapraszam do saloniku.
- „Chwilowo” w tej? – podchwyciła słowo klucz.
- Nie musisz się spieszyć. – Pogładził ją po policzku i wszedł do salonu.
Mimo że Harry dał jej tyle czasu, ile tylko zechce, Ginny nie zamierzała rozstawać się z nim na dłużej niż to było konieczne. Porwała z kufra pierwsze ubranie jakie wpadło jej w ręce, nie patrząc nawet co to jest i pognała do łazienki.
Gdy do niej weszła, po raz kolejny tego dnia zamurowało ją. Znała to pomieszczenie jako czyste ale raczej ponure. Teraz wyglądało zupełnie inaczej. Białe, pokrywające ściany kafelki lśniły perłowym blaskiem. Łączące je fugi były złote, podobnie jak krany i nogi ogromnej wanny. Nad umywalką wisiało duże lustro. Całe pomieszczenie oświetlone było ustawionymi w różnych miejscach małymi świecami pachnącymi jej ulubionymi zapachami polnych kwiatów, poziomek i cynamonu. Zastanawiała się skąd Harry o tym wiedział.
Prawda była o wiele prostsza. Harry nudząc się przez długie, samotne wieczory zagłębiał się w zebrane w bibliotece księgi. W jednej nich znalazł przepis na olejek posiadający właściwości zapachowe Amortencji, nie powodujący jednocześnie zadurzenia. Teraz cały dom mógł pachnąć tym, co najbardziej lubili jego domownicy.
Ginny szybko rozczesała włosy, odświeżyła się i założyła nowe ubranie. Jak się okazało, pierwszą rzeczą jaką chwyciła z kufra była lekka, seledynowa, sięgająca kolan sukienka na delikatnych ramiączkach. Ginny błogosławiła fakt, że w całym domu jest gorąco od płonących kominków, wzięła dwa głębokie wdechy i wyszła z łazienki. Tak jak się spodziewała, Harrego nie było na korytarzu. Czekał na nią w saloniku. Odwrócony plecami do drzwi obracał palcami jedną z choinkowych bombek. Ginny weszła do pokoju najciszej jak potrafiła, zdradziło ją skrzypnięcie podłogi.
Harry poczuł ją szybciej niż usłyszał. Ten cudowny zapach kwiatów jaki zawsze przy niej czół. Nie zdawał sobie sprawy jak bardzo mu tego brakowało. Odwrócił się w stronę drzwi i oniemiał. Stała przed nim. Była piękna. Była oszałamiająca. Gęste rude włosy opadały jej swobodnie na bladą szyję i ramiona, wspaniale kontrastując z niezwykle delikatną sukienką na ramiączkach. Uśmiechała się nieśmiało. Czuł, wreszcie czuł, że wszystko jest na swoim miejscu. Ona, On ten dom. Spełniało się powoli jego marzenie. Marzenie o szczęśliwym domu.
Wyciągnął w jej stronę rękę i poprowadził do stojącego między kominkiem a choinką stolika nakrytego białym obrusem z płonącą na środku świecą. Gdy tylko usiedli znikąd pojawiły się pierwsze potrawy. To był najprzyjemniejszy obiad jaki Harry jadł od wieków. Nie chodziło tutaj o potrawy ani miejsce. Siedzieli wpatrzeni w siebie i rozmawiali. Rozmawiali o tysiącach rzeczy. Rozmawiali jakby jednocześnie nie widzieli się tysiąc lat i nigdy nie rozstali się choćby na chwilę. Cały dom rozbrzmiewał ich śmiechem. Czuli się w swoim towarzystwie tak swobodnie jak jeszcze nigdy, nawet kiedy chodzili ze sobą ponad rok temu. Żadne z nich nie zadało tego pytania ale oboje wiedzieli, że znowu są razem. Wiedzieli, że mimo wszystkich słów jakie padły z ich ust tak naprawdę nigdy się nie rozstali. Zerwali ze sobą ale nie przestali się kochać. Mieli nadzieję, że czas się zatrzymał i już nigdy nie ruszy naprzód. Że zostaną tutaj już zawsze razem, szczęśliwi jak nigdy dotąd.
Po południu panująca za oknem zadymka odrobinę ustała, postanowili więc wziąć Łapę i przespacerować się po mugolskim Londynie. Ubrani w ciepłe puchowe kurtki wyszli na ulicę. Niebo zasnute było ciężkimi chmurami z których wciąż jeszcze spadały wielkie płatki śniegu. Lekki mróz skrzypiał im pod nogami. Na chodniku zalegało co najmniej pół metra śniegu, którego nikt nie zdążył jeszcze ściągnąć by ułatwić przejście okolicznym mieszkańcom. Łapa pruł przez zaspy, z których niektóre go przewyższały, jak mała motorówka. Przeszli na drugą stronę ulicy do małego, tonącego teraz w śniegu skwerku. Psiak szalał ciesząc się pierwszym w swoim życiu śniegiem. Szli przytuleni trzymając się za ręce. Harry podbiegł na chwilę do nazbyt oddalającego się Łapy a gdy tylko się schylił coś białego przeleciało tuż nad jego głową. Odwrócił się a Ginny już celowała w niego następną kulą śniegową. Rozgorzała bitwa na śnieżki, która przerodziła się w końcu we wzajemne tarzanie się w zaspach. Ginny śmiała się i piszczała, starając się wsypać Harremu jak najwięcej śniegu za kołnierz.
Na dworze już się ściemniało kiedy oboje wrócili do domu. Byli rumiani od skrzącego mrozu, a z ich ubrań powoli kapała woda.
Harry wysuszył ich jednym machnięciem różdżki i zaprowadził Ginny pod sam kominek by się porządnie rozgrzała.
- Muszę wracać do Nory – Odezwała się po chwili, tuląc się do Harrego.
- Nie musisz. – Szepnął całując jej włosy. – Możesz zostać tutaj.
- Mama będzie się niepokoić.
- Wyślemy jej wiadomość, żeby się nie niepokoiła.
- Żartujesz sobie? – Odsunęła się od niego. – Wpadnie w furie, przyleci tutaj i nas zamorduje. Nie znasz jej?
- Chętnie zaryzykuję, ty nie? – Pocałował ją delikatnie w szyję.
- Harry. – Mruknęła prężąc się. – Proszę.
- O co? – Spytał nadal ją całując.
- Ja… Jak mam poinformować mamę?
Harry przestał ją na chwilę całować i lekko się uśmiechnął.
- Mógł bym wysłać mówiącego Patronusa ale wtedy mogą się dowiedzieć wszyscy domownicy.
Ginny potrząsnęła gwałtownie głową.
Więc wyślemy im list. – machnął schowaną w rękawie różdżką wyczarowując pergamin i pióro.
Ginny drżącą ręką napisała do mamy kilka słów. Wiedziała, że awantura ją nie minie ale nie chciała się rozstawać z Harrym. Zakleiła kopertę i podała ją Harremu.
- Harry, ale my nie mamy sowy. Wyślesz Stworka? – Spytała wciąż drżąc z obawy o reakcję mamy.
- Stworek zajmie się kolacją dla nas. List wyślemy inaczej. – Podszedł do kominka, zdjął pokrywkę ze stojącego na gzymsie wazoniku i wsypał szczyptę iskrzącego się proszku do kominka. Dotychczas czerwone płomienie zmieniły barwę na Zieloną. – Nora! – Wrzucił list w zielony ogień a ten zawirował i zniknął. Płomienie na powrót przybrały swoją czerwoną barwę.
- Zawsze chciałem tego spróbować. Ach. Colloportus! – Stuknął różdżką w kominek. – Teraz nikt nam nie przeszkodzi.
Ponownie wtulili się w siebie jednocześnie niespokojni o reakcję Molly i szczęśliwi wzajemną bliskością. Podaną przez Stworka kolację zjedli podobnie jak obiad przed kominkiem i zapewne siedzieli by tam całą noc gdyby Ginny nie ziewnęła ze zmęczenia.
- Idziemy spać.- Zakomenderował.
- Jeszcze trochę. – poprosiła. – mi się nie chce spaaać
- Właśnie widzę Ginny – Uśmiechnął się łagodnie – idziemy.
Wyszli z saloniku na oświetlone świecami schody a Ginny skierowała się do małej sypialni, gdzie wcześniej stał jej kufer.
- Nie, – pociągnął ją za sobą. – już tam nie śpisz. Czas na twój prezent świąteczny.
Podekscytowana Ginny wtuliła się mocniej w jego ramie i powędrowała schodami na górę. Harry zaprowadził ją na czwarte, będące wysokim poddaszem piętro, na które nie pozwolił jej wejść rano. Było tam troje drzwi. Jedne prowadzące do sypialni Harrego, którą zajął po Syriuszu. Jedne do łazienki oraz drugiej sypialni na której drzwiach widniała tabliczka z imieniem… Ginny.
- Wcześniejsze Wesołych Świąt. – Mruknął Harry otwierając przed nią drzwi. Sypialnia tonęła w lekkim półmroku, ale jak udało się Ginny zauważyć urządzona była inaczej niż reszta domu.
Umeblowana była jasnymi, nowoczesnymi mugolskimi meblami, Pod ścianą stała toaletka z wysokim lustrem na sąsiedniej ścianie były niewielka komoda i spora szafa z przesuwnymi drzwiami z luster, od wschodu znajdowały się dwa okna w wysuniętych z dachu facjatach między którymi stało szerokie łóżko z delikatnym białym baldachimem. W jego nogach stał jej kufer.
- Słodkich snów Ginny. – Pocałował ją raz jeszcze i wyszedł zamykając drzwi.
Dochodziła północ, ale Harry wciąż nie mógł zasnąć wspominając miniony dzień. Od dawna nie był taki szczęśliwy. W domu było cicho, słyszał więc wyraźnie jak Ginny krzątała się po swojej sypialni i przemieszczała po korytarzyku do łazienki. Od pół godziny w domu panowała jednak cisza.
W pewnym momencie usłyszał lekkie skrzypnięcie drzwi i ciche kroki bosych stóp na korytarzu. Po chwili drzwi do jego pokoju uchyliły się a do pokoju wśliznęła się ona. Spodziewał się tej wizyty więc jedynie nieznacznie się uśmiechnął nie dając po sobie poznać, że nie śpi. Łóżko delikatnie się ugięło. Ginny wśliznęła się pod kołdrę i bez najmniejszego wahania mocno go objęła. Złączyli się w gorącym uścisku a ich ciała ciasno splątały się ze sobą. Ginny delikatnie gładziła jego tors a on obsypywał pocałunkami jej szyję, kark i ramiona delikatnie przesuwając swoje usta coraz niżej, zsuwając ramiączka jej atłasowej koszulki. Ginny oddychała coraz mocniej a on nie przestawał obsypywać jej ciała pocałunkami i pieszczotami. Ta noc, tak jak dzień ,miała być ich.

Za oknem wciąż panował mrok, kiedy Harry przebudził się w swej sypialni przy Grimmauld Place. Czuł się jakby ktoś brutalnie zbudził go tuż po zamknięciu oczu. Spojrzał na odziedziczony po Fabianie Pevecie zegarek, była piąta w nocy, cztery godziny, spędził w łóżku zaledwie cztery godziny, a już musiał wstawać. Potarł piekące oczy a pod powiekami przesunęło mu się wspomnienie całego wczorajszego dnia. Wrócił do domu po nocnej zmianie, planując skończyć ozdabianie salonu i pójść do łóżka. Zamiast tego spędził go z Ginny, która przybyła wprost ze szkoły siecią Fiuu. To był najwspanialszy dzień w życiu Harrego, a przynajmniej najwspanialszy od wielu miesięcy.
Potem przypomniał sobie ostatnią noc i zrobiło mu się gorąco. Spojrzał szybko na sąsiednią poduszkę, lecz nie napotkał tam burzy rudych włosów. Nikogo tam nie było, poduszka była nietknięta. To był tylko sen, a Harry złapał się na tym, że zrobiło mu się z tego powodu smutno.
Wziął szybki prysznic, ubrał się i zszedł starając zrobić jak najmniej hałasu, by nie zbudzić śpiącej w swoim pokoju Ginny. Dzisiaj czekał go potwornie trudny test z rozpoznawania trucizn, a niewyspanie wcale nie poprawiało perspektyw na zaliczenie.
Harry siedział nad Leksykonem Trucizn i Tokstyn popijając kawę zbożową, zegar w korytarzu wybił właśnie wpół do siódmej, kiedy do gabinetu wśliznęła się Ona.
- Ginny, na brodę Merlina! – Wykrzyknął, widząc ją o tak wczesnej porze, w pełni ubraną i najwyraźniej wypoczętą, – Czemu nie śpisz?
- Słyszałam jak wstałeś. Co robisz? – Spytała, obchodząc biurko i przechylając mu się nad ramieniem. Jej rude, cudownie pachnące, włosy opadły mu na kark i policzek, powodując przyjemny dreszcz, wędrujący przez całe ciało.
- Najsilniejsze trucizny na bazie Bielunia. – Przeczytała powoli. – Potwornie nudne, „mój osobisty Aurorze”.
Pocałowała go w kark i jednym, zwinnym ruchem wsunęła mu się na kolana, oplatając ramionami jego szyję.
- To, co dzisiaj robimy? – Uśmiechnęła się figlarnie, patrząc wprost w jego, zielone oczy.
- Ja idę do pracy na ósmą. – Bawił się kosmykiem jej włosów.
- To ja czekam na ciebie, – Uśmiechnęła się szeroko – a potem pójdziemy na spacer!
- Nie. Ty wracasz do Nory. – Uśmiech zniknął z twarzy Ginny. – Rodzice na pewno się już niepokoją.
- Ale ja nie chcę. – Odparła buntowniczo. – Chcę zaczekać.
- Harry pokręcił głową.
- Mogę wrócić późno. Spotkamy się w Norze. – Popatrzył na jej zasępioną twarz. – Ale najpierw, śniadanie!
Porwał Ginny jakby była piórkiem i głuchy na protesty, zaniósł na sam dół. Za nimi podreptał, śpiący pod ich fotelem, Łapa.
Gdy Harry wchodził do kuchni z Ginny, wciąż w jego ramionach, Stworek właśnie podawał ciepłe bułeczki maślane i dwa kubki, wciąż parującego, kakao.
Śniadanie przebiegało w nienaturalnej ciszy. Ginny była obrażona i miała zacięta minę. Harry nie chciał jej zaczepiać w obawie przez wybuchem.
- Wcale nie. – Bąknęła niespodziewanie.
- Proszę? – Spytał uprzejmie.
- Nie spotkamy się.
- Czemu? – Zupełnie zbiła go z tropu.
- Nie przylecisz do Nory.
- Przylecę.
- Tylko obiecujesz. – Bąknęła w kubek. – Wyłgasz się jakoś.
- Przysięgam
Posłała mu spojrzenie wyrażające całkowity brak wiary, a on jak zawsze utonął w jej oczach.
- Weź ze sobą Łapę, po niego na pewno wrócę. – Powiedział, jakby planował to od zawsze. Jakby było to coś oczywistego. Wciąż tonął w jej cudownych oczach.
- Naprawdę? – Ożywiła się. – Mogę go zabrać?
- Przecież jest Nasz.
- Łapa, chcesz iść ze mną? – Zawołała do leżącego na swoim posłaniu psiaka. Wilczarz przechylił zabawnie łepek nad trzymaną między łapkami kością i kilka razy machnął ogonem.
- Chyba się zgadza. – Harry oderwał wreszcie wzrok od Ginny. – Teraz mi wierzysz?
Skwapliwie pokiwała głową i zabrała się do śniadania z wiele większym zapałem. Harry spojrzał na zegarek i zmiął przekleństwo. Było po siódmej.
- Muszę za chwilę wyjść. Jesteś gotowa, czy mam polecić Stworkowi, by dopilnował waszej podróży do Nory?
- Tylko się spakuję i możemy iść.
- Harry wykonał w powietrzu trzy ruchy różdżką, a po chwili do kuchni wleciał kufer Ginny z klatką Arnolda oraz peleryna i neseser Harrego.
- Już spakowane. – Uśmiechnął się szeroko. – Aha, nie możemy zapomnieć o rzeczach Łapy. – Machnął różdżką raz jeszcze a do kuchni słynęły zabawki czarnego psiaka, znikając w niewielkim woreczku. Chwilę później dołączyło do nich posłanie, wyrywając się spod zdziwionego Łapy. – Niewykrywalne Zaklęcie Zmniejszająco – Zwiększające. – Odparł, widząc zdziwienie malujące się na twarzy Ginny.
- Stworek! – Zawołał podchodząc do paleniska.
- Panicz Wzywał.
- Wrócę późno, nie kłopocz się z kolacją.
- Jak Panicz sobie życzy.
Wkroczyli w palenisko z Łapą na rękach, a po chwili pochłonęły ich szmaragdowe płomienie, „Nora”, krzyknęli jednocześnie. Poczuli jak wciąga ich jakiś potężny, i nieokiełznany wir. Opadali, a może się wznosili, Harry nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Mocniej przytulił do siebie Ginny, jakby bał się, że gdzieś ją zgubi. Po chwili wszystko znieruchomiało równie gwałtownie jak się rozpoczęło. Stali w kominku, a przed nimi rozpościerał się tak dobrze mi znany salon Nory.
Ginny wyszła z paleniska a za nią wyskoczył, uwolniony z rąk Harrego, Łapa.
- Zostaniesz na chwilę? – Spytała lekko wystraszonym głosem.
- Muszę lecieć, wolę się nie spóźnić. – Wyjął, ze schowanego za paskiem woreczka, szczyptę proszku Fiuu. Na schodach było już słychać dudnienie kroków.
- Ministerstwo Magi! – Krzyknął i zaczął wirować. Chwilę przed opuszczeniem Nory usłyszał jeszcze krzyk „Ginewro Wea…”, mogło mu się to jednak wydawać.
Tego dnia, w pracy Harry nie mógł skupić się ani na raportach, ani też przygotowaniach do testu. Jego myśli błądziły wciąż między domem w Londynie, w którym spędził wspaniały dzień z Ginny, a Norą, gdzie czekała na jego powrót.
Dyżury pełnione na dziennej zmianie były znacznie ciekawsze aniżeli nocne. Ludzie nadsyłali więcej listów, po piętrze przemieszczali się pracownicy Departamentu, w Biurze natomiast kręciło się zawsze kilkunastu Aurorów, z którymi można było porozmawiać. Dzienna zmiana miała także jedną, potężną wadę, Robardsa. Szef Biura Aurorów przyjął sobie za punkt honoru uprzykrzyć życie Harremu tak potężnie, jak było to w jego mocy. W opinii Robardsa Harry nigdy nie powinien zostać Aurorem i przez cały pierwszy miesiąc pracy miał nadzieję, że Harremu powinie się noga na kolejnym teście. Jak dotąd jego nadzieje pozostawały płonne a Harry przywykły do takiego traktowania przez Snape’a i Wuja Vernona wcale się zachowaniem Robardsa nie przejmował.
- Potter!
- Tak jest! – Harry zerwał się na baczność.
- Zabieraj się to testu. – Rzucił na biurko przed Harrym spory stosik kartek z pytaniami testowymi, sam rozsiadł się na krześle dla interesantów.
- Testy miałem zdawać po zmianie, Sir.
- Przecież i tak nic nie robisz Potter. No już zabieraj się do roboty. – Robards uśmiechnął się złośliwie. Harry miał niejasne przeczucie, że szef wie coś o jego wynikach na eliksirach w czasach, gdy zajęcia prowadził Snape.
Pisanie testu pod okiem szefa było piekłem. Robards bezceremonialnie gapił się w arkusz odpowiedzi na bieżąco kontrolując jakich odpowiedzi udziela Harry. Nie komentował, ale każdą z nich kwitował pogardliwym, pełnym samozadowolenia, uśmiechem. Gdy dwie godziny później Harry zakreślał ostatnie odpowiedzi był pewien, że gdyby w zasięgu jego rąk znalazła się, któraś z trucizn, przetestował by jej działanie na swoim zwierzchniku bez drżenia powieki.
- No, no. Potter – Robards zacmokał wyraźnie zadowolony, patrząc na arkusz odpowiedzi. – Gwiazdka coraz bliżej. Pięćdziesiąt jeden. Nie tracę nadziei, że jeszcze przed świętami się pożegnamy. – Odszedł z minął tak szczęśliwą, jakby Harry osiągnął najlepszy wynik w Historii Biura Aurorów.
Było mocno po ósmej kiedy Harry przekazał stanowisko Davidowi Sailorowi, koledze z kolejnej zmiany. Lobby już zupełnie opustoszałe.
- Harry! – Usłyszał za sobą znajomy głos.
- Pan Weasley. Co pan robi w Ministerstwie o tej porze?
- Zdawałem ostatnie raporty Ministrowi. Czy Ginny nadal jest u ciebie?
- Nie, odprowadziłem ją przed wyjściem do pracy. – Harry spojrzał zaniepokojony na Artura. – Nie ma jej?
- Nie wiem, wyszedłem do pracy przed siódmą. Wracasz do siebie?
- Prawdę powiedziawszy to wybierałem się do Nory.
- Szczerze mówiąc, nie wiem czy to dobry pomysł Harry. – Pan Weasley miał zatroskaną twarz.
- Obiecałem Ginny.
- Tak, ale widzisz, Molly nie jest zachwycona waszym wczorajszym zachowaniem. Szczerze powiedziawszy, ledwo ją powstrzymałem przed poleceniem wczoraj do was. Jest na was wściekła i o ile nie wyładowała złości na Ginny, odwiedziny mogą nie być najlepszym pomysłem.
Harremu zimny dreszcz przebiegł po karku. Ciepłego przyjęcia się nie spodziewał po wczorajszym numerze, ale wściekła Molly Weasley to było coś czego Harry zawsze się obawiał.
- Będę musiał jakoś to przeżyć. Obiecałem Ginny.
- To twoja decyzja. Chodźmy.
Mężczyźni aportowali się przy furtce Norry. Harry nie był pewien czy Pan Weasley daje czas Harremu na ucieczkę czy swojej żonie na atak. Podwórko Nory skryte było pod warstwą białego puchu. Kurczaki cicho gdakały zamknięte w kurniku a kilka gnomów ganiało się po zasypanych śniegiem rabatkach.
Pan Weasley otworzył drzwi, wchodząc do kuchni Nory.
- Cześć tato!
- Dobry wieczór chłopcy. Przyprowadziłem gościa
- Przy kuchennym stole siedzieli George i Ron. Równocześnie spojrzeli na stojącego w progu Harrego.
- Osz, Ginny! – George poszarzał na twarzy.
- Mamo, Harry! – Twarz Rona wykrzywił dziwny grymas.
Z głębi domu dobiegł tupot biegu dwóch osób. Po chwili do kuchni wpadła Ginny z Łapą w ramionach.
- Harry! Deportuj nas nas natychmiast! – Krzyknęła sprawnie wymijając próbującego ją schwycić Rona i wpadając w ramiona Harrego. Możliwe, że usłuchał by prośby, gdyby nad jej ramieniem nie zobaczył wbiegającej do kuchni pani Weasley. Wyraz furii na jej twarzy sprawił, że Harry zapomniał jak się deportuje.
- Harry Potterze i Ginewro Weasley, proszę do mnie! – Wypiała głosem dziwnie przypominającym wyjca.
Ginny utkwiła w Harrym przerażony wzrok i ani drgnęła, Harry chwycił jej dłoń i poprowadził za sobą do salonu Nory. Co musiała już przeżyć od swojej matki, że była aż tak przestraszona. Ona, która zazwyczaj niczego się nie bała. Mijając stół uchwycił jednakowo szare i niespokojne twarze Artura i Georga oraz wyraz mściwej satysfakcji przemieszanej z czymś, czego jeszcze nie mógł rozpoznać, na twarzy Rona.
Usiedli na kanapie, przed którą stała pani Weasley. Trzej mężczyźni rozsiedli się w kuchni tak by mieć dobry widok na całą scenę. Pani Weasley stała przed swoja córką i jej chłopakiem z rękoma wspartymi na biodrach a Harry żałował, że nie może zrobić się niewidzialny. Łapa w najmniejszym stopniu nie przejmował się sytuacją i zadowolony łasił się do Harrego wspinając po jego torsie do twarzy.
- Jak śmieliście! – Krzyknęła nagle pani Weasley tak głośno, że wszyscy w Norze podskoczyli a Wilczarz zaskomlał i skulił się na kolanach Harrego. – Jak śmieliście zrobić coś takiego!
- Pani Weasley.
- Milcz młody człowieku! Nie mam pojęcia… co sobie myśleliście, zostać sami!
- Mamo, my nic nie zrobiliśmy! – Krzyknęła Ginny
- Nie interesuje mnie to. Nigdy w życiu by mi to do głowy nie przyszło. Moja jedyna córka.
- Jesteśmy dorośli!
- Nie skończyliście szkoły!
- Harry skończył i ma pracę.
- To nie ma nic do rzeczy. W życiu bym się nie spodziewała, że będziecie tacy nieodpowiedzialni!
- Pani Weasley, przecież Ginny tylko przenocowała w moim domu.
- Właśnie! Co sobie pomyślą ludzie o mojej córce! Czy ty o tym pomyślałeś Harry Potterze. Ludzie będą gadać. Nasza jedyna córka zamiast w domu sypia u obcych mężczyzn, SAMA!
- Tego już za wiele! – Harry zerwał się z kanapy. – Nie jestem obcym mężczyzną ani dla Ginny ani dla Pani, to po pierwsze. – Po drugie proszę nie robić ze mnie wielu mężczyzn bo obraża tym pani Ginny a poza tym Ginny nie sypia u mnie. Ma własny pokój na Grimmauld Place!
- Jesteście tam sami! – Molly zapiała tak cienko, że Harry zaczął się obawiać czy nie popękało mu szkliwo na zębach.
- Tylko o to chodzi? O to, że jesteśmy sami? Świetnie! Cudownie, w takim razie zapraszam wszystkich do mnie!
W pomieszczeniu nastała cisza. Harry i Molly Weasley stali twarzą w twarz piorunując się wzrokiem.
- Słucham? – Pani Weasley po raz pierwszy tego dnia zdawała się być zbita z tropu.
- Jeśli chodzi o to, że jesteśmy z Ginny sami, zapraszam na Święta do mnie.
- Ale my mamy dom!
- Mój jest większy, będzie nam wygodniej.
- Tak, tak! – Ginny poderwała się uradowana. – Święta na Grimmauld Place.
- Siadaj! Mamy dom i spędzimy tutaj święta.
- Ale ja chcę u Harrego.
- U mnie będzie nam wszystkim wygodniej i nie będzie musiała się Pani przejmować przygotowaniami.
- U ciebie jest nora śmierciożerców a nie dom. Jak niby mają się tam udać Święta.
- Może odwiedziła by Pani wreszcie Grimmauld Place i przestała obrażać mój dom. Naprawdę się starałem, żeby go przystroić.
- Tak, tam jest pięknie mamo. Prawda Ron. – Ginny zwróciła się do brata. Zaczęli z Harrym przechodzić do ataku na jej własną matkę.
- No ja ten…. w sumie to tak….- Ron zaczął dukać bez składnie.
- Świetnie, więc Święta u mnie, Stworek! – Wykrzyknął Harry.
- Pan Wzywał.
- Przygotuj sypialnie na trzecim piętrze. Weasleyowie zjadą na Święta.
- Tak Paniczu. – Skrzat zamiótł podłogę nosem i zniknął z trzaskiem.
- Ale ja… – Zaczęła pani Weasley
- Molly – wtrącił się jej mąż – Daj im szansę.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 

7. Ja, Auror

14 gru

- Uważasz zapewne, że to zabawne, co? – Robards oglądał ewaluację przygotowaną przez Eryka Pilliusa.
- Nie rozumiem. – Harry odparł zaskoczony.
- Nie rozumiesz. Że niby ci nie powiedział, jakie masz wyniki z testów? – Machnął przed Harrym kartką. – Nie wiem jak to zrobiłeś Potter, ale zagiąłeś system. Trudno. Wywalimy cię na następnym teście, a teraz za mną. – Robards był czerwony, jak wuj Vernon, kiedy prowadził Harrego przez rząd boksów przeznaczonych dla Aurorów, sapał zaś przy tym jak mała lokomotywa. – Siadaj. – Wskazał Harremu mały boks z dala od okna. – To jest twoje stanowisko pracy. Od dzisiaj będziesz siedział w tym boksie i odbierał spływające z kraju raporty na temat podejrzanych wydarzeń. Twoim zadaniem jest, jeśli informacja jest potwierdzona, natychmiast przekazać ją mnie, albo Aurorowi dyżurnemu, jeśli mnie akurat nie ma. Z reszty informacji robisz raport zbiorczy i oddajesz go na koniec zmiany. Jasne?
- Tak jest.
- Dalej. Ta mapa, – Wskazał na wielką mapę Wysp Brytyjskich. – nie jest tam dla ozdoby. Jeśli ktoś w kraju użyje, rozrabiając czarnej magii, włącza się alarm, a na mapie pojawi się kropka z nazwą czaru. Większość to bzdury, ale co ważniejsze trzeba sprawdzać. Będziesz też dostawał raporty od Patrolu i Grupy Uderzeniowej, jak kogoś przydybią, a ten sypnie o jednym z naszych poszukiwanych, to nas informują. Jako że jesteś tylko stażystą pracujesz inaczej niż Aurorzy. Masz 12 godzinne zmiany, podczas których masz tutaj siedzieć. A potem dobę przerwy. Możesz się zamieniać i brać 24 godzinne czy dłuższe, mnie to nie obchodzi. Uśniesz – wylecisz, zawalisz – wylecisz. Egzaminy i testy będziesz pisał po skończeniu zmiany. Miłej zabawy.

Tego dnia Harry spędził w pracy jeszcze 5 godzin. Okazało się, że jego zajęcia będą się skrajnie różniły od jego wyobrażeń na temat pracy Aurora. Nie walczył. Nie śledził. Nie planował ataków na kryjówki czarnoksiężników. Całe dnie Harrego upływały na czytaniu listów przysłanych przez obywateli, którzy „uprzejmie donosili”, że ich sąsiad to na pewno trzymał ze śmierciożercami. Albo o takiej jednej Anastazji z Doliny Godryka, co to na pewno „na moim capowatym mężu Imperiusa użyła, bo do tej łachudry się gzić wyprowadził.” Pojawiały się też informacje, że ktoś gdzieś tam sobie stoi, oglądając okolicę albo chodzi z kimś innym, pokazując budynki palcami. Ot, zaciekawieni turyści. Na początku każde doniesienie o czarnej magii albo śmierciożercach wymienianych z nazwiska lub tylko opisu, wywoływały w Harrym przyspieszone bicie serca. Potem już tylko się uśmiechał, teraz tylko przepisywał raporty, nie bardzo się nimi przejmując. Zaczarowana mapa milczała jak zaklęta.
Codziennie po powrocie do domu Harry spędzał całe godziny w bibliotece na drugim piętrze między stosami ksiąg zaklęć, wykazami najczęstszych trucizn, kodeksami prawa magicznego i herbariuszami. Czuł się jakby wrócił do szkoły i przygotowywał się do egzaminów końcowych. Tyle tylko, że tym razem egzaminy te nie miały końca. Stosunek Robardsa do Harrego w ciągu pierwszych dwu tygodni pracy nie zmienił się ani na jotę. Robards cięgle miał nadzieję, że sławny Harry Potter jest tylko sławny i obleje kolejny test, a sławny Harry Potter robił wszystko co mógł by testów nie oblać. Udawało mu się to pomimo braku notatek i planów powtórkowych, jakie zazwyczaj przygotowywała mu Hermiona.
Harry przetarł piekące go oczy. Przed godziną wrócił z podwójnej, dwudziestoczterogodzinnej zmiany w Ministerstwie i ponownie zasiadł do nauki. Było to niezwykle nużące, ale wiedział, że tym razem sam pracuje na spełnienie swoich marzeń. Przez całe dwa tygodnie pracy ani razu nie odwiedzał Nory czy ulicy Pokątnej. Udało mu się zamienić jedynie kilka zdań z panem Weasleyem, który pracował na tym samym piętrze. Wymienili się pozdrowieniami i czując na sobie wzrok Robardsa, Harry wrócił do swoich zajęć, czyli nic nierobienia. Kiedy Harry zastanawiał się nad swoją sytuacją, przypominało mu się jak kilka lat temu pani Weasley czekała nocami na powrót swego męża z pracy, zamartwiając się, co się z nim dzieje. Teraz przynajmniej żadna ze wskazówek jej zegara nie wskazywała śmiertelnego zagrożenia, przynajmniej miał taką nadzieję.
Harry wcisnął na nos swoje okulary i wrócił do czytania opisu eliksiru Exinterare, powodującego wywrócenie człowieka na lewą stronę. Nie mógł jednak zapamiętać ani zdania z opisu jego rozpoznawania: „bezbarwny, bez smaku, bez zapachu – tak, nie pachnie jak polne kwiaty – dodany do potrawy niemożliwy do wykrycia.” Harry złapał się na czytaniu tego zdania po raz trzeci. Polne kwiaty, skąd u licha polne kwiaty… no tak. Spojrzał na leżącą obok Mapę Huncwotów. Dziewczyny jadły właśnie śniadanie. Zbiegł szybko po schodach na parter, zaklęciem przywołując swoją pelerynę, i już po chwili stał na drodze łączącej Hogwart z Hogsmeade. Zaczął się przechadzać w tą i z powrotem, mijali go kolejni uczniowie, zmierzając na sobotni wypad do Hogsmeade, a po Ginny i Hermionie nie było ani śladu. Żałował, że nie wziął ze sobą Mapy Huncwotów, by sprawdzić co się dzieje z dziewczynami. Czyżby aż tak się uczyły na dwa tygodnie przed świętami, by zrezygnować z wypadu do wioski? Miał już zrezygnować i wpaść w odwiedziny do Rona, kiedy usłyszał za plecami zduszony okrzyk.
- Harry!
- Hermiona. No nareszcie, bałem się, że dzisiaj nie przyjdziecie. – Uśmiechnął się do idącej przyjaciółki. – Gdzie Ginny?
- Ginny jest w bibliotece -odparła wymijająco – A co u ciebie słychać, czemu nie napisałeś, że już wróciłeś?
- Hermiono – przerwał jej. – Czemu Ginny jest w bibliotece, a ty tutaj? Nie powiesz mi, że uczy się pilniej od ciebie.
- No wiesz, Ginny chciała nadrobić zaległości, a ja miałam ochotę się wyrwać. Zobaczyć z Ronem.
- Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym będziesz mi tak łgała w żywe oczy. – Harry przeszywał Hermionę wzrokiem, w którym niepokój mieszał się z rozbawieniem. Wiedział, że Ginny nic nie jest, przecież była na śniadaniu, ale czemu Hermiona nie chce się przyznać… – No to, czemu nie ma Ginny? Może wrócisz po nią?
- Mogę, ale i tak nie przyjdzie. Ma taki jakby… szlaban.
- Giny ma szlaban? – parsknął śmiechem. – Co zrobiła?
- No, napyskowała McGonagall.
- Napyskowała McGonagall! – Harry doznał głębokiego szoku.
- Właściwie to jej się wyrwało. Bo mieliśmy zniknąć kruka, ale to było po twoim liście. Ginny była strasznie roztargniona i nie ćwiczyła. McGonagall kazała jej zademonstrować jak jej idzie…
- A ona kazała się jej odczepić?
- Nie! Nie, tylko zamiast go zniknąć, transmutowała go w tą papugę od ciebie, a potem powiedziała dyrektorce, że kruk zniknął i nie wie o co afera. No i zarobiła zakaz na Hogsmeade i minus 55 punktów dla Gryfonów.
- O, jest lepsza od nas. My straciliśmy tylko po 50 – Harry śmiał się, jak po przedawkowaniu zaklęcia rozweselającego. Przejdziemy się razem do Rona, czy chciałaś się z nim spotkać sam na sam?
- Sam na sam w sobotę w sklepie? – Hermiona patrzyła na niego jak na wariata. – z Hipogryfa spadłeś? Przecież tam jest w weekendy młyn. Chodź.
- Nie wiedziałem. – Harry odezwał się po kilku minutach, pocierając oczy.
- Czego nie wiedziałeś?
- Jaki tam mają ruch. Od powrotu nie widziałem nikogo znajomego. Cały czas jestem w Biurze albo zakuwam. – Harry ziewnął. Zimne grudniowe powietrze w Hogsmeade bynajmniej go nie rozbudziło.
- W jakim biu…? Przyjęli cię? – Hermiona zatrzymała się wpół kroku u wylotu na ulicę Główną. – Czemu nic nie napisałeś?
- Chciałem się wam dzisiaj pochwalić. – Uśmiechnął się przepraszająco.
- Gratuluję! – Hermiona rzuciła mu się na szyję. W pobliżu usłyszeli suchy, doskonale znany Harremu trzask flesza.
- Cóż za cudowna scena. – Usłyszeli wysoki trel. W ich stronę szła Rita Skeeter.
- Zakpimy z niej? – Harry mruknął cicho do Hermiony. Ta popatrzyła na niego, mrużąc oczy i sztywno skinęła głową. – Witaj Rita.
- Och, Harry i Hermiona, jakże cudownie razem wyglądacie.
- Dziękujemy, Rita. – Hermiona wtuliła się w ramię Harrego, idealnie wpadając w rolę.
- Czy jesteście znowu razem?
- Jeszcze za wcześnie na deklaracje. – Harry oświadczył z delikatną rezerwą.
- Jeśli tak będzie otrzymasz wyłączność Rita. – Wypaliła Hermiona, a Harry zaczął się zastanawiać czy nie przesadziła. Rita mogła tego nie kupić… ale kupiła. Wyglądała na zachwyconą.
- Co was połączyło kochani? – Rita aż podskakiwała z radości na tak wspaniały materiał. A jej pióro nie przestawało skrobać.
-Chyba nie sądzisz, że ci to powiem.
- To Magia! Ona zawsze byłą między nami.
- Magia? Sugerujesz, że użyłaś któregoś ze swoich słynnych eliksirów na Harrym?
- Ależ skąd, Rito! – Oburzyła się Hermiona. – Przecież Harry musiałby mnie za to aresztować. Zakuć w kajdanki, wsadzić za kratki i takie tam. – Spojrzała na niego spod rzęs, a Harry mało nie wybuchł śmiechem.
- Cudowne! – Krzyknęła Rita. – Może wybierzecie się ze mną do Trzech Mioteł? Zrobimy pełny wywiadzik. Nie będziemy tutaj marzli!
- Wybacz Rito, ale mamy mało czasu. Chyba nie chcesz nam przeszkadzać w randce? – Delikatnie prześliznęli się między reporterką i jej fotografem, idąc pod ramię środkiem ulicy Głównej i cicho chichocząc. Rita wciąż podążała w krok za nimi, nie mogąc jednak otrzymać od Harrego najmniejszego komentarza na temat jego pracy w Biurze Aurorów dała im wreszcie spokój przed wejściem do sklepu Weasleyów.
Sklep był wypełniony po brzegi uczniami kupującymi najróżniejsze dowcipne gadżety w ilościach sugerujących, że przed Świętami w szkole może rozpętać się istne piekło. Najwyraźniej, podobnie jak w dzień przed Nocą Duchów, również teraz, cała szkoła kupowała w tym sklepie. Ron i Varity dwoili się i troili, podając najróżniejsze produkty, wbijając je na kasę i pilnując, by nikt niczego nie ukradł, co nie było łatwe. Harry był w sklepie po raz pierwszy, więc rozglądał się z zaciekawieniem. Nie wiedział, jak wyglądał udekorowany świątecznie sklep na Pokątnej, ale tutaj było bajecznie.
Hermiona pokazywała mu najróżniejsze nowości, wciąż zaśmiewając się z dowcipu jaki zrobili Ricie.
- Co was tak bawi? – Ron przepchnął się do przyjaciół, pozostawiając Varity samą z natłokiem klientów.
- Właśnie spotkaliśmy Ritę i zabawiliśmy się odrobinę jej kosztem. – Parsknęła Hermiona. – Jeśli będziesz czytał jutro Proroka albo Czarownicę, pamiętaj, że prasa kłamie.
- Co wyście zrobili? – Mierzył ich podejrzliwym spojrzeniem.
- Och, nic, nic – odparła pospiesznie, całując go w policzek. – Nic, co powinno cię martwić.
Harry właśnie sobie uświadomił, kogo jutrzejsza prasa może zmartwić i zrzedła mu mina.
- Ron, możesz podać mi pergamin i pióro? Muszę napisać liiiissst. – Skończył, ziewając.
- Jasne. – Jego przyjaciel oderwał wreszcie wzrok od Hermiony. – Na brodę Merlina! Harry wyglądasz jakbyś miał zaraz zemdleć!
Teraz, kiedy spowodowane mrozem rumieńce ustąpiły z jego twarzy, Hermiona zobaczyła w jakim jest stanie. Jego twarz była szara, pod oczami miał wielkie, czarne sińce wskazujące na skrajne niewyspanie, oczy były lekko przekrwione i szkliste ze zmęczenia, a brodę i policzki pokrywał lekki dwudniowy zarost.
- Harry! Kiedy ty ostatnio spałeś? – spytała oburzona.
- Jakieś 30 może 40 godzin temu. – Mruknął, spodziewając się wykładu. – Byłem na 24 godzinnej zmianie i testach.
- Jak ty zamierzasz zdawać te testy, jeśli nie śpisz?
- Stary, ona ma rację. Ojciec mówił, że widział cię w Biurze. Podobno ciągle piszesz raporty albo zakuwasz. Swoją drogą, gratulacje.
- Dzięki, Ron. Nic mi nie będzie. Co z tym pergaminem?
- Chodźcie na zaplecze. – Zaprowadził ich przez kotarę na tył sklepu. – Do kogo chcesz pisać?
- Do twojej siostry. Może jej się nie spodobać nasz dowcip.
- Właśnie, czemu jej z wami nie ma?
Hermiona zaczęła opowiadać Ronowi, co się wydarzyło na transmutacji. Rudzielcem najwyraźniej targały mieszane uczucia. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy wściekać. Nie spodziewał się, że Ginny może wywinąć taki numer nauczycielowi i jednocześnie mruczał coś brzmiącego, jak: „To wszystko wina Harrego”. Harry w tym czasie pisał list.

Kochana Ginny.

Przepraszam, że nie wysłałem Ci jeszcze żadnego listu, ale byłem bardzo zajęty. Miałem nadzieję, że spotkamy się osobiście i wtedy sam Ci wszystko opowiem. Ty jednak, jak słyszę, wolałaś zarobić szlaban, niż spotkać się ze mną w Hogsmeade. Jestem tym faktem okropnie niepocieszony. Mam nadzieję, że nie narozrabiasz na tyle, by McGonagall postanowiła zatrzymać się w szkole na Święta, gdyż mam dla Ciebie niespodziankę w domu, w Londynie. Zachowuj się więc jak na grzeczną uczennicę przystało i nie zmieniaj więcej niczego w kolorowe papużki.
Idąc do Rona spotkaliśmy z Hermioną naszą ulubioną reporterkę. Nie wierz w ani jedno słowo, jakie wyjdzie w najbliższym czasie spod jej pióra. Chyba, że potwierdzi je Hermiona. Odrobinę z biednej Rity zakpiliśmy, ale boję się teraz, czy Hermiona nie dostanie paru wyjców od czytelników, to zachowaj proszę dla siebie.
Niecierpliwie będę wyczekiwał twojego powrotu na Święta, mam nadzieję, że spędzimy je razem.

 

Twój osobisty Auror
Harry.

- Hermiono wręczysz to Ginny? – spytał, podając magicznie zapieczętowany list.
- Jasne. Harry spadaj teraz do domu spać, bo zaraz się przewrócisz. Ja zostanę z Ronem jeszcze.
- Użyj sieci Fiuu, bo wyglądasz, jakbyś miał się rozszczepić na samą myśl o aportacji. – Dokończył przyjaciel, wrzucając do kominka szczyptę proszku.
Harry wrócił na Grimmauld Place w samą porę na obiad. Po kilku ruchach łyżką był już jednak pewien, że za chwilę padnie nosem w talerz, więc powlókł się do swojej sypialni i zasnął, nie zdejmując nawet okularów. Obudził się po 16 godzinach, w samą porę, by przygotować się do kolejnego wyjścia do pracy. Był wdzięczny Hermionie za wygonienie go. Sam nie zdawał sobie sprawy, jak potrzebował takiego snu.
Świadomość, że już za dwa tygodnie spotka się z przyjaciółmi podbudowała go na duchu. Z nowym zapałem przystąpił do wykonywania obowiązków. Ku nieustannemu niezadowoleniu Robardsa kolejne testy zaliczał wręcz śpiewająco. Starał się nawet znaleźć pozytywy w uprzejmych donosach od mieszkańców, sortując je na stosy, które nazwał roboczo Vernon, Petunia i Zakon Feniksa. Ta ostatnia cały czas była pusta, jako że brak było jakichkolwiek poważnych doniesień. Na stosie „Vernon” leżały wszelkie informacje sugerujące, że ktoś w niewłaściwy sposób użył czarów, mimo że nie było na to najmniejszych dowodów, natomiast na stosie ”Petunii” leżały wszelkie informacje dotyczące podglądania sąsiadów.
Właśnie siedział nad przysłanym z biura Patrolu Przestrzegania Prawa i Grupy Uderzeniowej raportem, głowiąc się po co notka nie zawierająca żadnej informacji o obiektach zainteresowania Biura Aurorów trafiła na jego biurko. Gdyby nie wyraźny nagłówek „Do wglądu Biura Aurorów” uznałby, że ktoś przesłał ją omyłkowo.
Długi na trzy strony dokument zawierał z pozoru bezsensowną listę wykonanych przez członków Patrolu rutynowych wylegitymowań czarodziejów, którzy okazali się nie widnieć w żadnych rejestrach osób z kręgu zainteresowań Departamentu. Starał się znaleźć klucz, jaki przyświecał urzędnikowi wysyłającemu tę listę. Ulica Pokątna, część Północna i Południowa, legitymowań tyle a tyle, w dniach takich a takich, pod takim a takim adresem. Kolejna data, kolejna liczba, a potem kolejne miejsce i tak bez końca.
Harry potarł zafrasowany czoło, coś zaczynało mu świtać, nie do końca był jednak pewien, co. Sięgnął wreszcie po jeden z listów na stosie „Petunia”. „Uprzejmie donoszę, że bla, bla, bla, dwaj mężczyźni pokazywali sobie budynki, stojąc na ulicy Pokątnej przy numerze 42 o godzinie 13.20”. Data obserwacji 30 listopada. Sięgnął po raport z Biura. Pokątna 42 dwaj mężczyźni godzina 13.50 30 listopada. Wyciągnął kolejny list i kolejny, w końcu wziął pergamin i zaczął robić zestawienie. Gdy po dwóch godzinach przesiewania informacji miał wreszcie pełny obraz, złapał się za głowę. Łącznie miał 6 lokacji z 34 obserwacjami przysłanymi w donosach, potwierdzonymi legitymowaniem przez Patrol z samych dwóch tygodni pracy i kolejnymi 22 donosami i 50 legitymowaniami, które się nie pokrywały, a ich częstotliwość rosła. Lata walki z Voldemortem nauczyły go, że nie ma czegoś takiego jak przypadek.
Pod raportem w rubryce oficer wykonawczy widniał numer 13713. Patrol w oficjalnych dokumentach nie stosował nazwisk, zastępując je numerami służbowymi. Udał się do leżących po przeciwnej stronie 2 piętra biur Patrolu Przestrzegania Prawa i Grupy Uderzeniowej. Przy wejściu za kontuarem siedziała młoda czarownica.
- Biuro Aurorów, oficer 13713 jest?
- Tak, czwarty boks drugi rząd po lewej, Grupa Uderzeniowa.
- Dziękuję. – Ruszył szybkim krokiem, mijając boksy z numerami służbowymi. – 13713? – W boksie, plecami do niego siedział dość wysoki, dobrze zbudowany człowiek w czarnej szacie. Na pytanie Harrego, odwrócił się. – Neville? Co ty tutaj robisz?
- Harry! Ja tutaj pracuję. Jestem zastępcą dowódcy grupy. – Dumnie wypiął pierś. – A ty co robisz w Ministerstwie?
- Czytam twój raport. – Podał mu długi dokument. – To ty mi go przysłałeś?
- E, no tak. – Odpowiedział, ledwie rzucając okiem na dokument. – A co?
- No to słucham wyjaśnień, bo to nie wygląda jak sprawa dla Biura Aurorów.
- Siadaj. – Wskazał Harremu krzesło. – Wiem, że to nie jest sprawa Biura Aurorów, ale liczyłem, że może was to zainteresować.
- Przeliczyłeś się, niemal wywaliłem to na stos do zarchiwizowania. Jakbyś trafił na kogoś innego, to by przepadło. O co w tym chodzi? Legitymujecie, okazują się niczemu niewinni, a potem wysyłasz mi dokument bez nazwisk nawet.
- Taką mamy procedurę. Jeśli legitymujemy rutynowo osobę, której nie ma w rejestrach to jej nazwisko jest nienotowane.
- Bez sensu.
- Może, ale takie przepisy.
- Dobra, ale czemu to wysłałeś do Biura?
- Daj mi skończyć, to się dowiesz. Nie wiem, jak długo ty jesteś w Ministerstwie, ale ja siedzę tutaj od czerwca. Co jakiś czas wpadamy na ludzi, którzy coś tam przeskrobali, ale są naszą, nie waszą sprawą. Legitymujemy też na wyrywki, jak ktoś wydaje się niepewny. Od połowy października takich legitymowań nam przybyło. W listopadzie to już jest prawdziwa plaga, jak widzisz, ja mam już raporty z pierwszego tygodnia grudnia i wygląda to jeszcze poważniej. Możliwe, że naszym chłopakom rośnie skuteczność. Nie zaprzeczę, ale też, jak wiesz, nie wszyscy szmalcownicy są zarejestrowani. Podobnie, jak wilkołaki czy pomniejsi, którzy opowiedzieli się po stronie Sam-Wiesz-Kogo.
- Sądzisz, że co? Zaczęli spotykać się na pogawędki przy kremowym? – Harry spróbował obrócić to w żart.
- Raczej, że robią rozpoznanie terenu. Nie twierdzę, że mogłem dostać paranoi, ale nie wygląda to normalnie, i mój szef po części się ze mną zgadza.
- W której części?
- Tej, że nie rozpoznaliśmy wszystkich i że rosną nam wyniki.
Harry siedział, zastanawiając się, jaki wykonać kolejny ruch. Jemu też nie podobała się sytuacja, ale nie mógł też wynosić tajemnic Aurorskich poza Biuro. Tyle, że jego zestawienie jeszcze nie było oficjalnym dokumentem.
- Spójrz na to, Neville. – Podał koledze pergamin.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie mogę ci powiedzieć skąd ja mam te liczby, ale bez twoich aresztowań nie miały najmniejszego sensu i miały iść do archiwizacji. To zgodność za ostatnie dwa tygodnie.
- Sześć miejsc? – Neville zaczął grzebać w szufladce z papierami. – Ja bym ci to zawęził raczej do czterech. To są wyniki z tego tygodnia, też osoby rutynowe. W tych punktach – wskazał na zestawienie Harrego – liczba legitymowań mocno spadła. Tutaj się za to utrzymuje, a nawet rośnie.
- Eliminacja celów?
- Możliwe. Neville, będę potrzebował kopii tego raportu tygodniowego. Natychmiast. Jasne?
- Nie ma sprawy, musi mi to szef podbić, więc ktoś ci podrzuci za pół godziny. Fajnie, że tu pracujesz. Kto jak kto, ale ty powinieneś.
- Dzięki, Neville. – Harry podał koledze rękę i wrócił do kwatery Aurorów.
Za każdym razem, kiedy tutaj wchodził, radość z pracy mieszała się ze smutkiem. Większość pracowników nie przeżyła wojny lub odniosła ciężkie obrażenia uniemożliwiające dalszą pracę. Zostało ich niecałych trzydziestu. W większości starszych Aurorów wykonujących prace śledczo biurowe nie zaś akcje bojowe. Na nocnej zmianie było ich zawsze tylko trzech. Harry, jako najmłodszy pracownik biura i dwóch starszych. Zazwyczaj byli to Bill Merry i Leopold Strangeman. Dziś Harry pracował w dzień, więc między boksami kręciło się ich około piętnastu, wypełniając jakieś papierki, lub swobodnie dyskutując. Niektórzy wybierali się, lub wracali z AOS poprawiając formę. W przypadku kontaktu z zorganizowanym i licznym przeciwnikiem Biuro mogło okazać się bezużyteczne.
- Co to ma być, Potter? – Grzmiał Robards godzinę później, machając uzupełnionym raportem o obserwacjach. – Sądziłem, że nie masz tylko OWUTEMów, ale ty chyba nie masz też rozumu. Czy ty wiesz co to jest czarna magia?
- Tak jest. Sir! – Harry stał wyprostowany jak struna.
- Czarna Magia, Potter, to nie turyści oglądający Pokątną. Jasne?
- Tak jest, ale…
- Nie ma „ale” Potter. To nas nie interesuje.
- Sir. Uważam, że mogą to być przygotowania do jakiejś akcji prowadzone przez nieznanych nam jeszcze z nazwiska szmalcowników lub innych pomniejszych zwolenników Voldemorta.
- Bzdura, Potter. Zamiast szukać sensacji, jak Skeeter, lepiej byś się wziął do poważnej roboty. Odmaszerować.
Harry wrócił na stanowisko, ale z obserwowania sytuacji nie zrezygnował. Żeby nie drażnić Robardsa, spotykał się z Nevillem w kafeterii, gdzie cicho omawiali sytuację. Skrzętnie też notował wszelkie przesyłane mu z Patrolu dane, które teraz otrzymywał codziennie. Na jedno ze spotkań w kafeterii Neville zabrał swojego szefa. Ten chudy, jak patyk mężczyzna po trzydziestce, nie podzielał ich paranoi, co do możliwego ataku, zgadzał się jednak, że zbieżność nie może być przypadkowa. Zlecił Nevillowi trzymać w pogotowiu Grupę Uderzeniową i pracować po cichu. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a wraz z ich zbliżaniem rósł niepokój mężczyzn. Mieli złe przeczucia, że ktokolwiek to jest, zechce narozrabiać w najmniej odpowiednim momencie, a koniec grudnia, kiedy większość Ministerstwa ma urlop, wydawał się być idealny.

***
Ginny była wściekła na siebie, że minęło ją spotkanie z Harrym. Nie mogła sobie darować, że Harry mimo skrajnego, jak wynikało ze słów Hermiony, zmęczenia, przyszedł, by ją zobaczyć, a ona w tym czasie musiała ślęczeć nad książkami osamotniona w wieży Gryffindoru. „Twój osobisty Auror” powtarzała sobie bezgłośnie. Ciekawe, czy był w mundurze. Ciekawe, jak mu się pracuje? Z jakiegoś powodu Hermiona nie wypytała Harrego o pracę w Ministerstwie, co wydało się Ginny podejrzane i nie chciała powiedzieć o czym w takim razie rozmawiali. Pąsowiała również na pytanie o Ritę Skeeter i nerwowo zaczynała szukać czegoś w książkach.
Następnego dnia, Ginny nie znalazła niczego w Proroku Niedzielnym. Podobnie było przez kolejne trzy dni. Z dnia na dzień Hermiona stawała się też swobodniejsza, oczekując na poranną pocztę. „Może jednak Rita nic nie napisze?”.
Był czwartek i właśnie wchodziły do Wielkiej Sali na śniadanie, kiedy od strony Ślizgonów dało się słyszeć oklaski i okrzyki. Pojedyncze osoby z innych domów również nerwowo chichotały. Hermiona zrobiła się biała jak kreda w obawie przed tym, co miało zaraz nastąpić i złapała Ginny za ramię, by nie osunąć się na podłogę.
- Hej Granger, zaliczyliście już trzecią bazę?
- Weasley, jak to jest być wystawioną wiatru?
- Wy jeszcze się przyjaźnicie po takim numerze. A może dzielicie się nim, jedna ma dni parzyste druga nieparzyste?
- Albo wcale się nie dzielicie, co?
- O co im chodzi? – spytała Ginny. Hermiona tylko potrząsnęła nerwowo głową. W tej chwili jakiś uczynny Ślizgon wcisnął jej w ręce nowy numer Czarownicy. Okładkę zdobiło ogromne zdjęcie Hermiony uwieszonej na szyi Harrego, który ją obejmował. Zdjęcie było zrobione tak niefortunnie, że para wyglądała jakby była w namiętnym pocałunku.
Zdjęcie opatrzone było podpisem: Stara miłość nie rdzewieje. Najsłynniejszy młody czarodziej w kraju. Obiekt westchnień setek nastoletnich czarownic i najnowsza gwiazda Biura Aurorów w sidłach miłości. – Wydanie specjalne Czarownicy, a w nim ekskluzywny wywiad zakochanej pary udzielony Ricie Skeeter oraz bogata galeria zdjęć.

Ginny szybko przekartkowała zdjęcia i spojrzała na Hermionę, gdyby mogła zabijać wzrokiem, Hermiona już leżałaby martwa.
- Idziemy. – Warknęła do starszej o rok przyjaciółki. Hermiona posłusznie kiwnęła głową, idąc za Ginny. Weszły do pierwszej pustej klasy, a Ginny rozłożyła egzemplarz i zaczęła czytać go na głos.

Harry Potter, chłopiec, który uwolnił magiczny świat od Sami-Wiecie-Kogo, a obecnie rozpoczyna błyskotliwą karierę w Biurze Aurorów, wpadł w szpony miłości. Oto relacja naszej wysłanniczki Rity Skeeter, która miała przyjemność przeprowadzić z nim wywiad.
Z całą powagą muszę stwierdzić, że mówienie o chłopcu jest tutaj nie na miejscu – rozpoczyna swoją relację Rita. – Harry Potter już dawno przestał być chłopcem. Należy otwarcie powiedzieć, że stał się przystojnym młodym mężczyzną i tak też się zachowuje. Każda młoda czarownica, która obejrzy zrobioną przez nas sesję, przyzna, że Harry Potter powinien się znaleźć na liście 10 najbardziej pożądanych czarodziejów Miesięcznika Czarownica. Na Harrego wpadłam w sobotnie przedpołudnie, kiedy odbywał romantyczny spacer ze swoją partnerką Hermioną Granger. Mając w pamięci nasze ostatnie, niezbyt miłe spotkanie, jakże się ucieszyłam, widząc jak odmieniła go miłość. Harry wprost promieniał. Nie tylko powitał mnie jak przystało na starych znajomych, ale też zgodził się, przy radosnej aprobacie obiektu swoich westchnień, udzielić mi wywiadu na wyłączność! Młodzi wcale nie kryją się ze swoją miłością, choć jak twierdzi sam zainteresowany „Jeszcze za wcześnie na deklaracje”. Młode czarownice, które w zdaniu tym upatrują swojej szansy muszę jednak srodze zawieść. Jak zdradziła mi wtulona w ramię swego partnera panna Granger połączyła ich „Magia, ona zawsze była między nami.” Jak pamiętamy, panna Granger była przed kilku laty podejrzana o ważenie eliksirów miłosnych. Czy i tym razem użyła ich na młodym panu Potterze? „Ależ Rita, przecież Harry musiałby mnie wtedy aresztować, zakuć w kajdanki i takie tam”. Panna Granger nie wyglądała jednak na przestraszoną taką perspektywą. Ciekawe co przepisy Biura Aurorów mówią o nieautoryzowanym wykorzystaniu kajdanek. Zakochani grzecznie odmówili mi wspólnej wizyty w Trzech Miotłach, twierdząc, że mają dla siebie mało czasu. Z chęcią natomiast pozowali do zamieszczonej sesji zdjęciowej.
Czy związek pana Pottera i panny Granger przetrwa próbę czasu? Trzymamy za nich kciuki, jednocześnie nie zapominając, że nie są oni zbyt stabilni w swoich uczuciach. Harry Potter prócz dawnego romansu z panną Granger, związany był również z utalentowaną szukającą Krukonów Cho Chang, na Balu Bożonarodzeniowym zorganizowanym z okazji Turnieju Trójmagicznego adorował natomiast, orientalną piękność, koleżankę z roku. Na szóstym roku nauki wdał się za to aż w dwa romanse, z których ostatni splótł go z siostrą najlepszego kolegi. Krążą również legendy, niestety nie potwierdzone, o jego podbojach w świecie mugolskim.
Panna Granger dla kontrastu gustuje w graczach quiddicha. Jej poprzedni związek z Potterem, będącym w tamtym czasie gwiazdą reprezentacji Gryffindoru, zakończył się gdy panna Granger rozpoczęła płomienny romans z szukającym reprezentacji Bułgarii Wiktorem Krumem. W późniejszym czasie związana była jeszcze z dwoma obrońcami Gryfonów: Cormaciem Mclaggenem, oraz jak głoszą plotki, Ronaldem Weasleyem, najlepszym przyjacielem pana Pottera, a zarazem bratem jego poprzedniej dziewczyny.
Czyż to nie dramatyczna historia miłosna?
Miejmy nadzieję, że zazdrosne rodzeństwo Weasleyów nie pokrzyżuje miłosnych planów pary. Oczywiście będziemy informować was na bieżąco o tym związku.

Ginny rzuciła gazetą w Hermionę, by ta mogła obejrzeć sobie zdjęcia. Gdy ta przebrnęła przez serię ponad tuzina, idealnie skadrowanych fotografii obejmującej się jej i Harrego zauważyła, że Ginny stoi z wyciągniętą w jej stronę różdżką. Była cała czerwona z wściekłości. Burza rudych włosów wyglądała teraz jak płomienie. Ręka jej drżała. Hermiona zbladła wpatrzona w koniec różdżki, nie miała szans na zrobienie uniku, a tym bardziej wyjęcie swojej różdżki. Poczuła przelatujący obok jej twarzy strumień ciepłego powietrza. Ginny rzuciła tylko Muffiliato.
- Masz mi się natychmiast wytłumaczyć. – Nie krzyczała. Wściekła syczała jak wąż, przewiercając Hermionę wzrokiem. – Co to ma być?
- Przecież Harry ci napisał, żebyś nie wierzyła w to co napisze Rita. – Zaczęła drżącym głosem.
- Czemu miałabym nie wierzyć? – Ginny niemal szeptała, a Hermiona czuła jak włosy stają jej dęba ze strachu.
- Spotkaliśmy Ritę, kiedy szliśmy do Hogsmeade i no… postanowiliśmy z niej zakpić. Opowiedzieliśmy jej bzdury, że jesteśmy na randce. Tylko to co zacytowała. Resztę sama sobie wymyśliła.
- ZDJĘCIA TEŻ SAMA SOBIE WYMYŚLIŁA?! – Ginny wrzasnęła, a Hermiona niemal spadła pod stół z zajmowanego krzesła. – SAMA SOBIE WYCZAROWAŁA, JAK SIĘ CAŁUJECIE, A POTEM PRZYTULACIE NA ŚRODKU DROGI? SAMA WYCZAROWAŁA ZDJĘCIA, JAK IDZIECIE ZA RĘKĘ? A MOŻE ELIKSIR WIELOSOKOWY SOBIE ZROBIŁA?
- Ginny! – Hermiona pisnęła. – To tylko tak wygląda. Harry powiedział, że jest Aurorem, więc rzuciłam mu się na szyję, gratulując. Wtedy nam zrobili to zdjęcie z okładki. My się nie całowaliśmy. A reszta, to już się z niej nabijaliśmy! Szliśmy do Rona!
- Oboje jesteście siebie warci. – Warknęła Ginny. – Tamten idiota, a ty dajesz mu się podpuścić. Czy wy nie zdajecie sobie sprawy, jakie piekło się rozpęta po tym artykule? Nie pamiętasz, co było w czasie Turnieju? Założę się, że dostaniesz dzisiaj przynajmniej ze dwa wyjce.
- Ups. – Pisnęła Hermiona – O tym nie pomyślałam.
- Co ty nie powiesz, nie pomyślałaś. Nie może być. – Ironizowała jej przyjaciółka.
Tak jak przypuszczała Ginny, rozpętało się prawdziwe piekło. Hermiona dostała całą serię wyjców od czytelniczek Czarownicy, wywrzaskujących jaką to jest lafiryndą, która złamie Potterowi serce, oraz, co bardziej ją zabolało, wyjca od Rona wściekającego się, że pozwoliła Harremu zrobić taki numer. Ron dostał wyjca od matki oburzonej tym, że nie upilnował dwójki przyjaciół, którzy łamią serce Ginny. Ginny, która zrobiła Hermionie scenę dla zasady, nie zaś wierząc w brednie Czarownicy, dla równowagi postanowiła wysłać Harremu wyjca jako sprawcy całej awantury i dołączyła do niego odrobinę eliksiru rozdymającego, który wybuchł mu w twarz.
Po tej kanonadzie wrzaskliwych listów i długich przeprosin od Harrego wysłanych Hermionie i Ginny, wraz z załączonymi bukietami kwiatów, kryzys przyjaźni został zażegnany. Harry był jednak na językach całego Departamentu, ku uciesze Robardsa, przez następnych kilka tygodni.
Kiedy mijały kolejne dni, podczas których nic się nie działo, a liczba doniesień przestała rosnąć, Harry i Neville zaczęli wierzyć, że cierpią jednak na daleko idącą paranoję. Na wszelki jednak wypadek Neville utrzymywał Grupę Uderzeniową w stałej gotowości.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie: Rok Ósmy

 
 

  • RSS